Krwawa rzeka - Jeffery Deaver - ebook + książka

Krwawa rzeka ebook

Jeffery Deaver

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

To druga powieść, w której John Pellam wplątuje się w podejrzaną sprawę, będąc zwyczajnym filmowym dokumentalistą. te kryminalne historie napisane zostały jeszcze przed stworzeniem najsłynniejszej pary detektywów ale w niczym nie ustępują późniejszym bestsellerom Deavera. Niektórzy nawet twierdzą, że je przewyższają... 

[Opis wydawnictwa] 

 

Cykl: John Pellam, t. 2 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Ciechanowie (2) 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Jarocin (3) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie (4) 
Biblioteka Miejsko-Powiatowa w Kwidzynie 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w Morągu (2) 
Biblioteka Publiczna w Stęszewie 
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie 
Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Wola m.st. Warszawy (2) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Stefana Żeromskiego w Zakopanem (2)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 421

Rok wydania: 2009

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




JEFFERY DEAVER

KRWAWA RZEKA

Nakładem C&T

 

powieści

Jeffery'ego Deavera:

KOLEKCJONER KOŚCI

ŁZY DIABŁA

LEKCJA JEJ ŚMIERCI

MODLITWA O SEN

PŁYTKIE GROBY

 

Przekład: ALEKSANDRA WOLNICKA

 

 

Tytuł oryginału:

BLOODY RIYER BLUES

Copyright © 1993 by Jeffery Wilds Deaver

Copyright © for the Polish edition by „C&T”, Toruń 2009

Copyright © for the Polish translation by Aleksandra Wolnicka

Opracowanie graficzne: EWELINA BARCICKA

Redaktor wydania:

PAWEŁ MARSZAŁEK

Korekta:

MAGDALENA MARSZAŁEK

Skład i łamanie:

KUP „BORGIS” Toruń, tel. (056) 654-82-04

ISBN 978-83-7470-146-4

Wydawnictwo „C&T” ul. Św. Józefa 79, 87-100 Toruń, tel./fax (056) 652-90-17

Toruń 2009. Wydanie I.

Druk i oprawa: Wąbrzeskie Zakłady Graficzne Sp. z o.o., ul. Mickiewicza 15, 87-200 Wąbrzeźno.

 

Dla Moniki Derham

 

„Wszystko, czego trzeba, żeby powstał film, to rewolwer i dziewczyna”.

Jean-Luc Godard

1

Chodziło mu tylko o karton piwa.

A wyglądało na to, że sam będzie musiał go sobie przywieźć.

Stile wyjaśnił to w ten sposób: — Cholernie trudno jest upchnąć karton Labattsów na bagażniku yamahy.

— Nie ma sprawy — mruknął Pellam do telefonu komórkowego.
— Gdybyś chciał sześciopak, proszę bardzo. Ale bagażnik trochę się chwieje. Co chyba tobie zawdzięczam. Mam na myśli bagażnik. Przykro mi, stary.

Motor należał do wytwórni, ale udostępniono go Pellamowi, który z kolei pożyczył go Stile'owi. Stile był kaskaderem. Pellam wolał nie zastanawiać się nad tym, co robił, kiedy popsuł ten bagażnik.

— Nie ma sprawy — powtórzył do słuchawki. — Załatwię cały karton.

Rozłączył się. Z szafki w przyczepie wyciągnął brązową kurtkę lotniczą i spróbował przypomnieć sobie, gdzie widział jakiś tani sklep monopolowy. Delikatesy Riverfront miał niemal w zasięgu ręki, w przeciwieństwie do kolejnego czeku z wypłatą, a Pellam nie miał ochoty bulić dwadzieścia sześć i pół dolara za karton piwa, nawet jeśli importowano je z samej Kanady.

Przeszedł do niedużej kuchenki, zamieszał w garnku chili i włożył chleb kukurydziany do piekarnika, żeby się podgrzał. Myślał o tym, żeby choć raz dla odmiany ugotować coś innego. Ale jakoś nikt nie zwracał uwagi na to, że na ich pokerowe spotkania Pellam zawsze przygotowuje chili. Czasami podawał je z hot dogami, czasami z ryżem, ale tak czy owak zawsze jedli chili. I słone krakersy. Było to mniej więcej wszystko, co potrafił przyrządzić.

Przyszło mu do głowy, że może obędą się bez piwa; już chciał zadzwonić do Stile'a i powiedzieć mu, żeby jednak przywiózł tego sześciopaka, ale dokonał w myślach szybkich obliczeń i doszedł do wniosku, że potrzebny jest cały karton. Będą grać w pięciu, przez sześć godzin, a to oznaczało, że nawet cały karton może im nie wystarczyć. I w tej sytuacji będzie musiał wyciągnąć mezcal i whisky.

Wyszedł na zewnątrz, zamknął drzwi przyczepy i ruszył przed siebie drogą biegnącą wzdłuż szeroko rozlanej, szarej Missouri. Właśnie zapadł jesienny zmierzch i biorąc pod uwagę fakt, że był to zwykły dzień tygodnia, akurat powinna się była zacząć godzina szczytu. Jednak wznosząca się i opadająca przed nim droga była zupełnie pusta. Pellam zaciągnął suwak kurtki. Był wysoki i szczupły. Tego wieczoru miał na sobie dżinsy i roboczą koszulę, która dawniej była czarna, a ostatnio zrobiła się szara w ciemniejsze cętki. Podeszwy jego kowbojskich butów głośno stukały o mokry asfalt. Żałował, że nie założył czapki z daszkiem z logo Lakersów albo kapelusza; od rzeki wiał zimny wiatr o słonym, rybim zapachu. Ajego piekły oczy i bolały uszy.

Szedł szybkim krokiem. Głównie w obawie, że Danny — scenarzysta filmu, który właśnie kręcili — przyjedzie wcześniej. Pellam podrzucił mu niedawno do hotelowej wanny czteroipółkilogramowego suma, a teraz Danny odgrażał się, że w odwecie zaspawa mu drzwi do przyczepy.

Ich czwartym partnerem do gry był ich główny oświetleniowiec z San Francisco, wyglądający dokładnie jak marynarz floty handlowej, którym kiedyś był, pokryty od stóp do głów tatuażami. Piątym graczem był prawnik z St. Louis, mężczyzna o jastrzębim profilu i obwisłych policzkach. Wytwórnia zatrudniła go przez swoje biuro w Los Angeles do negocjowania umów z lokalnymi statystami oraz właścicielami nieruchomości. Gość bez przerwy mówił o polityce Waszyngtonu w taki sposób, jakby sam ubiegał się o prezydenturę i przegrał tylko dlatego, że spośród wszystkich kandydatów był tym jedynym uczciwym. Jego gadulstwo bywało męczące, ale pioruńsko dobrze grało się z nim w pokera. Obstawiał wysoko i potrafił przegrywać z klasą.

Z rękoma w kieszeniach Pellam skręcił w Adams Street i zostawiając rzekę za sobą, przyjrzał się uważnie ponuremu, opuszczonemu budynkowi z czerwonej cegły należącemu dawniej do huty żelaza w Maddox.

Myślał o tym, że powietrze przesycone jest wilgocią i może się rozpadać.

Zastanawiał się, czy przekroczą termin wyznaczony na realizację zdjęć w tym cholernym mieście.

Zastanawiał się, czy chili się nie przypali i czy pamiętał, żeby zgasić gaz.

I myślał o kartonie piwa.

No więc tak: Gaudia będzie szedł Trzecią, zgadza się? Zazwyczaj pracuje do szóstej albo szóstej trzydzieści, ale dziś wieczorem umówił się na drinka z jakąś lalą. Nie wiem, co to za jedna.

Philip Lombro zapytał Ralpha Balesa: — A co go sprowadza do Maddox?

— Właśnie mówię. Wybiera się na drinka do Wesołego Łajdaka. Kojarzy pan? A potem do Callaghana na stek.

Philip Lombro, zasłuchany, przechylił głowę i podparł policzek dwoma palcami ułożonymi w kształt litery „V”. Miał pociągłą, opaloną twarz. Od pozostałych członków swojej rodziny różnił się tym, że jego cera nie zbrązowiała, lecz miała srebrzysty, prawie platynowy odcień pasujący do gęstych, siwych włosów, starannie ułożonych przy pomocy lakieru. Odezwał się: — A co z ochroniarzem Gaudii?

— Nie będzie go. Gaudia uważa, że w Maddox nic mu nie grozi. No, a tę rezerwację ma na siódmą trzydzieści. Czeka ich pięciominutowy spacer — zmierzyłem czas — więc wyjdą kwadrans po.

Ralph Bales siedział na przednim siedzeniu granatowego lincolna i nachylał się do Lombro. Miał trzydzieści dziewięć lat, był muskularny i owłosiony w każdym miejscu ciała poza głową. Jego twarz była nieproporcjonalnie nalana, jakby miał na sobie lateksową maskę przygotowaną przez speca od efektów specjalnych. Nie był brzydki, ale jego twarz — zwłaszcza jeśli patrzyło się na niego en face — przypominała księżyc w pełni. Tego wieczoru miał na sobie koszulkę do gry w rugby w czarno-czerwone pasy, niebieskie dżinsy i skórzaną kurtkę. — Więc pójdzie Trzecią, tak? Jest tam taka boczna uliczka odchodząca na zachód. Ciemna jak cholera. Stevie może tam na niego zaczekać. Będzie udawał bezdomnego.

— Bezdomnego? W Maddox nie mają bezdomnych.
— No to włóczęgę. Włóczęgów na pewno tam mają — odparł Ralph Bales.
— W porządku.
— Będzie miał małą berettę, dwudziestkę dwójkę. Nawet nie potrzeba tłumika. Ja będę miał rugera. Stevie coś do niego zawoła, on się zatrzyma i odwróci. Stevie załatwi go z bliska. Ja będę ubezpieczał tyły, tak na wszelki wypadek. Raz, dwa, a po wszystkim ładujemy się do bryki Steviego, przejeżdżamy rzekę i tyle nas widzieli.
— W takim razie ja będę czekał przy wylocie tej uliczki — powiedział Lombro. — Na rogu Trzeciej.

