Raija ze śnieżnej krainy. Bez korzeni. Tom 9 - Bente Pedersen - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Raija ze śnieżnej krainy. Bez korzeni. Tom 9 ebook i audiobook

Bente Pedersen

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Raija musi uciekać przed karzącą ręką sprawiedliwości. Zostawia dzieci, jej jedynym punktem oparcia staje się Mikkal i jego niezachwiana miłość. Razem z małym Ailo ruszają do Finlandii. Po długiej wędrówce przez płaskowyż docierają do krainy dzieciństwa Raiji. Nie wiedzą jednak, że i tam nie zaznają spokoju. Istnieje bowiem zły człowiek, który śledzi każdy ich krok, ogarnięty pragnieniem zemsty.

„Bez korzeni” to dziewiąty tom sagi „Raija ze śnieżnej krainy” opowiadającej o potężnym uczuciu, które pokonuje przeciwności losu. Akcja rozgrywa się w urzekającej surowym pięknem północnej Skandynawii

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 205

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 57 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Monika Piasecka

Oceny
4,3 (7 ocen)
4
1
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału: Ro­tløs

Prze­kład z ję­zyka nor­we­skiego: Grze­gorz Skom­mer

Co­py­ri­ght © Bente Pe­der­sen, 2024

This edi­tion: © Word Au­dio Pu­bli­shing In­ter­na­tio­nal/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2024

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Anna Slo­torsz

Re­dak­cja: Elż­bieta Skrzyń­ska

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8076-417-9

Kon­wer­sja i pro­duk­cja e-bo­oka: www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Word Au­dio Pu­bli­shing In­ter­na­tio­nal/Gyl­den­dal A/S

Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.wor­dau­dio.se

Roz­dział 1

Byli w dro­dze od dawna, lecz nie za­szli da­leko. Ra­ija, wy­czer­pana tor­tu­rami w twier­dzy Var­døhus, opa­dała z sił po paru go­dzi­nach mar­szu.

Otwarte rany na ciele dziew­czyny zrazu po­kryły się twardą sko­rupą, która pę­kała przy na­głym ru­chu, by wraz z upły­wem czasu znowu się za­bliź­nić. Mimo to wciąż po­su­wali się w żół­wim tem­pie. Noga Mik­kala nie chciała się goić. Wy­glą­dało na to, że na za­wsze już zo­sta­nie sztywna.

Sta­ran­nie omi­jali ten te­mat w roz­mo­wach.

Oboje wie­dzieli, gdzie się znaj­dują. Kra­jo­braz, mo­no­tonny dla nie­wpraw­nego oka, bu­dził w nich wspo­mnie­nia. Dro­gie, lecz nie chciane wspo­mnie­nia.

Od ty­go­dni nie spo­tkali ży­wej du­szy.

Byli sami, złą­czeni drę­czą­cym ocze­ki­wa­niem na coś nie­okre­ślo­nego.

Obawa, by się nie spło­szyć zbyt­nią na­tar­czy­wo­ścią, ka­zała im trzy­mać się na dy­stans. Fi­zycz­nie bli­sko sie­bie, żyli w od­da­le­niu. Co za iro­nia! Kiedy roz­dzie­lały tych dwoje roz­le­głe pół­nocne pła­sko­wyże, nie­wi­dzialna nić zda­wała się łą­czyć ich moc­niej.

Wę­dro­wali, je­dli wspól­nie po­si­łek, kła­dli się ra­zem na spo­czy­nek. Mimo to nic ich nie łą­czyło. Ucie­ka­jąc przed ka­rzącą ręką spra­wie­dli­wo­ści, jed­no­cze­śnie od­da­lali się od sie­bie, skry­wali głę­boko uczu­cia.

Ko­lejny po­ra­nek nie róż­nił się ni­czym od po­przed­nich. Był cie­pły, ską­pany w pro­mie­niach słońca. Po­wie­trze roz­brzmie­wało bzy­cze­niem owa­dów. Co raz ja­kiś ptak wy­cią­gał dziób ku niebu i oznaj­miał, że bie­rze w pa­no­wa­nie swój skra­wek głu­szy.

Ra­ija zwle­kała z ru­sze­niem w drogę. Jesz­cze nie była go­towa na spo­tka­nie z tym, co le­żało o je­den dzień mar­szu od ich obo­zo­wi­ska.

Czy Mik­kal uwie­rzy w wy­mówkę, którą so­bie ob­my­śliła? Czy ze­chce uwie­rzyć? Czy rów­nie mocno jak ona pra­gnie od­wlec czas? Ra­ija od­wró­ciła się ple­cami do Mik­kala i zlu­stro­wała bli­zny po opa­rze­niach na udach. On wi­dział je je­den raz, wtedy gdy ra­zem z Re­ijo opa­try­wali dziew­czynę. Od tam­tej chwili Ra­ija skry­wała je przed wzro­kiem uko­cha­nego męż­czy­zny. Wszak pa­mię­tał do­sko­na­łość jej ciała.

Nie była na­wet w sta­nie znieść my­śli o tym, jak by za­re­ago­wał na ten wi­dok.

Współ­czu­cia nie po­trze­bo­wała. Wszyst­kiego, tylko nie współ­czu­cia.

– Boli? – W gło­sie Mik­kala po­brzmie­wała tro­ska. – Może prze­zna­czymy dzi­siej­szy dzień na od­po­czy­nek?

Ra­ija wstrzy­mała od­dech. Od­no­siła wra­że­nie, że w py­ta­niu Mik­kala czai się ja­kiś pod­tekst.

– Czemu nie? – Usi­ło­wała nadać od­po­wie­dzi ton nie­fra­so­bliwy, ale bez po­wo­dze­nia. Mik­kal za­pewne to do­strzegł.

Opu­ściła skraj sukni i od­wró­ciła się w jego stronę. Męż­czy­zna spoj­rzał na nią, a serce dziew­czyny prze­peł­niło to samo uczu­cie jak tam­tego dnia, kiedy zro­zu­miała, że ją ko­cha. W Ski­botn całą wiecz­ność temu.

Mik­kal po­kle­pał się po cho­rej no­dze.

– Mnie też przyda się chwila wy­tchnie­nia – uśmiech­nął się krzywo. – Dużo wody upły­nęło od cza­sów, kiedy mo­głem bie­gać z tobą w za­wody po wrzo­so­wi­skach, Ra­iju…

Zaj­rzeli so­bie w oczy.

Oboje wie­dzieli o nie­szcze­ro­ści wła­snych słów i za­cho­wań. Mieli ostat­nią szansę, by zbli­żyć się do sie­bie.

– Cho­dzi o coś wię­cej? – Mik­kal wy­cią­gnął nóż zza pasa i za­czął dłu­bać w szcza­pie drewna, którą wy­do­był z ogni­ska. Ra­iji przy­po­mniało się, jak tym sa­mym no­żem wy­ci­nał dla niej ptaszka w ka­wałku ko­ści.

Ona pa­sła wtedy reny. I od tam­tej chwili mi­nęły całe wieki.

– Tak – od­rze­kła. – Jest coś wię­cej. Oboje się bo­imy.

Prze­rwał na chwilę za­ję­cie i ski­nął głową. Po­tem jego smu­kłe palce pod­jęły pracę.

Za­wsze lu­biła mu się przy­glą­dać, po­dzi­wiać pre­cy­zję ru­chów.

– Wiesz, gdzie je­ste­śmy?

Ra­ija po­twier­dziła.

– Nie­da­leko stąd cię­łam tu­rzycę.

– Pa­mię­tasz ko­ścia­nego ptaszka? – Mik­kal zda­wał się czy­tać w my­ślach uko­cha­nej.

– Są­dzisz, że za­po­mnia­ła­bym chwile, które zna­czą dla mnie tak wiele, Mik­kal?

– Wiel­kie nieba, już wtedy ko­cha­łem cię nie­przy­tom­nie. – Uśmiech­nął się do wspo­mnień. – I czu­łem się nie­przy­zwo­icie, wszak by­łaś jesz­cze dziec­kiem…

– A te­raz?

– Wąt­pisz? – zdzi­wił się. – Nie je­steś pewna mo­ich uczuć? Czy da­łem ci po­wody do zwąt­pie­nia?

– Da­łeś – od­rze­kła. – Oboje da­wa­li­śmy…

Mik­kal opu­ścił wzrok i wes­tchnął.

– Znów masz ra­cję. Nic to jed­nak nie zna­czy wo­bec przy­szło­ści. Co z nami bę­dzie, Ra­iju?

Przed tym py­ta­niem nie mo­gli uciec.

– Za­wsze po­tra­fi­łeś snuć da­le­ko­siężne plany, Mik­kal. Czyż­byś utra­cił tę umie­jęt­ność?

– Nie drwij ze mnie – od­rzekł roz­cza­ro­wany.

Ra­ija splo­tła palce.

– Nie drwię. Bro­nię się. Czuję pustkę wo­kół sie­bie, nie mam już nic. Ty masz wszystko, ro­dzinę, do któ­rej mo­żesz wró­cić…

– Nie wszystko…

– Ona czeka na cie­bie, prawda? Twoja ko­bieta?

Mik­kal wy­trzy­mał py­ta­jący wzrok Ra­iji.

– Tak, czeka. Tylko że nic nas od dawna nie łą­czy, nie do­pu­ści­łem się pod­ło­ści ani zdrady wo­bec cie­bie. Nie obie­cy­wa­li­śmy so­bie ta­kiej wier­no­ści, czyż nie, dzie­cino? Po­stę­po­wa­łaś po­dob­nie, Ra­iju, Kalle i Re­ijo to dwie strony tego sa­mego me­dalu. Nie wspo­mi­na­jąc o tym po­two­rze, któ­rego wzię­łaś za męża… Nie poj­muję je­dy­nie, co cię wią­zało z ro­syj­skim ma­ry­na­rzem. I co wznie­ciło ogień po­żą­da­nia mię­dzy tobą a Pe­trim…

– Więc do­strze­głeś i to?

– Ty umiesz się ma­sko­wać – uśmiech­nął się Mik­kal. – On nie po­trafi.

– Na­de­szła chwila szcze­ro­ści?

– Po­trze­bu­jemy jej oboje, nie są­dzisz? – spy­tał Mik­kal. Słaby uśmiech wciąż błą­dził mu po war­gach.

– Alek­siej był od­bi­ciem mej du­szy – za­częła Ra­ija. – Nie tak jak ty, Mik­kal. My nie je­ste­śmy po­do­bni do sie­bie, przy­naj­mniej nie w taki spo­sób. Alek­siej ro­zu­miał jak ja, czuł jak ja, prze­ży­wał tak jak ja. Zu­peł­nie jak­bym zaj­rzała w głąb wła­snego serca.

– I to na­zy­wasz mi­ło­ścią? – zdzi­wił się.

– Tak – od­rze­kła. – To szcze­gólny ro­dzaj mi­ło­ści…

Mik­kal od­wró­cił wzrok i za­czął grze­bać w pa­le­ni­sku. Z tru­dem opa­no­wał drże­nie warg, nie chciał wy­bu­chem zło­ści prze­rwać cien­kiej nici po­ro­zu­mie­nia, którą zdo­łali na­wią­zać.

– Mó­wisz o tylu ro­dza­jach mi­ło­ści, Ra­iju. Czy i nas łą­czy ja­kaś mi­łość?

– Nie ja­kaś, do­brze wiesz, co nas łą­czy. Nie wiem, jak na­zwać tę mi­łość. Wiem za to, co no­szę w sercu. To je­dyne uczu­cie, przed któ­rym nie zdo­łam uciec. Któ­rego nie zdo­łam za­po­mnieć…

– Ja za­wsze na­zy­wa­łem je mi­ło­ścią – Mik­kal po­czuł się lekko ura­żony. – Może nie po­tra­fię do­bie­rać słów jak ty… – Wstrzy­mał od­dech i do­dał z drże­niem: – A Pe­tri?

Ra­ija od­gar­nęła włosy z czoła. Długa grzywka była je­dy­nym wspo­mnie­niem ich daw­nej urody.

– Gdyby nie ty, zo­sta­ła­bym z Pe­trim do końca ży­cia.

Mik­kal prze­łknął ślinę. Słowa Ra­iji spra­wiły mu ból. Wo­lałby usły­szeć, że Pe­triemu od­dała ciało i nic wię­cej. Ubrał tę myśl w słowa.

– Wiem – przy­znała – ale żą­da­łeś szcze­ro­ści. Brnijmy więc da­lej… – za­czerp­nęła tchu: – Alek­san­teri miał tylko moje ciało.

– On też?

– Cóż to zmie­nia?

Mik­kal jęk­nął bez­sil­nie.

– Chyba nie je­stem aż tak wy­ro­zu­miały. Cier­pię na myśl o tym, że ktoś inny trzy­mał cię w ra­mio­nach. Choćby cho­dziło o Re­ijo, mo­jego ser­decz­nego druha…

– A ty? – zdzi­wiła się. – Masz czy­ste su­mie­nie? Sigga nie była je­dyna. Znam cię do­brze, nie uda­waj cno­tli­wego.

