Własnymi ciałami mierzymy tę ziemię - Tsering Yangzom Lama - ebook

Własnymi ciałami mierzymy tę ziemię ebook

Tsering Yangzom Lama

0,0
71,50 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

Tybetańska saga o wygnaniu

Uciekając z zajętego przez Chiny Tybetu, po tragicznej śmier­ci rodziców dwie siostry, Tenkji i Lhamo, znajdują schronienie w nepalskim obozie dla uchodźców. W ciężkich chwilach źródłem otuchy staje się posążek Bezimiennego Świętego, który czasem znika, ale pojawia się, gdy jest najbardziej potrzebny. Ta cenna dla dziewcząt i całej społeczności relikwia jest symbolem prawa do własnej tożsamości oraz dziedzictwa.

Kilka dekad później siostry żyją z dala od siebie. Do Tenkji miesz­kającej w Toronto dołącza córka Lhamo, która marzy o studiowa­niu nauk o Tybecie. Kiedy jednak dziewczyna odnajduje figurkę Świętego w domu kolekcjonerki sztuki, staje przed dylematem: czy zaangażować się w sprawę ważną dla swojej wspólnoty, choćby miało to zagrażać jej osobistym planom?

Własnymi ciałami mierzymy tę ziemię to poruszająca refleksja nad życiem na wygnaniu. To także pełna językowej subtelności opowieść o tybetańskiej emigracji, w której duchowość, kontakt z przodkami i tradycje odgrywają wciąż kluczową rolę.

Imponująca rozmachem, ale wciąż intymna, delikatna i czuła epopeja tułacza. Czytelnik towarzyszy bohaterkom książki w ich – trwającej pół wieku – uchodźczej niedoli. To opowieść o losie wygnańców, ale też walce o zachowanie własnej tożsamoś­ci, łącząca w sobie potrzebę dokumentacji z uniwersalną fikcją. Zostająca pod powiekami.
Wojciech Szot, „Gazeta Wyborcza”

 Poruszająca rzecz o szukaniu, odzys­kiwaniu, traceniu (kolejność dowolna) swojego miejsca w świecie. Opowieść niesiona głosami wielu narratorów okazuje się uniwersalnym obrazem budowania wspólnoty i dbania o nią. Utrata, miłość, pożądanie – to one napędzają tę historię, a wszystko to na tle tragicznych i poruszających dziejów Tybetu i Tybetańczyków.
Oto literatura, która chce się troszczyć o dziedzictwo i czerpie z niego pełny­mi garściami.
Małgorzata Lebda, pisarka, poetka

Tsering Yangzom Lama nadaje osobistą perspektywę doświadczeniu uchodźczyń i migrantek, które próbują się zasymilować, a jednocześnie kultywować pamięć o swej przeszłości.
Washington Post

Ta powieść to świadectwo ludzkiej woli przetrwania wbrew największym przeciwnościom. Triumf.
Maaza Mengiste, autorka powieści The Shadow King

To piękna książka, która pokazuje, jak wysiedlenie i kolonializm potrafią wejść w ciało, nękając dręczonych nim ludzi przez dziesiątki, a może nawet setki lat. Krainę, którą musieli porzucić, noszą w sobie: jej góry, doliny, jeziora. Opuszczają Tybet niemal z niczym, a jednak ich bagaż jest niezmiernie ciężki. W powieści są lekkość, miłość, humor – wszystko to jednak w cieniu nieodwołalnej utraty.
Claire Kohda, autorka Dziennika mojego głodu

Przebogata opowieść o siostrzeństwie, rodzicielstwie i rozdzierającym doświadczeniu życia na wygnaniu (…) To błyskotliwa, wciągająca narracja pokazująca nadużycia, jakich dopuszczono się na kulturze pozbawionej własnego kraju, oraz jej przemianę.
Kirkus Reviews

Tsering Yangzom Lama jest tybetańską pisarką mieszkającą w Vancouver. Własnymi ciałami mierzymy tę ziemię to jej debiutancka powieść, która ukazała się w 2022 roku i otrzymała wiele nominacji oraz nagród literackich.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 571

Rok wydania: 2025

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Marka wydawnicza Bo.wiem

Seria zŻurawiem

Projekt okładki

Klara Szymczyk

Konsultacja tybetologiczna

dr hab. Joanna Grela, prof. UJ

Tytuł oryginału:  We Measure the Earth with Our Bodies. A Novel

Copyright © Tsering Yangzom Lama, 2022

Published by agreement with Aevitas Creative Management, USA and Book/lab Literary Agency, Poland.

Copyright © for the Polish translation by Mikołaj Denderski, 2025

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2025

Wydanie I, Kraków 2025

All rights reserved

Wpracy nad przekładem niniejszej książki tłumacz korzystał z gościnności National Centre for Writing i Norwich UNESCO City of Literature.

Niniejsza książka stanowi utwór chroniony na podstawie ustawy oprawie autorskim iprawach pokrewnych. Prawami do tego utworu dysponuje Wydawca– Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Bez zgody Wydawcy niedopuszczalne jest kopiowanie, rozpowszechnianie lub inne korzystanie zniniejszej książki wcałości lub zjej fragmentów zwyjątkiem dozwolonego użytku osobistego lub publicznego.

