Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Nowy Jork drży ze strachu przed falą zamachów. Ich sprawca dysponuje potężną bronią, niewidzialną i wszechobecną - miejską siecią energetyczną. Potrafi manipulować przesyłem energii, wywołując łuk elektryczny o sile stapiającej stal, a przełączając kilka przewodów w instalacji budynku, potrafi zmienić w śmiertelną pułapkę klamkę u drzwi, metalową poręcz i windę. Tropy wskazują na udział tajemniczej, nowej grupy terrorystycznej. Do akcji włącza się Lincoln Rhyme ze swoim zespołem, przy wsparciu FBI i federalnego departamentu bezpieczeństwa, nadzorując równocześnie pościg za Zegarmistrzem, jednym z niewielu morderców, którym udało się wymknąć Rhyme'owi. Nawał pracy odbija się na stanie zdrowia sparaliżowanego kryminalistyka. Jego zbuntowane ciało może narazić na niebezpieczeństwo członków ekipy śledczej i niewinnych ludzi - ofiary kolejnych zamachów.
[Opis okładkowy]
Cykl: Lincoln Rhyme, t. 9
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna w Małomicach
Gminny Ośrodek Kultury w Domaniewicach
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy w Gostyniu
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Jarocin (2)
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu (2)
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Kole
Gminna Biblioteka Publiczna w Komorowie Żuławskim
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie (2)
Miejska Biblioteka Publiczna w Łomży (3)
Miejska Biblioteka Publiczna w Mińsku Mazowieckim
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Słupcy
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Wola m.st. Warszawy
Miejska Biblioteka Publiczna im. Stefana Żeromskiego w Zakopanem
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 546
Rok wydania: 2010
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
POD NAPIĘCIEM
POLECAMY
JEFFERY
DEAVER
JEFFERY
DEAVER
POD
NAPIĘCIEM
Przełożył Łukasz Praski
Prószyński i S-ka
Tytuł oryginału
THE BURNING WIRE
Copyright © 2010 by Jeffery Deaver
All rights reserved
Projekt okładki
© Stone/Getty Images/Flash Press Media
Redaktor prowadzący
Katarzyna Rudzka
Redakcja
Wiesława Karaczewska
Korekta
Grażyna Nawrocka
Łamanie
Ewa Wójcik
ISBN 978-83-7648-512-6
Warszawa 2010
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7 www.proszynski.pl
Druk i oprawa
Drukarnia Naukowo-Techniczna
Oddział Polskiej Agencji Prasowej SA
03-828 Warszawa, ul. Mińska 65
Dla wybitnej redaktorki
Marysue Rucci
Do diabła, nie mamy żadnych reguł. Staramy się coś osiągnąć.
Thomas Alva Edison o tworzeniu pierwszej sieci
elektroenergetycznej
Trzydzieści siedem godzin przed Dniem Ziemi
Człowiek od szyi w dół jest wart parą dolarów dziennie, od szyi
w górą jest wart tyle, ile zdoła wypracować jego mózg.
Thomas Alva Edison
Siedząc w centrum sterowania wielkiego kompleksu koncernu energetycznego Algonquin Consolidated Power and Light nad East River w nowojorskim Queens, kierownik dziennej zmiany zmarszczył brwi na widok czerwonego komunikatu, jaki zaczął migotać na ekranie monitora.
Awaria krytyczna
Poniżej wyświetliła się dokładna godzina zdarzenia: 11.20:20:003.
Odstawił kawę w kartonowym biało-niebieskim kubku, ozdobionym postaciami greckich sportowców, i wyprostował się na skrzypiącym krześle obrotowym.
Pracownicy centrum sterowania przedsiębiorstwa energetycznego siedzieli przy pojedynczych stanowiskach roboczych jak kontrolerzy ruchu lotniczego. W przestronnym, rzęsiście oświetlonym pomieszczeniu centralne miejsce zajmował ogromny płaski monitor, informujący o przepływie energii elektrycznej przez sieć Northeastern Interconnection, która zaopatrywała w prąd Nowy Jork, Pensylwanię, New Jersey i Connecticut. Układ i wystrój centrum wyglądałyby całkiem nowocześnie - gdyby był rok 1960.
Kierownik zerknął na tablicę pokazującą przepływ prądu z elektrowni w całym kraju: z turbin parowych, reaktorów i hydroelektrowni na wodospadzie Niagara. Jedna z maleńkich nitek plątaniny spaghetti, przedstawiającej linie elektryczne, nie działała tak, jak należy. Pulsowało czerwone kółeczko.
Awaria krytyczna...
- Co jest? - zapytał kierownik. Siwowłosy mężczyzna o wydatnym brzuszku, rysującym się pod białą koszulą z krótkim rękawem, z trzydziestoletnim doświadczeniem w branży energetycznej, był przede wszystkim zaciekawiony. Choć lampki alarmowe, sygnalizujące zdarzenia krytyczne, zapalały się od czasu do czasu, prawdziwe zdarzenia krytyczne należały do rzadkości.
Ciemna, automatyczna podstacja Algonquin numer 12, znajdująca się w Harlemie - skrót MH oznaczał Manhattan - była ważnym węzłem sieci w tym rejonie. Odbierała 138 000 woltów i przepuszczała je przez transformatory, które redukowały napięcie do dziesięciu procent wartości wejściowej, rozdzielały je i przesyłały dalej.
Na wielkim ekranie, pod godziną zdarzenia i suchym komunikatem o awarii krytycznej, rozbłysły czerwienią kolejne słowa.
MH-12 wyłączone z sieci
Kierownik zaczął stukać w klawiaturę komputera, przypominając sobie o czasach, gdy pracowano przy użyciu radia, telefonów i izolowanych przełączników, w zapachu oleju, mosiądzu i rozgrzanego bakelitu. Przeczytał gęsty, skomplikowany fragment tekstu na ekranie.
-Automaty się otworzyły? - rzekł cicho, jak gdyby do siebie. - Dlaczego? Przecież obciążenie jest normalne.
Ukazała się następna informacja.
MH-12 wyłączone z sieci. PK do rejonu zasięgu awarii z MH-17,
MH-10, MH-13, NJ-18
Na przedmieściach i na wsi sieć jest widoczna gołym okiem - linie wysokiego napięcia, słupy i przewody, doprowadzające prąd do domu. Kiedy siądzie linia, bez kłopotu można zlokalizować i usunąć usterkę. W wielu miastach jednak, takich jak Nowy Jork, energia elektryczna płynie izolowanymi kablami pod ziemią. Ponieważ z czasem izolacja ulega powolnemu zniszczeniu i uszkodzeniu przez wody gruntowe, w wyniku czego dochodzi do zwarć i przerw w dostawach prądu, firmy energetyczne stosują podwójną, a nawet potrójną redundancję zasilania. Gdy padła podstacja MH-12, komputer automatycznie zaczął kierować do klientów prąd z innych węzłów sieci.
Energia elektryczna w sieci przypomina wodę doprowadzoną do budynku pojedynczą rurą i wypływającą z wielu odkręconych kranów. Kiedy jeden z nich zostaje zakręcony, w pozostałych wzrasta ciśnienie. Prąd elektryczny zachowuje się tak samo, choć porusza się znacznie szybciej od wody - ponad miliard kilometrów na godzinę. A ponieważ Nowy Jork potrzebował ogromnej ilości energii, w podstacjach wykonujących dodatkową pracę napięcie - odpowiednik ciśnienia wody - było wysokie.
Ale system został tak skonstruowany, by poradzić sobie z takim zdarzeniem i wskaźniki napięcia nie wykraczały poza zieloną część skali.
Kierownika niepokoiło jednak pytanie, dlaczego w ogóle automatyczne wyłączniki odcięły podstację MH-12. Najczęściej automaty puszczały albo z powodu zwarcia, albo wyjątkowo dużego zapotrzebowania na energię w porze największego obciążenia sieci - wcześnie rano, podczas godzin szczytu i wczesnym wieczorem, lub podczas upałów, gdy prądożercze klimatyzatory domagały się zwiększonej porcji paliwa.
