Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
86 osób interesuje się tą książką
Kasandra Lit ceni swoją pracę w jednym z największych portali informacyjnych w kraju. Głównie dlatego, że nie musi za często opuszczać mieszkania. Poza jego bezpiecznymi murami czai się ktoś, kto już raz zrobił jej krzywdę. Jednak kiedy Lit otrzymuje zlecenie napisania artykułu o pensjonacie Uroczysko, leżącym w samym sercu mazurskich lasów, postanawia zmierzyć się z własnymi demonami.
Miejsce, do którego dociera z fotoreporterką Moniką Wawrzyniak, budzi w niej wiele złych wspomnień. Kasandra czuje, że z Uroczyskiem coś jest nie tak, a opowieści o zaginionych mieszkańcach okolicznych osad potęgują to wrażenie. Ludzie, którzy bezpowrotnie zniknęli, zostawili po sobie przestrogę.
NIE WCHODŹ DO LASU PO ZMROKU
Gdy zapada noc, nikt nie jest bezpieczny. Kasandra przekonuje się o tym na własnej skórze, gdy znika bliska jej osoba. Dziennikarka wie, że tylko ona może rozwikłać tajemnicę skrywaną przez całe pokolenia. Nie ma tylko pewności, czy powinna…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 317
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Bartosz Szczygielski, 2025
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2025
Redaktorka prowadząca: Joanna Zalewska
Marketing i promocja: Greta Sznycer
Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak
Korekta: Mirosław Ruszkiewicz, Mirosław Krzyszkowski
Projekt typograficzny, skład i łamanie: MELES-DESIGN
Projekt okładki i strony tytułowe: Florian Rychlik
Fotografia na okładce: © Werner Holmberg – Suomalainen järvimaisema, 1854
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
eISBN 978-83-68370-08-9
CZWARTA STRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
Dla M., która rozświetla mrok
Nie wchodź do lasu po zmroku.
To pierwsze, czego mieszkańcy Psich Dołów uczyli swoje dzieci. Tuż po urodzeniu, kiedy wrzask nowego życia odbijał się echem od brudnych ścian izby, niemowlęta uspokajał głos zmęczonych matek. Pełne strachu powtarzały ostrzeżenie, które wpajano od pokoleń każdemu, kto miał to nieszczęście, że na świat przyszedł w tym przeklętym miejscu. Ich babki nazywały to modlitwą przerażonych.
Nie wchodź do lasu po zmroku.
Wiedział o tym każdy. Nieliczni, którzy zdecydowali się igrać z losem, nigdy nie wrócili do swoich rodzin. Nikt po nich nie płakał. Hałas przyciągał niebezpieczeństwo, a oni wiedzieli, co czai się w ciemności. Jedynym śladem po ich krótkim żywocie były kamienie układane pod krzyżem stojącym na środku wioski. Z czasem porastały mchem, a na nich stawiano kolejne i kolejne. Upamiętniające tych, którzy nie posłuchali lub zbłądzili.
Nie wchodź do lasu po zmroku.
Zimą, kiedy lodowaty wiatr dobijał się do okien domów, światło paliło się w nich przez całą noc. Razem z pierwszymi promieniami słońca przychodził sen. Krótki i niespokojny. Latem nawet świerszcze milkły, by nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Psie Doły pogrążały się w bezpiecznej ciszy, ale mieszkańcy nie mogli nawet na moment zapomnieć o przestrodze, którą słyszeli od dziecka.
Nie wchodź do lasu po zmroku.
Jasność ustępowała miejsca mrokowi.
Nie musiał patrzeć w niebo, by wiedzieć, że noc już się na niego czai. Za kilka minut będzie tak ciemno, że nie dostrzeże własnych butów. Michał nie czuł się komfortowo z tego powodu, ale i z kilku innych. Po pierwsze, nie miał pojęcia, gdzie się znajduje, a po drugie widział, że jego smartfon wyładuje się w ciągu dziesięciu minut. To prowadziło do trzeciego powodu. Nie będzie w stanie znaleźć drogi do swojego namiotu. Zaznaczył na wirtualnych mapach jego lokalizację, ale by ją odczytać, potrzebował zasięgu. Wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu.
Miał dość tego dnia i wyjazdu, na który namówiła go narzeczona.