ISBN 978-83-233-5497-0 (druk)

ISBN 978-83-233-7672-9 (mobi, epub)

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków

tel. 12 663 23 80

Dystrybucja: tel. 12 631 01 97

tel. kom. 506 006 674, e-mail: [email protected]

Konto: PEKAO SA, nr 80 1240 4722 1111 0000 4856 3325

www.bowiem.wuj.pl

matce i zmarłemu ojcu,

wszystkim krewnym rozsianym w czasie i przestrzeni,

każdej duszy, która dom miała, straciła i domu szukała

Jak Tybet długi i szeroki,

niezliczone są miejsca, gdzie praktykowałam.

Nie masz garści ni drobiny ziemi,

której bym nie pobłogosławiła.

Z czasem, w przyszłości, znaki prawdy

będą objawione, wydobyte jeden po drugim niby skarby.

W niewyobrażalnym bezliku zakątków,

które wypełniły odciski moich rąk i stóp w skale,

znajdują się mantry, sylaby nasienne i posągi,

pozostawione, by posłużyły kiedyś za podstawę wierze

i przysłużyły się tym, co się ze mną połączą.

Proroctwo jogini Jeszie Tsogjal*, VIII w.

* Zastosowano spolszczenia imion i nazw tybetańskich (przyp. red. nauk.).

CZĘŚĆ PIERWSZA

Córki

LHAMO

1

Granica Zachodniego Tybetu i Nepalu

wiosna 1960 roku

Ama była wyrocznią. Matka uświadomiła sobie to późno, kiedy ustały jej miesięczne krwawienia, a wewnątrz otwarło się co innego. Niektórzy we wsi nazywali to przypadłością. Mówili, że w jej umyśle zieje szczelina otwarta na duchy, które ją pożerają. Ale Ama twierdziła, że błogosławieństwem jest użyczać ciała bogom i pozwalać przez siebie przemawiać. Z czasem wszyscy zaczęli jej słuchać i słowa zwykłej pod innymi względami kobiety miały nas prowadzić pośród nadchodzących przeciwności.

Zmieniła się zresztą nie tylko moja matka. Watahy wilków i stada szczurów przeciągały przez naszą dolinę. Potem przyszło trzęsienie ziemi, które pozostawiło na ścianie klasztoru poszczerbioną bruzdę. Później, akurat kiedy uczyłam się mówić, nadeszły wieści, że najeźdźcy przekroczyli granicę, wdzierając się na naszą ziemię jak dwa olbrzymie węże. W odległym Kardze ludzie widzieli, jak przekraczają rzekę długimi sznurami i wnikają między góry. Życzyli sobie, by nazywać ich Armią Ludowo-Wyzwoleńczą, ale my znaliśmy ich jako „Gjamich”**, ludzi z nizin na wschodzie.

W kolejnych latach pogłoski zataczały szerokie kręgi, jak wrony, docierając nawet do naszej wsi na dalekim zachodzie. Chociaż byłam tylko dziewczynką, wiele z tych pogłosek dochodziło moich uszu, nim poznał je ktokolwiek z mojej rodziny. Przekazywał mi je Lhaksam, przyjaciel od najdawniejszych czasów. Pracował jako sługa wędrownego kupca, który poza żeliwnymi garnkami i rondlami rozprowadzał też plotki. W wolnych chwilach Lhaksam i ja włóczyliśmy się po pastwiskach z moją siostrzyczką Tenkji zwisającą mi z pleców albo przewalającą się po trawie. Wśród tych wzgórz Lhaksam opowiadał mi najbardziej wstrząsające historie. Żołnierze Gjami zagarnęli ziemię uprawną na wschodzie i wielu naszych głodowało. „Ani ziarna, ani soli, ani mięsa, nawet masła”. Usłyszawszy to, chodziłam jak zamroczona, niezdolna wyobrazić sobie życie bez masła. Lhaksam mówił, że chociaż w naszym regionie jest spokojnie, to na wschodzie stawiono zaciekły opór, że tam kręgi na niebie zataczają żelazne ptaki i na miasta spadają deszczem wielkie i małe kule, druzgocąc ciała, jakby to były po prostu kukły z ciasta, a dachy domów są rozprute i nikt nie ma pewności, czy odnalazł szczątki swojego bliskiego czy może kogoś obcego. Ale nie opowiadałam tego mojej rodzinie. Nigdy nikomu tego nie powtarzałam.

Potem, zeszłej wiosny, wioska dowiedziała się o przerażającym podstępie – o planie uprowadzenia Drogocennego do domu smoka. Na wieść o tej pułapce tysiące w Lhasie zgromadziły się wokół pałacu, zamykając go w ochronnym kręgu swoich ciał. Nawet kiedy w ich stronę ruszyli żołnierze i w powietrze uniosła się woń prochu, nasz lud odmówił rozejścia się. Żeby zapobiec masakrze, Drogocenny w przebraniu prostego człowieka uciekł nocą do innego kraju. Podobnie uczyniła znamienita Wyrocznia Neczung, która przepowiedziała im drogę ucieczki przez góry. Kiedy cudzoziemscy żołnierze dowiedzieli się, że nasz przywódca się im wymknął, podziurawili tłum pociskami, tak że ulice pełne były zwłok.

