Czerwony sztorm - Tom Clancy - ebook

Czerwony sztorm ebook

Tom Clancy

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

Lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. Islamscy terroryści przeprowadzają skuteczny atak na jedną z największych na świecie rafinerii ropy naftowej w zachodniej Syberii. Rosja staje w obliczu kryzysu energetycznego na niewyobrażalną skalę. Politbiuro chce zwrócić się o pomoc do Zachodu, ale twardogłowi politycy z Kremla nie chcą na to pozwolić. Opracowują plan zagarnięcia terenów roponośnych w rejonie Zatoki Perskiej. Jednak, żeby im się to się udało, muszą zneutralizować i wyeliminować struktury NATO, które nie będą się bezczynnie przyglądać inwazji Rosjan na Bliski Wschód. Na posiedzeniu Politbiura stosunkiem głosów 11:2 zapada decyzja o wojnie. Zostaje wyznaczony termin akcji Czerwony Sztorm. 

[Opis okładkowy] 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Książnica Podlaska im. Łukasza Górnickiego w Białymstoku 
Gminny Ośrodek Kultury w Domaniewicach 
Gminna Biblioteka Publiczna w Komorowie Żuławskim 
Biblioteka Miejsko-Powiatowa w Kwidzynie 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu 
Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Wola m.st. Warszawy 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1153

Rok wydania: 2012

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




 

Tom

CLANCY

 

Przełożył

Michał Wroczyński

 

CZERWONYSZTORM

 

Warszawa 2012

 

Polish edition copyright © Buchmann Sp. z o.o., Warsaw 2012

 

Projekt okładki: Krzysztof KiełbasińkiKorekta: Jacek RingSkład: TYPO Marek Ugorowski

 

ISBN 978-83-7670-312-1

 

 

www.fabrykasensacji.pl

 

Wydawca:

Buchmann Sp. z o.o.

ul. Wiktorska 65/14, 02-587 Warszawa

Tel./fax 22 6310742

www.buchmann.pl

 

Druk: Drukarnia Skleniarz

Podziękowania

 

Nie sposób wymienić wszystkich, którzy w mniejszym lub większym stopniu przyczynili się do powstania tej książki. Gdybyśmy nawet próbowali to z Larrym uczynić, pominęlibyśmy z pewnością wiele osób, których wkład w naszą pracę był bardziej niż znaczący. Zachowujemy jednak we wdzięcznej pamięci każdego, kto, poświęcając bezinteresownie swój czas, odpowiadał nam na niezliczone pytania i udzielał wyczerpujących wyjaśnień. Wszyscy ci ludzie znaleźli swe miejsce na kartach tej powieści. Na szczególne nasze podziękowania zasłużyli jednak dowódca, oficerowie i załoga jednostki FFG-26, którzy przez jeden wspaniały tydzień pokazywali nam, szczurom lądowym, co znaczy być marynarzem.

 

Od niepamiętnych czasów marynarka wywierała przemożny wpływ na to, co dzieje się na lądzie. Dotyczyło to zarówno starożytnych Greków, jak i Rzymian, którzy stworzyli flotę, by pokonać Kartaginę. Hiszpania próbowała - bez skutku zresztą - za pomocą Wielkiej Armady zniszczyć Anglię, a wydarzenia, jakie rozegrały się na Atlantyku i Pacyfiku podczas obu wojen światowych, pokazują dobitnie, iż sprawy morskie do dziś nie straciły swego znaczenia.

Morze zapewniało człowiekowi tani transport i stosunkowo łatwy dostęp do odległych krain. W razie potrzeby zapewniało też bezpieczeństwo i kryjówkę; lądy leżące za horyzontem dawały schronienie przed nieprzyjacielem. Morze ofiarowało człowiekowi mobilność, otwierało przed nim nowe, ogromne możliwości i stanowiło nieodłączny element historii Zachodu. Ci, którzy nie potrafili stworzyć morskiej potęgi - zwłaszcza Aleksander, Napoleon czy Hitler - przestawali być ważni, a ich władza nie trwała długo.

 

Edward L. Beach Keepers of the Sea

Od Autora

 

Pomysł tej książki zrodził się już dawno. Larry’ego Bonda poznałem za pośrednictwem pisma „Proceedings” wydawanego przez Instytut Morski Stanów Zjednoczonych, kiedy to kupiłem wymyśloną przez niego komputerową grę wojenną Harpoon. Okazała się niebywale przydatna przy konstruowaniu powieści Polowanie na Czerwony Październik. Gra ta zaintrygowała mnie do tego stopnia, że latem 1982 roku udałem się na zjazd miłośników i twórców komputerowych gier wojennych. Tam osobiście poznałem Larry’ego i wkrótce zostaliśmy przyjaciółmi.

W 1983 roku, kiedy Czerwony Październik znajdował się jeszcze w stadium przygotowań, zaczęliśmy omawiać jedną z następnych koncepcji Larry’ego: Konwój-84 - grę strategiczną czy też symulację „kampanii”, w której przy użyciu systemu Harpoon można by było wygrać nową bitwę o północny Atlantyk. Problem tak nas zafrapował, że zaczęliśmy snuć plany napisania książki opartej na tym pomyśle. Obaj byliśmy zgodni co do tego, że nikt poza Departamentem Obrony nie rozważał szczegółowo kwestii takiej kampanii, przeprowadzonej przy użyciu współczesnej broni. Im dłużej dyskutowaliśmy nad pomysłem, tym stawał się on klarowniejszy. Szybko stworzyliśmy szkielet powieści i szukaliśmy takiego sposobu, który pozwoliłby sprowadzić scenariusz do wymiarów realnych i nie stracić przy tym z oka żadnych istotniejszych elementów (mimo niekończących się dyskusji i paru naprawdę burzliwych kłótni nie zdołaliśmy tego problemu rozwiązać do końca).

Choć nazwisko Larry’ego nie widnieje na karcie tytułowej, książka jest naszym wspólnym dziełem. Nigdy nie dzieliliśmy się pracą, toteż ostateczny kształt powieści jest w takim samym stopniu zasługą moją i Larry’ego. Jedyny kontrakt, jaki zawarliśmy, to silny uścisk dłoni... i radość, którą dała nam praca nad książką! Czytelnikowi zostawiamy osąd, czy i w jakim stopniu udało się nam zamiar zrealizować.

1Zapalnik z opóźnionym zapłonem

Niżniewartowsk, RSFRR

Poruszali się szybko, bezszelestnie i sprawnie. Nad ich głowami rozciągało się kryształowe, usłane gwiazdami niebo zachodniej Syberii. Byli muzułmanami i choć biegle mówili po rosyjsku, ich azerski akcent śmieszył większość kadry inżynierskiej. Trzej mężczyźni skończyli właśnie żmudne otwieranie setek zaworów na stacjach rozrządowych kolei i w punktach załadunku samochodów. Pracą kierował Ibrahim Tolkaze, ale obecnie trzymał się z tyłu. Na przedzie szedł Rasul, potężnie zbudowany, były sierżant Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Tego mroźnego wieczoru zabił już sześć osób - trzy z ukrytego pod płaszczem pistoletu, pozostałe gołymi rękami. Nikt tego nie słyszał; w rafineriach naftowych przeważnie panuje duży hałas. Ciała ukryli w jakichś mrocznych zakamarkach, a sami wsiedli do prywatnego samochodu Tolkazego i ruszyli wykonać pozostałą część zadania.

Główna rozdzielnia mieściła się w nowoczesnym, trzypiętrowym budynku postawionym w środku zakładów. W promieniu co najmniej pięciu kilometrów ciągnęły się wieże do krakowania, zbiorniki z surowcem, komory katalityczne, a przede wszystkim tysiące kilometrów potężnych rurociągów, które sprawiały, że Niżniewartowsk był jedną z największych na świecie rafinerii ropy naftowej. Poprzez dym, który bił z płonących pochodni wyrzucających zbędne frakcje, przeświecało niebo, lecz powietrze wypełniał odór destylatów: nafty lotniczej, gazoliny, olejów napędowych, benzyny, tetratlenku diazotu używanego do napędu pocisków międzykontynentalnych, różnego rodzaju smarów oraz złożonych substancji oznaczonych skomplikowanymi symbolami chemicznymi.

Inżynier Tolkaze zatrzymał prywatne żiguli na parkingu na wyznaczonym dla siebie miejscu przed ceglanym, pozbawionym okien budynkiem, wysiadł z auta i samotnie ruszył w stronę drzwi. Jego dwaj towarzysze zostali w samochodzie skuleni na tylnym siedzeniu.

Kiedy Ibrahim minął wewnętrzne, oszklone drzwi, pozdrowił wartownika, ten odwzajemnił uśmiech i wyciągnął dłoń po przepustkę. Kwestia bezpieczeństwa była tu sprawą bardzo istotną, lecz po czterdziestu latach funkcjonowania zakładów każdy traktował ją jak kolejną zbędną i uciążliwą formalność biurokratyczną, których tak wiele istnieje w Związku Radzieckim. Strażnik, znany z tego, że lubił sobie wypić - alkohol był jedyną rozrywką i pociechą w tym surowym, mroźnym kraju - miał teraz mętne spojrzenie i zbyt szeroki uśmiech. Tolkaze niezdarnie wypuścił z ręki przepustkę i wartownik pochylił się, by ją podnieść. Nigdy więcej już się nie wyprostował. Ostatnią rzeczą, jaką w życiu poczuł, był pocisk z pistoletu Tolkazego wymierzonego w podstawę czaszki. Mężczyzna umarł, nie wiedząc nawet, jak i dlaczego ginie. Ibrahim natychmiast wyciągnął zza biurka strażnika broń, którą tamten zostawił tam beztrosko. Potem z trudem dźwignął zwłoki i umieścił je za biurkiem, tak że ciało do połowy spoczywało na blacie - kolejny pracownik, który zasnął na służbie. Wyjrzał na zewnątrz. Machnięciem ręki przywołał swoich kompanów. Rasul i Muhammad biegiem ruszyli w stronę budynku.

- Już czas, bracia - powiedział Tolkaze, wręczając wyższemu towarzyszowi kałasznikowa i amunicję.

Rasul zważył w ręku broń. Sprawdził, czy jest odbezpieczona. Następnie osadził na lufie bagnet i po raz pierwszy tej nocy odezwał się:

- Czeka nas raj.

Tolkaze doprowadził się do porządku: przygładził włosy, podciągnął krawat, przypiął przepustkę do klapy białego fartucha laboratoryjnego i poprowadził towarzyszy w górę sześcioma ciągami schodów.

Normalna procedura wymagała, by każda wchodząca do głównej rozdzielni osoba była rozpoznawana przez któregoś z pracowników pełniącego aktualnie dyżur. Ale Nikołaja Barsowa zaskoczył widok Tolkazego, gdy wyjrzał przez wąskie okienko w drzwiach.

- Isza? Przecież nie masz dziś służby - powiedział.

- Po południu miałem awarię zaworu, a wychodząc, zapomniałem sprawdzić, czy go naprawiono. Chodzi o ten dodatkowy zawór w zbiorniku numer osiem z oczyszczoną naftą. Jeśli do jutra pozostanie nieczynny, będziemy musieli zmieniać drogę przepustu, a sam najlepiej wiesz, co to znaczy.
- Jasne, Isza - przyznał Barsow. Ten mężczyzna w średnim wieku zawsze sądził, że Tolkaze lubi to półrosyjskie zdrobnienie swego imienia. Mylił się straszliwie. - Poczekaj, niech odrygluję ten cholerny zamek.

Ciężkie stalowe drzwi rozchyliły się na zewnątrz, toteż Barsow nie mógł wcześniej dostrzec zaczajonych za nimi Rasula i Muhammada, później nie miał już okazji. Trzy pociski z kałasznikowa utkwiły mu w piersi.

W głównej rozdzielni, przypominającej do złudzenia rozdzielnię na stacji kolejowej czy w elektrowni, znajdowało się dwudziestu pracowników. Wysokie ściany pomieszczenia pokrywały plany rurociągów i setki barwnych lampek kontrolnych, wskazujących poszczególne zawory spustowe. To byt schemat rafinerii. Elementy systemu sterowane były przez oddzielne pulpity rozdzielcze, za którymi siedzieli dyżurni pracownicy. Słyszeli trzy wystrzały.

