Pod napięciem - Jeffery Deaver - ebook

Pod napięciem ebook

Jeffery Deaver

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 
Nowy Jork drży ze strachu przed falą zamachów. Ich sprawca dysponuje potężną bronią, niewidzialną i wszechobecną - miejską siecią energetyczną. Potrafi manipulować przesyłem energii, wywołując łuk elektryczny o sile stapiającej stal, a przełączając kilka przewodów w instalacji budynku, potrafi zmienić w śmiertelną pułapkę klamkę u drzwi, metalową poręcz i windę. Tropy wskazują na udział tajemniczej, nowej grupy terrorystycznej. Do akcji włącza się Lincoln Rhyme ze swoim zespołem, przy wsparciu FBI i federalnego departamentu bezpieczeństwa, nadzorując równocześnie pościg za Zegarmistrzem, jednym z niewielu morderców, którym udało się wymknąć Rhyme'owi. Nawał pracy odbija się na stanie zdrowia sparaliżowanego kryminalistyka. Jego zbuntowane ciało może narazić na niebezpieczeństwo członków ekipy śledczej i niewinnych ludzi - ofiary kolejnych zamachów. 
[Opis okładkowy] 

 

Cykl: Lincoln Rhyme, t. 9 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczna w Małomicach 
Gminny Ośrodek Kultury w Domaniewicach 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy w Gostyniu 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Jarocin (2) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu (2) 
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Kole 
Gminna Biblioteka Publiczna w Komorowie Żuławskim 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie (2) 
Miejska Biblioteka Publiczna w Łomży (3) 
Miejska Biblioteka Publiczna w Mińsku Mazowieckim 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim 
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Słupcy 
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie 
Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Wola m.st. Warszawy 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Stefana Żeromskiego w Zakopanem 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 546

Rok wydania: 2010

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




 

POD NAPIĘCIEM

 

POLECAMY

JEFFERY

DEAVER

• Tańczący Trumniarz
• Panieński grób
• Kamienna małpa
• Ogród bestii
• Mag
• Zegarmistrz
• Śpiąca Laleczka
• Błękitna Pustka
• Spirale strachu
• Dar języków
• Kolekcjoner Kości
• Spirale grozy
• Manuskrypt Chopina
• Miedziana bransoleta
• Przydrożne krzyże
• Porzucone ofiary
• Rozbite okno

 

JEFFERY

DEAVER

POD

NAPIĘCIEM

 

Przełożył Łukasz Praski

 

Prószyński i S-ka

 

Tytuł oryginału

THE BURNING WIRE

 

Copyright © 2010 by Jeffery Deaver

All rights reserved

 

Projekt okładki

© Stone/Getty Images/Flash Press Media

 

Redaktor prowadzący

Katarzyna Rudzka

 

Redakcja

Wiesława Karaczewska

 

Korekta

Grażyna Nawrocka

 

Łamanie

Ewa Wójcik

 

ISBN 978-83-7648-512-6

 

Warszawa 2010

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7 www.proszynski.pl

 

Druk i oprawa

Drukarnia Naukowo-Techniczna

Oddział Polskiej Agencji Prasowej SA

03-828 Warszawa, ul. Mińska 65

 

Dla wybitnej redaktorki

Marysue Rucci

 

Do diabła, nie mamy żadnych reguł. Staramy się coś osiągnąć.

 

Thomas Alva Edison o tworzeniu pierwszej sieci

elektroenergetycznej

Trzydzieści siedem godzin przed Dniem Ziemi

 

ISpecmonter

 

Człowiek od szyi w dół jest wart parą dolarów dziennie, od szyi

w górą jest wart tyle, ile zdoła wypracować jego mózg.

 

Thomas Alva Edison

Rozdział 1

 

Siedząc w centrum sterowania wielkiego kompleksu koncernu energetycznego Algonquin Consolidated Power and Light nad East River w nowojorskim Queens, kierownik dziennej zmiany zmarszczył brwi na widok czerwonego komunikatu, jaki zaczął migotać na ekranie monitora.

 

Awaria krytyczna

 

Poniżej wyświetliła się dokładna godzina zdarzenia: 11.20:20:003.

Odstawił kawę w kartonowym biało-niebieskim kubku, ozdobionym postaciami greckich sportowców, i wyprostował się na skrzypiącym krześle obrotowym.

Pracownicy centrum sterowania przedsiębiorstwa energetycznego siedzieli przy pojedynczych stanowiskach roboczych jak kontrolerzy ruchu lotniczego. W przestronnym, rzęsiście oświetlonym pomieszczeniu centralne miejsce zajmował ogromny płaski monitor, informujący o przepływie energii elektrycznej przez sieć Northeastern Interconnection, która zaopatrywała w prąd Nowy Jork, Pensylwanię, New Jersey i Connecticut. Układ i wystrój centrum wyglądałyby całkiem nowocześnie - gdyby był rok 1960.

Kierownik zerknął na tablicę pokazującą przepływ prądu z elektrowni w całym kraju: z turbin parowych, reaktorów i hydroelektrowni na wodospadzie Niagara. Jedna z maleńkich nitek plątaniny spaghetti, przedstawiającej linie elektryczne, nie działała tak, jak należy. Pulsowało czerwone kółeczko.

Awaria krytyczna...

- Co jest? - zapytał kierownik. Siwowłosy mężczyzna o wydatnym brzuszku, rysującym się pod białą koszulą z krótkim rękawem, z trzydziestoletnim doświadczeniem w branży energetycznej, był przede wszystkim zaciekawiony. Choć lampki alarmowe, sygnalizujące zdarzenia krytyczne, zapalały się od czasu do czasu, prawdziwe zdarzenia krytyczne należały do rzadkości.

- Mam komunikat o całkowitym odłączeniu MH-12.

Ciemna, automatyczna podstacja Algonquin numer 12, znajdująca się w Harlemie - skrót MH oznaczał Manhattan - była ważnym węzłem sieci w tym rejonie. Odbierała 138 000 woltów i przepuszczała je przez transformatory, które redukowały napięcie do dziesięciu procent wartości wejściowej, rozdzielały je i przesyłały dalej.

Na wielkim ekranie, pod godziną zdarzenia i suchym komunikatem o awarii krytycznej, rozbłysły czerwienią kolejne słowa.

 

MH-12 wyłączone z sieci

 

Kierownik zaczął stukać w klawiaturę komputera, przypominając sobie o czasach, gdy pracowano przy użyciu radia, telefonów i izolowanych przełączników, w zapachu oleju, mosiądzu i rozgrzanego bakelitu. Przeczytał gęsty, skomplikowany fragment tekstu na ekranie.

-Automaty się otworzyły? - rzekł cicho, jak gdyby do siebie. - Dlaczego? Przecież obciążenie jest normalne.

Ukazała się następna informacja.

 

MH-12 wyłączone z sieci. PK do rejonu zasięgu awarii z MH-17,

MH-10, MH-13, NJ-18

 

- Mamy przekierowanie obciążenia - zawołał ktoś niepotrzebnie.

Na przedmieściach i na wsi sieć jest widoczna gołym okiem - linie wysokiego napięcia, słupy i przewody, doprowadzające prąd do domu. Kiedy siądzie linia, bez kłopotu można zlokalizować i usunąć usterkę. W wielu miastach jednak, takich jak Nowy Jork, energia elektryczna płynie izolowanymi kablami pod ziemią. Ponieważ z czasem izolacja ulega powolnemu zniszczeniu i uszkodzeniu przez wody gruntowe, w wyniku czego dochodzi do zwarć i przerw w dostawach prądu, firmy energetyczne stosują podwójną, a nawet potrójną redundancję zasilania. Gdy padła podstacja MH-12, komputer automatycznie zaczął kierować do klientów prąd z innych węzłów sieci.

- Nie ma zaników ani spadków napięcia! - zawołał inny technik.

Energia elektryczna w sieci przypomina wodę doprowadzoną do budynku pojedynczą rurą i wypływającą z wielu odkręconych kranów. Kiedy jeden z nich zostaje zakręcony, w pozostałych wzrasta ciśnienie. Prąd elektryczny zachowuje się tak samo, choć porusza się znacznie szybciej od wody - ponad miliard kilometrów na godzinę. A ponieważ Nowy Jork potrzebował ogromnej ilości energii, w podstacjach wykonujących dodatkową pracę napięcie - odpowiednik ciśnienia wody - było wysokie.

Ale system został tak skonstruowany, by poradzić sobie z takim zdarzeniem i wskaźniki napięcia nie wykraczały poza zieloną część skali.

Kierownika niepokoiło jednak pytanie, dlaczego w ogóle automatyczne wyłączniki odcięły podstację MH-12. Najczęściej automaty puszczały albo z powodu zwarcia, albo wyjątkowo dużego zapotrzebowania na energię w porze największego obciążenia sieci - wcześnie rano, podczas godzin szczytu i wczesnym wieczorem, lub podczas upałów, gdy prądożercze klimatyzatory domagały się zwiększonej porcji paliwa.

Żadna z tych sytuacji nie wchodziła w grę o godzinie 11.20:20:003 przyjemnego kwietniowego dnia.

- Wyślijcie do MH-12 specmontera. Może to felerny kabel. Albo zwarcie w...

W tym momencie zapaliło się drugie czerwone światełko.

 

Awaria krytyczna

NJ-18 wyłączone z sieci

 

Padła następna lokalna podstacja znajdująca się niedaleko Paramus w New Jersey. Był to jeden z węzłów, które przejęły pałeczkę po odłączeniu MH-12.

Kierownik wydał z siebie ni to śmiech, ni to kaszlnięcie. Jego twarz zmarszczyła się w konsternacji.

- Cholera, co się dzieje? Obciążenie jest w granicach tolerancji.
- Wszystkie czujniki i wskaźniki działają - zameldował jeden z techników.
- SCADA nawala? - zawołał kierownik. Imperium energetyczne Algonquin nadzorował skomplikowany system SCADA, pracujący na potężnych uniksowych komputerach. Pamiętna awaria na północnym wschodzie w 2003 roku została spowodowana między innymi serią błędów oprogramowania. Dzisiejsze systemy nie dopuściłyby do podobnej katastrofy, co nie oznaczało jednak, że nie mogło dojść do innego komputerowego kiksa.
- Nie wiem - rzekł wolno jeden z jego asystentów. - Ale wydaje mi się, że raczej tak. Według diagnostyki, nie ma żadnego fizycznego problemu z liniami ani rozdzielnicami.

Kierownik patrzył na ekran, czekając na kolejny logiczny komunikat o tym, która nowa podstacja - lub podstacje - wypełnią lukę po stracie NJ-18.

Ale nie pojawiała się żadna informacja.

Tylko trzy podstacje na Manhattanie, 17, 10 i 13, zasilały dwa rejony, które w przeciwnym razie pozostałyby bez prądu. Program SCADA nie robił tego, co powinien: nie sprowadzał na pomoc innych stacji. Ilość energii przyjmowanej i wysyłanej przez każdą z trzech stacji drastycznie wzrastała.

Kierownik potarł brodę i nie doczekawszy się włączenia innej podstacji, która przyszłaby z pomocą zagrożonej części miasta, polecił starszemu asystentowi:

- Włącz ręcznie dostawę z Q-14 do wschodniego rejonu MH-12.

- Tak jest.

Po chwili kierownik warknął:

- Nie zaraz - teraz.
- Hm, właśnie próbuję.
- Próbujesz. Jak to próbujesz?! - Wykonanie zadania wymagało kilku uderzeń w klawiaturę.
- Urządzenia rozdzielcze nie reagują.
- Niemożliwe! — Kierownik pokonał kilka kroków dzielących go od komputera asystenta. Wstukał polecenia, które mógłby wpisać z zamkniętymi oczami.

Nic.

Wskaźniki napięcia pokazywały koniec zielonej skali, zbliżając się do żółtej.

- Niedobrze - mruknął ktoś. - Mamy problem.

Kierownik wrócił pędem za swoje biurko i opadł na krzesło. Kubek z greckimi sportowcami i batonik musli poleciały na podłogę. Nie zwrócił na to uwagi.

Potem przewróciła się kolejna kostka domina. Zaczęła pulsować trzecia czerwona kropka jak środek tarczy, a system SCADA w swój beznamiętny sposób zakomunikował:

 

Awaria krytyczna

MH-17 wyłączone z sieci

 

- No nie, jeszcze jedna? - rozległ się czyjś szept.

