Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
"Mój Gdańsk" to wydany po raz pierwszy, niezwykły zbiór najważniejszych tekstów Stefana Chwina o rodzinnym mieście, prezentujący osobisty, pasjonujący, piękny, a zarazem kontrowersyjny obraz Miasta, obecny w twórczości powieściowej i refleksji historyczno-filozoficznej autora.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 644
Rok wydania: 2024
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Pamięci prezydenta Miasta Gdańska Pawła Adamowicza
Arkadiusz Bagłajewski
„Doświadczenie, które ukształtowało mnie jako pisarza, wiąże się miejscem, w którym przyszedłem na świat i w którym spędziłem swoją młodość, […] – zapisał Stefan Chwin w jednym ze swoich esejów autobiograficznych. Miejscem tym, oczywiście, jest Gdańsk, zaś doświadczenie, które znalazło następnie swój wyraz w refleksji intelektualnej i artystycznej pisarza i uczonego, wiąże się z jednostkowym doznawaniem historii czasów PRL: od dzieciństwa w czasach stalinowskich (opisanego w artystycznym przekazie Krótkiej historii pewnego żartu), przez czasy szkolne i studenckie (kluczowym doświadczeniem formacyjnym był Grudzień 70, opisywany w Dolinie Radości) po Sierpień 80 i trudne lata stanu wojennego aż po przełom polityczny 1989 roku i lata następne.
Nietrudno zauważyć, że gdańskie miesiące nie tylko wpisane zostały w biografię realną autora Hanemanna, lecz stały się także zwornikiem biografii symbolicznej, której wyznacznikiem są kolejne książki gdańskiego pisarza, ale pewien głębszy sens owej biografii odsłania się zarówno w artystycznym jej przetworzeniu w powieściach, jak w ujęciach dyskursywnych, takich jak dziennik pisarza czy liczne wypowiedzi o charakterze autokomentarza w wywiadach. Dla pisarza, mówiąc w pewnym skrócie, Gdańsk stał się miejscem, które prowokuje do postawienia „trudnych pytań”. Często wbrew potocznym opiniom, na przykład, kiedy wbrew legendzie solidarnościowej opowieści o heroicznych zmaganiach z władzą komunistyczną, ukaże samotność garstki walczących, uwikłanych w dzieje, które toczą się wedle niezrozumiałego i niejasnego schematu, w którym rządzi przypadek, albo ślepy los, a matryce wolnościowe swój właściwy se4ns uzyskują w globalnej perspektywie. Tak jak wtedy, kiedy pisarz powie dobitnie: wolność przyniosła nam klęska Sowietów w Afganistanie i indolencja aparatu partyjnego późnego PRL-u, zaś konspiracyjne – jakże ważne – doświadczenia opozycji były ledwie drobnym elementem dziejowej machiny zdarzeń.
1. Długie Pobrzeże. Rok 1945. Fot. Archiwum
Podkreślmy wszakże, że Chwin nie odziera Gdańska z mitu politycznej stolicy opozycyjnego PRL-u. Przeciwnie: ukazuje, iż kluczowym doświadczeniem kształtującym biografię intelektualisty był szczególny związek z miejscem, znaczony symbolicznym kalendarzem gdańskich miesięcy. Cezurą jest tu rok 1970. Odbudowywanie miasta, zniszczonego w roku 1945, o czym więcej w dalszych rozważaniach, w odniesieniu do metody pisarskiej i artystycznej strategii określane jako archeologii śladu, znalazło swój wyraz w prozie: zwłaszcza Krótkiej historii pewnego żartu i Hanemannie. Natomiast owo dotknięcie historii – żywe i boleśnie dojmujące – w „realnej”, by tak rzec biografii, przetworzonej po latach artystycznie, jak już wspominałem, w Dolinie Radości, stworzyło pisarza jako człowieka o etycznie wyostrzonej wrażliwości i świadomości właśnie w roku 1970. Przeżycie grudniowej tragedii, będącej zwornikiem politycznego mitu Gdańska w dziejach najnowszych, ukształtowało namysł twórcy nad dziejami. Można by też zaryzykować twierdzenie, że stworzyło wyobraźnię historiozoficzną Stefana Chwina. Jak wielokrotnie sam podkreśla, fenomen Grudnia 70, będącego, jak się okazało, prologiem do Sierpnia 80 i Grudnia 81, niezapisany w literaturze, bo, sięgając po słowa pisarza, nie dziejący się na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, ale w dalekim,. portowym mieście, zogniskował w sobie jeden z głównych dylematów historyczno-politycznych najnowszych dziejów Polski. Garstka walczących – występujących nie tylko przeciwko sile władzy, lecz także przy milczącej, obojętnej większości. Chwin, jak inni, nieco starsi pisarze pokolenia Nowej Fali, nieustannie krąży wokół tej zagadki buntu bezsilnych, którego symbolem jest Pomnik Poległych Stoczniowców, a których wewnętrzna energia protestu przyniosła po latach karnawał „Solidarności”. Obrazy z Gdańska, zwłaszcza ze stoczni, poszły w świat. Ukwiecona brama stoczniowa, przyozdobiona symbolami religijnymi, dumni i pewni siły swych postulatów robotnicy, przywódcy, jak Anna Walentynowicz i Lech Wałęsa. A potem klęska Grudnia 81 i długie, ciemne lata stanu wojennego. Ale to wtedy, w tajemnych retortach pisarskich, dojrzewa historia Hanemanna oraz gdańskiego dzieciństwa i młodości. Wyobraźnia historiozoficzna Chwina jest bowiem ambiwalentna.Mit „Solidarności”, tak później rozmieniony na drobne, daje pisarzowi zakorzenienie w historii, jak gdyby wyrastającej z tego miejsca, choć zarazem, jak podkreśli w wielu wystąpieniach, nieustający kołowrót dziejów jako historii klęsk, nie dawał nadziei na pomyślne zakończenie. Pesymizm dziejowy byłby więc nieusuwalnym elementem owego „podziemnego” rozpoznania człowieka jako bytu ułomnego, rozdartego, naznaczonego klęską. Żyjącego w dziejowym kołowrocie przypadku i królestwie sił, odeń potężniejszych i nieprzeniknionych w swym zamyśle dziejowym. A jednak!