Żadna z tych sytuacji nie wchodziła w grę o godzinie 11.20:20:003 przyjemnego kwietniowego dnia.
W tym momencie zapaliło się drugie czerwone światełko.
Awaria krytyczna
NJ-18 wyłączone z sieci
Padła następna lokalna podstacja znajdująca się niedaleko Paramus w New Jersey. Był to jeden z węzłów, które przejęły pałeczkę po odłączeniu MH-12.
Kierownik wydał z siebie ni to śmiech, ni to kaszlnięcie. Jego twarz zmarszczyła się w konsternacji.
Kierownik patrzył na ekran, czekając na kolejny logiczny komunikat o tym, która nowa podstacja - lub podstacje - wypełnią lukę po stracie NJ-18.
Ale nie pojawiała się żadna informacja.
Tylko trzy podstacje na Manhattanie, 17, 10 i 13, zasilały dwa rejony, które w przeciwnym razie pozostałyby bez prądu. Program SCADA nie robił tego, co powinien: nie sprowadzał na pomoc innych stacji. Ilość energii przyjmowanej i wysyłanej przez każdą z trzech stacji drastycznie wzrastała.
Kierownik potarł brodę i nie doczekawszy się włączenia innej podstacji, która przyszłaby z pomocą zagrożonej części miasta, polecił starszemu asystentowi:
- Włącz ręcznie dostawę z Q-14 do wschodniego rejonu MH-12.
- Tak jest.
Po chwili kierownik warknął:
Nic.
Wskaźniki napięcia pokazywały koniec zielonej skali, zbliżając się do żółtej.
Kierownik wrócił pędem za swoje biurko i opadł na krzesło. Kubek z greckimi sportowcami i batonik musli poleciały na podłogę. Nie zwrócił na to uwagi.
Potem przewróciła się kolejna kostka domina. Zaczęła pulsować trzecia czerwona kropka jak środek tarczy, a system SCADA w swój beznamiętny sposób zakomunikował:
Awaria krytyczna
MH-17 wyłączone z sieci
I tak jak poprzednio, żadna podstacja nie pośpieszyła z pomocą, by zaspokoić wilczy apetyt nowojorczyków na energię. Dwie stacje wykonywały pracę pięciu. Rosła temperatura przewodów elektrycznych, wchodzących i wychodzących ze stacji, a wskaźniki napięcia na wielkim ekranie były już w połowie żółtej strefy.
MH-12 wyłączone z sieci. NJ-18 wyłączone z sieci. MH-17 wyłączone
z sieci. PK do rejonu zasięgu awarii z MH-10, MH-13
Kobieta na stanowisku kontrolnym obok raptownie się wyprostowała.
Czterdzieści tysięcy woltów - niewiele, zwłaszcza że trudno byłoby przesłać je przez linie średniego napięcia, przeznaczone na około jedną trzecią takiej wartości.
Komuś innemu udało się sprowadzić prąd z Connecticut.
Może jednak uda się opanować sytuację.
Ale nagle kobieta kradnąca zasilanie z Bronksu powiedziała zduszonym głosem:
To samo działo się w całym regionie. Gdy tylko któremuś z techników udało się sprowadzić trochę więcej prądu, by zmniejszyć obciążenie, nowe źródło wkrótce wysychało.
Dramat rozgrywał się w zawrotnym tempie.
Miliard kilometrów na godzinę...
Zobaczyli jeszcze jedno czerwone kółeczko Jeszcze jedną ranę od kuli.
Awaria krytyczna
MH-13 wyłączone z sieci
Szept:
MH-12 wyłączone z sieci. NJ-18 wyłączone z sieci. MH-17 wyłączone
z sieci. MH-13 wyłączone z sieci. PK do rejonu zasięgu awarii z MH-10
Przypominało to sytuację, gdy woda zgromadzona w ogromnym zbiorniku próbuje się przecisnąć przez wąski kranik, taki jak w drzwiach lodówki, z którego nalewa się zimną wodę. Napięcie prądu płynącego do stacji MH-10, znajdującej się w starym budynku przy Pięćdziesiątej Siódmej Zachodniej w dzielnicy Clinton na Manhattanie, było cztero-czy pięciokrotnie wyższe od normalnego i wciąż rosło. Wyłączniki automatyczne mogły się lada chwila otworzyć, zapobiegając eksplozji i pożarowi, ale cofając sporą część środkowego Manhattanu do czasów kolonialnych.
Kierownik nie wiedział, kto to; wszyscy siedzieli pochyleni nad swoimi stanowiskami, wpatrując się jak zahipnotyzowani w ekrany monitorów.
Och, nie. Nie...
Wyłączniki automatyczne w podstacji MH-10 zostały zresetowane. Mogły przyjąć na wejściu dziesięciokrotność dopuszczalnej mocy.
Gdyby centrum Algonquin nie zdołało szybko zredukować napięcia atakującego stację, jej linie i rozdzielnice przepuściłyby śmiertelnie wysoką falę energii elektrycznej. Nastąpiłby wybuch stacji. Ale wcześniej prąd przemknąłby liniami średniego napięcia do podziemnych transformatorów pod ulicami na południe od Lincoln Center i do sieci w biurowcach i wieżowcach. Niektóre wyłączniki automatyczne przerwałyby obwód, ale niektóre starsze transformatory i tablice rozdzielcze stopiłyby się po prostu w bryły metalu, nie stawiając żadnego oporu prądowi, który ruszyłby dalej, wywołując pożary i gwałtowne wyładowania łukowe, które śmiertelnie poparzyłyby każdego, kto znalazłby się w pobliżu jakiegoś urządzenia albo gniazdka.
Po raz pierwszy kierownik pomyślał: terroryści. To zamach terrorystyczny.
Paski wskaźnika sięgały już czerwonej części skali.
Kierownik zgrzytnął zębami, zastanawiając się nad tym. Planowane wyłączenie, czyli zrzut obciążenia, należało do nadzwyczajnych środków, stosowanych w elektroenergetyce. „Obciążeniem” nazywano ilość energii używanej przez odbiorców. Zrzut polegał na ręcznym, kontrolowanym odłączaniu pewnych elementów sieci, aby zapobiec poważniejszej awarii systemu przesyłowego.
Było to ostateczne narzędzie operatora w walce o utrzymanie funkcjonowania sieci i mogło przynieść katastrofalne skutki w gęsto zaludnionej części Manhattanu, która znalazła się w zagrożeniu. Straty wynikające z samego uszkodzenia komputerów mogłyby sięgać dziesiątków milionów, niewykluczone też, że nie obyłoby się bez ofiar, nawet śmiertelnych. Ludzie nie mogliby się dodzwonić pod dziewięćset jedenaście. Karetki i radiowozy policyjne utknęłyby w korkach na skrzyżowaniach pozbawionych sygnalizacji świetlnej. Zatrzymałyby się windy. Wybuchłaby panika. Podczas awarii sieci elektrycznej zawsze zwiększała się liczba rozbojów, kradzieży i gwałtów, nawet w biały dzień.
Dzięki energii elektrycznej ludzie byli uczciwsi.
Kierownik patrzył na rosnące wskaźniki napięcia. Chwycił telefon
i zadzwonił do swojego przełożonego, wiceprezesa w Algonquin.
Przyglądał się, jak wskaźnik wspina się po czerwonej strefie skali.
Jego szef zamyślił się na moment.
Kierownik spojrzał na tablicę. Kabel wysokiego napięcia, przechodzący przez podstację, biegł na zachód i zaopatrywał w energię część New Jersey.
Chwila ciszy.
Czyli prezes zarządu koncernu Algonquin. Załoga nazywała swojego szefa „Wszech-Moc”.
Czekając, kierownik patrzył na otaczających go techników.
Wciąż patrzył też na tablicę. Na rozjarzone czerwone kółka.