Ona zapewne siedziała teraz w domu na kanapie i oglądała kolejny odcinek jakiegoś serialu. To miał być czas tylko dla niego. Specjalnie wybrała dla Michała miejsce oddalone od jakiejkolwiek cywilizacji i – jak widać – zasięgu sieci komórkowej. Miał się porządnie zresetować. Oderwać od pracy, komputerów i wszystkiego, co wyniszczało go na co dzień. Dbała o niego, co oczywiście bardzo doceniał, ale nie teraz.
Żałował, że nie pojechał na wczasy all inclusive, gdzie wlewałby w siebie kolejnego drinka z palemką, zamiast stać pośrodku lasu i odpędzać od siebie owady. Na dodatek w oddali zawyło jakieś zwierzę. Michał mocniej ścisnął trzymany w dłoni telefon. Odwrócił się w stronę, skąd dobiegał odgłos, ale przez drzewa nie mógł nic dojrzeć. Zrobił dwa kroki, a pod jego nogami strzelały kolejne gałęzie. Nie miał pojęcia, czy porusza się w dobrym kierunku.
W ciągu kilku minut zrobiło się tak ciemno, że ledwo widział to, co było na wyciągnięcie ręki. Nie miał ze sobą latarki. Zakładał, że opuszcza namiot na chwilę, więc zabrał jedynie wodę. Do plecaka włożył też powerbank. Po raz kolejny spróbował podłączyć kabel do smartfona.
– Jasna cholera.
Zrezygnował z kolejnych prób i schował sprzęt do plecaka. Zanim go zapiął, ścisnął palcami zawieszkę przymocowaną do suwaka. Postać Son Gokū z Dragon Ball towarzyszyła mu od czasów późnego liceum. Straciła już prawie cały kolor, ale działała na niego uspokajająco. Talizman tym razem nie pomagał, nieważne, jak mocno Michał zaciskał na nim palce.
Zaczął się pocić, choć zdawało mu się, że temperatura spadła o kilkanaście stopni. Wiedział, że to niemożliwe. Nie w czerwcu, który według meteorologów był najgorętszym miesiącem od stuleci. Na dodatek zapowiadali, że będzie jeszcze cieplej.
Wybudził telefon, a niebieskie światło rozjaśniło nieśmiało okolicę.
Siedem procent.
Akumulator wyładowywał się szybciej, niż Michał zakładał. Producent obiecywał, że sprzęt wytrzyma na jednym ładowaniu przynajmniej trzy dni, ale wyglądało na to, że trochę się w swoich obliczeniach pomylił. A on specjalnie kupił wytrzymałego smartfona, by nie wymieniać go po pół roku, jak spadnie mu z biurka na dywan. Obity twardą gumą i napakowany funkcjami dla podróżników, okazał się bezwartościowy tam, gdzie wylądował Michał. Żadne zapewnienia o idealnym zasięgu nie sprawdziły się w warunkach polowych. Musiał zadowolić się tym, co mu zostało.
Wyciągnął dłoń przed siebie i spróbował oświetlić drogę. Wszystkie drzewa wyglądały dla niego tak samo. Usiłował znaleźć choć jeden punkt orientacyjny, który wskazałby, dokąd ma się dalej kierować. Szczęście się do niego uśmiechnęło.
Kora jednego z drzew wyglądała na pomalowaną farbą. Michał liczył, że to oznaczenie szlaku. Szukając miejsca, gdzie mógłby rozbić namiot, widział podobne znaki. Wydawało mu się, że nawet zrobił im zdjęcie, ale nie chciał teraz grzebać w galerii telefonu, by nie marnować baterii. Wprawdzie czerwone linie nie przypominały tych, które widywał w górach, lecz założył, że to po prostu specyfika miejsca. Nieczęsto odwiedzał Mazury, więc nie przywiązywał do tego wagi. Nie planował też kolejnych odwiedzin. Jak tylko wróci do namiotu, spakuje rzeczy i z pierwszymi promieniami słońca wyruszy w drogę powrotną. Tęsknił za domem. Za jego zapachami, dźwiękami i tym, że wizyta w toalecie nie wywoływała panicznego lęku przed kleszczami w miejscach, których sam nie widywał.
Podszedł bliżej drzewa i przejechał opuszkami palców po chropowatej powierzchni. Wydawała się lepka, tak jakby kora pociła się od ukropu ostatnich dni. Namalowany symbol nie przypominał niczego, co Michał widział wcześniej gdzieś na szlaku. Kilka prostych linii. Niczym nordyckie runy.