Po wyjeździe Drogocennego słońce zniknęło z naszego nieba. Kwiaty nie chciały zakwitać, a jaki nie dawały mleka. Pośród tej ciemności każda rodzina w naszej wsi zadawała sobie pytanie, czy nie nadszedł czas, byśmy podążyli za naszym przywódcą na niziny i pozostali tam, aż będzie możliwy bezpieczny powrót. Inni przytaczali ponure zamierzchłe proroctwo: „Kiedy po niebie będzie krążył żelazny ptak, a koniom wyrosną koła, Ludzie Śniegów rozpierzchną się po powierzchni ziemi jak mrówki”.

Tamtego dnia, niemal dziesięć lat po tym, jak wyjawiła, że przemówili do niej bogowie, Ama powiedziała nam: „Nadszedł czas. Muszę oddać ciało duchom”.

Siedząc na kuchennej posadzce obok siostry, obserwowałam twarz ojca oświetlaną łuną pieca. Pala*** trwał nieruchomo, a my żułyśmy paski suszonego mięsa uwędzonego zimą przez Amę. Widziałam, że ojciec wyraźnie stawia sobie przed oczami wszystko, co się dla nas zmieni, ale po długiej chwili zmarszczył czoło, tak że widać było każdą nową bruzdę, jaka właśnie poznaczyła jego twarz, i pokiwał głową na znak, że się zgadza. Nim nastał ranek, cała wieś wiedziała już, że Ama przystąpi do obrzędów sprowadzających bóstwa. W końcu wezwie je do siebie.

Mieli rację, kiedy powiedzieli, że Tenkji jest zbyt mała, by oglądać inicjację. Nie skończyła nawet dziesięciu lat. Ale kiedy Pala i mnie wyprowadził z izby, nie mogłam uwierzyć. Chociaż co najmniej dwadzieścia osób z naszej wsi weszło jedna po drugiej do kuchni, nieraz gładząc Tenkji i mnie po policzku czy głowie, jakby chcieli nas pocieszyć, to jednak nas zmuszono do pozostania w przedsionku. Nawet Lhaksam zdołał się wślizgnąć do środka, wyszczerzywszy się przy tym w moim kierunku. Stałam na zewnątrz, obgryzając paznokcie, gdy wreszcie zaczęły się modły. Wtedy dotarło do mnie, co muszę zrobić. Wyprowadziłam Tenkji przed dom i nakazałam jej spędzenie wszystkich naszych owiec ze wzgórz do wsi, co i z pomocą Diksena, naszego psa, zabierze jej przynajmniej godzinę. Na szczęście tym razem siostra okazała się nawet posłuszna. Ruszyła w poszukiwaniu owiec, a ja pognałam z powrotem do domu, żeby podglądać ceremonię przez szparę w drewnianych drzwiach.

Ponad ciżbą zobaczyłam Amę, siedzącą na ziemi z pochyloną głową. Obok niej stał mnich nauczyciel ze swoim młodym pomocnikiem, który – na co dzień noszący wodę i mleko do klasztoru – wyglądał, jakby ta posługa go przerażała.

– Jeżeli jesteś bogiem – powiedział stary mnich, zwracając się w kierunku mojej matki – przyjmij ten fartuch.

Pomocnik wyciągnął fartuch i przewiązał nim matce biodra. Ama w dalszym ciągu miała wzrok utkwiony w posadzce, a jej ciało drżało.

– Jeżeli jesteś bogiem, przyjmij ten bęben i dzwonek.

Pomocnik umieścił instrumenty w rękach Amy.

– Przyjdź do tej kobiety, przemów do nas! Nie pozostawaj na wierzchołku góry, ale zstąp do nas!

Ama zaczęła się trząść i szeptać coś głosem podobnym do ptasiego. Pomocnik okrył jej ramiona ciężką wyszywaną szatą, a na głowę nałożył pięciograniastą koronę. Mimo ciężaru tych regaliów Ama dźwignęła się gwałtownie na nogi i zaczęła kołysać na boki. Pomocnik cofnął się ze strachem w szeroko otwartych oczach, ale mnich nauczyciel przywołał go z powrotem.

– Skosztuj tego złotego napoju – rzekł, wyciągając przed siebie czarę z piwem.

Odłożywszy instrumenty, moja matka wzięła czarę, poświęciła ją niebu, po czym opróżniła za jednym razem, jak mężczyzna. Następnie ruszyła do tańca, wirując to w lewo, to w prawo, przysiadając i podrywając głowę. Mnich nachylił się, przycisnął jej ramiona, żeby zatrzymać ją w miejscu, i powiedział jej coś do ucha. Trzęsła się jak spłoszony koń i przemawiała językiem, którego nie rozumiałam. Czy to był język bogów? Słysząc słowa wypowiadane przez matkę, mnich nauczyciel skinął głową i sięgnął do misy z ryżem. Zwinnym ruchem palców rozsypał garść ziaren na bębnie trzymanym w dłoni. Zabrzmiało to jak ulewny deszcz i wciąż jeszcze dźwięczy mi w głowie.

– Niebezpiecznie jest przyzywać bogów – odezwał się do zgromadzonych. – Musimy się wpierw upewnić, że nie wezwaliśmy przez pomyłkę złego ducha.