I tak jak poprzednio, żadna podstacja nie pośpieszyła z pomocą, by zaspokoić wilczy apetyt nowojorczyków na energię. Dwie stacje wykonywały pracę pięciu. Rosła temperatura przewodów elektrycznych, wchodzących i wychodzących ze stacji, a wskaźniki napięcia na wielkim ekranie były już w połowie żółtej strefy.

 

MH-12 wyłączone z sieci. NJ-18 wyłączone z sieci. MH-17 wyłączone

z sieci. PK do rejonu zasięgu awarii z MH-10, MH-13

 

- Zwiększyć dostawy do tych rejonów - rzucił kierownik. - Nie obchodzi mnie, jak to zrobicie. Skądkolwiek.

Kobieta na stanowisku kontrolnym obok raptownie się wyprostowała.

- Mam czterdzieści kilowoltów na liniach z Bronksu.

Czterdzieści tysięcy woltów - niewiele, zwłaszcza że trudno byłoby przesłać je przez linie średniego napięcia, przeznaczone na około jedną trzecią takiej wartości.

Komuś innemu udało się sprowadzić prąd z Connecticut.

Może jednak uda się opanować sytuację.

- Jeszcze!

Ale nagle kobieta kradnąca zasilanie z Bronksu powiedziała zduszonym głosem:

- Zaraz, przesył zmniejszył się do dwudziestu tysięcy. Nie mam pojęcia dlaczego.

To samo działo się w całym regionie. Gdy tylko któremuś z techników udało się sprowadzić trochę więcej prądu, by zmniejszyć obciążenie, nowe źródło wkrótce wysychało.

Dramat rozgrywał się w zawrotnym tempie.

Miliard kilometrów na godzinę...

Zobaczyli jeszcze jedno czerwone kółeczko Jeszcze jedną ranę od kuli.

 

Awaria krytyczna

MH-13 wyłączone z sieci

 

Szept:

- Nie wierzę, że to się naprawdę dzieje.

 

MH-12 wyłączone z sieci. NJ-18 wyłączone z sieci. MH-17 wyłączone

z sieci. MH-13 wyłączone z sieci. PK do rejonu zasięgu awarii z MH-10

 

Przypominało to sytuację, gdy woda zgromadzona w ogromnym zbiorniku próbuje się przecisnąć przez wąski kranik, taki jak w drzwiach lodówki, z którego nalewa się zimną wodę. Napięcie prądu płynącego do stacji MH-10, znajdującej się w starym budynku przy Pięćdziesiątej Siódmej Zachodniej w dzielnicy Clinton na Manhattanie, było cztero-czy pięciokrotnie wyższe od normalnego i wciąż rosło. Wyłączniki automatyczne mogły się lada chwila otworzyć, zapobiegając eksplozji i pożarowi, ale cofając sporą część środkowego Manhattanu do czasów kolonialnych.

- Północ chyba lepiej działa. Spróbujcie sprowadzić coś z północy. Na przykład z Massachusetts.
- Mam coś: pięćdziesiąt, sześćdziesiąt kilowoltów. Z Putnam.
- Dobra.
- Chryste Panie! - krzyknął ktoś nagle.

Kierownik nie wiedział, kto to; wszyscy siedzieli pochyleni nad swoimi stanowiskami, wpatrując się jak zahipnotyzowani w ekrany monitorów.

- Co jest? - wybuchnął. - Nie chcę słyszeć w kółko tego samego. Co?
- Ustawienia automatów na MH-10! Patrzcie! Ustawienia!

Och, nie. Nie...

Wyłączniki automatyczne w podstacji MH-10 zostały zresetowane. Mogły przyjąć na wejściu dziesięciokrotność dopuszczalnej mocy.

Gdyby centrum Algonquin nie zdołało szybko zredukować napięcia atakującego stację, jej linie i rozdzielnice przepuściłyby śmiertelnie wysoką falę energii elektrycznej. Nastąpiłby wybuch stacji. Ale wcześniej prąd przemknąłby liniami średniego napięcia do podziemnych transformatorów pod ulicami na południe od Lincoln Center i do sieci w biurowcach i wieżowcach. Niektóre wyłączniki automatyczne przerwałyby obwód, ale niektóre starsze transformatory i tablice rozdzielcze stopiłyby się po prostu w bryły metalu, nie stawiając żadnego oporu prądowi, który ruszyłby dalej, wywołując pożary i gwałtowne wyładowania łukowe, które śmiertelnie poparzyłyby każdego, kto znalazłby się w pobliżu jakiegoś urządzenia albo gniazdka.

Po raz pierwszy kierownik pomyślał: terroryści. To zamach terrorystyczny.

- Dzwońcie do Bezpieczeństwa Krajowego i na policję! - krzyknął. - I ustawcie je. Ustawcie te pieprzone automaty!
- Nie reagują. Nie mogę się dostać do MH-10.
- Jak to, cholera, nie możesz się dostać?
- Nie...
- Ktoś tam jest? Jezu, jeżeli ktoś tam jest, natychmiast każcie mu wiać! - Podstacji działały bezobsługowo, lecz od czasu do czasu robotnicy wchodzili do nich wykonać rutynowe konserwacje i naprawy.
- Jasne, robi się.

Paski wskaźnika sięgały już czerwonej części skali.

- Szefie? Może powinniśmy zrzucić obciążenie?

Kierownik zgrzytnął zębami, zastanawiając się nad tym. Planowane wyłączenie, czyli zrzut obciążenia, należało do nadzwyczajnych środków, stosowanych w elektroenergetyce. „Obciążeniem” nazywano ilość energii używanej przez odbiorców. Zrzut polegał na ręcznym, kontrolowanym odłączaniu pewnych elementów sieci, aby zapobiec poważniejszej awarii systemu przesyłowego.

Było to ostateczne narzędzie operatora w walce o utrzymanie funkcjonowania sieci i mogło przynieść katastrofalne skutki w gęsto zaludnionej części Manhattanu, która znalazła się w zagrożeniu. Straty wynikające z samego uszkodzenia komputerów mogłyby sięgać dziesiątków milionów, niewykluczone też, że nie obyłoby się bez ofiar, nawet śmiertelnych. Ludzie nie mogliby się dodzwonić pod dziewięćset jedenaście. Karetki i radiowozy policyjne utknęłyby w korkach na skrzyżowaniach pozbawionych sygnalizacji świetlnej. Zatrzymałyby się windy. Wybuchłaby panika. Podczas awarii sieci elektrycznej zawsze zwiększała się liczba rozbojów, kradzieży i gwałtów, nawet w biały dzień.

Dzięki energii elektrycznej ludzie byli uczciwsi.

- Szefie? - powtórzył rozpaczliwym tonem technik.

Kierownik patrzył na rosnące wskaźniki napięcia. Chwycił telefon

i zadzwonił do swojego przełożonego, wiceprezesa w Algonquin.

- Herb, mamy problem. - Poinformował go o sytuacji.
- Jak do tego doszło?
- Nie wiemy. Wydaje mi się, że to mogą być terroryści.
- Boże. Dzwoniłeś do Bezpieczeństwa Krajowego?
- Tak, przed chwilą. Staramy się przede wszystkim ściągnąć więcej prądu do rejonu awarii. Nie mamy szczęścia.

Przyglądał się, jak wskaźnik wspina się po czerwonej strefie skali.

- No dobrze - powiedział wiceprezes. - Co radzisz?
- Nie mamy wielkiego wyboru. Zrzut obciążenia.
- Kawał miasta zostanie bez prądu na co najmniej jeden dzień.
- Nie widzę innego wyjścia. Przy takim napięciu na wejściu stacja wyleci w powietrze, jeżeli czegoś nie zrobimy.

Jego szef zamyślił się na moment.

- Przez Manhattan dziesięć biegnie jeszcze jedna linia przesyłowa, zgadza się?

Kierownik spojrzał na tablicę. Kabel wysokiego napięcia, przechodzący przez podstację, biegł na zachód i zaopatrywał w energię część New Jersey.

- Tak, ale jest wyłączony z sieci. Po prostu jest tam w kanale.
- Ale mógłbyś go przyłączyć i wykorzystać do odciążenia linii?
- Ręcznie?... Chyba tak, chociaż... to by oznaczało, że muszę wysłać ludzi do MH-10. A jeżeli nie uda się zredukować napięcia, dopóki nie skończą, powstanie łuk. Zabije ich. Albo będą mieli poparzenia trzeciego stopnia na całym ciele.

Chwila ciszy.

- Zaczekaj. Zadzwonię. Zobaczymy, co powie Jessen.

Czyli prezes zarządu koncernu Algonquin. Załoga nazywała swojego szefa „Wszech-Moc”.

Czekając, kierownik patrzył na otaczających go techników.

Wciąż patrzył też na tablicę. Na rozjarzone czerwone kółka.

Awaria krytyczna...

Wreszcie w słuchawce ponownie odezwał się wiceprezes. Głos nieco mu się łamał. Szef odchrząknął i po chwili oznajmił:

- Masz wysłać ludzi. Ręcznie podłączyć kabel do sieci.
- Tak mówi Jessen?

Znów chwila ciszy.

- Tak.

- Nie mogę nikomu kazać tam wejść - szepnął kierownik. - To samobójstwo.

- To znajdź ochotników. Jessen mówi, że pod żadnym, słyszysz, pod żadnym pozorem nie wolno ci robić zrzutu obciążenia.

Rozdział 2

 

Kierowca sunął autobusem M70 wraz ze sznurem samochodów w kierunku przystanku na Pięćdziesiątej Siódmej, niedaleko miejsca, gdzie Dziesiąta Aleja przechodzi w Amsterdam. Był w niezłym nastroju. Nowy autobus - niskopodłogowy model z przyklękiem, który opuszczał się przy chodniku, by ułatwić wsiadanie - wyposażono w pochylnię dla niepełnosprawnych, fantastyczny układ kierowniczy oraz, co najważniejsze, siedzenie przyjazne dla siedzenia kierowcy.

Bóg mu świadkiem, że bardzo tego potrzebował, spędzając za kółkiem osiem godzin dziennie.

Nie interesowało go metro ani kolejki Long Island czy Metro North. Nie, uwielbiał autobusy, mimo obłędnego ruchu, wrogości i arogancji na ulicach. Uważał jazdę autobusem za wyjątkowo demokratyczną. Taksówki były drogie i cuchnące; metro nie zawsze dowoziło pasażera tam, gdzie chciał. A poruszać się pieszo? Przecież to Manhattan. Jeżeli ktoś miał na to czas, świetnie, ale kto miał? Poza tym lubił ludzi i podobało mu się, że każdą osobę, która wsiadała do jego autobusu, mógł powitać skinieniem głowy i uśmiechem. Nowojorczycy, w przeciwieństwie do opinii wielu ludzi, nie byli wcale nieprzyjaźni. Czasem po prostu nieśmiali, niepewni, zamyśleni.

Często wystarczył uśmiech, jedno słowo, kiwnięcie głowy... i zyskiwał nowego znajomego.

Lubił to, nawet gdyby znajomość miała się zakończyć sześć czy siedem skrzyżowań dalej.

Witając pasażerów, miał też okazję wypatrzyć psycholi, pijaczków, speedziarzy i ćpunów i zdecydować, czy powinien wcisnąć przycisk alarmowy.

W końcu to był Manhattan...

Dziś wstał piękny, bezchmurny i rześki dzień. Kwiecień. Jeden z jego ulubionych miesięcy. Około wpół do dwunastej w autobusie tłoczyli się ludzie zmierzający na wschód, gdzie umówili się z kimś na lunch albo chcieli wykorzystać wolną godzinę na załatwienie jakiejś sprawy. Jadąc w poruszającym się wolno strumieniu aut, skierował swój wielki pojazd na przystanek, gdzie czekało kilka osób.

Zbliżając się tam, przypadkiem rzucił okiem na stary brązowy budynek. Pochodził on z początku dwudziestego wieku, miał okratowane okna, ale wewnątrz zawsze panował mrok; kierowca nigdy nie widział, by ktokolwiek tam wchodził lub stamtąd wychodził. Trochę straszne miejsce, przypominające więzienie. Na froncie wisiała łuszcząca się tablica z białym napisem na niebieskim tle.