A jednak rok 1989 znów wiąże się z Gdańskiem. Z polityczną aktywnością środowisk opozycyjnych, będących kuźnią kadr dla odrodzonej Polski – różnych przecie orientacji. Znów Gdańsk, mówiąc z pewną emfazą, odradza się z popiołów, szukając w nowy sposób swojej tożsamości. Jak podkreśli pisarz – sięga do swej historii, filtrując ją przez współczesną wrażliwość „miejsca urodzenia” tych, którzy – z niejakim, zdumieniem – odkryli, że żyli tu inni mieszkańcy, mówiący innym językiem, że stworzyli tu osobną kulturowo-cywilizacyjną formację. Ale owo odkrywanie Gdańska było pewnym procesem, dokonującym się w związku z trudną gdańską historią lat powojennych, z Grudniem i Sierpniem jako symbolicznymi i zarazem realnymi punktami w definiowaniu tego miejsca, choć „gdańskie miejsca” rozbłysły w prozie polskiej lat 80. i 90. XX wieku w nieoczekiwanym ujawnieniu nowej tonacji artystycznej (choć owo równoczesne pojawienie się gdańskich narracji, wiele zawdzięcza realiom procesu wydawniczego w schyłkowym jeszcze PRL-u).
To nie Gdańsk stworzył pisarzy, to pisarze stworzyli Gdańsk – powiada, jakże słusznie, Stefan Chwin. Obok autora Hanemanna Paweł Huelle, Bolesław Fac, zapomniany autor jednej niedużej książki Wojtek Hrynkiewicz. Oczywiście jako niezbywalny kontekst gdańskich opowieści literatury polskiej ostatnich dwu dekad XX stulecie – Günter Grass, będący autorem tzw. trylogii gdańskiej, z najsławniejszym Blaszanym bębenkiem, opromienionym sławą znakomitej adaptacji filmowej Volkera Schlöndorffa. Warto też wspomnieć o wielkim sukcesie albumów o dawnym Gdańsku, zatytułowanych Był sobie Gdańsk, pieczołowicie przygotowanych przez Wojciecha Dudę, Grzegorza Fortunę i Donalda Tuska.
To pisarze stworzyli więc Gdańsk, a pośród nich, Stefan Chwin jako autor niezapomnianych i trwale zapisanych w najnowszej literaturze polskiej dzieł: od Krótkiej historii pewnego żartu, przez Hanemanna i Esther, po Złotego pelikana i Dolinę Radości. Gdańsk jako temat refleksji i poruszeń duchowych pojawia się także w licznych zapiskach diarystycznych i wielu wywiadach, w których pisarz odsłaniał źródła swych fascynacji i lęków. Powstał „gdański tekst” kultury polskiej, w którym konkretne miejsce znalazło swoją reprezentację, tak że nie sposób pomylić jej z innymi. Gdybym próbował określić istotę owego przedstawienia miejsca, sięgnąłbym po termin, którym posłużyłem się w latach 90. XX wieku, pisząc o utworach Chwina (a także Huellego i Hrynkiewicza). Ten termin to miasto-palimpsest. Miejsce splątanych, nawarstwionych historii – ale czy jest środkowoeuropejskie miasto, które nie doświadczyło w swych dziejach rytmów zniszczeń i odbudowy? – kolejnych nakładanych warstw kulturowo-cywilizacyjnych, miejsce, jak czytamy u Grassa, które „wszyscy chcieli mieć”. I owa chęć posiadania miasta jako historia cyklicznego zdobywania, plądrowania, niszczenia, budowania i znów w kołowrocie dziejowym powtórka z owego rytmu naznaczyła nie tylko gdańską historię miasta w powszechnym przebiegu dziejów, lecz także określiła jego „warstwowy”, po większej części ukryty, zagrzebany w ziemi, charakter. Lapidarna Grassowska formuła toponomastyczna: „Gyddanyzc – Danczik – Dantzig – Danzig – Gdańsk” przywodzi na myśl polskiemu pisarzowi koncepcję Troi Północy. Troja więcraczej, niż Atlantyda. Bo, jak wielokrotnie czytamy zauroczeni opowieściami o Gdańsku, którego nie ma i który mocą pisarskiej wyobraźni powołany został do istnienia, co i raz wychynie na powierzchnię zagrzebany ślad dawnej kultury i cywilizacji. Stąpamy przeto pośladach, napisze autor Hanemanna, a stąd niedaleko do pytań, co to za ślady, skąd się wzięły, jak odsłonięta nieoczekiwanie część odsyła do całości, i do jakiej całości.