– Tak, Sigga nie była je­dyna. – Mik­kal wbił nóż w kępki mchu pod sto­pami. – Ale pa­mię­tam tylko twarz Ingi. Po­zo­stałe nic nie zna­czyły. Krót­kie spo­tka­nia, parę chwil w ciem­no­ści, by za­spo­koić po­trzeby ciała. A póź­niej pustka, do­tkliw­sza po ko­lej­nej ulot­nej mi­ło­stce. Po­rzu­ca­łem je, czu­jąc, jak wzbiera we mnie sa­mot­ność. Je­steś dla mnie jak krew, Ra­iju. Tamte mogą ob­da­ro­wać mnie je­dy­nie cia­łem. A wiem, że ist­nieje coś wię­cej, coś, co daje mi peł­nię szczę­ścia. – Spoj­rzał smutno na dziew­czynę. – Nie mam czy­stego su­mie­nia. Może nie­które z nich ro­biły so­bie ja­kieś na­dzieje. Nie wiem. Nie pa­mię­tam ich twa­rzy. Może szep­tały mi swoje imiona, ale ja nie pa­mię­tam żad­nych imion. Mia­łem wię­cej przy­gód niż ty, moja miła, lecz zna­czyły dla mnie znacz­nie mniej. Ko­cha­łaś Kal­lego i Re­ijo. Ko­cha­łaś Ro­sja­nina, Pe­triego…

– Nie czu­ła­bym ta­kiej od­razy, gdy­byś da­rzył tamte dziew­częta uczu­ciem – syk­nęła Ra­ija z po­bla­dłą twa­rzą.

– Co masz na my­śli? Nie ro­zu­miem cię, Ra­iju.

– Trzy­ma­łeś je w ra­mio­nach, da­wa­łeś im cząstkę sie­bie, Mik­kal. Zro­zu­mia­ła­bym to, gdyby zna­czyły dla cie­bie co­kol­wiek. Moje uczu­cia dla in­nych nie umniej­szają mi­ło­ści do cie­bie. Mierzi mnie myśl, że znaj­du­jesz za­spo­ko­je­nie u pierw­szej lep­szej…

– Może bar­dziej niż ty tę­sk­ni­łem? – prze­rwał jej, nie pod­no­sząc wzroku. – Twój dom jest tam gdzie ty, ja tak nie po­tra­fię. Nie mam twej woli prze­trwa­nia. Nie umiem żyć ma­rze­niami.

– Ja ży­łam na prze­kór ma­rze­niom – po­pra­wiła go ci­chym gło­sem. – ży­łam, na swój spo­sób szczę­śliwa, wbrew ma­rze­niom. Wbrew pew­no­ści, że gdzieś je­steś. Nie mogę kar­mić się samą tę­sk­notą, za­do­wa­lam się tym, co odro­binę gor­sze. To też jest szczę­ście, to też ro­dzaj mi­ło­ści. Nie ko­cham cię przez to mniej. Nie poj­mu­jesz tej pro­stej prawdy?

Mik­kal po­trzą­snął głową.

– Nie. Za­wsze czu­łem się ska­lany, bę­dąc z inną ko­bietą. My­ślę, że ro­bi­łem to, by się upodlić, by sa­mego sie­bie uka­rać. By się wsty­dzić… Tego pew­nie ty nie po­tra­fisz po­jąć.

Tym ra­zem Ra­ija po­krę­ciła prze­cząco głową.

– A Inga? – za­py­tała.

Twarz Mik­kala ścią­gnęła się.

– Żal mi jej – wes­tchnął. – Ona mnie ko­cha.

– I wie o mnie?

Po­twier­dził.

– Nic, co po­wiem lub uczy­nię, nie bu­dzi w niej zło­ści. Nie po­trafi mnie znie­na­wi­dzić, trwa przy mnie… – A ty nie masz serca jej od­trą­cić? – spy­tała Ra­ija z czu­ło­ścią w gło­sie.

– Nie.

– Spra­wiasz jej więk­szą przy­krość obe­lgami i drwi­nami…

– Więc są­dzisz, że tak się za­cho­wuję wo­bec niej?

– Wiem, że tak jest.

– I ja wiem. – Nie­cier­pli­wym ru­chem wbił nóż w zie­mię. – My­ślisz, że nie zdaję so­bie sprawy z wła­snej pod­ło­ści? My­ślisz, że je­stem dumny z mo­ich po­stęp­ków? Wiem jed­nak, że Inga mnie nie opu­ści, na­wet je­śli po­pro­szę ją o to. Zo­sta­nie, chwy­ta­jąc się strzęp­ków na­dziei. Jej bła­galny wzrok do­pro­wa­dza mnie do sza­leń­stwa.

– Co bę­dzie, gdy zo­ba­czy nas ra­zem?

Mik­kal za­mknął oczy.

– Nie wiem, Ra­iju. Dla­tego opóź­niam marsz. To za­leży ode mnie. I od cie­bie… – Za­czerp­nął tchu i wy­rzu­cił: – Od tego, co po­sta­no­wimy. Wiesz, o czym mó­wię?

– Ja nie mam domu. – Ra­ija roz­ło­żyła ra­miona. – Nie mam nic, Mik­kal. Tylko cie­bie i to, co do cie­bie na­leży. Dla mnie sprawa jest pro­sta.

– Mo­żesz sama wy­brać chwilę, kiedy do­trzemy do obo­zo­wi­ska. Mo­żemy za­wró­cić do osady. Mo­żemy za­miesz­kać ra­zem lub osobno. Usza­nuję każdy twój wy­bór, prze­cież nie po­tra­fił­bym na­giąć twej woli. Je­śli wy­bie­rzesz sa­motne ży­cie, będę po­ma­gać ci ze wszyst­kich sił. Nie przyjmę in­nej ko­biety do mo­jej jurty. Po­zo­stanę twoim przy­ja­cie­lem. Za­wsze będę cię ko­chać, ale nie zmu­szę, byś przy­jęła mą mi­łość, je­śli nie je­steś go­towa…

– Chyba ni­gdy nie będę mo­gła wró­cić na fiń­skie i nor­we­skie trakty…

– Może nie – od­rzekł z po­wagą. – Oskar­żono cię o cięż­kie prze­wi­nie­nia. Ucieczką ośmie­szy­łaś opraw­ców. Z pew­no­ścią ni­gdy nie za­prze­staną po­ścigu.

– Więc mó­wimy o ca­łym przy­szłym ży­ciu. O na­szej przy­szło­ści.

Mik­kal ski­nął głową.

– Tak. My­śla­łem o tym. To, co po­wiem, nie do­ty­czy ju­tra czy przy­szłego lata. Do­ty­czy ca­łego ży­cia.

– Bez bło­go­sła­wień­stwa…

– Czy ma to ja­kieś zna­cze­nie? – Ścią­gnęła usta.

– Nie dla mnie. Nie dla nas. Dzieci…

– Po­ślemy po nie, kiedy sprawa two­jej ucieczki przy­cich­nie.

Ra­ija ski­nęła głową. To było moż­liwe.

– Wciąż się wa­hasz, bo szkoda ci tam­tego ży­cia? Tego, co może dać ci Re­ijo? Tego, czego ja ci dać nie mogę, bo je­stem La­poń­czy­kiem i żyję ina­czej niż Nor­we­go­wie i wy, Fi­no­wie?

Ro­ze­śmiała się ci­cho.

– Tę­sk­ni­łam za wa­szym świa­tem od chwili, kiedy go opu­ści­łam. Te­raz jed­nak myśl o po­wro­cie mnie prze­raża. Zwłasz­cza myśl o po­wro­cie na całe ży­cie.

– Nie masz wy­boru, miła – stwier­dził Mik­kal ze smut­kiem w oczach. – Mu­sisz tu zo­stać. Zde­cy­duj tylko, czy masz dość od­wagi, by dzie­lić ży­cie ze mną, czy wo­lisz cze­kać sa­mot­nie, aż mi­łość przyj­dzie z in­nej strony…

Wzdry­gnęła się na te słowa.

– Ko­piesz le­żą­cego, Mik­kal.

– Bo się boję – bro­nił się Mik­kal. – Śmier­tel­nie się boję, że mnie od­trą­cisz.

– A ja się lę­kam, że nie damy rady. Przez har­dość i upór za­prze­pa­ści­li­śmy już tyle pięk­nych chwil.

– Te­raz bę­dzie ina­czej – za­pew­nił uko­chaną. – Mie­li­śmy dla sie­bie tylko krót­kie chwile i ko­rzy­sta­li­śmy z nich zbyt łap­czy­wie. Ła­two po­błą­dzić, je­śli chcesz od­na­leźć raj w je­den dzień.

– Naj­czę­ściej tra­fia­li­śmy do pie­kła – za­smu­ciła się. – Ra­ni­li­śmy się, Mik­kal…

– Za­po­mnijmy o tym.

– Po­tra­fisz?

Mil­czał dłuż­szą chwilę, za­nim od­rzekł sta­now­czo:

– Tak są­dzę. Bar­dzo pra­gnę za­po­mnieć, Mały Kruku.

– Po­tra­fisz za­pa­no­wać nad gnie­wem, za­zdro­ścią…?

– Może. – Uśmiech­nął się. Przez dym z ogni­ska nie­wy­raź­nie wi­działa jego twarz. – Nie od­mie­nisz mnie. Sta­łem się męż­czy­zną, ży­jąc bez cie­bie. Nie­ła­two wy­cho­wać od nowa doj­rza­łego czło­wieka. Uczy­nię jed­nak wszystko, by cię uszczę­śli­wić, Ra­iju. Daj mi szansę.

– Ży­cie na­uczyło mnie ostroż­no­ści. Nie mogę so­bie po­zwo­lić na ko­lejne roz­cza­ro­wa­nie, Mik­kal. A już naj­mniej na to, byś ty stał się jego źró­dłem.

– Dla­czego?

– Dla­tego, że za­wsze by­łeś moim ma­rze­niem – od­rze­kła z za­mglo­nym wzro­kiem. – Bo­ha­te­rem ze snów, który do­da­wał mi sił w naj­gor­szych chwi­lach ży­cia. Wie­dzia­łam, że ist­nieje męż­czy­zna, który mnie ro­zu­mie, ko­cha i ni­gdy nie za­wie­dzie. Je­śli­bym te­raz do­znała za­wodu, stra­ci­ła­bym na­wet ma­rze­nia. A bez ma­rzeń nie mo­gła­bym żyć.

– Po­win­naś sta­ran­niej do­bie­rać so­bie bo­ha­te­rów. – Uśmiech­nął się blado.

– Nie drę­czą cię wąt­pli­wo­ści? – zdzi­wiła się.

Mik­kal po­trzą­snął sta­now­czo głową.

– Dla­czego miał­bym zwąt­pić w cie­bie?

– Byli inni…

– Oni nie przy­wiodą mnie do zwąt­pie­nia. Wzbu­dzają za­zdrość, przy­znaję, moją du­szę prze­nika za­zdrość o nich, ale nie zwąt­pi­łem. Nie ode­szłaś z żad­nym z nich. Mo­głaś ru­szyć z Pe­trim. W Fin­lan­dii nie do­pa­dliby cię urzęd­nicy kró­lew­scy, na­wet na myśl by im nie przy­szło, by was tam szu­kać. W grun­cie rze­czy tu­taj grozi ci więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo.

– Pe­tri jest żo­naty. – Uśmiech­nęła się Ra­ija.

Mik­kal zbladł, ale uznał wnet, że Ra­ija żar­tuje, i ode­tchnął z ulgą.

– Nie strasz mnie!

– Nie mo­głam żyć z ni­kim in­nym, Mik­kal. Może z Re­ijo, ale dla niego je­stem kulą u nogi. Re­ijo po­trze­buje in­nej ko­biety. Ta­kiej, którą mógłby ob­da­rzyć praw­dziwą mi­ło­ścią.

– Zna­lazł ją…

– Re­ijo nie jest taki jak ty – po­wie­działa sta­now­czo. – Znaj­dzie inną. Nikt w świe­cie bar­dziej nie za­słu­guje na szczę­ście niż Re­ijo.

– A ja? – Mik­kal po­czuł się ura­żony. – A ty?

– My? Za­słu­gu­jemy na sie­bie na­wza­jem. I tyle do­sta­niemy.

– To cała od­po­wiedź?

Ski­nęła lekko głową.

– In­nej nie mam, Mik­kal. Za­ry­zy­kujmy. Prze­cież za tą chwilą tę­sk­ni­li­śmy całe ży­cie?

Mik­kal wy­pro­sto­wał się po­woli, nie do końca świa­domy tego, co się dzieje. Na­wet nie za­uwa­żył, że upu­ścił nóż. Pa­trzył na Ra­iję. Dziew­czyna pod­nio­sła się z ta­kim sa­mym ocią­ga­niem. Ob­ser­wo­wał, jak na jej twa­rzy roz­kwita uśmiech, za­czyna się od lek­kiego drże­nia w ką­ci­kach ust, by roz­lać się po ca­łej twa­rzy.

Przed­tem dzie­liło ich ty­siące mil, wieki całe. Te­raz parę kro­ków. Tak nie­wiele trzeba, by je zro­bić, a jed­nak zwle­kali ca­łymi ty­go­dniami. Stra­cili nie­wy­ba­czal­nie dużo czasu.

Naj­pierw spo­tkały się dło­nie, splo­tły palce. Unie­śli twa­rze ku niebu i za­śmiali się, wy­peł­nia­jąc prze­strzeń wo­kół sie­bie ra­do­ścią.

Po­tem ich dło­nie roz­łą­czyły się, by opleść uko­chane ra­miona, szyję. Przy­warli do sie­bie, da­jąc upust długo tłu­mio­nym uczu­ciom. Prze­stali uda­wać.

Ra­ija wtu­liła po­li­czek w za­głę­bie­nie na szyi Mik­kala, po­żą­dli­wie chło­nąc za­pach jego ciała, za­pach męż­czy­zny i dzi­kiej na­tury, wło­sów i roz­grza­nej skóry. Tego wszyst­kiego, czym był. Do czego tę­sk­niła w każ­dej świa­do­mej se­kun­dzie ży­cia, do czego bie­gła w wy­ob­raźni pod­czas nie­koń­czą­cych się dni w lo­chu cza­row­nic.