Ralph Bales milczał przez chwilę, nie spuszczając wzroku ze swojego rozmówcy. Widział jego haczykowaty nos, łagodne oczy, elegancki garnitur, krawat w tureckie wzory... Dziwne, ale to było wszystko, co dawało się zauważyć. Wydawać by się mogło, że łatwo go zaszufladkować, tak jakby siwe włosy, wypolerowane na wysoki połysk brązowe mokasyny z frędzlami i wysłużony rolex mogły cokolwiek powiedzieć o tym, jakim człowiekiem jest Philip Lombro. Ale nie, na tym sprawa się kończyła. To były tylko detale i nic poza tym. Zupełnie, jakby się patrzyło na czyjeś zdjęcie w magazynie „People”.

Lombro, który spokojnie odwzajemnił spojrzenie Ralpha Balesa, odezwał się: — O co chodzi? Masz jakiś problem?

Ralph Bales uznał, że wygrałby ten wzrokowy pojedynek, gdyby tylko chciał, i zaczął dla odmiany przyglądać się kępce włosów porastających wierzch jego dłoni. — Po prostu nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł. Ale już to panu mówiłem.

— Owszem, mówiłeś.
— I nadal uważam, że to kiepski pomysł.
— Chcę go zobaczyć martwego, i tyle.
— Zobaczy pan na zdjęciach. Będą w „Post-Dispatch”. I w „Reporterze”. Kolorowe...
— Będę czekał od siódmej piętnaście.

Ralph Bales bębnił palcami w skórzaną tapicerkę lincolna. — Tutaj chodzi też o mój tyłek.

Lombro spojrzał na zegarek. Szkiełko było ukruszone i pożółkłe. Szósta pięćdziesiąt. — Mogę poszukać kogoś innego, kto wykona tę robotę.

Ralph Bales odczekał chwilę. — To nie będzie konieczne. Jeśli chce pan tam być, to pańska sprawa.

— Faktycznie, moja.

Nic już nie mówiąc, Ralph Bales z rozmachem otworzył drzwiczki samochodu.

I wtedy to się stało.

Kurwa mać...

Głuche stuknięcie, brzęk szkła, stłumiony syk. Ralph Bales ujrzał mężczyznę — chudego faceta w brązowej skórzanej kurtce — stojącego przed nim na chodniku i spoglądającego w dół z gorzkim uśmiechem — uśmiechem, który zdawał się mówić: „Wiedziałem, że coś takiego mnie dzisiaj spotka”. Spienione piwo wyciekało z leżącego na chodniku kartonu.

Mężczyzna popatrzył na Ralpha Balesa, a potem za niego, do wnętrza samochodu. Ralph Bales zatrzasnął drzwiczki i odszedł.

Mężczyzna zawołał za nim, uśmiechając się z żalem: — Halo, proszę pana, moje piwo...

Ralph Bales zignorował go i szedł dalej przed siebie wzdłuż Adams Street.

— Halo, moje piwo!

Ralph Bales nadal go ignorował.

Mężczyzna postąpił krok za nim. — Mówię do pana! Halo!

Ralph Bales odwarknął: — Wal się. — I skręcił za róg.

Wysoki mężczyzna stał przez chwilę nieruchomo, śledząc go wzrokiem, z ustami zaciśniętymi z oburzenia, po czym pochylił się i zajrzał przez szybę do wnętrza lincolna. Osłonił oczy dłońmi. Zastukał w szybę. — Halo, twój kumpel... Halo... — Znowu zastukał. Lombro wrzucił bieg. Samochód ruszył z miejsca. Mężczyzna w samą porę zdążył odskoczyć. Patrzył, jak lincoln znika mu z oczu. Następnie przykucnął nad okaleczonym kartonem, z którego piwo lało się do rynsztoka jak woda z cieknącego hydrantu.

Donald Buffett, oficer patrolowy z wydziału policji w Maddox, patrzył, jak ostatnie strużki piwa spływają na chodnik, i myślał, że gdyby coś takiego wydarzyło się na osiedlu Cabrini w zachodniej części miasta, tuzin gości wylizywałoby już piwo z rynsztoka albo walczyło na noże o każdą rozbitą butelkę.

Buffett stał oparty o ceglany mur i przyglądał się, jak facet — Buffett stwierdził, że wygląda na kowboja — otwiera karton i usiłuje cokolwiek ocalić, jak dzieciak grzebiący w pudle pełnym zabawek. Wreszcie kowboj wstał i przeliczył dwanaście, a może piętnaście ocalałych butelek. Kartonowe pudło było całkiem przemoczone i rozpadało się na kawałki.

Buffett spodziewał się, że mężczyzna rzuci się na tamtego, który wysiadł z lincolna. Był taki czas, zanim wstąpił na służbę — zanim nawet poszedł do akademii — kiedy bójki były tym, co lubił najbardziej. Teraz patrzył, jak kowboj ustawia ocalałe butelki w cieniu magazynu meblowego Neumana, ukrywając je przed wzrokiem osób niepowołanych. Widocznie zamierzał wrócić do sklepu. Na razie wyrzucił karton do śmieci i wytarł ręce o spodnie.

Buffett oderwał się od muru i przeciął ulicę.

— Dobry wieczór panu — zagadnął.

Kowboj spojrzał na niego i pokręcił głową. — Widział pan coś podobnego? — odezwał się. — Po prostu nie do wiary.

Buffett odparł: — Mogę ich popilnować, jeśli chce pan skoczyć po torbę czy coś w tym rodzaju.

— Naprawdę?
— Pewnie.
— Dzięki. — Zniknął na końcu opustoszałej ulicy.

Wrócił po dziesięciu minutach, niosąc dużą, plastikową torbę na zakupy, w której znajdowały się dwa sześciopaki. W drugiej ręce trzymał papierową torebkę, którą wręczył Buffettowi.

— Zaproponowałbym panu piwo, ale pewnie macie jakieś przepisy co do picia na służbie. Dlatego dostanie pan kawę i pączka. W torebce jest też cukier.
— Dziękuję panu — odparł Buffett oficjalnym tonem. Był skrępowany i zastanawiał się, dlaczego. — Nie trzeba było.

Kowboj zaczął zbierać butelki z chodnika i pakować je do torby. Buffett nie zaproponował, że mu pomoże. W końcu kowboj wyprostował się i przedstawił: — John Pellam.

— Donnie Buffett.

Skinęli sobie głowami, ale nie wymienili uścisków dłoni.

Buffett podniósł w górę kubek z kawą, jakby wznosząc toast, i odszedł, nasłuchując pobrzękiwania butelek, które cichło w miarę, jak mężczyzna oddalał się w stronę rzeki.

Tego samego wieczoru, dwadzieścia po siódmej, Vincent Gaudia zajrzał w głęboko wycięty dekolt białej sukienki, którą miała na sobie towarzysząca mu blondynka, i oznajmił: — Pora coś zjeść.

— Na co miałbyś ochotę? — spytała zmysłowym głosem; uśmiechnęła się, a w odrobinę zbyt grubej warstwie pudru koło jej oczu pojawiły się ledwie zauważalne kurze łapki.

Gaudia był uzależniony od kobiet takich jak ona. Chociaż traktował je jak towar, starał się nie zachowywać względem nich protekcjonalnie. Niektóre te jego przyjaciółki bywały bardzo inteligentne, inne bardzo uduchowione, a jeszcze inne poświęcały wiele godzin na działalność dobroczynną. I choć nie pożądał ich z powodu stanu ich intelektu, duszy czy sumienia, uważnie przysłuchiwał się, gdy opowiadały mu o swoich zainteresowaniach, i robił to z autentycznym zaciekawieniem.

Z drugiej jednak strony najbardziej cenił sobie te chwile, gdy zabierał dziewczynę do siebie, mówił, żeby się wreszcie zamknęła i przestała pieprzyć o duchach opiekuńczych, a następnie kazał jej chodzić na czworakach, podczas gdy sam chwytał jej pas do pończoch w obie ręce, jak lejce. W tej chwili niby przypadkiem dotknął piersi swojej towarzyszki uniesionym łokciem i odparł: — Póki co, mam na myśli kolację.

Dziewczyna zachichotała.

Wyszli z Wesołego Łajdaka, przecięli River Road i ruszyli pod górę Trzecią w stronę centrum Maddox, mijając po drodze ponure magazyny, wystawy sklepowe pełne poplamionych i pleśniejących używanych mebli, parterowe biura, obskurne kafejki. Kobieta przytuliła się do niego mocniej, szukając ochrony przed zimnem. Chłodne powietrze przypomniało Gaudii jego chłopięce lata w Cape Girardeau, dni, kiedy wracał ze szkoły do domu w swoich eleganckich, biało-czarnych trzewikach, szurając liśćmi i pogryzając jabłko w cukrze albo cukierka na Halloween. W przeddzień Wszystkich Świętych wycinał zawsze niezłe numery i do tej pory zapach zimnego, jesiennego powietrza budził w nim najlepsze wspomnienia z dzieciństwa. Odezwał się do dziewczyny: — Jak spędzałaś Halloween, kiedy byłaś mała?

Zamrugała oczami, zastanawiając się nad odpowiedzią. — No wiesz, świetnie się bawiłyśmy. Najczęściej przebierałam się za księżniczkę, albo coś w tym rodzaju. A raz byłam prawdziwą wiedźmą.