Oświetlił znak ekranem telefonu.
– Nie rozumiem…
Ślad na korze był świeży. Zrobiony najpóźniej przed kilkoma minutami. Michał nie pojmował, jak mógł się tam znaleźć.
Był zupełnie sam. Ściekająca czerwona farba przywodziła na myśl łzy. Dotknął jednej z kropli i roztarł ją pomiędzy palcami. Powąchał i z obrzydzeniem odsunął rękę od twarzy.
Krew.
Michał rozpoznałby ten zapach wszędzie. Cofnął się i wytarł palce o spodnie. Zorientował się, że wszystkie dźwięki lasu nagle ucichły. Wycie, które niedawno go wystraszyło, również.
Spojrzał w nocne niebo po części skryte za koronami drzew. Liście nie poruszały się, choć mógł przysiąc, że poczuł na plecach podmuch wiatru. Odwrócił się, ale otaczała go tylko ciemność.
Cztery procent.
Kończył mu się czas. Za chwilę nie będzie miał dostępu do żadnego źródła światła. Gdyby mógł, rzuciłby się biegiem w obojętnie jakim kierunku. Nie zrobił tego tylko dlatego, że gałęzie najpewniej przebiłyby go na wylot. Czuł, jak zbliżają się do niego i powoli wbijają swoje ostre końce w skórę. Przerażało go to tak mocno jak cisza. Ta stawała się coraz głośniejsza. Do tego stopnia, że Michał doskonale słyszał bicie własnego serca i to, jak krew płynie żyłami. Popatrzył w stronę drzewa, ale to wyglądało zupełnie normalnie.
Żadnego znaku. Żadnej krwi.
– Ktoś tu jest? – Cofnął się i obrócił wokół własnej osi. – To nie jest śmieszne.
Przeszedł kilka kroków, choć instynkt podpowiadał mu, że nie powinien się odzywać, tylko uciekać. Mimo to starał się zachowywać racjonalnie. Nie spotkał żywego ducha przez kilka ostatnich dni. O ile wiedział, niedźwiedzie nie zamieszkują tych rejonów. Wilki tak. Miał nadzieję, że nie wszedł na ich terytorium, ponieważ wtedy rzeczywiście mógłby mieć spory problem. Liczył, że jego wątła postura w końcu się na coś przyda i nawet jeżeli go zauważą, to uznają, że nie warto zawracać sobie głowy żylastym facetem w średnim wieku. Wycofa się powoli i wszystko będzie dobrze. Uznał, że stracił rozeznanie w terenie i to dlatego nie widział już znaku na drzewie.
To było logiczne wyjaśnienie.
Ciszę przerwał trzask pękających gałęzi. Michał wzdrygnął się i obrócił w stronę, z której zdawało mu się, że dochodził dźwięk. Zmrużył oczy, ale niewiele to pomogło. Dostrzegał jedynie zarysy drzew, i to tylko tych, które rosły najbliżej. Całą resztę spowijał mrok. Kolejny odgłos dobiegł zza pleców Michała. Następny z lewej strony. Kilka innych z miejsc, których nie potrafił wskazać.
Wstrzymał oddech. Miał wrażenie, że jest okrążany, i nie wiedział przez co. Oprócz chrzęstu łamanych gałęzi nie słyszał niczego więcej.
Musiał zaryzykować.
Włączył aplikację aparatu i wybrał funkcję night vision. Przez moment będzie mógł spojrzeć na las w podczerwieni. Pomiędzy ciasno rosnącymi drzewami coś się ukrywało. Michał zauważył parę świecących w ciemnościach oczu. Wisiały tuż nad podłożem i wpatrywały się w niego. Bardzo powoli zaczął się wycofywać. Spróbował jeszcze przybliżyć obraz z kamery, ale nagle telefon po prostu się wyłączył.
Wypuścił smartfona z dłoni, kiedy oczy przeciwnika zapłonęły jasnym, czerwonym kolorem. Nie należały do wilka.
