As Dust Dances - Samantha Young - ebook + audiobook

As Dust Dances ebook i audiobook

Samantha Young

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów w stałej cenie, by naprzemiennie czytać i słuchać. Tak, jak lubisz.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.

Dowiedz się więcej.
Opis

Co możesz poświęcić dla miłości?

Dawno temu Skylar Finch była wokalistką amerykańskiego zespołu pop-rockowego odnoszącego wielkie sukcesy. Jednak sława nie dawała jej szczęścia i kosztowała zbyt wiele wyrzeczeń. Lata życia w zakłamaniu zakończyły się tragedią, a Skylar zniknęła z muzycznej mapy Ameryki.

Mija półtora roku. Skylar znajduje swoje miejsce do życia w Glasgow. Ale jest bezdomna, sypia w namiocie na cmentarzu. Zarabia na jedzenie, występując jako uliczna artystka. Udaje się jej zachować anonimowość, ale mimo to przyciąga uwagę Killiana O’Dea, ambitnego dyrektora artystycznego Scyscrapers Records – najważniejszej szkockiej wytwórni fonograficznej.

Killian, od dziecka wychowywany przez wuja, właściciela firmy płytowej, dorastałby w świecie pozbawionym miłości, gdyby nie jego kochająca siostra. Chłopak chce za wszelką cenę zapewnić firmie jeszcze większe sukcesy, a bezdomna dziewczyna, występująca na głównej ulicy Glasgow, ma mu w tym pomóc. Nie potrafi zrozumieć, dlaczego jej muzyka tak głęboko go porusza. Ale skoro przemawia do jego mrocznej duszy, na pewno zachwyci tłumy.

Skylar stanowczo odmawia podpisania kontraktu. Zbyt dobrze pamięta dawne czasy… Kiedy jednak doświadcza na własnej skórze, jakie niebezpieczeństwa grożą młodej, bezdomnej kobiecie, zmienia zdanie i zwraca się o pomoc do Killiana. Tworzy się między nimi wyjątkowa więź. Mimo to Skylar nie zamierza podążać ścieżką kariery, którą próbuje wytyczyć dla niej Killian. Kiedy dopada ją własna przeszłość, Killian staje przed dramatycznym wyborem: może zwolnić Skylar ze zobowiązań, zrezygnować z wyrachowanych manipulacji i zaprzepaścić wszystko, co chce osiągnąć, w świecie muzyki lub… stracić kobietę, która teraz znaczy dla niego więcej, niż kiedykolwiek mógł się spodziewać.

Czy kariera będzie dla niego ważniejsza od ukochanej?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 496

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 0 min

Lektor: Anna Matusiak

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Książki Samanthy Young

POLE­CAMY książki Saman­thy Young

The Impos­si­ble Vast­ness of Us

*

The Fra­gile Ordi­nary

*

Out­mat­ched

*

Play On

*

As Dust Dan­ces

*

Black Tan­gled Heart

*

Into The Deep

*

Out of The Shal­lows

*

The One Real Thing

*

Every Lit­tle Thing

*

Things We Never Said

*

The Tru­est Thing

*

Here With Me

*

There With You

*

Always You

Rozdział 1

1

○○○

Glas­gow, Szko­cja

Moja muzyka uno­siła się w powie­trzu, ota­cza­jąc mnie niczym prze­zro­czy­sta bańka zna­jo­mych dźwię­ków w mie­ście, które na­dal wyda­wało mi się pod wie­loma wzglę­dami obce.

Dzień był pochmurny. Bijący od sza­rego nieba odblask nada­wał sre­brzy­stą barwę bla­do­żół­tym budyn­kom przy Bucha­nan Street i tłu­mił czer­wo­nawy kolor pia­skowca, tak cha­rak­te­ry­stycz­nego dla archi­tek­tury Glas­gow. Wystę­po­wa­łam przy głów­nym dep­taku han­dlo­wym mia­sta. Usta­wi­łam się w wystar­cza­ją­cej odle­gło­ści od wej­ścia domu han­dlo­wego znaj­du­ją­cego się za mną, ale nie na tyle daleko, żeby zagra­dzać drogę prze­chod­niom. Gra­łam na swo­jej uko­cha­nej gita­rze aku­stycz­nej Tay­lor i śpie­wa­łam. W prze­ci­wień­stwie do innych ulicz­nych graj­ków, z któ­rymi musia­łam kon­ku­ro­wać, nie uży­wa­łam wymyśl­nych sys­te­mów nagła­śnia­ją­cych z dro­gimi wzmac­nia­czami i mikro­fo­nami. Przy­cią­ga­łam uwagę prze­chod­niów siłą głosu i jako­ścią gry.

Gra­jąc na tutej­szych uli­cach, ni­gdy nie czu­łam się jak intruz. Wła­ści­wie tylko w takich chwi­lach Glas­gow nie wyda­wało mi się obce. Mia­łam wra­że­nie, że pasuję do tego kocha­ją­cego muzykę mia­sta. Jeśli czer­wony pia­sko­wiec two­rzył obli­cze Glas­gow, muzyka była jego ser­cem. Cho­ciaż z rezy­gna­cją uzna­łam, że życie starło mnie na proch, to świa­do­mość, że jestem jed­nym z tak­tów melo­dii tego mia­sta, doda­wała mi otu­chy.

Cza­sami, zwłasz­cza kiedy byłam w wesel­szym nastroju i decy­do­wa­łam się na wyko­na­nie wła­snej wer­sji jakiejś zna­nej pio­senki w stylu pop lub dance, przy­cią­ga­łam tłumy. Zda­rzało się to zwy­kle w soboty, tak jak dzi­siaj, kiedy ludzie przy­cho­dzili tu na leniwe zakupy i nie śpie­szyli się, żeby wró­cić do pracy przed koń­cem prze­rwy na lunch.

Na ogół jed­nak prze­chod­nie mijali mnie obo­jęt­nie lub wrzu­cali drobne do fute­rału na gitarę i szybko odcho­dzili. Mia­łam nawet kilku sta­łych klien­tów, któ­rzy za każ­dym razem rzu­cali mi kilka monet, jakby z przy­zwy­cza­je­nia. Nie prze­szka­dzało mi to. Naprawdę potrze­bo­wa­łam pie­nię­dzy, nie jak ci inni graj­ko­wie, wypo­sa­żeni w kosz­towne sys­temy nagła­śnia­jące. Nie pro­si­łam nikogo o sfil­mo­wa­nie mnie tele­fo­nem i zamiesz­cze­nie fil­miku na YouTu­bie, żeby potem ktoś mnie „odkrył”.

Zosta­łam uliczną artystką, żeby zaro­bić na codzienny posi­łek. A jeśli dzień był szcze­gól­nie udany, wystar­czało mi rów­nież na bilet wstępu na basen miej­ski, gdzie mogłam sko­rzy­stać z prysz­nica i suszarki do wło­sów. W gor­sze dni musia­łam obejść się tym, co tutejsi bez­domni nazy­wali „kąpielą bie­daka”. Roz­bie­ra­łam się w swoim namio­cie i wycie­ra­łam chu­s­tecz­kami do pie­lę­gna­cji nie­mow­ląt tak sta­ran­nie, jak tylko się dało.

Zer­k­nę­łam w dół, na fute­rał do gitary, i z rado­ścią stwier­dzi­łam, że dzi­siaj chyba wystar­czy mi na prysz­nic.

W podzię­ko­wa­niu ski­nę­łam głową dwóm nasto­lat­kom, które wła­śnie wrzu­ciły kilka monet. Śpie­wa­łam melan­cho­lijną pio­senkę Adele, Some­one Like You, dobraną do pogody. Ten utwór podoba się każ­demu, więc jak zwy­kle zebrała się wokół mnie spora grupa słu­cha­czy. Śpie­wa­łam go, kiedy naprawdę potrze­bo­wa­łam gotówki. Mam skalę głosu wystar­cza­jąco dobrą, żeby korzy­stać z reper­tu­aru Adele, ale żeby odpo­wied­nio sprze­dać pio­senkę, potrzebne jest coś wię­cej. Trzeba wczuć się w jej słowa tak, jakby samemu się je napi­sało. Nie wydaje się to trudne, jeśli rze­czy­wi­ście jest się auto­rem. Przez długi czas wyko­ny­wa­łam tylko wła­sne pio­senki, więc nie było to dla mnie pro­ble­mem.

Występy uliczne oka­zały się czymś zupeł­nie innym. Ludzie nie chcieli słu­chać nie­zna­nych sobie pio­se­nek. Jesz­cze kilka lat wcze­śniej byłoby to dla mnie pro­ble­mem. Nie umia­łam posta­wić się w czy­jejś sytu­acji ani odczu­wać empa­tii.

Jed­nak teraz… Cóż, teraz potra­fi­łam śpie­wać cudze smutne bal­lady, jakby naprawdę miało pęk­nąć mi serce. Kiedy roz­glą­da­łam się po ota­cza­ją­cych mnie ludziach, w nie­jed­nych oczach dostrze­ga­łam łzy. Bar­dzo mi się podo­bało, że moje uliczne gra­nie potrafi wzbu­dzać tak głę­bo­kie emo­cje. Nie zno­si­łam nato­miast wszyst­kiego innego, co się z tym wią­zało.

Kiedy śpie­wa­łam o prze­mi­ja­niu i o tym, że minione dni były naj­waż­niej­sze w naszym życiu, czu­łam, że te słowa wydo­by­wają się pro­sto z mojej duszy. Kiedy wyśpie­wy­wa­łam świa­do­mie łamią­cym się gło­sem słowo „życie”, dostrze­głam w tłu­mie zna­jomą twarz.

Poczu­łam, że prze­biega mnie lekki dreszcz, ale zigno­ro­wa­łam go i wpa­tru­jąc się w męż­czy­znę, śpie­wa­łam dalej. Spoj­rze­niem mówi­łam mu, że jego obec­ność nie robi na mnie wra­że­nia. Nie był w sta­nie mnie prze­stra­szyć. Czyżby nie wie­dział, że sta­łam się nie­ustra­szona?

Nie wie­dzia­łam, jak się nazywa. Nic o nim nie wie­dzia­łam oprócz tego, że kiedy się poja­wiał, wszy­scy wokół niego zda­wali się zni­kać. Nie był prze­sad­nie wysoki, miał naj­wy­żej metr osiem­dzie­siąt i smu­kłą syl­wetkę, więc to nie impo­nu­jąca postura przy­cią­gała wzrok. Cho­dziło raczej o oso­bo­wość. Nie mogłam dostrzec, jaki ma kolor oczu, ponie­waż zawsze sta­wał dość daleko, ale wie­dzia­łam, że są ciemne i prze­ni­kliwe. Wyraz twa­rzy miał zwy­kle surowy i jakby nie­obecny, co nie paso­wało do tego, że prze­ja­wiał wyraźne zain­te­re­so­wa­nie moimi wystę­pami. Dzi­siaj stał z rękami w kie­sze­niach dżin­sów, nieco z boku, i słu­chał mnie z lekko prze­chy­loną głową, jak zwy­kle patrząc chłodno i obo­jęt­nie.

Kiedy doszłam do frag­mentu mówią­cego o tym, że chcę zna­leźć „kogoś takiego jak ty”, spoj­rza­łam spod ronda kape­lu­sza na ciem­nie­jące niebo. Chmury nade mną były rów­nie cięż­kie i ponure jak brzmie­nie mojego głosu. Po ostat­nim ude­rze­niu w struny, kiedy dźwięk jesz­cze wibro­wał w powie­trzu, opu­ści­łam głowę i słu­cha­łam cichych braw publicz­no­ści.

Nie­mal natych­miast prze­szłam do następ­nej pio­senki, tym razem wła­snej, ory­gi­nal­nej. Jak już powie­dzia­łam, więk­szość ludzi chce słu­chać zna­nych sobie kawał­ków, ale ja byłam pio­sen­karką i autorką jed­no­cze­śnie, więc pra­gnę­łam cho­ciaż raz pod­czas sesji wyśpie­wać to, co naprawdę czuję. Dodat­kowo zauwa­ży­łam, że nie­zna­jomy odda­lał się dopiero po tym, kiedy wyko­na­łam wła­sną pio­senkę.

Dziwne, ale praw­dziwe.

Pra­wie wszy­scy, któ­rych przy­cią­gnęła pio­senka Adele, zostali, żeby wysłu­chać mojego ryt­micz­nego, weso­łego utworu ze smut­nym tek­stem. Gdy skoń­czy­łam, kilka osób pode­szło bli­żej, żeby rzu­cić tro­chę drob­nych. Nie­któ­rzy mnie chwa­lili, a nawet mi dzię­ko­wali. Trudno było patrzeć na ludzi, któ­rzy odcho­dzili bez słowa, więc sku­pia­łam się na tych na tyle miłych, żeby ofia­ro­wać mi pie­nią­dze.

Zebra­łam już sumę wystar­cza­jącą na posi­łek, prysz­nic i pral­nię samo­ob­słu­gową.

Gdyby ktoś spy­tał mnie o radę na temat bez­dom­no­ści, wyja­śni­ła­bym, jak bar­dzo ważne jest utrzy­ma­nie czy­stych i suchych stóp. Należy codzien­nie zmie­niać skar­pety. Od punktu, w któ­rym roz­bi­ja­łam namiot, było dwa­dzie­ścia minut pie­chotą do pralni i dzie­sięć na basen. Mogłam prać i suszyć swoje nie­liczne ciu­chy i dzięki temu co dzień wkła­dać świeże skar­pety.

Z wdzięcz­no­ścią uśmie­cha­łam się do ludzi i dzię­ko­wa­łam z uda­wa­nym angiel­skim akcen­tem. Wola­ła­bym przy­brać szkocki, ale kiedy pró­bo­wa­łam, zawsze wycho­dził irlandzki, z lekką nutą austra­lij­ską. Byłam lep­sza w symu­lo­wa­niu wymowy z połu­dnio­wej Anglii, więc na tym poprze­sta­łam. Dla­czego w ogóle sta­ra­łam się mówić z pod­ra­bia­nym akcen­tem? Cóż, nie chcia­łam zostać roz­po­znana. Gdyby ktoś sko­ja­rzył moją twarz z gło­sem i dodał do tego ame­ry­kań­ską wymowę, sprawy mogłyby się skom­pli­ko­wać.

Ludzie zaczęli się roz­cho­dzić, a ja posta­no­wi­łam zakoń­czyć pracę. Docho­dziła dopiero pięt­na­sta, ale czu­łam, że bar­dzo potrze­buję kąpieli. Na doda­tek wyglą­dało na to, że w każ­dej chwili może lunąć deszcz. Od kom­pleksu base­no­wego dzie­liła mnie nie­mal godzina drogi pie­chotą, więc cho­wa­jąc pie­nią­dze do kie­szeni, zasta­na­wia­łam się, czy postą­pię bar­dzo głu­pio, jeśli zafun­duję sobie bilet auto­bu­sowy. Gdy­bym prze­mo­kła, mogła­bym zacho­ro­wać i co bym wtedy zro­biła?