Awaria krytyczna...
Wreszcie w słuchawce ponownie odezwał się wiceprezes. Głos nieco mu się łamał. Szef odchrząknął i po chwili oznajmił:
Znów chwila ciszy.
- Tak.
- Nie mogę nikomu kazać tam wejść - szepnął kierownik. - To samobójstwo.
Kierowca sunął autobusem M70 wraz ze sznurem samochodów w kierunku przystanku na Pięćdziesiątej Siódmej, niedaleko miejsca, gdzie Dziesiąta Aleja przechodzi w Amsterdam. Był w niezłym nastroju. Nowy autobus - niskopodłogowy model z przyklękiem, który opuszczał się przy chodniku, by ułatwić wsiadanie - wyposażono w pochylnię dla niepełnosprawnych, fantastyczny układ kierowniczy oraz, co najważniejsze, siedzenie przyjazne dla siedzenia kierowcy.
Bóg mu świadkiem, że bardzo tego potrzebował, spędzając za kółkiem osiem godzin dziennie.
Nie interesowało go metro ani kolejki Long Island czy Metro North. Nie, uwielbiał autobusy, mimo obłędnego ruchu, wrogości i arogancji na ulicach. Uważał jazdę autobusem za wyjątkowo demokratyczną. Taksówki były drogie i cuchnące; metro nie zawsze dowoziło pasażera tam, gdzie chciał. A poruszać się pieszo? Przecież to Manhattan. Jeżeli ktoś miał na to czas, świetnie, ale kto miał? Poza tym lubił ludzi i podobało mu się, że każdą osobę, która wsiadała do jego autobusu, mógł powitać skinieniem głowy i uśmiechem. Nowojorczycy, w przeciwieństwie do opinii wielu ludzi, nie byli wcale nieprzyjaźni. Czasem po prostu nieśmiali, niepewni, zamyśleni.
Często wystarczył uśmiech, jedno słowo, kiwnięcie głowy... i zyskiwał nowego znajomego.
Lubił to, nawet gdyby znajomość miała się zakończyć sześć czy siedem skrzyżowań dalej.
Witając pasażerów, miał też okazję wypatrzyć psycholi, pijaczków, speedziarzy i ćpunów i zdecydować, czy powinien wcisnąć przycisk alarmowy.
W końcu to był Manhattan...
Dziś wstał piękny, bezchmurny i rześki dzień. Kwiecień. Jeden z jego ulubionych miesięcy. Około wpół do dwunastej w autobusie tłoczyli się ludzie zmierzający na wschód, gdzie umówili się z kimś na lunch albo chcieli wykorzystać wolną godzinę na załatwienie jakiejś sprawy. Jadąc w poruszającym się wolno strumieniu aut, skierował swój wielki pojazd na przystanek, gdzie czekało kilka osób.
Zbliżając się tam, przypadkiem rzucił okiem na stary brązowy budynek. Pochodził on z początku dwudziestego wieku, miał okratowane okna, ale wewnątrz zawsze panował mrok; kierowca nigdy nie widział, by ktokolwiek tam wchodził lub stamtąd wychodził. Trochę straszne miejsce, przypominające więzienie. Na froncie wisiała łuszcząca się tablica z białym napisem na niebieskim tle.
ALGONOUIN CONSOLIDATED POWER AND LIGHT
PODSTACJA MH-10
UWAGA: WYSOKIE NAPIĘCIE. WSTĘP WZBRONIONY
Rzadko zwracał uwagę na budynek, ale dziś jego wzrok przyciągnęło coś niecodziennego. Nigdy czegoś takiego nie widział. Z okna na wysokości około trzech metrów zwisał przewód o średnicy ponad centymetra, pokryty ciemną izolacją prawie do końca, gdzie plastik czy gumę zdarto, odsłaniając srebrzyste pasma metalu, przyśrubowane do jakiegoś elementu, płaskiego kawałka mosiądzu. Grubaśny kabel, pomyślał kierowca.
I wywiesili go z okna. Czy to w ogóle bezpieczne?
Zahamował, zatrzymując autobus na przystanku i wciskając guzik otwierający drzwi. Uruchomił się mechanizm przyklęku i podłoga obniżyła się nad chodnikiem, a metalowy stopień zawisł parę centymetrów nad ziemię.
Kierowca odwrócił szeroką, rumianą twarz w stronę drzwi, które rozsunęły się z miłym dla ucha hydraulicznym sykiem. Ludzie zaczęli wsiadać.
- Dzień dobry - powiedział wesoło kierowca.
Osiemdziesięciokilkuletnia kobieta, ściskając w ręku torbę z butiku Henriego Bendela, skinęła mu głową i podpierając się laską, poczłapała do tyłu, nie zważając na puste miejsca z przodu, zarezerwowane dla osób starszych i niepełnosprawnych.
Jak można nie uwielbiać nowojorczyków?
Dostrzegł nagły ruch w lusterku wstecznym. Migające żółte światła. Z tyłu nadjeżdżała furgonetka. Z Algonquin Consolidated. Wysiedli z niej trzej robotnicy i stanęli przed budynkiem, rozmawiając. Mieli skrzynki z narzędziami, grube rękawice i kurtki. Nie wyglądali na zadowolonych, ruszając wolnym krokiem do stacji transformatorowej; z pochylonymi ku sobie głowami naradzali się po drodze. Jedna z trzech głów pokręciła się złowróżbnie.
Kierowca spojrzał na ostatniego pasażera, który zamierzał wsiąść do autobusu, młodego Latynosa, trzymającego w ręku MetroCard. Mężczyzna zatrzymał się przed otwartymi drzwiami autobusu. Patrzył w stronę stacji transformatorowej spod zmarszczonych brwi. Unosił głowę, jak gdyby pochwycił jakiś zapach.
Ostra, gryząca woń. Coś się paliło. Kierowca pamiętał, że taki sam zapach towarzyszył awarii pralki, gdy doszło do zwarcia w silniku i spaliła się izolacja. Obrzydliwy, mdlący smród. Zza drzwi stacji unosiła się smużka dymu.
A więc dlatego zjawili się tu ludzie z Algonquin.
Będzie bałagan. Ciekawe, czy odetną prąd i wyłączą się światła na skrzyżowaniach. Dla niego to będzie koniec. Droga przez miasto, trwająca zwykle dwadzieścia minut, przeciągnie się do kilku godzin. Tak czy inaczej, lepiej będzie, jeżeli zrobi miejsce dla strażaków. Dał znak pasażerowi.
- Halo, proszę pana. Muszę jechać. Niech pan już wsia...
Gdy pasażer, wciąż z podejrzliwą miną wciągający zapach dochodzący z budynku, odwrócił się i wsiadł do autobusu, kierowca usłyszał jakieś trzaski z wnętrza stacji. Ostre i krótkie, przypominające wystrzały. Chwilę później cały chodnik między autobusem a kablem zwisającym z okna wypełnił błysk światła, jakby naraz zapłonęło kilkanaście słońc.
Pasażer zniknął w tumanie białego ognia.
Wzrok kierowcy przesłoniła seria szarych powidoków. Ogłuszył go grzmot, który brzmiał jak terkot i huk strzelby jednocześnie. Choć sam był przypięty pasami bezpieczeństwa, cisnęło go plecami na boczne okno.
Porażonymi uszami pochwycił echo wrzasku pasażerów.
Na wpół oślepionymi oczami dojrzał płomienie.
Tracąc przytomność, zastanawiał się, czy to nie on sam jest źródłem ognia.
Rozdział 3
Muszę wam powiedzieć. Wydostał się z lotniska. Godzinę temu widziano go w centrum Meksyku.
