Trzy odbicia w lustrze. Tom drugi - Zbigniew Zborowski - ebook + audiobook

Trzy odbicia w lustrze. Tom drugi ebook i audiobook

Zbigniew Zborowski

4,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Przed wojną Zosia miała zwykłe, przyziemne marzenia. Robiła wszystko, by zapewnić sobie dobrą oraz bezpieczną przyszłość. Burzliwy bieg historii przekreślił jednak plany młodej kobiety i wrzucił ją w wir tragicznych wydarzeń.

Wanda, córka Zosi, przesiąka komunistyczną ideologią. Jakby tego było mało, nie dogaduje się z matką, która zabrania jej wielu rzeczy. Zbuntowana nastolatka postanawia się więc zemścić na znienawidzonej rodzicielce. Podjęte przez dziewczynę działania przynoszą dramatyczne konsekwencje…

Anna, wnuczka Zosi, początkowo wychowuje się w domu dziecka. Po jakimś czasie nieoczekiwanie odwiedza ją babcia. I to właśnie od niej Anna dowiaduje się o wojennych losach i przeżyciach rodziny.

„Trzy odbicia w lustrze” jest niezwykłą sagą o trzech pokoleniach kobiet, które – mimo traumatycznych doświadczeń – próbują odnaleźć szczęście oraz spokój. Zbigniew Zborowski po mistrzowsku, z godną pozazdroszczenia wrażliwością odmalowuje realia zarówno przed-, jak i powojennego życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 259

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 32 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Anna Grochowska

Oceny
4,7 (17 ocen)
13
3
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Gosienka77

Nie oderwiesz się od lektury

cuowna fabuła, cudowny głos Pani czytającej. jestem zachwycona dziękuję słuchanie tych dwóch tomów było olbrzymią przyjemnością
00
Deni22

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam z czystym sumieniem .
00

Popularność




Ty­tuł: Trzy od­bi­cia w lu­strze. Tom drugi

Co­py­ri­ght © Zbi­gniew Zbo­row­ski, 2025

This edi­tion: © Word Au­dio Pu­bli­shing In­ter­na­tio­nal/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2025

Pro­jekt okładki: Mo­nika Drob­nik-Sło­ciń­ska

Re­dak­cja: Jo­anna Brod­nie­wicz

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8076-941-9

Kon­wer­sja i pro­duk­cja e-bo­oka: www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Word Au­dio Pu­bli­shing In­ter­na­tio­nal/Gyl­den­dal A/S

Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.wor­dau­dio.se

LATO 1974

1

Wio­sna upły­nęła jej w ra­do­snym pod­nie­ce­niu. Oswo­iła się z my­ślą, że wy­jeż­dża. Ucieczka z Grześ­kiem prze­stała się jej wy­da­wać czymś nie­re­al­nym i prze­ra­ża­ją­cym. Na­dal wi­dy­wali się rza­dziej, więc sma­ko­wała każdą ich wspólną chwilę. A po­tem wy­obra­żała so­bie, jak to bę­dzie wspól­nie za­miesz­kać. I to w Szwe­cji, w któ­rej po­dobno nie ma ko­le­jek po wę­dliny, a elek­tro­niczne ze­garki roz­dają za darmo! Pla­no­wała w my­ślach ich miesz­ka­nie, pła­wiąc się w go­rą­cej ką­pieli, ma­rzyła o sek­sie bez ram cza­so­wych i ko­niecz­no­ści za­cie­ra­nia po nim wszel­kich śla­dów, za­sta­na­wiała się, do kogo bę­dzie bar­dziej po­dobne jej dziecko.

Po wio­śnie na­de­szło jed­nak lato. Brzuch urósł jej strasz­nie, a ciąża, któ­rej do­tych­czas nie­mal nie za­uwa­żała, za­częła da­wać się jej we znaki. Upały zro­biły się nie do wy­trzy­ma­nia, dzie­ciak ko­pał ją po ner­kach, żo­łądku i skra­ca­ją­cej się szyjce ma­cicy. Nogi pu­chły, piersi ro­sły, buty za­częły ob­cie­rać stopy. Jak w ta­kim sta­nie ucie­kać przez mo­rze? Do tego wszyst­kiego, Sta­szek prze­stał tak dużo pić i zro­bił się za­ska­ku­jąco opie­kuń­czy. Wra­cał do domu wcze­śniej (i tak nie miała siły jeź­dzić do Grześka, ale od­pa­dły także po­po­łu­dniowe roz­mowy przez te­le­fon), a na­wet – o zgrozo – za­czął z nią roz­ma­wiać. O tym, że trzeba bę­dzie zmie­nić miesz­ka­nie na więk­sze. I ku­pić więk­szy sa­mo­chód. Pew­nie na­wet ja­kiś z NRF-u. A tak w ogóle, to już czas po­my­śleć o wózku, łó­żeczku i prze­wi­jaku. Chło­paki z re­sortu po­mogą za­ła­twić pro­sto z fa­bryki. Naj­pierw ta zmiana ją prze­stra­szyła. Bała się wy­ga­dać, zdra­dzić ja­kimś nie­ostroż­nym sło­wem. Póź­niej jed­nak dała się wcią­gnąć. Miło było ro­bić ta­kie plany. No a prze­cież z Grześ­kiem so­bie na nie po­zwo­lić nie mo­gła. Ich spo­tka­nia, i tak rzad­kie, co­raz bar­dziej przy­po­mi­nały na­rady kon­spi­ra­to­rów. On mó­wił jej o ko­lej­nych po­ko­na­nych trud­no­ściach, po­czy­nio­nych zna­jo­mo­ściach i prze­zwy­cię­żo­nych prze­szko­dach. O tym, jak krok po kroczku zbliża się do ich wspól­nego celu. Ona… chciała, żeby ją po pro­stu przy­tu­lił i po­wie­dział, że bę­dzie do­brze. On opo­wia­dał o zwłoce wy­wo­ła­nej nie­ko­rzyst­nym awan­sem ja­kie­goś służ­bi­sty w szcze­ciń­skim od­dziale Wojsk Ochrony Po­gra­ni­cza albo o pod­pa­dzio­sze, którą za­li­czył jego ko­lega me­cha­nik, przez którą na ra­zie znowu nic, bo fa­cet te­raz musi uwa­żać. Ona przy­ła­py­wała się, że li­czy skry­cie, że z tej awan­tury nic jed­nak nie wyj­dzie. On był za­jęty, za­afe­ro­wany. Ona łak­nęła sta­bi­li­za­cji i nor­mal­no­ści. Tak na­stał sier­pień.

W pierw­szych dniach mie­siąca za­dzwo­nił Grze­siek. Umó­wili się w Uni­ver­sa­mie. Omal go nie po­znała! Był ogo­lony, włosy przy­cięte.

– Wszystko do­pięte na ostatni gu­zik – oznaj­mił, pa­trząc na nią po­sza­rza­łymi ze zmę­cze­nia oczami. – Wy­jeż­dżamy za ty­dzień. Je­dziemy ze Wschod­niego noc­nym po­cią­giem do Szcze­cina, wcho­dzimy do portu, szmu­glują nas na po­kład promu, me­li­nują w ma­szy­nowni i jesz­cze tego sa­mego ranka wy­pły­wamy. Ku­szetki już ku­pione, imienne prze­pustki mam w kie­szeni, reszta za­leży od odro­biny szczę­ścia.

Nie wie­rzyła wła­snym uszom. Jak to? Już za ty­dzień? I to te­raz, kiedy za nie­cały mie­siąc ro­dzi?

– Wiesz, ja nie je­stem pewna, czy chcę wy­jeż­dżać – wy­pa­liła.

Długo na nią pa­trzył za­sko­czo­nym wzro­kiem. Nie ta­kiej re­ak­cji się spo­dzie­wał.

– Za późno na wąt­pli­wo­ści – zwró­cił się do niej z nie­zwy­kłą jak na niego ostro­ścią. – Wszystko go­towe, ma­szyna po­szła w ruch.

– Ale…

– Żad­nego „ale”, kotku. Ko­chamy się, je­ste­śmy dla sie­bie stwo­rzeni.

– No tak… Tak są­dzę…

– I jesz­cze jedno – prze­ni­kli­wie spoj­rzał jej w oczy. – To także moje dziecko. Ja je­stem jego oj­cem. I go nie od­dam ja­kie­muś es­be­kowi. O nie! Prę­dzej two­jego męża udu­szę go­łymi rę­kami!

Prze­stra­szyła się. Nie znała go od tak sta­now­czej strony. A on chyba wy­czuł, że tro­chę prze­sa­dził, spo­strzegł, że ją prze­stra­szył, bo do­dał, uno­sząc w pal­cach jej pod­bró­dek:

– Wiem, że te­raz cię to prze­raża. Może na­wet wo­la­ła­byś dla świę­tego spo­koju zo­sta­wić sprawy po sta­remu. Ale zo­ba­czysz. Za rok, kiedy już się tam urzą­dzimy, bę­dziesz szczę­śliwa. I bez­pieczna. A ja za­wsze będę cię ko­chał.

Bez­pieczna. Ucze­piła się tego słowa. Tak, tu­taj bez­pieczna nie była. Znała Staszka na tyle, żeby po­dej­rze­wać, że kiedy dzi­dziuś po­jawi się na świe­cie, kiedy mi­nie jego pierw­szy za­chwyt, sprawy znowu wrócą do normy. Jej ży­ciem znów będą rzą­dzić cen­ty­me­try, od­grzane do ide­al­nej tem­pe­ra­tury obiady i… uda­wane przed mę­żem or­ga­zmy.

– Tylko jak ja wyjdę wie­czo­rem z domu? Co mu po­wiem?

– Po­wiedz co­kol­wiek. Że je­dziesz zo­ba­czyć się z umie­ra­jącą ciotką albo no­cu­jesz u ko­le­żanki. Co­kol­wiek. By­le­byś we­szła do tak­sówki pod do­mem, a on nie za­czął po­szu­ki­wań wcze­śniej niż na­za­jutrz rano.

***

Bała się. Bała się strasz­nie tej roz­mowy. Sta­szek był za­wsze nie­ufny, po­dejrz­liwy i za­zdro­sny. Kie­dyś przy­ła­pała go na­wet na ob­wą­chi­wa­niu jej maj­tek (na szczę­ście było to dużo wcze­śniej, za­nim za­ko­chała się w Grześku). Wyj­ścia z domu na spo­tka­nie z ko­le­żan­kami (ja­kimi zresztą, u li­cha, ko­le­żan­kami?) czy na­głe wy­jazdy do ro­dziny (miała tylko Apol­cię) w ogóle nie wcho­dziły w grę. Przez dwa dni bo­lał ją brzuch ze zde­ner­wo­wa­nia, a trze­ciego uświa­do­miła so­bie, że nie spro­sta za­da­niu. Na szczę­ście, w po­łu­dnie za­dzwo­nił te­le­fon.

– Cześć, Wan­dziu, ostat­nio nam coś prze­rwało – usły­szała raźny głos ciotki. – Dzwo­nię spraw­dzić, czy wszystko w po­rządku.

Wzięła głę­boki wdech i wy­po­wie­działa jej swoją prośbę.

– Mam za­dzwo­nić do two­jego Sta­cha, wkleić mu kit, że ciężko cho­ruję i skło­nić, żeby po­zwo­lił ci wy­je­chać do mnie na kilka dni? – po­wtó­rzyła.

– Wiesz, to może jed­nak był zły po­mysł…

– Cze­kaj, cze­kaj. I jesz­cze… czy do­brze zro­zu­mia­łam? Ty do mnie jed­nak nie przy­je­dziesz?

– Prze­pra­szam, cio­ciu, to było nie­sto­sowne, że ci to w ogóle…

– Wanda! Ty masz ko­chanka!

– O jejku, tak…

– No na­resz­cie! Już się o cie­bie mar­twi­łam. Naj­wyż­szy czas, ko­chana.

– To nie je­steś zła?

– Zła? A skąd! Je­stem za­chwy­cona. Ja­sne, że ci po­mogę.

