Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Co wspólnego ze sobą mają skradziona chłodziarka, rewolwer wyłożony masą perłową i sztuczki magiczne? Dlaczego w sklepie z ptakami nie sprzedaje się ptaków? Czy nos może być najbardziej czarującą częścią ciała?
Gerald Durrell jak zawsze uroczy i przezabawny. Tym razem tytułowy "Groch z kapustą" to doskonale skomponowany zbiór niepublikowanych dotąd anegdot i wspomnień, wszystko jak zwykle pełne typowo brytyjskiego humoru.
Na zbiór "Groch z kapustą i inne historie" składa się pięć opowiadań. Każde z nich nie tylko zabiera czytelnika w zupełnie inne zakątki świata, ale także pozwala towarzyszyć autorowi w różnych etapach jego życia.
Już pierwsza historia zaprasza na szaloną i obfitującą w zaskakujące zwroty akcji wycieczkę urodzinową, w trakcie której nic nie pójdzie zgodnie z planem. Dalsze strony książkiprzenoszą czytelnika w czasie i dają możliwość obserwowania 15-letniego Gerry’ego podczas jego pierwszej pracy w sklepie zoologicznym w Londynie.
Niespodziewanych wrażeń dostarczy pobyt w szanowanej klinice specjalizującej się w zaburzeniach nerwowych. Salwy śmiechu wywołają gorączkowe przygotowania do wizyty komisarza okręgu w Afryce, a niewinna randka z Ursulą zmieni się w pasmo niezwykłych zdarzeń.
Wierni czytelnicy Geralda Durrella w "Grochu z kapustą i innych historiach" znajdą motywy, za które pokochali jego twórczość. A osoby, które nie znają autora? Dla nich nie ma już ratunku. Przewracając pierwszą stronę książki, nie spoczną, dopóki nie poznają wszystkich opowieści.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 266
Książkę tę dedykuję mojemu bratu Larry’emu, który zawsze zachęcał mnie do pisania i bardziej niż ktokolwiek inny cieszył się sukcesami, które udało mi się osiągnąć.
Ten dzieciak jest szalony, ślimaki w kieszeni!
Lawrence Durrell, około 1931 roku
Ten dzieciak jest szalony, skorpiony w pudełkach od zapałek!
Lawrence Durrell, około 1935 roku
Ten dzieciak jest szalony, pracuje w sklepie zoologicznym!
Lawrence Durrell, około 1939 roku
Ten chłopak jest szalony, chce zostać opiekunem w zoo!
Lawrence Durrell, około 1945 roku
Ten człowiek jest szalony, włóczy się po dżunglach pełnych węży!
Lawrence Durrell, około 1952 roku
Ten człowiek jest szalony, chce mieć zoo!
Lawrence Durrell, około 1958 roku
Ten człowiek jest szalony. Zaproś go do domu, a wpakuje orła do twojej piwniczki z winem!
Lawrence Durrell, około 1967 roku
Ten człowiek jest szalony.
Lawrence Durrell, około 1972 roku
1
Narodziny tytułu
Dzień był jednym z tych zapierających dech, przejrzystych, błękitnych dni, jakie spośród wszystkich krajów świata tylko Grecja może zapewnić. Cykady grały na drzewach oliwnych, a morze wydawało się ciemniejszym, ruchomym odbiciem nieba. Właśnie skończyliśmy obfity i niespieszny lunch pod wykrzywionymi, sękatymi oliwkami, które rosły niemal do samego brzegu morza na jednej z najpiękniejszych plaż na Korfu. Żeńska część towarzystwa udała się do wody popływać, pozostawiając Larry’ego i mnie samych. Wyciągnęliśmy się gnuśnie, przekazując sobie nawzajem ogromną, oplecioną wikliną butlę przypominającej terpentynę retsiny. Piliśmy i dumaliśmy w milczeniu. Ktokolwiek sądzi, że podczas spotkania pisarze pogrążają się w błyskotliwej wymianie zdań i zuchwałych żartach, myli się żałośnie.
– Niezła ta retsina – zauważył w końcu Larry, napełniając z namysłem kieliszek. – Skąd ją masz?