Amelia Sachs, siedząca obok jego cukierkowo czerwonego wózka Storm Arrow, pochyliła się nad czarną skrzynką telefonu głośnomówiącego i spytała:
Przed chwilą minęło południe. Rhyme i Sachs siedzieli w salonie na parterze jego domu przy Central Park West, niegdyś gotyckiego wiktoriańskiego budynku, który być może - jak lubił myśleć Rhyme - zamieszkiwali ludzie mający mało wspólnego ze staroświecką epoką wiktoriańską. Twardzi biznesmeni, podejrzani politycy, oszuści z klasą. Albo nieprzekupny komendant policji, znany z twardej ręki. Rhyme napisał kiedyś książkę o dawnych zbrodniach w Nowym Jorku i korzystając ze swoich źródeł, próbował prześledzić genealogię budynku. Nie udało mu się jednak ustalić rodowodu.
Rhyme zakładał, że kobieta, z którą rozmawiali, znajdowała się w nowocześniejszym obiekcie, trzy tysiące mil dalej: w Monterey, w siedzibie Biura Śledczego Kalifornii. Przed kilku laty agentka Kathryn Dance współpracowała z Rhyme’em i Sachs nad sprawą tego samego człowieka, którego właśnie ścigali. Przypuszczali, że naprawdę nazywa się Richard Logan. Mimo to Lincoln Rhyme, myśląc o nim, zazwyczaj używał jego pseudonimu - Zegarmistrz.
Był zawodowym przestępcą, planującym zbrodnie z taką samą precyzją, jaką poświęcał swojemu hobby i pasji - konstruowaniu zegarów. Rhyme i Zegarmistrz kilka razy starli się ze sobą: Rhyme pokrzyżował mu jeden plan, ale nie zdołał zapobiec innemu. Lincoln uważał się jednak za przegranego w tym pojedynku, ponieważ Zegarmistrz wciąż przebywał na wolności.
Rhyme oparł głowę o zagłówek wózka, wyobrażając sobie Logana. Widział go na własne oczy, z bliska. Szczupły, o chłopięcej czuprynie, patrzył na niego, jak gdyby rozbawiony faktem, że przesłuchuje go policja, która w ogóle się nie domyśliła, że planuje masowe morderstwo. Miał w sobie wrodzony spokój, który Rhyme uznał za najbardziej niepokojącą cechę jego charakteru. Emocje powodują nieostrożność i zwiększają prawdopodobieństwo popełnienia błędu, a nikt nie mógł podejrzewać Richarda Logana o emocjonalną osobowość.
Można go było wynająć do kradzieży, nielegalnego handlu bronią czy jakiegokolwiek innego przedsięwzięcia, które wymagało misternego planowania i bezwzględnego wykonania. Na ogół jednak wynajmowano go do morderstw - likwidował świadków, informatorów albo niewygodnych ludzi ze świata polityki i biznesu. Według ostatnich informacji, dostał zlecenie na kogoś w Meksyku. Rhyme zadzwonił do Dance, która miała liczne kontakty za południową granicą - i sama przed kilku laty omal nie zginęła z rąk wspólnika Zegarmistrza. Związana w ten sposób ze sprawą, reprezentowała stronę amerykańską w operacji, która miała na celu aresztowanie i przeprowadzenie ekstradycji podejrzanego, współpracując z oficerem śledczym Ministerialnej Policji Federalnej, młodym i pracowitym funkcjonariuszem Arturo Diazem.
Wczesnym rankiem dowiedzieli się, że Zegarmistrz wyląduje w stolicy Meksyku. Dance zadzwoniła do Diaza, któremu udało się uzyskać zgodę na wysłanie dodatkowych funkcjonariuszy na miejsce, żeby zatrzymali Logana. Ale według ostatnich relacji Dance, policjanci nie zdążyli.
Na jednym z kilku płaskich monitorów w laboratorium ukazał się ziarnisty obraz z widokiem nocnego lotniska. Po obu stronach ogrodzenia na pierwszym planie walały się śmieci, porzucone kartony, puszki i beczki. W kadrze pojawił się kołujący prywatny odrzutowiec transportowy, a kiedy się zatrzymał, otworzył się tylny luk i wyskoczył z niego jakiś mężczyzna.
Mężczyzna przeciągnął się i rozejrzał, orientując się w terenie. Następnie zarzucił na ramię torbę, skulony pobiegł w kierunku hangaru i ukrył się za nim. Kilka minut później zjawił się jakiś robotnik, niosąc paczkę wielkości dwóch pudełek na buty. Logan przywitał się z nim i wziął pudło, wręczając mu w zamian dużą kopertę. Robotnik rozejrzał się i szybko odszedł. Potem przy hangarze zatrzymał się pikap obsługi. Logan wsiadł do niego i schował się pod plandeką. Samochód zniknął z pola widzenia kamery.
Rhyme i Sachs wymienili znaczące spojrzenie. Wspominając o próbie „wydobycia informacji”, Dance zbyt skromnie mówiła o swoich umiejętnościach. Była specjalistką w dziedzinie kinezyki - mowy ciała - i jednym z najlepszych fachowców od przesłuchań w kraju. Ale między dwoma państwami panowały tak skomplikowane stosunki, że policjant z Kalifornii, chcąc oficjalnie przeprowadzić przesłuchanie w Meksyku, musiałby pokonać potężne przeszkody biurokratyczne, podczas gdy działalność amerykańskiej agencji antynarkotykowej została już tam usankcjonowana.
Tak, pocieszające, pomyślał Rhyme. Czuł się jednak sfrustrowany. Miał ofiarę na wyciągnięcie ręki i równocześnie prawie żadnej kontroli nad sprawą... Zauważył, że szybciej oddycha. Zastanawiał się nad swoim ostatnim starciem z Zegarmistrzem; Logan przechytrzył wszystkich. I bez trudu zabił człowieka, na którego dostał zlecenie. Rhyme miał do dyspozycji wszystkie fakty, aby rozszyfrować plan Logana. Mimo to zupełnie nie zrozumiał jego strategii.
Rhyme zachodził w głowę, po co Sachs wypytuje Dance o prywatne sprawy. Rudowłosa policjantka zignorowała jego zniecierpliwione spojrzenie.
-Do Santa Barbara. Zatrzymaliśmy się na Zamku Hearsta... Słuchajcie, ciągle czekam, żebyście mnie odwiedzili. Dzieci bardzo chcą was poznać. Wes napisał pracę do szkoły o kryminalistyce i wspominał w niej o tobie, Lincoln. Jego nauczyciel mieszkał kiedyś w Nowym Jorku i mnóstwo wie o twoich osiągnięciach.
Sachs skwitowała uśmiechem jego zniecierpliwienie i poinformowała Dance, że muszą kończyć.
Kiedy się rozłączyli, otarła pot z czoła Rhyme’a - nie zdawał sobie sprawy, że jest wilgotne - i przez chwilę siedzieli w milczeniu, patrząc przez okno na zbliżającą się do nich niewyraźną plamę. To był sokół wędrowny, który zatoczył koło i wylądował w gnieździe na parapecie okna na piętrze. Choć te drapieżne ptaki nie należały do rzadkości w dużych miastach - miały tuż pod dziobem mnóstwo tłustych, smakowitych gołębi - to zwykle wiły gniazda wyżej. Ale z niewiadomego powodu sokoły od kilku pokoleń zadomowiły się u Rhyme’a. Gospodarz lubił ich obecność. Inteligentne i fascynujące ptaki były idealnymi gośćmi, nie domagając się od gospodarza niczego.
Sachs obeszła wózek, położyła ręce na ramionach Rhyme’a i zaczęła improwizowany masaż. Wysoka Sachs była w lepszej formie fizycznej niż większość detektywów nowojorskiej policji w jej wieku i choć jej kolana i nogi dręczył artretyzm, ręce i dłonie miała silne i zdrowe.
Oboje mieli na sobie strój roboczy: Rhyme spodnie od dresu i zieloną koszulkę polo. Sachs zrzuciła granatową marynarkę, ale miała spodnie w tym samym kolorze oraz białą bawełnianą bluzkę z rozpiętym guzikiem u kołnierzyka, spod którego połyskiwały perły. Na jej biodrze spoczywał glock w polimerowej kaburze, a obok w osobnych ładownicach dwa dodatkowe magazynki i paralizator.