 

ALGONOUIN CONSOLIDATED POWER AND LIGHT

PODSTACJA MH-10

UWAGA: WYSOKIE NAPIĘCIE. WSTĘP WZBRONIONY

 

Rzadko zwracał uwagę na budynek, ale dziś jego wzrok przyciągnęło coś niecodziennego. Nigdy czegoś takiego nie widział. Z okna na wysokości około trzech metrów zwisał przewód o średnicy ponad centymetra, pokryty ciemną izolacją prawie do końca, gdzie plastik czy gumę zdarto, odsłaniając srebrzyste pasma metalu, przyśrubowane do jakiegoś elementu, płaskiego kawałka mosiądzu. Grubaśny kabel, pomyślał kierowca.

I wywiesili go z okna. Czy to w ogóle bezpieczne?

Zahamował, zatrzymując autobus na przystanku i wciskając guzik otwierający drzwi. Uruchomił się mechanizm przyklęku i podłoga obniżyła się nad chodnikiem, a metalowy stopień zawisł parę centymetrów nad ziemię.

Kierowca odwrócił szeroką, rumianą twarz w stronę drzwi, które rozsunęły się z miłym dla ucha hydraulicznym sykiem. Ludzie zaczęli wsiadać.

- Dzień dobry - powiedział wesoło kierowca.

Osiemdziesięciokilkuletnia kobieta, ściskając w ręku torbę z butiku Henriego Bendela, skinęła mu głową i podpierając się laską, poczłapała do tyłu, nie zważając na puste miejsca z przodu, zarezerwowane dla osób starszych i niepełnosprawnych.

Jak można nie uwielbiać nowojorczyków?

Dostrzegł nagły ruch w lusterku wstecznym. Migające żółte światła. Z tyłu nadjeżdżała furgonetka. Z Algonquin Consolidated. Wysiedli z niej trzej robotnicy i stanęli przed budynkiem, rozmawiając. Mieli skrzynki z narzędziami, grube rękawice i kurtki. Nie wyglądali na zadowolonych, ruszając wolnym krokiem do stacji transformatorowej; z pochylonymi ku sobie głowami naradzali się po drodze. Jedna z trzech głów pokręciła się złowróżbnie.

Kierowca spojrzał na ostatniego pasażera, który zamierzał wsiąść do autobusu, młodego Latynosa, trzymającego w ręku MetroCard. Mężczyzna zatrzymał się przed otwartymi drzwiami autobusu. Patrzył w stronę stacji transformatorowej spod zmarszczonych brwi. Unosił głowę, jak gdyby pochwycił jakiś zapach.

Ostra, gryząca woń. Coś się paliło. Kierowca pamiętał, że taki sam zapach towarzyszył awarii pralki, gdy doszło do zwarcia w silniku i spaliła się izolacja. Obrzydliwy, mdlący smród. Zza drzwi stacji unosiła się smużka dymu.

A więc dlatego zjawili się tu ludzie z Algonquin.

Będzie bałagan. Ciekawe, czy odetną prąd i wyłączą się światła na skrzyżowaniach. Dla niego to będzie koniec. Droga przez miasto, trwająca zwykle dwadzieścia minut, przeciągnie się do kilku godzin. Tak czy inaczej, lepiej będzie, jeżeli zrobi miejsce dla strażaków. Dał znak pasażerowi.

- Halo, proszę pana. Muszę jechać. Niech pan już wsia...

Gdy pasażer, wciąż z podejrzliwą miną wciągający zapach dochodzący z budynku, odwrócił się i wsiadł do autobusu, kierowca usłyszał jakieś trzaski z wnętrza stacji. Ostre i krótkie, przypominające wystrzały. Chwilę później cały chodnik między autobusem a kablem zwisającym z okna wypełnił błysk światła, jakby naraz zapłonęło kilkanaście słońc.

Pasażer zniknął w tumanie białego ognia.

Wzrok kierowcy przesłoniła seria szarych powidoków. Ogłuszył go grzmot, który brzmiał jak terkot i huk strzelby jednocześnie. Choć sam był przypięty pasami bezpieczeństwa, cisnęło go plecami na boczne okno.

Porażonymi uszami pochwycił echo wrzasku pasażerów.

Na wpół oślepionymi oczami dojrzał płomienie.

Tracąc przytomność, zastanawiał się, czy to nie on sam jest źródłem ognia.

Rozdział 3

 

Muszę wam powiedzieć. Wydostał się z lotniska. Godzinę temu widziano go w centrum Meksyku.

- Nie - powiedział z westchnieniem Lincoln Rhyme, zamykając na moment oczy. - Nie...

Amelia Sachs, siedząca obok jego cukierkowo czerwonego wózka Storm Arrow, pochyliła się nad czarną skrzynką telefonu głośnomówiącego i spytała:

- Co się stało? - Odgarnęła z twarzy rude włosy i ściągnęła je ciasno w koński ogon.
- Samolot wylądował, zanim dostaliśmy z Londynu informacje o locie - padła lakoniczna odpowiedź z głośnika. W głosie kobiety wyczuwało się energię. - Wygląda na to, że ukrył się w samochodzie dostawczym i wymknął przez wejście służbowe. Pokażę wam nagranie z kamery monitoringu, które dostaliśmy od policji meksykańskiej. Mam link. Chwileczkę. - Jej głos przycichł, gdy zwróciła się do swojego współpracownika, wydając mu polecenia dotyczące odtworzenia wideo.

Przed chwilą minęło południe. Rhyme i Sachs siedzieli w salonie na parterze jego domu przy Central Park West, niegdyś gotyckiego wiktoriańskiego budynku, który być może - jak lubił myśleć Rhyme - zamieszkiwali ludzie mający mało wspólnego ze staroświecką epoką wiktoriańską. Twardzi biznesmeni, podejrzani politycy, oszuści z klasą. Albo nieprzekupny komendant policji, znany z twardej ręki. Rhyme napisał kiedyś książkę o dawnych zbrodniach w Nowym Jorku i korzystając ze swoich źródeł, próbował prześledzić genealogię budynku. Nie udało mu się jednak ustalić rodowodu.

Rhyme zakładał, że kobieta, z którą rozmawiali, znajdowała się w nowocześniejszym obiekcie, trzy tysiące mil dalej: w Monterey, w siedzibie Biura Śledczego Kalifornii. Przed kilku laty agentka Kathryn Dance współpracowała z Rhyme’em i Sachs nad sprawą tego samego człowieka, którego właśnie ścigali. Przypuszczali, że naprawdę nazywa się Richard Logan. Mimo to Lincoln Rhyme, myśląc o nim, zazwyczaj używał jego pseudonimu - Zegarmistrz.

Był zawodowym przestępcą, planującym zbrodnie z taką samą precyzją, jaką poświęcał swojemu hobby i pasji - konstruowaniu zegarów. Rhyme i Zegarmistrz kilka razy starli się ze sobą: Rhyme pokrzyżował mu jeden plan, ale nie zdołał zapobiec innemu. Lincoln uważał się jednak za przegranego w tym pojedynku, ponieważ Zegarmistrz wciąż przebywał na wolności.

Rhyme oparł głowę o zagłówek wózka, wyobrażając sobie Logana. Widział go na własne oczy, z bliska. Szczupły, o chłopięcej czuprynie, patrzył na niego, jak gdyby rozbawiony faktem, że przesłuchuje go policja, która w ogóle się nie domyśliła, że planuje masowe morderstwo. Miał w sobie wrodzony spokój, który Rhyme uznał za najbardziej niepokojącą cechę jego charakteru. Emocje powodują nieostrożność i zwiększają prawdopodobieństwo popełnienia błędu, a nikt nie mógł podejrzewać Richarda Logana o emocjonalną osobowość.

Można go było wynająć do kradzieży, nielegalnego handlu bronią czy jakiegokolwiek innego przedsięwzięcia, które wymagało misternego planowania i bezwzględnego wykonania. Na ogół jednak wynajmowano go do morderstw - likwidował świadków, informatorów albo niewygodnych ludzi ze świata polityki i biznesu. Według ostatnich informacji, dostał zlecenie na kogoś w Meksyku. Rhyme zadzwonił do Dance, która miała liczne kontakty za południową granicą - i sama przed kilku laty omal nie zginęła z rąk wspólnika Zegarmistrza. Związana w ten sposób ze sprawą, reprezentowała stronę amerykańską w operacji, która miała na celu aresztowanie i przeprowadzenie ekstradycji podejrzanego, współpracując z oficerem śledczym Ministerialnej Policji Federalnej, młodym i pracowitym funkcjonariuszem Arturo Diazem.

Wczesnym rankiem dowiedzieli się, że Zegarmistrz wyląduje w stolicy Meksyku. Dance zadzwoniła do Diaza, któremu udało się uzyskać zgodę na wysłanie dodatkowych funkcjonariuszy na miejsce, żeby zatrzymali Logana. Ale według ostatnich relacji Dance, policjanci nie zdążyli.

- Jesteście gotowi obejrzeć wideo? - spytała Dance.
- Włączaj. - Rhyme poruszył jednym z niewielu funkcjonujących palców - wskazującym prawej ręki - i podjechał elektrycznym wózkiem bliżej ekranu. Był tetraplegikiem z uszkodzonym czwartym kręgiem szyjnym, prawie zupełnie sparaliżowanym od ramion w dół.

Na jednym z kilku płaskich monitorów w laboratorium ukazał się ziarnisty obraz z widokiem nocnego lotniska. Po obu stronach ogrodzenia na pierwszym planie walały się śmieci, porzucone kartony, puszki i beczki. W kadrze pojawił się kołujący prywatny odrzutowiec transportowy, a kiedy się zatrzymał, otworzył się tylny luk i wyskoczył z niego jakiś mężczyzna.

- To on - powiedziała cicho Dance.
- Nie widzę wyraźnie - odrzekł Rhyme.
- Nie ma wątpliwości, że to Logan - zapewniła go Dance. - Zdjęli częściowy odcisk palca - za chwilę zobaczysz.

Mężczyzna przeciągnął się i rozejrzał, orientując się w terenie. Następnie zarzucił na ramię torbę, skulony pobiegł w kierunku hangaru i ukrył się za nim. Kilka minut później zjawił się jakiś robotnik, niosąc paczkę wielkości dwóch pudełek na buty. Logan przywitał się z nim i wziął pudło, wręczając mu w zamian dużą kopertę. Robotnik rozejrzał się i szybko odszedł. Potem przy hangarze zatrzymał się pikap obsługi. Logan wsiadł do niego i schował się pod plandeką. Samochód zniknął z pola widzenia kamery.

- Co z samolotem? - spytał Rhyme.
- Poleciał do Ameryki Południowej w czarterowy lot. Obaj piloci twierdzą, że nie mieli pojęcia o pasażerze na gapę. Oczywiście kłamią. Ale nie mamy uprawnień, żeby ich przesłuchać.
- A ten robotnik? - włączyła się Sachs.
- Zdjęła go policja federalna. Zwykły pracownik lotniska z minimalną płacą. Twierdzi, że jakiś nieznajomy obiecał mu dwieście dolarów za dostarczenie paczki. Pieniądze były w tej kopercie. To z nich zdjęli odcisk.
- Co było w paczce? - zapytał Rhyme.
- Mówi, że nie wie, ale też kłamie - widziałam wideo z przesłuchania. Maglują go nasi ludzie z DEA. Chciałam sama spróbować wydobyć z niego jakieś informacje, ale uzyskanie pozwolenia trwałoby za długo.

Rhyme i Sachs wymienili znaczące spojrzenie. Wspominając o próbie „wydobycia informacji”, Dance zbyt skromnie mówiła o swoich umiejętnościach. Była specjalistką w dziedzinie kinezyki - mowy ciała - i jednym z najlepszych fachowców od przesłuchań w kraju. Ale między dwoma państwami panowały tak skomplikowane stosunki, że policjant z Kalifornii, chcąc oficjalnie przeprowadzić przesłuchanie w Meksyku, musiałby pokonać potężne przeszkody biurokratyczne, podczas gdy działalność amerykańskiej agencji antynarkotykowej została już tam usankcjonowana.

- Gdzie w stolicy widziano Logana? - dopytywał się dalej Rhyme.
- W dzielnicy biznesowej. Wyśledzono go w hotelu, ale się w nim nie zatrzymał. Ludzie Diaza przypuszczają, że miał tam spotkanie. Zanim zdążyli zacząć obserwację, zniknął. Ale wszystkie organa ścigania w kraju i hotele mają już jego zdjęcie. - Dance dodała, że śledztwo przejmie szef Diaza, funkcjonariusz bardzo wysokiego szczebla. - Pocieszające, że traktują tę sprawę poważnie.