– Od niskiego faceta, który prowadzi sklep w jednym z zaułków wiodących do placu Świętego Spirydona. Dobrze smakuje, co?
– Bardzo – odparł Larry, unosząc pod światło kieliszek, który zalśnił bladym odcieniem starego złota. – Ostatnia butelka, jaką sprowadziłem z miasta, wyglądała i smakowała jak próbka moczu pobrana od muła. Którą zapewne była.
– Będę jutro tędy przejeżdżał – oznajmiłem. – Przywiozę ci karafkę, jeśli chcesz.
– Hmmm – powiedział Larry. – Przywieź dwie.
Wyczerpani tą intelektualną wymianą zdań, napełniliśmy kieliszki i ponownie zapanowało milczenie. Mrówki myszkowały w resztkach naszego posiłku. Te maleńkie, czarne, ruchliwe i te duże, długonogie, rude, z odwłokami uniesionymi jak działa przeciwlotnicze. Na korze oliwki, o którą się opierałem, trwała krzątanina przedziwnych larw. Drobne, puchate stworzonka wyglądały jak zniekształcone i dość brudne niedźwiedzie polarne.
– Nad czym teraz pracujesz? – zapytał Larry.
Spojrzałem na niego z zaskoczeniem. Przyjęliśmy milczącą i niepisaną zasadę, że nigdy nie omawiamy tego, co nazywaliśmy Naszą Sztuką, by to nie doprowadziło do tarć i obrzucania się obelgami.
– W tej chwili nad niczym, ale mam coś w rodzaju mglistego pomysłu. Właściwie nasunął mi się po przeczytaniu Spirit of Place.
Larry prychnął szyderczo. Spirit of Place był wyborem jego listów do przyjaciół, skrupulatnie zebranych i opracowanych przez naszego przyjaciela Alana Thomasa.
– Jestem zadziwiony, że to nasunęło ci jakikolwiek pomysł – stwierdził.
– Cóż, nasunęło. Myślałem o czymś w rodzaju kompilacji. Mam sporo materiału, którego nigdzie nie wykorzystałem. Zastanawiałem się nad zebraniem go i stworzeniem z niego książki.
– Świetny pomysł – orzekł Larry, nalewając sobie kolejny kieliszek retsiny. – Nigdy nie marnuj dobrego materiału.
Uniósł kieliszek pod światło i przez chwilę podziwiał barwę.
Potem popatrzył na mnie, a oczy błysnęły mu złośliwie.
– Powiem ci coś – oznajmił. – Mógłbyś dać tytuł Groch z kapustą.
I tak właśnie zrobiłem.
2
Przyjęcie urodzinowe
Było to bardzo długie, gorące lato, nawet jak na Korfu. Deszcz nie padał od kilku miesięcy i od wschodu do zachodu słońce przypiekało wyspę z czysto błękitnego nieba. Wszystko było spieczone, wysuszone i panował dotkliwy skwar. Z naszego punktu widzenia to lato okazało się dość wyczerpujące. Larry, z właściwą sobie szczodrością, zaprosił szerokie grono artystycznych przyjaciół. Rzeczywiście pojawiali się w tak licznych grupach, że matka zmuszona była wynająć dwie dodatkowe pokojówki i większość czasu spędzała w naszej obszernej, posępnej kuchni poniżej poziomu gruntu, biegając od palnika do palnika, by przyrządzić dostateczną ilość jedzenia dla armii dramatopisarzy, poetów, autorów i artystów, zapewniając im dobre samopoczucie. Teraz właśnie odprowadziliśmy ostatnich gości i cała rodzina odpoczywała na balkonie, popijając mrożoną herbatę i spoglądając na spokojne, błękitne morze.
– Cóż, dzięki Bogu już po wszystkim – zauważyła matka, sącząc herbatę i poprawiając okulary. – Naprawdę, Larry, kochanie, wolałabym, żebyś nie zapraszał tych wszystkich ludzi. To było strasznie wyczerpujące.
– Ale nie byłoby takie, gdybyś wszystko zorganizowała jak należy – skonstatował Larry. – Przecież oferowali się z pomocą.