Pisarz, powołuje do istnienia drugie „Ja”, za którym podąża jego myśl i wyobraźnia, a za nimi, to znaczy pisarzem i jego sobowtórami, my – czytelnicy owych odkryć archeologów ruin i hermeneutów śladów. Owo pisarskie „Ja” – tak sobie wyobrażam – będące tajemniczym bytem i dla samego twórcy, bo wysnutym z najgłębszych zakamarków duchowych konkretnego wszak człowieka, wyrusza mocą wyobraźni i refleksji na spotkanie z miejscem. A właściwie z człowiekiem usytuowanym w konkretnym miejscu. I z „przeklętymi” problemami niepogodzonej ze światem egzystencji. Umieszczonej w jedynej takiej przestrzeni, w tym tu konkretnym czasie i miejscu. A miejsce to – zaiste – tajemnicze! Nie jest ono zagadką – tę bowiem można, i należy, wyjaśnić. Do tajemnicy natomiast przybliżamy się, a i tak pozostanie ona dla nas nieprzenikniona. Wyobraźnia Stefana Chwina porusza się bowiem, co przecież w wielu wywiadach ze zdumieniem i dla siebie samego ujawni autor, po mrocznych rejonach bytu i miejsca. Podziemne drgnienia duszy poruszającej się po nieistniejącym mieście.
I tylko z ciemnych fotografii, które wisiały nad stolikiem ze szkła, przy którym piliśmy kawę, fotografii z atelier Ballerstadta, płynęła ku nam miękka ciemność ulic biegnących ku Motławie, połysk drobnego bruku na Mariackiej i mleczne światło latarń na Szerokiej, które co wieczór zapalał Hans Lempke, […] (H, 21)[1].
Poznawanie miejsca to od czasów dzieciństwa autora, o czym dowodnie świadczy Krótka historia pewnego żartu, zajęcie niebezpieczne, podróż w strefy mroku, myśli i pragnień tanatycznych. Po latach, jako pisarz, znalazł dla nieuświadomionego splotu fascynacji i lęku – źródło natchnienia i układ odniesienia. To niemiecki romantyzm śmierci, który wpisany został w tkankę Hanemanna, w ekfrazach Caspara Davida Friedricha i przypomnieniu losów Kleista i Henrietty Vogel. Strefa myśli i pytań niebezpiecznych, ambiwalencji żywego i martwego, jak w kolekcji radcy Mehlersa z Esther, prowadzące do niebezpiecznie fascynujących rozpoznań nietzscheańskich. Jak odsłaniane splątania faustyczno-prometejskich projektów kultury, która odeszła z tego miejsca po II wojnie światowej i zarazem w nim pozostała: na powierzchni i w mieście utajonym.
I gdy tak słuchałem głosu Hanemanna, widziałem ich oboje, Kleista i Henriettę […] i pragnąłem, och, jak bardzo pragnąłem być jednym z nich, czuć w sobie tę powietrzną radość, to uniesienie, które drżało w słowach Henrietty […] I wszystko się mieszało w tym obrazie: żółte urwiska Rugii ginące nad horyzontem, Brama Brandenburska, jakiś niepowstrzymany, szalony pęd konia z łopoczącą jak sztandar grzywą, na którym mocno do siebie przytuleni pędzili – starzec z rozwianą brodą, z roziskrzonymi zielonymi oczami i chłopiec o twarzy płonącej gorączką, a wokół nich, w migotliwych przelotach, w rozbłyskach motylego wirowania, przemykały w strumieniach wichru białoramienne topielice w postrzępionych muślinach. (H, 101)
Gdański pisarz – sięgnę po poręczną peryfrazę – jest kimś, kto żyje w odbudowanym po wojennych zniszczeniach mieście, choć jego dzieciństwo upłynęło, co wielokrotnie podkreśla,w niezniszczonych wojną przestrzeniach miejskich i ogrodach Oliwy. Zarazem przebywał imaginacyjnie w mieście utajonym. Zniszczonym, spalonym podczas działań wojennych, zagrzebanym pod powierzchnią – bo powierzchnię odbudowano w latach 50. XX stulecia, tworząc wszakże wzór barokowo-niderlandzkiego starego Gdańska, nieprzypominający pruskiego miasta, stopionego ogniowym szturmem Armii Czerwonej w 1945 roku. Ambiwalencja gdańskich miejsc w prozie Chwina polega na tym, że myśl i wyobraźnia pisarza porusza się po dwu przestrzeniach. Jedną są bujne Ogrody Oliwy i mieszczańskie kamienice gdańszczan, który zostali zmuszeni opuścić miasto, po Schulzowsku przepełnione bogactwem sprzętów, rzeczy, które ich mieszkańcom ułatwiały życie. Często były nie tylko wygodne, lecz także piękne – choćby pięknem sytego mieszczańskiego świata. Mieszkańcy opuścili więc swe zasobne domostwa, a na ich miejsce przyszli inni, wchodząc, jak powie pisarz, „pod ciepłe kołdry”. Zastali bogaty i funkcjonalny świat rzeczy i miejsc. Samo miejsce pozostało wszak obce, skażone niejasnym pięknem „niemieckiego zła”. Widomym znakiem – i zarazem drugą przestrzenią, po której porusza się gdański pisarz – owego niemieckiego zła hitleryzmu są wypalone ruiny Starego Miasta. Dopowiedzmy, że był to widok powszechny w ówczesnej Europie (poza enklawami kilku szczęśliwych państw, które ominęło szaleństwo wojny i okupacji).