Mnich nauczyciel wyjaśnił, że jeśli to zły duch wszedł w jej ciało, na Amę spadnie chaos, tak jak na każdego, kto zwróciłby się do niej o pomoc. Jeżeli zaś w ciele matki pozostałaby część jej własnej świadomości, gdy wstąpi w nie duch, wówczas stałaby się w połowie boginią, a w połowie człowiekiem, i na jej słowach nie można by było polegać. Gdy to usłyszałam, zaczęłam się trząść. Jeżeli bóstwa miały nigdy nie opuszczać ciała mojej matki, to już nigdy nie stanie się na powrót sobą. Dlaczego Pala miałby się na to zgadzać? Było jednak o wiele za późno, by przerwać. Nauczyciel oznajmił, że nadszedł czas próby. Ama musi powiedzieć, bez patrzenia, ile ziaren ryżu spadło na bęben. Powinna także wiedzieć, jakie jest znaczenie tej liczby. Co zwiastuje. Przyciskając twarz do drzwi, usiłowałam poznać rezultat.

Odpowiedź otrzymałam, kiedy stary mnich powoli ukląkł, po czym padł na twarz przed moją matką. Z tłumu, który także rzucił się na podłogę, popłynęła fala modlitw. Tylko ja wciąż stałam, na próżno wypatrując przez szczelinę chwilowego przebłysku twarzy mojej matki. Potem poczułam na piersi ciężar jak gdyby mokrej gliny i coś przyciągnęło mnie do ziemi, tak że padłam na twarz, z dłońmi przyciskającymi mi głowę i ustami poruszającymi się gwałtownie do słów modlitwy, podczas gdy tchnienie rozchodziło się pod moimi żebrami.

Wieść niosła się po zachodnich równinach. Do matki zaczęli przybywać odwiedzający, nieco ostrożni i ciekawscy, składali pokłon i mówili przyciszonym głosem, jak w klasztorze. Nawet stary druh ojca, Cziosang, zjawił się u nas na progu, ściskając między kolanami swego niedomagającego syna.

– Wszystko się zmieniło – powiedział Pala – ale dla mnie nadal jest moją Jangczien.

– Tak, to też musi być prawda – odparł Cziosang, otrzepując sobie wytarte rękawy i siadając w oczekiwaniu na kolej jego syna.

W dniach, które potem nastąpiły, Pala najął dwóch służących, którzy mieli pomagać przy przybyszach. Tenkji i ja obserwowałyśmy, jak krzątają się po domu z herbatą i jedzeniem oraz przedmiotami kultu używanymi przy przepowiedniach, a na dziedzińcu spragnione i zmęczone konie dreptały bezczynnie w oczekiwaniu na uzdrowienie swoich pań i panów. Ile setek ich przybyło w tym dziwnym czasie, w roku poprzedzającym naszą ucieczkę z gór? Ilu pukało do naszych drewnianych drzwi, wciągając ze sobą kurz rąbkiem cudzoziemskich szat, pozostawiając swój zapach jeszcze długo w noc? Teraz jeszcze, tak daleko od domu, kiedy zamknę oczy, jestem w stanie przywołać te charakterystyczne wzory z jedwabnego brokatu, którymi obszyte były ich rękawy i kołnierze. Potrafię przywołać czerwoną suknię żony watażki z dalekich stron, tej chudej siwowłosej kobiety, która przybyła zapytać, czy małżeństwo jej dziecka ma błogosławieństwo niebios. Jej własne małżeństwo miało być nieszczęśliwe i niezależnie od tego, co mówiła jej Ama, kobieta wciąż powracała z pytaniem, czy powinna udać się na pielgrzymkę do Lhasy pomimo słabego zdrowia i wojsk najeźdźców. Właśnie kiedy z Tenkji przyzwyczaiłyśmy się do jej wizyt, nastały lato i jesień, gdy nie dawała znaku życia. Krążyły pogłoski, że wpadła do studni… albo że to demon wezwał ją tam do siebie na dno. Bardziej prawdopodobne jest, że Gjami wtrącili ją do więzienia.

Byli też ci, którzy przychodzili dowiadywać się o zdrowie swoich trzód albo o to, czy zagubionego turkusa powinni szukać w domu czy raczej na wzgórzach. Niektórzy przychodzili z dolegliwościami w rodzaju melancholii albo niepokoju. Mówili, że tylko Ama może wskazać źródło ich trosk. Tylko ona może przegnać zło z ich ciała. Tak, to ich słowa.

Nie minęło wiele czasu od inicjacji Amy, kiedy wąż przypełzł do naszej wsi. Kolumna ciemnych ciężarówek z grzechotem sunąca po ziemi i wzbijająca tumany pyłu. Mimo wszystko cudzoziemcy nie wydawali się tak przerażający, jak ich sobie wyobrażałam. Oczekiwano chyba, że będą mieli rogi wyrastające im z głów. Tymczasem byli to po prostu młodzi mężczyźni i kobiety, którzy podkreślali, że nie przyjechali nas krzywdzić. Chcieli jedynie zgromadzić wszystkich na rozmowę. Mieliśmy zrobić, jak powiedzieli, więc Tenkji i ja poszłyśmy na plac zgromadzeń, a tuż za nami podążał Diksen. Było tam już gęsto od ludzi, ale przecisnęłyśmy się do pierwszego rzędu.

– Słyszeliśmy o wyroczniach w waszym regionie – zwrócił się do nas dowódca, którego słowa, wypowiedziane w języku jego kraju, tłumaczył nam niegdysiejszy handlarz solą, teraz pracujący dla najeźdźców.