— Wiedźmą? Niemożliwe. Nawet gdybyś się bardzo starała, nie wyglądałabyś jak wiedźma.
— Kochany jesteś... A potem znosiłyśmy do domu tony cukierków i batoników. Najbardziej lubiłam takie z orzeszkami i nugatem i jak znalazłam jakiś dom, gdzie je dawali, wracałam tam nawet kilka razy. Pamiętam takie Halloween, kiedy nazbierałam ich cały tuzin... Ale musiałam bardzo uważać, bo w dzieciństwie miałam straszne pryszcze.
— Teraz już dzieciaki nie chodzą tyle po domach. To niebezpieczne. Słyszałaś o tym gościu, który wbijał igły w jabłka?
— Nigdy nie lubiłam jabłek, tylko batoniki.
— Z orzeszkami i nugatem — przypomniał jej Gaudia.
— Dokąd idziemy? Ta okolica przyprawia mnie o gęsią skórkę.
— Całe to miasto może człowieka przyprawić o gęsią skórkę. Ale podają tutaj najlepsze steki w całym stanie, poza Kansas City. U Callaghana. Lubisz steki?
— Owszem, lubię. A najbardziej befsztyk z owocami morza. Ale to drogie danie — dodała skromnie.
— Myślę, że podają tam też befsztyk z owocami morza. Możesz go zamówić, jeśli masz ochotę. Możesz wziąć, co tylko zechcesz.

Ralph Bales stał na rogu ulicy, ukryty we wnęce przy Missouri National Bank i obserwował nadchodzącą wolno parę w słabym świetle ulicznej latarni; trzy z czterech miały przepalone żarówki. Dziewczyna wisiała mężczyźnie na ramieniu, co stanowiło zdecydowany plus; gdyby Gaudia miał przy sobie broń, uniemożliwiłoby mu to szybkie oddanie strzału.

Ciemny lincoln Philipa Lombro, wielki niczym lotniskowiec, stał z włączonym silnikiem po drugiej stronie ulicy. Ralph Bales podziwiał doskonałą linię nadwozia, nieskazitelną chromowaną karoserię. Następnie spojrzał na sylwetkę Lombro siedzącego za kierownicą. Ten facet to wariat. Ralph Bales nie mógł zrozumieć jego potrzeby przyglądania się egzekucji. Wiedział, że niektórych ludzi podnieca wykańczanie innych — czerpią z tego jakąś chorą, perwersyjną przyjemność. Miał jednak wrażenie, że dla Lombro było to coś, co musiał, a nie co chciał zrobić.

W chłodnym powietrzu rozległ się niewyraźny bełkot Steviego Floma, wspólnika Ralpha Balesa, który odstawiał swój numer z bezdomnym wariatem. — I tak to wygląda, właśnie tak to wygląda! Czytam te gazety... Czytam je, żeby zapomnieć, co czytam, rozumiecie, zapomnieć, co czytam...

Nagle Ralphowi Balesowi wydało się, że słyszy, jak Stevie odbezpiecza swoją berettę, chociaż równie dobrze mogła to być tylko jego wyobraźnia; w chwilach takich jak ta człowiek słyszy i widzi rzeczy, których normalnie nie słychać i nie widać. Każdy nerw w jego ciele drżał jak sportowy wóz w oczekiwaniu na zielone światło. Żałował, że nie potrafi zachować zimnej krwi.

Stukot skórzanych podeszew na asfalcie wydał mu się naraz bardzo głośny. Stukot obcasów, powłóczenie stopami po wilgotnym, wyludnionym chodniku.

Śmiech.

Stukot obcasów.

Światło odbijało się w butach Gaudii. Ralph Bales znał jego upodobanie do modnych strojów i domyślił się, że Gaudia ma na nogach buty za co najmniej pięćset dolców. Choć buty Ralpha Balesa też miały wewnątrz metkę z informacją „ręcznie robione cholewki”, on zaś wiedział, że ręce, które je wykonały, należały do pracowitych Tajwańczyków.

Kroki przybliżające się już wyraźnie.

Pomruk silnika lincolna.

Głuche uderzenia serca Ralpha Balesa.

Stevie nawijający jak pijany świr. Spiera się sam ze sobą.

Blondynka chichocze.

Nagle Stevie zagaduje: — Da pan ćwierć dolara? Bardzo proszę.

I niech Balesa piorun trzaśnie, jeśli Gaudia nie zatrzymał się i nie wyciągnął do włóczęgi ręki z banknotem.

Ralph Bales ruszył w ich stronę przez ulicę, trzymając w dłoni rugera — wielki pistolet o grubej lufie. Powietrze przeciął przeraźliwy krzyk kobiety; nagły ruch, szamotanina i Gaudia zasłonił się dziewczyną jak tarczą, ustawiając ją pomiędzy sobą a Steviem. Jedno ciche puknięcie. Drugie. Blondynka osunęła się na ziemię.

A Gaudia uciekał. Biegł szybko. Był coraz dalej.

Cholera jasna...

Ralph Bales uniósł swój ciężki pistolet i wypalił dwa razy. Przynajmniej jedna z kul dosięgła Gaudii. Wydało mu się, że trafił go w kark. Mężczyzna potknął się i upadł na chodnik, uniósł lekko dłoń, potem znieruchomiał.

Lincoln Philipa Lombro ruszył z miejsca i przyspieszył z głuchym rykiem silnika.

Przez chwilę panowała cisza.

Ralph Bales zrobił krok w stronę Gaudii.

— Stać!

Ten krzyk rozległ się nie więcej jak półtora metra od niego. Bales prawie puścił pawia z przerażenia; serce skoczyło mu tak, jakby właśnie dostał zawału.

— Do ciebie mówię!

Ralph Bales opuścił dłoń z wycelowanym w dół pistoletem. Z trudem łapał oddech. Przełknął ślinę.

— Rzuć broń! — Głos drżał od z trudem hamowanej histerii.
— Już rzucam. — Ralph Bales upuścił pistolet. Zmrużył odruchowo oczy, gdy broń uderzyła o ziemię. Ruger jednak nie wypalił.
— Połóż się na ziemi! — Policjant kucał i trzymał broń wycelowaną prosto w głowę Ralpha Balesa.
— Okej, okej! — zawołał Ralph Bales. — Niech pan nie strzela. Już się kładę.
— Natychmiast!
— Właśnie to robię! Już się kładę! — Ralph Bales uklęknął, a następnie położył się na brzuchu. Poczuł woń smaru i psich sików.

Policjant zbliżył się do niego ostrożnie; kopnął w bok rugera, nie przestając mówić do krótkofalówki: — Tutaj Buffett. Jestem w centrum Maddox. Była strzelanina, dwie osoby ranne. Proszę o karetkę i wsparcie na...

Centralny dyspozytor policji i straży pożarnej w Maddox nie dowiedział się jednak, na jaki adres wysłać Donniemu Buffettowi karetkę oraz wsparcie — a przynajmniej nie od razu. Raport policjanta został bowiem brutalnie przerwany w momencie, gdy Stevie Flom wychylił się z bocznej alejki i opróżnił magazynek swojej beretty prosto w jego plecy.

Buffett jęknął i osunął się na kolana. Próbował jeszcze sięgnąć za siebie, po czym upadł twarzą na ulicę.

Ralph Bales wstał i podniósł rugera. Podszedł do nieprzytomnego gliniarza i wycelował mu w głowę swój wielki pistolet.

Odbezpieczył go.

Gruba, stalowa lufa powoli dotknęła wilgotnych włosów policjanta. Lewą ręką Ralph Bales zasłonił sobie oczy. Policzył osiem uderzeń serca. Jego dłoń napięła się, po czym rozluźniła. Zrobił krok do tyłu, odwrócił się od leżącego nieruchomo mężczyzny i zadowolił oddaniem pojedynczych strzałów w głowę Gaudii i tej jego blondynki.

Kiedy już było po wszystkim, Ralph Bales i Stevie — jak dwóch kumpli marzących o zimnym piwie po meczu baseballu — podeszli szybkim krokiem do skradzionego czarnego pontiaca z biegnącym wzdłuż obu boków czerwonym, sportowym pasem. Stevie odpalił silnik. Ralph Bales rozsiadł się wygodnie. Krótkim palcem wskazującym dotknął górnej wargi i poczuł kwaśną woń prochu oraz dymu ze spłonki. Gdy wolno oddalali się w kierunku rzeki, Ralph Bales patrzył na widoczną na południu jasną poświatę nad St. Louis. Pomyślał, że teraz musi jeszcze tylko zająć się świadkiem — tamtym facetem od piwa — i sprawa będzie załatwiona.

2

Żółte światło blednie i znów się pojawia, zmienia się w czerń, czerń robi się żółta; jakieś zamieszanie, krzyki, znowu ciemno, straszliwy ból, me mogę oddychać, nie mogę przełykać... Odblaski żółtego światła. Znowu znikają, już po nich... Nie odchodźcie, nie zostawiajcie mnie samego...

Przez chwilę Donnie Buffett widział nad sobą przerażoną twarz Penny. Bladą, w otoczce ciemnych włosów. Przeraziło go przerażenie, które dostrzegł w jej oczach. Spróbował wziąć ją za rękę. Zemdlał.

Kiedy ponownie otworzył oczy, jego żony przy nim nie było, a w pokoju panowały egipskie ciemności. Nigdy jeszcze nie czuł takiego zmęczenia.

Ani takiego pragnienia.

Po kilku minutach zaczęło do niego docierać, że został postrzelony. W tym samym momencie, gdy zdał sobie z tego sprawę, wszystko inne uleciało mu z pamięci — Penny, to okropne uczucie, że nic nie jest na swoim miejscu w jego plecach i brzuchu, palące pragnienie — on zaś skupił się, próbując coś sobie przypomnieć. Jedno słowo. Krótkie. Słowo, od którego zależało całe jego życie.

Jedno słowo. Jakie? Ponownie stracił przytomność. Kiedy po raz kolejny otworzył oczy, zobaczył nad sobą filipińską pielęgniarkę.

— Wody — wyszeptał.
— Proszę tylko przepłukać usta i wypluć — powiedziała.
— Pić.
— Przepłukać i wypluć. — Nalała mu do ust nieco wody z plastikowej butelki. — Nie połykać.

Donnie połknął wodę i zaraz zwymiotował.

Pielęgniarka ciężko westchnęła i przemyła mu twarz.