Mik­kal. Jej mi­łość.

Wę­dro­wali przez tyle ty­go­dni, ucie­ka­jąc przed wy­ro­kami prawa i od­da­la­jąc się od sie­bie.

Te­raz się wszystko od­mieni. Ni­gdy wię­cej.

Ni­gdy wię­cej nie będą dła­wić uczuć w so­bie.

Su­chymi war­gami do­tknęła pul­su­ją­cej skóry na szyi Mik­kala. Po­ca­łun­kami bu­dziła długo uśpiony ogień, po brzegi na­peł­niała serce roz­ko­szą. Czuł tę roz­kosz po same czubki pal­ców, które do­ty­kały mięk­kiej krą­gło­ści ra­mion dziew­czyny, kre­śliły ta­jemne znaki mi­ło­ści na jej bio­drach.

A ich mi­łość ro­sła, nie było w niej nic nisz­czą­cego.

Ro­sła i pięk­niała…

– Wiel­kie nieba – szep­nął jej ła­god­nie do ucha – jak ty to ro­bisz, ko­bieto? Nic in­nego się nie li­czy, póki trzy­masz mnie w ra­mio­nach. Na­wet to, że nie mogę bie­gać i przez resztę ży­cia będę wlókł za sobą nie­sprawną nogę. Je­śli tylko mnie ko­chasz, ca­łu­jesz… Cze­góż wię­cej mogę pra­gnąć?

Ra­ija uśmiech­nęła się ze zro­zu­mie­niem. Ją też prze­peł­niała zmy­słowa roz­kosz.

– Ko­cham cię – po­wie­działa z pro­stotą, wo­dząc pal­cem wska­zu­ją­cym po ob­ry­sie twa­rzy Mik­kala. – Tę­sk­nię i ża­łuję, iż wcze­śniej tego nie do­strze­głam. Nie uciek­niemy od sie­bie. Zmar­no­wa­li­śmy tyle czasu, mój miły.

– Mały Kruku, Ra­iju, naj­droż­sza moja – wy­chry­piał. W jego wzroku kryło się mo­rze czu­ło­ści i cie­pła. Twarz roz­ja­śniła się w uśmie­chu, rysy zła­god­niały. Na po­wrót był Mik­ka­lem sprzed lat, który wie­rzył, że mi­łość wy­pełni mu całe ży­cie.

Że blask bi­jący od tej dziew­czyny opro­mieni co­dzien­ność.

Wiara po­wró­ciła.

Przy­tu­lił Ra­iję do sie­bie. Sły­szał bi­cie serc ze­spo­lo­nych w rów­nym ryt­mie.

– Pa­mię­tasz ten pierw­szy raz? – spy­tał ci­cho. – Pa­mię­tasz za­wsty­dze­nie? Nie­zdar­ność i strach, że bę­dzie nie tak?

– Ty się ba­łeś – po­pra­wiła go. – Ja pra­gnę­łam. Chcia­łam, byś to był ty.

– Te­raz czuję się po­dob­nie – przy­znał, od­su­wa­jąc Ra­iję na wy­cią­gnię­cie ra­mion. – Nie­do­świad­czony i głupi… – Schy­lił kark. – Boję się, że nie wy­trzy­mam po­rów­na­nia z tam­tymi…

De­li­katna dłoń ujęła go za pod­bró­dek i zmu­siła, by uniósł głowę. Para ciem­nych oczu przy­glą­dała się mu ba­daw­czo.

– Nikt nie jest taki jak ty, Mik­kal. Z ni­kim nie może być tak do­brze jak z tobą. To nie pło­mień, który roz­pala się na ulotną chwilę. To praw­dziwe i trwałe uczu­cie… – Uśmiech­nęła się słabo. – Chcę cię pro­sić o coś…

– O co?

– Przy­tul mnie – od­rze­kła. – Przy­tul mocno! I ko­chaj mnie, Mik­kal! Trzeba mi tego bar­dziej, niż mo­żesz so­bie wy­obra­zić!

Roz­dział 2

Mik­kal pła­kał. Po­żą­dał jej, tę­sk­nił za fi­zycz­nym speł­nie­niem mi­ło­ści. Ciało Ra­iji nie było już cia­łem mło­dziut­kiej dziew­czyny o je­dwa­bi­stej skó­rze. Nie tym sa­mym cia­łem, które kie­dyś tu­lił i pie­ścił.

– Jak zdo­ła­łaś wy­trzy­mać to wszystko? – py­tał wzbu­rzony. War­gami do­tknął stward­nia­łej bli­zny po opa­rze­niu. – Ile siły tkwi jesz­cze w to­bie, moja miła?

– Nie­wiele – szep­nęła. – Nie dość, by prze­trwać, je­śli mnie te­raz od­trą­cisz…

Mik­kal pod­niósł głowę i spoj­rzał ze zdzi­wie­niem na dziew­czynę. W oczach uko­cha­nej wy­czy­tał bez­bron­ność, jej czer­wone wargi drżały. Zro­zu­miał, że jego łzy wy­zwo­liły strach, który drze­mał w niej od dawna.

Ra­ija też się roz­pła­kała. Nie na wspo­mnie­nie strasz­nych cier­pień, ra­czej z lęku, że rany wzbu­dzą w nim od­razę.

Mik­kal po­ło­żył cie­płą dłoń na jej za­pła­ka­nym po­liczku. Dziew­czyna chwy­ciła ją po­żą­dli­wie i przy­ci­snęła do twa­rzy.

– Więc są­dzisz, że je­stem ma­łost­kowy? – zdu­miał się i za­smu­cił. – Nie znasz wagi mo­ich słów, Mały Kruku? My­ślisz, że kilka blizn oszpeci cię w mych oczach?

Nic nie od­po­wie­działa. Łzy pły­nęły stru­mie­niami.

– Prze­sta­łaś mnie ko­chać, uj­rzaw­szy, że ku­leję?

Po­trzą­snęła głową i uśmiech­nęła się przez łzy. Jakby pro­myk słońca przedarł się przez ścianę desz­czu.

– Nie są­dzisz, że da­rzę cię rów­nie wielką mi­ło­ścią, Ra­iju? My­ślisz, że ko­cham oczami? – Nie dał jej czasu na od­po­wiedź. – Ko­chał­bym cię, gdy­byś cho­dziła przy­gięta do ziemi i miała prysz­cze na twa­rzy. Ko­chał­bym cię po­mimo zmarsz­czek, na­wet gdy­byś stra­ciła wzrok, słuch i zdol­ność cho­dze­nia. Ko­chał­bym cię nie za przy­mioty ciała.

Chłodna dłoń ła­god­nie wy­tarła łzy pły­nące po po­licz­kach Mik­kala.

– Więc skąd się biorą? – spy­tała Ra­ija. – Dla­czego nie prze­stają pły­nąć?

Mik­kal uca­ło­wał ją w oba po­liczki. Przy­tknął wargi do bli­zny na ob­na­żo­nej piersi Ra­iji.

– Dla­tego – od­rzekł ze ści­śnię­tym gar­dłem – że przy­po­mi­nają o pie­kle, przez które prze­szłaś. I o mo­jej bez­sil­no­ści.

– Będę mu­siała żyć z nimi – wes­tchnęła. Przy­po­mi­nała te­raz tę małą dziew­czynkę, która trzy­na­ście lat wcze­śniej wpa­try­wała się bez­rad­nie w plecy od­cho­dzą­cego ojca. – Nie po­zbędę się blizn, Mik­kal, nie wy­star­czy za­mknąć po­wieki. Wspo­mnie­nia zblakną za ja­kiś czas. Osza­la­ła­bym, gdy­bym mu­siała wciąż spo­glą­dać wstecz. Trzeba żyć. – Zgięła szyję i oparła głowę o czoło uko­cha­nego. – Je­śli mnie pra­gniesz, mu­sisz mnie wziąć z bli­znami i ca­łym ba­ga­żem wspo­mnień…

– Nie po­tra­fię żyć bez cie­bie – wy­szep­tał – lecz jesz­cze nie raz uro­nię łzę na wi­dok two­ich ran.

– Od bólu można uciec. – Wzrok Ra­iji był po­ważny, ale dziew­czyna nie pa­trzyła na Mik­kala. Jej spoj­rze­nie ule­ciało z wia­trem, tam gdzie nikt nie mógł go wy­śle­dzić.

I mó­wiła da­lej, to­nem głu­chym i bez­barw­nym, jakby bała się tchnąć uczu­cia w słowa. Jakby bała się ich siły.

– Mo­żesz wy­zwo­lić ciało z wła­dzy zmy­słów. I żyć ma­rze­niami…

– Nie umiem uciec od twego bólu – za­prze­czył. – Ja się nie li­czę. Wy­trzy­mam sporo, za­ci­snę zęby. Lecz nie mogę znieść my­śli o twoim cier­pie­niu. Naj­droż­sza moja, to, że inni cię ra­nili, przy­wo­dzi mnie do obłędu…

– Za­po­mnij. – Ra­ija po­trzą­snęła głową. Mik­kal uśmiech­nął się mimo smutku.

Nie zdą­żył jesz­cze przy­wyk­nąć do wi­doku jej twa­rzy nie oko­lo­nej buj­nymi lo­kami.

W trak­cie wę­drówki po­pra­wiła fry­zurę. Uj­rzaw­szy swe od­bi­cie w spo­koj­nej toni ja­kie­goś je­ziorka, wy­rwała Mik­ka­lowi nóż zza pasa i wy­rów­nała krzywo ob­cięte ko­smyki. Upły­nie jesz­cze sporo czasu, za­nim włosy spłyną dłu­gimi ka­ska­dami.

– Nie myśl o tym! Bądź ze mną! Nie pro­szę o nic wię­cej. Ko­chaj mnie! – Głos Ra­iji brzmiał ża­ło­śnie i bez­rad­nie. Jej oczy po­ciem­niały, drżały usta.

Po­ło­żyła dło­nie na ra­mio­nach Mik­kala i spoj­rzała nań wzro­kiem osie­ro­co­nego dziecka, wy­da­nego na pa­stwę nie­zna­nego losu. Po­ru­szyła war­gami, for­mo­wała słowa.

– Nie każ mi bła­gać.

Mik­kal ni­gdy nie po­tra­fił się oprzeć temu spoj­rze­niu, mie­ściło bo­wiem wszystko, co uzna­wał za święte, czego pra­gnął, czego nie do­stał.

Po­wie­działa „bła­gać”…?

Do­bry Boże, to on go­tów był paść na ko­lana i bła­gać o jej względy!

Prze­łknął łzy i przy­cią­gnął dziew­czynę do sie­bie. Czas nie za­goi wszyst­kich ran, nie usu­nie blizn. Lecz kiedy trzy­mał ją w ra­mio­nach tak bli­sko, że mógł sły­szeć bi­cie jej serca w takt wła­snego osza­la­łego pulsu, li­czyli się tylko oni i nie­skoń­czone niebo po­nad gło­wami.

– Nie mu­sisz bła­gać, ko­chana – po­wie­dział gło­sem dła­wio­nym przez wzru­sze­nie. – Całe ży­cie na­peł­nia­łem serce mi­ło­ścią do cie­bie. Wy­star­czy czer­pać z niej…

– Więc czerp! – szep­nęła, go­rą­cym tchnie­niem omia­ta­jąc jego po­li­czek.

Mik­kal ca­ło­wał rany Ra­iji. Oczy wciąż za­cho­dziły mu łzami na wi­dok spo­nie­wie­ra­nego ciała uko­cha­nej, ale tym ra­zem były to łzy mi­ło­ści. Męż­czy­zna za­mknął ją w ra­mio­nach i po­cią­gnął na wrzosy i mchy. Pła­sko­wyż się­gał aż po ho­ry­zont i nic nie mo­gło skryć ich przed wzro­kiem in­nych lu­dzi, ale na mile wo­kół nie było ży­wej du­szy. Niebo ich nie po­tę­piało. Siewka, krzy­cząca gdzieś w po­bliżu, ich nie po­tę­piała. Wiatr nie chło­stał, tylko pie­ścił życz­li­wie. Przy­roda stała po stro­nie ko­chan­ków.

Mik­kal zrzu­cił kurtę i wy­zwo­lił Ra­iję z sukni, nie bez po­mocy chęt­nych dłoni dziew­czyny.

Ro­ze­śmieli się, kiedy jed­no­cze­śnie się­gnęli do jego pa­ska.

– Nie­cier­pli­wi­łem się. – Uśmiech­nął się we­soło, po­zwa­la­jąc jej do­koń­czyć dzieła – ale nie są­dzi­łem, że i ty nie mo­żesz się do­cze­kać.

Ra­ija zdarła z niego spodnie i buty. Nago klę­czeli wśród po­roz­rzu­ca­nych czę­ści gar­de­roby, tak bli­sko, że mo­gli się do­tknąć. Lecz nie uczy­nili tego.

Pie­ścili się wzro­kiem. Sa­motne chwile po­szły w nie­pa­mięć, wspo­mnie­nia zbla­kły. żyli chwilą.

Ra­ija bała się od­dy­chać, za­kłó­cić uro­czy­stą ci­szę. Pra­gnęła na całą wiecz­ność za­cho­wać ten mo­ment na­brzmiały uczu­ciami, któ­rym mieli dać upust.

A jed­no­cze­śnie chciała krzy­czeć z ra­do­ści.

By nie­biosa usły­szały, że zwy­cię­żyła, nie dała się uko­rzyć. że mi­łość Mik­kala nie wy­ga­sła i że ona ko­cha go rów­nie go­rąco.