Rhyme czuł miarowy nacisk jej palców; powyżej miejsca, w którym przed kilku laty doznał niemal śmiertelnego urazu rdzenia kręgowego - czwartego kręgu szyjnego - zachował czucie. Choć w pewnym momencie rozważał poddanie się ryzykownej operacji, która mogła poprawić jego stan, wybrał inną formę terapii. Dzięki wyczerpującemu reżimowi ćwiczeń i rehabilitacji zdołał częściowo odzyskać zdolność poruszania palcami i dłonią. Mógł też posługiwać się serdecznym palcem lewej ręki, który z niewiadomego powodu przetrwał bez szwanku wypadek, kiedy to belka w metrze przetrąciła mu kark.
Dotyk palców zagłębiających się w jego ciało sprawiał Rhyme’owi przyjemność. Miał wrażenie, jak gdyby powiększał się ułamek ocalonego czucia. Zerknął na swoje bezużyteczne nogi. Zamknął oczy.
Thom przyglądał mu się uważnie.
Niepewny i stopniowy powrót do dawnej pasji, czyli wykorzystania nauki do wyjaśniania przestępstw, uratował mu życie po wypadku - dosłownie, ponieważ przez jakiś czas zastanawiał się nad wspomaganym samobójstwem.
W obliczu tajemnicy nie ma miejsca na nudę.
Nazwisko brzmiało znajomo, ale lekko poruszyło w nim strunę niepokoju.
Jeśli nie chodziło o informacje związane ze sprawą, rzadko poświęcał im uwagę.
Czasem nie sposób było pokonać asystenta.
Rhyme’owi spodobała się ta metafora.
Po chwili jednak zupełnie zapomniał o nagrodach i królewskim majestacie, gdy rozjazgotał się telefon, a na wyświetlaczu ukazał się numer porucznika detektywa Lona Sellitta.
Rhyme odebrał, wykonując ruch funkcjonującym palcem prawej dłoni.
Orszak przybył z centrum.
Departament Bezpieczeństwa Krajowego reprezentował typowy młody, choć wysoki rangą funkcjonariusz, prawdopodobnie urodzony i wychowany wśród pól golfowych Connecticut albo Long Island, co dla Rhyme’a niekoniecznie oznaczało wadę, ale było zwykłym spostrzeżeniem demograficznym. Wymuskana powierzchowność i przenikliwy wzrok tego człowieka maskowały fakt, że prawdopodobnie nie bardzo się orientował, jakie zajmuje miejsce w hierarchii organów ścigania, lecz dotyczyło to niemal każdej osoby, pracującej w DBK. Nazywał się Gary Noble.
Oczywiście Federalne Biuro Śledcze także było obecne, w osobie agenta specjalnego, z którym Rhyme i Sellitto często pracowali: Freda Dellraya. Afroamerykanin zapewne wprawiłby w konsternację założyciela FBI J. Edgara Hoovera, nie tyle swoimi korzeniami, choć wyraźnie nie pochodził z Nowej Anglii, ile lekceważeniem „stylu Dziewiątej Ulicy”, nazwanego tak od adresu siedziby FBI w Waszyngtonie. Dellray przywdziewał białą koszulę i krawat tylko wówczas, gdy wymagała tego rola, jaką miał odegrać w konkretnej operacji, traktując ten strój jak jeden z aktorskich kostiumów. Dziś był ubrany w swoje własne rzeczy: ciemnozielony garnitur w szkocką kratę, różową koszulę, kojarzącą się z beztroskim prezesem z Wall Street, oraz pomarańczowy krawat, którego Rhyme pozbyłby się w mgnieniu oka.
Dellrayowi towarzyszył jego nowo mianowany szef - zastępca dyrektora nowojorskiego biura FBI, Tucker McDaniel, który rozpoczął karierę zawodową w Waszyngtonie, a potem wyjeżdżał z misją na Bliski Wschód i subkontynent indyjski. Wiceszef biura był mocno zbudowany, miał ciemne, gęste włosy, smagłą twarz i niebieskie oczy o spojrzeniu, które zdawało się podejrzewać o kłamstwo każdego, kto powiedziałby do niego „dzień dobry”.
Była to umiejętność przydatna dla funkcjonariusza organów ścigania i Rhyme sam przybierał podobną minę, jeżeli tego wymagała sytuacja.
Głównym reprezentantem nowojorskiej policji był tęgi Lon Sellitto w szarym garniturze i nietypowej dla niego jasnoniebieskiej koszuli. Jedyną niepomiętą częścią jego garderoby był krawat w plamy - które były ozdobnym deseniem, nie dowodem niechlujstwa właściciela. Prawdopodobnie prezent od jego dziewczyny Rachel albo jej syna. Detektywa z wydziału specjalnego wspierali Sachs oraz Ron Pułaski, jasnowłosy, wiecznie młody funkcjonariusz ze służby patrolowej, który oficjalnie podlegał Sellittowi, lecz nieoficjalnie pracował głównie z Rhyme’em i Sachs przy kryminalistycznej części śledztwa. Pułaski miał na sobie zwykły granatowy mundur nowojorskiej policji i T-shirt widoczny w wycięciu bluzy.
Obaj federalni, McDaniel i Noble, słyszeli naturalnie o Rhymie, ale żaden z nich dotąd go nie poznał, więc na widok sparaliżowanego konsultanta kryminalistyki, poruszającego się zręcznie na wózku po laboratorium, okazywali mieszaninę zdziwienia, współczucia i zakłopotania. Zaskoczenie i niepewność wkrótce jednak zniknęły, jak u wszystkich z wyjątkiem najbardziej przymilnych gości, i po chwili osłupieli, widząc coś jeszcze dziwaczniejszego: wyłożony boazerią salon ze sztukaterią na suficie, zapchany sprzętem, którego mógłby pozazdrościć wydział kryminalistyki w policji miasta średniej wielkości.
Gdy dokonano prezentacji, głos zabrał Noble, ponieważ Departament Bezpieczeństwa Krajowego stał najwyżej w hierarchii ważności.
Sachs zrozumiała znaczenie tej poprawki i przewróciła oczami. Rhyme starał się powstrzymać uśmiech.
Rhyme miał również świadomość, że żyje i funkcjonuje wyłącznie dzięki elektryczności: dzięki niej działał respirator pompujący do jego płuc powietrze tuż po wypadku, a teraz akumulatory wózka i cały sprzęt sterowany panelem dotykowym i reagującym na głos USO, układem sterowania otoczeniem. Oraz oczywiście komputer.
Bez instalacji elektrycznej miałby marne życie. Prawdopodobnie nie miałby żadnego życia.
Iskra pięciu tysięcy woltów...
Noble znów przekręcił maleńkiego srebrnego ssaka na mankiecie.
McDaniel ponownie włączył się do rozmowy.
SIGINT, czylisignal intelligence, wywiad sygnałowy. Monitorowanie telefonów komórkowych, satelitarnych, e-maili... wydawało się, że to odpowiednie narzędzie w pojedynku z kimś, kto organizuje zamach przy użyciu sieci energetycznej.
Sprawiedliwość dla...
Strefa cienia, strona negatywna...
Rhyme nie był pewien, co to właściwie jest Dzień Ziemi, i nie miał na jego temat żadnego zdania. Myślał tylko o nim z pewnym rozdrażnieniem, jak o wielu świętach i imprezach: kojarzył go z tłumami i demonstrantami, tarasującymi ulice i fatygującymi siły nowojorskiej policji, które powinny prowadzić jego sprawy.
Ci byli rzadko spotykani w Nowym Jorku; nie prowadzono tu na większą skalę wyrębu lasów ani eksploatacji odkrywkowej.
Noble dał spokój niedźwiedziom czy manatom, zdobiącym jego mankiety, i zaczął się bawić gustownym długopisem.