Rzeczy – to osobny temat pisarstwa Chwina, elegijna metafora losów ludzi (i państw zmieniających swoje granice). Śmierć rzeczy – jako alegoria śmierci ludzi. Może i bardziej bolesna, bo jest śmiercią wykonanego ręką człowieka piękna. Umieranie rzeczy odsłania umieranie ludzi – buduje szczególną wspólnotę ontologiczną, wspartą na kruchości jako doświadczaniu bytu. To stąd wyrasta elegijny ton pisarstwa Chwina, gdzie tren na śmierć rzeczy, jak pisała krytyka, nieodłącznie wiąże się ze zniszczeniem gdańskich przedmiotów z obfitych kolekcji mieszczańskich przestrzeni. Jest to symboliczny kres jednej formacji kulturowo-cywilizacyjnej, zastępowanej przez inną.
Białe zastawy w kształcie łabędzi i pelikanów, czułe cukiernice ze srebra w kształcie dzikich kaczek z turkusowym oczkiem, łódeczki na konfiturę gruszkową – wszystkie te kształty przestraszone swoją formą wymyślną i nieporęczną marzyły o surowej płaszczyźnie blach, łatwych do wsunięcia pod podłogę albo między belki stodół i opuszczonych młynów. Jeszcze się pyszniły migotem blasków na niedzielnych obrusach w mieszkaniach przyBreitengasse, Frauengase, Jaschkentaler Weg, jeszcze żartobliwie pobrzękiwały w spotkaniu ze srebrną łyżeczką, ale już na dnie, niczym ciemną śniedź, snuły pewność, że są małymi sarkofagami. (H, 25-26)
Śmierć rzeczy i zniszczenie miejsc to jedna strona gdańskiego doświadczenia. Jest też inna, wydawałoby się odmienna: trwanie rzeczy w poniemieckich domach. Ale jest to trwanie kruche, niepewne, podszyte odsuniętą w czasie zagładą tego świata, który jeszcze bronił się przed nicością, pozostawiając w porzuconych przestrzeniach rzeczy dla nowych mieszkańców.
Jak więc uzgodnić owe dwa porządki, a właściwie – porządek jednego miejsca i znaczony ruinami nieporządek drugiego? Zastanawia się dorosłe już pisarskie „Ja”, wchodząc w odpominaną i porzuconą wydawałoby się na zawsze skórę dzieciństwa. Dziecko, jak to widzi dorosły narrator utworów Chwina, musi okiełznać lęki, które naznaczają jego psychikę. Z jednej strony – mroczną „niemieckością” poznawanych śladów, fragmentów, wyzierającą tu i tam szwabachą, kranami w wyłożonych białymi kafelkami łazienkach, kojarzącymi się ze sterylną, higieniczną, zadawaną w masowy sposób śmiercią. Obce słowa „kalt” und „warm”, napisy na studzienkach kanalizacyjnych, utrzymane do lat 60. ewangelickie cmentarze, dawne szyldy sklepów, niemieckie nazwy na murszejących z każdym rokiem domach. Na to nakłada się sączący się w latach 50. XX wieku propagandowy przekaz o złych hitlerowcach i ich protoplastach – Krzyżakach. Cienie na pokrytej tapetą ścianie poniemieckiego mieszkania nie ułatwiały zasypiania po dniach pełnych ekscytujących odkryć naznaczonych wojną przestrzeni. Nie ułatwiały tym bardziej, im mocniej w psychikę dziecka wciskały się poznawane w piwnicach i na strychach skarby: mapy, albumy, napisane w obcym języku książki.
2. Widok na Bazylikę Mariacką i ratusz z bastionu św. Gertrudy. Fot. Stefan Chwin
Z drugiej strony – owo dziecko (i jego dorosły sobowtór powołany demiurgiczną mocą narratora) wystawione było na jeszcze inne doświadczanie przestrzeni: wobec wypalonych kamienic Starego Miasta, niebawem odbudowanych wedle litografii siedemnastowiecznych. Do dziś istniejąca – i podziwiana przez turystów – barokowo-niderlandzka atrapa dawnego miasta, być może najpełniej określa współczesną „gdańskość” jako przestrzeń rekonstrukcji kulturowej, osłabiającą „pruskie” dziedzictwo architektoniczne wypalonych w 1945 roku miejsc. Wszakże odzyskiwana w akcie odbudowy, by tak rzec, gdańska przestrzeń dawności, jest przez dziecięcego bohatera prozy Chwina oglądana jako ruiny, strzaskana pustka gruzu, z monumentalnymi, wypalonymi, lecz zachowanymi budowlami sakralnymi (i nie tylko). Warto za pisarzem nawiasowo wspomnieć, że owo odzyskane dawne miasto wzbudza wśród niegdysiejszych niemieckich mieszkańców odczucie obcości – nie tak przecież wyglądał „ich” Danzig/Gdańsk zanim ogniowego zniszczenia dokonała zwycięska armia posuwająca się w nieubłaganym marszu na zachód.