– Czas się przekonać, ile jest prawdy w tych plotkach – przetłumaczył handlarz, chociaż mówił dialektem z Lhasy, który było nam trudno zrozumieć.

Gdy dowódca wydawał komendy, zauważyłam, jak jest przystojny, i to mimo tego, że wykonywał gwałtowne ruchy głową. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat.

Dwóch żołnierzy wprowadziło do kręgu, na środek, trzy kobiety. W tej grupie była Ama. Natychmiast przyciągnęłam Tenkji do siebie, żeby nie krzyknęła. Patrzyłyśmy, jak kobiety kierują się do środka kręgu i jak słuchają, że mają ustawić się w szeregu. Ama utkwiła wzrok we wzgórzach, podczas gdy pozostałe kobiety patrzyły w tłum, jakby niemo prosząc o ratunek. Ludzie szeptali między sobą i poruszali się niespokojnie. Nawet Diksen zaczął powarkiwać spod swojej kudłatej grzywki, więc szturchnęłam go dwa razy nogą, żeby się uspokoił.

– Jeżeli moce tych tak zwanych wyroczni są naprawdę autentyczne – odezwał się handlarz – jeżeli owe przesądy mają jakiekolwiek podstawy, te kobiety z pewnością zdadzą prosty test.

Żołnierz przytaszczył w środek tłumu dużą misę z wodą. Obchodził krąg, pokazując zgromadzonym zawartość. W wodzie znajdowało się trochę kamyków. Wszystkie były zwyczajne, poza jednym. Jasnoczerwonym koralem.

– Czerwony jak gwiazda na mojej czapce – skomentował żołnierz, z uśmiechem wskazując na głowę.

Na to kilka osób uśmiechnęło się i zachichotało nerwowo. Żołnierze podeszli do pierwszej z kobiet i zawiązali jej na oczach opaskę. Powiedziałam sobie w duchu, że nie ma się czego bać. Ten test nie różni się od tych, które Ama przechodziła w czasie inicjacji. Z pewnością odnajdzie koral wśród drobnych otoczaków.

Ale właśnie gdy żołnierze przewiązywali oczy Amie, podszedł do nas Pala, wziął Tenkji w ramiona, a mnie za rękę.

– Nic nie mówcie – powiedział. Wymknęliśmy się po cichu z pomocą paru osób, które nas zasłoniły.

Gdy dotarliśmy do domu, Pala wprowadził nas do środka, chociaż sam został za progiem. Mimo że starał się brzmieć, jakby nad sobą panował, głos miał napięty, tak jakby próbował przełknąć muchy, które wleciały mu do gardła.

– Lhamo, połóż siostrzyczkę spać – zdołał powiedzieć, zanim pospieszył drogą z powrotem na główny plac.

Kiedy odgłos jego kroków ucichł, zaprowadziłam siostrę do łóżka, naciągnęłam nam na głowy koce i zaczęłam opowiadać historie o niesfornym bohaterze Aku Tonpie, aż wreszcie Tenkji zasnęła.

Późnym wieczorem dzwonki jaków zapowiedziały powrót rodziców. Zaglądając do izby, patrzyłam z ulgą, jak Ama odkłada regalia i instrumenty do drewnianej skrzyni. W kolejnych dniach ze strzępów rozmów dowiedziałam się, co się stało. Żadna z trzech kobiet nie przeszła pomyślnie próby i zakazano im praktykowania wróżbiarstwa i uzdrawiania. Przez kilka tygodni w naszym domu panowała cisza i nikt nie przychodził z prośbami. Z czasem jednak ludzie z naszej wsi zaczęli pukać nocami do drzwi, a po nich również przybysze z dalszych okolic. Wyglądało na to, że wszyscy zgadzają się co do tego, że test Gjamich był ustawiony.

– Ci żołnierze przeprowadzają próby po całym regionie – mówili.

– Ponoć te diabły oblały każde medium.

– W naszych stronach mamy wyrocznie od ośmiuset lat.

– Od niepamiętnych czasów! Były z nami, jeszcze zanim nauki Buddy dotarły do tej krainy.

– Nikt i nic nie powstrzyma naszych bogów przed przemawianiem do nas.

Ale dla mnie wróżenie się skończyło. Widziałam twarz ojca, kiedy zabierał nas z placu zgromadzeń. Wyobrażałam sobie, że na nasz dach spadają odrąbane dłonie matki. Ilekroć w środku nocy odbywał się rytuał, wychodziłam z domu z Diksenem i włóczyliśmy się przy księżycu po wzgórzach. Nawet za dnia trzymałam się z dala od domu i wolałam się przyglądać żołnierzom przy ich dziwnych zajęciach.