Matka spiorunowała go spojrzeniem.
– Wyobrażasz sobie ten tłum w mojej kuchni i tę pomoc? – zapytała. – Źle to wyglądało już w czasie posiłków, a co dopiero, gdyby plątali mi się pod nogami w kuchni. Nie, przez resztę lata chcę mieć spokój. Nie wydaje mi się, bym miała ochotę coś robić. Czuję się całkowicie wyczerpana.
– Nikt cię nie prosi, żebyś coś robiła – powiedział Larry.
– Jesteś pewien, że nikogo więcej nie zaprosiłeś? – spytała matka.
– Chyba nie – odparł beztrosko.
– Cóż, jeśli się zjawią, równie dobrze mogą zatrzymać się w hotelach – orzekła matka. – Ja mam już dość.
– Nie rozumiem, skąd ta wojownicza postawa – powiedział urażonym tonem Larry. – Uważam ich za bardzo miłą gromadkę.
– Nie musiałeś dla nich gotować – zauważyła matka. – Czuję, że nie mam ochoty oglądać więcej tej kuchni. Po prostu chciałabym gdzieś wyjechać i uciec od tego wszystkiego.
– To znakomity pomysł – oznajmił Larry.
– Co? – zdziwiła się matka.
– Uciec od tego wszystkiego.
– Uciec dokąd? – spytała podejrzliwym tonem.
– A co byś powiedziała na przejażdżkę łodzią na kontynent? – podsunął Larry.
– Na Jowisza, to jest myśl! – stwierdził Leslie.
– Doskonały pomysł! – powiedziała Margo. – Zróbmy to, mamo. O, już wiem! Możemy dokądś popłynąć, żeby obchodzić twoje urodziny.
– Cóż – odezwała się niepewnie matka. – Nie jestem przekonana. Gdzie na kontynencie?
– Och, po prostu wynajmiemy benzinę – rzucił nonszalancko Larry – i popłyniemy wzdłuż wybrzeża, zatrzymując się, gdzie tylko zechcemy. Możemy zabrać jedzenie na dwa czy trzy dni i zwyczajnie leniuchować, bawić się i odpoczywać.
– To brzmi bardzo miło – stwierdziła matka. – Zapewne Spiro mógłby zorganizować łódź?
– O, tak – zapewnił Leslie. – Spiro wszystkim się zajmie.
– Cóż – zauważyła matka – muszę przyznać, że to byłaby odmiana, nieprawdaż?
– Nie ma jak morskie powietrze, kiedy czujesz się nieco znużona – orzekł Larry. – Bardzo pomaga wziąć się w garść. I moglibyśmy zabrać kilka osób jako coś w rodzaju stymulatora, żeby nas trochę ożywić.
– Nie, żadnych więcej ludzi – powiedziała matka.
– Nie chodziło mi o ludzi w liczbie mnogiej – wyjaśnił Larry. – Myślałem na przykład o Teodorze.
– Teodor nie popłynie – zauważyła Margo. – Wiesz, że ma skłonność do choroby morskiej.
– Mógłby przyjść – powiedział Larry. – I są jeszcze Donald i Maks.
Matka się zawahała. Miała słabość do Donalda i Maksa.
– No cóż... przypuszczam, że oni mogliby dołączyć – stwierdziła.
– I Sven do tego czasu wróci – zauważył Larry. – Jestem pewien, że chętnie by się wybrał.
– Och, nie mam nic przeciw niemu – powiedziała matka. – Lubię Svena.
– A ja mógłbym zaprosić Mactavisha – oznajmił Leslie.
– O Boże, tylko nie tego okropnego człowieka – mruknął ze wzgardą Larry.
– Nie rozumiem, dlaczego tak go nazywasz – przemówił Leslie wojowniczym tonem. – Musimy znosić twoich okropnych przyjaciół. Dlaczego nie pogodzisz się z moimi?
– Wystarczy, kochani – odezwała się pojednawczo matka – nie kłóćcie się. Przypuszczam, że możemy zaprosić Mactavisha, jeśli masz ochotę. Ale naprawdę nie wiem, co ty w nim widzisz, Leslie.