Że jest szczę­śliwa. Bez­gra­nicz­nie szczę­śliwa.

Po­ło­żyła się na piersi uko­cha­nego, uto­nęła w jego sil­nych ob­ję­ciach. Oparła po­li­czek na mu­sku­lar­nym ra­mie­niu męż­czy­zny, wtu­liła wargi w pul­su­jącą skórę na szyi i nie mo­gła po­wstrzy­mać łez. Tak bez­radna i tak szczę­śliwa.

Tylko z nim czuła się wolna i ra­do­sna, tylko przed nim mo­gła w pełni ob­na­żyć du­szę, nie lę­ka­jąc się, iż straci coś z wła­snej god­no­ści.

Mik­kal ro­zu­miał łzy, ro­zu­miał po­ca­łunki, któ­rymi gwał­tow­nie ob­sy­pała jego po­liczki, i od­po­wie­dział tym sa­mym.

– Za­wsze się spie­szy­li­śmy – mruk­nęła, nie­chęt­nie od­ry­wa­jąc wargi od warg ko­chanka. Chciała czuć go każ­dym po­rem skóry, ni­czego nie po­mi­nąć, by znów gorzko nie ża­ło­wać, je­śli los miałby ich roz­łą­czyć. – Za­wsze się spie­szy­li­śmy, Mik­kal. Kra­dli­śmy czas na krót­kie chwile mi­ło­ści… nie mo­gli­śmy się na­pa­wać ko­cha­niem.

Od­su­nął się odro­binę, tyle tylko by war­gami mu­snąć po­liczki i czoło dziew­czyny. Piesz­czo­tli­wie od­su­nął ko­smyki wło­sów z twa­rzy uko­cha­nej.

Jego mio­dowe oczy były samą ła­god­no­ścią, kiedy po­wie­dział:

– Tym ra­zem mamy mnó­stwo czasu, Mały Kruku. Dość, by w każdą se­kundę tchnąć uczu­cia. Nie mu­simy kraść. To nasz czas. Za­słu­ży­li­śmy nań za wszyst­kie cier­pie­nia i tę­sk­noty, za chwile zwąt­pie­nia, że tak może być. Za brak wiary, iż ży­cie się od­mieni. Za­słu­ży­li­śmy na każdą se­kundę szczę­ścia.

Ra­ija za­mru­gała po­wie­kami, by od­go­nić łzy, a Mik­kal uczy­nił to samo. Jego głos prze­ni­kało wzru­sze­nie. W tym twar­dym, zgorzk­nia­łym męż­czyź­nie kryły się nie­zwy­kłe po­kłady czu­ło­ści. Ko­chała go nad ży­cie, nie­cier­pli­wymi dłońmi przy­cią­gnęła jego twarz ku so­bie.

– Nic nie mów, Mik­kal – mruk­nęła nie­zro­zu­miale. – Daj mi to, na co za­słu­ży­li­śmy. I mnie po­zwól da­wać…

Ręce prze­su­wały się w ba­daw­czym plą­sie, po­żą­dliwe dło­nie wpra­wiały w drże­nie każdy skra­wek skóry. Oboje pra­gnęli ofia­ro­wać so­bie na­wza­jem jak naj­wię­cej, uto­pić się w mo­rzu piesz­czot.

Mieli przed sobą tyle czasu, a skoń­czyli se­ans mi­ło­ści, za­nim się za­czął na do­bre.

Tłu­miona tę­sk­nota oka­zała się zbyt silna. Bali się po­ru­szyć, by nie zmyła ich fala po­żą­da­nia.

Mieli sma­ko­wać każdą chwilę, a na jed­nej się skoń­czyło.

Na jed­nej chwili pod nie­bie­skim nie­bem.

Od­na­leźli się i stali jed­nym cia­łem. Ra­miona Ra­iji za­ci­snęły się na szyi Mik­kala, on ob­jął mocno jej ta­lię. Po­ca­łu­nek trwał jesz­cze, kiedy na­de­szło speł­nie­nie.

Ra­ija po­czuła, jak ciało ko­chanka wy­prę­żyło się, drżąc. Nie za­mknęła oczu. Nie chciała skryć tego wspo­mnie­nia w cie­niu przy­sło­nię­tych po­wiek.

Od­bie­rała go każdą cząstką swego ciała, ale pra­gnęła wię­cej. Chciała za­pa­mię­tać emo­cje, dźwięki, za­pa­chy, wy­raz twa­rzy Mik­kala. Chciała za­cho­wać na za­wsze wi­dok jego po­sze­rzo­nych, po­ciem­nia­łych źre­nic, kiedy roz­kosz po­zba­wiła go tchu. Zmarszczki wo­kół oczu. Ścią­gnięte brwi, kiedy przy­mknął po­wieki i dał się po­nieść cu­dow­nej, zmy­sło­wej fali speł­nie­nia, którą znaj­do­wał tylko u niej.

Chciała za­pa­mię­tać ką­ciki ust ko­chanka, które unio­sły się w uśmie­chu, kiedy za­bra­kło im sił do po­ca­łun­ków.

Grzywkę, która przy­kle­iła się do sze­ro­kiego, kan­cia­stego czoła, czar­niej­szą niż zwy­kle, bo zro­szoną kro­pel­kami potu.

Ra­ija chciała pa­mię­tać. Wszystko.

Ostat­nie pchnię­cie w głąb jej ciała, kiedy stali się jed­no­ścią. Wy­raz szczę­ścia wy­pi­sany w ry­sach ko­cha­nej twa­rzy…

I falę unie­sie­nia, która od­pły­wała. Wolno, jak dra­pieżny ptak na roz­po­star­tych skrzy­dłach, szu­ka­jący no­wej ofiary. Nie dla­tego, że jest głodny, lecz że ma taką na­turę.

Za­mknęła oczy do­piero wtedy, kiedy skryła głowę na ra­mie­niu Mik­kala. Wsłu­chała się w ci­szę, czu­jąc, jak le­niwa ocię­ża­łość ogar­nia ciało.

Za­po­mniała o wła­snej roz­ko­szy. Prze­żyła ją, ale nie dała się jej po­nieść, zbyt za­jęta ob­ser­wo­wa­niem prze­żyć uko­cha­nego.

Taka szczo­drość nie le­żała w na­tu­rze Ra­iji. Prze­stra­szyła się tro­chę, nie zwy­kła usu­wać się w cień.

Nie ża­ło­wała jed­nak ani se­kundy…

– Co się stało? – Mik­kal zsu­nął się w bok, nie pusz­cza­jąc jej z ob­jęć. Le­żeli cia­sno sple­ceni. – By­łaś ze mną, ale jakby w od­da­le­niu – do­dał roz­cza­ro­wany. Szorst­kim pal­cem gła­dził le­d­wie wi­do­czną zmarszczkę na czole Ra­iji. W jego oczach nie­zwy­kłej barwy do­strze­gła cień smutku. – Miało być tak pięk­nie, Ra­iju. Mie­li­śmy się dzie­lić. Oka­za­łem się sa­mo­lubny. Od­da­łaś mi się, Ra­iju, za­po­mi­na­jąc o so­bie…

Ra­ija wsparła się na łok­ciu i od­wró­ciła twarz ku niemu z pro­mien­nym uśmie­chem.

– To było piękne, Mik­kal.

– Nie okła­muj mnie – prze­rwał jej z po­wagą. – Prze­cież umó­wi­li­śmy się, że nie bę­dziemy się okła­my­wać.

Ski­nęła głową. Szu­kała słów wy­ja­śnie­nia. Ja­kie to trudne!

W my­ślach po­tra­fiła wy­tłu­ma­czyć mu wszystko. Za młodu ro­zu­mieli się bez słów, w fan­ta­zjach za­wsze zwra­cała się do Mik­kala z daw­nych lat. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak nie mieli czasu na roz­mowy, na to, by się na­uczyć czy­tać z uczyn­ków i nie­do­po­wie­dzeń.

– Chcia­łam… chcia­łam dać ci to, co naj­lep­sze – za­częła nie­zdar­nie. – Chcia­łam ci się przy­glą­dać, Mik­kal. żeby po­znać i tę stronę two­jej na­tury…

Po­ło­żył się na wrzo­sach. Od­su­nął się nieco od dziew­czyny, tylko jedną dło­nią obej­mu­jąc ją za kark i ra­mię. Wpa­try­wał się w niebo.

– Na to przyj­dzie czas – wy­rzekł ciężko. – Miało być pięk­nie. Na do­bry po­czą­tek. Nie wie­rzysz w trwa­łość na­szego związku? Wciąż się spie­szysz?

Znów to znie­na­wi­dzone słowo.

Ra­ija po­jęła, że jej tłu­ma­cze­nia na nic się nie zdały.

Mik­kal nic nie zro­zu­miał. Za­wio­dła go, zra­niła, lecz w głębi du­szy po­czuła ukłu­cie żalu. Nie tak miało być. Mik­kal ze snów i ma­rzeń za­cho­wy­wał się ina­czej.

Zmie­rzali w złym kie­runku.

– Okaż cier­pli­wość – wes­tchnęła i od­wró­ciła od niego twarz, nie dba­jąc, co o tym po­my­śli. Opa­dło ją zwąt­pie­nie.

Nie miała siły wal­czyć z Mik­ka­lem, ze sobą, nie miała sił wciąż się tłu­ma­czyć.

– Po­wie­dzia­łeś, że trzeba ci czasu, by przy­zwy­czaić się do wi­doku mo­ich blizn… – Na­brała od­de­chu i za­mknęła oczy. – I ja po­trze­buję czasu. Mnie też to prze­ra­sta, je­stem oka­le­czona na ciele i na du­szy. – Wes­tchnęła gwał­tow­nie i za­drżała. – Nie mówmy o tym, Mik­kal. Tyle po­winno ci wy­star­czyć. Nie zmu­szaj mnie do wy­znań, do­brze?

Ką­tem oka do­strze­gła, jak Mik­kal po­ru­szył ner­wowo ustami. Był wraż­li­wym czło­wie­kiem, pod ma­ską twar­do­ści skry­wał mo­rze uczuć, o które nikt by go nie po­dej­rze­wał.

Ra­ija znała praw­dziwą na­turę uko­cha­nego…

– Nie będę wy­ma­gał od cie­bie wię­cej, niż mo­żesz ofia­ro­wać – wy­du­sił po dłuż­szym mil­cze­niu. Ra­ija po­czuła, jak na­pi­nają się mię­śnie na jego przed­ra­mie­niu. – Może za­czę­li­śmy zbyt gwał­tow­nie. Może po­win­ni­śmy do­łą­czyć do mo­ich, za­nim ro­ze­rwiemy się na strzępy…

Ra­ija usia­dła. Nie była pewna, czy się z nim zga­dza. Te­raz nie miała ochoty na mi­łość. Ani z Mik­ka­lem, ani z ni­kim in­nym.

Ale wie­działa, że przyj­dzie czas, że znów go bę­dzie po­trze­bo­wać.

I to wkrótce.

Jako ko­chanka, nie tylko naj­lep­szego przy­ja­ciela. Nie mo­gła trak­to­wać Mik­kala wy­łącz­nie jako przy­ja­ciela.

Po­tra­fił za­spo­koić wszyst­kie po­trzeby, któ­rych za­spo­ko­je­nia ko­bieta szuka u męż­czy­zny.

I mu­siał dzie­lić się z nią każdą cząstką swego ist­nie­nia!

Ra­ija po­my­ślała tak, ale nie po­wie­działa ani słowa. Mik­kal wstał i prze­cią­gnął się, nie oka­zu­jąc za­że­no­wa­nia. Ko­bieta po­chła­niała wzro­kiem każdy skra­wek jego pięk­nie zbu­do­wa­nego ciała.

Ubie­rał się od­wró­cony bo­kiem do dziew­czyny. Nie wie­działa, czy dla­tego, by nie pa­trzeć na nią, czy może by ukryć roz­cza­ro­wa­nie.

– Nie będę cię na­ci­skał, Ra­iju – po­wie­dział, jakby za­po­mi­na­jąc, że bła­gała go o to, by ją ko­chał.

To ona uczy­niła pierw­szy krok…

– Za­cze­kam – do­dał ła­god­nie. – Mnie też się to przyda. Doj­rzeję… – Wzru­szył ra­mio­nami w ge­ście za­gu­bie­nia. – Tak długo cze­ka­li­śmy, tę­sk­ni­li­śmy… Dzień w tę, dzień w tamtą stronę… I tak je­ste­śmy ze sobą…

Nie do­koń­czył.

Ra­ija chciała krzyk­nąć, ale nie zro­biła tego. Prze­rzu­ciła ko­szulkę przez głowę, ze zło­ścią wcią­gnęła spodnie i za­ci­snęła je mocno w ta­lii. Zbyt mocno, ale nie po­pu­ściła.

Za pierw­szą próbą krzywo za­pięła bluzkę. Spód­nicę za­ło­żyła od­wrot­nie…

Wy­ko­nała te czyn­no­ści dum­nie wy­pro­sto­wana.

– Więc do­brze – po­wie­działa spo­koj­nym, bez­barw­nym to­nem.

Mik­kal spoj­rzał na nią, nic nie ro­zu­mie­jąc. Mię­dzy jego brwiami po­ja­wiła się pio­nowa zmarszczka.

Ka­pry­śne dziew­czę…

Nie spo­sób ga­nić ko­goś, kto prze­szedł przez pie­kło.

Nie można otwie­rać ran do­piero co za­go­jo­nych.

Po­ło­żył ostroż­nie dłoń na ra­mie­niu Ra­iji. Spo­dzie­wał się, że od­trąci ją gniew­nie.

Nic ta­kiego nie na­stą­piło.