***

Apol­cia za­dzwo­niła jesz­cze tego sa­mego wie­czora. Ode­brał, rzecz ja­sna, Sta­szek. Po­wi­tał ją, co sta­no­wiło w ich re­la­cjach normę, bez en­tu­zja­zmu i już od­ry­wał od ucha słu­chawkę, prze­ka­zu­jąc ją Wan­dzie, kiedy na­gle usły­szał coś, co go za­in­try­go­wało. Szyb­kim ru­chem mach­nął do żony, żeby nie pod­cho­dziła, zmarsz­czył brwi, słu­chał.

– Na­prawdę tak to wy­gląda? A co mó­wią le­ka­rze? Tak? O żesz ja­sna cho­lera.

Roz­ma­wiali do­bry kwa­drans, po­tem za­wo­łał w końcu Wandę, która mu­siała ode­grać te­raz swoją rolę.

– Co? Je­steś ciężko chora? Nie­ule­czal­nie?!

Skoń­czyła znacz­nie szyb­ciej niż mąż, bo zwy­czaj­nie za­bra­kło jej in­wen­cji do od­gry­wa­nia ko­lej­nych wy­krzyk­ni­ków i chlip­nięć. Odło­żyła słu­chawkę.

– Mu­sisz je­chać do sta­rej – od razu oznaj­mił Sta­szek.

– To moja cio­cia…

Nie zwró­cił uwagi na tę próbę przy­wo­ła­nia do po­rządku.

– Cho­lera – kon­ty­nu­ował. – Że też aku­rat te­raz mu­siała się wy­sy­pać, kiedy je­steś na ostat­nich no­gach!

– Jesz­cze się nie „wy­sy­pała”. Może bę­dzie do­brze.

– E tam, na­iwna je­steś. Po­wie­działa wy­raź­nie: „mam prze­rzuty”.

Wanda nie od­po­wie­działa. Za­sta­na­wiała się, jak ciotka za­mie­rza to wszystko po­tem od­krę­cić. Cu­downe wy­zdro­wie­nie? Fa­talny błąd w dia­gno­zie?

– Wiem, że bę­dzie ci ciężko, ale mu­sisz je­chać – pod­jął te­mat Sta­szek.

– No tak, chcę się po­że­gnać – Wanda we­szła w końcu w swoją rolę. – I może coś jej po­mogę.

– Gówno jej mo­żesz po­móc – skwi­to­wał. – Ale willi i ma­jątku trzeba przy­pil­no­wać. Stara po­wie­działa, że wszystko chce prze­pi­sać to­bie, ale się tro­chę mar­twi, czy ten jej nowy absz­ty­fi­kant, Mie­cio, zdaje się, nie po­łoży ręki na te­sta­men­cie. A wtedy, dzie­dzi­cze­nie usta­wowe. Wszystko dla niego. Byłby fra­je­rem, gdyby nie spró­bo­wał nas wy­ki­wać.

– No to po­jadę.

– Ku­pię ci bi­let.

– Po­ra­dzę so­bie.

– Do­bra, ale od­wiozę cię na dwo­rzec.

– Nie! – krzyk­nęła tak, że aż się od­wró­cił. Na jego twa­rzy za­go­ściło zdzi­wie­nie.

– Dla­czego nie?

– Bo… ee… ty już i tak uwa­żasz, że je­stem do ni­czego.

Nie za­prze­czył. Słu­chał.

– A ja wcale nie po­trze­buję niań­cze­nia. Je­stem do­ro­sła.

– No, co ty? – w jego gło­sie za­brzmiało szy­der­stwo, ale cią­gnęła da­lej:

– Rze­czy we­zmę ma­lutko, na dwa, góra trzy dni. Żeby tylko na miej­scu umó­wić no­ta­riu­sza. Będę miała mało ba­gażu i pod­jadę na Wschodni au­to­bu­sem. Prze­cież to bli­sko! Tyle co przez Zie­le­niecką!

– Jak so­bie chcesz – wzru­szył ra­mio­nami. – Do­ro­sła! He, he. Ja­sne. Tylko nie spieprz tego. Przy­go­to­wa­łem dla cie­bie grunt, Apol­cia jest po na­szej stro­nie. Chcę mieć tę jej fa­bryczkę dżin­sów w spadku. A fa­gasa, jak się bę­dzie ci­skał, szybko się ustawi do pionu. Mam jesz­cze stare kon­takty we wro­cław­skiej ko­men­dzie.

2

No i nad­szedł TEN dzień. Wanda była strzęp­kiem ner­wów. Dziecko jakby czuło, co się z nią dzieje. Ko­pało, wierz­gało, wy­czy­niało w jej brzu­chu akro­ba­tyczne salto mor­tale. Do tego – co tu kryć – stra­chu, do­szły jesz­cze wy­rzuty su­mie­nia. Sta­szek, przy­naj­mniej jak na jego stan­dardy, zro­bił się wy­jąt­kowo cie­pły i czuły. Ku­pił jej na po­dróż cie­płe skar­pety w roz­mia­rze 46 i majtki wiel­ko­ści cza­szy od spa­do­chronu. Zu­peł­nie nie­przy­datne. Ale gest ją po­wa­lił. „Może on jed­nak się zmie­nił?” – dzień w dzień za­da­wała so­bie to py­ta­nie, pa­trząc po ką­pieli w za­pa­ro­wane lu­stro. Pa­trzyła na nią z niego nieco za­okrą­glona bru­netka o ster­czą­cych cyc­kach i wiel­kim jak piłka le­kar­ska brzu­chu. „Czy na­prawdę po­win­nam go opusz­czać? I to w ten spo­sób? Ro­biąc z niego ro­ga­cza i po­śmie­wi­sko?”. Z każ­dym dniem, ba!, z każdą nie­mal go­dziną czuła się co­raz go­rzej. „Czy je­stem dziwką?” – za­dała swemu od­bi­ciu py­ta­nie w wie­czór po­prze­dza­jący wy­jazd. „Czy chcę po­stą­pić jak szmata, która zdra­dziła męża z pierw­szym, który się na­pa­to­czył?”.

„Pierw­szy, który się na­pa­to­czył”. To zda­nie do reszty ją zdru­zgo­tało. Bo zdrady, wia­domo, w mał­żeń­stwach się zda­rzają. Ale czy każda mę­żatka od razu się w swoim ga­chu za­ko­chuje? Rzuca wszystko jak idiotka i od­cho­dzi? „Czy po­stę­puję głu­pio? Czy JA je­stem głu­pia?” – dla od­miany za­sta­na­wiała się na­za­jutrz, kiedy Stach wy­je­chał do pracy. Wtedy jed­nak przy­po­mniała so­bie wszyst­kie upo­ko­rze­nia, któ­rych od męża za­znała. I strach, bez­sil­ność, sa­mot­ność, w które za­mie­nił się dla niej ich zwią­zek. „Nie, nie je­stem głu­pia” – od­po­wie­działa so­bie. „Już dawno trzeba było od niego odejść. Tylko… nie w taki spo­sób. Tak, bez słowa wy­ja­śnie­nia, to ucie­kają pen­sjo­narki. Trzeba wy­po­wie­dzieć tę frazę: »Z nami ko­niec«. A je­śli nie wy­po­wie­dzieć (bo coś ta­kiego jed­nak za bar­dzo ją prze­ra­żało), to przy­naj­mniej na­pi­sać. Tak! List. List po­że­gnalny. Ostat­nie słowo plus wy­ja­śnie­nie. Niech to prze­czyta, niech zła­pie się za głowę, niech ża­łuje… Tylko jak to zro­bić, żeby list wpadł w jego ręce, kiedy ona bę­dzie już w dro­dze?”. Wtedy z od­sie­czą przy­szedł te­le­fon. Ode­brała z bi­ją­cym ser­cem. Może to Grze­gorz od­wo­łuje całą ope­ra­cję?

– Zo­staję dzi­siaj w pracy dłu­żej – usły­szała głos Staszka. – Mamy nowe aresz­to­wa­nia, bra­kuje lu­dzi do pro­wa­dze­nia prze­słu­chań. Wy­bacz, skar­bie, ale nie zdążę wró­cić przed twoim wy­jaz­dem. A po­my­śleć, że chcia­łem zro­bić ci nie­spo­dziankę i pod­rzu­cić na dwo­rzec au­tem…

„Ju­huuu!” – za­krzyk­nęła w my­śli. A na głos od­parła, że to bar­dzo przy­kre, ale cóż – taka służba.

– Taka służba – po­wtó­rzył jak echo i się roz­łą­czył.

Od razu usia­dła do pi­sa­nia po­że­gnal­nego li­stu.

„Mężu, kie­dyś by­łeś dla mnie wszyst­kim. Ko­cha­łam Cię. Lecz lekką ręką roz­trwo­ni­łeś ka­pi­tał mo­ich uczuć” – za­częła z ta­kim pa­to­sem, że aż jej sa­mej w oczach za­krę­ciły się łzy. A po­tem już wy­wa­liła kawę na ławę. O tym, jak źle ją trak­to­wał. Kiedy to wszystko na­pi­sała, po­czuła się oczysz­czona. Jak po sa­kra­men­cie spo­wie­dzi. Już nie była za­trwo­żoną ucie­ki­nierką. Była zra­nioną Ko­bietą – tak wła­śnie Ko­bietą przez duże „K” – która oskarża i wy­daje wy­rok. Skro­bała da­lej dłu­go­pi­sem Ze­nith w służ­bowy pa­pier z na­głów­kiem „Re­sort Spraw Bez­pie­czeń­stwa”. Co­raz szyb­ciej, co­raz za­ma­szy­ściej, z na­ra­sta­jącą w niej em­fazą. Nie za­uwa­żyła, że list – w za­mie­rze­niu wy­ja­śnia­jący po pro­stu to, co zro­biła – za­mie­niał się w me­lo­dra­mat:

„Już ni­gdy wię­cej mnie nie uj­rzysz. Od­cho­dzę z męż­czy­zną, który umie mnie ko­chać tak, jak na to za­słu­guję. Bez­in­te­re­sow­nie, pło­mien­nie, do utraty tchu. I któ­remu, w za­mian za tę szczerą i piękną mi­łość, za­mie­rzam wkrótce dać po­tomka. Krew z jego krwi, kość z jego ko­ści. To bę­dzie jego dziecko!”.

Skoń­czyła spła­kana jak bóbr. Cóż, w końcu nie co dzień się od ko­goś od­cho­dzi. Po­czuła się jed­nak lekko i na wła­ści­wym miej­scu. A przede wszyst­kim – po­czuła, że po­stę­puje uczci­wie.

Po­zo­stała jej jesz­cze tylko jedna kwe­stia. Gdzie zo­sta­wić list, żeby Sta­szek nie zna­lazł go od razu po po­wro­cie do domu. Mu­siała prze­trzy­mać go w nie­wie­dzy do rana. Nie miała złu­dzeń, że mąż od razu po lek­tu­rze wprawi ma­szynę śled­czą apa­ratu bez­pie­czeń­stwa w ruch. I wie­działa też do­brze, że to sku­teczna ma­china. Usta­le­nie, że wsia­dła do po­ciągu, zaj­mie im pew­nie kil­ka­na­ście go­dzin. Po­zna­nie celu po­dróży – jesz­cze mniej. A kiedy na biurko Staszka ktoś przy­nie­sie te­leks z na­zwą „Szcze­cin”, wszystko sta­nie się dla niego ja­sne. Mu­szą być wtedy z Grześ­kiem już w Szwe­cji, ina­czej po nich.