Ale żaden z nich nie miał broni.

Rasul z pełną elegancji cierpliwością sunął przez salę, strzelając z kałasznikowa do każdej napotkanej osoby. Inżynierowie początkowo próbowali uciekać, szybko jednak zrozumieli, że Rasul zapędza ich po prostu jak bydło w jeden róg sali i tam po kolei zabija. Dwóch odważnie rzuciło się do telefonów, by wezwać żołnierzy KGB z grupy szybkiego reagowania. Jednego śmiałka Rasul zastrzelił już przy aparacie, drugi skrył się za rzędem konsoli rozdzielczych i uniknął kuli. Zaczął przemykać się w stronę drzwi, ale tam czekał Tolkaze. Ibrahim spostrzegł, że uciekającym był Borys, faworyt Partii, przewodniczący miejscowego koliektiwa, człowiek, który okazywał mu „przyjaźń”, robiąc jednocześnie z niego obiekt żartów inżynierów - rdzennych Rosjan. Ibrahim doskonale pamiętał, że ta bezbożna Świnia traktowała go jak dzikiego przybysza, klepiąc protekcjonalnie po ramieniu ku uciesze swych rosyjskich władców. Tolkaze uniósł pistolet.

- Iszaaa! - krzyknął przerażony mężczyzna.

Tolkaze strzelił mu prosto w usta z nadzieją, że Borys nie umarł na tyle szybko, by nie usłyszeć pogardliwego epitetu:

- Niewierny.

Inżynier był rad, że mógł osobiście zabić tego człowieka. Pozostałymi mógł zająć się małomówny Rasul.

Ludzie krzyczeli, ciskali w panice filiżankami, krzesłami, instrukcjami obsługi urządzeń. Ale nie było dla nich wybawienia, nie było ucieczki przed smagłym, wysokim zabójcą. Niektórzy unosili ręce w daremnym geście błagania. Jeszcze inni modlili się głośno - ale nie do Allaha, który mógłby ich ocalić. W miarę jak Rasul równym krokiem zbliżał się do kąta sali, krzyki cichły. Po ostatnim wystrzale uśmiechnął się na widok zwłok; był pewien, że te niewierne świnie będą mu służyć w raju. Zmienił magazynek i ruszył z powrotem przez rozdzielnię. Kłuł bagnetem każde leżące ciało, cztery ofiary, które dawały jeszcze znaki życia, dobił dodatkowymi strzałami. Twarz miał zawziętą, pełną zadowolenia. Ostatecznie o dwadzieścia pięć niewiernych świń mniej. Dwudziestu pięciu najeźdźców, którzy nie staną już między jego ludem a Bogiem. Zaprawdę, wykonał dzieło Allaha!

Kiedy Rasul zajął już stanowisko u szczytu schodów, do akcji wkroczył Muhammad. Przełączył wszystkie układy komputerowego sterowania na układ kontroli ręcznej, omijając w ten sposób zautomatyzowane systemy bezpieczeństwa.

Ibrahim, który był człowiekiem działającym metodycznie, od miesięcy miał już opracowany w szczegółach plan akcji. Mimo to sporządził na wszelki wypadek listę czynności. Wyjął ją teraz i rozłożył na głównym pulpicie sterowniczym. Rozejrzawszy się, ustalił lokalizację konsoli kontrolnych. Miał chwilę dla siebie.

Wyciągnął więc z tylnej kieszeni spodni swój najcenniejszy skarb - fragment egzemplarza Koranu, który stanowił jeszcze własność jego dziadka. Otworzył książkę na chybił trafił. Sura „Łupy”. Dziadek Ibrahima zginął w rebelii wznieconej przeciw Moskwie; ojca zmuszono, by służył państwu niewiernych; samego Tolkazego rosyjscy nauczyciele również usiłowali włączyć w ten bezbożny system. Inni wyszkolili go na inżyniera nafciarza, podjął pracę w największej rafinerii w Azerbejdżanie. Tak zatem pozostał mu tylko Bóg przodków i nauki wuja, „nielegalnego” imama, który trwał w wierności Allahowi i uratował ten strzęp Koranu, towarzyszący obecnie jego wojownikowi. Tolkaze przeczytał surę:

 

A jeśli spiskują przeciwko tobie ci, którzy nie uwierzyli, aby cię mocno pochwycić albo zabić cię lub wypędzić, jeśli zatem oni spiskują, to i Bóg przygotowuje podstęp. A Bóg jest najlepszy w swoim podstępie1.

Uśmiechnął się, dogłębnie przekonany, że oto znak, iż tak naprawdę plan realizował ktoś dużo od niego potężniejszy. Spokojny i pewny siebie przystąpił do działania.

Najpierw gazolina. Zamknął szesnaście zaworów kontrolnych - najbliższy oddalony był o trzy kilometry - i otworzył dziesięć innych, które skierowały osiemdziesiąt milionów litrów paliwa do punktów, gdzie tankowano olbrzymie samochody-cysterny. Benzyna nie zapaliła się od razu. Trójka mężczyzn nie zainstalowała bowiem urządzeń detonujących, które spowodowałyby natychmiastową katastrofę. Ale Tolkaze uważał, że skoro wykonuje polecenie Allaha, to sam Bóg o wszystko zadba.

Zadbał. Przejeżdżająca przez teren załadunkowy niewielka ciężarówka skręciła zbyt gwałtownie, wpadła w poślizg na rozlanym paliwie i wyrżnęła bokiem w metalową barierę. Wystarczyła jedna iskra... Na rozrządowe stacje kolejowe wylewało się coraz więcej gazoliny.

Jeśli chodzi o rozdzielnice głównego rurociągu, Tolkaze przygotował specjalny plan. Dziękując w duchu Allahowi, że Rasul tak rozważnie używał kałasznikowa, iż nie uszkodził żadnych istotnych systemów, szybko uruchomił odpowiedni program komputera. Główny rurociąg prowadzący z pobliskich pól naftowych miał dwa metry średnicy i dochodziły do niego liczne dopływy, dostarczające surowca z otworów wiertniczych. Siłę bezwładności płynącej tymi rurami ropy wspomagały sterowane przez komputer pompy. Ibrahim, nie wyłączając ich, błyskawicznie pootwierał jedne zawory, a zamknął inne. Wyciekająca lekka ropa naftowa zalała pola produkcyjne. Potrzebna tam była tylko jedna iskra, by pod zimowym niebem rozpętać piekło. Na końcu otworzył zawór położony w miejscu, gdzie krzyżowały się nad rzeką Ob rurociągi z ropą i gazem.

- Zielone koszule! - krzyknął Rasul, słysząc na klatce schodowej łomot butów żołnierzy KGB z grupy szybkiego reagowania. Seria z kałasznikowa położyła trupem dwóch i reszta oddziału zatrzymała się za zakrętem schodów. Młody sierżant ze zdumieniem spoglądał na piekło, w jakie wdepnęli.

Rozdzielnię wypełnił nieoczekiwanie jazgot alarmów. Główny pulpit kontrolny zapłonął pulsującymi czerwonymi światłami, które wskazywały cztery miejsca rozprzestrzeniającego się pożaru. Tolkaze podszedł do głównego komputera i wyrwał z niego bęben z taśmą zawierającą cyfrowy kod sterowania aparaturą. Duplikat kodu znajdował się w kasie pancernej na parterze, a jedyny w promieniu dziesięciu kilometrów człowiek, który znał do niej szyfr, leżał obok - martwy. Muhammad w tym czasie pracowicie powyrywał wszystkie kable telefoniczne. W pewnej chwili budynek zadrżał w posadach, to eksplodował gigantyczny, odległy o dwa kilometry zbiornik z gazoliną.

Ogłuszający huk granatu był znakiem, iż żołnierze KGB znów przystąpili do akcji. Rasul odpowiedział ogniem i rozdzierającym bębenki syrenom pożarowym zawtórowały krzyki umierających. Tolkaze ruszył śpiesznie w kąt sali. Podłoga była śliska od krwi. Otworzył puszkę z bezpiecznikami i wyrwał główny korek. Następnie strzałem z pistoletu zniszczył całą instalację. Gdyby ktoś chciał ją naprawić, będzie to musiał zrobić po ciemku.

Zadanie wykonane. Ibrahim obejrzał się i spostrzegł, że jego potężnie zbudowany kompan został trafiony śmiertelnie w pierś odłamkiem granatu. Rasul chwiał się, próbując utrzymać się na nogach; do końca strzegł swych towarzyszy.

- Oddaję się w ręce Pana wszystkich światów! - krzyknął wyzywająco Tolkaze pod adresem żołnierzy, którzy nie znali słowa po arabsku. - Królu wszystkich ludzi, Boże wszystkich ludzi, od zła podszeptywanego przez szatana...

Zza załomu ściany wyskoczył na podest schodów starszina KGB i pierwszą serią wytrącił z bezwładnych rąk Rasula kałasznikowa. Kiedy ponownie znikał za rogiem, w powietrzu szybowały już lukiem dwa granaty.

Nie było gdzie ani po co uciekać. Muhammad i Ibrahim stanęli nieruchomo w drzwiach, a granaty turlały się po kafelkach podłogi w ich stronę. Wydawało się, iż cały świat staje w ogniu. Świat rzeczywiście miał zapłonąć z tego powodu.

-Allahu akbar!

 

Sunnyvale, Kalifornia

 

- Boże wielki! - sapnął sierżant.

Pożar, który zaczął się w sekcji benzyn i olei napędowych, był na tyle duży, by zaalarmować strategicznego satelitę dalekiego wykrywania wiszącego na orbicie geostacjonarnej trzydzieści osiem tysięcy kilometrów nad Oceanem Indyjskim. Informacja została natychmiast przesłana do tajnej placówki Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych.

W ośrodku kontroli satelitarnej dyżur pełnił akurat pułkownik lotnictwa. Odwrócił się natychmiast do starszego technika.

- Mapę, proszę - powiedział.

- Tak jest, sir.

Sierżant wystukał na klawiaturze komputera sygnały zmieniające czułość zainstalowanych w satelicie kamer. Satelita natychmiast zlokalizował źródło energii cieplnej. Obok optycznego obrazu na ekranie pokazała się komputerowa mapa z dokładną lokalizacją.

- Pożar rafinerii naftowej, sir. Jezu słodki, zupełnie jakby ktoś szczał ogniem! Pułkowniku, za dwadzieścia minut będzie tam przelatywał w odległości stu dwudziestu kilometrów KH-11.

Pułkownik pokiwał głową.

Uważnie obserwował ekran. Gdy nabrał już pewności, że źródło ciepła nie przemieszcza się, sięgnął prawą ręką po słuchawkę Złotej Linii - połączenia z siedzibą NORAD, Dowództwa Obrony Północnoamerykańskiej Przestrzeni Powietrznej i Kosmicznej w górze Cheyenne w Kolorado.

- Punkt kontroli Argus. Pilna wiadomość dla głównego dowódcy.
- Proszę zaczekać - odparł czyjś głos.
- Głównodowodzący - odezwał się ktoś inny.

- Mówi pułkownik Burnette, sir, z punktu kontroli Argus. Mamy tu potężne promieniowanie termiczne, namiar sześćdziesiąt stopni, pięćdziesiąt minut szerokości północnej i siedemdziesiąt sześć stopni, czterdzieści minut długości wschodniej. To rafineria naftowa. Źródło ciepła nie przemieszcza się, powtarzam: nie przemieszcza się. Za dwadzieścia minut przelatywać tam będzie KH-.11 Moja wstępna ocena, generale, jest taka, że mamy do czynienia z potężnym pożarem pola naftowego.

- A nie kierują przypadkiem na pańskiego satelitę promienia laserowego? - zapytał dowódca. Istniała możliwość, że to Rosjanie próbują jakichś sztuczek.