Tak, pocieszające, pomyślał Rhyme. Czuł się jednak sfrustrowany. Miał ofiarę na wyciągnięcie ręki i równocześnie prawie żadnej kontroli nad sprawą... Zauważył, że szybciej oddycha. Zastanawiał się nad swoim ostatnim starciem z Zegarmistrzem; Logan przechytrzył wszystkich. I bez trudu zabił człowieka, na którego dostał zlecenie. Rhyme miał do dyspozycji wszystkie fakty, aby rozszyfrować plan Logana. Mimo to zupełnie nie zrozumiał jego strategii.

- Przy okazji, jak minął romantyczny weekend na wyjeździe? - usłyszał głos Sachs. Pytanie musiało dotyczyć uczuciowej sfery życia Kathryn Dance. Samotna matka dwojga dzieci od kilku lat była wdową.
- Było wspaniale - odparła agentka.
- Dokąd pojechaliście?

Rhyme zachodził w głowę, po co Sachs wypytuje Dance o prywatne sprawy. Rudowłosa policjantka zignorowała jego zniecierpliwione spojrzenie.

-Do Santa Barbara. Zatrzymaliśmy się na Zamku Hearsta... Słuchajcie, ciągle czekam, żebyście mnie odwiedzili. Dzieci bardzo chcą was poznać. Wes napisał pracę do szkoły o kryminalistyce i wspominał w niej o tobie, Lincoln. Jego nauczyciel mieszkał kiedyś w Nowym Jorku i mnóstwo wie o twoich osiągnięciach.

- Tak, chętnie przyjedziemy - powiedział Rhyme, myśląc wyłącznie o Meksyku.

Sachs skwitowała uśmiechem jego zniecierpliwienie i poinformowała Dance, że muszą kończyć.

Kiedy się rozłączyli, otarła pot z czoła Rhyme’a - nie zdawał sobie sprawy, że jest wilgotne - i przez chwilę siedzieli w milczeniu, patrząc przez okno na zbliżającą się do nich niewyraźną plamę. To był sokół wędrowny, który zatoczył koło i wylądował w gnieździe na parapecie okna na piętrze. Choć te drapieżne ptaki nie należały do rzadkości w dużych miastach - miały tuż pod dziobem mnóstwo tłustych, smakowitych gołębi - to zwykle wiły gniazda wyżej. Ale z niewiadomego powodu sokoły od kilku pokoleń zadomowiły się u Rhyme’a. Gospodarz lubił ich obecność. Inteligentne i fascynujące ptaki były idealnymi gośćmi, nie domagając się od gospodarza niczego.

- No i co, dopadliście go? - odezwał się męski głos.
- Kogo? - warknął Rhyme. - I cóż to za oryginalny czasownik: „dopadliście”?
- Pytam o Zegarmistrza - wyjaśnił Thom Reston, opiekun Lincolna Rhyme’a.
- Nie - burknął Rhyme.
- Ale już prawie, zgadza się? - dodał szczupły mężczyzna w ciemnych spodniach, wykrochmalonej żółtej koszuli i kwiecistym krawacie.
- Och, prawie - mruknął Rhyme. - „Prawie”. Bardzo precyzyjne słowo. Thom, wyobraź sobie, że zaatakowała cię puma - jak byś się czuł, gdyby strażnik leśny strzelił i prawie ją trafił? A nie naprawdę trafił?
- Czy pumy nie są gatunkiem zagrożonym? - spytał Thom, nie przejmując się ironicznym tonem. Był nieczuły na humory Rhyme’a. Od dawna pracował u kryminalistyka i spędził z nim więcej czasu, niż przeżyło ze sobą niejedno małżeństwo. Lata wspólnego życia zahartowały go w bojach z chlebodawcą.
- Cha, cha. Zagrożonym. Bardzo zabawne.

Sachs obeszła wózek, położyła ręce na ramionach Rhyme’a i zaczęła improwizowany masaż. Wysoka Sachs była w lepszej formie fizycznej niż większość detektywów nowojorskiej policji w jej wieku i choć jej kolana i nogi dręczył artretyzm, ręce i dłonie miała silne i zdrowe.

Oboje mieli na sobie strój roboczy: Rhyme spodnie od dresu i zieloną koszulkę polo. Sachs zrzuciła granatową marynarkę, ale miała spodnie w tym samym kolorze oraz białą bawełnianą bluzkę z rozpiętym guzikiem u kołnierzyka, spod którego połyskiwały perły. Na jej biodrze spoczywał glock w polimerowej kaburze, a obok w osobnych ładownicach dwa dodatkowe magazynki i paralizator.

Rhyme czuł miarowy nacisk jej palców; powyżej miejsca, w którym przed kilku laty doznał niemal śmiertelnego urazu rdzenia kręgowego - czwartego kręgu szyjnego - zachował czucie. Choć w pewnym momencie rozważał poddanie się ryzykownej operacji, która mogła poprawić jego stan, wybrał inną formę terapii. Dzięki wyczerpującemu reżimowi ćwiczeń i rehabilitacji zdołał częściowo odzyskać zdolność poruszania palcami i dłonią. Mógł też posługiwać się serdecznym palcem lewej ręki, który z niewiadomego powodu przetrwał bez szwanku wypadek, kiedy to belka w metrze przetrąciła mu kark.

Dotyk palców zagłębiających się w jego ciało sprawiał Rhyme’owi przyjemność. Miał wrażenie, jak gdyby powiększał się ułamek ocalonego czucia. Zerknął na swoje bezużyteczne nogi. Zamknął oczy.

Thom przyglądał mu się uważnie.

- Dobrze się czujesz, Lincoln?
- Dobrze? Jeżeli nie liczyć tego, że sprawca, którego szukam od lat, wymknął się nam z ręki i ukrywa się w drugiej co do wielkości metropolii na tej półkuli, czuję się po prostu wyśmienicie.
- Nie o to pytam. Nie wyglądasz za dobrze.
- Masz rację. Szczerze mówiąc, potrzebuję lekarstwa.
- Lekarstwa?
- Whisky. Dobrze mi zrobi odrobina whisky.
- Nie, nie zrobi.
- No to może spróbujemy przeprowadzić eksperyment. Naukowy. Kartezjański. Racjonalny. Kto mógłby negować jego wynik? Wiem, jak się teraz czuję. Napiję się whisky i potem zawiadomię cię o swoim samopoczuciu.
- Nie. Jest za wcześnie - zauważył rzeczowo Thom.
- Już jest popołudnie.
- Brakuje kilku minut.
- Niech to szlag. - Rhyme zrzędził jak zawsze, ale w rzeczywistości z rozkoszą poddawał się masażowi. Kilka kosmyków rudych włosów wymknęło się z końskiego ogona Sachs i łaskotało go w policzek. Nie odsunął twarzy. Ponieważ najwyraźniej przegrał bitwę o dostęp do butelki szkockiej, przestał zwracać uwagę na Thoma, lecz asystent nie dał o sobie zapomnieć, mówiąc:
- Kiedy rozmawiałeś przez telefon, dzwonił Lon.
- Lon? Dlaczego mi nie powiedziałeś?
- Mówiłeś, że nie chcesz, żeby ci przeszkadzać, kiedy będziesz rozmawiać z Kathryn.
- No więc powiedz mi teraz.
- Zadzwoni jeszcze raz. Chodzi o jakąś sprawę. Ma kłopot.
- Naprawdę? - Na tę wiadomość Zegarmistrz usunął się nieco w cień. Rhyme zrozumiał, że jego kiepski nastrój ma jeszcze jedną przyczynę: nudę. Właśnie skończył analizę dowodów w skomplikowanej sprawie przestępczości zorganizowanej i groziło mu kilka tygodni nieróbstwa. Myśl o nowym zadaniu podniosła go na duchu. Tak jak Sachs pragnęła szybkości, tempa, Rhyme potrzebował problemów do rozwiązania, wyzwań, pożywki dla umysłu. Jednym z problemów osób z dużym stopniem niepełnosprawności, który umyka uwadze większości ludzi, jest brak jakichkolwiek nowości. Wciąż to samo otoczenie, te same twarze, te same czynności... i te same banały, te same puste słowa pociechy, te same informacje od obojętnych lekarzy.

Niepewny i stopniowy powrót do dawnej pasji, czyli wykorzystania nauki do wyjaśniania przestępstw, uratował mu życie po wypadku - dosłownie, ponieważ przez jakiś czas zastanawiał się nad wspomaganym samobójstwem.

W obliczu tajemnicy nie ma miejsca na nudę.

- Na pewno czujesz się na siłach? - nie ustępował Thom. - Wyglądasz trochę blado.
- Wiesz, ostatnio rzadko bywam na plaży.
- Dobrze, po prostu pytam. Aha, później ma przyjść Arlen Kopeski. Kiedy chcesz się z nim spotkać?

Nazwisko brzmiało znajomo, ale lekko poruszyło w nim strunę niepokoju.

- Kto?
- Ten człowiek z organizacji praw niepełnosprawnych. Chodzi o nagrodę, którą ci mają przyznać.
- Dzisiaj? - Rhyme mgliście przypominał sobie jakieś telefony.

Jeśli nie chodziło o informacje związane ze sprawą, rzadko poświęcał im uwagę.

- Sam wyznaczyłeś mu na dzisiaj spotkanie.
- Och, rzeczywiście potrzebna mi ta nagroda. Co z nią zrobię? Będę jej używać jako przycisku do papierów? Czy któryś z twoich znajomych kiedykolwiek używał przycisku do papierów? Sam kiedykolwiek używałeś przycisku do papierów?
- Lincoln, masz ją dostać za to, że zainspirowałeś młodych niepełnosprawnych ludzi.
- Mnie nikt nie inspirował, kiedy byłem młody. I źle na tym nie wyszedłem. - Słowa o inspiracji nie do końca były prawdą, ale Rhyme robił się małostkowy, ilekroć na horyzoncie pojawiały się jakieś zakłócenia, zwłaszcza gdy wiązały się z czyjąś wizytą.
- Pół godziny.
- To pół godziny, której nie mam.
- Za późno. Kopeski jest już w mieście.

Czasem nie sposób było pokonać asystenta.

- Zobaczymy.
- Kopeski nie będzie sterczał pod drzwiami jak dworzanin czekający na audiencję u króla.

Rhyme’owi spodobała się ta metafora.

Po chwili jednak zupełnie zapomniał o nagrodach i królewskim majestacie, gdy rozjazgotał się telefon, a na wyświetlaczu ukazał się numer porucznika detektywa Lona Sellitta.

Rhyme odebrał, wykonując ruch funkcjonującym palcem prawej dłoni.

- Lon?
- Słuchaj, Linc. - Miał zdyszany głos, a sądząc z dźwięków w tle, dobiegających z głośnika, mówił z szybko jadącego samochodu. - Mamy chyba jakąś robotę terrorystyczną.
- Robotę? Wyrażasz się mało konkretnie.
- Dobra, a co powiesz na to? Ktoś się władował do systemu firmy energetycznej, zrobił iskrę z pięciu tysięcy woltów i rąbnął nią w miejski autobus, a na dodatek odłączył światło w sześciu kwartałach na południe od Lincoln Center. Wystarczy?

Rozdział 4

 

Orszak przybył z centrum.

Departament Bezpieczeństwa Krajowego reprezentował typowy młody, choć wysoki rangą funkcjonariusz, prawdopodobnie urodzony i wychowany wśród pól golfowych Connecticut albo Long Island, co dla Rhyme’a niekoniecznie oznaczało wadę, ale było zwykłym spostrzeżeniem demograficznym. Wymuskana powierzchowność i przenikliwy wzrok tego człowieka maskowały fakt, że prawdopodobnie nie bardzo się orientował, jakie zajmuje miejsce w hierarchii organów ścigania, lecz dotyczyło to niemal każdej osoby, pracującej w DBK. Nazywał się Gary Noble.