Postać oddalona od niego o kilka metrów się wyprostowała. Nawet z daleka Michał widział, że jest od niego wyższa przynajmniej o głowę, choć sam miał prawie sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu. Próbował racjonalizować to, co rejestrowały jego oczy. Potwory nie istnieją. Powtarzał to w myślach nieustannie, kiedy jego serce biło sto sześćdziesiąt razy na minutę. Chłód nocy zastąpił gorąc, jakiego nie czuł nigdy wcześniej.
Czerwone ślepia zbliżały się bezgłośnie w jego stronę. Ucieczka nie wchodziła już w grę. Kolejny krok w tył kosztował Michała utratę równowagi. Przewrócił się i uderzył ramieniem o wystający z ziemi kamień. Ból nie był ostatnią rzeczą, jaką odczuwał przed śmiercią.
Ostatni był strach.
WTOREK
Odważ się marzyć.
Hasło motywujące Kasandrę do ćwiczeń tym razem nie działało. Głośno wypuściła z płuc powietrze i zaległa na macie. Normalnie już dawno skończyłaby trening, ale dziś nie był jej dzień. Zmusiła się do tego, by w ogóle zacząć, i wielokrotnie była bliska tego, by się poddać. Mimo potu zlepiającego jej włosy na karku skończyła ostatnią serię brzuszków. Zostało jeszcze rozciąganie, lecz potrzebowała odpoczynku, zanim do niego przystąpi.
– Nienawidzę cię – rzuciła, odwracając głowę w stronę plakatu. – Chuda zdziro.
Ze ściany uśmiechała się do niej trenerka, którą obserwowała na Instagramie. Dziewiętnastolatka z mniejszą ilością tłuszczu w organizmie niż mleko trzymane przez Kasandrę w lodówce.
Czasami nienawidziła kobiety do tego stopnia, że zdejmowała plakat ze ściany i chowała go do szafy. Nie na długo. Maksymalnie dzień, by odpocząć od oglądania idealnie wyrzeźbionego ciała. Potem trenerka wracała na swoje miejsce, żeby motywować do dalszej pracy. Kasandra dążyła do podobnych efektów. Tak naprawdę zadowoliłaby się tym, gdyby waga pokazała o dwa kilogramy mniej, niż miała w zwyczaju.
Usiadła na macie po turecku i zaczęła się rozciągać. Unikała wzrokiem niedojedzonej paczki chipsów leżącej na kanapie. To, że chciała schudnąć, nie oznaczało, że ma rezygnować z wszelkich przyjemności w życiu. Czasem próbowała sobie przypomnieć te cudowne czasy, kiedy mogła zjeść wielką michę makaronu z sosem serowym, a następnego dnia nie czuć się jak rozdymka. Okazywało się wtedy, że nie sięga pamięcią tak daleko.
Udało się jej uspokoić oddech. Endorfiny zaczęły działać i przez następnych kilka godzin będzie na fitnessowym haju. Wystarczająco długo, by nie chcieć rzucić papierami w pracy.
Odliczała już dni do weekendu. Zaplanowała wielkie sprzątanie mieszkania, co oznaczało, że najprawdopodobniej tylko odkurzy i resztę czasu spędzi na wpatrywaniu się w telewizor. Nadal miała problemy z motywacją. To, że zdołała utrzymać regularność w kwestii ćwiczeń, zakrawało na cud. Wiedziała, że na resztę też przyjdzie pora.
Małymi kroczkami, pomyślała, podnosząc się z podłogi.
Spojrzała z dumą na matę przesiąkniętą potem. Zasłużyła na to, by poklepać się po plecach, nawet jeżeli nie zrobiła dziś wszystkiego, co miała zaplanowane. Podeszła do lustra stojącego obok biblioteczki i zaczęła się przyglądać swojej sylwetce. Zaczynała zauważać zmiany. Ramiona się wysmukliły, a i w udach ubyły przynajmniej ze dwa centymetry.
– Masz szczęście. – Wskazała na plakat. – Tym razem.
Czasami ogrywała De Niro z Taksówkarza i to była jedna z tych rzeczy, których nigdy nikomu nie powie. Nie bardzo miała też komu.
Zbliżały się jej urodziny. Magiczna czterdziestka, a dla Kasandry zwykły piątek. Starała się nie myśleć o tym dniu za dużo. Nie robić podsumowań i nie snuć planów na przyszłość. Wystarczyło jej to, co miała. Powinna być wdzięczna za to, że udało się jej dożyć tego wieku. Niewiele brakowało, by jej mieszkanie wynajmował ktoś inny, a ona okupowała kwaterę na cmentarzu.