— Nie czuję nóg. Obcięli mi nogi?
— Nie. Po prostu jest pan zmęczony.
— Aha.

Jedno słowo. Co to u diabła było? Błagam cię, Przenajświętsza Panienko, spraw, żebym sobie przypomniał...

Zasnął, usiłując przypomnieć sobie to słowo, a gdy po krótkim czasie znowu się obudził, nadal starał się wydobyć je z głębin pamięci. Tym razem przy jego łóżku siedziało dwóch mężczyzn w wymiętych garniturach. Donnie spojrzał na nich i uśmiechnął się.

— Patrz, uśmiecha się. — Mężczyzna, który to powiedział, był blondynem o kwadratowej szczęce.

— Siemasz, Donnie — odezwał się drugi. — Nie zapytam, jak się czujesz, bo powiesz: „Co za durne pytanie, czuję się jak kupa gówna”. — Miał ciemną karnację i krótkie, przylizane włosy. Patrzył na Buffetta z niekłamaną sympatią. Serdecznie ścisnął jego dłoń.
— Zaszli mnie od tyłu. Był jeszcze jeden, za moimi plecami.

Bob Gianno, detektyw o ciemnej karnacji, mówił dalej: — Burmistrz wybiera się do ciebie z wizytą. Chce ci życzyć powodzenia.

Powodzenia? Dlaczego ktoś miałby mi życzyć powodzenia? Mnie już się powiodło. Nie potrzebuję żadnych życzeń. Muszę tylko wstać z tego łóżka.

Wargi Buffetta poruszały się.

— Co mówisz? — Richard Hagedorn, detektyw o jasnych włosach, pochylił się nad nim.
— Dlaczego nie mogę... — Donnie pokręcił głową i dodał z urazą w głosie: — Miałem przecież kamizelkę.
— Trafił cię poniżej. Tak mówili na konferencji prasowej.
— Och. — Na konferencji prasowej? Zorganizowali konferencję prasową z mojego powodu?

Gianno rzucił: — Poznaliśmy twoją żonę, Donnie. Śliczna kobitka.

Buffett skinął głową w roztargnieniu.

Detektyw ciągnął: — Chyba się domyślasz, dlaczego tu jesteśmy. Co możesz nam powiedzieć o tej strzelaninie?

Obraz szybko się zacierał, znowu zastępowały go miliony czarnych plamek. Żółte światło, białe światło. Miał wrażenie, że wnętrzności unoszą mu się w brzuchu i falują. Czuł ból tym bardziej przerażający, że tak naprawdę wcale go nie odczuwał. Usiłował przypomnieć sobie tamto słowo. Słowo. SŁOWO. Cała odpowiedź zawarta jest w tym jednym słowie.

— Ja... — wychrypiał. Głęboko wciągnął powietrze.
— Może lepiej my już... — zaczął Hagedorn, ale Buffett otarł kocem pot z twarzy i dokończył:
— Ja widziałem tylko jednego sprawcę. Biały, łysiejący, ciemne włosy. Stał tyłem do mnie, nie widziałem twarzy. Mógł mieć ze trzydzieści pięć lat. — Urwał. Powietrze z sykiem wydobywało się z jego spierzchniętych warg i paliło go żywym ogniem. — Metr siedemdziesiąt osiem. Waga około osiemdziesięciu pięciu kilo. Ciemna kurtka, koszula, dżinsy. Chyba. Nie pamiętam za dobrze. Miał wielką spluwę.
— Czterdziestkę czwórkę.
— Czterdziestkę czwórkę — powtórzył wolno Buffett. — A ten drugi, ten, który mnie trafił...
— Widziałeś go?

Buffett przecząco pokręcił głową. Po chwili zapytał: — Kim była ofiara?

— Vince Gaudia i jakaś lala.
— Cholera — westchnął z podziwem Buffett. — Gaudia. — Zamknął oczy i pokręcił głową. — Peterson się wścieknie.

Hagedorn odparł: — Do diabła z Petersonem. Dorwiemy tego gnoja, który cię tak załatwił, Donnie.

— Trzeciego też nie widziałem — rzekł Donnie.
— Trzeciego? — powtórzył Hagedorn. On i Gianno wymienili spojrzenia.
— Faceta w lincolnie.
— W jakim lincolnie? — Gianno znowu zaczął notować.
— Ciemny lincoln. Stał zaparkowany po drugiej stronie ulicy. Nie zauważyłem numeru rejestracyjnego ani modelu. — Buffett zakaszlał. — Dajcie mi trochę wody.

Hagedorn poszedł do toalety i przyniósł pełną szklankę.

Podał ją Buffettowi, który zawahał się, po czym ostrzegł: — Mogę rzygać.

Gianno roześmiał się. — Widziałem w życiu gorsze rzeczy od rzygającego gliniarza.

Tym razem Buffett nie zwymiotował i triumfalnie oddał pustą szklankę Hagedornowi. — Najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek miałem w ustach.

Mężczyźni roześmieli się; nie było potrzeby wypowiadać na głos żadnej z puent, które jednocześnie zmaterializowały się w ich umysłach.

Gianno zapytał: — Tamten gość w lincolnie. Kierowca. Czekał na tamtych?

— Nie, odjechał sam. Może to był ktoś, kto miał zidentyfikować cel zamachu.
— E, tam — mruknął Gianno. — Wszyscy wiedzą, jak wygląda Gaudia. To znaczy wyglądał. Jak chłopak z okładki.

Buffett odparł: — W takim razie może to on wynajął tego łysego.

— Jakaś gruba ryba? Może i tak... Ale ty, Donnie, nie domyślasz się, kto to mógł być?
— Nie, chociaż wiem, kto go widział.
— Mamy świadka?

Buffett opowiedział im o incydencie z rozbitym piwem. — Ten facet mówił coś do kierowcy.

— Fantastycznie — uśmiechnął się Hagedorn.

Gianno odwrócił stronę w swoim notesie. — Jak wyglądał?

Buffett już miał mu podać rysopis, gdy nagle doznał olśnienia. Przypomniał sobie tamto słowo. Magiczne słowo.

Cały się rozpromienił. — Pellam — wyszeptał.

— Że co? — spytał Gianno i marszcząc brwi, spojrzał na Hagedorna.
— Ten facet nazywa się Pellam. — Uśmiech na ustach Buffetta był coraz szerszy i coraz bardziej promienny.
— Znasz jego nazwisko? — Gianno pałał entuzjazmem. — Mieszka gdzieś w okolicy?
— Nie wiem. — Donnie wzruszył ramionami i natychmiast poczuł przeszywający ból w karku. Przez chwilę leżał nieruchomo jak głaz, dopóki ból z wolna nie ustąpił.
— Znajdziemy go — zapewnił go Gianno.

Uśmiech zniknął z twarzy Donniego, gdy spróbował poruszyć nogą i odkrył, że nie jest w stanie tego zrobić. Domyślił się, że zbyt ciasno otulono go kołdrą. W roztargnieniu odgarnął przykrycie i klepnął się po udzie. — Trzeba przywrócić krążenie. Za długo już się wyleguję.

— Znajdziemy go, Donnie. — Gianno zatrzasnął swój notes.
— To jeszcze mało — rzekł Buffett. — Wiecie, jak to jest ze świadkami. A już zwłaszcza przy takiej sprawie jak ta. Facet z miejsca dostanie amnezji. Mogę się założyć.

Gianno prychnął z pogardą. — O nic się nie martw, Donnie. Będzie śpiewał jak trzeba.

Najwyraźniej nie smakowało im jego chili. Po piwie i whisky nie było już śladu, lecz garnek chili był praktycznie nietknięty.

Po skończonej partyjce pokera, kiedy pozostali gracze wyszli, Danny i Stile zostali w przyczepie i pomogli Pellamowi posprzątać. Danny, dwudziestodziewięciolatek o szerokim nosie, gładkiej cerze i czarnych włosach do ramion, przypominał wojownika ze szczepu Nawaho.

— Co jest z tym chili? — spytał, marszcząc nos, po czym opróżnił popielniczki, wsypując ich zawartość do worka na śmieci. Chociaż często bywał bezpośredni, ludzie rzadko się na niego obrażali.

Jak to — z chili?

Stile wrzucił puste butelki po piwie do drugiego worka i podkręcił sumiastego wąsa. Mimo iż Pellam wywodził się w prostej linii — przynajmniej według rodzinnej tradycji — od autentycznego rewolwerowca, osobiście uważał, że to Stile jest bliźniaczo podobny do jego rzeczonego przodka, Dzikiego Billa Hickoka. Stile był chudy jak patyk i miał opadające w dół wąsy wietnamskiego weterana w odcieniu ciemno-blond, takim samym, jak włosy. Mówił właśnie: — Pamiętam, jak pracowałem przy jednym westernie... Nieważne, czyim. Spadałem w nim z urwiska, mogło mieć ze trzydzieści metrów wysokości... Aż tu nagle popsuł się kompresor i nie mogli napompować poduszki powietrznej tak, jak sobie tego życzył szef kaskaderów...

— Hm — mruknął Pellam. Przeszedł do kuchni i spojrzał na garnek z chili. On sam zjadł dwa talerze, z dodatkiem cebuli i plastrów żółtego sera. Wydawało mu się, że smakuje jak trzeba.
— O nie — poprawił się Stile. — To urwisko miało prawie czterdzieści metrów.

Danny mruknął znudzony: — No jasne.

Będąc nominowanym do Oskara scenarzystą, Danny spędzał większość czasu w luksusowych hotelowych apartamentach przed swoim laptopem firmy NEC, wymyślając sceny, w których ludzie tacy jak Stile spadali z czterdziestometrowych urwisk; takie numery nie robiły na nim żadnego wrażenia.

Stile ciągnął swoją opowieść: — Wyobraźcie to sobie: jesteśmy na środku pustyni, a ja wczuwam się w Indianina i sami wiecie...

Co jest z tym chili?