Pewnego popołudnia usłyszałam nad głową łomotanie. Wyszłam na dach i zobaczyłam żołnierzy, jak przyczepiają jakieś skrzynki do masztów, na których zwykliśmy rozwieszać flagi modlitewne. Nasze flagi zostały zrzucone, leżały ciśnięte na skraj dachu, chociaż były pokryte świętym tekstem, który nigdy nie powinien stykać się z podłożem. Prędko pozbierałam ubrudzone kawałki tkaniny, żebyśmy mogli pozbyć się ich zgodnie z obyczajem w ceremonii ognia. Jeden z żołnierzy podszedł i ukląkł przy mnie. Wyglądał młodo, był może parę lat starszy ode mnie. Wskazałam do góry i zapytałam, co to za skrzynki. Odpowiedział w języku, który brzmiał ostro i nosowo. Kiedy nie zrozumiałam, spróbował ponownie, tym razem składając dłonie wokół ust i poruszając wargami, jakby krzyczał. Pokręciłam głową i się roześmiałam. Wtedy żołnierz odsunął się z odrazą, po czym wstał i sobie poszedł. Nigdy nie zapomnę jego miny. Twarz ułożyła mu się w niemal idealny kwadrat. Włosy delikatnymi pasmami opadały do brwi, na skroniach za to były przystrzyżone prawie do skóry – jego wygląd był skrzętnie kontrolowany.

To chyba nazajutrz rano musiała popłynąć z tych skrzynek dziwna jazgotliwa muzyka, ciągnąca się godzinami, przerywana tylko długimi przemowami. Ama chodziła tam i z powrotem po kuchni, zatykając sobie uszy, a Diksen nie przestawał szczekać. W końcu razem z Tenkji zabrałyśmy go do stajen, gdzie mógł ukryć swój kudłaty czarny łeb w sianie. Siedząc tam, z rękami spoczywającymi na drżącym grzbiecie Diksena, przypominałam sobie dzień, w którym żołnierze poddawali Amę próbie. Zastanawiałam się, czy widziała nas w tłumie, czy wiedziała, jak bardzo się boimy. Czy tamtego dnia patrzyła w stronę gór, bo to tam zamieszkiwali bogowie, czy dlatego, że nie potrafiła spojrzeć nam w oczy?

Niebawem zrobiło się zbyt niebezpiecznie, by można było kontynuować obrzędy, nawet potajemnie. Żołnierze stawali się coraz bardziej aroganccy. Nazywali siebie naszymi przywódcami i werbowali po jednym chłopcu z każdej rodziny na rekruta albo robotnika na potrzeby wojska. Mówili, że nasz sposób życia jest zwyczajnie niecywilizowany.

Pewnego wieczoru głos z hałaśliwych skrzynek nakazał, byśmy wszyscy stawili się w klasztorze. Kiedy zjawiliśmy się przed salą modlitwy, mnisi stali już na zewnątrz w szeregu. Było nawet trochę mniszek, które najwyraźniej przywieziono z klasztoru w górach. Przed nimi leżała skrzynka z żelaznymi narzędziami, sierpami i młotkami.

– Rozbijecie każdy posąg wewnątrz! – krzyknął dowódca żołnierzy.

W naszym klasztorze znajdowały się setki figur – niektóre z nich były tak małe, że zmieściłyby mi się w dłoni, za to największą był wysoki na trzy piętra posąg Guru Rinpoczego****wysadzany kamieniami szlachetnymi.

– Przerobią posągi na naboje – szepnął Lhaksam.

– Nie kłam. Niby jak? – zapytałam.

– Roztopią posągi, Lhamo, a z ich metalu zrobią kule. Potem pozabijają nas naszymi własnymi bogami.

Mniszki i mnisi wystąpili i odmówili udziału. Niektórzy szlochali, sprzeciwiając się, inni klękali, składali dłonie przed sobą i intonowali modlitwy o wyzwolenie wszystkich istot. Dowódca wojskowych dał znak i żołnierze zaczęli okładać kolbami karabinów mnichów i mniszki, jedno po drugim. Uderzeniom towarzyszył mokry odgłos, do wtóru którego obrońcy naszego klasztoru padali skuleni na ziemię. Upadali z taką łatwością. Zastanawiałam się, dlaczego nasz lud ma tylko mnichów i mniszki, ale nie ma wojska.

Nazajutrz rano wezwano nas ponownie do klasztoru. Żołnierze do zniszczenia świętych relikwii zwerbowali żebraków. Jeden zgłosił się na ochotnika do rozbijania trzypiętrowej statui Guru Rinpoczego, jednak nim się do tego zabrał, zakrył twarz posągu prześcieradłem. Potem bez słowa kilkakrotnie uderzył w niego siekierą, ale jego słabe ramiona ledwie zdołały wyszczerbić metal. Zniszczenie całego posągu zajęło mu niemal tydzień, a na samym końcu znalazł wewnątrz setki drogocennych grudek turkusu, koralu, a nawet rzadkich kamieni zi*****. Okrzyknęli go bohaterem proletariatu i obdarowali domem obszarnika, ale wkrótce popadł w obłęd i błąkał się po dolinie, grzmocąc się ciągle po głowie, obwieszony swoimi naszyjnikami z drogich kamieni.

Lhaksam powiedział, że niedole naszej wioski nie są czymś wyjątkowym. Słyszał o wsi nieopodal Szigatse, której wszyscy mieszkańcy próbowali wspólnej ucieczki. Dwa tysiące żołnierzy ruszyło na poszukiwania stu ludzi. Wieśniacy pozbywali się dobytku, żeby szybciej się przemieszczać. Ukrywali się w jaskiniach i pili deszczówkę. Mimo to zostali schwytani i uwięzieni.

– Będziecie dalej próbowali uciekać? – miał zapytać śledczy.

– Nie – odpowiadali ludzie. Potem powtarzali kwestię, którą im podyktowano: „To najwspanialszy kraj na świecie, a wy jesteście naszymi wyzwolicielami”.