Nie po­ru­szyła się, jakby nie po­czuła, że jej do­tyka. Ob­ró­cił ją ku so­bie. Jego wzrok wy­ra­żał za­nie­po­ko­je­nie.

– Co ta­kiego uczy­ni­łem? – spy­tał ci­cho, usi­łu­jąc wy­czy­tać od­po­wiedź z wy­razu twa­rzy Ra­iji. – Po­wie­dzia­łem coś nie­sto­sow­nego?

Spoj­rzeli na sie­bie prze­cią­gle. Nie dzie­liła ich prze­paść. Ra­iji też zda­rzało się my­lić. Na szczę­ście.

Zła­pała jego dło­nie i przy­ci­snęła je do piersi.

– Nie lek­ce­waż mnie, Mik­kal! Nie po­zwa­lam! Nie chcę żyć z tobą, je­śli nie masz ochoty wziąć mnie w ra­miona. Wolę odejść.

Po­ło­żył obie dło­nie na jej po­licz­kach.

– Mia­łem być tro­skliwy – wes­tchnął. – Sta­wiamy so­bie cele po­nad siły…

– To nic. Skończmy z głu­pimi obiet­ni­cami.

Mik­kal zgo­dził się ca­łym ser­cem. Nie przy­znał się jed­nak, że jest skon­ster­no­wany.

– Nie za każ­dym ra­zem można zna­leźć się w nie­bie – usi­ło­wała prze­mó­wić mu do roz­sądku. – Usta­li­li­śmy, że trzeba nam czasu, za­nim jesz­cze do­świad­czy­li­śmy, jak silna tę­sk­nota w nas drze­mie…

– Nie szu­kam nieba – od­rzekł, uśmie­cha­jąc się nie­wy­raź­nie. Tu­lił ją lekko, zde­cy­do­wany nie po­peł­nić ko­lej­nego błędu. – Wy­star­czą mi drobne ra­do­ści, je­śli tylko mogę dzie­lić je z tobą. Je­śli tylko nie bę­dziemy mieć przed sobą ta­jem­nic.

Ra­ija ski­nęła głową. Dzień znów na­brał urody. Wszystko zmie­niało się tak szybko. Może to przez dni spę­dzone w tym strasz­nym lo­chu? Tor­tury? Od­mie­niły ją, taka przed­tem nie była…

– Chcę dzie­lić z tobą tę chwilę – po­wie­dział i po­ca­ło­wał ją. De­li­kat­nie…

Po­tem od­piął gu­ziki bluzki, ale nie po to, by do­peł­nić piesz­czoty. Za­piął je po­now­nie, tyle że we wła­ściwy spo­sób.

– O ta­kie drobne uczynki mi cho­dzi – uśmiech­nął się. – Pra­gnę dzie­lić z tobą nor­malne ży­cie, Ra­iju. Nie tylko niebo i ma­rze­nia…

Roz­dział 3

Nie spo­sób było dłu­żej skra­cać dzien­nych prze­mar­szów, by od­su­nąć chwilę, któ­rej oboje się bali. Zna­leźli się tak bli­sko na­mio­tów, że mo­gli uj­rzeć je lada chwila. I sami zo­stać za­uwa­żeni.

Mik­kal zrzu­cił za­wi­niątko z wła­snymi rze­czami i rze­czami Ra­iji pod stopy. Mi­nęło wiele dni od chwili, kiedy ofia­ro­wał się nieść to­bo­łek dziew­czyny pod pre­tek­stem, by ulżyć jej w cier­pie­niach. Jakby chciał od­zy­skać tę cząstkę god­no­ści, którą utra­cił, od­kąd stał się ka­leką.

Za­trzy­mali się na wzgó­rzu po­nad obo­zo­wi­skiem. Jak zwy­kle mie­ściło się w za­głę­bie­niu do­liny, które chro­niło jurty przed ude­rze­niami po­ry­wi­stego wia­tru hu­la­ją­cego nad pła­sko­wy­żem.

Mik­kal chwy­cił dłoń Ra­iji i ści­snął ją. Zro­zu­miał bez słów, że dziew­czyna po­trze­buje wspar­cia.

Dzie­lił się z nią swą siłą. Ra­ija czuła się słaba i bez­radna. Stąd ją kie­dyś ode­słano. Po raz drugi w ży­ciu ktoś zde­cy­do­wał wbrew jej woli.

Przy­su­nęła się bli­żej Mik­kala, oparła głowę na jego ra­mie­niu. Byli ra­zem.

Ra­ija Ala­talo nie ru­szała sa­mot­nie na spo­tka­nie wro­giego świata. Mik­kal stał u jej boku.

– Nie są­dzi­łam, że znów uj­rzę to miej­sce – po­wie­działa ci­chym, drżą­cym gło­sem. Mo­krymi od łez oczyma spoj­rzała ku ho­ry­zon­towi. – My­śla­łam o nim, fan­ta­zjo­wa­łam. Ma­rzy­łam o nim, o to­bie, o nas. Lecz nie my­śla­łam, że zo­ba­czę je po­now­nie.

Mik­kal oto­czył ją ra­mie­niem, pusz­cza­jąc kij. Nie po­trze­bo­wał go. Byli ze sobą, wspie­rali się na­wza­jem.

Two­rzyli wspól­notę, do któ­rej tę­sk­nił przez te wszyst­kie trudne lata.

– Bo­isz się zejść do nich, Mały Kruku? – spy­tał ła­god­nie z ustami wtu­lo­nymi w jej włosy. Dło­nie splótł wo­kół ta­lii dziew­czyny i oparł pod­bró­dek na jej skroni.

Ra­ija po­trzą­snęła głową.

– Nie. Nikt z nich nie wy­rzą­dził mi krzywdy. Poza twoim oj­cem. Gdyby żył, nie sta­li­by­śmy tu­taj.

Mik­kal nie od­po­wie­dział. Ra­ija znów miała ra­cję. Jego oj­ciec prze­kre­ślił szanse na ich szczę­ście. Te­raz nie mógł już sta­nąć im na dro­dze. Umarli nie mogą roz­dzie­lić ży­wych.

– Co ona po­wie? – Ra­ija od­wró­ciła ku niemu twarz.

– Inga? – Mik­kal za­drżał i schy­lił głowę. – Nie wiem.

– Nie chcesz o tym my­śleć? – Ra­ija nie spo­dzie­wała się od­po­wie­dzi, znała ją. Po­gła­skała go po po­liczku jak matka, która pró­buje do­dać otu­chy dziecku. – Mik­kal, mój mały! Tak bar­dzo nie chcesz krzyw­dzić in­nych lu­dzi, że w swej nie­zdar­no­ści to wła­śnie czy­nisz. Nie masz po­ję­cia, ja­kimi dro­gami bie­gną my­śli ko­biety!

– Skąd miał­bym wie­dzieć? – spy­tał z lek­kim roz­draż­nie­niem. – Przez więk­szą część ży­cia mo­głem je­dy­nie ma­rzyć o to­bie. Nie było cię u mego boku, by mnie uczyć. Sigga nie wta­jem­ni­czała mnie w swoje sprawy. Je­steś je­dyną ko­bietą, która mi się zwie­rzała, ale spo­ty­ka­li­śmy się je­dy­nie na krót­kie chwile. Sama wiesz naj­le­piej. – Na­brał po­wie­trza i do­rzu­cił: – Może stąd bie­rze się moje nie­zro­zu­mie­nie ko­bie­cej na­tury.

Ra­ija ze śmie­chem po­czo­chrała mu włosy, pal­cem wska­zu­ją­cym wy­gła­dziła zmarszczki, które po­ja­wiły się na jego czole.

– O nic cię nie oskar­żam – od­rze­kła z za­dzi­wia­ją­cym u niej spo­ko­jem i cier­pli­wo­ścią.

Mik­kal też się ro­ze­śmiał i przy­ło­żył po­li­czek do jej po­liczka.

– Mu­sisz oka­zać mi wiele wy­ro­zu­mia­ło­ści – po­wie­dział po­kor­nie. – Nie je­stem już tym mło­dzień­cem, któ­rego sta­wia­łaś so­bie za wzór. Nie je­stem ani taki miły, ani taki cier­pliwy jak kie­dyś. Zmie­ni­łem się, może wbrew wła­snej woli, nie­świa­do­mie, ale tak się wła­śnie stało. Te­raz nie pra­gnę ni­czego in­nego, jak tylko spro­stać twoim ocze­ki­wa­niom, Ra­iju.

Na uła­mek se­kundy ze­sztyw­niała w jego ra­mio­nach. Mik­kal do­strzegł tę le­d­wie uchwytną zmianę w za­cho­wa­niu dziew­czyny, ale nie nadał jej żad­nego zna­cze­nia.

Ra­ija miała na czubku ję­zyka ciętą uwagę, ale się po­wstrzy­mała. Mik­kal for­mu­ło­wał słowa pod wpły­wem chwili, spon­ta­nicz­nie. Z ma­rzeń i snów był silny i roz­sądny.

Rze­czy­wi­stość raz jesz­cze oka­zała się zdra­dliwa.

– To cie­bie ko­cham – oznaj­miła Ra­ija, tak roz­kła­da­jąc ak­centy, by po­jął, ale Mik­kal nie za­uwa­żył pod­tek­stu. – Nie chcę cię zmie­niać. Pra­gnę stać się cząstką twego ży­cia, nie od­mie­nia­jąc go za bar­dzo. Nie mu­sisz się zmie­niać, by mnie za­do­wo­lić. Wtedy sta­niesz się obcy.

– A ja wo­lał­bym nie ob­na­żać du­szy przed tobą – mruk­nął za­że­no­wany. – Bał­bym się, że mną wzgar­dzisz, a tego bym nie zniósł. Nie mógł­bym spoj­rzeć ci w oczy…

Ra­ija po­pa­trzyła nań z po­wagą.

– Są­dzisz, że by­ła­bym zdolna tobą wzgar­dzić? Wzru­szył ra­mio­nami.

– Być może zdo­łał­byś wzbu­dzić we mnie nie­na­wiść – cią­gnęła – choć mu­siał­byś się bar­dzo sta­rać, mój miły, ale ni­gdy nie za­słu­żysz na wzgardę. Mi­łość ła­two zmie­nić w nie­na­wiść, znacz­nie trud­niej ob­ró­cić w po­gardę. Chyba nie ro­zu­miesz, co do cie­bie czuję?

– Sta­ram się. – Mik­kal przy­tu­lił ją moc­niej. – Wciąż to so­bie po­wta­rzam. Wszystko jest ta­kie nowe, ta­kie inne. Je­ste­śmy ra­zem, ra­zem kła­dziemy się spać, bu­dzimy się obok sie­bie… Wciąż nie mogę uwie­rzyć, że to szczę­ście bę­dzie trwać wiecz­nie. że to nie sen. Ja też ma­rzy­łem.

– Bo­isz się zejść do nich? – Ra­ija wska­zała jurty ru­chem głowy. Słupy dymu wzno­siły się ku niebu. Dzień miał się ku wie­czo­rowi. Byli tak nie­da­leko, że Ra­ija roz­róż­niała syl­we­tki lu­dzi.

Wi­dzieli ich i zo­stali do­strze­żeni.

– Bo­isz się tak bar­dzo jak ja – stwier­dziła. – Może bar­dziej. To twój lud, twoja ro­dzina. Ailo pew­nie przy­wią­zał się do Ingi. Są­dzisz, że mają ci za złe, iż od­sze­dłeś z Re­ijo?

– Nie po­trze­bo­wali mnie – od­rzekł gorzko Mik­kal. Ra­ija nie lu­biła, kiedy przy­bie­rał ten ton. – Ka­leka nie na wiele się zda… – Miał inne ar­gu­menty, ale wie­dział, że Ra­ija i tak przej­rzy go na wy­lot. – Tak – przy­znał nie­chęt­nie. – Boję się. Za­wio­dłem ich. Gnę­bią mnie wy­rzuty su­mie­nia wo­bec Ailo. Chło­pak pew­nie nie pa­mięta wła­snego ojca. Nie wiem też, jak to wy­tłu­ma­czyć In­dze. Nie obie­cy­wa­łem jej ni­czego, ale prze­cież bra­łem, nie da­jąc nic w za­mian. Czuję się podle, bo zrzu­ci­łem wiele obo­wiąz­ków na ich barki. Wy­ko­rzy­sta­łem ich na tyle spo­so­bów. Nie po­wie­dzą tego gło­śno… ale wy­star­czy, że po­my­ślą.

– To nie tylko twoja wina. Za­wsze mu­sia­łeś wy­bie­rać mię­dzy nimi a mną… – Ra­ija wes­tchnęła. Nie skoń­czyła, ale oboje wie­dzieli, co chciała po­wie­dzieć. Mik­kal dawno już pod­jął de­cy­zję. Trudną, to prawda, lecz od tam­tej tra­gicz­nej po­myłki, kiedy to po­ślu­bił Siggę, nie my­ślał o in­nej ko­bie­cie, tylko o Ra­iji. Za­wsze była naj­waż­niej­sza.

Wcale nie mu­siał wy­bie­rać.

– Nikt nie bę­dzie cię o nic oskar­żać. – Mik­kal uśmiech­nął się i po­gła­skał dziew­czynę po wło­sach. – Zresztą nie ma o co. Od­po­wia­dam za wła­sne czyny.

Pod­niósł kij i to­bołki.

– Nie damy po so­bie po­znać, że się bo­imy, prawda? – skrzy­wił się i ru­szył w dół.

Ra­ija od­rzu­ciła głowę. Wiatr po­gła­skał ją po po­licz­kach, po­tar­gał krót­kie ko­smyki. Wy­glą­dała te­raz na­prawdę jak nie­opie­rzony mały kruk, który jesz­cze nie roz­wi­nął skrzy­deł do lotu.