Rhyme i Sellitto wymienili znaczące spojrzenie. To zaskakująco liczna grupa jak na jedno zdarzenie, które nie miało związku z żadnym toczącym się śledztwem. I zmobilizowana w niewiarygodnie krótkim czasie. Do ataku doszło niecałe dwie godziny temu.
Agent federalny zauważył ich reakcję.
Strefa cienia...
Poza nieprzeciętnym talentem do działania pod przykryciem, Dellray miał równie wielki talent do tworzenia siatek tajnych informatorów. Po jedenastym września pozyskał względy dużej liczby członków społeczności islamskiej i zorganizował z nich grupę informatorów, nauczywszy się arabskiego, indonezyjskiego i perskiego. Regularnie współpracował ze znakomitą jednostką antyterrorystyczną nowojorskiej policji. Czarnoskóry agent potwierdził jednak słowa szefa.
Rhyme usłyszał w głosie McDaniela nutę krytyki pod adresem Dellraya: informatorzy powinni się dowiadywać o pewnych rzeczach, zanim się wydarzą.
Noble przestał się bawić długopisem. Spojrzał na zegarek.
- Oczywiście, że pomożemy - odparł Rhyme. - Ale sami zabezpieczymy miejsce zdarzenia. Od wejścia do wyjścia. I wszystkie dodatkowe miejsca. Nie tylko ślady. Wszystko od A do Z. - Zerknął na Sellitta, który zdecydowanie pokiwał głową, dając mu do zrozumienia, że ma jego pełne poparcie.
W chwili niezręcznego milczenia, które zapadło po jego słowach, wszyscy zrozumieli podtekst: kto w konsekwencji będzie kierował śledztwem. Specyfika pracy współczesnej policji polega na tym, że ten, kto zajmuje się kryminalistyczną stroną śledztwa, właściwie prowadzi całą sprawę. Taki był w praktyce skutek rozwoju technik kryminalistycznych w ostatnim dziesięcioleciu. Zabezpieczając ślady na miejscu zdarzenia i analizując znalezione dowody, funkcjonariusze mieli najpełniejszy obraz zbrodni, znali potencjalnych podejrzanych i stawiali pierwsze hipotezy.
Decyzje strategiczne należały do triumwiratu-Noble’a i McDaniela z ramienia agencji federalnych oraz Sellitta jako reprezentanta policji. Gdyby się jednak zgodzili, aby Rhyme przejął analizę dowodów, w konsekwencji złożyliby na jego barki prowadzenie śledztwa. To byłoby logiczne. Rhyme wyjaśniał zagadki przestępstw w mieście dłużej niż którykolwiek z nich, a ponieważ na razie nie było żadnych podejrzanych ani tropów z wyjątkiem dowodów, należało się zwrócić do specjalisty kryminalistyka.
Co najważniejsze, Rhyme bardzo chciał dostać tę sprawę. Współczynnik nudy...
No dobrze, trochę też chodziło o połechtanie własnej próżności.
Wysunął więc najlepszy argument, jaki miał w zanadrzu: wybrał milczenie. Utkwił tylko wzrok w twarzy Gary’ego Noble’a, człowieka z Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego.
McDaniel kręcił się niespokojnie - w końcu to jego ekipa kryminalistyczna miała zostać zdegradowana - a Noble posłał mu pytające spojrzenie.
Rhyme podejrzewał, że kryje się za tym pytanie: czy ktoś w twoim stanie podoła takiemu zadaniu? Sellitto wzdrygnął się, ale McDaniel nie chciał upokorzyć kaleki. Zadał po prostu zasadne pytanie. Rhyme sam by o to zapytał.
McDaniel najwyraźniej nie nauczył się wszystkiego o łukach elektrycznych.
Ruszyła do wyjścia.
Stacja MH-10 należąca do Algonquin Consolidated Power była miniaturowym zamkiem średniowiecznym, znajdującym się w spokojnej okolicy na południe od Lincoln Center. Zbudowano ją z nierównych bloków wapienia, wyblakłych i pooranych od nowojorskich zanieczyszczeń i brudu, na jakie były narażone przez dziesiątki lat. Na podniszczonym kamieniu węgielnym można było odczytać datę: 1928.
Tuż przed czternastą przed budynkiem za uszkodzonym autobusem Amelia Sachs zaparkowała swojego bordowego forda torino cobra. Widok samochodu i basowe dudnienie rury wydechowej przyciągnęły spojrzenia gapiów, policjantów i strażaków, pełne zaciekawienia i podziwu. Wysiadła, rzuciła identyfikator policyjny na deskę rozdzielczą i stanęła z rękami na biodrach, rozglądając się po ulicy. Z drugiej strony wyłonił się Ron Pułaski i z głośnym trzaskiem zamknął drzwi pasażera.
Sachs przyjrzała się osobliwej scenerii. Stację transformatorową, z niewiadomego powodu zwieńczoną wieżyczkami, z obu stron otaczały nowoczesne budynki, liczące co najmniej dwadzieścia pięter. Ściany pokrywały białe zacieki - ślady po miejscowych gołębiach, których parę już wróciło po zamieszaniu wywołanym wybuchem. Żółtawe szyby w oknach zasłaniały pomalowane na czarno kraty.
Grube metalowe drzwi były otwarte, a w środku panowała ciemność.
Z wyciem elektronicznej syreny nadjechał bus wydziału kryminalistycznego Nowojorskiego Departamentu Policji - NYPD. Samochód zaparkował i wysiadło z niego troje techników z głównego laboratorium wydziału w Queens. Sachs wielokrotnie z nimi pracowała, więc skinieniem głowy powitała Latynosa i Azjatkę oraz ich przełożoną, detektyw Gretchen Sahloff, która w odpowiedzi pomachała do niej ręką i spoglądając posępnie na frontową ścianę stacji, podeszła do tylnych drzwi furgonetki, skąd dwoje funkcjonariuszy zaczęło wyładowywać sprzęt.
Sachs skupiła uwagę na chodniku i ulicy, ogrodzonych żółtą taśmą, zza której akcję obserwowało około pięćdziesięciu osób. Autobus, który wybrano na zamach, stał pusty i przechylony przed budynkiem stacji: w oponach z prawej strony nie było powietrza. Lakier niedaleko przednich drzwi był osmalony, a połowa szyb w oknach szara i mętna.
Podeszła do niej ratowniczka z pogotowia, Afroamerykanka o krępej budowie ciała.
Kobieta niepewnie skinęła głową. Ratownicy widzieli niejedną krwawą masakrę, lecz wyraz jej twarzy zdradzał, że wciąż jest wstrząśnięta.
Sachs poszła za nią do karetki, gdzie na noszach leżały zwłoki, czekając na transport do kostnicy. Były przykryte ciemnozieloną impregnowaną płachtą.
Sachs zamarła, czując zapach spalonej skóry i włosów. Spojrzała na ofiarę, Latynosa w garniturze, a raczej w tym, co z niego zostało. Jego plecy i większa część prawej strony ciała stanowiły amalgamat skóry i zwęglonej tkaniny. Pewnie oparzenia drugiego i trzeciego stopnia. Ale nie to tak ją poruszyło: w swojej pracy widziała już okropne poparzenia, przypadkowe i umyślne. Najbardziej przerażający był widok jego odsłoniętego ciała w miejscu, gdzie ratownicy rozcięli tkaninę garnituru. Sachs miała przed oczyma kilkadziesiąt maleńkich gładkich ran kłutych. Ofiara wyglądała, jak gdyby została trafiona strzałem z wielkiej śrutówki.
Przeszły na wylot?
Nagle Sachs uświadomiła sobie coś jeszcze. Wszystkie rany były wyraźnie widoczne.
Sachs nie potrafiła sobie wyobrazić tego bólu.
I wkrótce poznała odpowiedź.
Spojrzała w jego stronę.