No to gdzie wsu­nąć tę kartkę? Stół w du­żym po­koju – od­pada. Blat obok ku­chenki – jesz­cze go­rzej. Ła­zienka? No, bez żar­tów. Więc gdzie? Nie schowa go prze­cież za re­ga­łem ani pod łóż­kiem, bo tam z ko­lei prze­leży ru­ski rok. To musi być miej­sce, do któ­rego on za­gląda za­wsze, ale w pre­cy­zyj­nie wy­zna­czo­nych po­rach…

– Mam! – kla­snęła w dło­nie i nie­po­mna, że brzuch obija się jej o ko­lana, za­tań­czyła wo­kół stołu ta­niec zwy­cię­stwa. Szafa w re­gale, trze­cia półka ze świe­żymi, za­pra­so­wa­nymi ko­szu­lami. Sta­szek wsuwa tam rękę tylko raz na dobę – rano, szy­ku­jąc się do pracy. Za­do­wo­lona z sie­bie, choć z bi­ją­cym jak wer­ble ser­cem, skoń­czyła się pa­ko­wać, ubrała się, zja­dła coś lek­kiego, wy­szczot­ko­wała zęby. Była go­towa. Jesz­cze do­syć wcze­śnie, ale po­sta­no­wiła, że po­czeka na ulicy, aż przy­je­dzie tak­sówka z Grze­go­rzem. Schy­la­jąc się z tru­dem, za­ło­żyła buty, na­rzu­ciła lekki płasz­czyk, chwy­ciła torbę z rze­czami. Ro­zej­rzała się po miesz­ka­niu. Do­brze znane kąty, me­ble i sprzęty. Przez lata pu­co­wane, usta­wiane z cen­ty­me­trową do­kład­no­ścią, w ja­kiś spo­sób ko­chane. Przez mo­ment czuła się jak ka­pi­tan opusz­cza­jący mo­stek to­ną­cego okrętu. Przez mo­ment, bo za­raz za­trza­snęła drzwi, prze­krę­ciła klucz i po­szła do windy. Niby tylko trze­cie, ale po scho­dach nie cho­dziła już od końca dru­giego try­me­stru. Stuk! Winda przy­je­chała. Otwo­rzyła sta­lowe drzwi z pa­skiem zbro­jo­nego szkła po­środku, we­szła. Do­mknęła drzwi ze­wnętrzne, do­ci­snęła po­dwójne we­wnętrzne, wci­snęła par­ter. Szarp­nęło i ka­bina za­częła zjeż­dżać. I wtedy, znie­nacka jak to w ciąży, za­chciało się jej siu­siu. Od razu tak, że omal nie po­pu­ściła. Ner­wowo zer­k­nęła na ze­ga­rek. Jesz­cze było dość wcze­śnie. Stuk! Winda za­trzy­mała się na dole. Ostat­nia chwila wa­ha­nia i wci­snęła trze­cie.

„Szyb­kie siu­siu, do­słow­nie w mi­nutę i za­raz będę na dole” – po­my­ślała.

Stuk! Wy­szła, wy­jęła klu­cze, otwo­rzyła. Trzy kroki i już była w ła­zience. Ele­ganc­kie, roz­sze­rzane na dole spodnie w dół, pupa na de­skę. Jejku, jaka ulga! Na­gle za­strzy­gła uszami. Chro­bot zamka przy drzwiach, skrzyp­nię­cie drzwi. Serce za­marło jej w pół taktu.

– Skar­bie, je­steś jesz­cze? – głos Staszka. Do gar­dła po­de­szła jej klu­cha stra­chu.

„Spo­koj­nie, nie wa­riuj” – zga­niła się w my­ślach. „Wró­cił wcze­śniej, więc się z nim przy­wi­tam i… Od razu po­że­gnam. Wie prze­cież, że za­raz wy­cho­dzę. List jest bez­pieczny. Tak czy siak, znaj­dzie go do­piero rano”. I wtedy do­bie­gły ją jego na­stępne słowa:

– Wpa­dłem tylko na se­kundę! Mam huk ro­boty, a taki je­den za­sra­niec za­krwa­wił mi ko­szulę. Zmie­nię i za­raz lecę na Ra­ko­wiecką. Prze­pra­szam, że cię nie od­wiozę.

Za­dy­go­tała. Cała za­mie­niła się w słuch. Ci­che skrzyp­nię­cie szafy, a po­tem ci­sza. Sie­działa na klo­ze­cie zmar­twiała z prze­ra­że­nia. Może ja­kimś cu­dem nie za­uważy li­stu? Nie, to nie­moż­liwe. Więc może choć nie za­uważy jej obec­no­ści w domu? Oh, nie! W przed­po­koju zo­stała jej torba.

Na­gle mar­twą ci­szę miesz­ka­nia roz­ciął na pół jego ryk.

– Uaar­ra­aahg!

Za­pa­dła się w so­bie. Za­szczę­kały jej zęby! Chciała stać się mniej­sza, zu­peł­nie ma­lutka. Znik­nąć. Roz­dy­go­ta­nymi pal­cami chwy­ciła za klamkę w ostat­niej, po­zba­wio­nej szans na­dziei na jej przy­trzy­ma­nie, gdy ręka tam­tego chwyci ją z dru­giej strony.

– Gdzie je­steś! Gdzie je­steś, kurwo! – mury domu za­trzę­sły się od obłą­kań­czego wo­ła­nia. – Wy­łaź, zdziro!

Do ro­ze­dr­ga­nych pal­ców pra­wej do­łą­czyły rów­nie roz­trzę­sione te z le­wej dłoni. Trzy­mała klamkę ła­zienki obu­rącz. Od­dy­chała tak szybko i płytko, że przed oczami wi­ro­wały jej ciemne plamki. Z głę­bin miesz­ka­nia do­bie­gały tym­cza­sem trza­śnię­cia ko­lej­nych drzwi. Kuch­nia, szafa w przed­po­koju, sy­pial­nia… Klamka szarp­nęła z taką siłą, że spa­dła z se­desu i ru­nęła na ko­lana. Zo­ba­czyła jego buty, nogi, bio­dra, za­okrą­glony brzuch z pyp­ciem obok pępka, ra­miona. „O nie! O nie, nie, nie!”. Jedno z tych ra­mion było do po­łowy wznie­sione, a jego wielka pięść ści­skała kolbę P-64. Czarny wy­lot lufy pa­trzył do­kład­nie mię­dzy jej oczy.

– Tu je­steś, suko.

Dziwne, ale wi­dok wy­ce­lo­wa­nego pi­sto­letu obu­dził w jej spa­ra­li­żo­wa­nym stra­chem mó­zgu wspo­mnie­nie tych chwil z prze­szło­ści, kiedy uzdra­wiała. Gdy lu­dzie w jej to­wa­rzy­stwie od­zy­ski­wali siły. Tak jak Apol­cia… Dawno, już bar­dzo dawno nie my­ślała o tym swoim da­rze, czy ra­czej – jak wo­lała matka – prze­kleń­stwie. Wy­parła z pa­mięci, zdu­siła w so­bie. I przy­po­mniała so­bie o nim wła­śnie te­raz, w ulot­nej jak mru­gnię­cie po­wieką chwili, kiedy pa­lec Staszka po­ru­szył się na spu­ście.

„Żyj. Żyj, ko­cha­nie, prze­trwaj!” – szep­nęła w głąb sie­bie. W to miej­sce, w któ­rym po­ru­szało się jej nie­na­ro­dzone dziecko.

A po­tem świat eks­plo­do­wał ośle­pia­ją­cym bla­skiem. To co kie­dy­kol­wiek wi­działa, my­ślała i czego pra­gnęła, roz­to­piło się w nim jak ce­gła wrzu­cona do wrzą­cej kal­dery wul­kanu.

3

Wa­le­nie do drzwi, mimo że była to druga w nocy, wcale jej nie obu­dziło. Nie można obu­dzić ko­goś, kto nie śpi. A ona miała ostat­nio z tym pro­blem. Ostat­nio? Przez mi­nione pół roku! Od­kąd przy­szedł list od córki. Gruby, ciężki, za­pi­sany macz­kiem. A w nim bomba, która wy­rzu­ciła ją z do­tych­cza­so­wej or­bity. Kilka ty­sięcy słów, któ­rych przez całą wio­snę i lato nie mógł stra­wić jej or­ga­nizm. Prawda w ca­łej swo­jej prze­raź­li­wej na­go­ści. Prawda z grub­sza znana, w cza­sie pro­cesu od­czy­ty­wano prze­cież jej ze­zna­nia Wandy, ale fakt, że zo­stała spi­sana ręką jej córki – bez upięk­szeń ani nie­do­mó­wień – ude­rzyła ją tak, że po pierw­szym czy­ta­niu prze­le­żała całą noc, zgięta jak po cio­sie w brzuch. Nie są­dziła, że to tak wy­glą­dało. A ra­czej, że aż tak. „Pod­słu­chi­wała moje roz­mowy, moje in­tymne spo­tka­nia z Kon­ra­dem, szpie­go­wała mnie na zimno, a po­tem po­bie­gła z tym do NKWD”. W pierw­szej chwili Zo­sia chciała spa­lić ten list. Coś ta­kiego nie za­słu­guje nie tylko na wy­ba­cze­nie, ale na­wet na wspo­mnie­nia. Nie ma córki. Ko­niec. Jest sama. Póź­niej jed­nak do­ce­niła, że Wanda zdo­była się na szcze­rość. Co tam szcze­rość. Na roz­dra­pa­nie ran, na wy­wa­le­nie be­be­chów. Córka nie pro­siła w swoim li­ście na­wet o wy­ba­cze­nie. „Na­leży ci się prawda o mnie” – na­pi­sała na wstę­pie. „Sama zde­cy­du­jesz, co z nią zro­bić”.

No wła­śnie, de­cy­zja. Przez ko­lejne mie­siące Zo­sia mio­tała się mię­dzy zu­peł­nie skraj­nymi sta­nami emo­cjo­nal­nymi. Od nie­na­wi­ści po chęć wy­ba­cze­nia. Od bier­nego chłodu po wście­kłą chęć chwy­ce­nia jej za ra­miona, po­trzą­śnię­cia i zaj­rze­nia w oczy. Raz chciała dum­nie mil­czeć już do ry­chłego – w co świę­cie wie­rzyła – końca swego ży­cia, a in­nym ra­zem kor­ciło ją, żeby wdać się w dro­bia­zgową po­le­mikę. Bo prze­cież ta dzie­wu­cha ni­czego nie ro­zu­miała! Uzna­wała ją za zimną, bez­duszną i za­bor­czą matkę, nie za­uwa­ża­jąc ta­kich drob­nych oko­licz­no­ści, jak sza­le­jąca wo­kół wojna, ter­ror i głód. Miała pre­ten­sje o rze­czy, na które albo Zo­sia nie miała w ogóle wpływu (Po­wsta­nie), albo nie wy­nik­nęły z jej dzia­ła­nia (roz­sta­nie w Ur­su­sie). Głu­pia, głu­pia, głu­pia dzie­wu­cha! Ale jed­nak zdo­była się na to, by wy­rzu­cić z sie­bie prawdę…

I tak dzień po dniu od­su­wała od sie­bie mo­ment, kiedy za­sią­dzie wresz­cie do na­pi­sa­nia od­po­wie­dzi. „Jesz­cze nie czas. Jesz­cze mu­szę ochło­nąć” – szep­tała, zmy­wa­jąc szczotką z na­wi­niętą na nią szmatą szkolne ko­ry­ta­rze albo od­ku­rza­jąc śmier­dzące wy­kła­dziny biur. Ko­niec tej jej wy­nisz­cza­ją­cej we­wnętrz­nej walki na­stą­pił za­le­d­wie wczo­raj. Zo­sia w końcu uznała, że zbyt mało ży­cia jej po­zo­stało, żeby spę­dzić je w świę­tej ob­ra­zie. Że to nic nie da, ni­czego nie na­prawi ani nie zmieni. Tłu­ma­cze­nie sta­rych za­wi­ło­ści ich ży­cia do­ro­słej obec­nie ko­bie­cie także nie miało sensu. Co więc ma sens?

Przez cały wie­czór, do późna, pi­sała do Wandy list za li­stem. I każdy z nich fi­nal­nie lą­do­wał w wę­glo­wej kuchni. W końcu, pół go­dziny temu na­pi­sała wresz­cie to, co ją za­do­wo­liło: „Wy­ba­czam ci, Córko. Je­śli chcesz, przy­jeż­dżaj”. Wło­żyła kar­te­luszkę do ko­perty, na­kle­iła zna­czek, sta­ran­nie za­kle­iła i z sa­mego rana po­sta­no­wiła za­nieść do skrzynki.