Potrząsnęła głową.
– Uspokój się.
Da sobie jeszcze kilka minut i wejdzie pod prysznic. Zanim to zrobi, musi posprzątać. Już raz omal nie potknęła się o porzucone na podłodze ciężarki.
Chciała zwinąć matę, ale przeszkodził jej dźwięk dzwonka. Wyprostowała się i napięła mięśnie. Ostrożnie podeszła do telefonu leżącego na stole, by sprawdzić, kto stoi pod drzwiami. Kilka tygodni temu zamontowała wideodzwonek reagujący na ruch i nagrywający wszystkich przechodzących pod jej drzwiami, nawet w podczerwieni, kiedy światło na korytarzu nie działało. Miała dostęp do nagrań i podglądu z poziomu smartfona. Rejestrowała wszystko i wszystkich. Nie chciała otwierać drzwi, gdy nie wiedziała, kto za nimi stoi.
Telefon nie chciał się jednak włączyć. Kilkukrotnie nacisnęła na przycisk umieszczony na krawędzi, lecz urządzenie nie reagowało. Za to dźwięk dzwonka rozległ się po raz kolejny. Postanowiła nie podchodzić do drzwi. Zastygła w bezruchu, licząc, że nieoczekiwany gość zrezygnuje. Kasandra nikogo nie zapraszała, a już na pewno nie spodziewała się gości we wtorkowy poranek.
– Pani Kasandro, to ja.
Głos mężczyzny brzmiał znajomo. Nie paraliżował, ale i tak nie mogła się odezwać.
– Grzesiek. Kurier.
Rozluźniła mięśnie. Odłożyła telefon na stół, a wychodząc z salonu, sięgnęła po gaz pieprzowy, który stał na komodzie. Jeden zawsze miała gdzieś w zasięgu wzroku. Kolejny w schowku na rękawiczki w samochodzie, a ostatni w torebce. Mocniej zacisnęła palce na niewielkim cylindrze i dopiero wtedy mogła podejść do drzwi. Ostrożnie spojrzała przez wizjer i zobaczyła, że na klatce schodowej rzeczywiście stoi kurier. Znała go, regularnie pojawiał się w budynku.
Odciągnęła zasuwę i uchyliła drzwi tak, by mężczyzna nie widział, że w drugiej dłoni trzyma gaz.
– Tak podejrzewałem, że jest pani w domu – powiedział, wyciągając paczkę przed siebie. – Dzwonek chyba się zepsuł.
– Działa. Telefon mi się rozładował. Co to?
– Niech mnie pani nie próbuje podejść. – Uśmiechnął się. – Przecież ja nie wiem. Jakbym otworzył paczkę, to musiałbym szukać nowej roboty.
Kasandra przez moment wpatrywała się w trzymany przez kuriera karton. Swoimi gabarytami przypominał książkę, ale nic nie zamawiała. Adres na etykiecie się zgadzał. Za to ten nadawcy zupełnie nic jej nie mówił.
– Nie wybuchnie – pośpieszył ją, potrząsając paczką. – Odbiera pani czy wraca na magazyn?
– Tak, przepraszam.
Złapała za karton i skinęła mężczyźnie głową. To wystarczyło, by ten wklepał coś w swoim przenośnym komputerku i skierował się ku schodom. Nie pamiętała już, kiedy po raz ostatni musiała podpisywać odbiór paczki. Im mniej interakcji, tym lepiej.
Poczekała, aż ciężkie kroki kuriera ucichną, a następnie ostrożnie wychyliła się, by zobaczyć, czy nikogo więcej nie ma w pobliżu. Upewniła się, że jest sama, i zamknęła drzwi do mieszkania. Dwukrotnie sprawdziła, czy zasunęła zasuwę, po czym wróciła do salonu. Położyła paczkę na stole, a telefon podłączyła do ładowarki. Odczekała chwilę, aż pojawi się ikona ładowania, i wpisała PIN na ekranie.
– Jasna cholera.
Ćwiczenia zajęły jej zbyt dużo czasu. Zorientowała się, że jeżeli nie wyjdzie z domu w ciągu najbliższych piętnastu minut, spóźni się do pracy. O pomalowaniu się mogła już zapomnieć. Wolała wyglądać na chorą niż cuchnąć potem.