Pellam spróbował jeszcze jedną łyżkę. Fakt, przypalone. Smak potrawy skojarzył mu się z dymnym aromatem szkockiej whisky. Ale oprócz tego jego potrawie nie można było nic zarzucić. Oryginalny smak można było wręcz uznać za zamierzony, jak gdyby eksperymentował z nowym przepisem. Pewnie gdyby użył jakiejś egzotycznej przyprawy, nikt nie powiedziałby ani słowa. Ewentualnie: „Świetne chili, Pellam...”

Wstawił naczynia do maleńkiego zlewozmywaka i opłukał część pod słabiutkim strumieniem wody ciurkającej z kranu.

— Tak czy owak, wylądowałem z takim impetem, że moje szlufki od paska zrobiły ślady w błocie pod poduszką powietrzną!
— No tak. To się czasami zdarza — odparł ospale Danny.

Pellam otworzył szeroko drzwi, żeby przewietrzyć przyczepę. Chciał pozbyć się nie tylko woni przypalonego chili. Ten prawnik z St. Louis palił papierosa za papierosem. Jak zauważył Pellam, ludzie ze Środkowego Zachodu zdawali się nie rozumieć, że taki nałóg może być szkodliwy.

Danny i Stile spierali się teraz o to, który z nich ma bardziej niebezpieczną pracę — czy Stile, spadający z wysokich urwisk, czy Danny, zmuszony w ciągu kilkudziesięciu sekund prezentować swoje pomysły na scenariusze filmowe producentom i ludziom od marketingu. Stile stwierdził, że to mało oryginalny dowcip, i próbował namówić Danny'ego, żeby skoczył z nim kiedyś ze spadochronem z jakiegoś mostu albo drapacza chmur.

— Weź takie „Żyć i umrzeć w Los Angeles” — szepnął przy tym nabożnie. — Genialna scena. Ten skok z mostu.

Stojący w otwartych drzwiach Pellam zmrużył oczy. W niedużej odległości od przyczepy zauważył w trawie duży, kanciasty kształt. Co to mogło być? Jeszcze raz zmrużył oczy, ale niewiele to pomogło. Przypomniał sobie, jak ten teren wyglądał za dnia — duże pole zarośnięte kępami palusznika i chwastami. Co mogło tkwić o tej porze na samym środku zakichanego pola? Dziwne, ale wyglądało to zupełnie jak...

Cień wydał z siebie ściszony warkot.

...samochód.

Wóz przyspieszył, spod jego kół posypały się ziemia i kamienie. Maska roztrącała wysoką trawę, podwozie zazgrzytało, gdy auto pokonywało ostry spadek terenu przed wjazdem na autostradę.

Zakochani, pomyślał Pellam. Pewnie się obściskiwali. Czy zresztą ludzie jeszcze to robią? Na Środkowym Zachodzie chyba tak. Pellam mieszkał w Los Angeles, gdzie żadna z kobiet, z jakimi się umawiał, nie lubiła się obściskiwać.

Dopiero kiedy się odwrócił i miał wejść z powrotem do przyczepy, zdał sobie sprawę z tego, że samochód włączył przednie światła dopiero znalazłszy się daleko od kempingu, na River Road; z tego też powodu jego tablice rejestracyjne nie były podświetlone, dopóki znajdował się w zasięgu wzroku Pellama. Dziwne...

— Szkoda, że tego nie widziałem — powiedział dobitnie Danny
— To tylko jakiś samochód — mruknął Pellam, obserwując znikające w oddali tylne światła wozu.

Obaj mężczyźni wytrzeszczyli na niego oczy.

— Miałem na myśli — wyjaśnił Danny — skok z tamtego mostu.
— Och.

Danny podziękował Pellamowi za grę i towarzystwo, ale nie za chili. Po jego wyjściu Stile wszedł do niewielkiej kuchni i zaczął zmywać naczynia.

— Nie musisz tego robić.
— Nie ma sprawy.

Pozmywał wszystko z wyjątkiem garnka po chili.

— Stary, przypaliłeś dno. Sam będziesz musiał sobie z tym poradzić.
— To przez to, że miałem przygodę w drodze ze sklepu...
— Jak długo zamierzasz tkwić w tej cholernej dziurze? — przerwał mu Stile.
— Do końca zdjęć. A Tony powtarza co drugą scenę.
— Faktycznie. No cóż, jeśli będziemy tu jeszcze w przyszłym tygodniu, zapraszam cię na partyjkę w zajeździe Quality Inn. Mam tam elektryczną kuchenkę, usmażę filadelfijskie steki z serem. I cebulą. A przy okazji, jutro odbieram furę od Hertza. Oddam ci wreszcie twój motor.

Stile był w mieście od trzech tygodni i już zdążył spalić sprzęgło w wypożyczonym wozie. Wypożyczalnie samochodów powinny pytać klientów o zawód i nie wynajmować swoich pojazdów kaskaderom.

Pellam odprowadził go do drzwi. —A widziałeś jakiś samochód zaparkowany w pobliżu, kiedy tu dziś zajeżdżałeś?

— Gdzie? Tam? To dzikie zarośla, Pellam. Dlaczego ktoś miałby tam parkować?

Stile wyszedł na zewnątrz, wciągnął w płuca powietrze. Następnie stawiając duże kroki i gwiżdżąc — pod swoim wąsem rewolwerowca — piosenkę Steviego Wondera, ruszył w stronę poobtłukiwanej yamahy, której bagażnik przekrzywiał się niebezpiecznie nad tylnym błotnikiem.

To ten?

— Nie zauważyłem.
— Widział nas?
— Skoro ja nie mogłem go dojrzeć, to jak on miał nas zobaczyć? Ale jeśli rozwaliłeś skrzynię biegów, to zapłacisz mi za to, stary. Rozumiemy się? — warknął Ralph Bales do Steviego Floma. Porzucili gdzieś skradzionego pontiaca i jechali teraz cadillakiem należącego Ralpha Balesa. Stevie siedział za kierownicą.

Flom miał dwadzieścia pięć lat. Był blondynem z północy Włoch, z fantastycznymi mięśniami i skórą gładką jak u niemowlęcia. Jego okrągłej twarzy nigdy nie oszpecił żaden pryszcz. W swoim krótkim życiu zaliczył już 338 kobiet. Pracował na przystani przy rozładowywaniu towaru, ale najczęściej był na zwolnieniu i w tym czasie wykonywał różne dziwne zlecenia dla ludzi, dla których niewielu podjęłoby się pracować. Był żonaty i miał trzy kochanki. Zarabiał około sześćdziesięciu tysięcy rocznie, z czego prawie trzydzieści przegrywał w Reno albo grając w pokera we wschodnim St. Louis czy Memphis.

— Jedź prosto — polecił mu Ralph Bales, oglądając się do tyłu na przyczepę. — Tak, jakby na nas patrzył...
— A patrzył?
— Co?
— Patrzył na nas?
— Jedź i nie gadaj.

Noc była bezchmurna. Na lewo od nich rozpościerała się wielka płaszczyzna Missouri, płynącej wolno na południowy wschód. Ta sama woda, która wczoraj wyglądała na czarną i błotnistą, kiedy planowali akcję, dzisiaj sprawiała wrażenie złotej — podświetlona przez światła niedużej fabryki stojącej na południowym brzegu.

Ralph Bales od razu założył, że odnalezienie świadka to bułka z masłem. Wystarczy odszukać sklep, w którym kupił piwo, i w ten sposób go namierzyć.

Zapomniał jednak, że znajdowali się w Maddox w stanie Missouri, gdzie większość mieszkańców jest bezrobotna i spędza całe dnie, pijąc, ewentualnie ćwiczy mięśnie na przystani albo zgina kark na okolicznych farmach i przepija całe noce. Ralph Bales przekartkował książkę telefoniczną i znalazł ponad dwadzieścia sklepów spożywczo-monopolowych w okolicy miejsca, w którym wysiadając z samochodu Philipa Lombro, zderzył się ze świadkiem.

Porzucili więc pontiaca, pozbyli się rugera, który miał odtąd spać snem wiecznym dwanaście metrów pod pofałdowaną powierzchnią rzeki, i pomknęli do domu, żeby się przebrać, a następnie wrócili do miasta prywatnym samochodem Ralpha Balesa. Bales zgolił wąsy; miał teraz okulary, pogniecioną irlandzką czapkę z tweedu, rozpiętą pod szyją, wyprasowaną niebieską koszulę oraz sportową marynarkę w jodełkę. Przedstawiając się jako prawnik agencji ubezpieczeniowej, reprezentujący postrzelonego policjanta, dopóty chodził od sklepu do sklepu, dopóki nie znalazł sprzedawcy, który pamiętał, że tego wieczoru około siódmej sprzedał karton piwa chudemu mężczyźnie w lotniczej kurtce.

— Powiedział, że ma przyczepę zaparkowaną „Przy drodze”.
— Hm, tak... A co to znaczy? — spytał Ralph Bales.
— Wie pan, na tym polu kempingowym. W pobliżu cementowni. I jeszcze jedno — ostrzegł go z powagą sprzedawca. — Niech go pan nie prosi o rolę w filmie. Nie lubi tego.
— W filmie?

Ralph Bales i Stevie przejechali wolno nad rzekę i zaparkowali na zarośniętej działce przylegającej do kempingu Bella „Przy drodze”. Udało im się nawet zajrzeć do przyczepy przez małe okienko, ale Ralph Bales nie był pewien, czy w środku widać tego gościa od piwa, czy nie. Potem drzwi przyczepy otworzyły się, a Stevie ubzdurał sobie, że facet zgłosił właśnie policji podejrzany samochód, i wcisnął gaz do dechy. Ralph Bales krzyczał: — Uważaj na sprzęgło! — ale Stevie nie zwracał na niego uwagi.

Pędzili teraz przez noc, jakieś dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę, zostawiając za sobą w tyle światła Maddox.

— Jutro rano złożymy mu wizytę.
— A jeśli do tej pory zdąży już podać glinom twój rysopis?