Jesz­cze raz zer­k­nę­łam na niebo i dostrze­głam wyjąt­kowo groź­nie wyglą­da­jącą chmurę, z któ­rej w każ­dej chwili mogły spaść strugi ulew­nego desz­czu. Zde­cy­do­wa­nie lepiej było poje­chać auto­bu­sem.

Po skó­rze prze­biegł mi cha­rak­te­ry­styczny dreszcz. Unio­słam wzrok i spo­strze­głam, że nie­zna­jomy facet na­dal stoi nie­opo­dal i obser­wuje mnie, skrzy­żo­waw­szy ramiona na piersi. Skrzy­wi­łam się, widząc jego sza­cu­jące spoj­rze­nie.

Zaczął się poja­wiać i słu­chać moich wystę­pów jakiś mie­siąc wcze­śniej. Przy­cho­dził w każdą sobotę i obser­wo­wał mnie z daleka. Wie­dzia­łam, że nie cho­dzi o pociąg fizyczny, ponie­waż w tym okre­sie wyglą­da­łam nie naj­le­piej. Musiało mu cho­dzić o mój głos, a to mnie prze­ra­żało. Gra­nie na ulicy sta­no­wiło dla mnie ryzyko. Wystar­czyła jedna osoba, która roz­po­zna­łaby mnie po gło­sie.

Stąd uda­wany akcent.

Czy ten facet się tego domy­ślił?

Pró­bo­wa­łam tele­pa­tycz­nie naka­zać mu, żeby spa­dał.

Nagle ruszył w moją stronę, a ja zesztyw­nia­łam, cho­wa­jąc gitarę do fute­rału. To było coś nowego.

Zatrzy­mał się kilka metrów ode mnie, a ja się wypro­sto­wa­łam. Mia­łam metr sześć­dzie­siąt osiem wzro­stu, nie byłam więc niska, ale też nie­zbyt wysoka. Poczu­łam się jed­nak lepiej, gdy sta­łam wypro­sto­wana naprze­ciw nie­zna­jo­mego.

Spoj­rza­łam na niego z wyzy­wa­jącą miną.

Jego spoj­rze­nie nie wyra­żało nic.

Wła­śnie dla­tego zdzi­wi­łam się, kiedy oznaj­mił bez wstępu:

– Umiesz śpie­wać. Umiesz kom­po­no­wać.

Zmarsz­czy­łam czoło. Prze­chy­li­łam lekko głowę i ana­li­zo­wa­łam wyraz jego twa­rzy.

– Wiem – odrze­kłam w końcu.

Jego usta lekko się roz­cią­gnęły, co chyba ozna­czało uśmiech.

– Pozwól, że zapro­szę cię na kawę.

Obu­dziła się we mnie nie­uf­ność.

Cho­ciaż dokła­da­łam wszel­kich sta­rań, żeby zacho­wać higienę oso­bi­stą, nie potra­fi­łam się wyzbyć wyglądu osoby bez­dom­nej. Wszę­dzie nosi­łam ze sobą duży ple­cak, w któ­rym krył się mój jed­no­oso­bowy namiot. Raz w tygo­dniu bra­łam prysz­nic, a w dni, w które nie mogłam tego zro­bić, spry­ski­wa­łam włosy tanim suchym szam­po­nem, któ­rego uży­wa­łam bar­dzo oszczęd­nie. Bar­dzo dba­łam o swoje nie­liczne bluzki i dwie pary dżin­sów, sta­ra­jąc się ich nie bru­dzić. Jed­nak nie potra­fi­łam się pozbyć brudu pod paznok­ciami i, co waż­niej­sze, zim­nego bły­sku trud­nej rze­czy­wi­sto­ści w spoj­rze­niu.

Byłam bez­domna i chyba więk­szość ludzi instynk­tow­nie to wyczu­wała. A to ozna­czało, że nie­raz obcy faceci skła­dali mi jed­no­znaczne pro­po­zy­cje, niczym pospo­li­tej pro­sty­tutce.

– Dla­czego? – wark­nę­łam, czu­jąc do niego żywio­łową nie­chęć, tak samo jak do innych męż­czyzn, któ­rzy chcieli mnie wyko­rzy­stać.

Odpo­wie­dział roz­ba­wio­nym spoj­rze­niem.

– Nie cho­dzi o seks. Chcę tylko poroz­ma­wiać. O two­jej muzyce.

– Dla­czego? – powtó­rzy­łam.

– Pozwól się zapro­sić na kawę, a wszystko ci wytłu­ma­czę.

– Nie pijam kawy.

Skrzy­wił się i zmie­rzył wzro­kiem moją syl­wetkę. Nie było w tym żad­nego zabar­wie­nia sek­su­al­nego, tylko obraź­liwe lek­ce­wa­że­nie.

– W takim razie pozwól, że posta­wię ci coś cie­płego do jedze­nia. Zaosz­czę­dzisz tro­chę kasy – powie­dział, kiedy nasze oczy znów się spo­tkały.

– Teraz?

– Teraz.

Zasta­no­wi­łam się nad tą zde­cy­do­wa­nie kuszącą pro­po­zy­cją. Był jasny dzień, sta­li­śmy na Bucha­nan Street. Nawet jeśli miał wobec mnie jakieś nie­go­dziwe zamiary, nie mógł mi tu wyrzą­dzić wiel­kiej krzywdy. Zer­k­nę­łam w lewo, w górę ulicy. Czer­wono-biały pasia­sty szyld restau­ra­cji TGI Fri­days przy­zy­wał mnie kusząco.

Waha­łam się jed­nak, nie mając pew­no­ści, dla­czego ten facet się mną inte­re­suje i czy przy­pad­kiem nie odkrył mojej toż­sa­mo­ści. Spu­ści­łam głowę, by scho­wać twarz pod ron­dem kape­lu­sza.

– Poszu­kaj sobie innej roz­rywki. Nie, dzię­kuję. – Ode­szłam, nie oglą­da­jąc się na niego.

Nie zawo­łał mnie, a im bar­dziej się odda­la­łam, tym więk­sza ogar­niała mnie ulga; napięte mię­śnie roz­luź­niły się i sku­lone ramiona wró­ciły do nor­mal­nej pozy­cji.

Pół­nocny kra­niec Bucha­nan Street zaczy­nał się na wzgó­rzu, przy Glas­gow Royal Con­cert Hall. Potem ulica bie­gła łagod­nie w dół, żeby wyrów­nać się mniej wię­cej w poło­wie swo­jej dłu­go­ści. Wystę­po­wa­łam wła­śnie w tej oko­licy, więc dotar­cie na przy­sta­nek auto­bu­sowy przy ruchli­wej Argyle Street zajęło mi nie­spełna pięć minut. Nie­spełna pięć minut, żeby wyrzu­cić z pamięci tego nie­zna­jo­mego faceta. W moim obec­nym życiu nie było czasu na przej­mo­wa­nie się takimi dro­bia­zgami. Na tym to wła­śnie miało pole­gać. Mia­łam czas jedy­nie na zaj­mo­wa­nie się pod­sta­wo­wymi spra­wami. Nawet się nie spo­dzie­wa­łam, że to daje takie poczu­cie wyzwo­le­nia.

– Hej, muzy­kantko! – usły­sza­łam, gdy docho­dzi­łam do przy­stanku.

Spo­strze­głam dwoje bez­dom­nych, sie­dzą­cych w śpi­wo­rach przy wej­ściu do sta­rego pasażu han­dlo­wego Argyle Street Arcade.

Ponie­waż mojego auto­busu jesz­cze nie było widać, pode­szłam do Hama i Mandy. Pozna­łam ich krótko po tym, jak przy­by­łam do Glas­gow i stwier­dzi­łam, że nie wystar­czy mi pie­nię­dzy na pobyt w hotelu. Zaczę­łam sypiać w tanim namio­cie, który kupi­łam spe­cjal­nie w tym celu, i mniej wię­cej po tygo­dniu tych dwoje pode­szło do mnie, gdy gra­łam na ulicy.

– Cześć – pozdro­wi­łam ich.

Pode­szłam bli­żej i spoj­rza­łam na nich. Współ­czu­cie chwy­ciło mnie za gar­dło. To dziwne, ale nie czu­łam, że mam z nimi cokol­wiek wspól­nego poza tym, że wszy­scy troje byli­śmy bez­domni. Po pro­stu nie wyobra­ża­łam sobie, że mogła­bym się tak zapu­ścić.

– Co u cie­bie, muzy­kantko? – zapy­tała Mandy z sze­ro­kim uśmie­chem.

Przy­zwy­cza­iłam się już do jej zepsu­tych zębów pokry­tych nalo­tem, więc nawet nie drgnę­łam na ich widok. Co pół­tora mie­siąca kupo­wa­łam nową szczo­teczkę. Tra­dy­cyjną, nie elek­tryczną, jed­nak było to lep­sze niż nic. Nie zapo­mi­na­łam o uży­wa­niu nici den­ty­stycz­nej. Bar­dzo dba­łam o dobry stan zębów i dzią­seł.

– Prze­cież ona ma imię – upo­mniał ją Ham, prze­wra­ca­jąc oczami.

Nie poda­łam im praw­dzi­wego. Powie­dzia­łam, że nazy­wam się Sarah.

– „Muzy­kantka” ma wię­cej wspól­nego z prawdą – odpa­ro­wała Mandy i uśmiech­nęła się do mnie zna­cząco.

Przej­rzała mnie. Raczej mnie nie roz­po­znała, ale wie­działa, że nie nazy­wam się Sarah. Wcale mi się nie podo­bało, że tak łatwo potrafi mnie roz­szy­fro­wać. Na­dal jed­nak ją lubi­łam, ponie­waż ni­gdy mnie o nic nie wypy­ty­wała.

– Zostaw dziew­czynę w spo­koju – upo­mniał ją towa­rzysz.

Hamil­ton, w skró­cie Ham, nie był pierw­szym hero­ini­stą, któ­rego w życiu pozna­łam. Ten jed­nak wyda­wał się zde­cy­do­wa­nie naj­tra­gicz­niej­szą posta­cią. Wysoki, szczu­pły, cały w tatu­ażach, miał piękne zie­lone oczy i twarz, która byłaby nie­zwy­kle atrak­cyjna, gdyby nie fizyczne piętno odci­śnięte na niej przez nałóg. Policzki się zapa­dły, skóra posza­rzała, a zęby znaj­do­wały się w jesz­cze gor­szym sta­nie niż u Mandy. Nie tylko żółte i popsute, lecz także na doda­tek lewy kieł był zła­many, a pra­wego sie­ka­cza bra­ko­wało. Już przy pierw­szym spo­tka­niu oboje opo­wie­dzieli mi swoje histo­rie.

Mandy ucie­kła z domu peł­nego prze­mocy. Part­ne­rzy matki sys­te­ma­tycz­nie napa­sto­wali ją sek­su­al­nie, a zazdro­sna kobieta za karę ją biła, jakby to była jej wina. Kiedy Mandy opo­wia­dała o tym bez­na­mięt­nym tonem, czu­łam bole­sny ucisk w żołądku. Brzmiało to tak, jakby te przej­ścia przy­pra­wiły ją o para­liż uczuć. Potra­fi­łam to zro­zu­mieć.

By prze­trwać na ulicy, Mandy zaczęła się pro­sty­tu­ować. Naba­wiła się cięż­kich sta­nów lęko­wych oraz depre­sji i nie­wiele bra­ko­wało, a popeł­ni­łaby samo­bój­stwo. W samą porę poznała Hama. Ona pocho­dziła spoza Glas­gow, nato­miast on z Ibrox, dziel­nicy poło­żo­nej nie­spełna pięt­na­ście minut od cen­trum mia­sta. Uza­leż­nił się od hero­iny, kiedy miał pięt­na­ście lat, i przez nałóg stra­cił rodzinę, więk­szość przy­ja­ciół i zdol­ność utrzy­ma­nia pracy.

Nałóg Hama nie prze­szka­dzał Mandy. Przy­naj­mniej tak twier­dziła. Bar­dzo mi było żal ich obojga, nie tylko dla­tego, że tak wiele prze­szli i skoń­czyli na ulicy. Było mi ich żal, ponie­waż widzia­łam, że Ham kocha Mandy. Jed­nak gdy któ­re­goś dnia odda­lił się na chwilę, żeby poroz­ma­wiać z innym bez­dom­nym, Mandy wyznała mi, że jest z nim tylko ze względu na ochronę przed innymi face­tami, którą jej zapew­nił, i dla­tego że nie zra­żają go jej nie­le­czone nawra­ca­jące stany lękowe. Zapy­ta­łam ją, czy go kocha. Stwier­dziła, że uważa go za przy­ja­ciela. Było jed­nak oczy­wi­ste, że za ochronę dawała mu nie tylko przy­jaźń. Na­dal zatem się pro­sty­tu­owała, lecz w nieco inny spo­sób.

– Co tam? – zapy­ta­łam, choć wła­ści­wie nie mia­łam ochoty z nimi roz­ma­wiać. Ich towa­rzy­stwo było zbyt przy­gnę­bia­jące.

Zanim któ­re­kol­wiek zdą­żyło odpo­wie­dzieć, spa­dła pierw­sza ciężka kro­pla desz­czu.

– Kurde! – Ham spoj­rzał w niebo. – Wie­dzia­łem.

– Poszu­ka­cie jakie­goś schro­nie­nia? – zapy­ta­łam.

– To tylko mały desz­czyk. Już dawno nie bra­łam prysz­nica, więc będzie oka­zja – odrze­kła Mandy ze śmie­chem.

– A ty dokąd się wybie­rasz? – spy­tał Ham.

Wzru­szy­łam ramio­nami. Nikomu nie powie­dzia­łam, gdzie spę­dzam noce.

– Chcę się umyć i coś zjeść.

Mandy zmie­rzyła mnie kry­tycz­nym wzro­kiem.

– Ty wciąż sama? Co ci mówi­li­śmy na ten temat? Potrze­bu­jesz faceta. Albo poszu­kaj sobie jakiejś kole­żanki.

Ham spoj­rzał na mnie z tro­ską.

– Albo zostań z nami. Będziemy cię chro­nić.