- Wykluczone. Źródło promieniowania ogranicza się do podczerwieni, a jego widzialne spektrum nie jest, powtarzam: nie jest, monochromatyczne. Za parę minut będziemy wiedzieli więcej, sir. Jak dotąd, wszystko wskazuje na to, że jest to rozległy ogień na powierzchni ziemi.

Pół godziny później byli tego pewni. Nad horyzontem pojawił się satelita zwiadowczy KH-11 i osiem kamer telewizyjnych zarejestrowało panujący na dole chaos. Urządzenie przetransmitowało sygnał do geostacjonarnego satelity komunikacyjnego i Burnette oglądał wszystko w czasie rzeczywistym. Na żywo i w kolorze. Ogień pochłonął już ponad połowę kompleksu rafinerii oraz przylegających do niej pól roponośnych; rozmiaru katastrofy dopełniał pożar ropy wypływającej z otwartych zaworów przerzuconego nad Obem rurociągu. Mogli oglądać, jak gnane wiatrem wiejącym z szybkością siedemdziesięciu kilometrów na godzinę płomienie rozprzestrzeniają się coraz bardziej. Choć prawie wszystko przysłaniał gęsty dym, czujniki podczerwieni wyławiały wiele źródeł ciepła, które mogły być wyłącznie rozległymi rozlewiskami płonących produktów naftowych. Odbywający z Burnette’em dyżur sierżant pochodził ze wschodniego Teksasu i jako chłopak pracował na polach naftowych. Z pamięci komputera wywołał zdjęcia zakładu zrobione jeszcze w ciągu dnia i porównał je z obrazem transmitowanym teraz przez satelitę.

- Do licha, pułkowniku! - odezwał się, kręcąc z niedowierzaniem głową. - Rafineria... no cóż, jest stracona, sir. Wiatr roznosi ogień i nie ma sposobu powstrzymać pożogi. To koniec, będzie tak się palić trzy, może cztery dni, a niektóre jej partie nawet i z tydzień. Jeśli nie znajdą jakiegoś sposobu, by ugasić pożar, zagładzie ulegnie również całe pole naftowe, sir. Kiedy znów tam pojawi się nasz satelita, rafineria wciąż będzie płonąć, rozsypią się wszystkie wieże, sfajczy się... Boże drogi, myślę, że nawet nasz Teksańczyk, Red Adair, nie chciałby się tym zajmować.

- Niewiele zostanie z rafinerii? No tak... - Burnette przeglądał zapis zarejestrowany podczas przelotu satelity. - To był ich najnowszy i największy zakład; prawdziwa klęska dla ich przemysłu paliwowego. Zanim wszystko odbudują, będą musieli zdrowo przestawić swoją produkcję gazu i paliw. Coś panu powiem. Kiedy Iwanowi zdarza się katastrofa przemysłowa, zazwyczaj nawet się nie skrzywi. Ale ten pożar to bardzo duży kłopot dla naszych rosyjskich przyjaciół, sierżancie.

Wszystkie analizy potwierdziła następnego dnia CIA, a dzień później tajne służby angielskie i francuskie.

Grubo się myliły.

2Człowiek, którego głos przeważył

 

DATA-CZAS 01/31-06: 15 kopia 01 z 01 dot. RADZIECKIEGO POŻARU

Katastrofalny pożar pól naftowych w Niżniewartowsku.

Czas: środa, godziny popołudniowe.

William Blake

American Press (AP) Wojskowość/Wywiad

Waszyngton, (AP) - Wywiad i źródła wojskowe w Waszyngtonie donoszą, że w środkowych rejonach Związku Radzieckiego wybuchł gigantyczny pożar pól naftowych, największy od czasu katastrofy w Texas City w roku 1947 i Mexico City w 1984 roku.

Ogień odkryły amerykańskie Państwowe Środki Techniczne, którym to terminem ogólnie określa się satelity rozpoznawcze podległe Centralnej Agencji Wywiadowczej. CIA uchyliła się od wszelkich komentarzy.

Źródła Pentagonu potwierdzają to doniesienie, dodając, że rozmiary pożaru spowodowały chwilowy zamęt w NORAD, gdyż istniała realna szansa, że ogień mógł powstać wskutek próby wystrzelenia rakiety w kierunku Stanów Zjednoczonych lub też próby oślepienia amerykańskich satelitów laserem czy innym urządzeniem naziemnym.

Pentagon podkreśla, że nie ogłoszono alarmu i nie postawiono w stan podwyższonej gotowości bojowej amerykańskich sił atomowych. „Zamieszanie trwało zaledwie pół godziny” - podano w oświadczeniu.

Radziecka agencja prasowa TASS nie potwierdziła doniesień, ale Rosjanie bardzo rzadko informują o takich sprawach.

Podobnie jak przy wspomnianych wyżej dwóch ogromnych katastrofach przemysłowych, obecny, gigantyczny pożar może doprowadzić do większej tragedii. Źródła Departamentu Obrony nie chciały spekulować na temat liczby przypuszczalnych ofiar wśród ludności cywilnej. Zakłady petrochemiczne przylegają bezpośrednio do Niżniewartowska.

Zgodnie z informacją Amerykańskiego Instytutu Naftowego pola w Niżniewartowsku skupiają w przybliżeniu 31,3 procent zasobów radzieckiej ropy; zbudowana tam niedawno nowa rafineria dostarczała około 17,3 procent ogólnej produkcji materiałów ropopochodnych Związku Radzieckiego.

„Na szczęście - oświadczył Donald Evans, rzecznik prasowy Instytutu - złoża ropy nie są łatwopalne i należy się spodziewać, że ogień zgaśnie za parę dni sam”. Rafineria jednak poniesie zapewne ogromne szkody, co narazi państwo na wielkie wydatki. „Kiedy Rosjanie już coś robią, robią to przeważnie na dużą skalę - ciągnął Evans. - Posiadają więc wystarczające rezerwy, by zrekompensować straty, zwłaszcza gdy wykorzystają wyniki badań prowadzonych w moskiewskich instytutach”.

Evans nie umiał określić przyczyny pożaru. Twierdził, że: „Mogło to mieć jakiś związek z klimatem. My również na terenach roponośnych Alaski mieliśmy wiele problemów i długo nie potrafiliśmy się z nimi uporać. Poza tym rafineria nie jest Disneylandem, w którym można bawić się w pirotechników, i powinni w niej pracować inteligentni, rozważni, doskonale wyszkoleni ludzie”.

Ostatnia katastrofa jest kolejnym niepowodzeniem, jakie dotknęło radziecki przemysł naftowy. Zaledwie zeszłej jesieni na plenum Komitetu Centralnego KPZR stwierdzono, że posunięcia produkcyjne zakładów we wschodniej Syberii „nie dały spodziewanych wyników".

To łagodne określenie Zachód odebrał jednak jako ostrą krytykę polityki byłego ministra przemysłu naftowego, Zatyżina, którego miejsce zajął Michaił Siergietow, dotychczasowy szef komitetu Partii w Leningradzie. Ów technokrata, z wykształcenia inżynier, aktywny działacz partyjny, uważany jest za wschodzącą gwiazdę na radzieckim firmamencie politycznym. Prace Siergietowa nad reorganizacją radzieckiego przemysłu naftowego potrwają zapewne kilka lat.

AP-BA-01-31

**KONIEC DONIESIENIA**

 

Moskwa

 

Michaił Edwardowicz Siergietow nie miał nawet czasu przeczytać przesłanego drogą telegraficzną doniesienia. Wyrwano go ze służbowej daczy położonej w brzozowych lasach niedaleko Moskwy i niezwłocznie wysłano samolotem do Niżniewartowska. Tam pozostał zaledwie dziesięć godzin i wrócił ze sprawozdaniem. Trzy miesiące pracy, pomyślał, wsiadając do pustej, obszernej kabiny iła-86 - i musiało się coś takiego zdarzyć!

Dwóch jego głównych zastępców - młodych, zdolnych inżynierów - zostało na miejscu tragedii, próbując opanować chaos i ratować, co się da, podczas gdy Siergietow jeszcze tego samego dnia miał przedstawić raport na posiedzeniu Politbiura. W walce z ogniem zginęło dotychczas trzysta osób oraz - rzecz zdumiewająca - tylko niespełna dwustu mieszkańców Niżniewartowska. Był to niekorzystny zbieg okoliczności, ale nie powinien mieć większego znaczenia, jeśli tylko uda się zastąpić fachowców, którzy stracili życie, innymi, ściągniętymi z wielkich rafinerii z terenu całego kraju.

Sama rafineria została niemal kompletnie zniszczona, odbudowa zajmie co najmniej dwa lub trzy lata i będzie niebywale kosztowna. Tylko stalowe rury plus wszelkie specjalistyczne urządzenia, niezbędne w tego typu zakładach, pochłoną zawrotną sumę piętnastu miliardów rubli. A ile sprzętu trzeba będzie kupić za granicą - ile drogocennej, twardej waluty i złota odpłynie z kraju?

Ale były jeszcze złe wiadomości - ogień zniszczył całkowicie wieże i szyby wiertnicze. Czas odbudowy: co najmniej trzydzieści sześć miesięcy.

Trzydzieści sześć miesięcy, pomyślał ponuro Siergietow, jeśli w celu odtworzenia tych przeklętych szybów zorganizujemy wiertnice i ludzi do ich obsługi, i jeśli jednocześnie odtworzymy system przyśpieszonej eksploatacji złóż. Związek Radziecki odczuwać będzie katastrofalny niedobór produktów naftowych co najmniej przez osiemnaście miesięcy, a najprawdopodobniej przez trzydzieści. Jak zniesie to nasza gospodarka?

Wyciągnął z walizeczki blok liniowanego papieru i zaczął liczyć. Lot trwał trzy godziny, ale pochłonięty pracą Siergietow przegapił nawet moment lądowania i dopiero pilot oznajmił mu, że są na miejscu.

Mrużąc oczy, inżynier rozejrzał się po spowitym śniegiem Wnukowie 2, podmoskiewskim lotnisku przeznaczonym wyłącznie dla VIP-ów. Zszedł po schodkach i skierował się do stojącej nieopodal limuzyny Ził. Samochód natychmiast ruszył, niezatrzymywany na żadnym z punktów kontroli. Zziębnięci milicjanci na widok nadjeżdżającego samochodu przybierali postawę zasadniczą, po czym znów zaczynali przytupywać i rozcierać ręce. Świeciło jasne słońce, po czystym niebie snuły się rzadkie obłoki. Siergietow spoglądał w okno nieobecnym wzrokiem, a myślami błądził wokół obliczeń, które sprawdził dotąd z pół tuzina razy. Kierowca, funkcjonariusz KGB, oznajmił mu, że Politbiuro już na niego czeka.

Siergietow od sześciu miesięcy był zastępcą członka Biura Politycznego bez prawa głosu; on i jego ośmiu młodszych kolegów stanowili grono doradców trzynastu mężczyzn, z których każdy podejmował znaczące dla Związku Radzieckiego decyzje. Był ministrem do spraw energii i jej dystrybucji. Stanowisko to objął we wrześniu i dopiero niedawno zaczął realizować własny program reorganizacji siedmiu nieustannie skłóconych regionalnych i ogólnozwiązkowych ministerstw zajmujących się energetyką. Chciał ominąć biurokrację Rady Ministrów i dążył do stworzenia jednego spójnego departamentu podległego bezpośrednio Politbiuru oraz Sekretariatowi Partii. Przymknął oczy, dziękując w duchu Bogu - chyba jakiś istnieje, pomyślał - że jego pierwsze zalecenia, dostarczone zaledwie miesiąc wcześniej, dotyczyły spraw bezpieczeństwa w przemyśle naftowym i zatrudniania tam wyłącznie ludzi sprawdzonych politycznie. Kładł szczególny nacisk na zastępowanie „kaukaskiej” siły roboczej elementem rdzennie rosyjskim. Nie obawiał się więc zbytnio o swą dalszą karierę, która na razie zapowiadała się niezwykle pomyślnie. Wzruszył ramionami. Czekające go zadanie wpłynie jednak na jego przyszłość. Jego i całego kraju.