Ralph Bales rozważał przez chwilę tę możliwość. W końcu pokręcił głową. — Przecież on nawet nic nie wie o akcji. Chryste, mieli tam regularną imprezkę. Człowiek, który był świadkiem zamachu, nie urządzałby sobie imprez z kumplami. Nie sądzisz?

Stevie niechętnie przyznał mu rację i wsunął do odtwarzacza kasetę Metalliki.

O siódmej rano następnego dnia obudziło go walenie młotem w drzwi przyczepy.

Hałas wyrwał go ze snu o staroświeckich samochodach, które wolno zataczały koła na planie filmowym. W tym śnie ktoś pytał Pellama, czy nie chce się przejechać; chciał, ale ten, kto go pytał, nigdy nie zatrzymywał się na tyle długo, żeby Pellam mógł wsiąść. W końcu znudziło go czekanie na samochód, który miał go zabrać.

Nie był to rewelacyjny sen, ale przynajmniej spał, śniąc go, a kiedy rozległo się walenie młotem, obudził się. Usiadł i spuścił nogi z wąskiego łóżka w głębi przyczepy. Odszukał zegarek. O siódmej rano często bywał na nogach, ale rzadko budził się o tej godzinie. Między jednym a drugim była ogromna różnica.

Młot nadal walił w jego drzwi.

Wstał i wciągnął dżinsy oraz czarny podkoszulek. Spojrzał w lustro. Przez całą noc spał w jednej pozycji — na brzuchu, jak małe dziecko — i jego czarne włosy sterczały teraz na wszystkie strony. Pełłam przygładził je i potarł odgniecenia, jakie zmięte prześcieradło pozostawiło na jego policzku. Potem poszedł zobaczyć, kto bawi się młotem o tak wczesnej porze.

— Cześć, stary — powitał go Stile. Minął go w progu i wszedł do kuchni. — Przysłali mnie po ciebie.

Pellam nastawił czajnik. Stile stanął przy jedynym stoliku w przyczepie, na którym wciąż jeszcze leżały karty do gry wraz z nędzną wygraną Pellama. Popatrzył na garnek po chili i poskrobał paznokciem przypalone dno. Następnie zbadał zawartość miniaturowej lodówki. — Nie masz tu nic do jedzenia.

— Dlaczego przyjechałeś? — wymamrotał Pellam.
— Twój telefon. Jest wyłączony. — Stile znalazł starego bajgla i przełamał go na pół. Podał połówkę Pellamowi, który przecząco pokręcił głową i wsypał dwie łyżeczki kawy rozpuszczalnej do styropianowego kubka.
— Kawy? — zaproponował.
— Nie. Mam już z powrotem swoje cztery kółka. Możesz zabrać motor. Jest w bagażniku. Na jednym błotniku ma malutkie wgniecenie. Poza tym jest w świetnym stanie. No, może trochę ubłocony. No i ten bagażnik.

Pellam wlał wodę do kubka i siadł ciężko na kuchennej ławie. Stile poinformował go, że jest potargany.

— Co ty tu robisz? — zapytał znowu Pellam i przygładził włosy.
— Tony cię potrzebuje. Zachowuje się, jakby dostał apopleksji — to chyba właściwe słowo? — a ty wyłączasz telefon.
— Chciałem pospać dłużej niż do siódmej.
— Ja jestem na nogach od godziny. — O świcie Stile ćwiczył tai chi. Zamyślony chrupał bajgla. — Wiesz, John, muszę przyznać, że trochę mnie ciekawi, dlaczego zgodziłeś się pracować dla Tony'ego...

Pellam pociągnął trzy łyki parzącej kawy. Było coś w tych kawach rozpuszczalnych: miały paskudny smak, ale utrzymywały temperaturę. W odpowiedzi na pytanie Stile'a potarł kciukiem o palec wskazujący, co miało oznaczać pieniądze.

Stile chrząknął, co równało się wzruszeniu ramionami — jakby przypuszczał, że kryło się za tym coś więcej. Z drugiej strony sam należał do związku zawodowego kaskaderów, był związkowcem o wieloletnim stażu i dobrze zarabiał, nawet jak na minimum oferowane w kontraktach Stowarzyszenia Aktorów Filmowych. Był jednak dublerem jednego z głównych aktorów i z tego powodu, jak również ze względu na jego doświadczenie, agent wynegocjował mu wyższe honorarium. Dlatego też dobrze rozumiał motywację, jaką daje projekt

0 dużym budżecie.
— No cóż, Herr Eisenstein cię wzywa, a ja cię o tym informuję. — Skończył jeść bajgla.
— Powiedział ci, o co chodzi?
— Chce wysadzić w powietrze rafinerię ropy. W finałowej scenie.
— Co takiego? — Pellam potarł zaspane oczy.
— Przysięgam na Boga. Zamierza zbudować replikę starego DC-7 i pociągnąć ją za helikopterem, a potem... — Stile odegrał pantomimę, pokazując, jak samolot uderza w piekarnik. — Wielkie bum...

Pellam pokręcił głową. — On zwyczajnie... Och, ty sukinsynu! Zjadasz człowiekowi jego ostatniego bajgla, nabijasz się z niego, a dzień jeszcze się nawet na dobre nie zaczął.

Stile roześmiał się. — Cholernie łatwo zrobić cię w balona, Pellam. No, dobra. Pobudka. Nasz pan naprawdę nas wzywa.

Na kempingu Bella „Przy drodze” stały dwa namioty, wóz kempingowy zaparkowany w części najbliżej drogi oraz ford taurus, z którego bagażnika sterczał fragment żółtego motocykla.

Przyczepę otaczały puste miejsca parkingowe oznaczone galwanizowanymi stalowymi rurami, ze skrzynkami rozdzielczymi, do których podłączano przyczepy; ciągnęły się one daleko w stronę rzeki, niczym miejsca w miniaturowym samochodowym kinie.

Stevie Flom skręcił z River Road i przejechał pół przecznicy obok jedno- i dwupiętrowych domów oraz sklepów, których okna i witryny były pozabijane dyktą. Właśnie miał zaparkować tyłem w bocznej uliczce pomiędzy dwoma opuszczonymi sklepami, gdy Ralph powiedział mu, żeby się nie wygłupiał. Miał normalnie zaparkować przy krawężniku i czytać gazetę albo coś w tym rodzaju — tyle że z włączonym silnikiem.

Potem Ralph Bales wrócił pieszo na River Road. Był ranek, ale mimo to w przyczepie zobaczył światło. W środku zauważył poruszającą się sylwetkę mężczyzny. Bales wszedł wtedy do pobliskiej budki telefonicznej, której podłoga pokryta była maleńkimi niebieskimi odłamkami szkła z czterech wybitych szyb. Ze sterty szkła wyrastały trzy wysokie chwasty Podniósł słuchawkę przez chusteczkę higieniczną i udawał, że rozmawia, przyglądając się jednocześnie przyczepie.

Popatrzył dalej, na rzekę. Tego ranka wyglądała jeszcze inaczej — nie była szarosrebrna ani złota, jak ubiegłej nocy. Tym razem powierzchnia wody połyskiwała rdzawo, odbijając czerwień nieba, która — jak sądził Ralph Bales — brała się z tych wszystkich spalin wypuszczanych w powietrze przez rafinerie w okolicach Wood River, po drugiej stronie Missisipi. Jednostajny powiew wiatru przyginał w dół trawę i chwasty porastające brzeg rzeki, nie robiąc jednak prawie żadnych fal na powierzchni rdzawej wody, majestatycznie płynącej na południe.

Ralph Bales przypomniał sobie piosenkę, o której przez długi czas nie pamiętał, kawałek ze ścieżki dźwiękowej filmu sprzed dwudziestu pięciu lat — finałowy numer zespołu The Byrds z „Easy Ridera”. Wyraźnie słyszał w głowie muzykę, ale nie mógł przypomnieć sobie słów piosenki, jedynie jakieś strzępy tekstu o człowieku, który pragnie wolności, o rzece płynącej skądś daleko, ku morzu...

Drzwi przyczepy otworzyły się.

Tak, to był on. Facet od piwa, świadek. Za nim pojawił się wysoki, tyczkowaty gość z sumiastym wąsem. Mężczyźni podeszli do taurusa i wspólnymi siłami wydobyli z bagażnika motocykl.

Spod poły płaszcza Ralpha Balesa wyłonił się colt. Bales powoli rozejrzał się dokoła. Jakieś półtora kilometra od niego ciężarówka z naczepą zredukowała bieg, wypuszczając przy tym bezgłośnie kłąb dymu z rury wydechowej. Obok przemknęło stado szarych ptaków. Na środku błotnistej rzeki pokancerowany i połatany holownik zmagał się z nurtem, sunąc w górę Missouri.

Mężczyźni rozmawiali, stojąc nad motocyklem. Facet z wąsami pokazał temu drugiemu coś, co wyglądało jak wgniecenie w błotniku, a następnie szarpnął chromowany bagażnik. Gość od piwa wzruszył ramionami i wyprowadził motocykl na drogę.

Ralph Bales czekał, aż kumpel tamtego wsiądzie do taurusa i odjedzie. W końcu jednak zdecydował, że powinien zabić ich obu. Uniósł colta i ustawił go tak, żeby celownik był wymierzony w klatkę piersiową faceta od piwa. Drogą nadjechała srebrna ciężarówka. Bales opuścił broń. Ciężarówka przemknęła obok z rykiem silnika, a dwaj mężczyźni zginęli w tumanie kurzu i wirujących śmieci.

Ralph Bales ponownie uniósł pistolet. Tym razem droga była zupełnie pusta. Żadnych ciężarówek, żadnych samochodów. Nic nie stało pomiędzy nim a jego dwoma celami, oddalonymi o dziesięć metrów od budki telefonicznej z podłogą zasłaną potłuczonym szkłem.