A tu wa­le­nie do drzwi. Aż się sku­liła. Przy­po­mniały się jej lata spę­dzone w wię­zie­niu. Le­piej nie otwie­rać. Wtedy jed­nak z ze­wnątrz do­biegł ją zna­jomy głos Apolci.

– Zo­siu, to ja! Złe wie­ści.

Złe wie­ści? Dla niej już ta­kich nie było. Wstała, po­de­szła, od­cią­gnęła za­suwkę. Wi­dok Apolci nią wstrzą­snął. Ta może nie­zbyt piękna, ale za­wsze za­dbana ko­bieta była tym ra­zem w roz­cheł­sta­nym szla­froku. Mu­siała przy­je­chać w nim swoją ładą aż z Mu­cho­boru. Była roz­czo­chrana, za­smar­kana, za­le­wała się łzami.

– Zo­siu, Wan­dzia… Twoja córka… nie żyje.

Długo stała jak ska­mie­niała. Pełna po­dej­rzeń co do ota­cza­ją­cej ją rze­czy­wi­sto­ści. Niby wszystko wo­kół wy­glą­dało nor­mal­nie. Te same schodki pro­wa­dzące do jej cuch­ną­cej wil­go­cią su­te­reny, te same odra­pane drzwi. Ale to nie mógł być praw­dziwy ob­raz. To ja­kiś sen, zmarszczka cza­so­prze­strzeni. Nie, to się nie dzieje na­prawdę. Nie­moż­liwe, do cho­lery! Wczo­raj po­sta­no­wiła się po­jed­nać z córką, dzi­siaj jej o tym na­pi­sała. Nie! Światu nie wolno grać z nią aż tak bez­czel­nie zna­ko­wa­nymi kar­tami!

Ocu­ciło ją silne po­trzą­sa­nie za ra­miona. To Apol­cia. Do­piero te­raz Zo­sia zro­zu­miała dla­czego. Krzy­czała. Wyła tak, że nocna ci­sza roz­pry­snęła się jak krysz­ta­łowe lu­stro, na ty­siące ostrych jak igły ka­wał­ków. Z są­sied­nich miesz­kań wy­glą­dały głowy są­sia­dów, gdzieś w od­dali sły­chać było sy­renę ra­dio­wozu. Gar­dło miała zdarte, kłyk­cie roz­bite o ścianę do ży­wej krwi, bu­dzik na stole wska­zy­wał trze­cią. Gdzie się po­działa mi­niona go­dzina?

– Jak to się stało? – wy­chry­piała do po­więk­szo­nych z szoku i prze­ra­że­nia oczu Apolci.

– Sta­szek.

– Sta­szek – po­wtó­rzyła ta­kim gło­sem, że ludz­kie głowy za­częły zni­kać w swo­ich miesz­ka­niach.

– Za­strze­lił ją.

– Za­strze­lił.

– Była w dzie­wią­tym mie­siącu ciąży.

***

Kiedy po ca­ło­do­bo­wej ob­ser­wa­cji na od­dziale za­mknię­tym zdjęto z niej ka­ftan bez­pie­czeń­stwa i od­pięto pasy przy­ci­ska­jące ją do łóżka, wy­szła na za­lane słoń­cem mia­sto. Był pierw­szy wrze­śnia, do szkoły szli ucznio­wie w ani­la­no­wych blu­zach z do­cze­pia­nymi agrafką tar­czami i przy­pi­na­nymi na gu­ziki koł­nie­rzy­kami. Wy­ma­chi­wali wor­kami na kap­cie, każdy z parą ju­nior­ków w środku. Wlo­kła się roz­czo­chrana, jak przed­wczo­raj Apol­cia, w sta­rym ubra­niu, w ja­kim za­brała ją z domu mi­li­cja, roz­dra­pu­jąc po­kłute igłami strzy­ka­wek przed­ra­miona. Lu­dzie scho­dzili jej z drogi.

– Sta­szek – dy­szała. – Ten es­bek.

Pro­mie­nie słońca igrały na srebr­nych nit­kach prze­ty­ka­ją­cych jej grube i czarne włosy, ale nie były w sta­nie roz­pro­szyć mroku, jaki nio­sła w oczach.

– Sta­szek. Moja córka.

Obok prze­je­chał mi­li­cyjny fiat, funk­cjo­na­riu­sze sta­ran­nie omi­nęli ją wzro­kiem. Kie­rowca cię­ża­ro­wego stara, któ­remu we­szła nie­mal pod koła, wy­chy­lił się przez okno, bio­rąc wdech do po­sła­nia so­czy­stej wią­chy, ale za­milkł w pół słowa.

– Sta­szek.

Świad­ko­wie, któ­rych prze­słu­chi­wał póź­niej pro­ku­ra­tor, ze­zna­wali, że Zo­fia Cze­pliń­ska wy­glą­dała jak upiór, który przez po­myłkę wy­szedł szu­kać ofiary za dnia. Twarz chuda, po­sta­rzała, cie­nie pod oczami. Sza­lony wzrok prze­ska­ku­jący z twa­rzy na twarz.

Pie­chotą do­tarła do Mu­cho­boru, za­stu­kała do drzwi Apolci. Otwo­rzył Mie­tek, ale szybko się wy­co­fał, roz­pacz­li­wie wo­ła­jąc w głąb domu, żeby przy­szła żona.

– Czy zo­stał aresz­to­wany? – spy­tała bez wstę­pów, kiedy tylko Apol­cia przy­szła ze swo­jego biura. Le­d­wie za­re­je­stro­wała, że jej dawna przy­ja­ciółka wy­gląda nie le­piej od niej, ma żółtą i su­chą jak per­ga­min skórę, sine usta i szkli­ste oczy.

– O ile wiem, to nie – za­chry­piała, a po­tem za­nio­sła się kasz­lem. – Prze­zię­bi­łam się – rzu­ciła uspra­wie­dli­wia­jąco, gdy atak prze­szedł.

Zo­sia nie od­po­wie­działa, nie usto­sun­ko­wała się. Stała, pa­trzyła, cze­kała.

– Mój zna­jomy z War­szawy jest mi­li­cjan­tem, ale na Żo­li­bo­rzu – z tru­dem mó­wiła da­lej Apol­cia. – Nie ma do­stępu do tego śledz­twa.

– Ale coś wie.

– Wie tyle, że ofi­cjal­nie to miał być wy­pa­dek. Pod nie­obec­ność męża Wan­dzia ja­koby po­sta­no­wiła wy­czy­ścić jego pi­sto­let. No i padł strzał. Aku­rat w chwili, kiedy wró­cił do domu.

– Ale to nie był wy­pa­dek, prawda?

Apol­cia stłu­miła ko­lejny spazm kaszlu. Zlu­stro­wała Zo­się peł­nym nie­po­koju spoj­rze­niem. Za­wa­hała się. Wi­działa prze­cież, co się działo przed­wczo­raj… Zo­sia była jed­nak jak głaz na­rzu­towy, który ja­kimś cu­dem zna­lazł się w progu jej domu. Nie prze­su­niesz, nie zi­gno­ru­jesz, nie prze­mó­wisz do roz­sądku. Może tak stać i ty­siąc lat.

– Wejdź do środka – wes­tchnęła. – Opo­wiem ci o te­le­fo­nie od Wan­dzi, jaki do­sta­łam ty­dzień temu.

***

Nie mo­gła usie­dzieć w miej­scu. Ani w szkole, ani w swo­jej su­te­re­nie na ulicy Obor­nic­kiej. Nie przy­jęła też pro­po­zy­cji Apolci i Mietka, żeby zo­stała u nich przez kilka dni. Co więc ro­biła przez pół­tora ty­go­dnia po śmierci Wandy? Dużo włó­czyła się wzdłuż Odry. Wi­dy­wano ją też w parku Ty­siąc­le­cia, na placu Grun­waldz­kim albo w naj­gor­szych, naj­nie­bez­piecz­niej­szych za­uł­kach na Psim Polu. Wpa­dała oczy­wi­ście do domu, żeby się prze­spać albo roz­grzać ręce. By­wała też u Apolci – po no­winy i na parę kę­sów cze­goś cie­płego. No­winy zresztą nie były do­bre.

– W war­szaw­skiej mi­li­cji aż hu­czy od plotki, że Wanda po­dobno zo­sta­wiła po so­bie list – chry­piała jej naj­śwież­sze wia­do­mo­ści od za­przy­jaź­nio­nego ofi­cera żo­li­bor­skiej ko­mendy Apol­cia. – Na­pi­sała po­dobno, że Sta­szek nie jest oj­cem jej dziecka. I że od­cho­dzi.

– Dla­tego ją za­bił – ci­chutko pod­su­mo­wała Zo­sia.

Apol­cia tylko po­ki­wała i znowu za­nio­sła się salwą su­chego kaszlu.

– List nie zo­stał jed­nak przez nią pod­pi­sany – wy­stę­kała, kiedy jej chude, co­raz chud­sze ciało prze­stały wstrzą­sać spa­zmy. – Więc śled­czy uznali, że nie może być do­wo­dem w spra­wie.

– Do­wo­dem jego winy…

– To samo z od­ci­skami pal­ców na pi­sto­le­cie – Apol­cia z tru­dem ło­wiła po­wie­trze. – Po­noć nie zna­le­ziono od­ci­sków Wan­dzi na kol­bie ani spu­ście. Ale mo­gła prze­cież trzy­mać broń przez pa­pier to­a­le­towy. Wszystko wy­da­rzyło się w ła­zience. Tej in­for­ma­cji też więc nie do­łą­czono do akt.

Wy­bie­gła z domu daw­nej przy­ja­ciółki, gry­ząc się po kłyk­ciach. Przed oczami wi­ro­wały nie­chciane ob­razy. Mała Wan­dziu­nia na ko­la­nach Witka w cha­cie szep­tu­chy. Có­reczka klę­cząca przy po­sła­niu cho­rego chłopca we Wło­dzi­mie­rzu Wo­łyń­skim i cała sala lu­dzi pa­trzą­cych na nią z uwiel­bie­niem. A po­tem cie­pło jej ciałka i jego cię­żar w nie­prze­nik­nio­nych ciem­no­ściach ka­na­łów. I cu­downe od­na­le­zie­nie na Wiej­skiej. I jesz­cze wspa­nial­szy mo­ment spo­tka­nia w Mu­cho­bo­rze. Ile to razy za­cho­dziła do niej, kiedy już spała? Wsłu­chi­wała się wtedy w jej równy od­dech, po­pra­wiała roz­ko­paną koł­drę, gła­skała po wło­sach. Na­wet wtedy, kiedy Wan­dzia się na nią dą­sała o tego Staszka, kiedy z każ­dym dniem od­da­lały się od sie­bie… Ży­cie. Bi­cie serca. Mi­liony od­de­chów. A ten skur­czy­byk zni­we­czył to wszystko jed­nym na­ci­śnię­ciem spu­stu.

„Dla­czego nie od­po­wie­dzia­łam wcze­śniej na jej list? – wy­rzu­cała so­bie. – Prze­cież mi na­pi­sała, co ten drań jej robi. Jak nie­szczę­śliwe jest te­raz jej ży­cie. Te drobno za­pi­sane kartki były jej wo­ła­niem o po­moc. Ostat­nim krzy­kiem. A ja nie za­re­ago­wa­łam. Co ze mnie za matka?”.