Zastanawiam się, jako czytelnik Chwina, jak można było okiełznać owe dziecięce lęki – choć nie tylko dziecięce, bo przecież istotne miejsce jako tło rozpoznań bohatera urodzonego już po II wojnie światowej, zajmuje „ciche”, przymusowo milczące pokolenie rodziców i dziadków. Milczą o Wilnie i Lwowie, Katyniu, powstaniu warszawskim. Na tle tego milczenia tym mocniej wciskają się z propagandowym przekazem komunistycznym radio, gazety i kroniki filmowe. I wybrzmiewa niemym krzykiem „zła” niemieckość, która – powiedzmy za pisarzem – kusi też pięknem. Pięknem prometejsko-faustycznym, poruszającym się po krawędzi bytu, skąd można łatwo spaść w otchłań katastrofy oraz pięknem mieszczańskiego świata, w którym wszystko przyporządkowane było idei Gemütlichkeit – przytulności i funkcjonalności zasobnego małego świata przyjaznych człowiekowi przestrzeni. Mieszczańskie rzeczy skutecznie osłabiały grozę historii:
Tu faustyzm łagodniał, przechodził w czułe staranie o domowe piękno, tracił swój jad. Zmieniał się w krasnalowato-fartuchowatą staranność, która całkowicie zapominała o gwiazdach. Okna, drzwi, okiennice, podłogi, klamki, zakamarki, strychy, przedpokoje i kuchnie Starej Oliwy – wyglądały tak, jakby za chwilę Dorotea i Herman mieli usiąść razem z Babcią w pokoju od ulicy na wyszywanej karminową i seledynową nicią otomanie po to, żeby sobie opowiedzieć o najważniejszym: że świat się wściekł, że „oni” znowu wariują, wymyślają nowego człowieka i nie dają żyć, ale musimy przeczekać i może uda się przeżyć. (K, 120-121)
Grozę ponurych czasów koił także świat przeżyć religijnych – symbolicznie ukazywany w trwaniu Katedry (konfrontowanej z uzurpatorskim Pałacem), na przekór przygodności ludzkich dziejów. „Powagę świata czuło się w Katedrze”. Wszakże dopowiedzmy za pisarzem, iż owo religijne odczuwanie horyzontu zdarzeń nie było wystarczająco stabilne. Wystarczyło wyjść z katedry oliwskiej w przestrzeń poddawaną wizualizacji stalinowskiej propagandy.
Dziecko Chwina, a potem dorosły opowiadacz gdańskich historii, wyrusza więc w poznawczą podróż, jak archeolog, szukając w napotkanym realnym i widmowym zarazem mieście śladów oraz linii, łączących owe ślady w hipotezę całości. Ale odkryć – i ułożyć – wzór całości ze śladów to oczywiście poznawcza utopia. Tym piękniejsza i tym bardziej tracona, im wyraźniej narrator rozpoznaje ducha owego miejsca, wnikał weń, w nawarstwieniach historycznych i kulturowych. Dlatego też, choć niewątpliwie podążanie po śladach mogło doprowadzić pisarza do mityzacji owego utraconego, Chwin mitu nie stworzył, choć krytycy z lubością pisali w latach 90. XX wieku o mityzacji Gdańska.
Mitu Gdańska autor Hanemanna nie stworzył, bo jego pisarstwo wyrasta z nastawienia antymityzacyjnego. Zbyt dużo tu migotliwych, rozchwianych znaczeń, by można było próbować układać je w stabilny mit miejsca. Bo jakiego? O ile kresowe narracje małoojczyźniane przywoływały idyllę zgodnej rzekomo koegzystencji narodów, religii i kultur, skrzętnie zasłaniającą pęknięcia i rysy na „wspólnym” fundamencie gmachu Rzeczypospolitej Jagiellońskiej – wiadomo było czemu owa kompensacja miała służyć, zwłaszcza w sytuacji utraconych mitogennych ziem kresowych – o tyle Gdańsk nie za dobrze nadawał się na mit wysnuwany z trzewi jego splątanej historii. Chwin podkreśla w wywiadach „osobność” Gdańska, do pewnego momentu pielęgnowany status jego odrębności, różnej zarówno od wpływów niemieckich, jak polskich. Ale też zwróci uwagę, że Gdańsk porozbiorowy – to miasto podawane coraz wyraźniejszej dominacji pruskiej, zacierającej nie tylko polskie warstwy, lecz też i przykrywającej uprzednie wielokulturowe wpływy. W efekcie ani na zagrzebanym w mrokach historii Gdańsku „polskim”, ni „niemieckim”, nie mówiąc o bliższym czasowo Wolnym Mieście, nie da się zbudować pojednawczego bądź nostalgicznego mitu, podobnego do mitów „małoojczyźnianych”. Jeżeli więc krytyka posługiwała się matrycą małoojczyźnianą w odniesieniu do gdańskich narracji, to niemal na gorąco pisarz w licznych wypowiedziach i autokomentarzach kontrował owo uzurpatorskie stanowisko. Słusznie! Bowiem współczesny mit miejsca ma to do siebie, że często tworzy krainy wygładzone, zaś mroczne doświadczenie bytu, będące znakiem rozpoznawczym pisarstwa Chwina, odwołuje się do innej koncepcji żalu za utraconym, niż ta, którą spotykamy w narracjach kresowych.