Sachs otworzyła plastikową torebkę i wyciągnęła niebieskie lateksowe rękawiczki. Nałożywszy je, pochyliła się i podniosła spod słupa mały krążek metalu w kształcie łezki. Był tak gorący, że zmiękła od niego rękawiczka.
Kiedy zdała sobie sprawę, co to jest, zadrżała.
Młodego pasażera zabił grad stopionych kropli metalu, lecących z prędkością trzystu metrów na sekundę.
Młody policjant powoli wypuścił powietrze z płuc.
Sachs znów zadrżała - na myśl o bólu ofiary. I na myśl o tym, jak potworne mogły być skutki zamachu. W tym miejscu ulica była stosunkowo pusta. Gdyby stacja znajdowała się bliżej centrum Manhattanu, zginęłoby dziesięciu czy piętnastu przechodniów.
Unosząc wzrok, Sachs ujrzała broń nieznanego sprawcy: z jednego z okien wychodzących na Pięćdziesiątą Siódmą zwisał ponadpółmetrowy przewód. Pokrywała go czarna izolacja, ale na końcu została zdarta, a goły kabel był przymocowany do osmalonej mosiężnej płyty. Wyglądał jak część zwykłego urządzenia przemysłowego, nie przypominając śmiercionośnego narzędzia, które spowodowało tak straszną eksplozję.
Sachs i Pułaski dołączyli do grupy około dwudziestu agentów Departamentu Bezpieczeństwa, FBI i funkcjonariuszy policji, stojących przy vanie FBI, gdzie zorganizowano stanowisko dowodzenia akcją. Niektórzy mieli na sobie sprzęt bojowy, kilku kombinezony techników kryminalistycznych. Pozostali zwykłe garnitury lub służbowe mundury. Rozdzielali między siebie zadania. Zamierzali znaleźć świadków i sprawdzić, czy nie ma bomb lub innych pułapek, które często pozostawiali terroryści.
Przed stacją stał ze skrzyżowanymi ramionami pięćdziesięciokilkuletni mężczyzna o pociągłej twarzy i z poważną miną patrzył na budynek. Miał zawieszony na szyi identyfikator Algonquin Consolidated. Reprezentował szefostwo firmy: był kierownikiem rejonu, odpowiedzialnym za tę część sieci energetycznej. Sachs poprosiła go, aby szczegółowo opisał, czego Algonquin dowiedział się o zdarzeniu, a gdy mówił, wszystko pilnie notowała.
Sachs odwróciła się do Pułaskiego.
Rzuciło go na okno i ocknął się dziesięć minut później. Teraz zamilkł, z rozgoryczeniem i żalem patrząc na zniszczony autobus.
Sachs zwróciła się do obecnych na miejscu zdarzenia agentów i funkcjonariuszy, których poinformowała, że razem z Pułaskim zabezpieczą ślady. Zastanawiała się, czy Tucker McDaniel z FBI naprawdę przekazał im wiadomość, że się na to zgadza. Często zdarzało się, że wysoki rangą funkcjonariusz organów ścigania przytakiwał ci z uśmiechem, by potem zapomnieć, że kiedykolwiek odbył taką rozmowę. Ale agenci federalni byli o wszystkim poinformowani. Niektórzy wydawali się rozdrażnieni faktem, że kluczową rolę w dochodzeniu będzie odgrywać policja, ale inni - głównie technicy z federalnego zespołu analizy dowodów - przyjęli to spokojnie, przyglądając się Sachs z ciekawością i podziwem; w końcu należała do zespołu kierowanego przez legendarnego Lincolna Rhyme’a.
Pułaski wahał się przez chwilę, spoglądając na setkę stygnących krążków metalu, leżących na chodniku i wbitych we frontową ścianę budynku, potem na sztywny przewód, zwisający z okna.
Sachs bez słowa dała mu znak, żeby poszedł za nią.
Mężczyzna w brudnym granatowym kombinezonie Algonquin Consolidated Power, czapce bejsbolowej bez żadnego napisu oraz ochronnych okularach pracował przy tablicy rozdzielczej na zapleczu klubu sportowego w Chelsea na Manhattanie.
Montując sprzęt, zdejmując izolację z przewodów, przycinając je i podłączając, myślał o dzisiejszym zamachu. Wiadomości trąbiły o nim bez przerwy.
Dziś rano w wyniku przeciążenia stacji transformatorowej na Manhattanie doszło do silnego wyładowania elektrycznego między stacją a słupem na przystanku autobusowym, w wyniku którego zginęła jedna osoba, a kilka zostało rannych. Łuk omal nie trafił w autobus komunikacji miejskiej.
- To wyglądało zupełnie jak piorun - powiedział nam jeden ze świadków, pasażer autobusu. - Błysk po prostu w jednej chwili wypełnił cały chodnik. Oślepił mnie. No i ten dźwięk. Nie potrafię go opisać. Jakby głośny pomruk, a potem wybuch. Nie mogę spokojnie podejść do żadnego urządzenia na prąd. Naprawdę trzęsę się ze strachu. Chyba każdy, kto to widział, trzęsie się ze strachu.
Nie jesteś sam, pomyślał mężczyzna. Ludzie od ponad pięciu tysiącleci mieli świadomość istnienia elektryczności, która budziła w nich lęk i respekt. Jej nazwa wywodziła się z greckiego słowa, oznaczającego bursztyn, zestaloną żywicę, której używali starożytni do wytwarzania ładunków elektrostatycznych. W naukowych pismach na długo przed naszą erą wspominano o paraliżującym działaniu prądu elektrycznego, wytwarzanego przez węgorze i ryby żyjące w rzekach i przy wybrzeżach Egiptu, Grecji i Rzymu.
Na myśl przyszły mu wodne stworzenia, ponieważ w trakcie pracy ukradkiem przyglądał się pięciorgu ludziom, niespiesznie pływającym w klubowym basenie. Trzem kobietom i dwóm mężczyznom w wieku emerytalnym.
Rybą, która szczególnie go zafascynowała, była drętwa; to ona dała swą łacińską nazwę, Torpedo, pociskom wystrzeliwanym przez łodzie podwodne. Nazwa pochodziła od łacińskiego słowatorpor -usztywnianie albo paraliż. Drętwa miała w ciele dwie baterie, złożone z setek tysięcy galaretowatych płytkowych komórek, generujących prąd, który niczym przez sieć przewodów przepływał przez skomplikowany układ nerwów. Stworzenie wykorzystywało prąd do obrony, ale również do ataku, podczas polowania. Drętwy przyczajały się, aby obezwładnić, a czasem zabić ofiarę ładunkiem elektrycznym - większe drętwy potrafiły generować napięcie do dwustu woltów i więcej amperów, niż potrzebowała wiertarka elektryczna.
Naprawdę fascynujące...
Skończył pracę nad instalacją we wnętrzu tablicy i przyjrzał się swojemu dziełu. Jak każdy monter linii i główny elektryk, odczuwał pewną dumę na widok porządnie wykonanej roboty. Uważał, że zajmowanie się prądem elektrycznym to coś więcej niż zwykły zawód: dla niego to była nauka i sztuka. Zamknął drzwi i ruszył w głąb klubu, zatrzymując się w pobliżu męskiej szatni. Niewidoczny dla nikogo, czekał.
Jak drętwa.
Klub znajdował się na obrzeżach West Side, w dzielnicy mieszkaniowej; wczesnym popołudniem prawie nikt tu nie zaglądał, żeby pobiegać, popływać czy zagrać w squasha, dopiero po zakończeniu pracy klub zaroi się od setek mieszkańców, pragnących wypocić napięcia całego dnia.
W tym momencie nie potrzebował jednak tłumów. Na to przyjdzie czas później.