Zo­sia szła w kie­runku roz­ga­łę­zio­nej w re­jo­nie cen­trum mia­sta Odry, czu­jąc, że każda myśl, każde wspo­mnie­nie spra­wia jej ostry, fi­zyczny ból. Pul­so­wało nim całe jej ciało, cała du­sza. Czuła, że je­dy­nym le­kar­stwem zdol­nym przy­tłu­mić to cier­pie­nie by­łaby ze­msta. A po­tem śmierć. Ale jak od­pła­cić tam­temu za to, co zro­bił? On jest męż­czy­zną. Mło­dym, na­wy­kłym do prze­mocy, uzbro­jo­nym. A jej stuk­nęło już pra­wie pięć­dzie­siąt pięć lat. Gdyby na­wet po­je­chała do War­szawy, gdyby sta­nęła przed nim… to co da­lej? I wtedy, po­woli, ma­je­sta­tycz­nie, przed jej oczy po­wró­ciło wspo­mnie­nie ma­leń­kiej Wan­dzi na ko­la­nach Witka. Wi­tek. Nie, nie. To sza­leń­stwo! Mi­nęło prze­cież tyle lat. Wi­tek. Mó­wił, że ko­cha to dziecko. Że mo­głoby być jego córką… Po­trzą­snęła głową, sta­ra­jąc się wy­rzu­cić kieł­ku­jącą w niej myśl. Wi­tek. Tak dawno go nie wspo­mi­nała. Prze­stała się na­wet za­sta­na­wiać, czy żyje. Mi­łość jej ży­cia. I wiel­kie tego ży­cia roz­cza­ro­wa­nie. Za­gadka. Fa­tum. Zba­wie­nie i prze­kleń­stwo. Czy wtedy, w 1952 roku udało mu się ujść po­goni? Wi­tek. Żoł­nierz, eg­ze­ku­tor, czło­wiek, który na jej oczach po­wa­lił sie­kierą kilku męż­czyzn… Wie­działa, że zna­le­zie­nie go, o ile na­prawdę prze­żył, gra­ni­czyło z cu­dem. Nie po­tra­fiła już jed­nak uciec po­ku­sie, żeby spró­bo­wać. Tylko jak? Od czego za­cząć? I wtedy spo­strze­gła, że stoi przed biu­rem ogło­szeń „Ga­zety Ro­bot­ni­czej”. Jakby nogi same ją tu przy­nio­sły…

***

Apol­cia nie mo­gła wy­le­czyć prze­zię­bie­nia. Ka­słała co­raz go­rzej, pluła zie­lon­kawą wy­dzie­liną zmie­szaną z krwią. Do­szło do tego, że nie mo­gła już nor­mal­nie po­roz­ma­wiać. Zwłasz­cza przez te­le­fon. Stru­my­czek in­for­ma­cji od „jej ofi­cera z War­szawy” więc wy­sechł. Zresztą, wszystko było prze­cież wia­domo. Zo­sia chciała się już tylko do­wie­dzieć, co stało się z dziec­kiem Wandy. Pierw­sze prze­cieki były nieco cha­otyczne. Po­dobno prze­żyło, ale ba­lan­so­wało na gra­nicy ży­cia i śmierci. Le­ka­rze ze szpi­tala przy Nie­kłań­skiej, od­da­lo­nego od Mię­dzy­na­ro­do­wej le­d­wie o kil­ka­set me­trów, wal­czyli o nie, lecz efekt był bar­dzo nie­pewny. Pew­nie umarło…

Zo­sia stała więc nad łóż­kiem Apolci i pa­trzyła na jej szarą jak pa­pier twarz. Na pę­che­rzyki piany w ką­ci­kach ust, na pół­przy­mknięte oczy i su­chą pierś uno­szącą się z char­ko­tem pod ko­cem. Za­częło do niej do­cie­rać, że wi­dzą się po raz ostatni. Apol­cia. Wul­kan ener­gii i ocean sprytu – na łożu śmierci. Zgię­tym pal­cem wy­tarła jej spierzch­nięte usta, dło­nią przy­gła­dziła włosy, po­ca­ło­wała roz­pa­lone czoło. I wy­szła bez po­że­gna­nia.

Drogę na Obor­nicką, jak zwy­kle ostat­nio, po­ko­nała pie­chotą. Czas prze­stał się dla niej li­czyć, co­raz mniej ją łą­czyło ze świa­tem.

„Ja będę na­stępna” – po­my­ślała z ulgą i sa­tys­fak­cją. „Nic mnie tu­taj już nie trzyma. Mogę iść”.

I wtedy, na progu domu, w któ­rym miesz­kała, usły­szała do­brze zna­jomy głos:

– Mar­nie wy­glą­dasz, Zo­siu.

Sta­nęła jak wryta. Wolno, wol­niutko unio­sła wzrok. Wy­soki, pro­sty, nieco tylko grub­szy niż ostat­nio. Ema­no­wał od niego spo­kój i obez­wład­nia­jąca pew­ność sie­bie. Uśmie­chał się do niej tym swoim ła­god­nym, chło­pię­cym uśmie­chem. Był szpa­ko­waty, z czo­łem prze­cię­tym trzema kre­chami zmarsz­czek. Ele­gancko ubrany. Gar­ni­tur, z pew­no­ścią szyty u krawca. Skó­rzane pół­buty. Na pewno nie­po­lskie. Na ser­decz­nym palcu pra­wej dłoni miał złoty sy­gnet. W le­wej… ga­zeta z za­kre­ślo­nym kół­kiem ogło­sze­niem: „Po­trze­buję cię, Witku. Zo­fia Cze­pliń­ska” i jej ad­res.

– No więc? – spy­tał ci­chym gło­sem Wi­tek. – Po­wiesz mi, o co cho­dzi?

CZĘŚĆ TRZE­CIAANNA

JE­SIEŃ 1984

1

Obu­dziła się, choć była głu­cha noc, jak zwy­kle od razu trzeźwa, na­pięta, go­towa do walki lub ucieczki. Oczy sze­roko otwarte, wpa­trzone w ciem­ność. Na­słu­chi­wała. Przez dłuż­szą chwilę sły­szała tylko od­de­chy in­nych dzieci śpią­cych na sali. Skrzy­pie­nia łó­żek. Po­ka­sły­wa­nia. Prze­nio­sła wzrok na plamę roz­my­tego świa­tła wpa­da­jącą z ko­ry­ta­rza przez mleczne szkło drzwi. Jest! Serce sko­czyło jej do gar­dła. Prze­lotny cień, mi­gnię­cie ciem­nej głowy po dru­giej stro­nie. A po­tem skrzyp­nię­cie klamki. Ruch drzwi w ciem­no­ści. Ruch, któ­rego do­my­ślała się tylko w re­flek­sach świa­tła mi­ga­ją­cego na po­ru­sza­ją­cej się szy­bie. To on. To na pewno znowu on.

Bar­dziej wy­czuła, niż zo­ba­czyła, że jest już po dru­giej stro­nie. Wszedł do sali. Był dla jej oczu ukła­da­jącą się w ludz­kie kształty plamą gęst­szego mroku. Skra­dał się, my­ślał, że go nie za­uwa­żyła. Hen­ryk. He­nio. Wu­jek He­nio. Serce sko­czyło jej do gar­dła. To on miał dzi­siaj nocny dy­żur. Tak. Jej drżące palce prze­su­nęły się po po­ścieli, do­tarły do kra­wę­dzi koł­dry, wy­ma­cały brzeg po­duszki. Ostroż­nie pod nią za­nur­ko­wały, na­tra­fia­jąc na pie­kącą ostrość skra­dzio­nej sprzą­tacz­kom ży­letki. One uży­wały ich do ze­skro­by­wa­nia stward­nia­łych plam je­dze­nia z pły­tek PCV, któ­rymi wy­ło­żona była ja­dal­nia. Ona miała dla niej zu­peł­nie inne za­sto­so­wa­nie.

– Nie śpisz… – usły­szała nad sobą jego głos. Jej twarz omiótł prze­sy­cony pa­pie­ro­sami zmie­sza­nymi z mię­tówką od­dech. – Cze­kasz na mnie, co? – za­chi­cho­tał.

Cięła bez uprze­dze­nia, ce­lu­jąc w zgęst­niały mrok przy swoim łóżku. Za­ma­szy­ście, z ca­łych sił. Stłu­miony sko­wyt. Mrok za­fa­lo­wał jak dym w zmie­nia­ją­cym się po­dmu­chu wia­tru. Ci­che, ale pełne pa­sji prze­kleń­stwo.

– Po­ża­łu­jesz, gów­niaro!

A po­tem po­spieszne kroki z po­wro­tem do drzwi. Skrzyp­nię­cie za­my­ka­nej klamki. Ania uśmiech­nęła się w mrok. Wy­gląda na to, że sprzą­taczki będą miały ju­tro cał­kiem sporo za­sty­głych, czer­wo­nych pla­mek do ze­skro­ba­nia z pod­łogi…

2

Nie­na­wi­dziła tego miej­sca. I to miej­sce zda­wało się nie­na­wi­dzić jej. Tych prze­klę­tych po­ran­ków, kiedy spa­dał na nią cały cię­żar roz­po­czy­na­ją­cego się dnia. Po­budka, sła­nie łó­żek, ko­lejno do umy­walni. Po­tem dy­żurna cio­cia ro­biła im kon­trolę uszu, wło­sów i zę­bów. Ubie­ra­nie: ta­kie same raj­stopki, su­kienki, do tego ju­niorki na gu­mo­wa­nej po­de­szwie. Żeby nikt się nie po­śli­zgnął na płyt­kach PCV ani zro­bio­nych z la­stryko scho­dach. Ja­dal­nia cuch­nąca przy­pa­lo­nym mle­kiem. Mleko z ry­żem na pierw­sze, pa­rówki z wody na dru­gie. Sza­mo­ta­nina o słoik z musz­tardą. Do tego po trzy ze­schłe kromki chleba i dżem tru­skaw­kowy. Dżem aku­rat lu­biła, ale słoik pra­wie za­wsze za­gar­niali starsi. I albo wy­ja­dali, albo wy­no­sili pod bluzką dla sie­bie na po­tem.

Dom dziecka. Je­dyne miej­sce do ży­cia, ja­kie znała. Po­winna się przy­zwy­czaić, a nie po­tra­fiła. Była tu­taj je­dy­nym dziec­kiem, które w ogóle nie miało ro­dziny. Ro­dzi­ców, dziad­ków, wuj­ków, praw­dzi­wych cioć. Ni­kogo. Inne dzie­ciaki po­sia­dały tego aż w nad­mia­rze. Ow­szem – pi­ja­ków, ob­szczy­mu­rów, zło­dziei, lu­dzi pręd­kich do bi­cia. Dla­tego za­brano je z do­mów i umiesz­czono tu­taj. Ale jed­nak miały. Mamy, ta­tu­siów… do­ro­słych o kon­kret­nych twa­rzach. Od­wie­dzali je rzadko, jesz­cze rza­dziej przy­no­sili pre­zenty. Ale póź­niej taki Pio­trek, Mar­cin czy Irenka mo­gli opo­wia­dać z wyż­szo­ścią: „A moja mama to ciężko pra­cuje. A tata leży przed te­le­wi­zo­rem. Bo my mamy te­le­wi­zor. Jak sąd mi po­zwoli wró­cić do domu, będę oglą­dała w nim do­bra­nocki. Sama”. Ania nie miała żad­nych twa­rzy tylko dla sie­bie. I za to nie­na­wi­dziła inne dzie­ciaki.

Do­ro­słych też nie­na­wi­dziła. Tych przy­szy­wa­nych cioć, które wie­czo­rami sie­działy nad kawą i tylko cza­sami py­tały bez­na­mięt­nym gło­sem: „No co tam, ko­cha­nie?”. Ko­cha­nie… Tak na­prawdę, nikt tu­taj ni­kogo nie ko­chał. Cio­cie miały swoje domy i swoje dzieci do ko­cha­nia. Ania od­kryła to kilka lat temu, jesz­cze w pierw­szej kla­sie, i prze­żyła praw­dziwy wstrząs. One tu tylko przy­cho­dziły do pracy! Nikt za nią nie stał, na ni­kogo nie mo­gła się po­wo­łać. Ma­riusz, kiedy go ktoś po­pchnął, stra­szył star­szym bra­tem, który na­le­żał do gi­tów. Ma­riola miała mamę w wię­zie­niu, która „jak wyj­dzie, to was tu wszyst­kich ustawi”. Pa­tryk był Cy­ga­nem i stra­szył, że jakby co, to przyj­dzie cały ta­bor i zrobi po­rzą­dek. Ona nie miała ni­kogo. I za to nie­na­wi­dziła do­ro­słych.