Powracał myślą na żółte urwiska Rugii, które – gdy stał na pochylonym zboczu sosnowego lasu – z trupim szelestem osuwały się w spienione, brunatne morze. I kiedy tak zapadał się w te mroczne i pulsujące przypomnienia, przychodziło mu do głowy, że to, co się stało wtedy, stało się właśnie po to, by mógł zastygnąć w tym półżyciu, które obejmowało duszę i znieczulało ją na głos świata. Czuł, że można tak żyć. (H, 81-82)
Odsłaniająca się ciemna nuta melancholii łączy się u gdańskiego tropiciela sekretu egzystencjalnego Hanemnna z ujawnieniem, jeśli tak rzec można, konturów gdańskiej chwiejnej tożsamości: niepoznawalnego „Ja” oraz miejsca, znaczonego śladami i ruinami, odsyłającymi do utraconej całości. Może warto byłoby napisać o Tajemnicy, jako splocie „Ja” i miejsca, w taki właśnie sposób – wielką literą. A litery, niemieckie liternictwo, powiedzmy na marginesie, pełnią ważną rolę w archeologicznych i zarazem poznawczych śledztwach pisarza na kartach jego gdańskich historii. Tak więc Tajemnica owej chwiejnej tożsamości mogłaby stać się budulcem mitu Gdańska, o ile dałoby się na tak niepewnym fundamencie zbudować mit.
Ten gmach wszakże by runął, gdyby pisarz nie oparł się pokusie mityzacji. Wiedzionytrafną intuicją pisarską – nie poszedł w te rejony. Mimo, iż pewne sygnały mityzacyjne są tu, rzecz jasna, przywoływane, tyle że od razu kontrowane reistycznym spojrzeniem na nietrwałość wszelkiego bytu, którego znakiem są kruche rzeczy: tak kruche, tak samo podatne na zniszczenie, jak ludzkie życie. Warto zwrócić uwagę na inny jeszcze aspekt antymityzacyjny, który zarazem może stać się – choć nie wiemy dokąd zmierzają współczesne dzieje Gdańska – budulcem innego ujęcia, różnego wszakże, powiedzieć to trzeba wyraźnie, od małoojczyźnianej matrycy. Pisarz kreśli w swych utworach, na stronicach dziennika futurystyczno-fantastyczne obrazy multikulturowego Gdańska, upodabniającego się owym „multi kulti” do typowych miast zachodniej Europy. W tej futurologiczno-fantastycznej mitologizacji wybrzmiewa wszakże nuta polemiczna: bo co to za genius loci, jeśli rozmywa się w procesach globalnej uniformizacji? Jest tu też słyszalna pewna nuta i zaniepokojenia, i ironii, różnej wszakże od Grassowskiej ironii multikuturowego Gdańska z Wróżb kumaka.
3. Wieże hali targowej i kościoła św. Mikołaja. Fot. Stefan Chwin
Pisarz zdaje się mówić, że Gdańsk musi wymyśleć się na nowo, w nowy sposób określić, wciąż szukać opowieści o sobie. W geście odzyskania z jego historii różnorodnych, nieraz sprzecznych, elementów tradycji. We współczesnym nawiązaniu do tradycji, wszak nie jednej, ale do różnych składników, które składają się na nowy wymiar „gdańskości”, jaką możemy współcześnie rozpoznawać i kreować. Tak – niderlandzko-barokowa atrapa, która atrapą być przestała, lecz stała się po kilkudziesięciu latach gdańską starówką. Tak – nieliczne pruskie ślady architektoniczne. Tak – oczywiście, gotyk budowli sakralnych. Ale też – peerelowskie nowe dzielnice i współczesne galerie handlowe, zbudowana Wyspa Spichrzów i parki w miejsce cmentarzy, wyliczać i zestawiać można dalej. I dopiero z sumy owych elementów – istniejących na powierzchni warstw, pod którymi wszakże rozpościera się „inne” miasto, zatracone i zapomniane, bo taki już los Troi i Atlantyd, które jednak trwają, choć w zmieniającej się postaci – budować można współczesną gdańską narrację. Właśnie na owym przemieszaniu, palimpsestowości jako znaku chwiejnej tożsamości, ale też nieustającej pracy pamięci, mającej wszelako świadomość, iż tyle odzyskiwanej, ile bezpowrotnie traconej, osuwającej się w rejony zapomnienia, można budować nie mit, lecz współczesną sygnaturę gdańskości. Owszem, wielokulturowej, pamiętającej o momentach chwały i wcale częstych chwilach bynajmniej niechwalebnych, mierzącej się z tym co trudne, dramatyczne, usunięte. Dążącej do odsłonięcia Tajemnicy i utraconej – czy na zawsze? – całości, którą odsłonić może jedynie literatura, mocą zapamiętanego szczegółu i doświadczonego Miejsca, kreśląca imaginacyjnym gestem dopełnienia gdańsko-trojańską opowieść o odzyskiwanej całości, jak w „mocnym”, alegorycznym, opisie nieistniejącego domu przy Grottgera 17. Który zaistniał na tyle sugestywnie, że uwierzyliśmy – my, wspólnota czytających – iż ten dom jest, choć pisarz dyskretnie zapisał jego istnienie w formule czasu przeszłego. Trwa, jakby na przekór horrorom i chichotom historii, które nie oszczędzały północnego miasta mgieł, melancholii i tajemnicy istnienia:
Cóż to był za dom! Na wieżyczkę z galeryjką wchodziło się po czarnych schodkach, pod spiczasty dach z cynkową kulą na szczycie; […] Dachówki prusko-ciemnoczerwone, z mchem w spojeniach, […] a pod każdym oknem linia cegiełek z oliwkową glazurą. Weranda była duża, dwupiętrowa, patrzyło się z niej na ogród, ścieżka z ubitej czarnej ziemi biegła wśród strzyżonych bukszpanów ku żelaznej bramie, pod gęsty cis, który ocieniał grządki obłożone kobaltowymi kafelkami. (H, 72)
[1] Kilka cytatów w tekście za wydaniami: S. Chwin, Krótka historia pewnego żartu, Kraków 1991 (skrót literowy K) oraz tenże: Hanemann, Gdańsk 1995 (skrót literowy H).