Oczywiście Federalne Biuro Śledcze także było obecne, w osobie agenta specjalnego, z którym Rhyme i Sellitto często pracowali: Freda Dellraya. Afroamerykanin zapewne wprawiłby w konsternację założyciela FBI J. Edgara Hoovera, nie tyle swoimi korzeniami, choć wyraźnie nie pochodził z Nowej Anglii, ile lekceważeniem „stylu Dziewiątej Ulicy”, nazwanego tak od adresu siedziby FBI w Waszyngtonie. Dellray przywdziewał białą koszulę i krawat tylko wówczas, gdy wymagała tego rola, jaką miał odegrać w konkretnej operacji, traktując ten strój jak jeden z aktorskich kostiumów. Dziś był ubrany w swoje własne rzeczy: ciemnozielony garnitur w szkocką kratę, różową koszulę, kojarzącą się z beztroskim prezesem z Wall Street, oraz pomarańczowy krawat, którego Rhyme pozbyłby się w mgnieniu oka.

Dellrayowi towarzyszył jego nowo mianowany szef - zastępca dyrektora nowojorskiego biura FBI, Tucker McDaniel, który rozpoczął karierę zawodową w Waszyngtonie, a potem wyjeżdżał z misją na Bliski Wschód i subkontynent indyjski. Wiceszef biura był mocno zbudowany, miał ciemne, gęste włosy, smagłą twarz i niebieskie oczy o spojrzeniu, które zdawało się podejrzewać o kłamstwo każdego, kto powiedziałby do niego „dzień dobry”.

Była to umiejętność przydatna dla funkcjonariusza organów ścigania i Rhyme sam przybierał podobną minę, jeżeli tego wymagała sytuacja.

Głównym reprezentantem nowojorskiej policji był tęgi Lon Sellitto w szarym garniturze i nietypowej dla niego jasnoniebieskiej koszuli. Jedyną niepomiętą częścią jego garderoby był krawat w plamy - które były ozdobnym deseniem, nie dowodem niechlujstwa właściciela. Prawdopodobnie prezent od jego dziewczyny Rachel albo jej syna. Detektywa z wydziału specjalnego wspierali Sachs oraz Ron Pułaski, jasnowłosy, wiecznie młody funkcjonariusz ze służby patrolowej, który oficjalnie podlegał Sellittowi, lecz nieoficjalnie pracował głównie z Rhyme’em i Sachs przy kryminalistycznej części śledztwa. Pułaski miał na sobie zwykły granatowy mundur nowojorskiej policji i T-shirt widoczny w wycięciu bluzy.

Obaj federalni, McDaniel i Noble, słyszeli naturalnie o Rhymie, ale żaden z nich dotąd go nie poznał, więc na widok sparaliżowanego konsultanta kryminalistyki, poruszającego się zręcznie na wózku po laboratorium, okazywali mieszaninę zdziwienia, współczucia i zakłopotania. Zaskoczenie i niepewność wkrótce jednak zniknęły, jak u wszystkich z wyjątkiem najbardziej przymilnych gości, i po chwili osłupieli, widząc coś jeszcze dziwaczniejszego: wyłożony boazerią salon ze sztukaterią na suficie, zapchany sprzętem, którego mógłby pozazdrościć wydział kryminalistyki w policji miasta średniej wielkości.

Gdy dokonano prezentacji, głos zabrał Noble, ponieważ Departament Bezpieczeństwa Krajowego stał najwyżej w hierarchii ważności.

- Panie Rhyme...
- Lincoln - poprawił Rhyme. Irytował się, gdy okazywano mu nadmierny szacunek, a ilekroć zwracano się do niego po nazwisku, czuł się, jakby gładząc go po głowie, mówiono mu: „Biedactwo, przykro nam, że zostałeś przykuty do wózka na resztę życia, więc będziemy dla ciebie szczególnie uprzejmi”.

Sachs zrozumiała znaczenie tej poprawki i przewróciła oczami. Rhyme starał się powstrzymać uśmiech.

- Zgoda, a więc Lincoln. - Noble odchrząknął. - Sprawa przedstawia się następująco. Co wiesz o sieci - sieci elektroenergetycznej?
- Niewiele - przyznał Rhyme. W college’u zajmował się naukami ścisłymi, lecz nie poświęcał specjalnej uwagi elektryczności, z wyjątkiem zjawisk elektromagnetycznych w fizyce jako jednej z czterech podstawowych sił w naturze, wraz z siłą grawitacji oraz silnymi i słabymi siłami jądrowymi. Była to jednak wiedza teoretyczna. W praktyce zainteresowanie Rhyme’a elektrycznością ograniczało się do dbania, by pompowano jej tyle, żeby wystarczyło do zasilenia sprzętu w laboratorium. Urządzenia były wyjątkowo prądożerne i dwa razy musiał wymieniać instalację w domu, aby wytrzymała dodatkowe obciążenie.

Rhyme miał również świadomość, że żyje i funkcjonuje wyłącznie dzięki elektryczności: dzięki niej działał respirator pompujący do jego płuc powietrze tuż po wypadku, a teraz akumulatory wózka i cały sprzęt sterowany panelem dotykowym i reagującym na głos USO, układem sterowania otoczeniem. Oraz oczywiście komputer.

Bez instalacji elektrycznej miałby marne życie. Prawdopodobnie nie miałby żadnego życia.

- Sprawa z grubsza wygląda tak - ciągnął Noble - nasz nieznany sprawca dostał się do stacji transformatorowej firmy energetycznej i wyprowadził przewód na zewnątrz budynku.
- Sprawca - w liczbie pojedynczej? - spytał Rhyme.
- Jeszcze nie wiemy.
- Przewód na zewnątrz. Rozumiem.
- Potem dostał się do komputera sterującego siecią i kazał mu wysłać do stacji wyższe napięcie, niż mogła odebrać. - Noble bawił się spinkami koszuli w kształcie zwierząt.
- Moc prądu gwałtownie wzrosła - wtrącił McDaniel z FBI. - W zasadzie próbował przedostać się do ziemi. To się nazywa wyładowanie łukowe. Eksplozja. Jak uderzenie pioruna.

Iskra pięciu tysięcy woltów...

- Jest tak potężna, że powstaje plazma - dodał wiceszef biura FBI. - To stan skupienia materii...
- ...który nie jest ani gazem, ani cieczą, ani ciałem stałym - przerwał zniecierpliwiony Rhyme.
- Otóż to. Nawet mały łuk ma siłę wybuchu funta trotylu, a ten nie był mały.
- Celem był autobus? - zapytał Rhyme.
- Na to wygląda.
- Ale autobusy mają gumowe opony - włączył się Sellitto. - Pojazdy to najbezpieczniejsze miejsce w czasie burzy z piorunami. Widziałem to w jakimś programie.
- To prawda - zgodził się McDaniel. - Ale nieznany sprawca wszystko przewidział. To był niskopodłogowy autobus z funkcją przyklęku. Albo sprawca liczył na to, że opuszczany stopień dotknie chodnika, albo miał nadzieję, że ktoś postawi nogę na stopniu, a drugą będzie stał na ziemi. To by wystarczyło do wyładowania.

Noble znów przekręcił maleńkiego srebrnego ssaka na mankiecie.

- Źle jednak wybrał moment. Albo cel. Łuk trafił w słup tuż obok autobusu. Zabił jednego pasażera, ogłuszył kilka osób w pobliżu, na parę innych sypnął odłamkami szkła, wywołał pożar. Gdyby trafił bezpośrednio w autobus, byłyby znacznie większe straty. Zginęłaby zapewne połowa pasażerów. Albo odniosłaby oparzenia trzeciego stopnia.
- Lon wspomniał coś o wyłączeniu prądu - rzekł Rhyme.

McDaniel ponownie włączył się do rozmowy.

- Sprawca użył komputera, żeby odłączyć cztery inne podstacje w okolicy, więc prąd płynął tylko przez tę jedną na Pięćdziesiątej Siódmej. Kiedy doszło do wyładowania, stacja została wyłączona z sieci, ale Algonquin zdołał uruchomić pozostałe. W tym momencie bez światła jest koło sześciu kwartałów w Clinton. Nie widziałeś tego w wiadomościach?
- Rzadko oglądam wiadomości - odparł Rhyme.
- Czy kierowca albo ktoś inny coś widział? - spytała Sachs.
- Nic istotnego. Na miejscu była ekipa monterów. Dostali polecenie od prezesa Algonquin, żeby wejść do budynku i coś przełączyć. Dzięki Bogu, że nie weszli, zanim to się stało.
- W środku nie było nikogo? - zdziwił się Fred Dellray. Agent sprawiał wrażenie niedoinformowanego. Rhyme przypuszczał, że McDaniel nie zdążył przekazać zespołowi wszystkich szczegółów.
- Nie. Podstacje to prawie wyłącznie sprzęt, nikt tam nie wchodzi poza ludźmi przeprowadzającymi rutynowe konserwacje czy naprawy.
- Jak włamano się do komputera? - spytał Lon Sellitto, siadając z rozmachem na wiklinowym fotelu.
- Nie jesteśmy pewni - odrzekł Gary Noble. - Sprawdzamy właśnie możliwości. Nasi hakerzy próbowali przeprowadzić pozorowany atak terrorystyczny i nie potrafili dostać się do systemu. Ale wiecie, jak to wygląda: bandyci zawsze są o krok przed nami - pod względem techniki.
- Ktoś przyznał się do zamachu? - spytał Ron Pułaski.
- Jeszcze nie - odparł Noble.
- Dlaczego więc zakładacie atak terrorystów? - zapytał Rhyme. - Wydaje mi się, że to po prostu dobry sposób na wyłączenie alarmów i systemów zabezpieczeń. Zgłoszono jakieś morderstwa czy włamania?
- Nie, jak dotąd nie - poinformował Sellitto.
- Sądzimy, że to terroryści, z kilku powodów - powiedział McDaniel. - Przede wszystkim dlatego, że tak sugeruje nasz program analizy wzorców i profili. Zaraz po tym zdarzeniu nasi ludzie sprawdzili sygnały z Marylandu. - Urwał, jak gdyby chciał przestrzec wszystkich obecnych, żeby nikomu nie powtarzali tego, co teraz powie. Rhyme domyślił się, że agent FBI ma na myśli mroczny świat wywiadu - węszących wszędzie rządowych agencji, które formalnie mogły nie mieć uprawnień do prowadzenia inwigilacji w kraju, ale wykorzystując luki w prawie, trzymały rękę na pulsie sytuacji wewnętrznej, szukając przypadków łamania prawa. Tak się składało, że w Marylandzie miała siedzibę Agencja Bezpieczeństwa Narodowego, najlepszy podsłuchiwacz na świecie. - Nowy system SIGINT dał nam parę ciekawych wyników.

SIGINT, czylisignal intelligence, wywiad sygnałowy. Monitorowanie telefonów komórkowych, satelitarnych, e-maili... wydawało się, że to odpowiednie narzędzie w pojedynku z kimś, kto organizuje zamach przy użyciu sieci energetycznej.

- Wykrył wzmianki o działającej w tym rejonie nowej grupie terrorystycznej, tak przypuszczamy. Nigdy dotąd nie mieliśmy o niej żadnych informacji.
- Kto to jest? - spytał Sellitto.
- Nazwa zaczyna się od „Sprawiedliwość” i ma w środku słowo „dla” - wyjaśnił McDaniel.

Sprawiedliwość dla...

- Nic więcej? - zdziwiła się Sachs.
- Nic. Może „Sprawiedliwość dla Allacha”. „Sprawiedliwość dla Uciśnionych”. Cokolwiek. Nie mamy pojęcia.
- Nazwa jest angielska? - upewnił się Rhyme. - Nie arabska, somalijska ani indonezyjska?
- Zgadza się - przytaknął McDaniel. - Ale mamy wielojęzyczne i wielodialektowe programy, które monitorują wszystkie formy komunikacji, jakie uda się nam wykryć.
- Zgodnie z prawem - dodał szybko Noble. - Wykrywamy je zgodnie z prawem.
- Ale na ogół komunikują się w strefie cienia - wtrącił McDaniel. Nie wytłumaczył, o co chodzi.
- Hm, co to takiego, proszę pana? - zapytał Ron Pułaski, ubiegając Rhyme’a, który zamierzał sformułować pytanie znacznie mniej uprzejmie.
- Strefa cienia? - odparł wiceszef biura FBI. - To termin używany przez najnowszą informatykę - sytuacja, gdy dane i programy są przechowywane na odległych serwerach, nie na własnym komputerze. Pisałem analizę na ten temat. Mam na myśli nowe protokoły komunikacyjne. Strona negatywna rzadko korzysta ze standardowej telefonii komórkowej i e-maili. Ci ludzie wysyłają do siebie wiadomości za pomocą nowych technik, takich jak błogi, Twitter i Facebook. Szyfrują je także w wysyłanych do sieci plikach muzycznych i wideo. Osobiście podejrzewam też, że mają zupełnie nowe systemy, różne rodzaje zmodyfikowanych telefonów, radio działające na alternatywnych częstotliwościach.