Spojrzała na plakat trenerki.
– To twoja wina. – Ruszyła w stronę łazienki. – Chuda zdzira.
Szmata porzucona na kuchennym blacie przesiąknięta była kawą.
Czarne krople ściekały po kremowych frontach, a pod szafką utworzyła się już mała kałuża. Nikt z przechodzących za plecami Kasandry nie wykazał się inicjatywą, by uprzątnąć bałagan zastany przez nią w kuchni. Jako jedyna zdecydowała się na wejście do pomieszczenia i widziała, że jeżeli teraz z niego wyjdzie, to wszyscy pomyślą, że to ona jest flejtuchem. Zacisnęła zęby i podeszła do blatu. Oderwała kilka papierowych ręczników i rzuciła na podłogę, by kawa miała w co wsiąkać. Brudną szmatę wywaliła do śmietnika stojącego obok, a ręce opłukała w zlewie. Gdy oceniła, że zrobiła niezbędne minimum, odwróciła się na pięcie i wyszła z kuchni.
Odeszła jej ochota na cokolwiek.
Nie pierwszy raz, kiedy przychodziła do pracy. Zarządzający firmą wymyślili sobie, że powrót do biura będzie dobrym pomysłem. Nikt nie powiedział tego wprost, ale wszyscy i tak wiedzieli, że chodzi o koszty. Skoro płacą za przestrzeń grube pieniądze, to nie powinna stać pusta. Kasandra miała inne zdanie na ten temat. Przyzwyczaiła się do pracy zdalnej. Wpływała lepiej na jej produktywność, a na dodatek sama nie traciła czasu i pieniędzy na dojazdy. Dziś szczególnie nie podobało jej się to, że stała na firmowym korytarzu zupełnie bez sensu.
Ledwo zdążyła, co i tak okupiła poważnymi stratami. Makijaż ograniczyła do podkładu, tuszu i błyszczyka, a włosy musiały się zadowolić suchym szamponem. Prysznic pomógł, lecz Kasandra i tak będzie czuła się brudna przez pół dnia. Na dodatek była na osiemdziesiąt procent przekonana, że fotoradar na skrzyżowaniu tuż pod biurowcem zrobił jej zdjęcie. Wprawdzie przejeżdżała na późnym żółtym, ale inaczej spóźniłaby się jeszcze bardziej. Teraz będzie o tym myślała przez kolejny tydzień.
Wzięła głęboki oddech i spojrzała w stronę sali konferencyjnej. Zdziwiło ją to, że stała pusta. Normalnie o tej porze nie znalazłaby dla siebie wolnego krzesła.
Cała redakcja wyglądała na wymarłą.
Popatrzyła w stronę recepcji, gdzie jak zwykle siedziała znudzona dziewczyna. Kasandra nie zaprzątała sobie głowy tym, jak ma na imię. Agata, Aśka, a może Alicja. Bez znaczenia. Za miesiąc na krześle zasiądzie kolejna. Wszystkie wyglądały dla niej tak samo i na dodatek zachowywały się jak ekspedientki w Zarze. Wykonywały niezbędne minimum obowiązków, a przy tym patrzyły na człowieka z góry. Kasandrze nie podobało się, że musi teraz odrywać dziewczynę od przeglądania telefonu. Podeszła do biurka i poczekała, aż zostanie zauważona.
– Tak?
Recepcjonistka odłożyła smartfona na kolana. Nie przejmowała się tym, że Kasandra doskonale widzi, co znajduje się na ekranie. Wyglądało na to, że dziewczyna aktywnie poszukuje kompana na wieczór. Wyświetlacz prezentował młodego mężczyznę bez koszulki i w bokserkach Calvina Kleina opuszczonych zdecydowanie zbyt nisko.
– Gdzie są wszyscy? – Kasandra oderwała wzrok od bielizny faceta. – Powinniśmy mieć kolegium w jedynce.
– Mail był.
Te dwa słowa wyraźnie miały stanowić jakieś wytłumaczenie.
– Można jaśniej?
– Wysłałam wieczorem – odparła tamta, sięgając po myszkę. – No, o dwudziestej wczoraj poszedł.