Doświadczenia, które ukształtowały mnie jako pisarza, wiążą się z miejscem, w którym przyszedłem na świat i w którym spędziłem swoją młodość, można w nich jednak ujrzeć także obraz doświadczeń pewnego pokolenia Polaków – mam na myśli ludzi, którzy przeżyli sporą część swego życia na – jak mówi Czesław Miłosz – „terenach mieszanych”, choć oczywiście to, co mi się przydarzyło, ma także rys osobisty, jakiego nie dostrzegam u innych.
Uczyliśmy się o Mickiewiczu, Kościuszce i Gałczyńskim w neogotyckich gmachach z ciemnej cegły, poniemieckich gimnazjach, które pamiętały jeszcze Wilhelma II, co niedziela prowadzono nas do poniemieckich kościołów garnizonowych, w których przed wymarszem na front rosyjski w roku 1916 modlili się huzarzy generała von Treskova, całymi klasami chodziliśmy na film o Czapajewie do ewangelickich zborów, które po wojnie przerobiono na kina, czekaliśmy na pociąg w oszklonych halach dworców, które wzniesiono za Friedricha Eberta, a ślubów nam udzielano w poniemieckich urzędach, pamiętających czasy Bismarcka. Dawne miasta o obcych nazwach przestały istnieć, lecz przetrwała sieć ulic, parków, kanałów, linii tramwajowych, która nadal kieruje naszymi krokami. To życie na śladach raczej nie interesowało polskich pisarzy. Jeśli pisano o „terenach mieszanych”, to przede wszystkim o ich polityczno-gospodarczo-kulturalnym odzyskiwaniu dla polskości.
Moja Matka przyjechała do Gdańska 30 września 1945 roku. Wysiadając z warszawskiego pociągu, aż się cofnęła na widok tego, co zobaczyła przed dworcem, choć po tym, co przeszła w Powstaniu, właściwie nic nie powinno jej zadziwić. Pola gruzów z ruiną wypalonego Kościoła Mariackiego (Marienkirche) i ściętą artyleryjskim pociskiem wieżą Ratusza ciągnęły się aż po horyzont. Miasto „Danzig” właściwie nie istniało.
Jeszcze jesienią 1944 roku tu, przed dworcem, gdzie stanęła po wyjściu z pociągu, było kilka piękniejszych gdańskich ulic. Potem Rosjanie otoczyli Gdańsk od wschodu i południa, rozpoczęło się oblężenie, Hitler ogłosił miasto twierdzą, wykluczając pod groźbą kary śmierci kapitulację, na ulicach Langfuhr pojawiły się patrole SS, które wyłapywały młodych dezerterów z Wehrmachtu i wieszały ich na drzewach i latarniach w Wielkiej Alei, a w narastającym huku artyleryjskiej kanonady, która potężniała z godziny na godzinę, w ogniu i dymie, jak z prześwietlonej fotograficznej kliszy sprzed dworca zaczęły znikać jeden po drugim piękne budynki zbudowane na przełomie wieków – hotel „Deutscher Hof”, „Grand Hotel Reichshof”, „Continental”, a z całego hotelu „Danziger Hof” została tylko jedna zwęglona ściana. Przed Bramą Wyżynną (Hohe Thor), na podziurawioną lejami jezdnię, runął strącony z cokołu konny posąg Wilhelma I, przed którym 27 września 1914 roku sam marszałek Paul von Hindenburg odbierał defiladę oddziałów niemieckiej armii podczas uroczystej prezentacji rosyjskich armat zdobytych przez wojska niemieckie w Prusach Wschodnich. Gmach Senatu Wolnego Miasta i gmach Zarządu Prowincji zniknęły w płomieniach. Po wyjściu z dworca moja Matka wsiadła na konną furmankę i pojechała w stronę Akademii Lekarskiej we Wrzeszczu. Jadąc Wielką Aleją, patrzyła na zburzoną stocznię Schichaua, w której miała później pracować wiele lat.