A mimo to ją ko­chał. Była jego Ma­łym Kru­kiem. Nie można nie­na­wi­dzić ko­goś, kogo ko­cha się po­nad ży­cie.

Ja­kaś ta­jemna siła, z któ­rej ist­nie­nia Inga nie zda­wała so­bie do­tąd sprawy, ka­zała jej skie­ro­wać wzrok na wzgó­rze. Do­strze­gła dwoje lu­dzi złą­czo­nych uści­skiem. Od razu roz­po­znała Mik­kala. Kij i nie­równy chód wy­róż­niały go spo­śród wę­drow­ców, zresztą Inga po­zna­łaby go w każ­dych oko­licz­no­ściach.

Opu­ścił ich bez słowa po­że­gna­nia. Nie po­pro­sił jej, by zo­stała, nie obie­cał, że wróci.

Inga wie­działa, dla­czego od­szedł i czego szu­kał. A wła­ści­wie kogo…

Zna­lazł ją.

Inga z tru­dem po­wstrzy­mała łzy, wi­dok tych dwojga spra­wił jej ból. Roz­róż­niała po­staci, wciąż jesz­cze nie wi­działa twa­rzy. Na całe szczę­ście.

Wy­star­czyło zo­ba­czyć, z jaką tro­ską obej­mo­wał tę drobną dziew­czynę.

Po­ru­szał się ina­czej. To nie był ten Mik­kal, któ­rego znała.

Ona go od­mie­niła. Ra­ija…

Byli po­chło­nięci roz­mową.

Inga nie mo­gła ode­rwać od nich wzroku.

Cier­piała, ka­le­czyła wła­sną du­szę, ale nie mo­gła ode­rwać od nich wzroku.

Jego ręce kre­śliły mięk­kie łuki w po­wie­trzu. Pie­ściły. Pa­mię­tała, z jaką bru­tal­no­ścią te same dło­nie trak­to­wały jej ciało.

Jak mocno mo­głaby po­ko­chać tego męż­czy­znę! Tę stronę jego na­tury. Tyle że ni­gdy jej nie od­sło­nił.

Re­ijo miał ra­cję. Związku Mik­kala z Ra­iją nie ro­ze­rwie żadna ludzka siła. Na­wet z tej od­le­gło­ści Inga do­strze­gała, że tam­tych dwoje łą­czy ma­gia. Wciąż trzy­mali się w ob­ję­ciach. Inga od­wró­ciła się, ły­ka­jąc łzy. Zo­stała z wła­snej woli. Wie­działa, że nie wal­czy z cie­niem. Otwo­rzyła się przed nim, ob­na­żyła, nie ukry­wała uczuć. Im pew­niej­szy był jej mi­ło­ści, tym mniej dla niego zna­czyła. Może dała mu zbyt wiele? Inga od­rzu­ciła tę myśl. Wcale nie za­mie­rzała się uni­ce­stwić, ale ko­chała do sza­leń­stwa. W ta­kim sta­nie trudno się opa­no­wać. Mik­kal o nic nie pro­sił. Sama chciała, w swej na­iw­no­ści wie­rząc, że przy­wiąże go do sie­bie. A w isto­cie od­py­chała go gwał­tow­no­ścią uczu­cia. Te­raz wszystko się skoń­czyło. Uj­rzała tę prawdę w ca­łej ja­sno­ści. Nie za­mie­rzała cze­piać się wspo­mnień.

Raz po raz Mik­kal po­świę­cał wszystko, by ru­szyć na po­moc Ra­iji, go­tów był dla niej sko­czyć w ogień. Na­wet Ailo od­su­wał na drugi plan.

Zwią­zek tych dwojga opie­rał się na żar­li­wo­ści, któ­rej Inga ni­gdy nie zdo­ła­łaby zro­zu­mieć.

Nie mo­gła sta­nąć im na dro­dze. To było nie­bez­pieczne.

Oczy pie­kły ją od łez, kiedy szybko spa­ko­wała swoje rze­czy i wy­nio­sła z jurty Mik­kala, w któ­rej miesz­kała pod­czas nie­obec­no­ści męż­czy­zny. Opie­ko­wała się Ailo jak matka.

Mik­kal ni­gdy jej o to nie pro­sił, ale Inga lu­biła chłopca. Nie miała dzieci. No a Ailo był sy­nem Mik­kala.

Ra­vna zdu­miała się, kiedy Inga we­szła do jej na­miotu z ca­łym swym do­byt­kiem.

– Co to zna­czy? – spy­tała na swój zrów­no­wa­żony spo­sób. Inga ni­gdy nie zwąt­piła w przy­wią­za­nie tej sta­rej ko­biety. Ra­vna po­wie­działa na­wet kie­dyś, że Mik­kal po­wi­nien zo­stać z nią. że by­łaby dla niego do­brą żoną.

Inga do­brze to za­pa­mię­tała. Wtedy słowa Ra­vny roz­grzały jej serce i na­dal nio­sły po­cie­chę.

Mik­kal ko­chał Ra­iję do sza­leń­stwa, ale na­wet jego matka uwa­żała, że w In­dze zna­la­złby lep­szą to­wa­rzyszkę ży­cia.

– Twój syn wró­cił – po­wie­działa Inga, nie pa­trząc na Ra­vnę. Bała się, że od wzroku ko­biety pęk­nie ta wą­tła tama, którą po­sta­wiła uczu­ciom.

Chciała za­cho­wać cho­ciaż god­ność.

– Mik­kal wró­cił i nie jest sam – cią­gnęła. – Z nią.

– Z Ra­iją?

Ra­vna pu­ściła ka­wa­łek skóry, nad któ­rym pra­co­wała.

– Przy­pro­wa­dził Ra­iję? – po­wtó­rzyła nie­do­wie­rza­jąco.

Inga ski­nęła głową, wciąż nie pa­trząc na Ra­vnę. Pa­mię­tała, że Ra­vna da­rzy tę czar­no­włosą dziew­czynę uczu­ciem. Nie chciała zo­ba­czyć bły­sku ra­do­ści w oczach ko­biety.

Wo­lała trak­to­wać ją jak so­jusz­niczkę.

– Czy ten chło­pak osza­lał?

Inga nie od­po­wie­działa. Usły­szała, że Ra­vna wstaje i wy­cho­dzi z na­miotu.

I usły­szała, jak wraca po chwili.

– Masz ra­cję, to oni – rze­kła Ra­vna. – Bóg je­den wie, gdzie ją zna­lazł. Tak nie może być, Ingo. Oni za­wsze wra­cają do sie­bie. Nie wiem, dla­czego, ale się boję!

Za­mil­kły i usia­dły, ukry­wa­jąc się w pół­mroku na­miotu.

Obie miały sporo do prze­my­śle­nia, obie przy­wo­łały wspo­mnie­nia z prze­szło­ści.

Cze­kały.

Zbli­ża­jąc się do obo­zo­wi­ska, Ra­ija co­raz wol­niej sta­wiała kroki, jakby po­wstrzy­my­wała ją ja­kaś nie­wi­dzialna siła.

Gdyby mo­gła, ru­szy­łaby w dal­szą wę­drówkę z Mik­ka­lem. Tylko we dwoje, uni­ka­jąc to­wa­rzy­stwa lu­dzi, które za­wsze ozna­czało kło­poty.

Roz­są­dek pod­po­wia­dał jej jed­nak, że ta­kie ży­cie nie by­łoby pełne.

– Znie­na­wi­dzą mnie – mruk­nęła, po­na­glana przez Mik­kala.

Męż­czy­zna też po­ru­szał się wol­niej, ale w prze­ci­wień­stwie do dziew­czyny coś cią­gnęło go ku na­mio­tom.

Tam była jego ro­dzina. Jego lud.

– Nikt nie da­rzy cię nie­na­wi­ścią – po­wie­dział z peł­nym prze­ko­na­niem. Nie można nie­na­wi­dzić Ra­iji, je­śli po­znało się ją bli­żej. – Matka się ucie­szy – do­dał. – Ailo z pew­no­ścią cię po­lubi.

Słowa Mik­kala nie do­dały Ra­iji otu­chy, ale zmu­siła się, by w nie uwie­rzyć. A ży­cie pew­nie znów da jej po gło­wie.

Mik­kal bez trudu od­na­lazł drogę do na­miotu matki. Od­rzu­cił płachtę ru­chem ręki i wska­zał Ra­iji drogę do środka.

Ra­ija sta­nęła. Po­bla­dłe wargi dziew­czyny za­ci­snęły się w wą­ską kre­seczkę. Zaj­rzała w pół­mrok na­miotu i do­strze­gła, że Ra­vna nie jest sama.

Po­woli po­trzą­snęła głową, na­po­tkaw­szy py­ta­jący wzrok Mik­kala.

Nie po­my­ślał. On wra­cał do swo­ich. W po­ję­ciu Mik­kala Ra­ija za­wsze na­le­żała do jego ludu. Ona jed­nak dawno już utra­ciła po­czu­cie przy­na­leż­no­ści do La­poń­czy­ków. Dla nich też była obca.

Mik­kal zro­zu­miał swój błąd i jego twarz ścią­gnęła się. Nie miał za­miaru jej za­wsty­dzać. Wzro­kiem po­pro­sił ją o wy­ba­cze­nie, nie było czasu na słowa.

Ra­ija ski­nęła lekko głową i uśmiech­nęła się. Po­jął, że od­pusz­cza mu jego bez­myśl­ność.

Wszedł pierw­szy do na­miotu.

Nie było go długo. Za długo. Tę prawdę wy­czy­tał od razu z twa­rzy Ra­vny. Matka nie przy­zna się do tego, ale syn zro­zu­miał wszystko bez słów.

Nie od­wa­żył się spoj­rzeć na Ingę, choć do­my­ślał się, że ukrywa się gdzieś w mroku. Zo­ba­czył jej cień, prze­kro­czyw­szy próg jurty.

Ailo po­szu­kał schro­nie­nia u Ra­vny.

Ra­miona babki były naj­bez­piecz­niej­szym miej­scem na ziemi. To, że wró­cił oj­ciec, nie miało wiel­kiego zna­cze­nia.

Długo nie wra­cał, Ailo prze­stał wie­rzyć, że uj­rzy go po­now­nie, i pła­kał.

Nikt o tym nie wie­dział, że pła­kał. Oj­ciec też się ni­gdy nie do­wie.

Go­tów by po­wie­dzieć, że ni­gdy nie zo­sta­nie męż­czy­zną. Pła­czą tylko baby.

Tata też raz pła­kał, ale wtedy bar­dzo cier­piał. Po tym, jak do­padł go ten straszny niedź­wiedź, o któ­rym Ailo na­wet bał się po­my­śleć. Wy­rzu­cił go z pa­mięci, po­twór po­ja­wiał się tylko cza­sami w snach chłopca.

Poza tym tata ni­gdy nie lał łez. Może z jego winy wy­je­chał? Może Ailo uczy­nił coś złego? Nie chciał znów po­peł­nić błędu, nie chciał po­now­nie stra­cić ojca. Dla­tego sie­dział ci­chutko na ko­la­nach babki i nie prze­szka­dzał. Może te­raz tata zo­sta­nie.

Pa­trz­cie, Inga uczy­niła do­kład­nie to samo. Stała nie­ru­chomo, nie pa­trząc na tatę. Pew­nie bała się, że tata przez nią ich opu­ścił.

Ailo chciał po­wie­dzieć In­dze, by się nie bała. To wszystko jego wina… Ale Inga ga­piła się tylko na tę dziwną pa­nią, którą przy­pro­wa­dził tata. Ailo nie był pe­wien, czy ta pani mu się po­doba. Babka ją znała. Po­wie­działa do niej „Ra­iju, dziecko moje”. Choć ta pani była cał­kiem do­ro­sła. Ailo wy­da­wało się, że ta pani jest chora. I zro­biło się mu jej żal. Ale tylko troszkę.

Nie po­do­bało mu się, że tato stoi tak bli­sko niej, jakby chciał ją przed czymś obro­nić. Jakby zu­peł­nie za­po­mniał o Ailo. Jakby tylko ją ota­czał opieką.

Na­wet ob­jął ją ra­mie­niem.

Ailo do­strzegł, że to nie spodo­bało się In­dze, jemu więc też nie. Inga jest miła.

Ci­chym gło­sem Mik­kal opo­wie­dział o prze­ży­ciach Ra­iji w twier­dzy Var­døhus.

Nie uży­wał wiel­kich słów, ale wzbu­dził współ­czu­cie u obu ko­biet. Na­wet u Ingi.

Nie są­dziła, że stać ją na współ­czu­cie wo­bec ry­walki, ale nie mo­gła się opa­no­wać.

Wszak była czło­wie­kiem. Mik­kal opo­wie­dział o ucieczce.

– Nie mie­li­śmy wy­boru – za­koń­czył, szu­ka­jąc wzroku matki. – Mu­sie­li­śmy tu przyjść. To dla Ra­iji je­dyna szansa oca­le­nia.

Ra­vna wes­tchnęła.

Prze­peł­niała ją li­tość dla Ra­iji. Nie po­chwa­lała związku syna z dziew­czyną z Tor­ne­da­len, ale lu­biła Ra­iję. Była dla niej jak córka, a prze­cież ko­cha się wła­sne dzieci nie­za­leż­nie od tego, jak po­stę­pują.

– Bie­daczko – za­częła ła­god­nie – jak­żeś się w to wplą­tała? Nie dość ci zwy­kłych kło­po­tów? Jaka to siła ściąga na cie­bie wszyst­kie nie­szczę­ścia tego świata?