Naj­pierw była za mała, żeby kto­kol­wiek zwra­cał na nią uwagę. Po­tem uro­sła i różni tacy za­częli się jej cze­piać. To od­daj, tam­tego nie ru­szaj, a w ogóle to przy­nieś nam ze świe­tlicy to i to. Więk­szość dzieci pod­da­wała się star­szym, a już na pewno tym naj­sil­niej­szym. Ona nie. Szybko pod­pa­trzyła, jak ro­bią to chło­paki. Wy­gry­wał za­zwy­czaj ten, który pierw­szy ude­rzył i nie prze­sta­wał bić, póki prze­ciw­nik się ru­szał. Spró­bo­wała. I ja­koś po­szło. Za pierw­szym ra­zem do­stała bęcki. Za dru­gim też, ale ten, który ją sprał, nie wy­glą­dał le­piej. Za trze­cim, na­lu­to­wała pewną dwa lata star­szą dzie­wu­chę tak, że po­słali ją do izo­latki. Już nikt się nie cze­piał.

Oprócz He­nia. Wy­cho­wawca, po­dobno na­uczy­ciel śpiewu. Ły­sawy, wą­tły, w oku­la­rach. Z krót­kim wą­si­kiem i cof­nię­tym pod­bród­kiem. Zaj­mo­wał się chło­pa­kami, ale miał też nocne albo nie­dzielne dy­żury. Jego kon­trole czy­sto­ści w sali dziew­czy­nek były za­wsze naj­bar­dziej dro­bia­zgowe. Spraw­dzał, do­ty­kał, za­glą­dał. A ostat­nio ucze­pił się Ani. No nic, po tym, co stało się w nocy, pew­nie mu przej­dzie.

Naj­bar­dziej jed­nak. Naj-, naj-, naj­bar­dziej nie­na­wi­dziła ob­cych. Tych pań i pa­nów, któ­rzy przy­jeż­dżali do bi­dula i cho­dzili po sa­lach opro­wa­dzani przez dy­rek­torkę. Jak oni wszy­scy się wtedy sta­rali! Przy­gła­dzali po­ściel na łóż­kach, prę­żyli na bacz­ność, od­po­wia­dali na py­ta­nia, nie uży­wa­jąc brzyd­kich słów. Jesz­cze kilka lat temu, obcy zwy­kle in­te­re­so­wali się Anią.

– Jaka piękna blon­dy­neczka o mo­drych oczkach! – wzdy­chały na jej wi­dok pa­nie.

– Jaka po­ważna, jak hardo pa­trzy! – za­chwy­cali się pa­no­wie.

Ale ja­koś ni­gdy jej nie wy­bie­rali. „Ta dziew­czynka stwa­rza bar­dzo po­ważne pro­blemy wy­cho­waw­cze. Prawdę mó­wiąc, ma psy­cho­pa­tyczny cha­rak­ter” – Ania pod­słu­chała, jak w swoim ga­bi­ne­cie opo­wia­dała o niej dy­rek­tor. Pan i pani wzięli więc Ma­riolkę. A te­raz to już ra­czej nikt na nią nie pa­trzył. Nic dziw­nego, miała już dzie­sięć lat. Była sta­rym dziec­kiem.

I wła­śnie za to, naj­bar­dziej ze wszyst­kich, na­wet bar­dziej od He­nia, nie­na­wi­dziła ob­cych.

3

Była już koń­cówka wrze­śnia, a mimo to wciąż dni po­zo­sta­wały upalne. Na wiel­kim traw­niku przed wej­ściem do bi­dula trawa na­brała ko­loru siana, a listki na brzo­zach ro­sną­cych przy pło­cie skrę­cały się i sza­rzały z braku wody. Słabe po­wiewy wia­tru nio­sły kurz z pro­wa­dzą­cej od sta­cji drogi oraz woń dymu z pa­lo­nych w obej­ściach ognisk. Wspo­mnie­nie święta 22 lipca, kiedy cały dom dziecka po­szedł na po­chód, a po­tem roz­dano watę cu­krową, słodką jak niebo pań­ską skórkę i po jed­nym ba­lo­niku, już dawno się za­tarło. Na szczę­ście, pra­wie mie­siąc temu za­częła się szkoła. Ania lu­biła szkołę, tylko tam sta­rała się ni­kogo za bar­dzo nie bić, nie oplu­wać, nie wy­bi­jać szyb. Nie za­wsze się uda­wało – pod ko­niec ze­szłego roku szkol­nego tra­fiła na­wet na mi­li­cyjną izbę dziecka za pod­pa­le­nie kar­to­no­wej imi­ta­cji ogni­ska w sali ZHP i kra­dzież sta­rego ka­ra­binu z Izby Pa­mięci Walki i Mę­czeń­stwa Na­rodu – ale się sta­rała.

No więc, mimo ka­len­da­rzo­wej je­sieni, wciąż było lato. Duszny i sło­neczny dzień, choć da­leko, za li­nią lasu zbie­rała się bu­rza. Sie­działa w oknie na ko­ry­ta­rzu pierw­szego pię­tra i cięła ży­letką – tą samą, którą w nocy po­trak­to­wała wujka He­nia – wy­ło­żone ska­jem sie­dzi­ska krze­seł. He­nio był u dy­rek­torki i skła­dał ra­port. Rękę miał za­ban­da­żo­waną aż do łok­cia. „Na pewno bę­dzie kara. Ja­kieś sprzą­ta­nie ki­bli czy wy­no­sze­nie gra­tów z piw­nicy. I oczy­wi­ście po­ga­danka pani dy­rek­tor. Ble, ble, ble”.

Wła­śnie wtedy ją zo­ba­czyła. Wy­da­wała się do­syć wy­soka, chuda, ale twarda jak skała. Wy­pro­sto­wana, dumna, szła alejką od bramy. Obca. Ale inna obca niż ci, któ­rzy przy­cho­dzili tu­taj po dzieci. Inna, bo star­sza. Zu­peł­nie siwa. No to może nie­obca? Może ro­dzina któ­re­goś z dzie­cia­ków?

Ania śle­dziła jej każdy krok. Nie mo­gła ode­rwać oczu. Umiała już oce­niać lu­dzi po cho­dzie. W spo­so­bie po­ru­sza­nia każ­dego, ab­so­lut­nie każ­dego, był za­pi­sany cha­rak­ter. He­nio, na przy­kład, szu­rał no­gami i po­ru­szał głową przód-tył, w takt śla­ma­zar­nych kro­ków. Ty­powa oferma. Był nie­bez­pieczny tylko dla­tego, że jako do­ro­sły, a do tego wy­cho­wawca, miał wła­dzę. Ale mniej­sza o He­nia. Ta sta­ruszka na dole, która wła­śnie zni­kała w drzwiach par­teru, miała krok dra­pież­nika.

Po chwili za­uwa­żyła ją wcho­dzącą po scho­dach. Ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Pani star­sza miała ostre, pta­sie rysy twa­rzy, oczy lekko za­pad­nięte, czarne jak wy­loty luf du­bel­tówki. W na­głym prze­bły­sku dzie­się­cio­latka na­gle so­bie przy­po­mniała, że już ją wi­działa. I to tu­taj. Nie­dawno. Parę ty­go­dni temu, ja­koś pod ko­niec lipca, kiedy chło­paki – a wśród nich Ania – grały w piłkę na ty­łach bu­dynku. Do bo­iska, to zna­czy do wy­dep­ta­nego, piasz­czy­stego kręgu mię­dzy dwiema ra­chi­tycz­nymi bram­kami bez sia­tek, w pew­nym mo­men­cie po­de­szła dy­rek­torka. Z tą wła­śnie ko­bietą. Wtedy po raz pierw­szy wzrok dziew­czyny zde­rzył się z tymi dwiema czar­nymi dziu­rami oczu. Już wtedy obca się jej przy­glą­dała.

„Pew­nie ja­kaś kon­trola z Sa­ne­pidu albo Urzędu Wo­je­wódz­kiego” – wzru­szyła wów­czas ra­mio­nami Ania. „Ko­lejna głu­pia urzęd­niczka, która się dziwi, że gram z chło­pa­kami”. I już wię­cej się na tamtą nie obej­rzała. A te­raz ta obca była tu znów. Pa­trzyła na Ankę przez dłuż­szą chwilę. Bez uśmie­chu, jakby w za­my­śle­niu. Chciała na­wet ją spy­tać: „Co się pani tak gapi?”, ale się po­wstrzy­mała. Coś w spoj­rze­niu tam­tej spra­wiało, że wo­lała spo­koj­nie za­cze­kać na jej ruch. I na­gle ką­ciki wą­sko za­ci­śnię­tych ust tam­tej le­ciutko drgnęły ku gó­rze. Uśmiech?

– Ty je­steś Ania, prawda? – ode­zwała się.

Anka spoj­rzała na nią naj­bar­dziej wrogo, jak po­tra­fiła, co jed­nak na ko­bie­cie nie zro­biło żad­nego wra­że­nia.

– Może Ania, a może nie – od­parła. – A kto pyta?

– Wkrótce się do­wiesz, mała. A tym­cza­sem…

– Tylko nie „mała”, do­brze?

– A tym­cza­sem mu­szę zajść do pani dy­rek­tor.

– Jest pod trójką – burk­nęła. – Ale dyrka jest te­raz za­jęta.

Ko­bieta ski­nęła jej z po­wagą, a po­tem szybko od­szu­kała trójkę, za­pu­kała – ener­gicz­nie, wład­czo, na­ci­snęła klamkę i we­szła.

– Je­stem te­raz za­jęta! – Ania usły­szała po­iry­to­wany głos dy­rek­torki. – Pro­szę za­cze­kać na…

– Ta sprawa nie może już dłu­żej cze­kać – prze­rwał jej spo­kojny głos tam­tej. – Mam już wszyst­kie do­ku­menty.

A po­tem drzwi się za­mknęły.

Po do­brych dzie­się­ciu mi­nu­tach i se­rii peł­nych gniewu, nie­zro­zu­mia­łych dla Ani po­mru­ków, ze środka, na ko­ry­tarz wy­szedł czer­wony na twa­rzy He­nio. Anka uśmiech­nęła się do niego i po­ma­chała ręką, w któ­rej dość osten­ta­cyj­nie dzier­żyła ży­letkę. Po­czer­wie­niał jesz­cze bar­dziej, zro­bił ku niej krok, a po­tem zmełł prze­kleń­stwo i ru­szył w stronę po­koju dla ka­dry. Na ko­ry­ta­rzu za­pa­dła ci­sza. Chciała się pod­kraść pod drzwi dy­rek­torki, żeby pod­słu­chać roz­mowę, ale do przej­ścio­wego po­koju wró­ciła jej se­kre­tarka. No to cze­kała. Do li­cha! Czyżby obca była ja­kąś pro­ku­ra­torką? Albo inną małpą, na przy­kład z sądu? Może chcą jed­nak zro­bić hecę z tej hi­sto­rii z He­niem? Wy­to­czyć sprawę? Po­słać ją do po­praw­czaka? Mi­nuty za­częły się nie­zno­śnie dłu­żyć, krze­sło stało się nie­wy­godne. Po do­brym kwa­dran­sie wy­szły obie. Pro­sta jak struna sta­ruszka i niż­sza od niej o głowę, okrą­glutka na buzi, w ta­lii, no!, okrą­glutka wszę­dzie, pani dy­rek­tor.

– A fak­tycz­nie! Sie­dzi tu­taj – po­wie­działa, pa­trząc na Ankę. Jej głos ocie­kał nie­chę­cią i urzę­do­wym chło­dem. – Anna Cze­pliń­ska. Na­sza czarna owieczka. No do­brze. Za­pra­szam do ga­bi­netu, młoda panno.

– A więc, tak jak już pani wspo­mnia­łam… – kiedy tylko za­mknęły się za nimi drzwi ga­bi­netu, zde­cy­do­wa­nym gło­sem ode­zwała się obca – za­bie­ram wnuczkę do sie­bie.