Ludzie wezmą go po prostu za jednego ze zwykłych pracowników i nie zwrócą na niego uwagi. Zatrzymał wzrok na tablicy sygnalizacji pożarowej, zdjął z niej pokrywę i bez specjalnego zainteresowania obejrzał wnętrze. Znów pomyślał o drętwach. Ryby żyjące w słonych wodach miały połączenia równoległe i wytwarzały niższe napięcie, ponieważ woda morska lepiej przewodziła prąd niż słodka, więc do zabicia ofiary nie było potrzebne duże wyładowanie. Natomiast drętwy zamieszkujące rzeki i jeziora miały połączenia szeregowe i generowały wyższe napięcie, by zrównoważyć niższą przewodność słodkiej wody.
Dla niego było to nie tylko fascynujące, ale w tym momencie bardzo istotne - przed testem przewodności wody. Zastanawiał się, czy prawidłowo wszystko obliczył.
Po zaledwie dziesięciu minutach oczekiwania usłyszał kroki i ujrzał jednego z pływaków, łysiejącego sześćdziesięciokilkuletniego mężczyznę, który minął go i człapiąc klapkami, ruszył pod prysznic.
Mężczyzna w roboczym kombinezonie ukradkiem zerknął na pływaka, który odkręcił kurek i wszedł pod strumień parującej wody, zupełnie nieświadomy, że ktoś go obserwuje.
Minęły trzy minuty, pięć. Człowiek pod prysznicem mydlił się i spłukiwał.
Niecierpliwiąc się i obawiając, że ktoś może go nakryć, ściskając w dłoni pilota - podobnego do samochodowego breloczka - mężczyzna w kombinezonie poczuł, jak sztywnieją mu mięśnie ramion.
Torpor. Zaśmiał się w duchu i rozluźnił.
Wreszcie członek klubu wyszedł spod prysznica i wytarł się ręcznikiem. Narzuciwszy szlafrok, z powrotem włożył klapki. Podszedł do drzwi prowadzących do szatni i ujął w dłoń klamkę.
W tym momencie mężczyzna w kombinezonie nacisnął równocześnie dwa guziki pilota.
Starszy człowiek syknął i zastygł w bezruchu.
Odsunął się, patrząc na klamkę. Spojrzał na swoje palce i szybko dotknął klamki jeszcze raz.
Bez sensu oczywiście. Nikt nie jest szybszy od prądu.
Tym razem jednak nie poczuł wstrząsu, zaczął więc zapewne podejrzewać, że to była ostra krawędź metalu albo nawet artretyczny ból palców.
Natężenie prądu wynosiło zaledwie kilka miliamperów. Człowiek w kombinezonie nie przyszedł tu nikogo zabić. Chciał po prostu przeprowadzić eksperyment, aby sprawdzić dwie rzeczy: po pierwsze, czy pilot sterujący skonstruowanym przez niego przełącznikiem zadziała z takiej odległości, przez barierę betonu i stali? Działał bez zarzutu. Po drugie, jaki jest dokładnie wpływ wody na przewodność? Specjaliści od bezpieczeństwa pracy stale o tym mówili i pisali, ale nigdy nikt nie obliczył tego w praktyce - czyli nie zbadał, ile prądu wystarczy do porażenia człowieka w wilgotnym skórzanym obuwiu, aby wywołać migotanie komór serca i śmierć.
Odpowiedź brzmiała: naprawdę bardzo niewiele.
To dobrze.
Trzęsą się ze strachu...
Mężczyzna w kombinezonie ruszył po schodach do tylnego wyjścia.
Znów pomyślał o rybach i elektryczności. Tym razem nie o generowaniu prądu, ale o jego wyczuwaniu. Zwłaszcza przez rekiny. Miały dosłownie szósty zmysł: zdumiewającą zdolność dostrzegania bioelektrycznej aktywności ofiary z odległości wielu mil, zanim ją jeszcze zobaczą.
Zerknął na zegarek, przypuszczając, że na stacji transformatorowej na dobre rozpoczęło się już śledztwo. Na nieszczęście dla osób badających przyczynę zdarzenia, ludzie nie rozwinęli szóstego zmysłu rekinów.
To samo wkrótce miało się okazać nieszczęściem dla wielu innych biednych nowojorczyków.
Sachs i Pułaski włożyli jasnoniebieskie kombinezony z tyveku, maski, okulary ochronne oraz ochraniacze na buty. Tak jak zawsze instruował ich Rhyme, na podeszwach umieścili gumki, aby łatwiej było odróżnić ich ślady od śladów pozostawionych na miejscu zdarzenia. Następnie Sachs, ściągnąwszy kombinezon pasem, na którym miała radiowy nadajnik audio/wideo i broń, przekroczyła żółtą taśmę, czując ból w artretycznych stawach. W wilgotne dni albo po zabezpieczaniu szczególnie trudnego miejsca, czy po pieszym pościgu, gdy kolana i biodra rwały ją nieprzytomnie, skrycie zazdrościła Lincolnowi Rhyme’owi braku czucia. Oczywiście nigdy nie wspomniała o tym ani słowem, nigdy nie myślała o tym dłużej niż dwie sekundy, ale jednak. Każdy stan ma swoje dobre strony.
Przystanęła na chodniku, sama w granicach strefy śmiertelnego niebezpieczeństwa. Gdy Rhyme pracował w wydziale wsparcia dochodzeniowego - komórce policji odpowiedzialnej za przeszukiwanie miejsc zdarzenia - polecał technikom, by zabezpieczali ślady w pojedynkę, chyba że mieli do czynienia ze szczególnie dużym obszarem. Wychodził z psychologicznego założenia, że człowiek staje się mniej uważny i skrupulatny, gdy ma partnerów, ponieważ cały czas pamięta, że mogą znaleźć coś, co przeoczył. Drugą przyczyną był fakt, że technicy, tak jak przestępcy, zostawiają ślady, choćby mieli na sobie najlepszy strój ochronny. Zanieczyszczenia potrafią zrujnować śledztwo. Im więcej osób zabezpiecza miejsce zdarzenia, tym większe ryzyko.
Spojrzała w zionące mrokiem drzwi, z których wciąż wydobywał się dym. Pomyślała o spoczywającym na biodrze pistolecie. Metalowym.
Linie są wyłączone...
No to bierz się do dzieła, pomyślała. Im szybciej przejdziesz po siatce, tym lepsza jakość dowodów. Kropelki potu, pełne ogromnie ważnego DNA, mogły wyparować i nie udałoby się ich zauważyć. Cenne włókna i włosy mogły ulecieć, a na ich miejsce pojawiłyby się inne, niezwiązane ze sprawą, które naprowadziłyby śledztwo na fałszywy trop.
Pod kaptur wsunęła słuchawkę i poprawiła mikrofon. Włączyła nadajnik na pasku i usłyszała głos Rhyme’a:
Widział to samo co ona dzięki małej kamerze wysokiej rozdzielczości, którą Sachs miała zamocowaną na opasce na czole. Zorientowała się, że bezwiednie patrzy na dziurę wypaloną w słupie. Wyjaśniła mu, co się stało: opowiedziała o łuku i drobinach stopionego metalu.
Rhyme przez chwilę milczał.
Było kilka metod zabezpieczania śladów na miejscu zdarzenia. Jeden z popularnych sposobów polegał na rozpoczynaniu przeszukania od zewnętrznego rogu i poruszaniu się spiralnym torem w kierunku środka.
Lincoln Rhyme preferował jednak metodę siatki. Czasami radził studentom, żeby myśleli o niej jak o koszeniu trawnika - tyle że dwukrotnym. Technik przeprowadzający oględziny szedł w linii prostej od jednego końca miejsca do drugiego, po czym odwracał się o sto osiemdziesiąt stopni, robił krok w prawo lub w lewo i wracał w kierunku punktu wyjścia. Skończywszy obchód, odwracał się w kierunku prostopadłym do poprzedniego i powtarzał całą procedurę, chodząc tam i z powrotem.
Rhyme nalegał, by stosować takie dodatkowe zabezpieczenie, ponieważ pierwsze oględziny miejsca uważał za kluczowe. Jeśli wstępne badanie przeprowadziło się pobieżnie, człowiek nabierał przekonania, że nic się nie da znaleźć i następne oględziny są zbyteczne.