Ra­ija sie­działa sku­lona u boku Mik­kala. Prze­chy­liła na bok głowę i bez wa­ha­nia spoj­rzała Ra­vnie pro­sto w oczy.

– Nie wiem, matko – wes­tchnęła szcze­rze. – Nie wiem. Po pro­stu tak się dzieje.

– Jak Mik­kal cię od­na­lazł?

– Tak wy­szło – po­wtó­rzyła, rzu­ca­jąc Mik­ka­lowi ukrad­kowe spoj­rze­nie i da­jąc ko­bie­tom do zro­zu­mie­nia, co ją z nim łą­czy. – Jest mię­dzy nami ja­kaś więź. Po­mimo wszystko.

Ra­vna zre­zy­gno­wała. Nie spo­sób wal­czyć z tą ta­jemną mocą. Pehr pró­bo­wał, na próżno. Wtedy pra­gnęła ich związku, te­raz nie była już taka pewna. Nie po­tra­fi­łaby jed­nak ich roz­dzie­lić.

– Mi­nie sporo czasu, za­nim bę­dziesz mo­gła wró­cić do swo­ich – po­wie­działa po­waż­nie. – Oba­wiam się, że tu też nie je­steś cał­kiem bez­pieczna.

– Bar­dziej niż gdzie­kol­wiek in­dziej – od­rze­kła Ra­ija. – Będę wdzięczna, je­śli po­zwo­li­cie mi zo­stać.

A więc nie była tego pewna, po­my­ślała Ra­vna i po­czuła ukłu­cie żalu.

Dziew­czyna wciąż no­siła za­drę w sercu, ale nikt nie mógł za­rzu­cić jej braku do­brego wy­cho­wa­nia.

– Chcę wró­cić – do­koń­czyła Ra­ija. – Mam do czego wró­cić.

Ra­vna do­my­śliła się.

– Dzieci zo­stały z Re­ijo?

Ra­ija ski­nęła głową.

– Po­wie­dział, że tak bę­dzie naj­le­piej.

Ra­vna mu­siała przy­znać Re­ijo ra­cję. Nie wolno na­ra­żać dzieci bez po­trzeby.

U Re­ijo jest im jak u Pana Boga za pie­cem. To do­bry chło­pak.

Prze­nio­sła wzrok na Mik­kala. Mu­siała po­wie­dzieć naj­waż­niej­sze, a nie chciała zra­nić ni­kogo.

– Ro­zu­miesz chyba, że Inga zo­sta­nie?

Mik­kal prze­łknął ślinę. Do­piero te­raz od­wa­żył się spoj­rzeć na dziew­czynę, która cały czas po­zo­sta­wała w cie­niu.

– Inga wiele dla mnie zna­czy – cią­gnęła Ra­vna. – Zo­sta­nie z nami.

– Na­wet mi na myśl nie przy­szło, by ją… od­da­lić – wy­chry­piał Mik­kal.

Głos Ra­iji za­brzmiał pi­skliwe, ale zdo­łała nad nim za­pa­no­wać:

– Mam na­dzieję, że mnie nie znie­na­wi­dzisz, Ingo. Nie pro­si­łam, by czuć to, co czuję. Tak po pro­stu jest.

Inga schy­liła głowę.

Nie mo­gła nic prze­ciw­sta­wić tej ko­bie­cie. Na­wet nie­na­wi­ści.

Roz­dział 4

Ra­ija wy­nio­sła wszyst­kie skóry z jurty Mik­kala i prze­trze­pała je so­lid­nie. W ten spo­sób dała uj­ście uczu­ciom. Nikt nie oka­zał jej nie­chęci, ale Ra­ija czuła, że coś wisi w po­wie­trzu. Inga stała się jedną z nich, trak­to­wali ją nie­mal jak krewną w na­dziei, że Mik­kal po­łą­czy z nią swój los. Ra­ija znisz­czyła wszystko. Hi­sto­ria za­to­czyła koło.

Nie­wielu pa­mię­tało, że fiń­ska dziew­czyna żyła kie­dyś wśród nich. Mi­nęło sporo lat, była wtedy jesz­cze dziec­kiem. Ni­komu, oprócz Mik­kala, nie za­pa­dła w pa­mięć. Nie mo­gli po­jąć, dla­czego tych dwoje po­łą­czyła taka silna więź.

Nie od­trą­cili jej, ale też nie przy­gar­nęli do serca. Znów była obca. Na­wet w Ra­vnie nie zna­la­zła opar­cia. Zo­stał jej tylko Mik­kal. Ka­zała mu wró­cić do na­miotu matki. Wtedy ra­zem go opu­ścili. Sami.

Kiedy Mik­kal chciał wziąć Ailo na ręce, chło­piec ukrył twarz w fał­dach bab­ci­nej sukni i za­pro­te­sto­wał krzy­kiem. To mu­siało za­bo­leć. Mik­kal nic nie po­wie­dział, ale Ra­ija wi­działa wy­raź­nie, że za­cho­wa­nie chłopca ra­niło mu serce. Znała to uczu­cie.

Zdą­żyła po­znać jego gorzki smak, Maja od­trą­cała ją wszak tyle razy…

Maja…

Knut. Elise. Ida…

Ra­ija za­mknęła oczy na dłuż­szą chwilę. Boże, czy musi tak cier­pieć?

Czy tę­sk­nota nie może przy­brać ła­god­niej­szej formy? Czy za­wsze musi być tak bez­gra­niczna, otwie­rać się w niej prze­pastną głę­bią, w któ­rej toną wspo­mnie­nia o uko­cha­nych oso­bach?

Usta jej za­drżały, za­gry­zła dolną wargę tak mocno, że po­czuła smak krwi.

Ale nie roz­pła­kała się. Jesz­cze raz opa­no­wała łzy.

Nie za­wsze tak było. Cza­sami mu­siała zgiąć kark i od­dać się łka­niu i wspo­mnie­niom, nie­skoń­czo­nemu stru­mie­niowi ob­raz­ków z ży­cia jej dzieci.

Ta­kie chwile zda­rzały się jed­nak co­raz rza­dziej. Na­uczyła się re­gu­lo­wać od­dech, na­peł­niać płuca czy­stym po­wie­trzem, a ro­zum przy­wo­ły­wać do rze­czy­wi­sto­ści.

Wie­działa, które my­śli stłu­mić, by ob­razy się nie po­ja­wiały. Wie­działa, jak mocno wbić pa­znok­cie w skórę dłoni, jak sil­nie za­gryźć wargę, by bó­lem fi­zycz­nym za­głu­szyć wspo­mnie­nia.

Ra­ija czy­niła po­stępy.

Kie­dyś być może na­uczy się, jak z tym żyć. Koń­czyła pracę, kiedy zja­wił się Mik­kal. Z uśmie­chem roz­ba­wie­nia wska­zał na stertę skór.

– Wiel­kie po­rządki? Gdy­bym nie znał cię tak do­brze, uznał­bym, że wy­bra­łaś dziwny mo­ment na sprzą­ta­nie…

– Lu­bię kłaść się na czy­stym po­sła­niu – oświad­czyła sta­now­czo.

– Wy­nio­słaś wszyst­kie derki. Nie­miła ci chyba myśl, iż spała kie­dyś na nich inna ko­bieta…

Ra­ija nie od­po­wie­działa, tylko z więk­szą za­cię­to­ścią biła w skóry. Mik­kal za­wsze po­tra­fił do­strzec w niej to, co sta­rała się ukryć.

– Wy­trze­piesz z nich naj­mniej­szy ślad i za­pach Ingi – do­dał. Zbli­żył się, zde­cy­do­wa­nym ru­chem ode­brał Ra­iji skórę re­ni­fera i chwy­cił dziew­czynę za ra­miona. – Inga wy­nio­sła się z tej jurty – szep­nął. – I nie wróci. Nic tu­taj do niej nie na­leży.

– Nie lu­bię przej­mo­wać po ob­cych.

Słowa Ra­iji po­to­czyły się jak ka­mie­nie.

Mik­kal od­su­nął ją na od­le­głość ra­mion. Przyj­rzał się ba­daw­czo uko­cha­nej, wciąż uśmie­cha­jąc się ką­ci­kiem ust, ale z po­wagą we wzroku.

– Wiesz, że te słowa świad­czą o pew­nym pod­łym uczu­ciu, które i mnie cza­sami prze­śla­duje? – spy­tał ła­god­nie. – Na­zy­wasz je za­zdro­ścią i twier­dzisz, że ni­gdy nie da­łaś mu przy­stępu…

Ra­ija spu­ściła oczy. Po­czuła się nie­wy­po­wie­dzia­nie głu­pio.

Mik­kal miał ra­cję. Usi­ło­wała za­trzeć ślady po In­dze.

– Nie je­stem przy­zwy­cza­jona do tego – po­wie­działa ci­cho – by zaj­mo­wać miej­sce po in­nej ko­bie­cie…

– Prze­cież dzie­li­łaś mnie z Siggą – zdzi­wił się.

Ra­ija pod­nio­sła wzrok.

– Jej do tego nie mie­szaj. Wtedy było ina­czej, oboje ży­li­śmy w związku. Mie­li­śmy dla sie­bie krót­kie chwile. Nie mo­gli­śmy wy­brzy­dzać.

Mik­kal ro­ze­śmiał się.

– Po­tra­fisz tak ubar­wić rze­czy­wi­stość, że dla cie­bie staje się piękna, Ra­iju.

– Czuję się tylko taka bez­bronna – tłu­ma­czyła się. – Inga żyje obok mnie. Pa­trzę na nią co dzień, ko­bietę z krwi i ko­ści, i wi­dzę, że jest do­bra. Ro­zu­miem, że mo­głeś się z nią zwią­zać, a jed­no­cze­śnie nie ro­zu­miem. Za­sta­na­wiam się, co my­ślisz na jej wi­dok. O czym roz­ma­wia­cie. Czy w głębi du­szy po­rów­nu­jesz nas ze sobą…

Mik­kal spo­waż­niał.

– Czy twe słowa nie brzmią zna­jomo? – za­py­tał z na­pię­ciem. – Za­sta­nów się, Mały Kruku. Nie sły­sza­łaś ich wcze­śniej?

Spoj­rzała nań ze zdu­mie­niem.

– Tak wła­śnie się czu­łem – cią­gnął. – By­łem rów­nie bez­bronny, za­glą­da­jąc w twa­rze męż­czyzn, bo wie­dzia­łem, że zbyt wielu z nich cię po­sia­dło. Przez głowę prze­bie­gały mi te same my­śli. Jed­nego z tych męż­czyzn uwa­żam za mo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela.

Ra­ija za­rzu­ciła Mik­ka­lowi ra­miona na szyję i ukryła twarz na jego piersi.

Ni­gdy do­tąd nie my­ślała w ten spo­sób.

– A więc to za­zdrość? – Po­cią­gnęła no­sem, nie wy­cie­ra­jąc łez. – By­łam dumna i wy­ro­zu­miała, tak uwa­ża­łam – do­dała sa­mo­kry­tycz­nie. – Wszystko poj­mo­wa­łam, po­tra­fi­łam wy­ba­czać. Tyle że wy­ro­zu­mia­łość mia­łam je­dy­nie dla wła­snych uczuć. Tego, kogo ko­cham naj­bar­dziej, ob­da­rza­łam za­zdro­ścią.

Otarła oczy skraw­kiem jego ka­ftana.

– Wy­ba­czysz? – spy­tała, uno­sząc lekko głowę. – Czy kie­dyś mi wy­ba­czysz, Mik­kal? Zro­zu­mia­łam swój błąd. Ta­kie my­śli nisz­czą.

Mik­kal uca­ło­wał za­czer­wie­nione po­wieki dziew­czyny.

– Wy­ba­czam – od­rzekł po­god­nie. – Cóż byłby ze mnie za męż­czy­zna, gdy­bym nie po­tra­fił wy­ba­czyć uko­cha­nej? – Ro­ze­śmiał się i do­dał: – Poza tym to mi po­chle­bia. Ba­łem się kie­dyś, że nie ko­chasz mnie rów­nie mocno jak ja cie­bie, skoro nie od­czu­wasz za­zdro­ści. By­łaś zbyt po­błaż­liwa, mimo wdzięcz­no­ści dla cie­bie cier­pia­łem…

Ra­ija ski­nęła głową. Zro­zu­miała. Wresz­cie zro­zu­miała.

Prze­łknęła łzy, osu­szyła po­liczki, oswa­ja­jąc się z tym no­wym uczu­ciem. Do­piero wtedy zaj­rzała mu w oczy.

Mik­kal nie pa­trzył na nią z wy­rzu­tem. Ko­chał ją, nic in­nego nie wy­czy­tała z jego twa­rzy.

– Czy Ailo nie chciał roz­ma­wiać z tobą? – spy­tała. – Wra­casz sam.

Mik­kal pu­ścił dziew­czynę, pod­niósł kilka skór i ku­le­jąc, ru­szył z nimi do na­miotu. Od­po­wie­dział, kiedy wró­cił po na­stępne:

– Chciał zo­stać z matką. Z matką i z Ingą.

Ra­ija po­ło­żyła mu obie dło­nie na po­licz­kach. Za­uwa­żyła, że szybko po­ru­szył po­wie­kami, by od­go­nić łzy.

Nikt nie wie­dział le­piej niż ona, jak bar­dzo Mik­kal cie­szył się na spo­tka­nie z sy­nem.

Nie był może zbyt tro­skli­wym oj­cem, ale ko­chał Ailo bez­gra­nicz­nie.

I chciał się do niego zbli­żyć. A Ra­ija pra­gnęła po­móc mu w na­uce oj­co­stwa.