Limuzyna sunęła przez Prospekt Leningradzki, potem przez Prospekt Gorkiego, aż dotarła do głównej alei, na którą milicja nikogo już nie wpuszczała, był to rejon zarezerwowany wyłącznie dla własti. Minęli hotel Inturistu przy placu Czerwonym i dotarli wreszcie do bramy Kremla. Kierowca zatrzymał auto, by mogli sprawdzić je żołnierze KGB i Gwardia Tamańska. Pięć minut później limuzyna podjechała przed wejście do budynku Rady Ministrów, jedynej nowoczesnej budowli na terenie starodawnej twierdzy. Tutaj już wartownicy znali Siergietowa z widzenia, salutowali mu służbiście i przytrzymywali otwarte drzwi, tak że nowo przybyły nie zdążył nawet zetknąć się z siarczystym mrozem, jaki panował na dworze.

Od miesiąca posiedzenia Politbiura odbywały się w sali na trzecim piętrze; tradycyjne miejsce tych zebrań - stary budynek Arsenału - przechodziło właśnie konieczną, choć mocno spóźnioną renowację. Starsi członkowie Politbiura utyskiwali wprawdzie, wzdychając do poprzednich, pamiętających jeszcze carską świetność, komfortowych wnętrz, ale Siergietow wołał nowoczesność. Uważał, że już najwyższy czas, by członkowie Partii otaczali się wytworami socjalizmu, a nie reliktami epoki Romanowów.

Kiedy wszedł do sali, zaległa w niej martwa cisza. W Arsenale, pomyślał pięćdziesięcioczteroletni technokrata, zawsze panowała atmosfera pogrzebowa; i rzeczywiście w tym gronie pogrzebów było aż nazbyt wiele. Z Partii ubywali stopniowo jej najstarsi członkowie, którzy zdołali jakoś przeżyć czas stalinowskiego terroru. Odchodzili, a ich miejsca zajmowali nowi, „młodzi”, pięćdziesięcio-, najwyżej sześćdziesięcioletni. Nieunikniona zmiana warty. Dla Siergietowa jednak i jego pokolenia - z wyjątkiem oczywiście nowego sekretarza generalnego - następowała ona zbyt wolno. Zbyt wolno! Czasami Siergietowowi wydawało się, że w chwili, gdy ostatni z tych starców odejdzie, on sam będzie już jednym z nich. Teraz jednak, rozglądając się po sali, poczuł się bardzo młody.

- Dzień dobry, towarzysze - powiedział, podając płaszcz komuś z obsługi; człowiek ten, niosąc ostrożnie okrycie, natychmiast wycofał się z sali i zamknął za sobą drzwi. Zebrani zajęli miejsca. Fotel Siergietowa znajdował się po prawej stronie stołu, w połowie jego długości.

Sekretarz generalny Partii ogłosił otwarcie zebrania. Głos miał opanowany i rzeczowy.

-Towarzyszu Siergietow, możecie zaczynać sprawozdanie. Na początku chcielibyśmy jednak, abyście poinformowali nas, co się tam właściwie stało.

- Towarzysze, wczoraj, około dwudziestej trzeciej czasu moskiewskiego do centralnej rozdzielni zakładów rafineryjnych w Niżniewartowsku wdarło się trzech uzbrojonych mężczyzn i dokonało bardzo wymyślnego aktu dywersji.

- Kim byli? - zapytał ostro minister obrony.

- Zidentyfikowaliśmy tylko dwóch. Jeden z bandytów to elektryk zatrudniony w rafinerii. Drugi... - Siergietow wyjął z kieszeni przepustkę i rzucił ją na stół - ...starszy inżynier, I. M. Tolkaze. To on zapewne, wykorzystując swoją fachową wiedzę, spowodował potężny pożar, który gnany wiatrem błyskawicznie ogarnął cały kompleks kombinatu. Oddział Wojsk Obrony Wewnętrznej KGB zareagował natychmiast. Jeden ze zdrajców, ten niezidentyfikowany, zabił lub zranił pięciu żołnierzy. Użył kałasznikowa, który należał do strażnika pilnującego budynku; strażnik ten również zginął. Na podstawie zeznań starsziny KGB - porucznik został zastrzelony na samym początku starcia - muszę przyznać, że wojsko zareagowało błyskawicznie. Po paru minutach zdrajcy już nie żyli. Ale nie udało się zapobiec kompletnemu zniszczeniu rafinerii i pól roponośnych.

- Skoro straż tak szybko zareagowała, czemu dopuściła do takich szkód? - zapytał minister obrony, wpatrując się z nienawiścią w fotografię na przepustce. - A przede wszystkim, co ta czarna, muzułmańska małpa tam robiła?

-Towarzyszu, praca na syberyjskich polach naftowych jest mordercza i mamy poważne kłopoty z naborem ludzi. Mój poprzednik polecił wysłać na Syberię doświadczonych nafciarzy z rejonu Baku. Było to czyste szaleństwo. Przypomnijcie sobie, towarzysze, moje pierwsze zalecenie z zeszłego roku, by skończyć z tą polityką.

- Tak, znamy wasz raport, Michaile Edwardowiczu - odezwał się przewodniczący. - Kontynuujcie, proszę.

- Posterunek straży rejestruje wszelkie rozmowy radiowe i telefoniczne. Oddział szybkiego reagowania już po dwóch minutach był w drodze. Niestety, posterunek mieści się obok dawnej rozdzielni. Obecną zbudowano dwa lata temu trzy kilometry dalej, kiedy sprowadziliśmy z Zachodu nową aparaturę kontroli komputerowej. W nowej placówce miała też być wzniesiona wartownia, zgromadzono nawet materiały budowlane. Właśnie wyszło na jaw, że dyrektor zakładów i miejscowy sekretarz Partii wykorzystali je do budowy swych dacz nad rzeką, parę kilometrów od miasta. Obu poleciłem natychmiast aresztować na podstawie artykułu o zdradzie państwa - tłumaczył rozsądnie Siergietow. Ostatnie słowa nie wzbudziły w słuchaczach żadnej reakcji. Milcząca zgoda Politbiura skazała obu na śmierć, formalnościami zajmą się odpowiednie resorty.

- Wydałem ponadto polecenie, by wzmocnić ochronę wszystkich innych pól naftowych w naszym kraju - ciągnął Siergietow. - Na mój rozkaz aresztowano też mieszkające w okolicach Baku rodziny obu dywersantów. Są one obecnie dokładnie przesłuchiwane przez służby bezpieczeństwa. To samo dotyczy wszystkich, którzy znali zdrajców lub z nimi pracowali. Przed przybyciem straży sabotażyści zdołali przejąć nadzór nad systemami kontroli pól naftowych i spowodowali gigantyczny pożar. Potem jeszcze zniszczyli aparaturę kontrolną do tego stopnia, że gdyby nawet z wojskiem pojawiła się ekipa najzdolniejszych inżynierów, niczego by nie uratowała. KGB ewakuowało budynek, który niebawem strawiły płomienie. Nic innego nie dało się zrobić.

Siergietow ciągle miał przed oczyma straszliwie poparzoną twarz podoficera KGB. Kiedy zdawał relację, po spalonej, pełnej bąbli skórze ciekły mu strumieniem łzy.

- A strażnicy? - zapytał sekretarz generalny.

- Ponad potowa zginęła w ogniu - odparł Siergietow. - Oprócz tego jeszcze stu obywateli miasta, którzy włączyli się do walki o ratowanie kombinatu. Naprawdę, każdy dał z siebie wszystko, towarzyszu. Kiedy już ten łajdak Tolkaze przystąpił do realizacji swego diabelskiego planu, z równym skutkiem można było próbować powstrzymywać trzęsienie ziemi. Podsumowując, pożar już obecnie opanowano, gdyż większość zgromadzonego w rafinerii paliwa spłonęła w ciągu pierwszych pięciu godzin, a także dlatego, że zniszczeniu uległy wszystkie szyby na polach naftowych.

- Ale jak w ogóle mogło dojść do takiej katastrofy? - zapytał przełożony. Siergietowa zdumiewał spokój zebranych. Czyżby zdążyli już spotkać się wcześniej i omówić wstępnie całą sprawę?

- Wszelkie zagrożenia opisałem w raporcie z dwudziestego grudnia. Z rozdzielni można było sterować każdą pompą i każdym zaworem na terenie mającym dobrze ponad sto kilometrów kwadratowych. To samo zresztą dotyczy innych naszych wielkich pól naftowych. Rozdzielnia to mózg rafinerii. Stamtąd każdy, kto zna procedury kontrolne, może uruchomić lub unieruchomić systemy i w dowolnej chwili spowodować katastrofę. Tolkaze znał się na tym bardzo dobrze. Był Azerem. Dzięki swym zdolnościom i nieposzlakowanej opinii wysłany został jako stypendysta na Uniwersytet Moskiewski, ponadto od wielu lat należał do Partii. Ale, jak się okazało, był również fanatykiem religijnym zdolnym do tak niesłychanego czynu. Wszyscy dyżurni, przebywający wtedy w rozdzielni, stanowili krąg jego bliskich przyjaciół - to znaczy, tak sądzili. Mimo piętnastu lat w Partii, wysokich zarobków, dobrej opinii, którą cieszył się wśród towarzyszy jako pracownik, mimo własnego samochodu, umarł z imieniem Allaha na ustach - kończył sucho Siergietow. - Ludziom z tamtych stron nigdy nie możemy wierzyć, towarzysze.

Minister obrony znów skinął głową.

- No dobrze, a jak to wpłynie na naszą produkcję naftową?

Połowa zebranych przy stole nachyliła się z uwagą w stronę Siergietowa.

- Towarzysze, co najmniej na rok, a przypuszczalnie na trzy lata, wydobycie ropy spadnie o trzydzieści cztery procent. - Siergietow podniósł wzrok znad notatek i ujrzał, jak kamienne dotąd twarze marszczą się niczym po siarczystym policzku. - Musimy ponownie wiercić każdy szyb i odbudować zniszczone rurociągi. Szkody wyrządzone w samej rafinerii, jakkolwiek bardzo poważne, nie powinny budzić aż takiego niepokoju, gdyż stosunkowo szybko je naprawimy; ponadto remont zakładów zmniejszy nasze moce produkcyjne o niecałą jedną siódmą. Największą katastrofą dla gospodarki będzie więc ogromny spadek wydobycia ropy naftowej. Uwzględniając skład chemiczny ropy z Niżniewartowska, niedobór tego surowca spowoduje głęboki kryzys naszej gospodarki. Syberyjska ropa jest „lekka i słodka”, co znaczy, że zawiera bardzo dużą ilość najcenniejszych frakcji, z których produkujemy, na przykład, benzynę, oczyszczoną naftę i oleje napędowe. Straty netto, jakie poniesiemy w wyniku wyłączenia tego rejonu, wyniosą czterdzieści cztery procent produkcji benzyny, czterdzieści osiem procent nafty oczyszczonej i pięćdziesiąt procent olejów napędowych. Są to tylko obliczenia szacunkowe, których dokonałem w samolocie, ale ich błąd może wahać się najwyżej w granicach dwóch procent. Za parę dni moi ludzie dostarczą precyzyjnych danych.

- Potowa? - zapytał cicho sekretarz generalny.

- Dokładnie tyle, towarzyszu - odparł Siergietow.

- A ile czasu trzeba, by wznowić eksploatację złóż?

- Towarzyszu sekretarzu generalny, jeśli dostarczymy odpowiedniej liczby wiertnic, które pracować będą dwadzieścia cztery godziny na dobę, to wedle moich wstępnych obliczeń przywracanie poziomu produkcji zajmie dwanaście miesięcy. Oczyszczenie terenu po katastrofie zabierze co najmniej trzy miesiące, trzy dalsze należy poświęcić na montaż aparatury i wież. Ponieważ znamy lokalizację szybów i ich głębokość, pominąć możemy normalny w takich okolicznościach czynnik niepewności. A więc w ciągu roku - to jest sześć miesięcy po przystąpieniu do ponownych wierceń - zaczniemy stopniową eksploatację szybów. Ich pełna rekonstrukcja skończy się w ciągu dwóch dalszych lat. Równolegle z tymi pracami musimy też rozmieszczać aparaturę do przyśpieszonej eksploatacji złóż...