Oparła się na krześle i wróciła do swojego telefonu. Kasandra zauważyła, że przesunęła kciukiem w lewo, co oznaczało, że roznegliżowanemu mężczyźnie się nie poszczęści. Kolejne kilka ruchów jej palców wyglądało dokładnie tak samo. Na ocenę potencjalnego partnera przeznaczała maksymalnie dwie sekundy. Kasandra dłużej zastanawia się nad tym, którą bułkę wybrać w piekarni.
– Nic nie dostałam. – Sięgnęła po telefon i sprawdziła skrzynkę odbiorczą. – Ostatnią wiadomość mam z przedwczoraj.
– Dziwne.
– Tak. – Zacisnęła zęby. – Możesz mi powiedzieć, co było w tym mailu?
– Spotkanie jest przełożone.
– Na kiedy?
– Do innej sali – odparła Agata czy Alicja.
Kasandra odliczyła w głowie do dziesięciu.
– Przeniesione – poprawiła recepcjonistkę. – To trochę co innego.
– A jak powiedziałam?
– Przełożone.
– No tak, to przeniesione. Rzeczywiście.
Jeżeli ta rozmowa będzie toczyła się dłużej w tej formie, Kasandra doliczy do miliona, zanim czegokolwiek się dowie.
– Gdzie jest to spotkanie? – zapytała wprost. – I o której?
Wolała nie zostawiać miejsca na niedopowiedzenia.
– W czwórce. – Dziewczyna podniosła głowę, westchnęła i spojrzała na zegar wiszący na ścianie. – Trwa od piętnastu minut.
Czas działał dziś na jej niekorzyść.
Spóźnienie na spotkanie, gdzie siedziała praktycznie cała załoga, było źle odbierane. Pokazywało niekompetencję i brak szacunku dla tych, którzy pojawili się punktualnie. Kasandra czuła na sobie spojrzenia współpracowników i to, które posłał jej szef. Nie musiał nic mówić, choć była pewna, że i tak to zrobi. Wyraźnie widziała, że postanowił zapamiętać tę sytuację. Rozmowę o podwyżce mogła odłożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość – pod warunkiem, że dalej będzie ją miała w redakcji.
– Przepraszam – powiedziała głośno i stanęła pod ścianą. – Przepraszam.
– Pozwolicie, że wrócę do tego, co mówiłem, zanim pani Lit mi przerwała.
Arkadiusz Jańczyk miał trzydzieści pięć lat, drogie koszule i problemy z utrzymaniem erekcji. Niektóre dziewczyny z redakcji miały tę nieprzyjemność, by na chwilę dać się ponieść fantazji rodem z Pięćdziesięciu twarzy Greya, a potem opowiadać nad kubkiem rozpuszczalnej kawy o tym, co je spotkało. Kasandra mimowolnie usłyszała to i owo, co uznała za jedyny plus pracy w biurze. Od tamtej pory za każdym razem, kiedy Jańczyk ją strofował, tłumaczyła sobie, dlaczego się na niej wyżywał. Nigdy nie próbował jej poderwać. Patrzył na nią jak na starą ciotkę, która na imieninowym podwieczorku narzekała na to, że włoszczyzna na targu kosztuje więcej niż abonament RTV.
Klimatyzacja w pomieszczeniu ledwo nadążała z wtłaczaniem zimnego powietrza. Dziennikarze, dział marketingu, handlowcy i ludzie, których Kasandra nie widziała nigdy wcześniej na oczy, wyraźnie to odczuwali. Lit wystarczyło kilkadziesiąt sekund, by zacząć się pocić. Spojrzała tęsknym wzrokiem na okno, ale wiedziała, że w momencie, kiedy je otworzy, wszyscy ponownie zaczną się jej przyglądać. Wolała nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi.
Rozpięła guzik koszuli pod szyją i wpatrzyła się w ekran telewizora wiszącego na ścianie za plecami szefa.
– Kwartał się kończy i jak widzicie, efekty wprowadzonych w organizacji zmian są więcej niż zauważalne. – Arkadiusz odwrócił się do zgromadzonych plecami i zaczął wskazywać palcem na wykres. – Trzynaście procent większe zaangażowanie. Świetnie siadły materiały o zaćmieniu słońca w kwietniu. Pomysł, żeby zrobić galerię zdjęć, genialny.
Odwrócił się i klasnął.