Wie­dzia­łam, że w tej pro­po­zy­cji nie ma nic dwu­znacz­nego, mimo to wzdry­gnę­łam się na samą myśl. Oboje prze­ko­ny­wali mnie, że pro­wa­dząc samotne życie, wysta­wiam się na nie­bez­pie­czeń­stwo. Prze­mie­rza­łam to mia­sto od kilku mie­sięcy i widzia­łam sporo bez­dom­nych par lub kobiet trzy­ma­ją­cych się w małych grup­kach.

Ja jed­nak byłam spryt­niej­sza niż oni wszy­scy. Sypia­łam tam, gdzie nikt się nie zapusz­czał, z dala od cen­trum mia­sta. Nie potrze­bo­wa­łam ochrony.

– Wiem, że wyglą­dam na bez­bronne chu­cherko, ale to tylko pozory. Potra­fię nie­źle przy­ło­żyć – zapew­ni­łam ich z ponu­rym uśmie­chem i cof­nę­łam się o krok. – Umiem o sie­bie zadbać. Zapew­niam.

– Któ­re­goś dnia spo­tka cię coś złego. Zoba­czysz! – zawo­łała za mną Mandy.

Jej słowa zabrzmiały tak zło­wróżb­nie, że zimny dreszcz prze­biegł mi po ple­cach.

To głu­pota, zga­ni­łam się w myślach, sta­ra­jąc się otrzą­snąć z nie­mi­łego uczu­cia. Świet­nie dawa­łam sobie radę.

Nie mia­łam takich pro­ble­mów jak oni. Byłam spryt­niej­sza. Wie­dzia­łam, jak postę­po­wać, ponie­waż mimo mło­dego wieku zdo­by­łam życiowe doświad­cze­nie i mogłam z niego czer­pać.

Teraz żyłam wła­śnie tak. I bar­dzo mi się to podo­bało. Mar­twi­łam się tylko spra­wami naj­waż­niej­szymi, pod­sta­wo­wymi, a wszystko inne prze­stało się liczyć. Naj­waż­niej­sze to nie myśleć o tym, kim byłam kie­dyś.

Rozdział 2

2

○○○

Jazda auto­bu­sem trwała zale­d­wie kwa­drans. Wysia­dłam na przy­stanku odda­lo­nym od kom­pleksu base­no­wego o pięć minut spa­ce­rem. Zawsze korzy­sta­łam z tego basenu, ponie­waż od pralni samo­ob­słu­go­wej dzie­liło go dzie­sięć minut drogi, a od miej­sca, w któ­rym spa­łam, dwa­dzie­ścia.

W każdą sobotę za biur­kiem sie­działa ta sama recep­cjo­nistka. Była to miła dziew­czyna, która uprzej­mie prze­cho­wy­wała moją gitarę, kiedy już zapła­ci­łam za wstęp. Wrę­cza­jąc mi bilet, uśmie­chała się smutno, więc na pewno wie­działa, że nie przy­cho­dzę tu pły­wać. Mimo to mnie wpusz­czała.

Jej dobroć nieco raniła moją dumę, ale nie mia­łam czasu na roz­trzą­sa­nie takich spraw. Szybko prze­szłam do dam­skiej szatni. Na pod­ło­dze wyło­żo­nej kaflami stały kałuże wody, ściany poły­ski­wały od osa­dza­ją­cej się na nich skro­plo­nej pary wod­nej. Wokół uno­siła się silna woń chloru, która od jakie­goś czasu dzia­łała na mnie uspo­ka­ja­jąco. Zna­la­złam wolną szafkę, wyję­łam z ple­caka tani szam­pon z odżywką, krem do gole­nia, maszynkę i żel pod prysz­nic. Ostroż­nie, żeby nie uszko­dzić namiotu, scho­wa­łam ple­cak w szafce, a następ­nie roze­bra­łam się do bie­li­zny.

Dora­sta­jąc, nie mia­łam pro­ble­mów z akcep­ta­cją swo­jego ciała. Jako nasto­latka deli­kat­nie się zaokrą­gli­łam, ale na­dal nosi­łam roz­miar S i nikt ni­gdy nie rzu­cał żad­nych komen­ta­rzy na temat mojej wagi, więc nie zwra­ca­łam na nią uwagi. Nie nale­ża­łam do naj­po­pu­lar­niej­szych dziew­czyn w szkole, ale mia­łam swój zespół, roz­ryw­kową grupę przy­ja­ciół, i wszy­scy kon­cen­tro­wa­li­śmy się na tym, jak odnieść suk­ces w prze­my­śle muzycz­nym. Nie zosta­wiało to czasu na przej­mo­wa­nie się tym, czym zwy­kle przej­mują się nasto­latki. Tak naprawdę stra­ci­łam pew­ność sie­bie w kwe­stii figury, dopiero kiedy zespół zaczął zdo­by­wać popu­lar­ność.

Kiedy zamiesz­cza­li­śmy coś na Insta­gra­mie, zawsze poja­wiały się komen­ta­rze na temat mojego wyglądu. Czy zdję­cie zro­biono pod dziw­nym kątem, czy może przy­ty­łam? Pew­nie jestem w ciąży! W takim razie z kim? Może powin­nam zafun­do­wać sobie sili­ko­nowe cycki? I wyglą­da­ła­bym tak ślicz­nie, gdy­bym tylko zope­ro­wała nos.

Nie wszyst­kie komen­ta­rze były nega­tywne. Więk­szość była pozy­tywna, ale zda­rzały się też oble­śne i agre­sywne. Zadzi­wia­jące, jak szybko zaczę­łam się sku­piać wła­śnie na nich. Pozwa­la­łam byle dup­kowi zamie­szać sobie w gło­wie, cho­ciaż przed­tem nie przej­mo­wa­łam się tym, jak wyglą­dam. Nie­przy­chylne komen­ta­rze poja­wiały się też za każ­dym razem, kiedy jakiś bru­ko­wiec zamiesz­czał moje zdję­cie z jakimś przy­stoj­nia­kiem uwiel­bia­nym przez nasto­latki i ogła­szał, że jeste­śmy parą. Zda­rzyło się to kilka razy w ciągu mojej kariery. Dziew­czyny potra­fią być okrutne, kiedy uznają, że nie zasłu­gu­jesz na faceta, który jest ich ido­lem. Smutne, ale cho­ler­nie praw­dziwe.

Teraz nie dba­łam o takie sprawy. Nie musia­łam.

Wie­dzia­łam, że aktu­al­nie jestem za chuda, ale nawet jeśli ktoś gapił się na mnie, kiedy prze­cho­dzi­łam przez szat­nię w zno­szo­nej bie­liź­nie, trzy­ma­jąc w ramio­nach tanie kosme­tyki, nie dostrze­ga­łam tego. Nic mnie to nie obcho­dziło.

Na szczę­ście zna­la­złam wolną kabinę; weszłam do środka i nie zwra­ca­jąc uwagi na włosy obcych ludzi zale­ga­jące w odpły­wie, zacią­gnę­łam mokrą zasłonę prysz­ni­cową. Ostroż­nie zdję­łam bie­li­znę, zawi­nę­łam w ręcz­nik i poło­ży­łam na zewnątrz, jak zawsze tro­chę się oba­wia­jąc, że jakaś kana­lia mi ją ukrad­nie.

Kiedy poczu­łam na ciele strugi gorą­cej wody, z roz­ko­szy przy­mknę­łam oczy. Pierw­szy roz­grze­wa­jący prysz­nic po wielu dniach prze­rwy to nie­sa­mo­wita przy­jem­ność, którą trudno do cze­goś porów­nać. Kie­dyś moż­li­wość codzien­nej kąpieli była dla mnie czymś oczy­wi­stym. Teraz, gdy nie mogłam tego robić regu­lar­nie, a co naj­wy­żej raz na tydzień, jeśli zaro­bi­łam wystar­cza­jąco dużo pie­nię­dzy, prysz­nic to była czy­sta radość. Nie­stety, nie mogłam się nim cie­szyć zbyt długo, ponie­waż zawsze ktoś cze­kał na zewnątrz, aż zwol­nię miej­sce.

Zaczę­łam więc się myć. Wyszo­ro­wa­łam całe ciało i wymy­łam włosy. Potem ogo­li­łam łydki. Mandy radziła mi, żebym nie zawra­cała sobie głowy depi­la­cją, bo włosy na nogach zapew­niają wię­cej cie­pła zimą. Żyłam bez dachu nad głową od końca kwiet­nia, a noce wio­sną są cho­ler­nie zimne. Szkoc­kie lato też nie należy do naj­cie­plej­szych, ale da się znieść. Teraz nastał wrze­sień. Za kilka krót­kich tygo­dni tem­pe­ra­tura miała znacz­nie spaść, ale sta­ra­łam się o tym nie myśleć.

Sta­ra­łam się też nie pamię­tać o tym, że wkrótce skoń­czy mi się wiza tury­styczna.

Poczu­łam skurcz w żołądku i szybko odpę­dzi­łam od sie­bie tę myśl. Zacznę się tym mar­twić, kiedy przyj­dzie odpo­wied­nia pora. Moje życie pole­gało teraz na prze­trwa­niu kolej­nego dnia. Było pro­ste. Nie­skom­pli­ko­wane.

Po prysz­nicu znów poczu­łam się jak czło­wiek. Z ulgą stwier­dzi­łam, że bie­li­zna i ręcz­nik nie znik­nęły. Owi­nę­łam się nim i wyszłam spod prysz­nica, igno­ru­jąc nabur­mu­szoną minę kobiety cze­ka­ją­cej na swoją kolej. Zamknę­łam się w naj­bliż­szej kabi­nie, żeby spo­koj­nie się osu­szyć.

Wło­ży­łam bie­li­znę i poszłam do szafki, by zabrać swoje rze­czy. Kiedy już kom­plet­nie się ubra­łam, wyję­łam szczotkę do wło­sów.

Suszy­łam włosy suszarką, sta­ra­jąc się nie patrzeć na swoje odbi­cie w lustrze, kiedy to się stało.

Czy­jeś spoj­rze­nie wwier­cało się we mnie tak natar­czy­wie, że nie mogłam tego zigno­ro­wać. Zoba­czy­łam w lustrze, że obok mnie stoi jakaś nasto­latka. Gapiła się na mnie z otwar­tymi ustami i z bły­skiem eks­cy­ta­cji w oczach, który tak dobrze zna­łam. Ogar­nął mnie strach i odwró­ci­łam wzrok, szybko poru­sza­jąc suszarką, jakby to mogło przy­śpie­szyć pro­ces susze­nia.

Kiedy ją w końcu wyłą­czy­łam, dziew­czyna na­dal się we mnie wpa­try­wała.

Cho­lera.

Zgar­nę­łam swoje rze­czy, żeby jak naj­szyb­ciej wyjść.

– Hej! – usły­sza­łam.

O Boże.

Przez ramię rzu­ci­łam jej groźne spoj­rze­nie.

Uśmiech na jej twa­rzy lekko zbladł.

– Wyglą­dasz jak Sky­lar Finch. Ktoś ci już to kie­dyś mówił?

– Nie wiem, co to za jedna – skła­ma­łam, przy­bie­ra­jąc angiel­ski akcent.

Mina dziew­czyny zrze­dła, czy to ze względu na treść mojej odpo­wie­dzi, czy z powodu braku ame­ry­kań­skiego akcentu.

– Taaa… – burk­nęła nasto­latka pod nosem. – Aku­rat Sky­lar Finch przy­szłaby tutaj popły­wać.

Ode­szłam bez słowa, sta­ra­jąc się stłu­mić emo­cje wywo­łane tym spo­tka­niem. Albo przy­naj­mniej uda­wać, że nic nie poczu­łam.

Sku­pi­łam się na następ­nym punk­cie dzi­siej­szego planu. Kolej­nym przy­stan­kiem była pral­nia samo­ob­słu­gowa. Wło­ży­łam swoje nie­liczne ubra­nia do pralki i zamiast cze­kać, poszłam do miej­sco­wego baru ze sma­żoną rybą i fryt­kami. Kupi­łam tam sobie kola­cję na wynos i dwie butelki wody. Na­dal padało, więc zja­dłam rybę w zada­szo­nym wej­ściu do pralni. Szcze­rze mówiąc, led­wie wmu­si­łam w sie­bie połowę por­cji. Resztę wyrzu­ci­łam. Ryba z fryt­kami jest tania i sycąca, ale tak długo żywi­łam się śmie­cio­wym jedze­niem, że orga­nizm chyba zaczął się bun­to­wać.

Ocze­ki­wa­nie na koniec pra­nia i susze­nia było nudne, ale nie mia­łam nic prze­ciwko temu. Pral­nia była cie­pła i sucha. Naj­wy­raź­niej Bóg ist­niał, ponie­waż deszcz ustał, gdy ruszy­łam w stronę miej­sca noc­legu. Długo nie mogłam się przy­zwy­czaić do tutej­szych jasnych nocy. W tej czę­ści kraju latem zmrok zapada dopiero około jede­na­stej. Jed­nak przez ostat­nie tygo­dnie nad­cho­dził coraz wcze­śniej i niebo ciem­niało już o siód­mej trzy­dzie­ści.

Kiedy dotar­łam do celu – do wiel­kiej bramy cmen­ta­rza, zamknię­tej na kłódkę – zapa­dła noc. Brama wycho­dziła na ruchliwą prze­lo­tową ulicę. Drogę oświe­tlały latar­nie i świa­tła czę­sto prze­jeż­dża­ją­cych samo­cho­dów.

Zacze­ka­łam, aż jezd­nia opu­sto­szeje, i sta­nę­łam na obmu­ro­wa­niu cegla­nej kolumny, do któ­rej przy­twier­dzono wrota bramy, chwy­ci­łam się żela­znych prę­tów, pod­cią­gnę­łam się wyżej i prze­szłam na drugą stronę, uwa­ża­jąc, żeby nie nadziać się na ostre końce prę­tów.

Zesko­czy­łam na zie­mię i poczu­łam wibro­wa­nie w nogach. Mię­śnie mia­łam silne, ponie­waż poru­sza­łam się głów­nie pie­chotą. Wyję­łam mini­la­tarkę, oświe­tli­łam sobie alejkę wio­dącą w głąb cmen­ta­rza i ruszy­łam przed sie­bie.

Dziwne, ale nie czu­łam stra­chu. Cmen­tarz nocą sta­wał się moim azy­lem, w któ­rym kry­łam się przed świa­tem zewnętrz­nym. Mogłam tu w spo­koju zło­żyć głowę, wyobra­ża­jąc sobie, że moi cisi sąsie­dzi dają mi ochronę.