Je­śli po­tra­fię, po­my­ślała gorzko. Mik­kal nie był naj­lep­szym z oj­ców, ale ona też nie za­słu­gi­wała na miano ide­al­nej matki.

Mógłby zna­leźć lep­szą na­uczy­cielkę.

– Je­steś jego oj­cem, Mik­kal. Ailo zwąt­pił w twój po­wrót. Te­raz chce cię uka­rać, choć wcale nie pra­gnie wy­rzą­dzić ci krzywdy. Dzieci kie­rują się od­mien­nym po­czu­ciem spra­wie­dli­wo­ści. Po­tra­fią ra­nić, je­śli czują się skrzyw­dzone.

– Mam więc go przy­pro­wa­dzić?

Ra­ija ski­nęła głową i opu­ściła ręce.

Mik­kal za­wa­hał się. Miał wra­że­nie, że stąpa po kru­chym lo­dzie, a Ra­ija każe mu iść da­lej.

– Prze­cież nie przy­cią­gnę go siłą. – Na­brał po­wie­trza w płuca. – Poza tym dajmy mu tro­chę czasu. Nie zna cie­bie. Trudno mu bę­dzie przy­zwy­czaić się do no­wej mamy…

Ra­ija dała mu kuk­sańca w ra­mię.

– Dla­tego wła­śnie mu­sisz go przy­pro­wa­dzić – po­wie­działa sta­now­czo. – Chło­piec mnie nie zna, więc nie wie, jak się za­cho­wać. Z Ra­vną i Ingą czuje się bez­piecz­nie. Je­śli zo­sta­nie z nimi, na­bie­rze pew­no­ści, że to ja trzy­mam cię od niego z da­leka. Po­my­śli, że ko­chasz mnie bar­dziej niż jego.

– Tak jest na pe­wien spo­sób – jęk­nął Mik­kal, roz­kła­da­jąc bez­rad­nie ra­miona. – Nie można po­rów­ny­wać uczuć do dziecka i mi­ło­ści do do­ro­słej osoby.

– Wiem. Ty też. Ale Ailo nie wie, jest jesz­cze dziec­kiem. Mu­sisz po­ka­zać, że za­leży ci na nim i dla­tego chcesz spro­wa­dzić go do domu.

– Na­miot matki to też jego dom.

– Ale musi wie­dzieć, że na­leży do cie­bie. że w to­bie ma opar­cie.

Mik­kal wciąż się wa­hał.

– Nie mogę go przy­pro­wa­dzić.

Ra­ija użyła osta­tecz­nych ar­gu­men­tów.

– Chcę, żeby za­miesz­kał z nami, ale prze­cież nie mogę sama po niego pójść. Musi zro­zu­mieć, że czy­nisz to z wła­snej woli.

– Sprze­ciwi mi się.

Ra­ija uśmiech­nęła się. Na jej po­liczki wró­cił ru­mie­niec, w oczach za­mi­go­tały iskierki.

– Jest po­do­bny do ojca – stwier­dziła, uno­sząc ką­ciki ust. – Przy­pro­wadź go, Mik­kal. Nie wiem, jak długo bę­dzie trwać moja roz­łąka z dziećmi, więc nie krzywdź choć chłopca. Na­le­ży­cie do sie­bie, a ja chcia­ła­bym zy­skać za­ufa­nie was obu. – Pod­nio­sła resztę skór. – Je­śli mam coś zna­czyć dla cie­bie, mu­szę prze­ko­nać do sie­bie Ailo. W prze­ciw­nym ra­zie znów prze­gramy.

Mik­kal wes­tchnął. Pie­ścił Ra­iję wzro­kiem, za­uwa­żył tę zmarszczkę, oznakę sta­now­czo­ści, która po­ja­wiła się mię­dzy brwiami dziew­czyny. Za­bawne, wcze­śniej jej nie do­strze­gał.

Wcze­śniej nie mu­siała go tak stro­fo­wać.

– Chcia­łem pierw­szą noc w na­szym na­mio­cie spę­dzić tylko z tobą.

– Za­do­wolę się my­ślą, że tego pra­gną­łeś. Je­ste­śmy do­ro­śli, Mik­kal, i ja­koś znie­siemy to, że nie wszystko układa się zgod­nie z na­szymi ocze­ki­wa­niami. Ailo na­to­miast jest mały, bę­dzie roz­cza­ro­wany, smutny i nie­szczę­śliwy.

Mik­kal ski­nął głową.

Słowa Ra­iji tra­fiły mu do prze­ko­na­nia.

– Pójdę po syna – po­sta­no­wił na­gle prze­ko­nany, że po­stę­puje wła­ści­wie i spra­wie­dli­wie wo­bec sie­bie i Ailo.

To prze­ko­na­nie po­twier­dziło się, kiedy po­now­nie prze­kro­czył próg na­miotu Ra­vny.

Ailo ba­wił się, uda­jąc, że nie wi­dzi ojca. Mik­kal wie­dział jed­nak, że chło­piec śle­dzi ukrad­kiem każdy jego ruch.

– Wró­ci­łeś? – spy­tała Ra­vna, uno­sząc brew. Inga pod­nio­sła oczy.

Mik­kal wy­krzy­wił się, za­do­wo­lony, że pod po­kry­ciem na­miotu pa­nuje pół­mrok.

– Przy­cho­dzę po Ailo.

Chło­piec prze­rwał za­bawę.

Nie spoj­rzał na ojca, ale wy­pro­sto­wał się jak struna. Ani jedno słowo, ani je­den gest Mik­kala nie uszły jego uwagi.

Mik­kal był tego świa­domy.

Tego mię­dzy in­nymi na­uczyła go Ra­ija. że dzieci ro­zu­mieją wię­cej, niż się wy­daje do­ro­słym.

– My­śla­łam, że już usta­li­li­śmy – po­wie­działa Ra­vna. – Mia­łeś z tym za­cze­kać. – Na­brała tchu i do­dała gwał­tow­nie: – Chło­pak po­trze­buje opar­cia. Je­śli weź­miesz go ze sobą, przej­miesz pie­czę nad nim. Te­raz i na za­wsze. Nie licz na mnie ani na Ingę, je­śli znów przyj­dzie ci ochota wy­je­chać.

Była śmier­tel­nie po­ważna. Od dawna ukła­dała w gło­wie tę prze­mowę.

Mik­kal ski­nął głową, choć słowa matki dały mu do my­śle­nia. Do­tąd Ailo nie za­przą­tał jego uwagi. Nie był praw­dzi­wym oj­cem.

– Ro­zu­miem – od­rzekł. – Ailo to mój syn, jego miej­sce jest w moim na­mio­cie. Po­ją­łem wresz­cie, że po­no­szę za niego od­po­wie­dzial­ność. Wy­ra­żam wdzięcz­ność za to, co uczy­ni­ły­ście dla niego i dla mnie. Od­tąd o nic już nie po­pro­szę. Je­stem do­ro­sły.

Ra­vna ob­rzu­ciła go dłu­gim, ba­daw­czym spoj­rze­niem. Uwie­rzyła w szcze­rość syna. Ni­gdy do­tąd nie za­cho­wy­wał się tak doj­rzale. Więc Ra­ija mu­siała mieć na niego wielki wpływ.

Choć może wcale tak nie było. Roz­są­dek i doj­rza­łość to ostat­nie ce­chy, które Ra­vna przy­pi­sa­łaby tej fiń­skiej dziew­czy­nie.

Po­waga Mik­kala nie uszła uwagi Ingi. Wstała i bez słowa za­częła pa­ko­wać rze­czy Ailo. Czy­niła to z cięż­kim ser­cem.

Przy­wią­zała Ailo do sie­bie. Po­słu­żyła się chłop­cem, by zbli­żyć się do Mik­kala. Po­peł­niła straszny błąd! I tylko ona na tym stra­ciła. Była pu­sta, odarta ze wszyst­kiego, nie­zdolna na­wet do nie­na­wi­ści.

– Jest nie tylko piękna, ale i mą­dra – po­wie­działa, wrę­cza­jąc Mik­ka­lowi za­wi­niątko z rze­czami chłopca.

Mik­kal spró­bo­wał się uśmiech­nąć. Nie był mu miły wi­dok tych ja­snych oczu, które pa­trzyły nań z wy­rzu­tem i cier­pie­niem, lecz bez śladu nie­na­wi­ści.

Inga za­wsze oka­zy­wała mu bez­in­te­re­sowną do­broć, tyle że Mik­kal nie po­tra­fił jej przy­jąć.

Tak ubo­gie pro­wa­dził ży­cie. Uwa­żał, że nie musi za każdy prze­jaw uczu­cia ko­biety pła­cić tym sa­mym. Zwią­zek z Siggą oparł na tej za­sa­dzie i ma­chi­nal­nie prze­niósł ją na kon­takty z Ingą.

Te­raz ża­ło­wał, zdał so­bie sprawę, jak bar­dzo ją ra­nił. Inga ko­chała i da­wała.

On pro­wa­dził szcze­gólną bu­chal­te­rię, ni­gdy nie da­wał wię­cej, niż sam chciał dać.

Za późno, by się przy­znać do tego ob­ja­wie­nia. Te­raz nie mógł już In­dze nic ofia­ro­wać.

– Je­steś za do­bra, Ingo – po­wie­dział, od­bie­ra­jąc za­wi­niątko. Ich oczy spo­tkały się na uła­mek se­kundy.

Ski­nęła głową.

– Chyba tak, Mik­kal.

I od­wró­ciła się do niego ple­cami. Przy­gar­biła się nieco, Mik­kal wie­dział, że to z jego przy­czyny.

Inga uklę­kła i ob­jęła ra­mio­nami czar­no­wło­sego syna Mik­kala. Każdy jej ruch świad­czył, jak wiel­kim uczu­ciem da­rzy chłopca.

– By­łeś ze mną i bab­cią, kiedy tato wę­dro­wał – za­częła mó­wić. – Tata szu­kał ko­goś, za kim bar­dzo tę­sk­nił. Mu­siał cię opu­ścić, cho­ciaż cię bar­dzo, bar­dzo ko­cha. My­ślał o to­bie co­dzien­nie, ale był tak da­leko, że na­wet nie mógł cię od­wie­dzić. Te­raz wró­cił, więc nie mu­sisz już miesz­kać z nami. Mo­żesz nas od­wie­dzać, ale twój dom jest u taty i Ra­iji.

Ailo wy­su­nął dolną wargę w ge­ście bez­rad­no­ści. Spoj­rzał z ukosa na ojca, po czym ob­jął Ingę za szyję. To, co szep­nął jej na ucho, miało na za­wsze po­zo­stać ta­jem­nicą tych dwojga.

Mik­kal ni­czego nie do­sły­szał.

Ze wzru­sze­niem ob­ser­wo­wał spo­kojne po­czy­na­nia Ingi. Słu­chał słów, które sam chęt­nie by wy­po­wie­dział. Słów o przy­wią­za­niu, ro­dzi­nie, mi­ło­ści.

Czę­sto my­ślał w ten spo­sób, ale ni­gdy gło­śno tego nie mó­wił. Te sprawy za­ła­twiały one, ko­biety jego ży­cia. Te silne istoty, któ­rych za­wsze się trzy­mał. Inga też miała w so­bie tę moc, więk­szą na­wet, niż do­tąd są­dził.

Inga pu­ściła Ailo. Chło­piec po­truch­tał ku ojcu ze zwie­szoną głową.

Nie się­gał mu na­wet do pasa. Prze­chy­lił głowę i spoj­rzał na Mik­kala. Tym ru­chem bar­dzo przy­po­mi­nał matkę. Mik­ka­lowi ciarki prze­bie­gły po ple­cach. Po­zdro­wie­nie z za­świa­tów.

– Chcesz mnie? – spy­tał mały z dzie­cięcą bez­po­śred­nio­ścią.

Mik­kal ski­nął głową. Wzru­sze­nie dła­wiło mu gar­dło.

Drobna rączka wy­cią­gnęła się w jego kie­runku i Mik­kal za­mknął ją w swo­jej dłoni.

Po­wieki na­brzmiały mu łzami.

Nie pa­mię­tał już, ile ra­do­ści daje uścisk dłoni dziecka. Jak na­peł­nia serce cie­płem i wzbo­gaca.

Wszyst­kim zwil­got­niały oczy, kiedy Ailo się że­gnał:

– Do wi­dze­nia, bab­ciu. Do wi­dze­nia, Ingo. Prze­no­szę się do taty, ale przyjdę znów w od­wie­dziny. Nie płacz­cie, że mnie nie ma.

Na wi­dok Mik­kala pro­wa­dzą­cego chłopca za rękę Ra­ija po­kra­śniała ze szczę­ścia.

Przez uła­mek se­kundy na­wet mu za­zdro­ściła. Ona wciąż mu­siała kar­mić się tę­sk­notą.

Zdu­siła to gorz­kie uczu­cie w za­rodku. Po­winna się cie­szyć, nie psuć ra­do­ści Mik­kala. I nie ro­bić min, które Ailo mógłby po­jąć opacz­nie.

To śliczne dziecko było przy­rod­nim bra­tem Mai, a prze­cież znała ka­pry­śną i zmienną na­turę córki.

Znała nie­chęć dziew­czynki do wszyst­kich, któ­rzy ry­wa­li­zo­wali z nią o względy matki. Dru­gie dziecko Mik­kala mo­gło prze­ja­wiać po­do­bne skłon­no­ści.

Mu­siała się strzec, by nie od­trą­cić chłopca nie­prze­my­śla­nym za­cho­wa­niem. Wszak nie chciała utra­cić Mik­kala.