3

Mężczyzna wsiadł na poobijany, ubłocony, żółty motocykl i odpalił silnik, a następnie kilka razy go przegazował. Na głowę włożył czarny kask i gwałtownie zwolnił sprzęgło. Motocykl stanął dęba i chwiejąc się niebezpiecznie, przejechał jakieś trzy metry na tylnym kole, zanim przednie z powrotem opadło na jezdnię. Wtedy zahamował z piskiem i zawrócił w stronę swojego wąsatego przyjaciela.

Ralph Bales podtrzymał broń lewą dłonią i przyłożył cztery kilogramy nacisku potrzebnego, aby zwolnić spust.

Gość od piwa założył okulary przeciwsłoneczne w czarnych oprawkach, podciągnął suwak kurtki, po czym przez jedną długą chwilę siedział nieruchomo, całkowicie wyprostowany, z ciałem zwróconym prostopadle do Ralpha Balesa, stanowiąc cel, którego nie można chybić.

W tym samym momencie Ralph Bales opuścił broń.

Mrużąc oczy, przyglądał się, jak mężczyzna nachyla się nad kierownicą i czubkiem buta wrzuca pierwszy bieg. Motocykl ruszył z piskiem opon i popędził w dół River Road; jego dynamiczny silnik wydawał przy tym ogłuszający warkot piły łańcuchowej. Kumpel mężczyzny zawołał coś za nim i pogroził mu pięścią, po czym wskoczył do taurusa. Zostawiając za sobą chmurę spalin i strzelając spod kół żwirem, pokonał z rykiem krawężnik i pognał River Road w ślad za motorem, zostawiając na asfalcie ciemne ślady spalonej gumy.

Ralph Bales zwolnił kurek i opuścił go na pustą komorę, a następnie schował broń do kieszeni. Rozejrzał się po opustoszałej drodze, po czym zawrócił, ruszył biegiem w stronę mrocznych uliczek nabrzeża i zanurzył się w ich cieniu. Podszedł do zaparkowanego tam cadillaca i zastukał w szybę po stronie kierowcy.

— Jezu, nic nie słyszałem! — wrzasnął Stevie, odrzucając gazetę na tylne siedzenie; jej strony rozsypały się po całym samochodzie. Błyskawicznie wrzucił bieg. — Człowieku, w ogóle nie słyszałem wystrzału! — Obejrzał się do tyłu. — Kompletnie nic!

Ralph Bales spokojnie strzelił mu palcami przed nosem.

— No wiem, jedziemy! — zawołał tamten. — O co ci chodzi? Co jest?
— Przesiądź się — powiedział bezgłośnie Ralph Bales.
— Co?! — krzyknął Stevie.
— Ja poprowadzę.

Stevie ponownie się obejrzał, jak gdyby ścigał go tuzin wozów patrolowych drogówki z Missouri.

— Wrzuć na luz — polecił mu Ralph Bales.
— Co?!
— Wrzuć na luz i przesiądź się — powtórzył zirytowany. — Ja poprowadzę. — Wsiadł do samochodu, włączył kierunkowskaz i bardzo wolno zawrócił.
— Co się stało?
— Trzeba zaczekać.
— Nie zrobiłeś tego?
— Słucham? — spytał Ralph Bales, udając zaskoczenie. — Sam przed chwilą powiedziałeś, że nie słyszałeś żadnych wystrzałów.
— Człowieku! Ale mnie przestraszyłeś! To pukanie w szybę — stuk, stuk, stuk. Myślałem, że to gliny. Co się u diabła wydarzyło?

Ralph Bales milczał przez chwilę. — W okolicy kręcili się jacyś ludzie.

— Tak? — Właśnie mijali opustoszały kemping. Stevie obruszył się: — Nikogo nie widziałem.
— Miałem to zrobić przy świadkach?

Stevie odwrócił się do niego. — Mijał was autobus czy coś takiego?

— Tak. Coś takiego.

Samuel Clemens gościł kiedyś w Maddox w stanie Missouri i podobno napisał tutaj część „Przygód Tomka Sawy era”. Członkowie miejscowego Towarzystwa Historycznego twierdzą nawet, że jaskinie za miastem były pierwowzorem groty Indianina Joe, wbrew zapewnieniom znacznie bardziej wiarygodnego biura turystyki (w Hannibal w stanie Missouri). Innych powodów do historycznej dumy nie ma wiele. W 1908 roku William Jennings Bryan wygłosił tu przemówienie (stojąc na autentycznej skrzynce po mydle), o miasteczku wspomniał także w wieczornym programie radiowym sam Franklin D. Roosevelt, wymieniając regiony zdziesiątkowane przez Wielki Kryzys. Zaś jedna z nieczynnych obecnie wytwórni części metalowych miała zaszczyt wyprodukować fragmenty korpusu trzeciej bomby atomowej zrzuconej przez Amerykanów w czasie drugiej wojny światowej.

Pomijając jednak owe pretensje do chwały, Maddox nie jest niczym więcej jak niedorozwiniętym Detroit.

W przeciwieństwie do stołecznego Jefferson City, elegancko i majestatycznie ulokowanego na poszarpanym, skalistym urwisku nad Missouri, Maddox przysiadło na jej błotnistym brzegu kawałek na północ od miejsca, w którym szeroka na tym odcinku rzeka wpada do jeszcze szerszej Missisipi. Nie ma tam żadnych centrów handlowych, żadnej kliniki odwykowej w centrum miasta, żadnych podmiejskich osiedli gustownie wtopionych w krajobraz.

W chwili obecnej Maddox jest miastem liczącym około trzydziestu tysięcy mieszkańców. Jego centrum stanowi ponurą zbieraninę sklepów pamiętających czasy powojenne oraz dwupiętrowych budynków biurowych, z których większość świeci pustkami. Wokół posępnego śródmieścia ulokowało się kilkadziesiąt fabryk, z których połowa nadal funkcjonuje ze zmienną wydajnością. Bezrobocie sięga dwudziestu ośmiu procent, dochód na jednego mieszkańca należy do najniższych w całym stanie, a alkoholizm i przestępczość biją wszelkie rekordy. Miasto nieustannie chwieje się na krawędzi niewypłacalności, a jedyny oddział straży pożarnej musi czasami podejmować dramatyczne decyzje dotyczącego tego, który z dwóch lub trzech jednoczesnych pożarów należy najpierw gasić. Mieszkańcy gnieżdżą się w zrujnowanych blokach lub maleńkich dziewiętnastowiecznych parterowych domach, otoczonych przez inne budynki, nieskoszoną trawę oraz zarośla ołownika łatkowatego. Na podwórkach walają się pozbawione drzwi lodówki, zardzewiałe trzykołowe rowerki i tekturowe pudła. Na każdej posesji widnieją wypalone w trawie kręgi, niczym prymitywne ołtarze ofiarne, na których nielegalnie pali się śmiecie, których zbiórce miasto często nie jest w stanie podołać.

Maddox w stanie Missouri to ciemna rzeka obmywająca jeszcze ciemniejszą rdzę nadbrzeżnych zbiorników. Maddox to szczury śmiało pałętające się po zatłuszczonym, niezniszczalnym amerykańskim stuletnim bruku; Maddox to szorstka trawa wyrastająca spomiędzy gnijących desek drewnianych ramp załadunkowych, z zagłębień pełnych rozbitego szkła i dziur w walących się silosach. Maddox to — ni mniej, ni więcej — dokładnie to, co widzi się zaraz po przekroczeniu granicy miasta, tuż za tablicą z napisem „Witamy w...” przy River Road: ważące przeszło tonę, przerdzewiały szkielet chevroleta pickupa, nie przedstawiający sobą żadnej wartości, nawet jako złom.

Jednak dla Johna Pellama Maddox było rajem.

Miesiąc wcześniej skończył dokumentację do filmu kręconego w Montanie. Siedział wtedy przed swoją przyczepą, z wyciągniętymi nogami i czubkami brązowych kowbojek wycelowanymi mniej więcej w to miejsce, gdzie rozbuchane ego George'a Armstronga Custera zgotowało mu ostateczny koniec. Pił akurat piwo, kiedy zadzwonił jego telefon komórkowy.

Ledwo zdążył otworzyć usta, gdy jego rozmówca zasypał go gradem informacji; Pellam zdołał wyłowić coś o parze młodych kochanków, którzy napadają na bank. Nieznajomy mężczyzna nadawał jak karabin maszynowy — zupełnie jakby podjął rozmowę dopiero co przerwaną przez namolnego petenta. Pellam miał wrażenie, że nazwisko dzwoniącego padło gdzieś na początku, ale nie zwrócił na nie uwagi, przytłoczony lawiną słów i faktów.

— Hm, a kto mówi? Bo chyba nie dosłyszałem.
— Tony Sloan — odparł z zaskoczeniem dobitny głos po drugiej stronie słuchawki.
— Okej. — Nie znali się, ale Pellam oczywiście słyszał o Sloanie. Jak zresztą każdy, kto czytał takie pisma, jak „Premiere”, „People” czy „Newsweek”. W przeszłości reżyser reklam telewizyjnych, twórca ubiegłorocznego przeboju kinowego „Człowiek robot” — thrillera science fiction rozgrywającego się w świecie polityki i komputerów — który zdobył Oskary za najlepsze efekty specjalne i najlepszy dźwięk. Jego realizacja kosztowała siedemdziesiąt osiem milionów dolarów, a już w pierwszy weekend wyświetlania zarobił trzydzieści sześć milionów.

Pellam widział dwa pierwsze filmy Tony'ego Sloana i żadnego więcej. Wolał nie pracować z reżyserami jego pokroju — jego zdaniem większą wagę przykładali do efektów specjalnych niż do gry aktorów — lecz tamtego dnia w Montanie słuchał go z pewnym zainteresowaniem z dwóch powodów. Po pierwsze, po ostatnim sukcesie Sloan mógł wypisywać hojne czeki swoim współpracownikom i żadna wytwórnia nie ośmieliłaby się tego zakwestionować. Po drugie, z powagą całkiem nietypową dla dziecka telewizji, którym przecież był, Sloan wyjaśnił mu, że chciałby nakręcić mocny film. — Chcę to rozwinąć artystycznie. Coś w klimacie „Badlands”, wiesz, co mam na myśli? Minimalizm. Tylko to, co niezbędne.