Strefa cienia, strona negatywna...

- Dlaczego sądzicie, że za zamachem stoi ta „Sprawiedliwość dla”? - spytała Sachs.
- Niekoniecznie - odrzekł Noble.
- Po prostu mieliśmy parę trafień w SIGINT o dystrybucjach pieniędzy i przepływach osób w ciągu kilku ostatnich dni - uzupełnił McDaniel. - I zdanie: „To będzie duża rzecz”. Kiedy więc dzisiaj doszło do zamachu, pomyśleliśmy, że może to właśnie to.
- Poza tym zbliża się Dzień Ziemi - zauważył Noble.

Rhyme nie był pewien, co to właściwie jest Dzień Ziemi, i nie miał na jego temat żadnego zdania. Myślał tylko o nim z pewnym rozdrażnieniem, jak o wielu świętach i imprezach: kojarzył go z tłumami i demonstrantami, tarasującymi ulice i fatygującymi siły nowojorskiej policji, które powinny prowadzić jego sprawy.

- Możliwe, że to coś więcej niż zbieg okoliczności - dodał Noble. - Zamach na sieć energetyczną w przeddzień Dnia Ziemi? Sprawa zainteresuje prezydenta.
- Naszego prezydenta? - upewnił się Sellitto.
- Owszem. Jest teraz pod Waszyngtonem na szczycie poświęconym energetyce odnawialnej.
- Ktoś chce przedstawić swoje stanowisko - myślał głośno Sellitto. - Ekoterroryści.

Ci byli rzadko spotykani w Nowym Jorku; nie prowadzono tu na większą skalę wyrębu lasów ani eksploatacji odkrywkowej.

- Może to „Sprawiedliwość dla Środowiska”? - podsunęła Sachs.
- Jest jednak jeszcze pewien szkopuł - podjął McDaniel. - Jeden z wyników wywiadu powiązał „Sprawiedliwość dla” z jakimś „Rahmanem”. To nie jest nazwisko. Na liście islamistów podejrzanych o terroryzm mamy ośmiu Rahmanów, których los jest nieznany. Uważamy, że może chodzić o jednego z nich, ale nie wiemy o którego.

Noble dał spokój niedźwiedziom czy manatom, zdobiącym jego mankiety, i zaczął się bawić gustownym długopisem.

- W Bezpieczeństwie Krajowym uważamy, że Rahman może należeć do uśpionej komórki, która jest tu od lat, może nawet od jedenastego września. Porzucił islamski styl życia, chodzi do umiarkowanych meczetów, unika używania arabskiego.
- Uruchomiłem już jeden zespół tech-kom z Quantico - dodał McDaniel.
- Tech-kom? - powtórzył rozdrażniony Rhyme.
- Techniczno-komunikacyjny. Do prowadzenia obserwacji. I specjalistów od nakazów, żeby w razie potrzeby założyć podsłuchy. Dwóch prawników z Departamentu Sprawiedliwości. Ściągamy też dwustu dodatkowych agentów.

Rhyme i Sellitto wymienili znaczące spojrzenie. To zaskakująco liczna grupa jak na jedno zdarzenie, które nie miało związku z żadnym toczącym się śledztwem. I zmobilizowana w niewiarygodnie krótkim czasie. Do ataku doszło niecałe dwie godziny temu.

Agent federalny zauważył ich reakcję.

- Jesteśmy przekonani, że terroryzm przybiera nowe formy. Dlatego musimy korzystać z nowych metod jego zwalczania. Tak jak samoloty bezzałogowe na Bliskim Wschodzie i w Afganistanie. Wiecie, że ich piloci siedzą niedaleko centrów handlowych w Colorado Springs albo Omaha.

Strefa cienia...

- Tech-kom jest już na miejscu, więc niebawem będziemy mogli przechwycić więcej sygnałów. Wciąż jednak są nam potrzebne tradycyjne metody. - Rozejrzał się po laboratorium. Rhyme odgadł, że ma na myśli kryminalistykę. Potem wzrok wiceszefa biura FBI spoczął na Dellrayu. - I praca na ulicach. Chociaż Fred twierdzi, że nie miał szczęścia.

Poza nieprzeciętnym talentem do działania pod przykryciem, Dellray miał równie wielki talent do tworzenia siatek tajnych informatorów. Po jedenastym września pozyskał względy dużej liczby członków społeczności islamskiej i zorganizował z nich grupę informatorów, nauczywszy się arabskiego, indonezyjskiego i perskiego. Regularnie współpracował ze znakomitą jednostką antyterrorystyczną nowojorskiej policji. Czarnoskóry agent potwierdził jednak słowa szefa.

- Nic nie słyszałem o żadnej organizacji „Sprawiedliwość dla” ani o Rahmanie - rzekł z ponurą miną. - Wypytałem moich chłopców w Brooklynie, Jersey, Queens i na Manhattanie.
- To się przecież stało przed chwilą - przypomniał mu Sellitto.
- Owszem - rzekł wolno McDaniel. - Oczywiście coś takiego na pewno planowano przez... ile? Miesiąc?
- Prawdopodobnie - przytaknął Noble. - Co najmniej.
- Widzicie, tak wygląda ta cholerna strefa cienia.

Rhyme usłyszał w głosie McDaniela nutę krytyki pod adresem Dellraya: informatorzy powinni się dowiadywać o pewnych rzeczach, zanim się wydarzą.

- Pracuj nad tym dalej, Fred - tzekł McDaniel. - Dobrze ci to wychodzi.
- Jasne, Tucker.

Noble przestał się bawić długopisem. Spojrzał na zegarek.

- No dobrze, Departament Bezpieczeństwa będzie koordynował działania z Waszyngtonem i Departamentem Stanu, a w razie potrzeby także z ambasadami. Ale policja i FBI poprowadzą sprawę jak każdą inną. Posłuchaj, Lincoln, wszyscy znają twoje kompetencje i doświadczenie w kryminalistyce, więc mamy nadzieję, że będziesz czuwał nad analizą śladów. Właśnie wysyłamy na miejsce zespół techniczny. Powinien być pod stacją transformatorową za dwadzieścia, góra trzydzieści minut.

- Oczywiście, że pomożemy - odparł Rhyme. - Ale sami zabezpieczymy miejsce zdarzenia. Od wejścia do wyjścia. I wszystkie dodatkowe miejsca. Nie tylko ślady. Wszystko od A do Z. - Zerknął na Sellitta, który zdecydowanie pokiwał głową, dając mu do zrozumienia, że ma jego pełne poparcie.

W chwili niezręcznego milczenia, które zapadło po jego słowach, wszyscy zrozumieli podtekst: kto w konsekwencji będzie kierował śledztwem. Specyfika pracy współczesnej policji polega na tym, że ten, kto zajmuje się kryminalistyczną stroną śledztwa, właściwie prowadzi całą sprawę. Taki był w praktyce skutek rozwoju technik kryminalistycznych w ostatnim dziesięcioleciu. Zabezpieczając ślady na miejscu zdarzenia i analizując znalezione dowody, funkcjonariusze mieli najpełniejszy obraz zbrodni, znali potencjalnych podejrzanych i stawiali pierwsze hipotezy.

Decyzje strategiczne należały do triumwiratu-Noble’a i McDaniela z ramienia agencji federalnych oraz Sellitta jako reprezentanta policji. Gdyby się jednak zgodzili, aby Rhyme przejął analizę dowodów, w konsekwencji złożyliby na jego barki prowadzenie śledztwa. To byłoby logiczne. Rhyme wyjaśniał zagadki przestępstw w mieście dłużej niż którykolwiek z nich, a ponieważ na razie nie było żadnych podejrzanych ani tropów z wyjątkiem dowodów, należało się zwrócić do specjalisty kryminalistyka.

Co najważniejsze, Rhyme bardzo chciał dostać tę sprawę. Współczynnik nudy...

No dobrze, trochę też chodziło o połechtanie własnej próżności.

Wysunął więc najlepszy argument, jaki miał w zanadrzu: wybrał milczenie. Utkwił tylko wzrok w twarzy Gary’ego Noble’a, człowieka z Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego.

McDaniel kręcił się niespokojnie - w końcu to jego ekipa kryminalistyczna miała zostać zdegradowana - a Noble posłał mu pytające spojrzenie.

- Co o tym sądzisz, Tucker?
- Znam pracę pana Rhy... Lincolna. Nie mam nic przeciwko temu, żeby zabezpieczył ślady. Pod warunkiem że będzie w stu procentach koordynował z nami każdy krok.
- Oczywiście.
- I że będzie przy tym ktoś od nas. I natychmiast poznamy wyniki analizy. - Patrzył w oczy Rhyme’a, nie na jego ciało. - Najważniejszy jest szybki czas reakcji.

Rhyme podejrzewał, że kryje się za tym pytanie: czy ktoś w twoim stanie podoła takiemu zadaniu? Sellitto wzdrygnął się, ale McDaniel nie chciał upokorzyć kaleki. Zadał po prostu zasadne pytanie. Rhyme sam by o to zapytał.

- Rozumiem - odrzekł.
- To dobrze. O pomoc w każdej sprawie możesz prosić naszych ludzi z zespołu analizy dowodów - zapewnił go wiceszef biura FBI.
- Jeżeli chodzi o media - podjął Noble - na razie staramy się bagatelizować wątek terrorystyczny. Przedstawiamy to jako wypadek. Wyciekła jednak wiadomość, że może chodzić o coś więcej. Ludzie panikują.
- Zgadza się. - McDaniel skinął głową. - Mam w biurze monitoring ruchu internetowego. Lawinowo wzrosło wpisywanie w wyszukiwarkach takich haseł jak „porażenie prądem”, „wyładowanie łukowe” i „awaria sieci energetycznej”. Klipy o łukach elektrycznych w YouTube mają rekordową oglądalność. Sam wszedłem do sieci. Te filmy są przerażające. Dwóch ludzi pracuje przy tablicy rozdzielczej, nagle cały ekran wypełnia błysk, a po chwili jeden z nich leży na ziemi i ma połowę ciała w płomieniach.
- Poza tym - dorzucił Noble - ludzie się boją, że do wyładowania łukowego może dojść nie tylko w takim miejscu jak stacja transformatorowa. Ale na przykład w ich domach i biurach.
- A może? - spytała Sachs.

McDaniel najwyraźniej nie nauczył się wszystkiego o łukach elektrycznych.

- Tak sądzę - przyznał - ale nie jestem pewien, przy jak dużym prądzie. - Zatrzymał wzrok na gniazdku z napięciem 220 woltów.
- Wydaje mi się, że lepiej będzie wziąć się do roboty - powiedział Rhyme, zerkając na Sachs.

Ruszyła do wyjścia.

- Ron, chodź ze mną. - Pułaski dołączył do niej. Chwilę później zamknęły się za nimi drzwi i Rhyme usłyszał pomruk potężnego silnika jej samochodu.
- Należy jeszcze o czymś pamiętać - dodał McDaniel. - Sprawdziliśmy w komputerach taką ewentualność, że sprawca po prostu badał grunt, sprawdzał, czy sieć energetyczna mogłaby być celem zamachu terrorystycznego. Atak przeprowadzono nieudolnie, zginęła tylko jedna osoba. Wprowadziliśmy tę teorię do systemu i algorytmy wskazują, że następnym razem sprawca może spróbować czegoś innego. Niewykluczona jest też potencjalna jednostkowość.
- Potencjalna...? - powtórzył pytającym tonem Rhyme, zirytowany językiem agenta.
- Jednostkowość, zdarzenie jednorazowe. Nasz program analizy zagrożeń przyznał mu pięćdziesięciopięcioprocentowy współczynnik niepowtarzalności. To nie najgorzej na świecie.
- Chyba można to ująć inaczej. - odparł Rhyme. - Czyli istnieje czterdziestopięcioprocentowe prawdopodobieństwo, że ktoś inny w innym miejscu Nowego Jorku może zostać porażony prądem, prawda? Być może nawet w tym momencie.