- Do czego? - zapytał minister obrony.

- Przyśpieszonej eksploatacji złóż, towarzyszu ministrze. Gdyby w Niżniewartowsku szyby były stosunkowo młode, samo ciśnienie podtrzymywałoby ogień jeszcze całymi tygodniami. Ale, jak wiecie towarzysze, ze złóż wydobyto już sporą część zasobów. By przyśpieszyć eksploatację, wpompowywaliśmy do szybów wodę, która sprawiała, że uzyskiwaliśmy dużo więcej ropy. Obecnie będzie miało to fatalny wpływ na regenerację tych otworów, gdyż uszkodzone są warstwy roponośne. Z tym problemem próbują uporać się geolodzy. Kiedy więc zabrakło energii i zniknęły siły wypychające naftę, ogień na polach gwałtownie wygasał z powodu braku paliwa. Gdy odlatywałem do Moskwy, ognia prawie nie było.

-Tak więc i trzech lat może być mało? - zapytał minister spraw wewnętrznych.

- Zgadza się, towarzyszu ministrze. Nie ma na ten temat żadnych naukowych ustaleń. Do sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, nie doszło dotąd ani na Zachodzie, ani na Wschodzie. W ciągu dwóch, trzech miesięcy możemy wywiercić parę kontrolnych otworów, co da nam pewne wskazówki. Ekipa, którą tam zostawiłem, zaczęła już działać w tym kierunku tak szybko, jak to umożliwia nasz sprzęt.

- Bardzo dobrze. - Sekretarz generalny skinął głową. - Mam następne pytanie: jak długo kraj może funkcjonować w takiej sytuacji?

Siergietow wrócił do notatek.

- Towarzysze, powiedzmy szczerze, jest to katastrofa gospodarcza na skalę dotąd nienotowaną. Choć ostra zima pochłonęła zapasy naszych ciężkich olejów w stopniu większym, niż zakładaliśmy, niektóre gałęzie energetyki muszą pozostać stosunkowo nietknięte. Na przykład produkcja prądu w zeszłym roku pochłonęła trzydzieści osiem procent ogólnej produkcji naftowej; też dużo więcej, niż planowaliśmy. Było to spowodowane niskim wydobyciem węgla i gazu, które miały ograniczyć ilość zużywanej ropy. Przemysł węglowy aktualnie modernizujemy, ale dopiero po pięciu latach zacznie w pełni funkcjonować. Poszukiwania gazu idą obecnie wolniej z przyczyn klimatycznych. Z czysto technicznych względów trudno jest operować niezbędnym do tego sprzętem w bardzo niskich temperaturach...

- Więc niech te dranie od wierceń nie lenią się i wezmą do roboty - doradził sekretarz moskiewskiego komitetu Partii.

-Tu nie o robotników chodzi, towarzyszu. - Siergietow westchnął. - Chodzi o maszyny. Niska temperatura bardziej działa na metal niż na człowieka. Podczas silnych mrozów narzędzia i części maszyn stają się kruche i łatwo pękają. Warunki atmosferyczne utrudniają transport do obozów. Marksizm-leninizm, niestety, nie ma wpływu na pogodę.

- Czy trudno byłoby pokryć czymś teren wierceń? - spytał minister obrony.

-Trudno? Nie, towarzyszu ministrze, to po prostu niemożliwe. Jak zasłonić kilkaset wież wiertniczych wysokości od dwudziestu do czterdziestu metrów każda? Z równym powodzeniem dałoby się przykryć kosmodrom w Bajkonurze.

Siergietow po raz pierwszy zauważył, że minister obrony wymienił spojrzenia z sekretarzem generalnym.

- Musimy zatem ograniczyć przydziały ropy dla elektrowni - oświadczył ten ostatni.

- Towarzysze, pozwólcie, że przedstawię wam kilka pobieżnych spostrzeżeń na temat zużywania przez nasz kraj produktów naftowych. Proszę uwzględnić, że dane będę czerpał z pamięci, gdyż roczny raport mojego departamentu jeszcze nie jest w pełni gotowy. W ubiegłym roku wydobyliśmy pięćset osiemdziesiąt dziewięć milionów ton ropy naftowej, to znaczy o trzydzieści dwa miliony mniej, niż zakładaliśmy, a i obecny poziom wydobycia możliwy jest wyłącznie dzięki owym środkom nadzwyczajnym, o jakich wspomniałem. Około połowy naszej produkcji stanowi mazut będący wynikiem połowicznej destylacji lub ciężki olej opałowy. Stosuje się je na przykład w elektrowniach lub w fabrykach do ogrzewania kotłów parowych. Większość ropy nie może być po prostu wykorzystana w inny sposób, gdyż dysponujemy tylko trzema - przepraszam, obecnie już dwiema - rafineriami z wystarczająco skomplikowaną aparaturą oraz z komorami do krakowania katalitycznego, zdolnymi do przetwarzania olejów ciężkich w produkty destylacji lekkiej. Wytwarzane przez nas paliwa służą gospodarce w sposób różnoraki. Jak już wspomnieliśmy, trzydzieści osiem procent idzie na elektryczność i inne formy energii. Szczęśliwie jest to głównie mazut. Paliwa lżejsze - olej napędowy, benzyna i oczyszczona nafta - wykorzystywane są przez rolnictwo, przemysł spożywczy, transport osób i towarów oraz wojsko. To pochłonęło ponad połowę zeszłorocznej produkcji. Innymi słowy, towarzysze, po utracie Niżniewartowska tylko wymienieni przeze mnie użytkownicy potrzebują więcej, niż możemy wydobyć i przetworzyć. Dla takich gałęzi jak metalurgia, przemysł maszynowy ciężki, chemiczny czy budownictwo nie zostanie już nic. Nie wspominam naturalnie o eksporcie do bratnich krajów socjalistycznych Europy Wschodniej ani o eksporcie światowym. Natomiast co do poruszonej przez was kwestii, towarzyszu sekretarzu generalny, możemy zapewne pozwolić sobie na skromne cięcia w energetyce, choć już obecnie odczuwamy poważne niedobory energii, czego skutkiem były czasowe ograniczenia zużycia prądu, a nawet całkowite przerwy w jego dostawach. Dalsze redukcje w tej dziedzinie wywrą katastrofalny wpływ na inne sektory gospodarki państwowej, takie jak produkcja przemysłowa czy transport kolejowy. Pamiętacie, towarzysze, jak trzy lata temu, żeby oszczędzać paliwa, zmieniliśmy na próbę napięcie wytwarzanego prądu? Spowodowało to masowe awarie silników w całym Donieckim Okręgu Przemysłowym.

- A węgiel i gaz?

- Towarzyszu sekretarzu generalny, już teraz wydobycie węgla jest o szesnaście procent niższe od planowanego i spada coraz bardziej. Spowodowało to zresztą przechodzenie zasilanych węglem fabryk i elektrowni na ropę. Co więcej, ponowne przestawienie się z ropy na węgiel jest bardzo kosztowne i czasochłonne. Dużo tańszym i prostszym rozwiązaniem jest przejście na gaz i do tego zmierzamy. Produkcja gazu wprawdzie też jest poniżej normy, ale ten dział gospodarki rokuje nadzieje. Pod koniec bieżącego roku spodziewamy się przekroczyć plan. Tutaj z kolei musimy brać pod uwagę fakt, że wiele naszego gazu idzie do Europy Zachodniej. Uzyskujemy w ten sposób twardą walutę, by kupować zagraniczną ropę oraz, naturalnie, zboże.

Na ostatnią wzmiankę odpowiedzialny za rolnictwo członek Politbiura zamrugał powiekami. Ileż już osób przepadło z kretesem za to, że nie poradziło sobie z radzieckim rolnictwem, pomyślał Siergietow. Nie dotyczyło to obecnego sekretarza generalnego, który też doznał w tej dziedzinie porażki, a mimo to zdołał obrócić ją na swoją korzyść. Ale dobrzy marksiści nie wierzą w cuda i za wyniesienie na to tytularne stanowisko trzeba było zapłacić wysoką cenę, co Siergietow dopiero teraz zaczynał rozumieć.

- Jakie więc widzicie rozwiązanie, Michaile Edwardowiczu? - zapytał z niebywałą troską w głosie minister obrony.

-Towarzysze, musimy dźwignąć ten ciężar, wprowadzając jednocześnie wszelkie możliwe usprawnienia na każdym szczeblu naszej gospodarki. - Siergietow nie próbował nawet wspomnieć o wzrastającym imporcie ropy. Obecny kryzys musiał doprowadzić do trzykrotnego wzrostu importu, podczas gdy rezerwy twardych walut z trudem pozwalały na podwojenie zakupów tego surowca za granicą. - Musimy zwiększyć produkcję i jakość wiertnic wytwarzanych w wołgogradzkiej „Barykadzie”. Ponadto, by rozwinąć na szeroką skalę poszukiwania i eksploatację złóż na znanych już polach, czeka nas zakup innej, zachodniej aparatury, niezbędnej do tych prac. Duże szanse upatruję również w budowie nowych elektrowni atomowych. Powinniśmy też wprowadzić reglamentację paliw dla transportu drogowego i samochodów osobowych. Te dziedziny, jak wszyscy wiemy, pochłaniają aż jedną trzecią całych naszych zasobów. Możemy również chwilowo zmniejszyć dostawy paliw dla wojska oraz przedstawić część sektora zbrojeniowego na inną, niezbędną produkcję przemysłową. Czekają nas trzy ciężkie lata. Ale tylko trzy.

Siergietow na podkreślenie tych słów uderzył dłonią w plik notatek.

- Towarzyszu, wasze doświadczenie w kwestii polityki zagranicznej i spraw związanych z obronnością kraju jest raczej niewielkie, prawda? - spytał minister obrony.

- Nigdy nie twierdziłam, że jest inaczej, towarzyszu ministrze - odparł ostrożnie Siergietow.

- Zatem wyjaśnię wam, czemu proponowane przez was rozwiązania są nie do przyjęcia. Gdybyśmy zastosowali się do waszych rad, Zachód natychmiast dowiedziałby się o kryzysie, jaki przechodzimy. Zakup dużej ilości aparatury niezbędnej do produkcji ropy oraz zakrojone na ogromną skalę prace remontowe w Niżniewartowsku zdradziłyby nas natychmiast, pokazując Zachodowi naszą słabość. Na pewno by to wykorzystali. A wy tu nam jednocześnie - walnął pięścią w ciężki dębowy stół - proponujecie reglamentację paliwa dla jedynych sił, które mogą nas przed Zachodem obronić.

- Towarzyszu ministrze obrony, jestem inżynierem, nie wojskowym. Pytaliście o rozwiązania techniczne, więc je przedstawiłem - Siergietow starał się mówić cicho i spokojnie. - Sytuacja jest bardzo poważna, ale nie będzie miała wpływu, na przykład, na nasze formacje rakiet strategicznych. Czyż nie obronią nas przed imperialistami w czasie, gdy będziemy wychodzili z kryzysu?

Cóż innego stworzyli? - zadawał sobie pytanie Siergietow. Olbrzymie sumy wpadały w ten przepastny, pozbawiony dna worek. Czyż to za mało, by dziesięciokrotnie pokonać Zachód? Dwudziestokrotnie? A tu ciągle mało i mało!

- Poza tym, czy nie przyszło wam nigdy do głowy, że Zachód mógłby nam niczego nie sprzedać? - zapytał partyjny teoretyk.

- A kiedy kapitaliści odmówili nam sprzedaży?

- A kiedy kapitaliści mieli taką okazję? - wtrącił sekretarz generalny. - Po raz pierwszy Zachód może nas zdławić zaledwie w ciągu roku. Co się stanie, jeśli odmówią nam również sprzedaży zboża?