– Dobrze. Macie tu pozostać i opowiadać wszystkim, jak wyrozumiali jesteśmy.

– Zostaniemy – obiecywali.

Kilka miesięcy później cała wieś uciekła ponownie, tym razem nie zabierając ze sobą żadnego bagażu. Podróż do Indii przetrwała tylko dwójka.

Nawet nasze niebo się zmieniało. Z góry spadały kartki pokryte nieznanym pismem. Przyklejano je nam do drzwi, zawieszano na ogromnych transparentach na dachach i wręczano w czerwonych książeczkach. Dowiedzieliśmy się, że język cudzoziemców składa się z całych słów, nie z liter. Każde słowo zrobione było z kanciastych linii spiętrzonych jedne na drugich z obrzeżami układającymi się w niewidzialne pudełka. To ozdobne, ale niespokojne pismo czytało się inaczej niż nasze: z góry na dół zamiast z lewa na prawo. W zaciszu naszego domu, kiedy służących nie było, Ama darła ulotki i paliła nimi w piecu. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś w ten sposób postępował z napisanym tekstem. Nie postałoby nam nawet w głowach nadepnąć na kartkę pokrytą pismem, nie wspominając już o darciu na strzępy. Dotąd wszystko, co napisane, było święte.

– Przybyli, żeby otumanić nasze zmysły – stwierdziła Ama.

– Nie czas już zaprzestać przepowiedni? – zapytałam.

– Tamto to była tylko igraszka. Bawili się z nami. Nie minie pięć lat, a ludzi takich jak ja będą zamykać i zabijać. Na naszych ziemiach nie pozostanie ani dziesięć klasztorów. Splądrują nawet Dziokhang. I nasz lud też przyłoży rękę do jego zniszczenia.

– Jak ten żebrak, który zwariował? – dopytywałam, ale Ama najwyraźniej mnie nie usłyszała.

– Nie zadowolą się naszą ziemią. Chcą posiąść nasze umysły.

Coś we mnie wstąpiło. Z ciałem naprężonym jak ściśnięta pięść podeszłam do matki i powiedziałam, że jeśli żołnierze skrzywdzą naszą rodzinę, to ich pozabijam. Powiedziałam, że sama poderżnę im gardła.

– Nie – odparła Ama. – Nie wolno ci.

– Co w takim razie powinnam zrobić?

– Unieść podbródek – powiedziała. – Odsłonić gardło. Pokazać im, że się nie boisz.

Łzy napłynęły mi do oczu, gdy tak rozmyślałam nad ofiarą z siebie. W głębi ducha obawiałam się, że okażę się tchórzem. Zmartwiło mnie też, że moja krew miałaby kolor ich flagi, która powiewała teraz nad każdym domem i klasztorem. Niech moja krew będzie biała, modliłam się. Niech będzie koloru bogów, biała jak szarfa khata******naszego ludu. Ale przekonałam się już, że krew wszystkich jest tej samej barwy. Kiedy płynie, kiedy się miesza, krew jest bezimienna.

Nadszedł dzień, w którym, niezapowiedziany, na naszym progu zjawił się młodszy brat Amy, Aszang Migmar, wraz z niewielką liczbą swoich owiec i jaków. Musiały minąć jakieś cztery lata, może pięć, odkąd ostatni raz widzieliśmy się z wujem. Mieszkał z naszymi dziadkami na trawiastych obszarach o tydzień drogi konno na północny zachód. Za każdym razem, gdy mieliśmy się zebrać całą rodziną, podróż planowało się na wiele miesięcy do przodu, biorąc pod uwagę obchody towarzyszące końskim jarmarkom, nowemu rokowi księżycowemu czy rytuały religijne. A chociaż Aszang nie był bogatym koczownikiem, to dbał o to, by na naszych zjazdach nie brakowało dobrego sera, mięsa i kostek herbaty; delektowaliśmy się tym wszystkim, podczas gdy on raczył nas pieśniami i opowieściami, których nie mogliśmy się doczekać na długo przed spotkaniem.

Ale tamtego dnia Aszang Migmar wkroczył do naszej kuchni bez słowa czy śladu uśmiechu. Nikogo nawet nie uściskał. Poszedł prosto do Amy i zaczął przekazywać jej wieści o naszych dziadkach. Powiedział, że on i Popo*******, nasz dziadek, wybrali się zbierać sól. Akurat w tym czasie Gjami przejęli kontrolę nad regionem, przywłaszczając sobie urobek i wysadzając w powietrze świętą skałę opiekuna soli.

– W pyle i dymie dojrzeliśmy z ojcem jakieś migotanie. Z początku myślałem, że to ogień. Ale naraz zaczęło się poruszać i zobaczyliśmy, jak z gruzowiska wynurza się złoty koń, gna przez równinę szybciej niż wszystko, co do tej pory widziałem.

– Daje tsakha – wyszeptała Ama.

– Własnym oczom bym nie uwierzył, ale obaj żeśmy widzieli, jak złoty koń pędzi przez horyzont. Nie minęła chwila i rumak zaczął odrywać się od ziemi i pofrunął, wznosząc się do nieba ponad rumowisko. Nawet żołnierze Gjamich nie mogli go pochwycić. Potem znikł, a słone równiny w jednej chwili przeobraziły się na naszych oczach. Stały się posępne i martwe, jakby ulotniła się z nich cała siła życiowa. Powiedz mi, siostro, kim jesteśmy bez naszej soli?