Rozdział 5

 

Stacja MH-10 należąca do Algonquin Consolidated Power była miniaturowym zamkiem średniowiecznym, znajdującym się w spokojnej okolicy na południe od Lincoln Center. Zbudowano ją z nierównych bloków wapienia, wyblakłych i pooranych od nowojorskich zanieczyszczeń i brudu, na jakie były narażone przez dziesiątki lat. Na podniszczonym kamieniu węgielnym można było odczytać datę: 1928.

Tuż przed czternastą przed budynkiem za uszkodzonym autobusem Amelia Sachs zaparkowała swojego bordowego forda torino cobra. Widok samochodu i basowe dudnienie rury wydechowej przyciągnęły spojrzenia gapiów, policjantów i strażaków, pełne zaciekawienia i podziwu. Wysiadła, rzuciła identyfikator policyjny na deskę rozdzielczą i stanęła z rękami na biodrach, rozglądając się po ulicy. Z drugiej strony wyłonił się Ron Pułaski i z głośnym trzaskiem zamknął drzwi pasażera.

Sachs przyjrzała się osobliwej scenerii. Stację transformatorową, z niewiadomego powodu zwieńczoną wieżyczkami, z obu stron otaczały nowoczesne budynki, liczące co najmniej dwadzieścia pięter. Ściany pokrywały białe zacieki - ślady po miejscowych gołębiach, których parę już wróciło po zamieszaniu wywołanym wybuchem. Żółtawe szyby w oknach zasłaniały pomalowane na czarno kraty.

Grube metalowe drzwi były otwarte, a w środku panowała ciemność.

Z wyciem elektronicznej syreny nadjechał bus wydziału kryminalistycznego Nowojorskiego Departamentu Policji - NYPD. Samochód zaparkował i wysiadło z niego troje techników z głównego laboratorium wydziału w Queens. Sachs wielokrotnie z nimi pracowała, więc skinieniem głowy powitała Latynosa i Azjatkę oraz ich przełożoną, detektyw Gretchen Sahloff, która w odpowiedzi pomachała do niej ręką i spoglądając posępnie na frontową ścianę stacji, podeszła do tylnych drzwi furgonetki, skąd dwoje funkcjonariuszy zaczęło wyładowywać sprzęt.

Sachs skupiła uwagę na chodniku i ulicy, ogrodzonych żółtą taśmą, zza której akcję obserwowało około pięćdziesięciu osób. Autobus, który wybrano na zamach, stał pusty i przechylony przed budynkiem stacji: w oponach z prawej strony nie było powietrza. Lakier niedaleko przednich drzwi był osmalony, a połowa szyb w oknach szara i mętna.

Podeszła do niej ratowniczka z pogotowia, Afroamerykanka o krępej budowie ciała.

- Dzień dobry - przywitała ją Sachs.

Kobieta niepewnie skinęła głową. Ratownicy widzieli niejedną krwawą masakrę, lecz wyraz jej twarzy zdradzał, że wciąż jest wstrząśnięta.

- Detektywie, lepiej niech pani sama popatrzy.

Sachs poszła za nią do karetki, gdzie na noszach leżały zwłoki, czekając na transport do kostnicy. Były przykryte ciemnozieloną impregnowaną płachtą.

- To był, zdaje się, pasażer. Myśleliśmy, że uda się go uratować. Ale... donieśliśmy go tylko tu.
- Porażenie?
- Niech pani zobaczy - szepnęła. I uniosła przykrycie.

Sachs zamarła, czując zapach spalonej skóry i włosów. Spojrzała na ofiarę, Latynosa w garniturze, a raczej w tym, co z niego zostało. Jego plecy i większa część prawej strony ciała stanowiły amalgamat skóry i zwęglonej tkaniny. Pewnie oparzenia drugiego i trzeciego stopnia. Ale nie to tak ją poruszyło: w swojej pracy widziała już okropne poparzenia, przypadkowe i umyślne. Najbardziej przerażający był widok jego odsłoniętego ciała w miejscu, gdzie ratownicy rozcięli tkaninę garnituru. Sachs miała przed oczyma kilkadziesiąt maleńkich gładkich ran kłutych. Ofiara wyglądała, jak gdyby została trafiona strzałem z wielkiej śrutówki.

- W prawie każdym punkcie jest rana wlotowa i wylotowa - powiedziała ratowniczka.

Przeszły na wylot?

- Co było przyczyną?
- Nie wiem. Pracuję parę lat, ale nigdy czegoś takiego nie widziałam.

Nagle Sachs uświadomiła sobie coś jeszcze. Wszystkie rany były wyraźnie widoczne.

- Nie ma krwi.
- Rany uległy kauteryzacji. Dlatego... - ściszyła głos. - Dlatego tak długo zachował przytomność.

Sachs nie potrafiła sobie wyobrazić tego bólu.

- Jak to się stało... - powiedziała na wpół do siebie.

I wkrótce poznała odpowiedź.

- Amelia! - zawołał Ron Pułaski.

Spojrzała w jego stronę.

- Słup na przystanku autobusowym. Zobacz. Rany...
- Jezu - mruknęła. Podeszła bliżej, do taśmy wyznaczającej granice miejsca zdarzenia. Na wysokości około dwóch metrów w metalowym słupie zionął gładki otwór szerokości ponad dziesięciu centymetrów. Metal stopił się jak plastik pod działaniem lampy lutowniczej. Sachs popatrzyła na okna autobusu i stojącego obok samochodu dostawczego. Z początku myślała, że szyby zmatowiały od ognia. Ale nie, w pojazdy trafiły drobne odłamki - te same, które zabiły pasażera. Blacha karoserii także była podziurawiona.
- Popatrz - szepnęła, wskazując na chodnik i fasadę stacji transformatorowej. W kamieniu powstały setki maleńkich kraterów.
- Bomba? - spytał Pułaski. - Może nie zauważyli?

Sachs otworzyła plastikową torebkę i wyciągnęła niebieskie lateksowe rękawiczki. Nałożywszy je, pochyliła się i podniosła spod słupa mały krążek metalu w kształcie łezki. Był tak gorący, że zmiękła od niego rękawiczka.

Kiedy zdała sobie sprawę, co to jest, zadrżała.

- Co to? - zapytał Pułaski.
- Łuk stopił słup. - Rozejrzała się i zobaczyła ponad setkę podobnych kropelek, leżących na ziemi albo wbitych w bok autobusu, budynki i stojące w pobliżu samochody.

Młodego pasażera zabił grad stopionych kropli metalu, lecących z prędkością trzystu metrów na sekundę.

Młody policjant powoli wypuścił powietrze z płuc.

- Jak coś takiego trafi w człowieka i przepala go na wylot...

Sachs znów zadrżała - na myśl o bólu ofiary. I na myśl o tym, jak potworne mogły być skutki zamachu. W tym miejscu ulica była stosunkowo pusta. Gdyby stacja znajdowała się bliżej centrum Manhattanu, zginęłoby dziesięciu czy piętnastu przechodniów.

Unosząc wzrok, Sachs ujrzała broń nieznanego sprawcy: z jednego z okien wychodzących na Pięćdziesiątą Siódmą zwisał ponadpółmetrowy przewód. Pokrywała go czarna izolacja, ale na końcu została zdarta, a goły kabel był przymocowany do osmalonej mosiężnej płyty. Wyglądał jak część zwykłego urządzenia przemysłowego, nie przypominając śmiercionośnego narzędzia, które spowodowało tak straszną eksplozję.

Sachs i Pułaski dołączyli do grupy około dwudziestu agentów Departamentu Bezpieczeństwa, FBI i funkcjonariuszy policji, stojących przy vanie FBI, gdzie zorganizowano stanowisko dowodzenia akcją. Niektórzy mieli na sobie sprzęt bojowy, kilku kombinezony techników kryminalistycznych. Pozostali zwykłe garnitury lub służbowe mundury. Rozdzielali między siebie zadania. Zamierzali znaleźć świadków i sprawdzić, czy nie ma bomb lub innych pułapek, które często pozostawiali terroryści.

Przed stacją stał ze skrzyżowanymi ramionami pięćdziesięciokilkuletni mężczyzna o pociągłej twarzy i z poważną miną patrzył na budynek. Miał zawieszony na szyi identyfikator Algonquin Consolidated. Reprezentował szefostwo firmy: był kierownikiem rejonu, odpowiedzialnym za tę część sieci energetycznej. Sachs poprosiła go, aby szczegółowo opisał, czego Algonquin dowiedział się o zdarzeniu, a gdy mówił, wszystko pilnie notowała.

- Kamery bezpieczeństwa?
- Niestety, nie mamy - odparł chudy mężczyzna. - Nie ma potrzeby. Drzwi są zamykane na kilka zamków. Poza tym naprawdę nie ma stamtąd czego kraść. A prąd działa jak pies obronny. Bardzo duży pies.
- Jak, pana zdaniem, sprawca mógł się dostać do środka? - pytała dalej Sachs.
- Kiedy przyjechaliśmy, drzwi były zamknięte. To są zamki szyfrowe.
- Kto zna kody?
- Wszyscy pracownicy. Ale tędy na pewno nie wszedł. Przy wejściu jest czip, który rejestruje każdy moment otwarcia drzwi. Od dwóch dni nikt nie wchodził tędy do stacji. A tego... - wskazał na przewód zwisający z okna - ...wtedy tam jeszcze nie było. Sprawca musiał się włamać w inny sposób.

Sachs odwróciła się do Pułaskiego.

- Kiedy skończysz, sprawdź za budynkiem, obejrzyj okna i dach. Jest wejście podziemne? - spytała, ponownie zwracając się do pracownika Algonquin.
- O ile wiem, nie ma - odrzekł kierownik rejonu. - Linie biegnące do i od stacji są ułożone w kanałach, w które nikt nie potrafiłby się wcisnąć. Ale być może są inne tunele, o których nic nie wiem.
- W każdym razie sprawdź to, Ron. - Następnie Sachs przesłuchała kierowcę autobusu, którym zajmowali się ratownicy. Pokaleczyły go odłamki szkła i doznał wstrząsu mózgu, miał chwilowe zaburzenia wzroku i słuchu, mimo to upierał się, że zostanie, aby pomóc policji. Okazało się jednak, że nie bardzo potrafi to zrobić. Korpulentny mężczyzna powiedział tylko, że zaciekawił go przewód wywieszony przez okno; nigdy przedtem go nie widział. Poczuł dym i usłyszał dobiegające ze stacji trzaski. Potem zobaczył przerażającą iskrę.
- Wszystko stało się tak szybko - szepnął. - Nigdy w życiu nie widziałem niczego tak szybkiego.

Rzuciło go na okno i ocknął się dziesięć minut później. Teraz zamilkł, z rozgoryczeniem i żalem patrząc na zniszczony autobus.

Sachs zwróciła się do obecnych na miejscu zdarzenia agentów i funkcjonariuszy, których poinformowała, że razem z Pułaskim zabezpieczą ślady. Zastanawiała się, czy Tucker McDaniel z FBI naprawdę przekazał im wiadomość, że się na to zgadza. Często zdarzało się, że wysoki rangą funkcjonariusz organów ścigania przytakiwał ci z uśmiechem, by potem zapomnieć, że kiedykolwiek odbył taką rozmowę. Ale agenci federalni byli o wszystkim poinformowani. Niektórzy wydawali się rozdrażnieni faktem, że kluczową rolę w dochodzeniu będzie odgrywać policja, ale inni - głównie technicy z federalnego zespołu analizy dowodów - przyjęli to spokojnie, przyglądając się Sachs z ciekawością i podziwem; w końcu należała do zespołu kierowanego przez legendarnego Lincolna Rhyme’a.

- Bierzmy się do roboty - powiedziała do Pułaskiego Sachs. Podeszła do policyjnego busu, zwijając płomiennorude włosy w kok, by włożyć kombinezon.

Pułaski wahał się przez chwilę, spoglądając na setkę stygnących krążków metalu, leżących na chodniku i wbitych we frontową ścianę budynku, potem na sztywny przewód, zwisający z okna.

- Wyłączyli tam już prąd, prawda?

Sachs bez słowa dała mu znak, żeby poszedł za nią.