Tego Siergietow nie wziął pod uwagę. W ciągu ostatnich jedenastu lat siedem było nieurodzajnych i Związek Radziecki musiał kupować olbrzymie ilości pszenicy. W bieżącym roku dostawcami mogły być tylko Ameryka i Kanada. Zła pogoda na półkuli południowej spowodowała nieurodzaj również w Argentynie i, na trochę mniejszą skalę, w Australii, natomiast Stany Zjednoczone i Kanada miały, jak zwykle, wspaniałe zbiory. Trwające aktualnie w Waszyngtonie i Ottawie negocjacje przebiegały doskonale. Amerykanie nie czynili żadnych przeszkód, tylko że przy tak wysokim kursie dolara ziarno było stosunkowo drogie. Lecz załadunek zboża na statki mógł trwać miesiące. Siergietow pomyślał, że w krytycznej sytuacji łatwo byłoby pod byle pretekstem opóźnić lub całkowicie wstrzymać załadunek zboża w Nowym Orleanie i Baltimore.

Rozejrzał się po sali. Dwudziestu dwóch mężczyzn, z których tylko trzynastu miało prawo podejmowania wiążących decyzji - a jeden i tak skazany już był na odejście - w milczeniu rozważało problem ponad dwustu pięćdziesięciu milionów radzieckich robotników i chłopów, którzy będą siedzieć po ciemku i o głodzie, podczas gdy wojska armii radzieckiej, Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i KGB unieruchomione zostaną przez brak paliwa.

Członkowie Politbiura należeli do najbardziej wpływowych ludzi na świecie i dysponowali władzą większą niż elity rządzące na Zachodzie. Nie podlegali nikomu; ani Komitetowi Centralnemu KPZR, ani Radzie Najwyższej, a już na pewno nie obywatelom swego kraju. Ludzie ci od lat nie chodzili moskiewskimi ulicami, przemykali tylko nimi zamknięci w wytwornych, robionych na zamówienie wozach, przemierzając stałe trasy między Kremlem a swymi luksusowymi mieszkaniami w Moskwie lub daczami leżącymi poza miastem. Jeśli w ogóle robili zakupy, to w specjalnie strzeżonych, zarezerwowanych dla elity sklepach. Leczyli się w rządowych klinikach i uważali się za panów swego losu.

I oto po raz pierwszy zaczęło im świtać w głowach, że oni też, jak inni ludzie, podlegają zmiennym kolejom losu, wobec którego bezsilna jest nawet wszechpotężna władza.

Żyli w kraju, którego mieszkańcy nędznie się odżywiali i nędznie mieszkali, a jedynym artykułem, którego mieli w nadmiarze, były wymalowane wszędzie symbole i slogany o radzieckim Braterstwie i Postępie. Siergietow dobrze wiedział, że niektórzy ze zgromadzonych przy stole mężczyzn wierzyli w te hasła. Czasami, gdy wspomniał młodzieńcze ideały, on sam w nie wierzył. Ale radziecki Postęp nie nakarmi narodu. Jak długo przetrwa Braterstwo, jeśli jest udziałem ludzi głodnych, zmarzniętych i żyjących bez światła? Czy wciąż będą dumni z rakiet rozmieszczonych w syberyjskich lasach? Z tysięcy czołgów i karabinów produkowanych każdego roku? Czy dalej będą czerpać natchnienie z unoszącej się na niebie, nad ich głowami stacji kosmicznej „Salut”? A może po prostu zaczną się zastanawiać, czym się żywi elita? Przed niespełna rokiem, kiedy Siergietow był jeszcze sekretarzem w Leningradzie, nie znosił relacji własnych współpracowników o żartach i narzekaniach, jakie słyszało się w kolejkach po dwa bochenki chleba, tubkę pasty do zębów czy parę butów. Ale nawet wtedy, oderwany już od utrapień codziennego życia w Związku Radzieckim, często się zastanawiał, czy pewnego dnia spoczywający na barkach prostego robotnika ciężar nie okaże się zbyt wielki. Jak mógł się tego wówczas dowiedzieć? Jak ma się tego dowiedzieć teraz? Czy wiedzą o tym ci starcy?

Narod - używali tego rzeczownika rodzaju męskiego oznaczającego mniej niż nic, zgwałconego we wszystkich swoich znaczeniach - to pozbawione twarzy masy mężczyzn i kobiet, harujących od świtu do nocy w pocie czoła w Moskwie i w każdym innym zakątku wielkiego kraju, w fabrykach i kołchozach; ich myśli ukryte są pod nieruchomymi maskami bez uśmiechu. Członkowie Politbiura twierdzili, że robotnicy i chłopi nie zazdroszczą im luksusu, skoro towarzyszy temu aż taka odpowiedzialność. Ostatecznie warunki życia poprawiły się. Taka była umowa. Ale obecnie mogła zostać w każdej chwili zerwana. Co wtedy? Mikołaj II tego nie wiedział. Ale ci mężczyźni tak.

Ciszę przerwał minister obrony:

- Musimy zdobyć odpowiednią ilość ropy. To wszystko. Alternatywą będzie załamanie się gospodarki, głód i osłabienie militarne kraju. A to jest nie do przyjęcia.

- Ale nie stać nas na zakup ropy - odparł zastępca członka Politbiura.

- Więc musimy ją zdobyć.

 

Fort Meade, Maryland

 

Bob Toland popatrzył na keks i zmarszczył brwi. Nie należy jadać deserów - napomniał się w duchu analityk wywiadu. Ale w kantynie Agencji Bezpieczeństwa Narodowego podawano ciasto tylko raz w tygodniu, keks należał do jego ulubionych słodyczy, a ponadto plasterek zawierał tylko około dwustu kilokalorii. No cóż, pięć dodatkowych minut ćwiczeń na rowerze - pocieszył się w duchu Toland.

- Bob, co myślisz o tym artykule w gazecie? - spytał jeden z pracowników.

- O tej historii z polem naftowym? - Toland jeszcze raz popatrzył na przypiętą do klapy przepustkę znajomego. Z pewnością nie znal się na wywiadzie satelitarnym. - Wygląda na to, że mają tam niezły pożar.

- A jakieś oficjalne wieści?

- Powiedzmy tylko, że gazety otrzymały informacje od wyższych instancji.

- Tajna... prasa? - Obaj mężczyźni się roześmiali.

- Coś w tym rodzaju. Sam dowiedziałem się wszystkiego z gazet - odparł prawie szczerze Toland. Ogień już wygasł i ludzie z jego wydziału zastanawiali się, jakim cudem Iwan poradził sobie z nim tak szybko. - Nie powinno im to zbytnio zaszkodzić. Ostatecznie na wakacje nie wyjeżdżają tam samochodami miliony ludzi, prawda?

- Prawda. Jak ciasto?

- Niezłe. - Toland uśmiechnął się i zastanowił, czy naprawdę będzie musiał poświęcić trochę więcej czasu na rower.

 

Moskwa

 

Politbiuro zebrało się ponownie następnego dnia o wpół do dziesiątej rano. Za podwójnymi oknami rozciągało się szare niebo przysłonięte kurtyną śnieżycy, która zdążyła pokryć ziemię kolejną półmetrową warstwą. Po południu zapewne wylegną na wzgórza w parku Gorkiego amatorzy sanek, pomyślał Siergietow. Z dwóch zamarzniętych stawów odgarnięty zostanie śnieg i pojawią się łyżwiarze tańczący do wtóru muzyki Czajkowskiego i Prokofiewa. Upojeni zimnem moskwianie będą się śmiali i pili wódkę, nieświadomi wszystkiego, co zostanie powiedziane w tej sali, nieświadomi podjętych decyzji, które być może będą ich kosztować życie.

Poprzedniego dnia obrady Politbiura zakończyły się o szesnastej i w auli pozostało tylko pięciu ludzi tworzących Radę Obrony. Do tego ciała decyzyjnego nie należało nawet wielu pełnoprawnych członków Politbiura.

Z odległego końca sali spoglądał na nich z portretu naturalnej wielkości Władimir Iljicz Uljanow-Lenin, rewolucyjny święty radzieckiego komunizmu. Sklepione czoło jakby stawiało opór wichurze, a oczy spoglądały w świetlaną przyszłość, którą zapowiadał surowy wyraz twarzy, a marksistowsko-leninowska „nauka” określała jako historyczną konieczność. Świetlana przyszłość. Jaka przyszłość? - pytał sam siebie Siergietow. - Co stało się z naszą rewolucją? Co stało się z naszą Partią? Czy towarzyszowi Iljiczowi o to właśnie chodziło?

Siergietow spojrzał na sekretarza generalnego. Tego „młodego” człowieka Zachód ciągle uważał za kogoś, kto sprawuje władzę absolutną. Jego wyniesienie na tak wysokie stanowisko w Partii zaskoczyło wiele osób, również Siergietowa. Zachód wciąż spoglądał na niego z nadzieją, taką samą jak my niegdyś, pomyślał kandydat na członka. Kiedy Siergietow został przeniesiony do Moskwy, rozwiał się kolejny sen. Człowiek, który przez lata robił dobrą minę do zlej gry, zarządzając radzieckim rolnictwem, roztaczał teraz swe pozorne wdzięki na arenie dużo szerszej. Był bardzo pracowity - to musiał przyznać każdy z zebranych przy stole - lecz zadanie, którego się podjął, stanowiło czystą utopię. By dostać się na samą górę, obecny sekretarz musiał złożyć zbyt wiele obietnic, zawrzeć zbyt wiele układów ze starą gwardią. Nawet „młodzi”, pięćdziesięcio-i sześćdziesięciolatkowie, których osobiście włączył do Politbiura, mieli własne powiązania ze starym reżimem i tak naprawdę nic się nie zmieniło.

Zachód chyba nigdy nie pojął istoty rzeczy. Od czasu Chruszczowa nikt nie sprawował całkowitej władzy. Rządy jednostki zbyt mocno tkwiły w pamięci starszych członków Partii, a młodsi wystarczająco wiele słyszeli o wielkich czystkach stalinowskich, by wziąć sobie tę lekcję do serca. Armia również zachowała w swej instytucjonalnej pamięci to, co dla jej hierarchii uczynił Chruszczów. W Politbiurze, jak w dżungli, liczyło się jedynie przeżycie. Jedyną gwarancję bezpieczeństwa stanowiły rządy kolektywu. Z tego też względu na czysto tytularne stanowisko sekretarza generalnego wybierano ludzi nie pod kątem zasług i energii, lecz ze względu na doświadczenie w Partii - organizacji wcale nieceniącej tych, którzy wybijali się ponad przeciętność. Podobnie jak Breżniew, Andropow i Czernienko, obecny sekretarz generalny Partii nie dysponował wystarczającym autorytetem, by narzucić zebranym w tej sali swoją wolę. Aby zająć ten fotel, a potem się na nim utrzymać, musiał iść na kompromisy. Rzeczywista władza nie miała określonego kształtu i opierała się na relacjach między ludźmi aparatu i na ich lojalności; wszystko to zmieniało się w zależności od sytuacji, a i tak zawsze liczyła się tylko korzyść. Rzeczywista potęga leżała w Partii jako takiej.

Rządziła wszystkim, lecz nie była wyrazem woli jednego człowieka. Była sumą interesów pozostałych dwunastu osób. Obrona miała swoje interesy, KGB swoje, przemysł ciężki, a nawet rolnictwo - swoje. Każdy z tych resortów dysponował strefą wpływów i szef każdego z nich, by zachować stanowisko, był zmuszony zawierać sojusze z innymi. Teoretycznie sekretarz generalny mógłby próbować to wszystko zmienić, mógłby stopniowo wprowadzać oddanych sobie ludzi na wakujące po zmarłych stanowiska. Ale czy wkrótce by się nie przekonał, jak zresztą wszyscy jego poprzednicy, że przy tym stole lojalność szybko umiera śmiercią naturalną? Na razie cały czas dźwigał jeszcze ciężar zawartych kompromisów. Wraz ze swymi ludźmi, niezupełnie jeszcze usadowionymi na świeżo objętych stołkach, sekretarz generalny był jedynie przedstawicielem grupy, która mogła wysadzić go z fotela równie łatwo, jak uczyniła to z Chruszczowem. Co powiedziałby Zachód na to, że „energiczny” przywódca jest jedynie prostym wykonawcą decyzji innych? Nawet teraz nie zabrał głosu pierwszy.