Cmen­tarz był roz­le­gły i szłam przez dłuż­szy czas, zanim dotar­łam do swo­jego miej­sca. Pra­cow­nicy komu­nalni kosili dziś traw­niki – oprócz zna­jo­mej woni wil­got­nej ziemi i kwia­tów, które ludzie skła­dali na gro­bach krew­nych, czu­łam zapach sko­szo­nej trawy. Stał się mniej wyraźny, kiedy dotar­łam do nie­wiel­kiego zagaj­nika na tyłach cmen­ta­rza, w któ­rym roz­bi­ja­łam namiot. Pobli­skie nagrobki były tak stare, że napisy na nich stały się nie­mal nie­czy­telne.

Roz­bi­łam namiot, wyję­łam śpi­wór, poduszkę i koc kupiony na wyprze­daży. Uło­ży­łam się wygod­nie i otwo­rzy­łam jedną z dwóch ksią­żek, które nosi­łam ze sobą.

Była to Siła tru­ci­zny Marii V. Sny­der. Czy­ta­łam ją z milion razy i zawsze doda­wała mi otu­chy. Tak samo jak Wybrańcy Kri­stin Cashore. Lubi­łam lite­ra­turę fan­ta­styczną. Uwiel­bia­łam powie­ści poka­zu­jące sprytne i silne kobiety, które nie pod­da­wały się prze­ciw­no­ściom losu.

Kiedy czy­ta­łam, zapo­mi­na­łam o chło­dzie i o swoim poło­że­niu. Na chwilę zapo­mi­na­łam wręcz o całym świe­cie. Ham, Mandy i wielu zna­nych mi bez­dom­nych utrzy­my­wali kon­takt z ludźmi za pomocą komó­rek. Nie wiem, skąd brali tele­fony. Może je kra­dli lub kupo­wali za ukra­dzione pie­nią­dze. A może uda­wało im się zaosz­czę­dzić odpo­wied­nią sumę z otrzy­my­wa­nych dat­ków i za nią kupo­wali tanie komórki, żeby utrzy­my­wać kon­takt ze sobą i świa­tem zewnętrz­nym. Jak­kol­wiek było, robili to. Łado­wali swoje apa­raty i uży­wali dar­mo­wego wi-fi w kawiar­niach. Nie­któ­rzy z nich mieli nawet pro­file na Face­bo­oku. Nie mieli domu, ale mieli strony w mediach spo­łecz­no­ścio­wych.

Ja nato­miast nie chcia­łam mieć do czy­nie­nia ze świa­tem zewnętrz­nym. Był dla mnie jedy­nie odle­głym wspo­mnie­niem.

Wola­łam czy­tać o tym, jak Yelena poznaje roz­ma­ite tru­ci­zny, przy­go­to­wu­jąc się do roli testerki posił­ków. Prze­ma­wiały do mnie jej wola prze­trwa­nia i siła. Kiedy tam­tej nocy pogrą­ży­łam się we śnie na cmen­ta­rzu, który stał się moim domem, wie­dzia­łam, że mam w sobie to coś, co pozwoli mi wytrzy­mać życie, które sobie wybra­łam.

Rozdział 3

3

○○○

W powie­trzu wisiała meta­liczna woń desz­czu. Spa­liny samo­cho­dów, kawa i deszcz. Kolej­nej soboty, sto­jąc na Bucha­nan Street, odpę­dza­łam od sie­bie myśli o nad­cho­dzą­cej ule­wie. Wystar­czyło, że draż­nił mnie jakiś gno­jek, który roz­sta­wił się w pobliżu ze swo­imi gło­śni­kami.

Bar­dzo sta­rał się wypro­wa­dzić mnie z rów­no­wagi, co jasno dał do zro­zu­mie­nia, posy­ła­jąc mi zło­śliwy, aro­gancki uśmie­szek, kiedy zatrzy­mał się bli­żej, niż naka­zy­wała grzecz­ność. Wśród graj­ków ulicz­nych panują nie­pi­sane zasady, a on wła­śnie zła­mał naj­waż­niej­szą z nich; z roz­my­słem pró­bo­wał mnie zagłu­szyć. I robił to bar­dzo sku­tecz­nie. Ludzie zatrzy­my­wali się nie dla mnie, ale po to, żeby posłu­chać jego imi­ta­cji Shawna Men­desa.

Mimo wszystko nie prze­ry­wa­łam występu. Już dawno uzy­ska­łam mistrzo­stwo w uda­wa­niu, że mło­dzi muzycy płci męskiej mnie nie iry­tują. W końcu mia­łam trzech takich w zespole i razem jeź­dzi­li­śmy auto­bu­sem w trasy kon­cer­towe. Szcze­niak nie miał poję­cia, jak sku­tecz­nie potra­fi­łam igno­ro­wać takich dup­ków jak on.

Wie­dzia­łam też, kiedy się zemścić.

Oka­zja nada­rzyła się, kiedy ści­szył głos, żeby wyko­nać bal­ladę grupy Cold­play.

Z całą mocą wyśpie­wa­łam pio­senkę Chan­de­lier z reper­tu­aru Sii. Był to wyjąt­kowo trudny utwór i dobrze wyko­nany, robił wiel­kie wra­że­nie na słu­cha­czach. Mój głos prze­bił się przez sys­tem nagła­śnia­jący tego szcze­niaka, a ludzie zaczęli się gro­ma­dzić wokół mnie.

Nie­któ­rzy wyjęli komórki, żeby mnie sfil­mo­wać, więc spu­ści­łam głowę, by ukryć twarz pod ron­dem kape­lu­sza. Któ­re­goś dnia te cho­lerne tele­fony z kamer­kami wpa­kują mnie w kło­poty. Wystar­czy, że ktoś wrzuci fil­mik do inter­netu z komen­ta­rzem: „Czyż ona nie brzmi zupeł­nie jak Sky­lar Finch? Zaraz, zaraz… To jest Sky­lar Finch!”.

Bałam się tego, tym bar­dziej że nawet bym nie wie­działa, że tak się już stało, ponie­waż nie mia­łam – i nie chcia­łam mieć –dostępu do sieci. Prze­ra­żała mnie myśl, że któ­re­goś dnia, gra­jąc na uli­cach Glas­gow, spoj­rzę na słu­cha­czy i dostrzegę wśród nich jed­nego z moich chło­pa­ków, patrzą­cego na mnie oskar­ży­ciel­sko.

Otrzą­snę­łam się z ponu­rych myśli i śpie­wa­łam dalej.

Kiedy brawa przy­ci­chły, ktoś z tłumu zawo­łał:

– Zaśpie­wasz Tita­nium?

Przez ostatni tydzień nie­ustan­nie padało, tem­pe­ra­tura w nocy spa­dała coraz bar­dziej, więc musia­łam wydać więk­szość pie­nię­dzy na płaszcz prze­ciw­desz­czowy i pola­rowe bluzy z kap­tu­rem do spa­nia. Zostało mi aku­rat tyle, żeby zapła­cić za prysz­nic i pral­nię. Potrze­bo­wa­łam pie­nię­dzy, więc zaśpie­wa­łam Tita­nium. Naj­bar­dziej ucie­szył mnie moment, kiedy szcze­niak z gło­śni­kami ryk­nął na cały regu­la­tor, a jeden z moich słu­cha­czy kazał mu się natych­miast zamknąć.

Jed­nak moja radość znik­nęła jak kam­fora, gdy z nieba spadł deszcz – nagły, gęsty, ulewny. W kilka sekund prze­mo­czył ludzi do suchej nitki, więc wszy­scy roz­bie­gli się w poszu­ki­wa­niu schro­nie­nia. Zosta­łam sama, zzięb­nięta i mokra, a w fute­rale od gitary zoba­czy­łam tylko kilka drob­nych monet, za które nie mogła­bym kupić nawet kawy. Wystar­czy­łoby ich zale­d­wie na frytki z McDo­nalda.

Wzię­łam głę­boki oddech, sta­ra­jąc się przy­zwy­czaić do myśli, że dzi­siaj pójdę spać głodna, a moje tutej­sze życie zmie­nia się na gor­sze ze względu na pogodę. Wła­ści­wie już daw­niej wie­dzia­łam, że będzie coraz trud­niej­sze, a ja będę musiała jakoś sobie pora­dzić.

Mia­łam ochotę podejść do tego szcze­niaka, który wła­śnie z pomocą zna­jo­mych w pośpie­chu pako­wał swój sprzęt, i kop­nąć go w jaja za to, że zepsuł mi dzi­siej­sze występy. Miał na sobie nowe ciu­chy, dro­gie spor­towe buty i w ogóle wyglą­dał na zadba­nego oraz dobrze odkar­mio­nego. Nie potrze­bo­wał pie­nię­dzy zaro­bio­nych na ulicy. Po pro­stu chciał zwró­cić na sie­bie uwagę. Mia­łam ochotę wywrzesz­czeć mu w twarz, że jeden Shawn Men­des już ist­nieje i nikt nie potrze­buje dru­giego. Ale byłoby to małost­kowe, a poza tym bra­ko­wało mi ener­gii na urzą­dze­nie takiej sceny.

Przy­gnę­biona i po raz pierw­szy od przy­jazdu do Szko­cji naprawdę nie­spo­kojna o swoją przy­szłość przy­kuc­nę­łam i drżą­cymi rękami pako­wa­łam gitarę. Dziś pójdę spać nie tylko głodna, lecz także doszczęt­nie prze­mo­czona. Deszcz ustał nie­mal tak nagle, jak się zaczął, ale to nie mogło ura­to­wać ani moich ubrań, ani dzi­siej­szych zarob­ków.

Ner­wowo wcią­gnę­łam powie­trze, czu­jąc skurcz w żołądku.

Wsta­łam, odwró­ci­łam się, żeby pod­nieść z chod­nika ple­cak, i nie­mal wpa­dłam na faceta wyż­szego ode mnie o kilka cen­ty­me­trów. Sta­nął tuż przy mnie, trzy­ma­jąc para­sol nad swoją i moją głową. Wzdry­gnę­łam się z obrzy­dze­niem, kiedy zmie­rzył moje ciało wzro­kiem nie­po­zo­sta­wia­ją­cym żad­nych wąt­pli­wo­ści co do jego zamia­rów. Widy­wa­łam tego gościa już wcze­śniej. Był po pięć­dzie­siątce, miał na sobie dżinsy i dobrego gatunku koszulę, opi­na­jącą się na wydat­nym, obwi­słym brzu­chu. Skó­rzana kurtka ledwo mie­ściła sze­ro­kie ramiona. Naj­bar­dziej utkwiła mi w pamięci jego twarz, z dużym kar­to­flo­wa­tym nosem i licz­nymi śla­dami po ospie.

Zapa­mię­ta­łam go rów­nież dla­tego, że pew­nego dnia, kiedy roz­ma­wia­łam z Mandy, zaczął ją zacze­piać. Na szczę­ście poja­wił się Ham i go wystra­szył.

Naj­wy­raź­niej zorien­to­wał się, że jestem bez­domna.

Wypro­sto­wa­łam się i wyszłam spod jego para­sola. Nerwy i tak już mia­łam napięte, ale teraz po pro­stu wpa­dłam w furię.

Prze­niósł oble­śne spoj­rze­nie na moją twarz, a widząc gniewną minę, uśmiech­nął się uspo­ka­ja­jąco.

– Kupię ci coś cie­płego do jedze­nia, skar­bie.

– Nie, dzięki.

– Oboje wiemy, że tego potrze­bu­jesz.

– Nie aż tak bar­dzo. Spa­daj.

Spoj­rzał na mnie twardo i zbli­żył się o krok.

– Ja się sta­ram być miły, a ty jesteś nie­grzeczna. Skar­bie, potrze­bu­jesz przy­ja­ciela, jeśli chcesz prze­trwać na uli­cach Glas­gow.

– Posłu­chaj, gościu. Nawet gdy­byś nie był ośli­zgłym kuta­fo­nem z wiel­kim piw­nym bebe­chem, i tak nie dała­bym ci się dotknąć, więc na twoim miej­scu posłu­cha­ła­bym dobrej rady i spa­dała stąd. A, i jesz­cze słówko na przy­szłość. Jeśli kie­dy­kol­wiek zoba­czę, że zacze­piasz tu jakąś dziew­czynę, to znam paru naprawdę groź­nych face­tów, któ­rzy się z tobą roz­pra­wią – skła­ma­łam zło­wro­gim tonem. – Zro­zu­mia­łeś?

Na dzio­ba­tej twa­rzy poja­wił się gniew. Facet zro­bił krok ku mnie, ale nagle jakaś silna męska dłoń chwy­ciła go za ramię i szorstko ode­pchnęła.

Kiedy zoba­czy­łam, kto wmie­szał się w tę scenę, sza­le­jąca we mnie furia wymie­szała się z podejrz­li­wo­ścią i zwąt­pie­niem. Był to ten nie­zna­jomy, który co sobota przy­cho­dził słu­chać moich pio­se­nek. Stał teraz na tyle bli­sko, że dostrze­głam w jego ciem­nych oczach praw­dziwy gniew.

– Sły­sza­łeś, co powie­działa. Spa­daj stąd.

Ku mojej nara­sta­ją­cej iry­ta­cji intruz, na któ­rym moje groźby nie zro­biły naj­mniej­szego wra­że­nia, skur­czył się ze stra­chu pod spoj­rze­niem mojego wybawcy.

– Prze­pra­szam, pomyłka – wymam­ro­tał i odda­lił się pośpiesz­nie, zasła­nia­jąc się para­so­lem niczym tar­czą.

Tchórz­liwy gno­jek.

– Czego chcesz? – wark­nę­łam do nie­pro­szo­nego wybawcy.

Patrzył za odda­la­ją­cym się oble­śnym typem, a potem wolno prze­niósł wzrok na mnie. Cho­ciaż na­dal miał gniew­nie zaci­śnięte szczęki, ciemne oczy zła­god­niały i przez chwilę nie mogłam się wyrwać spod ich uroku. Wszystko w tym czło­wieku było niczym wyryte w kamie­niu. Twarde. Zimne. Jed­nak oczy, ciem­no­brą­zowe, oto­czone dłu­gimi czar­nymi rzę­sami, spo­glą­dały cie­pło. Kryło się w nich sek­su­alne przy­cią­ga­nie, nie­pa­su­jące do cha­rak­teru ich wła­ści­ciela.

Nagle ode­zwał się i spra­wił, że czar jego spoj­rze­nia pry­snął.

– Idiotka – powie­dział szorst­kim, gniew­nym tonem.

– Ojej, dzię­kuję – odrze­kłam, zapo­mi­na­jąc o angiel­skim akcen­cie.

Odwró­ci­łam się, żeby pod­nieść ple­cak.

– Jeśli na­dal będziesz tak postę­po­wać, sta­nie ci się krzywda.

– Czy to groźba?

– Nie.

– Muszę już iść. – Pró­bo­wa­łam go wymi­nąć.

Tym razem to mnie chwy­cił za ramię.

Znów ogar­nęły mnie gniew i strach. Spoj­rza­łam groź­nie, igno­ru­jąc jego bli­skość, zapach wody koloń­skiej i żelu pod prysz­nic. Pach­niał czy­sto­ścią i biło od niego cie­pło. Pod tymi wzglę­dami byłam jego prze­ci­wień­stwem. Zazdro­ści­łam mu, a jed­no­cze­śnie go nie­na­wi­dzi­łam, zapo­mi­na­jąc na chwilę, że sama się ska­za­łam na takie życie.

Nie musia­łam nic mówić, bo sam cof­nął rękę i pod­niósł ramiona w geście pod­da­nia.

– Już ci powie­dzia­łem, że nie cho­dzi mi o seks. Chcę tylko poroz­ma­wiać. Posta­wię ci kola­cję.

Jak na zawo­ła­nie zaczęło mi bur­czeć w brzu­chu i poczu­łam, że mój opór słab­nie. Mia­łam wybór: iść spać mokra i głodna czy tylko mokra. Kuszące…

– Restau­ra­cje mają w toa­le­tach suszarki do rąk. Mogła­byś tam wysu­szyć kilka swo­ich rze­czy. – Nie dało się nie zauwa­żyć, że wyglą­dam jak zmo­kła kura.

Cho­lera.

Wie­dzia­łam, że ten facet cze­goś ode mnie chce, tylko nie byłam pewna czego.

Teraz jed­nak naj­waż­niej­sze wyda­wało mi się to, żeby coś zjeść i wyschnąć.

Docho­dziła sie­dem­na­sta, była sobota. Wkrótce ulice śród­mie­ścia zapeł­nią się bywal­cami noc­nych klu­bów, ale rów­nież poli­cją. Tutaj ten facet nic nie mógł mi zro­bić.

– Dobra. TGI Fri­days – zade­cy­do­wa­łam.

W tej restau­ra­cji poda­wano sałatki i praw­dziwe mięso, nie taki wysoko prze­two­rzony chłam, któ­rym się ostat­nio żywi­łam.

Na szczę­ście nie posłał mi trium­fu­ją­cego uśmie­chu, peł­nego samo­za­do­wo­le­nia. Wska­zał ręką w stronę restau­ra­cji.

– Idziemy – powie­dział.

Ruszy­łam przed sie­bie, on zrów­nał się ze mną, a ja poczu­łam się tro­chę skrę­po­wana. Zer­k­nę­łam na niego z ukosa. Chyba nie zła­pał go deszcz, ponie­waż ubra­nie miał suche. Gdzie więc się scho­wał? Kiedy śpie­wa­łam, nie widzia­łam go wśród słu­cha­czy.

To było dziwne.

– Może wezmę od cie­bie ple­cak?

– Nie, dzię­kuję. – Nikt oprócz mnie nie miał prawa doty­kać moich rze­czy.

Nic nie odpo­wie­dział, tylko przy­śpie­szył kroku, żeby otwo­rzyć przede mną drzwi do restau­ra­cji. Widząc to, nie­mal potknę­łam się z wra­że­nia. Już dawno nikt nie otwie­rał przede mną drzwi.

Sta­ra­łam się zigno­ro­wać miły, cie­pły dreszcz, jaki wywo­łał we mnie ten gest, tak samo jak sta­ra­łam się uda­wać, że nie bra­kuje mi niczego z daw­nego życia, zanim jesz­cze sta­łam się nie­wi­dzialna.

Hostessa przy wej­ściu unio­sła na mój widok brew, ale nie zdą­żyła nic powie­dzieć, ponie­waż nie­zna­jomy natych­miast sta­nął obok mnie.

Zda­łam sobie sprawę, że nie znam nawet jego imie­nia.

– Sto­lik dla dwóch osób – powie­dział.

– Mają pań­stwo rezer­wa­cję? – zapy­tała z uśmie­chem.

– Nie.

Prych­nę­łam, sły­sząc jego opry­skliwy ton. Praw­dziwy cza­ruś.

Uśmiech hostessy nieco zbladł.

– Cóż, ma pan szczę­ście. Jest wolny sto­lik. Pro­szę za mną. – Wzięła dwa menu i popro­wa­dziła nas przez pełną ludzi restau­ra­cję.

Zewsząd ata­ko­wały mnie zapa­chy przy­pra­wia­jące o skurcz żołądka: bur­gery, sos bar­be­cue, keczup, piwo. Wokół pano­wał hałas: gło­śne roz­mowy, śmiech, szczę­ka­nie noży i widel­ców, draż­niący brzęk tale­rzy. Tyle dźwię­ków naraz wywo­ły­wało we mnie lekką klau­stro­fo­bię. Byłam przy­zwy­cza­jona do tłu­mów, ale na otwar­tej prze­strzeni. Minęły chyba wieki, odkąd ostat­nio sie­dzia­łam w zamknię­tym pomiesz­cze­niu, oto­czona taką liczbą obcych ludzi.

Hostessa pod­pro­wa­dziła nas do małego sto­lika, przy któ­rym nie było miej­sca na moje rze­czy. Nie­zna­jomy dotknął jej ramie­nia.

– Tam­ten boks – powie­dział, wska­zu­jąc stół odse­pa­ro­wany prze­pie­rze­niem, gdzie z łatwo­ścią mogły się zmie­ścić ple­cak i gitara. I my oboje.

– Jest zare­zer­wo­wany.

Wycią­gnął rękę i dys­kret­nie wsu­nął bank­not w jej dłoń. Zer­k­nęła w dół na pie­nią­dze i uśmiech­nęła się sze­roko.

– Pro­szę tędy.

Pierw­sza wsu­nę­łam się za stół, poło­ży­łam gitarę na pod­ło­dze u swo­ich stóp, a ple­cak wci­snę­łam w róg boksu. Przez chwilę żało­wa­łam, że nie posta­wi­łam go obok sie­bie, gdzie słu­żyłby za barierę mię­dzy mną a nie­zna­jo­mym. Za późno jed­nak przy­szło mi to do głowy. Facet już sie­dział obok mnie.

Jego obec­ność zda­wała się przy­tła­czać wszystko inne, tak samo jak w chwi­lach, kiedy stał wśród słu­cha­ją­cych mojej muzyki. Sie­dział na tyle bli­sko, że czu­łam cie­pło bijące od jego ciała, co zaczy­nało mnie iry­to­wać.

Sta­ra­łam się nie­po­strze­że­nie odsu­nąć, kiedy prze­glą­dał menu, ale zauwa­żył moje manewry i spoj­rzał na mnie pyta­jąco.

Nie chcia­łam, żeby się domy­ślił, jak mnie depry­muje, więc zagłę­bi­łam się w lek­tu­rze menu i natych­miast zro­biło mi się słabo z głodu. Mia­łam ochotę zamó­wić wszystko. Dosłow­nie wszystko.

Sie­dzie­li­śmy w ciszy, a ja nie umia­łam nic wybrać z tego nad­miaru pro­po­zy­cji.

– Nie zama­wiaj za dużo – ode­zwał się nagle. – Jesteś za chuda i domy­ślam się, że nie nawy­kłaś do dużych por­cji. Możesz się pocho­ro­wać.

Nie­stety miał rację, więc kiedy zja­wił się kel­ner, zre­zy­gno­wana zamó­wi­łam tylko por­cję ryby, a nie skrzy­dełka z kur­czaka, nadzie­wane łódki ziem­nia­czane, nachos i żeberka, na które rów­nież mia­łam ochotę. Ślina napły­wała mi do ust.

– Może chcesz się wysu­szyć, zanim przy­niosą zamó­wie­nie? – zapy­tał nie­zna­jomy, kiedy kel­ner już odszedł.

Natych­miast prze­nio­słam wzrok na swoją drogą gitarę.

– Nie jestem zło­dzie­jem – burk­nął.

– A kim wła­ści­wie jesteś? Czego chcesz?

– Naj­pierw się wysusz.

Ski­nę­łam głową, ale wycho­dząc z boksu, zarzu­ci­łam ple­cak na ramię i wzię­łam gitarę. Nie ufa­łam nikomu. Zro­zu­miał, o co mi cho­dzi, i patrzył na mnie nie­mal z roz­ba­wie­niem. Teraz jesz­cze moc­niej ssało mnie w żołądku i czu­łam jesz­cze więk­szą iry­ta­cję, więc pra­wie na niego zawar­cza­łam, zanim skie­ro­wa­łam się ku toa­le­tom.

Panika wywo­łana groźbą głodu mnie opu­ściła i wresz­cie zaczę­łam myśleć jaśniej. Przy­po­mnia­łam sobie, że mam w ple­caku suche ubra­nie, które dziś rano upra­łam w pralni samo­ob­słu­go­wej. To zadzi­wia­jące, co strach potrafi zro­bić z czło­wie­kiem. Jesz­cze przed chwilą zupeł­nie o tym nie pamię­ta­łam. Czu­jąc ulgę, chwy­ci­łam plik papie­ro­wych ręcz­ni­ków i weszłam do kabiny. Zdję­łam mokre ubra­nie i osu­szy­łam się ręcz­ni­kami. Roz­ko­szu­jąc się doty­kiem suchych ubrań, wło­ży­łam świeżą bie­li­znę, dżinsy, skar­pety, T-shirt i bluzę z kap­tu­rem. Zawi­nę­łam mokre ciu­chy w płaszcz prze­ciw­desz­czowy. Nie chcia­łam wkła­dać ich do ple­caka, żeby nie zamo­czyły reszty moich skar­pe­tek i bie­li­zny oraz ksią­żek. Cho­ciaż bez kape­lu­sza czu­łam się naga, wsu­nę­łam go do kie­szeni ple­caka.

Kiedy wró­ci­łam na salę, umie­ści­łam zło­żone mokre ubra­nia obok sie­bie na ławce, uwa­ża­jąc, żeby bie­li­zna nie leżała na widoku.

Uni­ka­jąc wzroku nie­zna­jo­mego, się­gnę­łam po zamó­wioną nisko­ka­lo­ryczną colę i napa­wa­łam się jej sma­kiem. W tra­sie potrze­bo­wa­łam wiele ener­gii, więc dobrze się odży­wia­łam i piłam dużo wody. Napoje gazo­wane były nie­czę­stym przysma­kiem. Coli nie piłam od wielu mie­sięcy, więc teraz sma­ko­wała wspa­niale.

– Prze­pra­szam – usły­sza­łam głos swo­jego towa­rzy­sza i pod­nio­słam wzrok. Gestem ręki wzy­wał prze­cho­dzącą kel­nerkę. – Znaj­dzie pani może jakąś torbę?

– Torbę? – zdzi­wiła się.

– Tak. Papie­rową. Albo pla­sti­kową. Rekla­mówkę.

– Yyy… Zaraz spraw­dzę.

Teraz z kolei ja spoj­rza­łam na niego pyta­jąco, ale nie zwró­cił na to uwagi. Sączył wodę i roz­glą­dał się po restau­ra­cji, jakby ta sytu­acja nie była dziwna i nie­zręczna. Miał nie­wielki gar­bek na nosie, wyso­kie kości policz­kowe, szczękę wyraź­nie zary­so­waną i kan­cia­stą. Ogól­nie rzecz bio­rąc, z pro­filu przy­po­mi­nał jastrzę­bia, był bar­dzo męski, surowy i onie­śmie­la­jący. A ja czu­łam się jak ofiara, która w idio­tyczny spo­sób dała się upo­lo­wać.

Mimo wszystko mia­łam poczu­cie, że naprawdę nie ma wobec mnie sek­su­al­nych zamia­rów.

Spoj­rza­łam na niego śmiało, ocze­ku­jąc wyja­śnień.

Sie­dział nie­wzru­szony i mnie igno­ro­wał, dopóki kel­nerka nie przy­nio­sła nam pla­sti­ko­wej torby.

– Czy taka wystar­czy? – zapy­tała.

– Tak. Dzię­kuję – odparł.

Podał mi ją, patrząc na mnie tymi swo­imi oczami, które bar­dziej paso­wa­łyby do uro­czego uwo­dzi­ciela.

– Na twoje ubra­nia.

Aha.

To był miły gest, zupeł­nie nie­pa­su­jący do reszty jego zacho­wa­nia, więc moja podejrz­li­wość wzro­sła. Wzię­łam jed­nak torbę, wło­ży­łam do niej mokre ciu­chy i scho­wa­łam w nie­wi­doczne miej­sce.

– Czego ty, u dia­bła, chcesz? – zapy­ta­łam z rezy­gna­cją.

– Naj­pierw jedze­nie.

– Bo naje­dzona i zado­wo­lona będę bar­dziej ule­gła i zro­bię to, czego ode mnie chcesz, cokol­wiek to jest?

Spoj­rzał na mnie, tym razem naprawdę. Kącik ust lekko mu drgnął.

– Wła­śnie tak.

– Wiesz, że praw­dziwy zło­czyńca nie zdra­dza swo­ich zamia­rów?

– Nie jestem zło­czyńcą.

– A kim?

– Naj­pierw…

– Wiem, wiem. Naj­pierw jedze­nie – powie­dzia­łam zre­zy­gno­wana.

Sie­dzie­li­śmy więc w ciszy, dopóki nie przy­nie­siono nam zamó­wio­nych dań. Kiedy poczu­łam zapach mojego oko­nia mor­skiego, gło­śno zabur­czało mi w żołądku. Jakiś czas temu spa­li­ła­bym się ze wstydu. Teraz mia­łam to gdzieś. Obcho­dziła mnie tylko ta ryba na tale­rzu.

Zaczę­łam jeść, z roz­ko­szy przy­my­ka­jąc oczy.

Kiedy je otwo­rzy­łam, żeby nabrać na wide­lec tro­chę ziem­nia­cza­nego purée dopra­wio­nego masłem, poczu­łam na sobie wzrok mego towa­rzy­sza.

Zesztyw­nia­łam, widząc nie­po­kój w jego oczach i czoło zmarsz­czone w zadu­mie. Jed­nak po chwili znów przy­brał bez­na­miętną minę i wró­cił do swo­jego bur­gera, jak­bym nie ist­niała.

Roz­ko­szo­wa­łam się każ­dym kęsem tego posiłku, włącz­nie z zamó­wio­nym na deser wiel­kim kawał­kiem cze­ko­la­do­wego cia­sta na cie­pło z lodami wani­lio­wymi, pola­nego sosem cze­ko­la­dowo-kar­me­lo­wym.

Naje­dzona i usa­tys­fak­cjo­no­wana poczu­łam zmę­cze­nie i sen­ność. Powieki same mi opa­dały.

Wie­dzia­łam też, że nad­szedł czas roz­ra­chunku.

– A więc – zaczę­łam, odsu­wa­jąc od sie­bie pusty talerz dese­rowy. Z zaczepną miną usa­do­wi­łam się wygod­niej za sto­łem. – Czego, do cho­lery, ode mnie chcesz?

W odpo­wie­dzi się­gnął do port­fela, wyjął służ­bową wizy­tówkę i mi ją podał.

Kiedy na nią spoj­rza­łam, nie dowie­rza­łam wła­snym oczom.

Rozdział 4

4

○○○

Kil­lian O’Dea dyrek­tor arty­styczny Sky­scra­per Records 100 Stob­cross Road Glas­gow 07878568562

Zaci­snę­łam palce na ele­ganc­kiej wytła­cza­nej wizy­tówce i marsz­cząc brwi, spoj­rza­łam na pana Kil­liana O’Dea. Był dyrek­to­rem do spraw arty­stycz­nych. Kimś, kto wyszu­ki­wał nowych arty­stów i decy­do­wał o reper­tu­arze wytwórni fono­gra­ficz­nej.

– Pra­cu­jesz w wytwórni pły­to­wej? – zapy­ta­łam.

Patrzył na mnie bez­na­mięt­nie.

– Jeśli mi nie wie­rzysz, dam ci swój tele­fon, żebyś nas spraw­dziła w inter­ne­cie. – Zanim zdą­ży­łam odpo­wie­dzieć, wyre­cy­to­wał całą listę twór­ców, z któ­rymi pod­pi­sali kon­trakty. Roz­po­zna­łam kilka nazwisk zna­nych bry­tyj­skich arty­stów. – Jeste­śmy jedyną szkocką firmą muzyczną, o któ­rej warto mówić, i wkrótce przy­ćmimy topowe przed­się­bior­stwa z Anglii. Mamy oko do roz­po­zna­wa­nia świe­żych talen­tów i sprawny zespół mar­ke­tin­gowy, który wie, jak sprze­dać nowych twór­ców mło­demu poko­le­niu „cyfro­wych tubyl­ców”. Dzięki temu przez ostat­nie pięć lat wyda­li­śmy cał­kiem sporą liczbę best­se­le­ro­wych albu­mów i zapew­ni­li­śmy kilku nowym wyko­naw­com świa­tową karierę.

Kiedy o tym mówił, w jego oczach poja­wił się błysk, jakieś świa­tło, któ­rego tam przed­tem nie widzia­łam. Nie byłam pewna, czy wywo­łała je pasja, czy zimna ambi­cja. Co waż­niej­sze, na­dal nie byłam pewna, czego ode mnie chce.

– Dla­czego mi to wszystko mówisz? – zapy­ta­łam.

O’Dea odwró­cił się w moją stronę i wpa­try­wał we mnie z nie­po­ko­jącą inten­syw­no­ścią.

– Nie tylko zapew­niamy arty­stom suk­ces komer­cyjny, lecz także tro­skli­wie się nimi zaj­mu­jemy. Masz dar. Czy myślisz, że zatrzy­muję się przy każ­dym ulicz­nym grajku, żeby wysłu­chać jego inter­pre­ta­cji pio­se­nek Adele? Nie. Ty po raz pierw­szy przy­cią­gnę­łaś moją uwagę, kiedy śpie­wa­łaś wła­sną pio­senkę. Zain­te­re­so­wa­łaś mnie. Chciał­bym poznać wię­cej two­ich utwo­rów, a jeśli są tak dobre, jak się spo­dzie­wam, to chcę, żebyś stwo­rzyła dla mnie cały album.

– Nie mam mene­dżera – skła­ma­łam.

– Mogę ci w tym pomóc.

Oczy­wi­ście, byłam zado­wo­lona, że ktoś doce­nia to, co robię, ale jesz­cze sil­niej­szy był strach przed tym, że ten facet do mnie pod­szedł i mógł mnie roz­po­znać. Serce waliło mi jak mło­tem na myśl o jego pro­po­zy­cji. Mia­łam wró­cić do daw­nego życia. Wystar­czyło kilka sekund, żeby wszyst­kie moje sekrety wyszły na jaw. Poczu­łam, że dło­nie mi się pocą i prze­cho­dzi mnie zimny dreszcz. Się­gnę­łam po swoje rze­czy.

– Dzię­kuję za pro­po­zy­cję, ale nie sko­rzy­stam.

– I to wszystko? – wark­nął i spoj­rzał na mnie gniew­nie.

– Wszyst­kie moje pio­senki już sły­sza­łeś. Nie mam nic wię­cej.

– Nie wie­rzę ci.

Gniew wymie­szał się ze stra­chem i policzki mi poczer­wie­niały.

– Nie obcho­dzi mnie, czy mi wie­rzysz. – Chcia­łam wyjść z boksu, ale chwy­cił mnie za łokieć.

Rzu­ci­łam mu ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie, ale mnie nie puścił.

– Kto odrzuca atrak­cyjną pro­po­zy­cję, która może odmie­nić życie, żeby dalej tkwić na ulicy? Prze­cież to nie ma sensu.

Jego naiw­ność mnie roz­śmie­szyła.

– Wydaje ci się, że forsa i sława są takie wspa­niałe, jak się powszech­nie uważa? Takie życie jest jesz­cze bar­dziej puste niż moje.

– Skąd możesz to wie­dzieć?

– Puść mnie.

– Skąd to wiesz? – powtó­rzył.

– Wystar­czy poczy­tać życio­rysy sław­nych ludzi. Ilu z nich było tak naprawdę szczę­śli­wych?

– Tak się składa, że znam kilka takich osób.

– Pew­nie lecą na pro­chach.

– Jesteś okrop­nie cyniczna jak na młodą dziew­czynę.

Unio­słam brew.

– Wydaje ci się, że jestem taka młoda? Jeśli szu­kasz nasto­let­niej tip­siary, która będzie w miniówce pod­ska­ki­wać na sce­nie, to tra­fi­łeś pod zły adres.

– Jeśli odnio­słaś takie wra­że­nie, to zna­czy, że nie słu­cha­łaś ze zro­zu­mie­niem. A wła­ści­wie ile masz lat?

– Czy to gra w dwa­dzie­ścia pytań?

– Na razie zada­łem jedno. Nie spy­ta­łem nawet, jak się nazy­wasz. Dla­czego uni­kasz odpo­wie­dzi?

– Ponie­waż jesteś obcym face­tem, który posta­wił mi kola­cję, żeby coś ode mnie uzy­skać. Być może nie to, czego pra­gnie więk­szość męż­czyzn, ale na­dal jest to coś, czego nie zamie­rzam ci dać. Możesz sobie mówić, co chcesz, ale oboje wiemy, że masz mnie gdzieś. Cho­dzi ci tylko o pie­nią­dze, a ja nie chcę ich dla cie­bie zara­biać. Zapła­cisz za kola­cję czy zmie­ni­łeś zda­nie?

Nie­chęt­nie puścił mój łokieć.

– Zapłacę.

Poczu­łam ulgę, ale nie dałam tego po sobie poznać. Trzę­sąc się wewnętrz­nie, wyszłam z boksu i zarzu­ci­łam ple­cak na ramiona.

– Masz rację – ode­zwał się.

Zatrzy­ma­łam się i cze­ka­łam, co jesz­cze powie.

– Mam gdzieś, jak się nazy­wasz, ile masz lat i że jesteś bez­domna. Cho­dzi mi tylko o twój głos, twoje pio­senki i o to, jak wiele płyt uda ci się sprze­dać. – Wstał, wyjął z port­fela plik bank­no­tów i poło­żył na stole.

Była to o wiele więk­sza suma, niż wyno­sił rachu­nek za kola­cję. W jego ciem­nych oczach dostrze­głam chłód roz­cza­ro­wa­nia i iry­ta­cji.

– Kiedy wresz­cie się ogar­niesz i prze­sta­niesz cho­dzić z tą nie­umytą głową w chmu­rach, zadzwoń do mnie.

Ura­ził moją dumę i wpra­wił mnie we wście­kłość.

– Ty zaro­zu­miały dupku! Dziś rano myłam głowę!

Pod­szedł do mnie i spoj­rzał z góry na moją fry­zurę tak uważ­nie, że mia­łam ochotę zapaść się pod zie­mię. Kiedy nasze oczy w końcu się spo­tkały, on na­dal patrzył twardo, a ja z gnie­wem.

– Pew­nie gdzieś w publicz­nej łaźni. Niech zgadnę… Na base­nie?

Ze wstydu poczer­wie­niały mi policzki. W tej chwili po pro­stu go nie­na­wi­dzi­łam. Jak mógł tak ze mnie drwić?

– Co za czło­wiek zawsty­dza bez­domną osobę? – zapy­ta­łam.

– Sta­ram się zawsty­dzić kogoś, kto nie musi być bez­domny, w prze­ci­wień­stwie do tysięcy innych nie­szczę­śni­ków w tym kraju, któ­rzy nie mają wyboru. Wydaje ci się, że z cie­bie drwię? To ty codzien­nie drwisz z nich!

Wzdry­gnę­łam się.

– Gówno prawda.

– Czyżby? Oni nie mają wyboru. Ty masz.

– Nie mam.

– Przed chwilą dałem ci wybór. – Wci­snął mi w dłoń wizy­tówkę. – Zro­bisz z nim, co zechcesz.

Zosta­wił mnie pół­przy­tomną przy sto­liku i wyszedł z TGI Fri­days. Nogi mia­łam jak z waty, w gło­wie mi się krę­ciło. Nie chcia­łam przy­znać, że to sku­tek jego ostrych słów. Opa­dłam bez­wład­nie na ławeczkę w bok­sie. Na pewno przy­czyną były jedze­nie i prze­ży­cia minio­nego dnia. Na pewno.

Drżą­cymi pal­cami się­gnę­łam po pie­nią­dze, które zosta­wił na stole.

– Podać rachu­nek? – Głos kel­nera spra­wił, że w nie­spo­dzie­wa­nej panice zaci­snę­łam dłoń na bank­no­tach.

Ski­nę­łam głową i scho­wa­łam ręce pod sto­łem, żeby ukryć pie­nią­dze. Kiedy dosta­łam rachu­nek, odli­czy­łam należną sumę razem z pokaź­nym napiw­kiem. Gdy zorien­to­wa­łam się, ile mi zostało, poczu­łam łzy pod powie­kami.

Ten drań dał mi dwie­ście fun­tów. Dla nie­któ­rych to nie­wielka suma, ale dla mnie ozna­czała, że przez kilka tygo­dni nie będę musiała się mar­twić o to, czy zaro­bię coś gra­niem na ulicy.

Za ten życz­liwy odruch nie­na­wi­dzi­łam go jesz­cze bar­dziej. Dla­czego dał mi pie­nią­dze, skoro miał o mnie takie złe zda­nie?

Cho­ciaż bar­dzo się sta­ra­łam, jadąc auto­bu­sem w stronę cmen­ta­rza, nie mogłam się pozbyć z pamięci jego głosu. Tej nocy, kiedy już ubra­łam się cie­pło do snu i scho­wa­łam pie­nią­dze do schowka ukry­tego w fute­rale od gitary, wyję­łam notat­nik, któ­rego nie uży­wa­łam, odkąd przy­je­cha­łam do Szko­cji.

Kiedy wszystko zawa­liło mi się na głowę, ucie­kłam. Zosta­wi­łam całe swoje życie i przez ponad rok jeź­dzi­łam z ple­ca­kiem po Euro­pie. Przez cały czas pisa­łam nowe utwory, muzykę zupeł­nie inną niż ta, którą grał nasz zespół. Nie cho­dziło mi o stwo­rze­nie nowego brzmie­nia czy prze­boju. Nie chcia­łam powrotu do daw­nego życia. Jed­nak muzyka zawsze była moim spo­so­bem na wyra­że­nie samej sie­bie i two­rzy­łam pio­senki w nadziei, że w jakiś spo­sób przy­niosą mi uko­je­nie.

Tak się nie stało.

Wie­dzia­łam, że jeśli nie pomoże mi muzyka, to nie pomoże już nic.

Prze­sta­łam więc pisać, kiedy dotar­łam do Szko­cji. Wyda­łam ostat­nie pie­nią­dze na tani lot z Paryża do Glas­gow. I przez pięć mie­sięcy śpie­wa­łam, ale niczego nie napi­sa­łam.

Moja wiza miała się wkrótce skoń­czyć. Cho­ciaż O’Dea zosta­wił mi tro­chę pie­nię­dzy, nie wystar­czą na długo. Nie będę miała za co wró­cić do domu. Szcze­rze mówiąc, wcale nie chcia­łam tam wra­cać.

Patrząc na notes, na swój tekst, na pio­senkę, która była zbyt oso­bi­sta, żeby śpie­wać ją na ulicy, poczu­łam pra­gnie­nie, któ­rego od mie­sięcy nie doświad­czy­łam. Tutaj przede wszyst­kim sta­ra­łam się zapo­mnieć, wyrzu­cić z myśli wszystko, co było złe, i uda­wać, że jestem kimś zupeł­nie innym. Chcia­łam jed­nak dokoń­czyć to, co zaczę­łam.

Zna­la­złam pióro i gorącz­kowo zaczę­łam nano­sić zmiany w tek­ście. Prze­rwa­łam, kiedy pio­senka była w poło­wie gotowa, ponie­waż chcia­łam usły­szeć, jak brzmi.

Otwo­rzy­łam fute­rał i wyję­łam z niego swo­jego tay­lora.

I zaśpie­wa­łam.

Wtedy jesz­cze nie wie­dzia­łam,Że nasze dusze to jed­ność.I kiedy twoja gdzieś odpły­nęła,Moja roz­pa­dła się na k…

Głos mi się zała­mał, zanim doszłam do końca pierw­szej zwrotki. Poło­ży­łam się, obej­mu­jąc gitarę. Porzu­cony notat­nik leżał obok. Pierw­szy raz od wielu mie­sięcy zasnę­łam ze łzami na policz­kach.

Rozdział 5

5

○○○

W lecie mia­sto ma cha­rak­te­ry­styczny zło­żony zapach, który trudno opi­sać, dopóki nie roz­łoży się go na ele­menty. Jed­nym z nich jest woń roz­grza­nego asfaltu. Tutaj let­nie tem­pe­ra­tury nawet nie umy­wają się do tych w moich rodzin­nych stro­nach, ale pod­czas nie­licz­nych gorą­cych dni budynki, ludzie i samo­chody potę­gują upał, aż chod­niki stają się tak roz­grzane, że wydzie­lają wyraźny zapach betonu.

Teraz, kiedy tem­pe­ra­tura spa­dała, zasko­czona stwier­dzi­łam, że zewsząd docho­dzi mnie woń mokrego betonu, cho­ciaż nie padało od wielu dni. Jesie­nią w Szko­cji panuje wil­goć, nawet jeśli z cięż­kich sza­rych chmur nie leją się strugi desz­czu.

Tutej­szy wil­gotny chłód prze­nika aż do szpiku kości.

Kolej­nej soboty Kil­lian O’Dea nie zja­wił się, żeby posłu­chać mojego śpie­wa­nia. Chcia­ła­bym powie­dzieć, że mnie to nie ruszyło, ale wie­dzia­łam, że pie­nią­dze, które mi dał, musiały być powią­zane z jakimś zobo­wią­za­niem. Wzię­łam je w despe­ra­cji, ale to nie zna­czyło, że jestem naiwna. Nie poda­ro­wał mi ich z czy­stej dobroci. Nerwy mia­łam więc napięte. Cze­ka­łam. Chcia­łam znów stać się nie­wi­dzialna. A jed­nak szu­ka­łam go wzro­kiem spod ronda kape­lu­sza, a pod koniec dnia, kiedy się pako­wa­łam, ogar­nął mnie nie­przy­jemny nie­po­kój, jak dokucz­liwe mro­wie­nie w dło­niach i sto­pach.

Przy­czyną tego uczu­cia nie był jed­nak Kil­lian O’Dea. On jedy­nie dopo­mógł mu się roz­wi­nąć. Wyzwo­lił moje emo­cje, które wysko­czyły niczym wąż na sprę­ży­nie z otwar­tego pudełka. Wysko­czyły nagle i cha­otycz­nie, a ja nie wie­dzia­łam, jak upchnąć je z powro­tem. Zamiast tego zamio­tłam je pod wyima­gi­no­wany dywan. Znisz­czony, brudny dywan, który każ­dego dnia przy­po­mi­nał mi, co się pod nim kryje.

Do tego musia­łam dodać coraz wyraź­niej­szy strach przed zbli­ża­jącą się zimą.

Odczu­łam go wyraź­nie następ­nego wie­czoru.

W ponie­dzia­łek, po nie­spo­koj­nie prze­spa­nej nocy, kiedy musia­łam obej­mo­wać się ramio­nami, żeby nie szczę­kać zębami z zimna, czu­łam się fatal­nie. Cho­ciaż na­dal mia­łam pie­nią­dze od Kil­liana O’Dea, byłam głodna. Chcia­łam, żeby ta suma wystar­czyła mi na tak długo, jak się dało, więc jadłam tanio i nie­re­gu­lar­nie. W rezul­ta­cie przy­zwy­cza­iłam się do poran­nego bólu i gło­do­wych skur­czów żołądka. Jed­nak tego ranka zawroty głowy wywo­łane bra­kiem snu i prze­ni­kli­wym zim­nem po pro­stu mnie dobi­jały.

Mimo niskiej tem­pe­ra­tury słońce świe­ciło jasno. Powoli skła­da­łam namiot, słu­cha­jąc śpiewu pta­ków w gałę­ziach drzew. Zwy­kle uwiel­bia­łam ten dźwięk, ale dzi­siaj po pro­stu mnie iry­to­wał i wywo­ły­wał zazdrość. Te cho­lerne pta­szy­ska były takie szczę­śliwe, pod­czas gdy ja spa­dłam na dno roz­pa­czy.

– Musia­łam się jakoś roz­grzać, więc poszłam na basen i wzię­łam gorący prysz­nic. Czu­jąc się tylko tro­chę lepiej, zaczę­łam się ubie­rać. Wtedy zauwa­ży­łam w ple­caku tam­pony i na moment zamar­łam w bez­ru­chu.

Puls mi przy­śpie­szył, kiedy sta­ra­łam się skal­ku­lo­wać daty.

Co, do cho…

Ubra­łam się szybko, wzię­łam się w garść i w dro­dze do wyj­ścia zatrzy­ma­łam się przy recep­cji, żeby ode­brać gitarę.

Dzięki. Który dzi­siaj? – zapy­ta­łam.

– Dwu­dzie­sty czwarty.

Cho­lera.

Mie­siączka spóź­niała mi się o mie­siąc. Jak to moż­liwe, że tego nie zauwa­ży­łam?

Poczu­łam, że zaczyna mnie mdlić ze zde­ner­wo­wa­nia, ale nie dałam nic po sobie poznać.

– Czy jest tu gdzieś waga, z któ­rej mogła­bym sko­rzy­stać?

– Waga stoi w szatni, w głębi sali po pra­wej, przy ostat­nim rzę­dzie sza­fek.

Ski­nę­łam w podzię­ko­wa­niu głową i szybko wró­ci­łam do szatni. Czu­łam, jak przy­śpie­sza mi tętno. Na szczę­ście o tak wcze­snej porze nie było tu ruchu. Odsta­wi­łam swoje rze­czy, zdję­łam buty i weszłam na wagę.

Cho­ciaż byłam śred­niego wzro­stu, metr sześć­dzie­siąt osiem, zawsze wyda­wa­łam się drob­niej­sza, ponie­waż mam wąskie ramiona, szczu­płą talię i nie­wielki biust. Gdyby nie peł­niej­sze bio­dra i pośladki, czu­ła­bym się jak mała dziew­czynka.

Teraz bio­dra i pośladki zaczęły chud­nąć. Na­dal jesz­cze były widoczne, ale wyglą­dało na to, że nie­długo znikną.

Moja waga nie była taka zła, jak się oba­wia­łam. Nie zna­łam się na medy­cy­nie, ale uzna­łam, że nie mam ryzy­kow­nej nie­do­wagi. A jed­nak mie­siączka się zatrzy­mała.

Skoro nie cho­dziło o wagę – cho­ciaż nie byłam tego cał­kiem pewna – to może zawi­niło nie­do­ży­wie­nie? Może to ane­mia? Albo zbyt dużo cho­dze­nia? Nie wie­dzia­łam.

Wie­dzia­łam tylko tyle, że jeśli nie dostaję okresu, to dzieje się coś złego.

Nie­spo­dzie­wa­nie, zanim zdo­ła­łam się opa­no­wać, zaszlo­cha­łam gło­śno i spa­zma­tycz­nie. Chwy­ci­łam swoje rze­czy i poszu­ka­łam schro­nie­nia w kabi­nie prze­bie­ralni. Zasło­ni­łam dło­nią usta, żeby zagłu­szyć wła­sny głos.

Nagle przed oczami sta­nęli mi Mandy i Ham, oboje wychu­dzeni, zapusz­czeni, wyraź­nie nie­dba­jący o sie­bie. Myśla­łam, że jestem lep­sza od nich, że bez­dom­ność nie ma wpływu na stan mojego zdro­wia.

Naj­wy­raź­niej było ina­czej.

Dla­czego wyrzą­dza­łam sobie taką krzywdę?

Powin­nam z tym skoń­czyć.

Ale jak?

Nie mogłam wró­cić. Nie mogłam, nie mogłam, po pro­stu nie mogłam…

Musiał być jakiś spo­sób, żeby pro­wa­dzić taki tryb życia, ale bez szkody dla sie­bie. Bo czyż to nie było to, czego pra­gnę­łam? Chcia­łam prze­cież mar­twić się o naj­prost­sze, naj­bar­dziej przy­ziemne sprawy, zwią­zane z prze­trwa­niem.

Na tę myśl roze­śmia­łam się gorzko. O’Dea się nie mylił. Cho­dzi­łam z głową w chmu­rach. Nie byłam zdolna do trzeź­wego myśle­nia. I oka­zało się, że w rze­czy­wi­sto­ści bez­dom­ność jest prze­ra­ża­jąca, kiedy zdro­wie zaczyna się psuć.

Cho­lera.

Zabrało mi to dłuż­szą chwilę, ale w końcu doszłam do sie­bie i zebra­łam swoje rze­czy, sta­ra­jąc się nie zwra­cać uwagi na to, jak kru­cho wyglą­dają moje nad­garstki. Wszyst­kie kostki były teraz bar­dziej widoczne. Kiedy wsu­nę­łam dłoń do kie­szeni płasz­cza prze­ciw­desz­czo­wego, żeby się upew­nić, że drobne, które tam wło­ży­łam, ni­gdzie nie wypa­dły, pod pal­cami wyczu­łam jakiś sztywny kar­to­nik. Wyję­łam go nieco zdzi­wiona.

Kil­lian O’Dea dyrek­tor arty­styczny Sky­scra­per Records 100 Stob­cross Road Glas­gow 07878568562

Służ­bowa wizy­tówka zda­wała się patrzeć na mnie gniew­nie, jak to robił jej wła­ści­ciel.

– Oni nie mają wyboru. Ty masz.

– Nie mam.

– Przed chwilą dałem ci wybór.

Zro­bi­łam drżący wydech i zamiast zgnieść i wyrzu­cić wizy­tówkę, roz­pię­łam bluzę, roz­su­nę­łam suwak wewnętrz­nej kie­szeni i wsu­nę­łam kar­to­nik w to bez­pieczne miej­sce.

Nawet nie chcia­łam ana­li­zo­wać, dla­czego tak postą­pi­łam.

Tego dnia pogoda mnie zasko­czyła. Jak to moż­liwe, że noc była taka chłodna, a dzień wstał piękny, cie­pły i roz­świe­tlony wrze­śnio­wym słoń­cem – nie wie­dzia­łam. Mia­łam tylko nadzieję, że cie­pło wnik­nie w zie­mię i naj­bliż­szej nocy już tak nie zmar­znę.

Nie pozwo­li­łam, żeby tro­ska o zdro­wie wpły­nęła na jakość mojego występu na Bucha­nan Street. Ponie­waż był to dzień powsze­dni, byłam jedyną artystką w oko­licy. Pogoda, piękna jak na tę porę roku, spra­wiła, że ci, któ­rzy nie pra­co­wali, wyle­gli na ulice, a pra­cu­jący szu­kali słońca pod­czas prze­rwy na lunch. Chcąc zła­go­dzić ich tęsk­notę za latem, zaśpie­wa­łam wła­sną ener­giczną inter­pre­ta­cję Roc­ka­way Beach The Ramo­nes. Wyraź­nie przy­pa­dła ludziom do gustu i szybko przy­było monet w fute­rale na gitarę. Po The Ramo­nes zaśpie­wa­łam Sum­mer­time Elli Fit­zge­rald, a potem wszyst­kie pio­senki zwią­zane z latem, jakie tylko sobie przy­po­mnia­łam.

Zaro­bi­łam wię­cej kasy niż w prze­ciętną sobotę.

Wyko­ny­wa­łam pio­senkę za pio­senką, ale nie mogłam nie zauwa­żyć dwóch chło­pa­ków, któ­rzy nie ruszali się z miej­sca. Ludzie przy­sta­wali wokół mnie, a potem odcho­dzili, ale ci dwaj tkwili w zmie­nia­ją­cej się grupce słu­cha­czy. Było w nich coś, co przy­pra­wiało mnie o ciarki. Wyda­wali się jacyś nie­obecni, jakby nie stali tam po to, żeby słu­chać mojego śpie­wa­nia. Nie potra­fi­łam tego roz­szy­fro­wać, ale Ham kie­dyś mnie ostrzegł, żebym po szcze­gól­nie uda­nym dniu miała oczy dookoła głowy. Wystar­czyło zer­k­nąć do fute­rału, żeby zoba­czyć, ile pie­nię­dzy udało mi się zebrać.

Po Cruel Sum­mer zro­bi­łam sobie prze­rwę. Przede wszyst­kim scho­wa­łam bank­noty i monety. Dno fute­rału można było otwo­rzyć i ukryć pie­nią­dze. Zatrza­snę­łam je z powro­tem i w ten spo­sób usu­nę­łam gotówkę poza zasięg wzroku gapiów. Nie odda­la­jąc się, prze­wie­si­łam gitarę przez ramię i pocią­gnę­łam bar­dzo mi potrzebny łyk wody.

Poczu­łam, że się zbli­żają, zanim jesz­cze ich stopy poja­wiły się na frag­men­cie chod­nika, który widzia­łam spod ronda kape­lu­sza. Zde­ner­wo­wana pod­nio­słam głowę i zoba­czy­łam przed sobą dwóch mło­dych chło­pa­ków. Obaj mieli na sobie spodnie dre­sowe, T-shirty i czapki bejs­bo­lowe z dasz­kami zasła­nia­ją­cymi twa­rze.

Złe prze­czu­cie zje­żyło mi wło­ski na karku.

– To jest tay­lor? – zapy­tał wyż­szy i ruchem głowy wska­zał gitarę.

Jego pyta­nie mnie zasko­czyło.

– Znasz się na gita­rach? – zapy­ta­łam.

– Ojciec się nimi inte­re­suje. Twoja nie­źle wygląda.

Poczu­łam szybko rosnące napię­cie. Gitara była bar­dzo droga.

– Dzięki. – Odwró­ci­łam się, dając do zro­zu­mie­nia, że chcę, by ode­szli.

– To chyba typ o nazwie Dre­ad­no­ught?

Mia­łam Pre­sen­ta­tion. Nie chcia­łam jed­nak, żeby się tego dowie­dział, więc skła­ma­łam.

– Rze­czy­wi­ście znasz się na rze­czy.

– Ojciec marzy o Coco­bolo, ale stać go tylko na model Har­ley Ben­ton. Cią­gle powta­rza, że kie­dyś kupi sobie Coco­bolo. Tylko nie gra tak dobrze jak ty.

– Nie mów mu tego – prych­nął jego towa­rzysz.

Roze­śmiali się chó­rem, a ja zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy nie jestem prze­sad­nie podejrz­liwa.

– Coco­bolo to fajna gitara – stwier­dzi­łam, patrząc na nich.

– No – potwier­dził, wpa­tru­jąc się w mojego tay­lora. Nagle kolega szturch­nął go łok­ciem, a on wzru­szył ramio­nami. – Dobra. Musimy już iść. Chcie­li­śmy ci tylko powie­dzieć, że jesteś dobra.

– To miłe, dzięki.

Poma­chali mi na poże­gna­nie i wolno ode­szli. Gdy znik­nęli w tłu­mie, spo­dzie­wa­łam się, że wraz z ich odej­ściem opu­ści mnie napię­cie, ale w tym spo­tka­niu było coś nie­po­ko­ją­cego. Ten, który mówił naj­wię­cej, sza­co­wał mnie wzro­kiem w dość nie­po­ko­jący spo­sób.

Instynkt pod­po­wia­dał mi, że powin­nam się spa­ko­wać i odejść. Zaro­bi­łam wystar­cza­jąco dużo pie­nię­dzy. Doda­łam do nich te, które dosta­łam od O’Dea, i doszłam do wnio­sku, że czas już zamie­nić płaszcz prze­ciw­desz­czowy na zimową kurtkę.

Zebra­łam swoje rze­czy i odwie­dzi­łam kilka tań­szych skle­pów z ciu­chami. W więk­szo­ści z nich trwały wyprze­daże let­nich rze­czy, co było zupeł­nie natu­ralne, ale w końcu zna­la­złam prze­ce­nioną o połowę kurtkę, która była modna rok temu. Chwilę się waha­łam, zanim za nią zapła­ci­łam, ponie­waż musia­łam wydać sporą część posia­da­nej gotówki, ale zaraz przy­po­mnia­łam sobie, jak okropna oka­zała się miniona noc.

Potrze­bo­wa­łam zimo­wego okry­cia i warto było się w nie zaopa­trzyć, dopóki mia­łam pie­nią­dze. Dorzu­ci­łam jesz­cze tanią cie­płą czapkę, sza­lik i ręka­wiczki.

Potem pozwo­li­łam sobie na małe sza­leń­stwo i kupi­łam sałatkę z kur­cza­kiem. Mia­łam już dość śmie­cio­wego jedze­nia. Uzu­peł­ni­łam też zapas wody w ple­caku. Korzy­sta­jąc z pięk­nej pogody, poszłam do parku Glas­gow Green, odle­głego od Bucha­nan Street o dwa­dzie­ścia minut pie­chotą. Roz­ło­ży­łam na tra­wie płaszcz prze­ciw­desz­czowy, usia­dłam i jedząc sałatkę, czy­ta­łam powieść, którą kupi­łam w taniej księ­garni za pięć­dzie­siąt pen­sów.

Dzięki temu zapo­mnia­łam o poranku.

Znów czu­łam się nor­mal­nie.

I zda­łam sobie sprawę, że cho­ciaż chcia­łam znik­nąć, to jed­nak od czasu do czasu potrze­bo­wa­łam poczuć się jak nor­malny czło­wiek.

Nastał pogodny wie­czór, więc posta­no­wi­łam iść na cmen­tarz pie­chotą. Szłam w kie­runku pół­noc­nym, a wyso­kie budynki cen­trum nik­nęły w oddali. Masze­ro­wa­łam chod­ni­kiem wzdłuż ruchli­wej jezdni, a wokół powoli zapa­dał zmrok. Na cmen­tarz wio­dła pro­sta droga.

Kiedy prze­ska­ki­wa­łam przez bramę, było już ciemno. Stopy w cięż­kich butach mia­łam spuch­nięte po cie­płym dniu, który nagle stał się o wiele chłod­niej­szy. Zer­k­nę­łam na torbę z zimową kurtką, zado­wo­lona, że ją kupi­łam i będę mogła dziś w niej spać.

Ruszy­łam pod górę, do swo­jej kępy drzew, i nagle wydało mi się, że sły­szę jakiś szept. Uzna­łam jed­nak, że to sze­lest opa­dłych liści na ścieżce.

Usły­sza­łam go jed­nak jesz­cze raz i zamar­łam w bez­ru­chu, jak jeleń, który wyczuł myśli­wego. Krew zaszu­miała mi w uszach, wytę­ży­łam słuch i sta­ra­łam się coś wypa­trzyć na pogrą­żo­nym w ciem­no­ści cmen­ta­rzu. Blask księ­życa oświe­tlał tylko naj­bliż­szą oko­licę. Dalej pano­wała głę­boka, nie­po­ko­jąca ciem­ność. Poświe­ci­łam wokół latarką, ale nie dostrze­głam niczego nie­zwy­kłego.

Mimo to pierw­szy raz, odkąd urzą­dzi­łam sobie tutaj dom, poczu­łam, że ogar­nia mnie strach.

Z biją­cym ser­cem poszłam dalej w kie­runku zagaj­nika, pocie­sza­jąc się, że ten szept był wytwo­rem mojej wyobraźni.

Zrzu­ci­łam z ramion ple­cak i wyję­łam namiot. Jed­nak kiedy zaczę­łam go roz­bi­jać, wyraź­nie usły­sza­łam głu­chy odgłos kro­ków. Bły­ska­wicz­nie wsta­łam i się odwró­ci­łam. Zoba­czy­łam przed sobą widzia­nych wcze­śniej dwóch mło­dych męż­czyzn i ska­mie­nia­łam z prze­ra­że­nia.

Śle­dzili mnie.

Poczu­łam ucisk w piersi, oddech stał się krótki i płytki, a przez głowę prze­mknęły mi wszyst­kie moż­liwe naj­gor­sze sce­na­riu­sze. Dla­czego tu za mną przy­szli? Choć byłam śmier­tel­nie wystra­szona, za nic nie chcia­łam się z tym zdra­dzić.

– Czego, do cho­lery, chce­cie? – spy­ta­łam gniew­nie, uno­sząc głowę.

– Gitary – odrzekł natych­miast wyż­szy z nich. – Wiemy, że jest warta kilka tau­ze­nów.

Mylili się. Mój tay­lor nie tylko był z serii Pre­sen­ta­tion, lecz także został wyko­nany spe­cjal­nie dla mnie. For­mal­nie jego war­tość wyno­siła pra­wie dzie­sięć tysięcy dola­rów, ale na aukcji dla fanów osią­gnąłby o wiele wyż­szą cenę.

Fute­rał na gitarę leżał za mną na tra­wie, kry­jąc nie tylko mojego tay­lora, lecz także pie­nią­dze, które dla bez­pie­czeń­stwa tam scho­wa­łam. Per­spek­tywa utraty gitary i pie­nię­dzy spra­wiła, że prze­sta­łam się trząść ze stra­chu i poczu­łam przy­pływ siły. Sta­nę­łam obok fute­rału, zasła­nia­jąc go przed nimi.

– Chło­paki, idź­cie do domu. Nie nara­żaj­cie się na kło­poty.

Wyż­szy uśmiech­nął się tak wred­nie, że krew zaczęła mi szyb­ciej pły­nąć w żyłach.

– A kogo to obej­dzie, że jakiejś bez­dom­nej łachu­drze ktoś ukradł gitarę? – Gestem wska­zał na ota­cza­jące nas nagrobki. – Tutaj nikt się tym nie przej­mie. A teraz oddaj nam gitarę, a my zosta­wimy cię w spo­koju.

– Posłu­chaj – zwró­ci­łam się do niż­szego z chło­pa­ków, który nie­spo­koj­nie prze­stę­po­wał z nogi na nogę, a minę miał bar­dzo nie­swoją. – Ta gitara ma dla mnie wielką war­tość sen­ty­men­talną. Pro­szę.

– Do kurwy nędzy! – wark­nął wyż­szy i ruszył w moją stronę.

Przy­go­to­wa­łam się na atak, ale on tylko pró­bo­wał mnie wymi­nąć i dostać się do gitary.

Instynk­tow­nie chwy­ci­łam go za ramię.

Póź­niej, kiedy spo­glą­da­łam wstecz, nie mogłam się nadzi­wić, że postą­pi­łam tak głu­pio.

Intruz, wyż­szy, szer­szy w ramio­nach i lepiej odży­wiony niż ja, zatrzy­mał się natych­miast. Strzą­snął moją dłoń z ramie­nia i wymie­rzył cios. Tra­fił mnie pię­ścią w poli­czek, a ja poczu­łam przej­mu­jący ból i zoba­czy­łam wszyst­kie gwiazdy.

Pół­przy­tomna i zdez­o­rien­to­wana, zorien­to­wa­łam się nagle, że pod ple­cami mam twardy grunt. Poli­czek palił mnie żywym ogniem. Kiedy cmen­tarz prze­stał wiro­wać, zro­zu­mia­łam, że napast­nik mnie zno­kau­to­wał. Leża­łam na tra­wie, a on przy­kuc­nął przy moim fute­rale. Otwo­rzył go, naj­wy­raź­niej chcąc się upew­nić, że gitara jest w środku.

Adre­na­lina roz­pa­liła we mnie furię. Sko­czy­łam na równe nogi i rzu­ci­łam się na chło­paka. Siłą ude­rze­nia ode­pchnę­łam go od gitary. Chwy­ci­łam go za włosy i pocią­gnę­łam z całej siły. Z satys­fak­cją usły­sza­łam, że krzy­czy z bólu. Udało mu się ode­pchnąć moją dłoń, a wtedy prze­je­cha­łam mu paznok­ciami po twa­rzy, dra­piąc ją do krwi.

– Kurwa! – wrza­snął z twa­rzą wykrzy­wioną z wście­kło­ści.

Chwy­cił mnie za rękę i mocno ją wykrę­cił.

Prze­szył mnie para­li­żu­jący ból i upa­dłam na kolana. Świat wokół się zako­ły­sał, a mnie samej zakrę­ciło się w gło­wie. Poczu­łam gwał­towne mdło­ści i łzy spły­nęły mi po policz­kach. Spa­zma­tycz­nie chwy­ta­łam powie­trze, czu­jąc, że nad­gar­stek pali mnie żywym ogniem.

– Johnny, co ty robisz? – zawo­łał drugi chło­pak.

– Zamknij się i bierz gitarę – wark­nął tam­ten i pchnął mnie na plecy.

– Chodźmy już! – pona­glił go kom­pan.

– Naj­pierw dam tej zdzi­rze nauczkę. – Chwy­cił mnie za oba nad­garstki i przy­parł je do ziemi nad moją głową.

Załka­łam cicho, czu­jąc, jak żołą­dek pod­cho­dzi mi do gar­dła.

Oszo­ło­miona dopiero po chwili zda­łam sobie sprawę, że chło­pak uwol­nił mój zra­niony nad­gar­stek, żeby roz­piąć spodnie.

Co?

Nie.

O nie!

– Nie! – chcia­łam krzyk­nąć, ale mia­łam wra­że­nie, że ktoś prze­ciął mi struny gło­sowe. Mój głos zabrzmiał piskli­wie i żało­śnie. – Nie!

– Johnny, daj spo­kój – pro­sił drugi chło­pak. – Chodźmy stąd.

– Zostaw mnie! – Pró­bo­wa­łam ode­pchnąć przy­trzy­mu­ją­cego mnie napast­nika.

Zim­nymi pal­cami gme­rał pod moim płasz­czem prze­ciw­desz­czo­wym, szu­ka­jąc suwaka dżin­sów. Panika dała mi siłę do dzia­ła­nia. Zaczę­łam wierz­gać nogami, sta­ra­jąc się mu wyrwać. Wtedy mnie ude­rzył.

Jesz­cze raz.

I jesz­cze.

Ciosy tak mnie zamro­czyły, że udało mu się opu­ścić mi spodnie.

– Johnny, nie! – krzy­czał drugi chło­pak.

– Prze­stań powta­rzać moje imię. Scho­waj się za drze­wem, jeśli nie potra­fisz się zacho­wać jak praw­dziwy facet! – wrza­snął napast­nik, a jego ślina opry­skała mi obo­lałą, mokrą twarz.

Wra­cała mi przy­tom­ność, a wraz z nią deter­mi­na­cja.

Kiedy krzy­czał do kum­pla, nieco lżej ści­skał mój obo­lały nad­gar­stek, więc wyko­rzy­sta­łam jego nie­uwagę, oswo­bo­dzi­łam rękę i zaata­ko­wa­łam jego twarz. Igno­ru­jąc ból prze­szy­wa­jący całe ramię, sta­ra­łam się wydra­pać mu oczy, roz­kr­wa­wić nos i wargi, aż bro­niąc się, zsu­nął się ze mnie. Prze­to­czy­łam się na bok, pod­par­łam dłońmi zaci­śnię­tymi w pię­ści i z tru­dem zaczę­łam się pod­no­sić, jak­bym wydo­by­wała się na powierzch­nię z głę­bo­kiej wody.

Prze­kleń­stwa i ordy­narne wyzwi­ska roz­nio­sły się w powie­trzu, a mnie jakoś udało się zmu­sić do posłu­szeń­stwa moje sztywne ze stra­chu ciało. Przy­klę­kłam, opie­ra­jąc jedną stopę na ziemi, i już mia­łam wstać, kiedy poczu­łam, że chwy­cił mnie za drugą nogę i pocią­gnął do sie­bie tak mocno, że upa­dłam na twarz. Ból prze­szył mi szczękę i nos, mia­łam mroczki przed oczami. Ale się nie pod­da­łam.

Odwró­ci­łam się, zamie­rza­jąc kop­nia­kami bro­nić się przed napast­ni­kiem, kiedy nagle, mimo zamglo­nego wzroku, zoba­czy­łam, jak kom­pan Johnny’ego ude­rza go kamie­niem w skroń, a ten osuwa się na zie­mię nie­przy­tomny.

Chło­pak stał z moim fute­ra­łem na gitarę w ręce i wstrzą­śnięty, z pobla­dłą twa­rzą, patrzył na kolegę. Nagle spoj­rzał na mnie.

– Ucie­kaj – powie­dział, a potem sam posłu­chał wła­snej rady.

Uciekł z moją gitarą.

Z moimi pie­niędzmi.

Popa­trzy­łam na chło­paka, który wła­śnie pró­bo­wał mnie zgwał­cić, a teraz leżał bez­władny, ze strużką krwi ście­ka­jącą po skroni. Okrop­ność i nie­do­rzecz­ność całej sytu­acji spra­wiły, że znów poczu­łam mdło­ści i zwy­mio­to­wa­łam na trawę. Zauwa­ży­łam krew, ale mia­łam nadzieję, że to z mojej roz­cię­tej wargi. Dygo­cząc nie­opa­no­wa­nie, wsta­łam i posłu­gu­jąc się prawą, nie­usz­ko­dzoną dło­nią, pod­cią­gnę­łam i zapię­łam spodnie.

Z tru­dem zarzu­ci­łam ple­cak na ramiona, przy­ci­snę­łam skrę­cony nad­gar­stek do piersi i zaczę­łam biec, zosta­wia­jąc namiot i – jak sobie póź­niej uświa­do­mi­łam – nową kurtkę.

Lewe oko spu­chło mi tak, że nie mogłam go otwo­rzyć, więc wszystko wokół widzia­łam jak za mgłą. Kilka razy się potknę­łam, a nawet upa­dłam, kiedy zoba­czy­łam cmen­tarną bramę. Jakimś cudem udało mi się przez nią przejść.

Scho­dzi­łam Glas­gow wzdłuż i wszerz, więc teraz dzia­ła­łam jak na auto­pi­lo­cie. Jakby mój mózg sam zde­cy­do­wał, co robić, zanim zdą­ży­łam się ogar­nąć. Ze schy­loną głową doszłam do budki tele­fo­nicz­nej, którą mija­łam codzien­nie, ale ni­gdy dotąd z niej nie korzy­sta­łam.

Kilka monet w kie­szeni to było wszystko, co mi zostało.

Nie mia­łam nic.

Nie mia­łam pie­nię­dzy.