Anka omal nie osu­nęła się na pod­łogę. Wnuczkę? Do sie­bie? Czy się aby nie prze­sły­szała?

– No nie wiem… – fuk­nęła dy­rek­torka. – Wciąż jesz­cze je­stem jej opie­ku­nem praw­nym, a pani… pro­szę wy­ba­czyć… nie wzbu­dza mo­jego za­ufa­nia.

Obca za­ci­snęła szczęki, jak ktoś na skraju wy­bu­chu. Szybko się jed­nak opa­no­wała i spo­koj­nym to­nem od­parła:

– Prze­cież po­ka­za­łam pani pa­piery. Wnio­sek do Wy­działu Ro­dzin­nego Sądu Re­jo­no­wego wła­ści­wego dla miej­sca sta­łego po­bytu dziew­czynki zło­ży­łam. To ten kwi­tek – stuk­nęła sztyw­nym pal­cem w je­den z za­ście­ła­ją­cych biurko do­ku­men­tów. – Sąd wy­zna­czył ter­min roz­prawy na dwu­dzie­stego pią­tego li­sto­pada.

– Więc za­cze­kajmy do tego ter­minu – żmi­jo­wato uśmiech­nęła się dy­rek­torka. – Na wy­rok Sądu Ro­dzin­nego. Je­śli zde­cy­duje on o usta­no­wie­niu pani jej ro­dziną za­stęp­czą, to ja…

– Na szczę­ście nie ma ta­kiej po­trzeby – twarz sta­ruszki wy­krzy­wił rów­nie sztuczny uśmie­szek, tyle że jej oczy po­zo­stały mroczne, jak dwie stud­nie. I za­raz stuk­nęła swoim szpo­nia­stym pal­cem w ko­lejny pa­pier. – O! Tu jest wczo­raj­sze po­sta­no­wie­nie Sądu o urlo­po­wa­niu Ani z domu dziecka i tym­cza­so­wym po­wie­rze­niu jej pod moją opiekę do czasu roz­prawy.

Tym ra­zem dy­rek­torka nic nie od­po­wie­działa. Spą­so­wiała tylko. Ru­mie­niec po­woli prze­lał się przez jej pulchne po­liki na szyję, a po­tem jesz­cze ni­żej – aż na de­kolt.

– Wy­soki Sąd naj­wy­raź­niej uznał, że dziecko od razu po­winno przy­zwy­cza­jać się do no­wego opie­kuna. Czyli do mnie. A ja, za­wsze, z miłą chę­cią za­pra­szam pa­nią, a także ku­ra­tor są­dową, do nas w od­wie­dziny. Nie mamy ni­czego do ukry­cia. Co, mała? – po raz pierw­szy bez­po­śred­nio zwró­ciła się do Anki.

Dziew­czynka uświa­do­miła so­bie, że stoi na środku ga­bi­netu ze wstrzy­ma­nym od­de­chem i ni­czym ki­bic na me­czu te­nisa prze­suwa głowę od dy­rek­torki do star­szej pani. Zu­peł­nie jakby od­bi­jały mię­dzy sobą pi­łeczkę…

– Przy­kro mi – z lekką de­fen­sywą w gło­sie, ale na­dal sta­now­czo, oznaj­miła pani dy­rek­tor. – Może, gdyby nie sie­działa pani w wię­zie­niu, za­sta­no­wi­ła­bym się nad pani prośbą. A tak…

– To nie jest żadna „moja prośba”, to pra­wo­mocne po­sta­no­wie­nie Sądu! – ostro, z le­dwo skry­waną fu­rią, od­parła star­sza pani. Dy­rek­torka cof­nęła się o krok. Za­raz jed­nak sta­ruszka wzięła głę­boki wdech i znów za­częła mó­wić mo­no­ton­nym to­nem:

– Tak, sie­dzia­łam w wię­zie­niu. Na­wet nie raz. Je­stem re­cy­dy­wistką.

– Sama pani wi­dzi!

– Mam także orze­czoną cho­robę psy­chiczną. Od czasu do czasu przy­tra­fiają mi się tak zwane epi­zody schi­zo­idalne.

– O Boże!

– Pierw­szy wy­rok do­sta­łam za zbrojne usi­ło­wa­nie oba­le­nia ustroju pań­stwa i za­mach na wła­dzę lu­dową.

– Jezu…

– Po kilku la­tach zo­sta­łam jed­nak unie­win­niona i zre­ha­bi­li­to­wana.

– Ach tak…

– Drugi wy­rok do­sta­łam z pa­ra­grafu 148 ko­deksu kar­nego.

– Nie je­stem, ee, na bie­żąco z…

– Za­bój­stwo – ucięła obca, a pulchna dy­rek­torka jesz­cze bar­dziej cof­nęła się w stronę se­kre­ta­riatu.

– Ale… – tu pani star­sza wznio­sła wska­zu­jący pa­lec – przy­wró­cono mi peł­nię praw oby­wa­tel­skich. Zo­sta­łam zwol­niona na mocy amne­stii z dnia 21 lipca 1984 roku ogło­szo­nej w czter­dzie­stą rocz­nicę po­wo­ła­nia wła­dzy lu­do­wej. Amne­stii, pro­szę słu­chać uważ­nie, za­rzą­dzo­nej uchwałą Sejmu i wpi­saną do Dzien­nika Ustaw.

Pani dy­rek­tor pa­trzyła na nią z od­razą i lę­kiem. Gruba zmarszczka prze­ci­na­jąca jej czoło świad­czyła o tym, że wła­śnie szuka ri­po­sty o od­po­wied­nim cię­ża­rze ga­tun­ko­wym.

– Czy kwe­stio­nuje pani wła­dzę usta­wo­daw­czą, jaką spra­wuje Sejm Pol­skiej Rze­czy­po­spo­li­tej Lu­do­wej? – grom­kim gło­sem spy­tała sta­ruszka.

Dy­rek­torka szybko po­krę­ciła głową.

– To może pod­waża pani kom­pe­ten­cje dok­tora Biel­skiego? Dy­plo­mo­wa­nego le­ka­rza psy­chia­try i bie­głego są­do­wego?

– Ależ, skąd pani to przy­szło do głowy? – bro­niła się pani dy­rek­tor. – Ja na­wet nie wiem, kto to jest!

– To świa­to­wej klasy eks­pert, który przed pod­ję­ciem de­cy­zji o moim uwol­nie­niu wy­dał opi­nię w mo­jej spra­wie. Jego zda­niem, cho­roba, na którą cier­pię, do­brze pod­daje się le­cze­niu, ro­ko­wa­nia są nie­zwy­kle po­myślne, a ja nie sta­no­wię już za­gro­że­nia dla po­rządku pu­blicz­nego.

– Cóż, ale wra­ca­jąc do sprawy Ani… – dy­rek­torka pod­jęła he­ro­iczną próbę wy­rwa­nia się z na­roż­nika. Obca jej jed­nak na to nie po­zwo­liła.

– Wo­bec po­wyż­szego, zga­duję też, że nie pod­waża pani opi­nii ma­gi­stra re­so­cja­li­za­cji, pana Wą­doły, wy­cho­wawcy z Za­kładu Kar­nego o za­ostrzo­nym ry­go­rze w Strzel­cach Opol­skich, w któ­rym od­by­wa­łam karę po­zba­wie­nia wol­no­ści.

– Wą­doły? Ma­gi­stra? – nie­pew­nie po­wtó­rzyła dy­rek­torka.

– Uznał on, że pro­ces mo­jej na­prawy i po­wrotu na łono zdro­wego spo­łe­czeń­stwa za­koń­czył się po­myśl­nie.

– Gra­tu­luję…

– Dzię­kuję. Więc, jak sama pani wi­dzi, w spra­wie mo­jej skrom­nej osoby wy­po­wie­działo się wiele au­to­ry­te­tów. Po­cząw­szy od par­la­mentu, po­przez wy­bit­nych le­ka­rzy aż po eks­per­tów wię­zien­nic­twa. I ża­den z nich nie za­strzegł, że nie mogę zaj­mo­wać się wnuczką. A co naj­istot­niej­sze, nie­za­wi­sły sąd przy­chy­lił się do sfor­mu­ło­wa­nych przez nich wnio­sków.

Za­wie­siła głos, wpa­tru­jąc się hip­no­tycz­nym wzro­kiem w spo­nie­wie­rane ob­li­cze pani i wład­czyni bi­dula, która już zde­cy­do­wa­nie ugo­do­wym to­nem szep­nęła:

– Mam lekki mę­tlik w gło­wie. Mu­szę so­bie to wszystko po­ukła­dać. Czy nie mo­gły­by­śmy po­cze­kać z osta­teczną de­cy­zją na przy­kład do ju­tra?

– Nie! – za­krzyk­nęła obca. I, naj­wy­raź­niej po raz ko­lejny przy­po­mi­na­jąc so­bie, że przede wszyst­kim musi za­cho­wać spo­kój, nie­mal ła­god­nym gło­sem do­dała: – Nie ma ta­kiej ko­niecz­no­ści. Do­bro dziecka zo­stało za­bez­pie­czone do­dat­kową de­cy­zją Sądu. O, w tym miej­scu – za­krzy­wiony pa­lec stuk­nął pa­znok­ciem w ko­lejne z roz­ło­żo­nych pa­pie­rzysk. – Usta­no­wiono nade mną opiekę ku­ra­tora, a także pra­cow­ni­ków so­cjal­nych. To oni za­dbają, by Ani nie działa się krzywda w jej no­wym miej­scu za­miesz­ka­nia. Pani – tu pa­te­tycz­nie za­wie­siła głos – nie po­nosi w ra­zie czego żad­nej od­po­wie­dzial­no­ści.

– Ach tak. Czyli, że chyba na­prawdę wy­cho­dzi na to, że…

– Zga­dza się, pani dy­rek­tor! – twarz ob­cej roz­ja­śniła się po­chwałą. – To wszystko zna­czy, że bez obaw może mi pani już te­raz wy­dać dziecko. Oczy­wi­ście, na ra­zie tylko tym­cza­sowo.

***

– Na­prawdę pani sie­działa za mor­der­stwo? – spy­tała Anka, kiedy dwie go­dziny póź­niej je­chały w wa­go­nie War­szaw­skiej Ko­lei Do­jaz­do­wej te­le­pią­cym się przez gę­ste od lep­kiego go­rąca po­wie­trze ku sta­cji War­szawa Śród­mie­ście.

Obca z na­masz­cze­niem ski­nęła głową.

– Kogo pani za­biła?

– Przyj­dzie czas, że ci opo­wiem.

Ania przez chwilę wsłu­chi­wała się w mia­rowy stu­kot kół. Sie­działa na ławce, obok niej le­żał ple­cak z jej rze­czami. Nie przy­znała się do tego, ale pierw­szy raz w ży­ciu je­chała po­cią­giem. Pierw­szy raz, nie li­cząc wyjść do szkoły, była sama poza bi­du­lem, to zna­czy bez wy­cho­waw­czyni i in­nych dzieci. Pierw­szy raz spo­tkała ko­goś z wła­snej ro­dziny. Czy to się działo na­prawdę?

– I rze­czy­wi­ście jest pani schi­zolką?

Znów pełne god­no­ści po­twier­dze­nie.

– Ale tylko epi­zo­dycz­nie – do­dała szybko. – Zna­czy… od czasu do czasu.

– I jest pani moją bab­cią? Taką praw­dziwą?

– Naj­praw­dziw­szą. Na­zy­wam się Zo­fia Cze­pliń­ska.

– Anna Cze­pliń­ska – z po­wagą uści­snęły so­bie ręce.

– Ale mów mi bab­cia Zo­sia.

– Anka.

Stu­kot kół nieco zwol­nił, zgrzyt­nęły ha­mulce. Za oknem, na tle ciem­nie­ją­cego przed nad­cho­dzącą bu­rzą nieba, do­strzec można już było gó­ru­jącą nad mia­stem pi­ra­midę Pa­łacu Kul­tury. W od­dali bły­snął pierw­szy pio­run.