Pellamowi podobał się „Badlands”, a wszystkie jego ulubione filmy były minimalistyczne w formie i treści. Poczuł, że powinien jednak wysłuchać Sloana.

— Zrobiłem rozpoznanie, John. Ludzie mówią, że zjeździłeś kraj wzdłuż i wszerz. Podobno jesteś chodzącym katalogiem gotowych plenerów.

Bez przesady. Pellam miał jednak całe mnóstwo notesów wypełnionych polaroidami przedstawiającymi dziwne, malownicze miejsca w sam raz do filmu, jaki opisał mu Sloan. Co więcej, Sloan miał mniej doświadczenia z plenerami niż większość reżyserów, jako że jego produkcje stanowiły z reguły połączenie zdjęć kręconych w hali z wymyślną grafiką komputerową. Potrzebował porządnego dokumentalisty, żeby zrealizować to, co sobie zamierzył.

— Mów dalej — zachęcił go.
— Dwoje głównych bohaterów napada na banki — podjął zatem Sloan. — Mają być młodzi, nieopatrzeni — coś jak Aidan Quinn i Julia Roberts, zanim stała się tą Julią Roberts. Nie chcę nikogo, kto chociaż raz był na okładce „People”. Żadnych kasowych nazwisk. Muszę coś zmienić, chociaż boję się jak diabli. Tak między nami, to czuję, że ten system mnie dusi. Wiesz, o czym mówię?

Pellam wiedział i poinformował o tym Sloana.

— Nikt ich nie rozumie. Są wściekli, zniechęceni...

Słuchając wówczas Sloana, Pellam spoglądał na wzgórza, które — jak sądził — nosiły nazwę Czarnych. Tak naprawdę wcale nie były czarne, ale ciemnoniebieskie. Majaczyły daleko przed nim, a na tle górującego nad nimi, niesamowicie czystego nieba, robiły jednocześnie majestatyczne i niepokojące wrażenie.

— Coś mi to przypomina, Tony.
— Wiem, o czym myślisz. „Bonnie i Clyde” — odparł Sloan.

No tak. Pellam właśnie o tym filmie myślał.

— To będzie coś zupełnie innego — uciął reżyser. — Scenariusz zatytułowany jest „Missouri River Blues”. Mówi ci to coś? Kilka lat temu przymierzał się do niego Orion, zanim zbankrutował. Tyle że moi bohaterowie będą prawdziwi. To postacie z krwi i kości. Dunaway i Beatty byli... po prostu sobą. Co jeszcze mogę powiedzieć? To był dobry film, jeden z tych, które mnie ukształtowały. Ale ja chcę pójść dalej. Bo wiesz, historia wygląda tak: Ross, czyli ten chłopak, siedzi w więzieniu i zaczyna świrować. Chce się zabić. Jest pewien, że nie wytrzyma w zamknięciu ani chwili dłużej. Na początek damy fantastyczne zdjęcia systemu więziennych zabezpieczeń. A zaraz potem... Bo rozumiesz, w tym więzieniu...
— Wiem, zamykają na noc cały blok o zaostrzonym rygorze.
— Właśnie. Skąd wiesz?
— Mów lepiej dalej, Tony.
— Mój operator pracuje na specjalnym obiektywie do zdjęć mikro. Ujęcia wewnątrz zamków, zatrzaskujące się zasuwy. Piękna sprawa. Tak stworzymy wrażenie klaustrofobicznego zamknięcia. Nasz bohater jest osaczony. W końcu jednak Ross ucieka. On i Dehlia...
— Dehlia?
— No tak, on i Dehlia rozbijają się po kraju i napadają głównie na opancerzone półciężarówki. Jakby współcześni rozbójnicy. Rossem powoduje strach przed więzieniem, Dehlią — strach przed konwencją, która zamyka kobiety w domach. Oboje cierpią więc na pewien rodzaj klaustrofobii. Taki kontrast niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą wolność, z lękiem przed uwięzieniem. Co jest gorsze? Więzienie, z całym systemem zabezpieczeń, czy wolność pełna różnych zagrożeń?
— Bardzo mi to przypomina historię Bonnie i Clyde'a.
— Nie, nie, bohaterowie są całkiem inni. Do tego wolność w miłości kontra ograniczenia, jakie ona ze sobą niesie. Aha, a jeszcze tym dzieciakom zależy na środowisku naturalnym. — Sloan dodał z naciskiem: — Mamy początek lat pięćdziesiątych. Bohaterowie są zaniepokojeni testowaniem broni jądrowej.
— Broni jądrowej — powtórzył Pellam. — Faktycznie, obywatelska postawa. — Sloan zupełnie nie wyczuł ironii, więc Pellam zapytał: — Domyślam się, że akcja toczy się gdzieś w Missouri?
— W średniej wielkości miasteczku — przytaknął Sloan. — Takim, które ominął powojenny boom.
— Akcja filmu „Bonnie i Clyde” też rozgrywa się w Missouri — zauważył Pellam. —A przynajmniej pewna jej część...
— Ta historia nie ma nic wspólnego z Bonnie i Clydem — odparł Sloan lodowatym tonem.

Pellam przejrzał szybko w pamięci swój katalog plenerów na Środkowym Zachodzie. — Kilka lat temu robiłem dokumentację w Kansas. W takim niedużym nadrzecznym miasteczku. Kansas może być?

— Chcę Missouri. Nie zapominaj o tytule.
— Odróżniłbyś Kansas od Missouri? — spytał Pellam.
— Wychowałem się w Van Nuys. Nie odróżniłbym Ohio od Kolorado. Ale nie o to chodzi. Chcę mieć Missouri i już.
— Rozumiem.

Sloan zamilkł na moment. — John, problem w tym, że gonią mnie terminy.

Ostatnie słowo zawisło w powietrzu.

— Terminy...
— Wiesz, od początku mam z tym projektem same kłopoty. Pamiętasz, co napisał o mnie „Time”? W ubiegłym roku?
— Chyba mi to umknęło — przyznał się Pellam.
— Nazwali mnie wtedy wizjonerem nowoczesnej techniki.

Pellam odparł, że tak czy owak artykuł umknął jego uwadze.

— Wytwórnie Sony i Disney były gotowe wystawić czek na sumę równą dochodowi narodowemu Francji, gdybym tylko zgodził się nakręcić drugą część.

Zatytułowaną „Syn człowieka robota”, pomyślał Pellam i zaraz zmienił zdanie. — „Reaktywacja człowieka robota” — podsunął.

— Cha, cha, John. Niezłe. Bardzo śmieszne. Ale „Missouri River”? Nawet sobie nie wyobrażasz, jaką walkę stoczyłem, żeby dostać zielone światło. To kino akcji, ale kino akcji osadzone w latach pięćdziesiątych, i to na dodatek inteligentne. Ludzie boją się takich rzeczy.

Albo też boją się konkurować z Kurosawą, Altmanem, Johnem Fordem — i Arthurem Pennem, reżyserem klasyka „Bonnie i Clyde”.

— Co chcesz przez to powiedzieć, Tony?
— Chcę powiedzieć, że mam poważny problem. Wczoraj dostałem zgodę i najpóźniej za dwa tygodnie muszę mieć plener. Najpóźniej.

Pellam roześmiał się śmiechem, który przyprawia producentów i reżyserów o ciarki na plecach. Taki śmiech oznacza: nie tylko prosisz mnie o coś niemożliwego, ale przede wszystkim nie zależy mi na tej robocie aż tak bardzo, żeby znosić to całe gówno. A wiem, że będę musiał je znosić, żeby dać ci to, co chcesz.

— Za sześć tygodni chyba — powiedział. W rzeczywistości był gotów wyruszyć w drogę jeszcze tej samej nocy — jak tylko Czarne Wzgórza zrobią się naprawdę czarne, a jemu skończy się piwo. Ale niemożliwością było znalezienie w dwa tygodnie plenerów dla setek ujęć do pełnometrażowego filmu.

Była to chwila, w której jeden z nich powinien był powiedzieć: „Cztery tygodnie”, po czym uścisnęliby sobie dłonie — co prawda wirtualnie — na znak kompromisu.

Tony Sloan odrzekł jednak: — Znajdź mi plenery w dwa tygodnie, a zapłacę ci dwadzieścia pięć tysięcy dolarów.

Pellam poczuł gorąco spływające mu z czubka głowy aż do gardła. Był pewien, że zrobił się czerwony na twarzy. — No cóż...

— Trzydzieści pięć.

Trzydzieści pięć tysięcy?

— Jestem zdesperowany, Pellam. Nie będę ci wciskał kitu.

Po chwili milczenia Pellam zapytał: —Tony, hm, powiedz mi jedną rzecz — czy pod koniec filmu teksański strażnik wpada na ich trop i wykańcza serią z karabinu maszynowego?

— Pellam, to zupełnie inny film, do cholery.
— W porządku, umowa stoi. Prześlij mi scenariusz kurierem na adres poczty w Kansas City.

Cztery dni później Pellam minął granicę miasta Maddox w stanie Missouri, zahamował i zatrzymał swój wóz kempingowy, czując, że właśnie zarobił naprawdę niezłą kasę.

MISSOURI RIVER BLUES

SCENA 34 — PLENER, WIECZÓR, ULICA PRZED BANKIEM

PÓŁZBLIŻENIE Rossa i Dehlii, ubranych, jakby wybierali się „na niewinną przechadzkę”. Mają za zadanie przeprowadzić rekonesans przed skokiem, ale Ross jest zamyślony. Przystaje.

ZBLIŻENIE AGENCJI NIERUCHOMOŚCI I SAMOCHODU ROSSA

ZBLIŻENIE OFERT DOMKÓW JEDNORODZINNYCH

UJĘCIE twarzy Rossa.

UJĘCIE twarzy Dehlii patrzącej na niego.

PODWÓJNE UJĘCIE ich obojga.

ROSS