- Towarzysze - zaczął minister obrony narodowej. - Związek Radziecki musi mieć ropę. Co najmniej dwieście milionów ton więcej, niż jest w stanie wydobyć. Ropa ta istnieje, zaledwie kilkaset kilometrów od naszej granicy, w rejonie Zatoki Perskiej. Jest tam jej więcej, niż będziemy kiedykolwiek potrzebowali. Mamy naturalnie środki, by zająć te tereny. W ciągu dwóch tygodni możemy zmobilizować wystarczające siły powietrznodesantowe, by uderzyć i przejąć te pola naftowe. Niestety, nastąpiłaby gwałtowna reakcja Zachodu. Te same pola zaopatrują również Europę Zachodnią, Japonię oraz, w nieco mniejszym stopniu, Amerykę. Kraje NATO nie dysponują wystarczającymi siłami, by bronić tego regionu środkami konwencjonalnymi. Amerykanie dysponują wprawdzie sitami szybkiego reagowania, ale w stanie gotowości utrzymują niewielką liczbę żołnierzy. Nawet ze swoją bazą na Diego Garcia nie sprostaliby naszym spadochroniarzom i jednostkom zmotoryzowanym. W razie wojny, która by z pewnością wybuchła, w ciągu paru dni zniszczylibyśmy ich elitarne jednostki. Wtedy, nie mając innego wyjścia, użyliby broni atomowej. Tego nie wolno nam lekceważyć. Wiemy z całą pewnością, że w takim przypadku amerykańskie plany wojenne zakładają natychmiastowe użycie broni jądrowej. Wiele jej trzymają na wyspie Diego Garcia. Tak zatem przed atakiem na Zatokę Perską musimy uczynić jedno: wyeliminować NATO jako siłę polityczną i militarną.

Siergietow wyprostował się w skórzanym fotelu. O co chodzi, co on wygaduje? Na jego twarzy nie drgnął jednak ani jeden mięsień.

- Jeśli na początku usuniemy ze sceny NATO, Ameryka znajdzie się w niezwykle interesującej sytuacji - kontynuował minister obrony. - Stany Zjednoczone mogą zaspokajać swoje potrzeby energetyczne ze źródeł na półkuli zachodniej i nie muszą wcale bronić krajów arabskich. Zwłaszcza że nie cieszą się one popularnością w środowisku amerykańskich syjonistów.

Czy on naprawdę w to wierzy? - zastanawiał się Siergietow. Czy oni naprawdę sądzą, że Stany Zjednoczone będą stały z założonymi rękami? Co się wczoraj wydarzyło na tym późniejszym zebraniu?

Jeszcze jedna osoba podzielała jego wątpliwości.

- Musimy zatem tylko podbić Europę Zachodnią, tak, towarzyszu? - zapytał jeden z kandydatów. - Czy bez przerwy nie ostrzegacie nas przed jej bronią konwencjonalną? Czy nie mówicie corocznie o zagrożeniu, jakie stanowi dla nas armia NATO? I nagle oświadczacie niedbale, że musimy ją pobić. Wybaczcie, towarzyszu ministrze obrony, ale czy Francja i Anglia nie posiadają własnego arsenału atomowego? Dlaczego Amerykanie nie mieliby dotrzymać układu o użyciu broni jądrowej w obronie Paktu Północnoatlantyckiego?

Siergietowa zaskoczyła odwaga młodszego członka. A jeszcze bardziej zdumiony był tym, że na pytanie odpowiedział minister spraw zagranicznych. Kolejny element łamigłówki. A co o tym wszystkim myśli KGB? Czemu nie ma tu ich reprezentanta? Szef KGB odbywa wprawdzie rekonwalescencję po operacji, ale powinien przybyć ktoś inny - chyba że już poprzedniego dnia podjęto jakieś wiążące decyzje.

- Siłą rzeczy nasze cele muszą być ograniczone i takie niewątpliwie są. Zmuszają nas do kilku politycznych posunięć. Po pierwsze: uśpić czujność Ameryki na tyle, by nie zdążyła użyć przeciw nam całych swych sił. Po drugie: powinniśmy rozbić sojusz polityczny NATO. - Minister spraw zagranicznych pozwolił sobie na rzadki u niego uśmiech. - Jak wiecie, KGB pracowało nad tym od paru lat i dysponujemy ostateczną wersją tego planu. Przedstawię go wam w skrócie, towarzysze.

Kiedy skończył, Siergietow pokiwał tylko głową nad zuchwałością przedsięwzięcia. Ale też w innym świetle ujrzał panujący w tej sali układ sił. A więc za wszystkim stało KGB. Powinien się tego domyślić. Ale czy pójdzie na to reszta Politbiura?

- Tak właśnie ma to wyglądać - ciągnął minister. - Poszczególne elementy pasują do siebie. Spełniając wszystkie te wstępne warunki, siejąc zamieszanie, rozgłaszając, że nie zamierzamy wcale zagrozić bezpośrednio dwóm mocarstwom atomowym Paktu Północnoatlantyckiego, odsuwamy istniejące wciąż przecież ryzyko wojny jądrowej. Bądźmy szczerzy, i tak jest ono mniejsze od tego, które niesie nam załamanie się gospodarki.

Siergietow wyciągnął się w fotelu. Tak więc wojna; wojna stanowiła mniejsze ryzyko niż zimny, głodny pokój. Decyzja zapadła. Zapadła? Może jeszcze jakieś tajemne powiązania poszczególnych członków Politbiura okażą się na tyle mocne, że wpłyną na zmianę decyzji? Czy on sam odważy się sprzeciwić temu szaleństwu? Zapewne na początek należy zadać jakieś rozsądne pytanie.

- Czy mamy wystarczające siły, by pokonać NATO?

Gładkość odpowiedzi go zatrwożyła.

- Naturalnie - odparł minister wojny. - Jak myślicie, po co mamy armię? Skonsultowaliśmy to już z wyższymi dowódcami.

Kiedy w zeszłym miesiącu towarzysz minister obrony prosił o więcej stali na nowe czołgi, czy tłumaczył, że NATO jest za słabe? - pomyślał ze złością Siergietow. Cóż to za intryga? Czy cała sprawa została omówiona z doradcami wojskowymi, czy też jest to czysta fanfaronada towarzysza ministra? Może zastraszył czymś sekretarza generalnego? Co na to minister spraw zagranicznych? Czy wyraził jakiś sprzeciw? Czy tak właśnie zapadają decyzje o losach narodów?

-Towarzysze, to czyste szaleństwo! - odezwał się Piotr Bromkowski. Najstarszy członek Politbiura, wątły osiemdziesięciolatek, w swoich wystąpieniach często nawiązywał do dawnych czasów, kiedy to członkowie partii komunistycznej głęboko wierzyli, że stanowią napędową siłę historii. Zakończyły to czystki Jeżowa. - Tak, stanęliśmy w obliczu załamania się naszej gospodarki. Tak, jest to śmiertelne zagrożenie państwa; ale czy nie sprowadzamy sobie na głowę jeszcze gorszego nieszczęścia? Zakładając, że wojna wybuchnie, kiedy, towarzyszu ministrze obrony, proponujecie zacząć operacje wojskowe przeciw NATO?

- Zostałem zapewniony, że nasza armia znajdzie się w stanie pełnej gotowości bojowej za cztery miesiące.

- Cztery miesiące. Domyślam się, że na cztery miesiące paliwa nam wystarczy. Wystarczy, by zacząć wojnę! - Pietia był stary, ale nie głupi.

- Towarzyszu Siergietow. - Sekretarz generalny wykonał ruch ręką, podkreślając wagę swego stanowiska.

Po której stronie stanąć? Młody członek-kandydat dokonał błyskawicznego wyboru.

- Zapasy paliw lekkich: benzyny, olejów napędowych i tak dalej, są obecnie duże - przyznał Siergietow. - Zawsze podczas najcieplejszych miesięcy, kiedy zużycie tych surowców spada, gromadzimy zapasy. Te, dodane do rezerw, którymi dysponuje nasza obrona strategiczna, wystarczą na czterdzieści pięć...

- Sześćdziesiąt! - przerwał mu z naciskiem minister obrony.

- Czterdzieści pięć dni to bardziej prawdopodobne, towarzyszu - podkreślił Siergietow. - Podległy mi departament przeprowadził drobiazgową analizę poziomu zużycia paliwa przez jednostki wojskowe. Był to zresztą jeden z punktów programu mającego na celu powiększenie naszych rezerw strategicznych.

Tak na marginesie, w minionych latach problem ten był zupełnie lekceważony! Otóż wprowadzając cięcia w innych dziedzinach konsumpcji i przy pewnych ograniczeniach w przemyśle, może paliw starczyć na sześćdziesiąt, a nawet siedemdziesiąt dni. Dochodzą jeszcze rezerwy dla rozszerzonych ćwiczeń armii. Na krótką metę koszty nie byłyby wysokie, ale już w połowie lata sytuacja diametralnie się zmieni... - Siergietow urwał, poruszony łatwością, z jaką podjął decyzję. Sprzedałem duszę... A może zachowałem się jak patriota? Czy stałem się taki sam jak ci przy tym stole? A może po prostu powiedziałem prawdę? Ale co to takiego prawda?

Jednego był pewien: przetrwał. Na razie.

- Jak mówiłem wczoraj, odbudowa przemysłu naftowego nie przyjdzie nam łatwo. Moi fachowcy szacują, że przy obecnych, zmniejszonych mocach produkcyjnych możemy uzyskać najwyżej dziewięcioprocentowy wzrost produkcji ważnych militarnie paliw. Ostrzegam jednocześnie, że zdaniem analityków wszelkie istniejące aktualnie wyliczenia zużycia środków napędowych w warunkach bojowych są bardzo optymistyczne.

Ostatecznie, słabo, bo słabo, ale zaprotestował.

- Dajcie nam tylko paliwo, Michaile Edwardowiczu - odparł z chłodnym uśmiechem minister obrony - a zostanie ono użyte właściwie. Z kolei moi analitycy obliczyli, że założone cele możemy osiągnąć w dwa tygodnie, a nawet szybciej, ale że zgodzę się z wami co do oceny sił NATO, więc podwójmy tę liczbę - i tak wciąż mamy paliwa więcej, niż potrzeba.

- A jeśli NATO odkryje nasze zamiary? - zapytał stary Pietia.

- Nie odkryje. Maskirowka, nasz podstęp, jest już w trakcie realizacji. NATO nie stanowi zbyt spoistego sojuszu. Nie może stanowić. Ministrowie poszczególnych państw kłócą się o kwoty przeznaczone na obronę ich krajów. Społeczeństwa są miękkie i zantagonizowane. Niejednolitość uzbrojenia powoduje straszliwy chaos w dostawach i zaopatrzeniu. A najpotężniejszy sojusznik znajduje się za oceanem w odległości pięciu tysięcy kilometrów. Związek Radziecki od granicy niemieckiej dzieli tylko noc jazdy pociągiem. Pietia, stary przyjacielu, odpowiem na twoje pytanie. Jeśli wszystko weźmie w łeb i nasze zamiary zostaną ujawnione, cofniemy się, twierdząc, że byty to wyłącznie manewry, i wrócimy do stosunków pokojowych. Będzie to i tak lepsze od nierobienia niczego. Po prostu, kiedy będziemy gotowi, uderzymy. Ale zawsze zostawimy sobie drogę odwrotu.

Wszyscy przy stole wiedzieli, że jest to chytre kłamstwo, lecz nikt nie miał odwagi powiedzieć tego na głos. Jakąż zmobilizowaną w pełni armię można cofnąć natychmiast? Bromkowski ględził jeszcze przez chwilę i cytował Lenina piętnującego ostro politykę, która mogła narazić na szwank dom Światowego Socjalizmu. Nie wywołało to jednak żadnego oddźwięku. Zagrożenie państwa - tak naprawdę Partii i Politbiura - było oczywiste. Jedyne wyjście stanowiła wojna.