Rozdział 6

 

Mężczyzna w brudnym granatowym kombinezonie Algonquin Consolidated Power, czapce bejsbolowej bez żadnego napisu oraz ochronnych okularach pracował przy tablicy rozdzielczej na zapleczu klubu sportowego w Chelsea na Manhattanie.

Montując sprzęt, zdejmując izolację z przewodów, przycinając je i podłączając, myślał o dzisiejszym zamachu. Wiadomości trąbiły o nim bez przerwy.

 

Dziś rano w wyniku przeciążenia stacji transformatorowej na Manhattanie doszło do silnego wyładowania elektrycznego między stacją a słupem na przystanku autobusowym, w wyniku którego zginęła jedna osoba, a kilka zostało rannych. Łuk omal nie trafił w autobus komunikacji miejskiej.

- To wyglądało zupełnie jak piorun - powiedział nam jeden ze świadków, pasażer autobusu. - Błysk po prostu w jednej chwili wypełnił cały chodnik. Oślepił mnie. No i ten dźwięk. Nie potrafię go opisać. Jakby głośny pomruk, a potem wybuch. Nie mogę spokojnie podejść do żadnego urządzenia na prąd. Naprawdę trzęsę się ze strachu. Chyba każdy, kto to widział, trzęsie się ze strachu.

 

Nie jesteś sam, pomyślał mężczyzna. Ludzie od ponad pięciu tysiącleci mieli świadomość istnienia elektryczności, która budziła w nich lęk i respekt. Jej nazwa wywodziła się z greckiego słowa, oznaczającego bursztyn, zestaloną żywicę, której używali starożytni do wytwarzania ładunków elektrostatycznych. W naukowych pismach na długo przed naszą erą wspominano o paraliżującym działaniu prądu elektrycznego, wytwarzanego przez węgorze i ryby żyjące w rzekach i przy wybrzeżach Egiptu, Grecji i Rzymu.

Na myśl przyszły mu wodne stworzenia, ponieważ w trakcie pracy ukradkiem przyglądał się pięciorgu ludziom, niespiesznie pływającym w klubowym basenie. Trzem kobietom i dwóm mężczyznom w wieku emerytalnym.

Rybą, która szczególnie go zafascynowała, była drętwa; to ona dała swą łacińską nazwę, Torpedo, pociskom wystrzeliwanym przez łodzie podwodne. Nazwa pochodziła od łacińskiego słowatorpor -usztywnianie albo paraliż. Drętwa miała w ciele dwie baterie, złożone z setek tysięcy galaretowatych płytkowych komórek, generujących prąd, który niczym przez sieć przewodów przepływał przez skomplikowany układ nerwów. Stworzenie wykorzystywało prąd do obrony, ale również do ataku, podczas polowania. Drętwy przyczajały się, aby obezwładnić, a czasem zabić ofiarę ładunkiem elektrycznym - większe drętwy potrafiły generować napięcie do dwustu woltów i więcej amperów, niż potrzebowała wiertarka elektryczna.

Naprawdę fascynujące...

Skończył pracę nad instalacją we wnętrzu tablicy i przyjrzał się swojemu dziełu. Jak każdy monter linii i główny elektryk, odczuwał pewną dumę na widok porządnie wykonanej roboty. Uważał, że zajmowanie się prądem elektrycznym to coś więcej niż zwykły zawód: dla niego to była nauka i sztuka. Zamknął drzwi i ruszył w głąb klubu, zatrzymując się w pobliżu męskiej szatni. Niewidoczny dla nikogo, czekał.

Jak drętwa.

Klub znajdował się na obrzeżach West Side, w dzielnicy mieszkaniowej; wczesnym popołudniem prawie nikt tu nie zaglądał, żeby pobiegać, popływać czy zagrać w squasha, dopiero po zakończeniu pracy klub zaroi się od setek mieszkańców, pragnących wypocić napięcia całego dnia.

W tym momencie nie potrzebował jednak tłumów. Na to przyjdzie czas później.

Ludzie wezmą go po prostu za jednego ze zwykłych pracowników i nie zwrócą na niego uwagi. Zatrzymał wzrok na tablicy sygnalizacji pożarowej, zdjął z niej pokrywę i bez specjalnego zainteresowania obejrzał wnętrze. Znów pomyślał o drętwach. Ryby żyjące w słonych wodach miały połączenia równoległe i wytwarzały niższe napięcie, ponieważ woda morska lepiej przewodziła prąd niż słodka, więc do zabicia ofiary nie było potrzebne duże wyładowanie. Natomiast drętwy zamieszkujące rzeki i jeziora miały połączenia szeregowe i generowały wyższe napięcie, by zrównoważyć niższą przewodność słodkiej wody.

Dla niego było to nie tylko fascynujące, ale w tym momencie bardzo istotne - przed testem przewodności wody. Zastanawiał się, czy prawidłowo wszystko obliczył.

Po zaledwie dziesięciu minutach oczekiwania usłyszał kroki i ujrzał jednego z pływaków, łysiejącego sześćdziesięciokilkuletniego mężczyznę, który minął go i człapiąc klapkami, ruszył pod prysznic.

Mężczyzna w roboczym kombinezonie ukradkiem zerknął na pływaka, który odkręcił kurek i wszedł pod strumień parującej wody, zupełnie nieświadomy, że ktoś go obserwuje.

Minęły trzy minuty, pięć. Człowiek pod prysznicem mydlił się i spłukiwał.

Niecierpliwiąc się i obawiając, że ktoś może go nakryć, ściskając w dłoni pilota - podobnego do samochodowego breloczka - mężczyzna w kombinezonie poczuł, jak sztywnieją mu mięśnie ramion.

Torpor. Zaśmiał się w duchu i rozluźnił.

Wreszcie członek klubu wyszedł spod prysznica i wytarł się ręcznikiem. Narzuciwszy szlafrok, z powrotem włożył klapki. Podszedł do drzwi prowadzących do szatni i ujął w dłoń klamkę.

W tym momencie mężczyzna w kombinezonie nacisnął równocześnie dwa guziki pilota.

Starszy człowiek syknął i zastygł w bezruchu.

Odsunął się, patrząc na klamkę. Spojrzał na swoje palce i szybko dotknął klamki jeszcze raz.

Bez sensu oczywiście. Nikt nie jest szybszy od prądu.

Tym razem jednak nie poczuł wstrząsu, zaczął więc zapewne podejrzewać, że to była ostra krawędź metalu albo nawet artretyczny ból palców.

Natężenie prądu wynosiło zaledwie kilka miliamperów. Człowiek w kombinezonie nie przyszedł tu nikogo zabić. Chciał po prostu przeprowadzić eksperyment, aby sprawdzić dwie rzeczy: po pierwsze, czy pilot sterujący skonstruowanym przez niego przełącznikiem zadziała z takiej odległości, przez barierę betonu i stali? Działał bez zarzutu. Po drugie, jaki jest dokładnie wpływ wody na przewodność? Specjaliści od bezpieczeństwa pracy stale o tym mówili i pisali, ale nigdy nikt nie obliczył tego w praktyce - czyli nie zbadał, ile prądu wystarczy do porażenia człowieka w wilgotnym skórzanym obuwiu, aby wywołać migotanie komór serca i śmierć.

Odpowiedź brzmiała: naprawdę bardzo niewiele.

To dobrze.

Trzęsą się ze strachu...

Mężczyzna w kombinezonie ruszył po schodach do tylnego wyjścia.

Znów pomyślał o rybach i elektryczności. Tym razem nie o generowaniu prądu, ale o jego wyczuwaniu. Zwłaszcza przez rekiny. Miały dosłownie szósty zmysł: zdumiewającą zdolność dostrzegania bioelektrycznej aktywności ofiary z odległości wielu mil, zanim ją jeszcze zobaczą.

Zerknął na zegarek, przypuszczając, że na stacji transformatorowej na dobre rozpoczęło się już śledztwo. Na nieszczęście dla osób badających przyczynę zdarzenia, ludzie nie rozwinęli szóstego zmysłu rekinów.

To samo wkrótce miało się okazać nieszczęściem dla wielu innych biednych nowojorczyków.

Rozdział 7

 

Sachs i Pułaski włożyli jasnoniebieskie kombinezony z tyveku, maski, okulary ochronne oraz ochraniacze na buty. Tak jak zawsze instruował ich Rhyme, na podeszwach umieścili gumki, aby łatwiej było odróżnić ich ślady od śladów pozostawionych na miejscu zdarzenia. Następnie Sachs, ściągnąwszy kombinezon pasem, na którym miała radiowy nadajnik audio/wideo i broń, przekroczyła żółtą taśmę, czując ból w artretycznych stawach. W wilgotne dni albo po zabezpieczaniu szczególnie trudnego miejsca, czy po pieszym pościgu, gdy kolana i biodra rwały ją nieprzytomnie, skrycie zazdrościła Lincolnowi Rhyme’owi braku czucia. Oczywiście nigdy nie wspomniała o tym ani słowem, nigdy nie myślała o tym dłużej niż dwie sekundy, ale jednak. Każdy stan ma swoje dobre strony.

Przystanęła na chodniku, sama w granicach strefy śmiertelnego niebezpieczeństwa. Gdy Rhyme pracował w wydziale wsparcia dochodzeniowego - komórce policji odpowiedzialnej za przeszukiwanie miejsc zdarzenia - polecał technikom, by zabezpieczali ślady w pojedynkę, chyba że mieli do czynienia ze szczególnie dużym obszarem. Wychodził z psychologicznego założenia, że człowiek staje się mniej uważny i skrupulatny, gdy ma partnerów, ponieważ cały czas pamięta, że mogą znaleźć coś, co przeoczył. Drugą przyczyną był fakt, że technicy, tak jak przestępcy, zostawiają ślady, choćby mieli na sobie najlepszy strój ochronny. Zanieczyszczenia potrafią zrujnować śledztwo. Im więcej osób zabezpiecza miejsce zdarzenia, tym większe ryzyko.

Spojrzała w zionące mrokiem drzwi, z których wciąż wydobywał się dym. Pomyślała o spoczywającym na biodrze pistolecie. Metalowym.

Linie są wyłączone...

No to bierz się do dzieła, pomyślała. Im szybciej przejdziesz po siatce, tym lepsza jakość dowodów. Kropelki potu, pełne ogromnie ważnego DNA, mogły wyparować i nie udałoby się ich zauważyć. Cenne włókna i włosy mogły ulecieć, a na ich miejsce pojawiłyby się inne, niezwiązane ze sprawą, które naprowadziłyby śledztwo na fałszywy trop.

Pod kaptur wsunęła słuchawkę i poprawiła mikrofon. Włączyła nadajnik na pasku i usłyszała głos Rhyme’a:

- ...steś tam, Sachs? Jes... dobra, już cię mam. Nie byłem pewien. Co to jest? - zapytał.

Widział to samo co ona dzięki małej kamerze wysokiej rozdzielczości, którą Sachs miała zamocowaną na opasce na czole. Zorientowała się, że bezwiednie patrzy na dziurę wypaloną w słupie. Wyjaśniła mu, co się stało: opowiedziała o łuku i drobinach stopionego metalu.

Rhyme przez chwilę milczał.

- To ci dopiero broń - powiedział wreszcie. - No to bierz się do roboty. Zrób siatkę.

Było kilka metod zabezpieczania śladów na miejscu zdarzenia. Jeden z popularnych sposobów polegał na rozpoczynaniu przeszukania od zewnętrznego rogu i poruszaniu się spiralnym torem w kierunku środka.

Lincoln Rhyme preferował jednak metodę siatki. Czasami radził studentom, żeby myśleli o niej jak o koszeniu trawnika - tyle że dwukrotnym. Technik przeprowadzający oględziny szedł w linii prostej od jednego końca miejsca do drugiego, po czym odwracał się o sto osiemdziesiąt stopni, robił krok w prawo lub w lewo i wracał w kierunku punktu wyjścia. Skończywszy obchód, odwracał się w kierunku prostopadłym do poprzedniego i powtarzał całą procedurę, chodząc tam i z powrotem.

Rhyme nalegał, by stosować takie dodatkowe zabezpieczenie, ponieważ pierwsze oględziny miejsca uważał za kluczowe. Jeśli wstępne badanie przeprowadziło się pobieżnie, człowiek nabierał przekonania, że nic się nie da znaleźć i następne oględziny są zbyteczne.