Po bombardowaniu Popo miał powiedzieć garstce zasmuconych osób o tym, czego świadkami byli razem z Aszangiem. Każdy, kto usłyszał tę historię, płakał. Ale ktoś najwyraźniej ronił fałszywe łzy, ponieważ nazajutrz naszego dziadka zabrali. Aszang z Momo********, naszą babcią, tydzień czekali przed koszarami Gjamich. Błagali urzędników, żeby wybaczyli głupiemu niedowidzącemu starcowi. Ale Popo nigdy nie powrócił, a Momo umarła, odmawiając jedzenia przez dwanaście dni, gdy starała się uprosić funkcjonariuszy.

– Gdzie są teraz Momo i Popo? – zapytała Tenkji.

– Nie mów już więcej – zwróciła się Ama do Aszanga. – Nie przy dziewczynkach.

Aszang obrócił się, zaskoczony widokiem mnie i Tenkji. Wyraz jego twarzy wydał mi się podobny do pustej łupiny orzecha włoskiego.

– Dziewczynki, zaprowadźcie zwierzęta Aszanga na wzgórza – nakazał Pala. – Dopilnujcie, żeby dobrze się najadły przed zmrokiem.

– Chcę usłyszeć resztę historii – powiedziała naburmuszona Tenkji.

– Przestań – zganiłam ją. Gdyby tylko siedziała cicho, mogłybyśmy podsłuchiwać. Teraz musiałam opuścić kuchnię razem z Tenkji. Mimo to poruszałam się najwolniej, jak mogłam, zwlekając przy drzwiach, udając, że szukam proc na wypadek pojawienia się wilków, które ostatnimi czasy zaczęły się zbierać w większe watahy.

Jak tylko przekroczyłyśmy próg, usłyszałam głos Pali w kuchni:

– Wąż owinął się nam wokół szyi – stwierdził. – Powinniśmy stąd odejść.

Kiedy z Tenkji wróciłyśmy o zmroku, w naszej kuchni zastałyśmy kilkanaście osób ze wsi. Toczyło się tu kilka rozmów jednocześnie.

– Powinniśmy wszyscy ruszyć na północ.

– Na północ, mówisz?

– Zgadza się. Słyszałem, że tam żołnierze nie dotarli.

– Ale Drogocenny udał się na południe. To chyba jasne, że jeśli stąd odejdziemy, powinniśmy podążyć za nim.

– Moja rodzina się stąd nie wyprowadzi. Ani teraz, ani nigdy – rzekł nasz sąsiad, Au Rignam, dla którego pracował Lhaksam.

– To tylko na chwilę, dopóki nie otrzymamy pomocy.

– Nikt nie nadejdzie z pomocą – odparł Au Rignam. – Nie rozumiecie? Od dziesięciu lat ci bezbożni najeźdźcy powoli pożerają nasz kraj. Zabierali tak drobne kąski, że nawet nie zauważyliśmy, jak pozbawili nas rąk i nóg.

– Mamy czekać, aż opanują nam też umysły?

– Złapmy za broń! Nie jesteśmy tchórzami!

– Nie możemy zabijać naszych wrogów. Powinniśmy zrobić to, co robili nasi przodkowie. Złożyć nasze rzeczy bezpiecznie w ziemi i zostawić to miejsce do czasu, aż skończy się ten obłęd. Ta wojna, jak wszystkie wojny, kiedyś minie.

Na te słowa Ama podniosła się w milczeniu. Stała tak dłuższą chwilę i rozumiałam, że przygotowuje się, żeby zwrócić się do zebranych. Jeden po drugim zgromadzeni zauważali Amę i milkli.

– Zostawić to miejsce to nie błahostka – przemówiła opanowanym, znajomym mi głosem. – Tu są nasze domy. Tu są nasi bogowie, w naszych górach i rzekach, które tak dobrze znamy. Jesteśmy związani z tą krainą, a ona z nami, pod każdym względem. Ale jedno stało się dla mnie jasne. Jeszcze przez wiele lat nie ujrzymy kresu dzieł zniszczenia. W tym czasie szczelina w drzwiach, przez którą można by uciec, będzie się tylko zwężać, aż tylko kilka dusz zdoła przekroczyć granicę każdego roku, jak ostatnie krople ulewy. Dlatego moja rodzina wyruszy jutro w nocy. Jeżeli chcecie iść z nami, pakujcie swój dobytek teraz. Bądźcie gotowi do drogi, kiedy księżyc spowiją chmury. Duchy objawiły mi ścieżkę.

** Gjami – tybet. Chińczyk, Chińczycy (przyp. red. nauk.).

***Pala i ama to tybetańskie określenia ojca i matki (przyp. tłum.).

**** Guru Rinpocze, Padmasambhawa – żyjący ok. VIII–IX w. nauczyciel, który według Tybetańczyków przyniósł buddyzm do Tybetu (przyp. tłum.).

*****Zi – charakterystyczne dla regionów himalajskich koraliki z agatu, z których wykonuje się naszyjniki (przyp. tłum.).

******Khata – tybetańska szarfa ceremonialna (przyp. tłum.).

*******Popo– tybet. dziadek (przyp. tłum.).

********Momo – tybet. babcia (przyp. tłum.).