Daleka przygoda - Wiesław Wernic - ebook

Daleka przygoda ebook

Wiesław Wernic

0,0

Opis

Akcja powieści kryminalnej Daleka przygoda usytuowana jest w latach 1930-tych, w czasach, kiedy żegluga morska po niebezpiecznych falach Bałtyku owiana była niejedną tajemnicą. Pewnej nocy port gdyński opuszcza frachtowiec – s/s „Robot”. Jedynym legalnym pasażerem statku jest redaktor Stanisław Stempkowski. Okazuje się jednak, że na statku znajduje się jeszcze jedna pasażerka, Alicja Wedwood, tajemnicza Angielka, która, jak twierdzi, wsiadła na Robota przez pomyłkę. Pasażerka wydaje się Stempkowskiemu dziwnie znajoma. Między nim a młodą kobietą nawiązuje się nić sympatii. Niemniej, wraz z kapitanem Stempkowskim próbuje dojść, czy aby faktycznie nielegalna pasażerka znalazła się na statku przez przypadek. W pewnym momencie na morzu pojawi się inny statek, dojdzie do niespodziewanego zwrotu akcji, bohaterowie powieści znajdą się w sercu kryminalnej zagadki, której aktualność okaże się zaskakująca.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 86

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Pro­jekt okładkiAn­toni Mi­cha­łow­ski
SkładBar­bara Wie­czo­rek
Ko­rektaMi­ko­łaj Mi­cha­łow­ski, Agnieszka Bel­lon
© Co­py­ri­ght by Sied­mio­róg, Wro­cław 2025
Ża­den frag­ment książki nie może być po­wie­lany ani re­pro­du­ko­wany w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy.
Wy­da­nie elek­tro­niczne, Wro­cław 2025
ISBN 978-83-8279-210-2
Księ­gar­nia wy­sył­kowa Wy­daw­nic­twa Sied­mio­rógwww.sied­mio­rog.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

ZA­MIAST WSTĘPU

Prze­ka­zuję czy­tel­ni­kom, a zwłasz­cza wszyst­kim mi­ło­śni­kom po­wie­ści we­ster­no­wych Wie­sława Wer­nica, tekst wy­jąt­kowy w Jego twór­czo­ści.

„Da­leką przy­godę” mój Oj­ciec na­pi­sał i opu­bli­ko­wał 91 lat temu.

Po­wieść ta, a wła­ści­wie no­wela, uka­zała się je­den je­dyny raz w 1933 roku jako „do­da­tek po­wie­ściowy” do war­szaw­skiej ga­zety „Kur­jer Po­ranny” (pi­sow­nia ory­gi­nalna), w dwóch od­cin­kach – 19 oraz 26 li­sto­pada.

Tak więc 32 lata przed opu­bli­ko­wa­niem w 1965 roku pierw­szej po­wie­ści dwu­dzie­sto­to­mo­wego cy­klu we­ster­no­wego Wie­sław Wer­nic de­biu­to­wał jako pi­sarz kom­plet­nie in­nym ga­tun­kiem – po­wie­ścią sen­sa­cyjną czy – jak sam to póź­niej okre­ślił – „po­wie­ścią szpie­gow­ską”. Co wię­cej sen­sa­cyjna ak­cja „Da­le­kiej przy­gody” to­czy się nie na Dzi­kim Za­cho­dzie, lecz na pol­skim statku, na pol­skim Bał­tyku i na pol­skim lą­dzie!

Dla tych z Pań­stwa, któ­rzy czy­tali po­wie­ści we­ster­nowe, in­te­re­su­jące za­pewne bę­dzie po­rów­na­nie sty­lów li­te­rac­kich. „Da­leką przy­godę” Wie­sław Wer­nic na­pi­sał w wieku 27 lat. Pióro miał za­wsze świetne, bo wro­dzony ta­lent li­te­racki kul­ty­wo­wał od cza­sów gim­na­zjal­nych i kształ­to­wał go przez całe ży­cie jako dzien­ni­karz. W „Da­le­kiej przy­go­dzie” wi­dać wy­raź­nie mło­dzień­czą, ro­man­tyczną nutę oraz nie­spo­ty­kaną w póź­niej­szej twór­czo­ści au­tora „Tro­pów wio­dą­cych przez pre­rię” fa­scy­na­cję płcią piękną w oso­bie ta­jem­ni­czej bo­ha­terki.

Cały tekst ory­gi­nału sta­ran­nie sko­pio­wa­łem, dla od­da­nia uroku tam­tych lat za­cho­wu­jąc „przed­wo­jenną” skład­nię i sty­li­stykę oraz nie­które nie­uży­wane dziś na­zwy, jak „Hel­sing­fors” – obec­nie „Hel­sinki”, Re­wel – współ­cze­śnie Tal­linn czy „por­t­cy­gar” – pa­pie­ro­śnica. Uak­tu­al­ni­łem je­dy­nie or­to­gra­fię – np. „li­nia” za­miast „linja” czy „o tym” za­miast „o tem”.