Dziesięć minut później odbyło się głosowanie. Siergietow i ośmiu innych kandydatów nie brali w nim udziału. Stosunek jedenaście do dwóch zadecydował o wojnie.

Tryby zaczęły się kręcić.

 

DATA-CZAS 02/03 17:15 KOPIA 01 Z 01 DOT. DONIESIENIE STRONY RADZIECKIEJ

TASS potwierdza wiadomość o pożarze pola naftowego.

Patrick Flynn.

Moskiewski korespondent AP

MOSKWA (AP) - Radziecka agencja prasowa TASS potwierdziła dzisiaj, że na zachodnich terenach Syberii doszło do „poważnego pożaru”.

W oficjalnym organie prasowym partii komunistycznej, „Prawdzie”, ukazała się na ostatniej stronie notatka o pożarze, w której napisano, że: „bohaterscy strażacy”, dzięki swym umiejętnościom i poczuciu obowiązku, uratowali mnóstwo osób i zapobiegli większym zniszczeniom w pobliskiej rafinerii.

Zgodnie z doniesieniem, pożar wywołała „usterka techniczna” w automatycznym systemie kontroli rafinerii. Ogień, który bardzo szybko się rozprzestrzenił, został opanowany „nie bez ofiar wśród dzielnych strażaków i pracowników zakładu, którzy heroicznie dołączyli do swych towarzyszy”.

Wbrew temu, co doniosła prasa zachodnia, ogień stłumiono szybciej, niż się spodziewano. Zachodni specjaliści snują rozważania na temat niebywale wysokiej sprawności zainstalowanych w Niżniewartowsku systemów przeciwpożarowych, które pozwoliły Rosjanom tak szybko opanować ogień.

AB-BA-2-3

**KONIEC DONIESIENIA**

3Stosunek sił

Moskwa

 

- Nie pytali mnie - wyjaśnił szef sztabu generalnego, marszałek Szawirin. - Nie pytali mnie o zdanie. Gdy zadzwonili we czwartek w nocy, decyzje polityczne dawno już zapadły. Zresztą kiedy minister obrony pytał mnie o zdanie?

- I co powiedziałeś? - zapytał marszałek Rożkow, głównodowodzący sił lądowych. W odpowiedzi ujrzał ponury, pełen ironii uśmiech.

- Że siły zbrojne Związku Radzieckiego zdolne będą do tego zadania po czterech miesiącach intensywnych przygotowań.

- Cztery miesiące... - Rożkow popatrzył przez okno. Odwrócił się. - Nie będziemy gotowi.

- Działania wojenne zaczną się piętnastego czerwca - odrzekł Szawirin. - Jura, musimy być gotowi. Czy miałem jakiś wybór? Co miałem odpowiedzieć? „Wybaczcie, towarzyszu sekretarzu generalny, ale armia radziecka nie zdoła wykonać tego zadania”? Zaraz by mnie zdjęli i dali na to miejsce kogoś bardziej uległego, wiesz kogo. Odpowiadałby ci bardziej marszałek Kazin...

- Ten głupiec! - warknął Rożkow. To właśnie błyskotliwy plan generała porucznika Kazina zaprowadził armię radziecką do Afganistanu. Zawodowo był zerem, lecz polityczne koneksje nie tylko go uratowały, ale wyniosły na szczyty hierarchii wojskowej... Cwaniak Kazin. Zanim jeszcze został dowódcą Kijowskiego Okręgu Wojskowego, co zgodnie z tradycją było bramą na drodze wiodącej do rangi marszałkowskiej, nie mając żadnego doświadczenia w prowadzeniu wojny w górach, opracował genialny plan na papierze i potem skarżył się, że nie jest on dokładnie realizowany.

- Chciałbyś mieć go u siebie, by tłumaczył ci twoje plany? - zapytał Szawirin. Rożkow pokręcił głową. Obaj byli przyjaciółmi i towarzyszami broni jeszcze z czasów, kiedy w jednym pułku dowodzili czołgami podczas wyzwalania Wiednia w 1945 roku.

- Jak ma się to nazywać? - spytał Rożkow.

- „Czerwony Sztorm” - odparł krótko marszałek. Plan ataku sił zmechanizowanych na RFN i kraje Beneluksu nosił kryptonim „Czerwony Sztorm”. Nieustannie modernizowany ze względu na ciągłe, drobne zmiany w strukturze sił obu stron, zakładał błyskawiczny wzrost napięcia między Wschodem i Zachodem, po czym trzytygodniową kampanię wojenną. Zgodnie z zasadami radzieckiej doktryny wojennej warunkiem powodzenia miało być zaskoczenie militarne przeciwnika przy użyciu wyłącznie środków konwencjonalnych.

- Ostatecznie nic nie mówili o broni atomowej - mruknął Rożkow. Istniały również inne scenariusze, noszące inne kryptonimy. Wiele z nich zakładało użycie taktycznych, a nawet strategicznych rodzajów broni jądrowej. Ale takiej możliwości żaden z noszących mundur ludzi nie chciał nawet rozpatrywać. Mimo przechwałek politycznych władców zawodowi żołnierze wiedzieli zbyt dobrze, co znaczy użycie broni atomowej. - A maskirowka?

- W dwóch częściach. Pierwsza, czysto polityczna, skierowana jest na Stany Zjednoczone. Druga wcielona zostanie w życie tuż przed wybuchem wojny i pochodzi z kręgów KGB. Wiesz, z Grupy Północnej KGB. Przeglądaliśmy ten plan dwa lata temu.

Rożkow chrząknął. Grupa Północna powstała ad hoc w połowie lat siedemdziesiątych z inicjatywy ówczesnego szefa KGB, Jurija Andropowa, a w jej skład wchodzili szefowie poszczególnych zarządów KGB. Komitet ten miał wypracować sposoby rozbicia jedności NATO i w ogóle koordynować wszelkie operacje polityczne i psychologiczne, zmierzające do osłabienia Zachodu. Najbardziej chytrym pomysłem Grupy Północnej był drobiazgowy plan osłabienia militarnej i politycznej struktury Paktu Północnoatlantyckiego w obliczu prawdziwej wojny. Czy plan ten zda egzamin? Obaj dowódcy wymienili ironiczne spojrzenia. Jak większość zawodowych wojskowych nie wierzyli szpiegom i ich planom.

- Cztery miesiące - powtórzył Rożkow. - Mamy dużo do zrobienia. A jeśli czary KGB zawiodą?

- To niezły plan. Przez tydzień będziemy wodzić ich za nos, choć, prawdę mówiąc, lepiej byłoby przez dwa tygodnie. Wszystko naturalnie zależy od tego, jak szybko NATO osiągnie pełną gotowość bojową. Ale jeśli opóźnimy ich mobilizację o siedem dni, zwycięstwo mamy pewne...

- A jeśli nie? - spytał gwałtownie Rożkow. Doskonale wiedział, że nawet ta siedmiodniowa zwłoka nie daje żadnej gwarancji.

- Pewnie, gwarancji nie ma, ale stosunek sił przemawia na naszą korzyść. Wiesz o tym, Jura.

Możliwość odwołania w ostatniej chwili zmobilizowanych sił nie była nigdy dyskutowana z szefem sztabu generalnego.

- Przede wszystkim musimy wprowadzić dyscyplinę w naszej armii - odparł głównodowodzący sił lądowych. - Należy poinformować niezwłocznie o tym kadrę wyższych oficerów, po czym rozpocząć bardzo intensywne ćwiczenia taktyczno-operacyjne. Czy z paliwem jest naprawdę tak krucho?

Szawirin wręczył podwładnemu notatki.

- Mogłoby być gorzej. Na intensywne ćwiczenia jednostek wojskowych wystarczy. Masz przed sobą niełatwe zadanie, Jura, lecz cztery miesiące powinny wystarczyć.

Czasu było o wiele za mało, ale po co o tym mówić.

- W cztery miesiące muszę narzucić wojsku pełną dyscyplinę bojową? Czy mam wolną rękę?

- W pewnych granicach.

- Po pierwsze, każdy żołnierz musi ślepo wypełniać rozkazy swego podoficera. Po drugie, należy wymienić kadrę oficerską.

Rożkow rozwijał kwestię, choć przełożony doskonale rozumiał, o co chodzi.

- W obu przypadkach masz wolną rękę, Jura. Ale dla dobra nas obu postępuj bardzo rozważnie.

Rożkow skinął głową. Wiedział, jak ma to robić.

- Nie takie rzeczy, Andrieju, robiliśmy czterdzieści lat temu. - Rożkow usiadł. - Obecnie mamy taki sam surowy materiał, ale lepszą broń. Główną niewiadomą stanowią ludzie. Kiedy prowadziliśmy nasze czołgi na Wiedeń, dysponowaliśmy twardymi, zaprawionymi w boju weteranami...

- Tacy sami byli ci skurwiele z SS, ale pokonaliśmy ich. - Szawirin uśmiechnął się na te wspomnienia. - Miej na uwadze, że obecnie na Zachodzie działają podobne siły. Jak będą walczyć zaskoczone i podzielone? Plan jest dobry. Od nas zależy, czy się powiedzie.

- W poniedziałek spotkam się z oficerami sztabowymi. Sam im wszystko powiem.

 

Norfolk, Wirginia

 

- Mam nadzieję, że będzie pan o niego dbał - odezwał się burmistrz.

Komandor Daniel X. McCafferty obrzucił zamyślonym wzrokiem okręt. Nominację na dowódcę USS „Chicago” otrzymał sześć tygodni wcześniej, lecz zakończenie wszelkich prac opóźnił pożar w stoczni, a ceremonię wodowania zepsuła nieobecność burmistrza Chicago, spowodowana trwającym akurat w mieście strajkiem. Załoga po pięciu ciężkich tygodniach ćwiczeń na Atlantyku ładowała obecnie zaopatrzenie, które miało wystarczyć na czas pierwszego rejsu. McCafferty, ciągle przejęty nominacją, mógł patrzeć na swój okręt bez przerwy. Teraz oprowadzał burmistrza po górnym pokładzie, choć niewiele tam było do oglądania.

- Przepraszam, nie zrozumiałem.

- Niech pan dba o ten statek - powtórzył burmistrz Chicago.

- My nazywamy je okrętami, sir, ale zapewniam, że oddaje go pan w dobre ręce. Przejdziemy do mesy oficerskiej?

- Kolejne drabiny. - Burmistrz się skrzywił, ale McCafferty wiedział, że towarzyszący mu mężczyzna byt w przeszłości szefem strażaków. Służył tam jeszcze parę miesięcy temu, pomyślał komandor. - Dokąd wypływacie?

- Na morze, sir.

Dowódca okrętu ruszył po schodni w dół. Burmistrz za nim.

- Domyślam się. - Jak na człowieka blisko sześćdziesięcioletniego schodził bardzo sprawnie. - Co konkretnie robicie na takich jednostkach? - wypytywał, gdy obaj znaleźli się na dole.

- Oficjalnie nazywa się to „badaniami oceanograficznymi”, sir. - McCafferty odwrócił się, odpowiadając z uśmiechem na pytanie. Dla „Chicago” wszystko miało się już wkrótce rozpocząć. Dowództwo chciało sprawdzić, na ile skuteczny jest zainstalowany na okręcie nowy typ systemów wyciszania. Test w rejonie wysp Bahama wypadł znakomicie i teraz planowano przeprowadzić podobną próbę na Morzu Barentsa.

- Będziecie liczyć wieloryby dla Greenpeace? - Burmistrz roześmiał się.

- No cóż, tam gdzie się wybieramy, żyją wieloryby.

- Co to za gumowe płytki? Nie słyszałem nigdy o gumowych pokładach na okrętach podwodnych.

Noszą nazwę płytek bezechowych, sir. Guma pochłania fale dźwiękowe, sprawiając, że nasze manewry są cichsze i utrudniają nieprzyjacielowi hydrolokację. Kawy?

- Może by w dniu takim jak dzisiaj...

Komandor zachichotał.

- Niestety, to wbrew przepisom marynarki.

Burmistrz uniósł kubek i stuknął nim o naczynie McCafferty’ego.

- Powodzenia.
- Powodzenia.

 

Moskwa