Pejzaż tamtego Gdańska dobrze pamiętam. Był to pejzaż mojego dzieciństwa. W gorące dni sierpnia czy września wiatr niósł nad jezdniami tumany czerwonego pyłu pokruszonej cegły. Szedłem z rodzicami na Stare Miasto, a raczej tam, gdzie kiedyś było Stare Miasto, i patrzyłem na wszystko. Gdańsk był miastem po wielkiej ucieczce. Zimą 1945 roku w blaskach wielkiego pożaru na ostrzeliwanych okrętach odpłynęły stąd za morze tysiące kobiet, mężczyzn i dzieci, z których mało kto miał tu kiedykolwiek powrócić. Gdy tak szedłem ulicami, geologiczny przekrój zburzonego miasta – niczym pień przeciętej sekwoi – opowiadał mi swoją Historię. Pod ruinami domów z lat trzydziestych ciemniały zmurszałe cegły średniowiecznych piwnic, na barokowych portalach leżały strzaskane gotyckie kolumny, a z głębi lejów po bombach, wypełnionych czarną wodą, wystawały skamieniałe belki drewnianych domów z pradawnego czasu. Jak Schliemann, który chciał odnaleźć miasto opisane w Iliadzie, szukałem miasta, którego nie było, i nie wiedziałem, która z tych Troi, których szczątki się przede mną odsłaniają, jest Troją prawdziwą. Bo zawsze można było sięgnąć głębiej, w miazgę cegieł, drewna, metalu, i dokopać się jeszcze warstw starszych. Czas zapomniał tu o chronologii przemijania. Przemieszały się lata i epoki. Potem pojąłem, że Troja prawdziwa, ta, której szukam, może istnieć tylko w wyobraźni. Zburzony Gdańsk mówił mi o nietrwałości wszelkich dzieł ludzkich i może właśnie wtedy, któregoś dnia, podczas wędrówki po ruinach, przyszło mi do głowy, że to miasto, które zniknęło w dymie i ogniu, może przetrwać – choćby tylko na jakiś czas -– tylko w sztuce. Idąc przez ruiny barokowych kamienic, obok wypalonego teatru miejskiego na Targu Węglowym (Kohlmarkt) i ruin domu towarowego braci Freymann, mijając Dwór Bractwa św. Jerzego i skręcając w ulicę Długą (Langgasse), dochodziliśmy przez Zieloną Bramę (Grune Thor) do mętnych wód Motławy (Mottlau). Po drugiej stronie rzeki z kamiennego nabrzeża widać było spalone gmachy Wyspy Spichrzów (Speicher Insel), a ja oczami chłonąłem wszystko, co widziałem dookoła, bo wszystko chciałem zapamiętać, by potem narysować i może opisać.
To właśnie tu, na Wyspie otoczonej wodami Motławy, Gdańsk przez stulecia budował swoją potęgę jako wielki ośrodek handlu zbożem. To tu zwożono pszenicę z Polski, Białorusi, Litwy i Ukrainy. Tu też, w ciemnych kanałach rzeki, za których zanieczyszczenie groziła w czternastym wieku kara śmierci, kończyły swoją wędrówkę sosny spławiane Wisłą, które wieziono później do Holandii, Anglii, Hiszpanii, i pewnie któreś z tych pięknych drzew jako smukły maszt trafiło na hiszpański żaglowiec o nazwie „Santa Maria”, na którego pokładzie Krzysztof Kolumb dopłynął do dalekiego kontynentu. Bo bez sosen, spławianych przez Gdańsk, z których budowano wielkie oceaniczne żaglowce, kolonialne imperia nie mogły nawet marzyć o bogactwach Afryki, Nowej Gwinei i Indii Zachodnich.
W najlepszych latach Gdańska na wyspie, na której teraz wznosiły się porośnięte brzózkami spalone ruiny, stało ponad sto pełnych zboża spichrzów. Ilekroć obce armie rozpoczynały oblężenie, tam właśnie – w to miejsce, gdzie gromadzono chleb dla miasta – kierowano lufy armat. Wielki pożar strawił wyspę już w roku 1807, gdy artyleria Napoleona zbombardowała śródmieście.
4. Herb Gdańska na fasadzie Złotej Bramy. Fot. Stefan Chwin
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
© Copyright to text and photos Stefan Chwin, 2024
Koncepcja książki, wybór, układ i redakcja tekstów oraz wybór i opisy zdjęć: Krystyna Chwin
Korekta: Krystyna Chwin
Konsultacje redakcyjne: Jarosław Zalesiński
Przygotowanie: Katarzyna Rek
Projekt okładki: Piotr Gil
Fotografia Stefana Chwina na I stronie okładki: Marek Szczepański
Fotografie: Stefan Chwin i Archiwum
ISBN 978-83-89859-84-6
© Copyright Stefan Chwin
Wydawca:
Wydawnictwo „Tytuł” Krystyna Chwin
ul. Amundsena 5 C lok. 31
80-288 Gdańsk