– Cholernie dobrze strzela z pistoletu – oznajmił Leslie, jakby to było wystarczające wyjaśnienie.
– A ja mogłabym zaprosić Leonorę – powiedziała podekscytowana Margo.
– Dość tego! Przestańcie wszyscy – ucięła matka. – Zanim skończycie, łódka zatonie pod ciężarem tłumu. Myślałam, że cały pomysł polega na tym, by wyjechać i odpocząć od ludzi.
– Ale to nie jacyś tam ludzie – zauważył Larry – tylko nasi przyjaciele. To zasadnicza różnica.
– Cóż, pozostańmy więc przy tej liczbie – orzekła matka. – Jeśli mam przyrządzić odpowiednią ilość jedzenia na trzy dni, to wystarczy.
– Zagadnę Spira o łódkę, kiedy się pojawi – powiedział Leslie.
– Może zabrać chłodziarkę? – odezwał się Larry.
Matka ponownie założyła okulary i popatrzyła na niego.
– Chłodziarkę? – powtórzyła. – Żarty sobie stroisz?
– Nie, oczywiście, że nie – odparł Larry. – Będziemy potrzebowali zimnych napojów, masła i tak dalej.
– Ależ Larry, kochanie – powiedziała matka – nie bądź niedorzeczny. Wiesz, jak trudnym przedsięwzięciem było wniesienie jej do domu. Nie możemy jej ruszać.
– Nie rozumiem dlaczego – stwierdził Larry. – To w pełni wykonalne, jeśli się postaramy.
– Co zwykle oznacza – zauważył Leslie – że ty wydajesz rozkazy i pozwalasz innym odwalać robotę.
– Nonsens – żachnął się Larry. – To zupełnie proste. Skoro została wniesiona do domu, na pewno można ją wynieść.
Chłodziarka, o której mówili, stanowiła dumę i oczko w głowie matki. W owych czasach na Korfu żadna z położonych poza miasteczkiem willi nie mogła poszczycić się elektrycznością, a jeśli nawet wymyślono coś takiego jak lodówka na naftę, na Korfu o tym nie słyszano. Matka, w przekonaniu, iż niehigienicznie jest żyć bez chłodziarki, naszkicowała dość wątpliwy plan skrzyni z lodem, przypominającej te, jakich używano w Indiach, gdy była dziewczynką. Przekazała szkic Spirowi i zapytała, czy mógłby zrobić coś podobnego.
Spiro przyjrzał się, marszcząc brwi, a potem powiedział:
– Pani mnie to zostawi, pani Durrell – i oddalił się do miasteczka.
Upłynęły dwa tygodnie, a potem pewnego ranka duży wóz zaprzężony w cztery konie, z sześcioma mężczyznami siedzącymi z przodu, zjawił się na podjeździe. Z tyłu znajdowała się monstrualnych rozmiarów chłodziarka. Była długa na sto osiemdziesiąt centymetrów, szeroka na sto dwadzieścia i na sto dwadzieścia wysoka. Zbudowano ją z desek calowej grubości, obito blachą cynkową, a potem upchnięto trociny między drewno a blachę. Sześciu mężczyznom, choć byli krzepcy, wstawianie jej do spiżarni zajęło całe przedpołudnie. Musieliśmy w końcu wymontować przeszklone drzwi w salonie i wnieść ją tamtędy. Raz zainstalowana, przyćmiewała wszystko. Co jakiś czas Spiro przywoził z miasteczka pokaźne, długie, ociekające bloki lodu i upychaliśmy je w niej. W ten sposób mogliśmy zachować masło, mleko i jajka w świeżości przez dłuższy czas.
Nakładem wydawnictwa Noir sur Blanc ukazały się następujące książki Geralda Durrella:
MOJA RODZINA I INNE ZWIERZĘTA2019
MOJE PTAKI, ZWIERZAKI I KREWNI 2020
OGRÓD BOGÓW2021
ZAPISKI ZE ZWIERZYŃCA2022
ZŁAPCIE MI GEREZĘ2024