– Wiadomo, że newsówka robi nam najwięcej ruchu, ale jak widać, inne działy też potrafią. Olimpiada za kilka tygodni, to nam sport trochę odżyje. Dobrze zacząć już przygotowywać podbudówkę pod to.
Kasandra słuchała wywodów szefa jednym uchem. To spotkanie mogłoby być mailem. Nie żałowałaby nawet, gdyby ten też zabłądził i nie trafił do jej skrzynki. Miała dziś do napisania parę tekstów, a im dłużej słuchała słów Jańczyka, tym bardziej wydłużał się czas, który będzie musiała spędzić w biurze zgarbiona nad klawiaturą. Nie była chyba jedyną osobą w pomieszczeniu, która tak myślała. Kilkoro dziennikarzy wpatrywało się w swoje telefony, wyraźnie się niecierpliwiąc.
– Podsumowanie kwartału dostaniecie na maila, ale to nie dlatego was tutaj dziś zaprosiłem.
Arkadiusz rozpromienił się, kiedy wciskał spację na klawiaturze laptopa. Slajd na ekranie zmienił się z nudnego wykresu na kolorowe zdjęcie. Uśmiechnięci i wyraźnie sztucznie wklejeni na fotografię ludzie stali przed ośrodkiem wypoczynkowym. Obok niego rozciągało się jezioro, a gdzieś przy plaży biegał pies. Ta sielankowa atmosfera zwiastowała nadchodzącą katastrofę.
– Zapowiadaliśmy to od dawna, a teraz w końcu mogę zdradzić kilka szczegółów. – Jańczyk sięgnął po notatki. – Nasz wyjazd integracyjny odbędzie się w dniach od piętnastego do osiemnastego sierpnia.
Po sali przeszedł pomruk niezadowolenia.
– Wiem, wiem. – Uniósł dłoń w uspokajającym geście. – To długi weekend i pewnie część z was robiła już jakieś plany, dlatego wcześniej zapowiadałem, żeby się z tym wstrzymać. Niektórzy i tak będą musieli wtedy zostać na miejscu, żeby obsadzić świąteczną wydawkę. Wstępny plan dyżurów wisi już w systemie, zapoznajcie się z nim do końca tygodnia. Jak będą jakieś uwagi, zgłaszajcie to do szefów swoich działów.
Zrobił głęboki wdech.
– Wracając do samego wyjazdu, to przygotowaliśmy dla was naprawdę dużo atrakcji. Jeżeli pogoda dopisze, zapraszamy na żeglowanie po jeziorach. Będzie grill, a raczej wielkie ognisko z kiełbaskami. Dla wegetarian też się coś znajdzie. Nocne podchody i kino na świeżym powietrzu, jak nasz dział IT w końcu nauczy się podłączać projektor do laptopa.
Jako jedyny zaśmiał się ze swojego żartu. Jańczyka trudno było czymkolwiek zrazić, więc przełączył slajd na prezentacji i kontynuował opowieść.
– Trochę nas tam będzie, więc trzeba było pójść na pewne ustępstwa. Niektóre pokoje będą miały dzieloną łazienkę. Nie wszystkie, z tego, co udało mi się dowiedzieć, ale myślę, że przeżyjecie te kilka dni w spartańskich warunkach. Ja niestety będę z wami tylko duchem. – Teatralnie się zasmucił. – Mam w tym samym terminie ważny wyjazd służbowy, którego już nie mogę przełożyć.
Wyłączył laptopa i sprawdził godzinę na swoim zegarku. Nawet z końca sali Kasandra widziała, że to biżuteria warta więcej niż jej samochód. I to wtedy, kiedy był zatankowany do pełna.
– Zająłem wam trochę więcej czasu, niż agenda zakładała. Dziękuję za wasze zaangażowanie i obecność. Bez was nie byłoby tej organizacji. Jesteście jej nieodłącznym elementem.
Odpowiedziało mu kilka nieskładnych pomruków zagłuszanych przez dźwięk szurających po podłodze krzeseł.
– A, byłbym zapomniał – rzucił, zabierając laptopa z biurka. – Wyjazd jest obligatoryjny.
– Noż kurwa…
Kasandra jako jedyna w pomieszczeniu powiedziała na głos to, co prawdopodobnie myślała większość zgromadzonych. Przygryzła wargi i zamknęła oczy.
Ciąg dalszy w wersji pełnej