Pra­gnę ogrom­nie po­dzię­ko­wać panu Ra­fa­łowi Skrzyp­cza­kowi, za­ło­ży­cie­lowi strony www.wer­nic.pl (https://www.fa­ce­book.com/gro­ups/1647155988863816) za zdo­by­cie uni­ka­to­wego eg­zem­pla­rza „Da­le­kiej przy­gody” z 1933 roku.

Po­zo­staje mi tylko ży­czyć czy­tel­ni­kom fa­scy­nu­ją­cej lek­tury.

Do­mi­nik Wer­nic

PRO­LOG

Wody Mo­rza Bał­tyc­kiego są ja­sno­zie­lone, kiedy w upalne po­łu­dnie słońce od­bija się ja­skrawo na grzbie­tach pie­ni­stych fal.

Wody Mo­rza Bał­tyc­kiego są ciem­no­nie­bie­skie, kiedy ró­żowy za­chód że­gna dzień ostat­nimi smu­gami ucie­ka­ją­cego świa­tła.

Wody Mo­rza Bał­tyc­kiego są czarne i srebrne, srebrno-czarne, kiedy na­staje księ­ży­cowa peł­nia i w ci­szę nocy usta­wicz­nie wpada grzmot fal.

Woda wal­czy z lą­dem, białe ję­zyki wil­goci suną przez drobny pia­sek wy­brzeża. A wśród tej nocy księ­ży­co­wej, raz po raz, nad li­nią ho­ry­zontu, bły­ska złota li­nia świa­tła. Bły­ska i ga­śnie, i znowu da­leki pro­mień wy­biega od strony lądu.

To la­tar­nia w Ro­ze­wiu.

Przed stu pięć­dzie­się­ciu laty wznie­siona bu­dowla mor­ska te­raz całą siłą mo­to­rów Schuc­kerta wy­syła w dal zbaw­cze sy­gnały.

A kiedy mgła za­wi­śnie nad mo­rzem i lą­dem, a bły­ski elek­trycz­nych lamp na próżno sta­rają się prze­drzeć białą za­słonę, co mi­nutę roz­lega się do­no­śny głos sy­reny i pro­stują drogi trans­oce­anicz­nych stat­ków.

Pod­czas let­nich nocy od brze­gów pół­wy­spu, tam gdzie Hel i Ja­star­nia bły­skają drob­nymi ogni­kami świa­teł, bie­gnie po­nad grzbie­tami fal i po­przez szum ła­god­nego wia­tru przy­tłu­miony głos mu­zyki.

W cie­płe noce od lądu bu­cha za­pach le­śnej ży­wicy. Kar­ło­wate so­sny, tro­skli­wie za­sa­dzone w wą­skim prze­smyku Kuź­nic, trza­skają ta­jem­ni­czo ga­łę­ziami, a cza­sem po­przez po­grą­żony w sen­nym mroku pół­wy­sep prze­mknie oświe­tlony wąż wa­go­nów.

POL­SKIE MO­RZE.

Sto trzy­dzie­ści pięć ki­lo­me­trów żółto-zie­lo­nego wy­brzeża, od uj­ścia le­ni­wej Pia­śnicy aż do Ko­le­bek. A ze środka tego po­strzę­pio­nego pasa pia­sków i le­si­stych wzgórz wy­bie­gają szare gła­dziny ła­ma­czy fal.

GDY­NIA.

Fala peł­nego mo­rza, od­bita o drew­niany po­most przy­stani hel­skiej, wpada na spo­kojne wody za­toki, liże mo­krym ję­zy­kiem burty ry­bac­kich ku­trów, zgro­ma­dzo­nych w Pucku, i ostat­kiem roz­pędu wbiega do por­to­wych ba­se­nów, żeby znie­ru­cho­mieć, za­mie­nić się w gładką płasz­czy­znę ciem­nej wody. Ale tu­taj nie dają jej długo od­po­cząć.

Czarny, przy­sa­dzi­sty, pę­katy ho­low­nik sa­pie gło­śno i sta­lową śrubą młóci toń. Po­ru­szona woda plusz­cze nie­spo­koj­nie nad wy­so­kim na­brze­żem i wy­rzuca fale spod rufy ho­lo­wa­nego okrętu, pę­dzi je poza ob­ręb awan­portu, poza hel­ski cy­pel.

Ro­śnie i po­tęż­nieje fala na otwar­tym mo­rzu.

Przy­ci­cha na ślu­zach Ka­nału Ki­loń­skiego, żeby no­wych sił na­brać od po­ry­wi­stych wia­trów Mo­rza Pół­noc­nego i obie­gł­szy pół świata, spo­cząć gdzieś na zło­tym pia­sku ko­ra­lo­wego atolu.

Tam, pod­czas nocy par­nej i go­rą­cej, pod srebr­nym Krzy­żem Po­łu­dnia, w ci­chym plu­sku wody zdra­dza sa­mot­nym pal­mom ta­jem­nice bia­łych nocy pol­skiego wy­brzeża i ta­jem­nice wia­tru, który zga­nia dymy znad ko­mi­nów do­mostw Rewy, Rzu­cewa, Kos­sa­kowa, Pier­wo­szyn i Ro­ze­wia.

Na grzbie­cie ta­kiej fali wy­jeż­dżała z wo­jen­nych por­tów Pol­ska Ar­mada Mor­ska, a dziś ta sama fala nie­sie na swych bar­kach szaro-błę­kitne, po­dłużne i gład­kie okręty wo­jenne, wiel­kie pa­rowce i ża­glowe barki.

Ta sama fala tłu­cze o ska­li­ste wy­brzeża za­chod­niej Afryki i przy­nosi pio­nie­rom pol­skiego osad­nic­twa po­zdro­wie­nia ze sta­rego kraju.

Ta sama fala plusz­cze roz­gło­śnie na wy­brze­żach no­wego kon­ty­nentu, tam gdzie ja­sno­włosy i nie­bie­sko­oki chłop upra­wia ży­zne pola w sło­necz­nej Pa­ra­nie.

Ta sama fala wita pol­skich łow­ców wie­lo­ry­bów u wrót pie­kiel­nej bramy – przy­lądka Horn i opusz­czo­nej Tierra del Fu­ego – Ziemi Ogni­stej.

Gdzie jest ląd, na któ­rym nie sta­nę­łaby mocna stopa Po­laka?

Al­gier i Egipt, An­gola i Przy­lą­dek Do­brej Na­dziei. Do­liny Ama­zonki, Mis­si­sipi i sku­tego lo­dem Yukonu. Po­łu­dniowa Afryka i pół­nocna Ame­ryka.

Wsie pol­skie w Bra­zy­lii, w Mon­ta­nii pe­ru­wiań­skiej, w Sta­nach, Ka­na­dzie, w Azji Mniej­szej. Ko­lo­nia pol­ska w Char­bi­nie, w Syd­ney, w Szan­ghaju...

Setki osie­dli, roz­rzu­co­nych po ca­łym świe­cie.

Setki na­zwisk po­dróż­ni­ków na­rodu, który, jakby na iro­nię losu, rzadko kiedy in­te­re­so­wał się spra­wami mo­rza, tej bramy sze­ro­kiego świata.

Trzeba było zie­mię przejść wszerz i wzdłuż, prze­wę­dro­wać oce­any, pod obcą słu­żąc ban­derą, żeby po la­tach, wzgar­dzony i za­po­mniany Bał­tyk na nowo po­czął ob­my­wać pół­nocne gra­nice mło­dego pań­stwa.

A wów­czas po­częły się dziać rze­czy dziwne.

Wzdłuż ca­łego Pół­wy­spu Hel­skiego po­ja­wiają się pa­rowe ka­fary i po­głę­biarki. Wbi­jają mocne pale i wy­rzu­cają za­mu­lony pia­sek w nędz­nych i opusz­czo­nych przy­sta­niach Helu i Pucka.

Hu­czą roz­gło­śnie na piasz­czy­stych ła­wi­cach Ja­starni.

Na za­po­mnia­nym przez Boga i lu­dzi, opusz­czo­nym ką­cie świata, zja­wiają się bry­gady ro­bot­ni­ków.

Sta­lowe szyny łą­czą uśpione wio­ski ry­bac­kie z cen­trum kraju.

Dłu­gie po­ciągi dud­nią dniem i nocą, a bla­skom oświe­tlo­nych okien wa­go­nów wtó­rują bły­ski la­tarń na Helu i Ro­ze­wiu.

Ludy roj­nego Ma­zow­sza, ży­znych Ku­jaw, za­du­ma­nej nad prze­szło­ścią ziemi kra­kow­skiej cią­gną na sło­neczne wy­brzeże, na pia­ski, diuny i osy­pi­ska, żeby piersi na­peł­nić no­wym od­de­chem, od­de­chem mo­rza, za­pa­chem soli i zie­lo­nych wo­do­ro­stów.

A nad Za­toką Gdań­ską, w miej­scu, gdzie od wie­ków znaj­do­wała się głu­sza i pustka, i jedna tylko wio­ska pod na­zwą Gdy­nia roz­sia­dła się nad nie­ru­chomą ta­flą wody, wy­ra­sta jak spod ziemi mia­sto i port pe­łen dy­mią­cych ko­mi­nów, zgrzytu kra­nów wę­glo­wych i hur­gotu elek­trycz­nych wind.

Speł­nia się sen Wła­dy­sła­wowy, ma­rze­nie Ste­fana Ba­to­rego, tę­sk­nota Jana Hen­ryka Dą­brow­skiego, pro­ro­cza wi­zja Ste­fana Że­rom­skiego.

Speł­nia się sen o mo­rzu.

Wie­czo­rem, kiedy słońce za­cho­dzi, a wiatr wzmaga się i pę­dzi weł­nia­ste grzywy bał­wa­nów na ławy pod­sy­pisk Wiel­kiej Wsi, Cha­łup, Ja­starni i Boru, w plu­sku wody i sze­le­ście drzew, zie­mia i mo­rze opo­wia­dają o lą­dach da­le­kich i błę­kit­nych oce­anach.

WIATR OD MO­RZA, WIATR OD MO­RZA!...

Wieje nam w twarz i szumi gło­sem DA­LE­KIEJ PRZY­GODY.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki