Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Akcja powieści kryminalnej Daleka przygoda usytuowana jest w latach 1930-tych, w czasach, kiedy żegluga morska po niebezpiecznych falach Bałtyku owiana była niejedną tajemnicą. Pewnej nocy port gdyński opuszcza frachtowiec – s/s „Robot”. Jedynym legalnym pasażerem statku jest redaktor Stanisław Stempkowski. Okazuje się jednak, że na statku znajduje się jeszcze jedna pasażerka, Alicja Wedwood, tajemnicza Angielka, która, jak twierdzi, wsiadła na Robota przez pomyłkę. Pasażerka wydaje się Stempkowskiemu dziwnie znajoma. Między nim a młodą kobietą nawiązuje się nić sympatii. Niemniej, wraz z kapitanem Stempkowskim próbuje dojść, czy aby faktycznie nielegalna pasażerka znalazła się na statku przez przypadek. W pewnym momencie na morzu pojawi się inny statek, dojdzie do niespodziewanego zwrotu akcji, bohaterowie powieści znajdą się w sercu kryminalnej zagadki, której aktualność okaże się zaskakująca.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 86
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
ZAMIAST WSTĘPU
Przekazuję czytelnikom, a zwłaszcza wszystkim miłośnikom powieści westernowych Wiesława Wernica, tekst wyjątkowy w Jego twórczości.
„Daleką przygodę” mój Ojciec napisał i opublikował 91 lat temu.
Powieść ta, a właściwie nowela, ukazała się jeden jedyny raz w 1933 roku jako „dodatek powieściowy” do warszawskiej gazety „Kurjer Poranny” (pisownia oryginalna), w dwóch odcinkach – 19 oraz 26 listopada.
Tak więc 32 lata przed opublikowaniem w 1965 roku pierwszej powieści dwudziestotomowego cyklu westernowego Wiesław Wernic debiutował jako pisarz kompletnie innym gatunkiem – powieścią sensacyjną czy – jak sam to później określił – „powieścią szpiegowską”. Co więcej sensacyjna akcja „Dalekiej przygody” toczy się nie na Dzikim Zachodzie, lecz na polskim statku, na polskim Bałtyku i na polskim lądzie!
Dla tych z Państwa, którzy czytali powieści westernowe, interesujące zapewne będzie porównanie stylów literackich. „Daleką przygodę” Wiesław Wernic napisał w wieku 27 lat. Pióro miał zawsze świetne, bo wrodzony talent literacki kultywował od czasów gimnazjalnych i kształtował go przez całe życie jako dziennikarz. W „Dalekiej przygodzie” widać wyraźnie młodzieńczą, romantyczną nutę oraz niespotykaną w późniejszej twórczości autora „Tropów wiodących przez prerię” fascynację płcią piękną w osobie tajemniczej bohaterki.
Cały tekst oryginału starannie skopiowałem, dla oddania uroku tamtych lat zachowując „przedwojenną” składnię i stylistykę oraz niektóre nieużywane dziś nazwy, jak „Helsingfors” – obecnie „Helsinki”, Rewel – współcześnie Tallinn czy „portcygar” – papierośnica. Uaktualniłem jedynie ortografię – np. „linia” zamiast „linja” czy „o tym” zamiast „o tem”.
Pragnę ogromnie podziękować panu Rafałowi Skrzypczakowi, założycielowi strony www.wernic.pl (https://www.facebook.com/groups/1647155988863816) za zdobycie unikatowego egzemplarza „Dalekiej przygody” z 1933 roku.
Pozostaje mi tylko życzyć czytelnikom fascynującej lektury.
Dominik Wernic
PROLOG
Wody Morza Bałtyckiego są jasnozielone, kiedy w upalne południe słońce odbija się jaskrawo na grzbietach pienistych fal.
Wody Morza Bałtyckiego są ciemnoniebieskie, kiedy różowy zachód żegna dzień ostatnimi smugami uciekającego światła.
Wody Morza Bałtyckiego są czarne i srebrne, srebrno-czarne, kiedy nastaje księżycowa pełnia i w ciszę nocy ustawicznie wpada grzmot fal.
Woda walczy z lądem, białe języki wilgoci suną przez drobny piasek wybrzeża. A wśród tej nocy księżycowej, raz po raz, nad linią horyzontu, błyska złota linia światła. Błyska i gaśnie, i znowu daleki promień wybiega od strony lądu.
To latarnia w Rozewiu.
Przed stu pięćdziesięciu laty wzniesiona budowla morska teraz całą siłą motorów Schuckerta wysyła w dal zbawcze sygnały.
A kiedy mgła zawiśnie nad morzem i lądem, a błyski elektrycznych lamp na próżno starają się przedrzeć białą zasłonę, co minutę rozlega się donośny głos syreny i prostują drogi transoceanicznych statków.
Podczas letnich nocy od brzegów półwyspu, tam gdzie Hel i Jastarnia błyskają drobnymi ognikami świateł, biegnie ponad grzbietami fal i poprzez szum łagodnego wiatru przytłumiony głos muzyki.
W ciepłe noce od lądu bucha zapach leśnej żywicy. Karłowate sosny, troskliwie zasadzone w wąskim przesmyku Kuźnic, trzaskają tajemniczo gałęziami, a czasem poprzez pogrążony w sennym mroku półwysep przemknie oświetlony wąż wagonów.
POLSKIE MORZE.
Sto trzydzieści pięć kilometrów żółto-zielonego wybrzeża, od ujścia leniwej Piaśnicy aż do Kolebek. A ze środka tego postrzępionego pasa piasków i lesistych wzgórz wybiegają szare gładziny łamaczy fal.
GDYNIA.
Fala pełnego morza, odbita o drewniany pomost przystani helskiej, wpada na spokojne wody zatoki, liże mokrym językiem burty rybackich kutrów, zgromadzonych w Pucku, i ostatkiem rozpędu wbiega do portowych basenów, żeby znieruchomieć, zamienić się w gładką płaszczyznę ciemnej wody. Ale tutaj nie dają jej długo odpocząć.
Czarny, przysadzisty, pękaty holownik sapie głośno i stalową śrubą młóci toń. Poruszona woda pluszcze niespokojnie nad wysokim nabrzeżem i wyrzuca fale spod rufy holowanego okrętu, pędzi je poza obręb awanportu, poza helski cypel.
Rośnie i potężnieje fala na otwartym morzu.
Przycicha na śluzach Kanału Kilońskiego, żeby nowych sił nabrać od porywistych wiatrów Morza Północnego i obiegłszy pół świata, spocząć gdzieś na złotym piasku koralowego atolu.
Tam, podczas nocy parnej i gorącej, pod srebrnym Krzyżem Południa, w cichym plusku wody zdradza samotnym palmom tajemnice białych nocy polskiego wybrzeża i tajemnice wiatru, który zgania dymy znad kominów domostw Rewy, Rzucewa, Kossakowa, Pierwoszyn i Rozewia.
Na grzbiecie takiej fali wyjeżdżała z wojennych portów Polska Armada Morska, a dziś ta sama fala niesie na swych barkach szaro-błękitne, podłużne i gładkie okręty wojenne, wielkie parowce i żaglowe barki.
Ta sama fala tłucze o skaliste wybrzeża zachodniej Afryki i przynosi pionierom polskiego osadnictwa pozdrowienia ze starego kraju.
Ta sama fala pluszcze rozgłośnie na wybrzeżach nowego kontynentu, tam gdzie jasnowłosy i niebieskooki chłop uprawia żyzne pola w słonecznej Paranie.
Ta sama fala wita polskich łowców wielorybów u wrót piekielnej bramy – przylądka Horn i opuszczonej Tierra del Fuego – Ziemi Ognistej.
Gdzie jest ląd, na którym nie stanęłaby mocna stopa Polaka?
Algier i Egipt, Angola i Przylądek Dobrej Nadziei. Doliny Amazonki, Missisipi i skutego lodem Yukonu. Południowa Afryka i północna Ameryka.
Wsie polskie w Brazylii, w Montanii peruwiańskiej, w Stanach, Kanadzie, w Azji Mniejszej. Kolonia polska w Charbinie, w Sydney, w Szanghaju...
Setki osiedli, rozrzuconych po całym świecie.
Setki nazwisk podróżników narodu, który, jakby na ironię losu, rzadko kiedy interesował się sprawami morza, tej bramy szerokiego świata.
Trzeba było ziemię przejść wszerz i wzdłuż, przewędrować oceany, pod obcą służąc banderą, żeby po latach, wzgardzony i zapomniany Bałtyk na nowo począł obmywać północne granice młodego państwa.
A wówczas poczęły się dziać rzeczy dziwne.
Wzdłuż całego Półwyspu Helskiego pojawiają się parowe kafary i pogłębiarki. Wbijają mocne pale i wyrzucają zamulony piasek w nędznych i opuszczonych przystaniach Helu i Pucka.
Huczą rozgłośnie na piaszczystych ławicach Jastarni.
Na zapomnianym przez Boga i ludzi, opuszczonym kącie świata, zjawiają się brygady robotników.
Stalowe szyny łączą uśpione wioski rybackie z centrum kraju.
Długie pociągi dudnią dniem i nocą, a blaskom oświetlonych okien wagonów wtórują błyski latarń na Helu i Rozewiu.
Ludy rojnego Mazowsza, żyznych Kujaw, zadumanej nad przeszłością ziemi krakowskiej ciągną na słoneczne wybrzeże, na piaski, diuny i osypiska, żeby piersi napełnić nowym oddechem, oddechem morza, zapachem soli i zielonych wodorostów.
A nad Zatoką Gdańską, w miejscu, gdzie od wieków znajdowała się głusza i pustka, i jedna tylko wioska pod nazwą Gdynia rozsiadła się nad nieruchomą taflą wody, wyrasta jak spod ziemi miasto i port pełen dymiących kominów, zgrzytu kranów węglowych i hurgotu elektrycznych wind.
Spełnia się sen Władysławowy, marzenie Stefana Batorego, tęsknota Jana Henryka Dąbrowskiego, prorocza wizja Stefana Żeromskiego.
Spełnia się sen o morzu.
Wieczorem, kiedy słońce zachodzi, a wiatr wzmaga się i pędzi wełniaste grzywy bałwanów na ławy podsypisk Wielkiej Wsi, Chałup, Jastarni i Boru, w plusku wody i szeleście drzew, ziemia i morze opowiadają o lądach dalekich i błękitnych oceanach.
WIATR OD MORZA, WIATR OD MORZA!...
Wieje nam w twarz i szumi głosem DALEKIEJ PRZYGODY.