– Słu­chaj, mała – bab­cia Zo­sia na­chy­liła się nad Anią. – Wy­gląda na to, że nam oby­dwu ży­cie nie ście­liło się ostat­nio do stóp. Mam ra­cję?

Tym ra­zem to Ania po­twier­dziła.

– A ja do tego po­peł­ni­łam ostat­nimi czasy sporo błę­dów.

– Ja też… – wtrą­ciła dziew­czynka.

– Zro­bi­łam też parę strasz­nych rze­czy. A paru in­nych, które z ko­lei zro­bić na­le­żało, nie zro­bi­łam.

– Skom­pli­ko­wana sprawa.

– A że­byś wie­działa, mała! Skom-pli-ko-wana. Ale wiesz co?

Ania tym ra­zem po­krę­ciła głową. Nie, nie wie­działa.

– Uwa­żam, że wła­śnie dla­tego, że z nas ta­kie ży­ciowe roz­bitki, te­raz już może być tylko le­piej. My­ślę, że nam się uda. Zła­piemy ży­cie za ku­dły i zdzie­limy ko­la­nem w mordę. A po­tem wy­ci­śniemy z niego dla sie­bie wszystko, co naj­lep­sze.

Anka słu­chała tego z pa­ła­ją­cym wzro­kiem i za­par­tym tchem. „Tak. Tak! Za ku­dły i w mordę! Star­sza pani, o prze­pra­szam!, bab­cia Zo­sia, co­raz bar­dziej mi się po­doba”. A wła­ści­wie, to Ania była już zu­peł­nie po jej stro­nie. Ca­łym swoim spo­nie­wie­ra­nym, dzie­się­cio­let­nim ser­cem.

4

Po przy­jeź­dzie do War­szawy prze­szły pod­ziem­nym przej­ściem na przy­sta­nek tram­wa­jowy w stronę Żo­li­bo­rza. W sza­le­ją­cej bu­rzy i za­ci­na­ją­cym w szyby desz­czu do­je­chały do Bro­niew­skiego, róg Du­ra­cza. Oto­czyła je be­to­nowa pu­sty­nia cztero-, dzie­się­cio­pię­tro­wych i wyż­szych blo­ków. Ostat­nie kro­ple wła­śnie prze­sta­wały pa­dać, na nie­bie – od strony Bie­lan – po­ja­wiła się tę­cza.

– Tu­taj miesz­kasz…, bab­ciu?

– Od nie­dawna – pu­ściła do niej oko. – Ja też, tak jak i ty, przy­zwy­cza­iłam się przez ostat­nie dzie­sięć lat do zbio­ro­wych sy­pialni i sta­łych go­dzin wy­da­wa­nia po­sił­ków.

– Ciężko było w wię­zie­niu?

– Można się przy­zwy­czaić.

– Na­prawdę je­ste­śmy do sie­bie po­dobne, bab­ciu.

Prze­szły przez bar­dzo sze­roki, to­nący te­raz w bło­cie i ka­łu­żach traw­nik od­dzie­la­jący ulicę i tory od pierw­szych bu­dyn­ków. Prze­mknęły do wiel­kiej bla­sza­nej hali z na­pi­sem „Me­ga­sam”, we­szły do środka. Po­tężne, lecz pu­ste, me­ta­lowe haki, zbry­zgany po­soką pie­niek z wbi­tym w niego to­po­rem i sa­motna waga na dłu­giej la­dzie, zwia­sto­wały sto­isko mię­sne. Za nim do­go­ry­wały w drew­nia­nych po­jem­ni­kach po­marsz­czone ziem­niaki, bu­raki i zwię­dła sa­łata – dział wa­rzywny. W czę­ści ogól­no­spo­żyw­czej półki wy­peł­niały kar­nie usta­wione rzę­dami bu­telki octu.

– Szlag! Może być dzi­siaj pro­blem z obia­dem – za­klęła Zo­sia.

– Nie szko­dzi, nie je­stem głodna.

– Nie ma mowy, dzieci mu­szą jeść. Chodź, tu nie­da­leko jest bar mleczny.

Chwilę póź­niej we­szły do spo­rej sali z kasą sto­jącą przy wej­ściu. Obok stały sto­liki kryte przy­szpi­loną do bla­tów pi­nez­kami ce­ratą, da­lej – za ma­sywną ladą, wśród mon­stru­al­nie wiel­kich ga­rów sto­ją­cych na sy­czą­cych ga­zo­wych pło­mie­niach, w tu­ma­nach bu­cha­ją­cej pary, uwi­jały się grube, spo­cone ku­charki. Za­mó­wiły dwie por­cje le­ni­wych. Pła­cąc, Zo­sia sta­ran­nie od­li­czała pie­nią­dze. Burk­nęła ze zło­ścią, że nie może przy­zwy­czaić się do tych no­wych bank­no­tów.

– Tam, w stronę Li­te­rac­kiej, jest Szkoła Pod­sta­wowa nu­mer 293. To do niej bę­dziesz cho­dziła – wy­ja­śniała sy­tu­ację, kiedy usia­dły nad je­dze­niem. – A tam – wska­zała w prze­ciw­nym kie­runku – stoi nasz blok. Do­sta­łam kwa­te­ru­nek na siód­mym pię­trze.

– Dali ci miesz­ka­nie? Su­per!

– Tylko dla­tego, że sie­dzia­łam pod jedną celą z pewną ma­gi­stracką urzęd­niczką…

Za­mil­kły, dłu­biąc po­krzy­wio­nymi wi­del­cami w swo­ich ta­ler­zach. Le­niwe były cał­kiem nie­złe.

– Bab­ciu…

– Py­taj, skar­bie.

– Jak te­raz bę­dzie?

– Na po­czątku tro­chę dziw­nie. Ina­czej. Ale szybko prze­ko­nasz się, że jest le­piej.

– Bo mam bab­cię?

– Bo masz swoje ży­cie. Ro­zu­miesz? Mo­żesz z nim zro­bić, co tylko ze­chcesz. Pójść w lewo lub w prawo. Albo zo­stać w miej­scu, ale tego bym aku­rat nie chciała. Mo­żesz po wszystko się­gnąć. I nikt nie da ci po ła­pach.

– Mó­wisz o kro­je­niu skle­pów, bab­ciu?

– Nie, głup­ta­sie! Nie cho­dzi mi o kra­dzież.

– To po co mam się­gać?

Bab­cia Zo­sia gniew­nie na­działa na wi­de­lec klu­skę, za­ma­szy­ście wrzu­ciła do ust, zmiaż­dżyła zę­bami, jakby była cie­lęcą ko­ścią, a nie ka­wał­kiem cia­sta.

– Ja­kie masz ma­rze­nia, mała? – spy­tała nie­ocze­ki­wa­nie.

– Ma­rze­nia? Chyba żad­nych.

– Wła­sny dom? Ro­dzina? Szczę­ście? – nie­zmor­do­wa­nie na­pro­wa­dzała ją Zo­sia.

– A tak. Ro­dzina, dom to i ow­szem. Może być. A co to jest szczę­ście?

– Szczę­ście jest wtedy, gdy lu­bisz swoje od­bi­cie w lu­strze. A rano cie­szysz się, że za­czyna się ko­lejny dzień.

– Aha, w ta­kim ra­zie niech bę­dzie.

– No wi­dzisz, ja wła­śnie o tym. Je­śli nikt ci co­dzien­nie nie kła­dzie do głowy, że je­steś tylko try­bi­kiem w ma­szy­nie, a twoje ma­rze­nia się nie li­czą… Je­śli nikt ci nie mówi, co masz ro­bić i co my­śleć, sta­jesz się silna i nie­za­leżna. I mo­żesz się­gnąć po szczę­ście.

Ania my­ślała chwilę ze zmarsz­czo­nym czo­łem. Jej ładne, bli­sko osa­dzone oczy, zro­biły się jesz­cze bar­dziej nie­bie­skie.

– Bab­ciu, to zna­czy, że nie mu­szę prać po so­bie skar­pe­tek?

Zo­sia spoj­rzała na nią za­sko­czona.

– No bo mó­wi­łaś, że nikt mi nie bę­dzie roz­ka­zy­wał, co mam ro­bić…

– Skar­pe­tek i maj­tek to nie do­ty­czy.

– Wie­dzia­łam, że musi być ja­kiś ha­czyk…

***

Bab­cia nie kła­mała. Na­prawdę było le­piej. W szkole nikt nie wie­dział, że Anka była w domu dziecka. Szybko więc zo­stała za­ak­cep­to­wana. Po­cząt­kowo fi­kał do niej tylko taki je­den Ro­bert, kla­sowy za­ka­pior, który kłuł dziew­czyny cyr­klem, ale zdzie­liła go z dyńki w nos i po­pra­wiła z laczka. Ob­ni­żono jej ocenę ze spra­wo­wa­nia, ale już ni­gdy wię­cej nikt nie rzu­cił w nią na­wet kulką pa­pieru.

Po lek­cjach wra­cała do domu z klu­czem na szyi. Bab­cia przy­cho­dziła z pracy do­brze po czwar­tej albo i póź­niej – gdy brała nad­go­dziny. Za­trud­niono ją w bi­blio­tece pu­blicz­nej i czy­telni aż na Alei Zjed­no­cze­nia. Anka szybko nu­dziła się ska­ka­niem przez gumę, gra­niem piłką w pola, no­żem w pi­kuty, kap­slami w Wy­ścig Po­koju albo wi­sze­niem głową w dół na trze­paku – kto wy­trzyma dłu­żej. Zwy­kle więc już koło trze­ciej do­cie­rała do bab­ci­nej bi­blio­teki. Po­cząt­kowo prze­glą­dała tam ksią­żeczki dla dzieci, po­tem al­bumy i atlasy świata, w końcu za­częła czy­tać. No i wsią­kła. W se­rię o przy­go­dach Tomka (bab­cia się krzy­wiła, bo jak mó­wiła, w cza­sie oku­pa­cji au­tor tych ksią­żek pra­co­wał w „ga­dzi­nówce” – Ania się tym jed­nak nie przej­mo­wała), Pana Sa­mo­cho­dzika, ostat­niego Mo­hi­ka­nina, dok­tora Do­lit­tle, Hucka Finna i czte­rech pan­cer­nych. Co­raz czę­ściej zo­sta­wały więc we dwie aż do za­mknię­cia czy­telni o dzie­więt­na­stej. Mi­nął paź­dzier­nik, za­czął się li­sto­pad, za oknem co­raz wcze­śniej ro­biło się ciemno. Anka od­ry­wała cza­sem wzrok od kar­tek i za­mie­rała wpa­trzona w swoje od­bi­cie. Blond grzywka, duże, za­dziorne oczy, na no­sie kilka pie­gów. „Kim je­stem? Jaka je­stem? Dla­czego aku­rat moi ro­dzice umarli?” – w gło­wie wy­kwi­tały jej kło­po­tliwe py­ta­nia. Czym prę­dzej wra­cała więc do lek­tury…

A po­tem, sze­ro­kim chod­ni­kiem, wra­cały do domu. I roz­ma­wiały o książ­kach.

– Wojna wy­glą­dała zu­peł­nie ina­czej niż w Czte­rech pan­cer­nych – pra­wiła bab­cia. – Le­piej już wzię­ła­byś się za Ogniem i mie­czem Sien­kie­wi­cza.

– Nie było Janka Kosa? – z prze­ra­że­niem w gło­sie py­tała Ania. I do­da­wała stru­chla­łym szep­tem: – A co z Sza­ri­kiem?

Bab­cia tylko wzno­siła oczy ku niebu.

– Ależ z cie­bie jesz­cze dziecko.

I tak so­bie żyły. Nor­mal­nym ży­ciem nie­peł­nej, nie­pew­nej ide­olo­gicz­nie, re­gu­lar­nie kon­tro­lo­wa­nej przez ku­ra­tor są­dową pod ką­tem aspo­łecz­nych po­staw, pa­to­lo­gii i dys­funk­cji emo­cjo­nal­nych… ro­dziny.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki