Dobra energia. Popraw swój metabolizm i żyj długo w zdrowiu - Casey Means,Calley Means - ebook + audiobook

Dobra energia. Popraw swój metabolizm i żyj długo w zdrowiu ebook

Casey Means, Calley Means

0,0
69,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

NR 1 NA LIŚCIE BESTSELLERÓW „NEW YORK TIMESA”

Zaskakujące, przełomowe odkrycie prawdziwej przyczyny chorób, która do tej pory pozostawała nierozumiana. Ta książka zmieni wasze życie na lepsze i pomoże wam trwać w zdrowiu bez względu na wiek.

Dr Casey Means koncentruje się na kluczowym znaczeniu metabolizmu dla naszego zdrowia.

Wiele powszechnych schorzeń, takich jak depresja, lęki, bezsenność, choroby serca czy cukrzyca typu 2, mają wspólną przyczynę w dysfunkcjach metabolicznych.

Książka oferuje czterotygodniowy plan poprawy zdrowia metabolicznego, obejmujący odżywianie, sen, rytm dobowy, aktywność fizyczną oraz ekspozycję na różne temperatury. Celem jest zoptymalizowanie produkcji energii w komórkach, co ma prowadzić do poprawy samopoczucia i zapobiegania chorobom.

Dobra energia to książka, która zmienia życie, pełna przystępnej wiedzy i praktycznych strategii pozwalających poprawić zdrowie metaboliczne i kontrolować poziom cukru we krwi. — Dr Sara Gottfried, autorka bestsellera „New York Timesa” Hormone Cure

Dobrej energii dr Means kwestionuje utarte schematy dotyczące opieki zdrowotnej i przedstawia przekonujące argumenty na rzecz podejścia metabolicznego do długowieczności, zdrowia i zarządzania masą ciała. Książka jest pełna praktycznych kroków, które pomogą wzmocnić się psychicznie i fizycznie. — Dr Gabrielle Lyon, autorka bestsellera „New York Timesa” Forever Strong

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 632

Rok wydania: 2025

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Gayle Means

 

Urodzona w 1949 roku, zmarła w 2021 roku z powodu nowotworu trzustki

(choroby metabolicznej, której można zapobiec)

 

 

 

 

 

WSTĘP

 

 

 

 

Wszystko jest ze sobą powiązane

 

 

 

 

 

Przyszłam na świat, ważąc pięć kilogramów i trzysta gramów. Lekarze mojej mamy gratulowali jej wyprodukowania jednego z największych dzieci w historii szpitala.

Mama miała trudności z powrotem do wagi sprzed ciąży i przez całe lata walczyła z dodatkowymi kilogramami. Jej lekarz pierwszego kontaktu powiedział, że to zupełnie naturalne. Przecież dopiero co urodziła dziecko i oczywiście nie robiła się coraz młodsza. Usłyszała, że „powinna zdrowiej się odżywiać”.

Kiedy przekroczyła czterdziestkę, kardiolog zdiagnozował u niej podwyższone ciśnienie krwi. Twierdził, że jest to dość powszechne zjawisko wśród kobiet w jej wieku, i przepisał jej inhibitor konwertazy angiotensyny (ACE, z ang. angiotensin-converting enzyme), który miał pomóc rozkurczyć jej tętnice.

Po pięćdziesiątce usłyszała od internisty, że ma wysoki poziom cholesterolu (a dokładniej trójglicerydów: niski poziom cholesterolu HDL i wysoki– LDL). Przepisano jej statyny i powiedziano, że jest to niemal rytuał inicjacyjny dla osób w jej wieku: statyny są jednymi z najczęściej przepisywanych w USA leków. Corocznie wydaje się ponad dwieście dwadzieścia jeden milionów recept na ten środek.

Kiedy mama skończyła sześćdziesiąt lat, jej endokrynolog powiedział, że rozwinął się u niej stan przedcukrzycowy– przy czym zaznaczył, że to również jest zjawiskiem niezwykle powszechnym w tym wieku i że nie powinna się tym zbytnio przejmować. Wszakże jest to tylko „stan przedchorobowy”, który obserwuje się u połowy dorosłej populacji Amerykanów. Mama wyszła z gabinetu lekarskiego z receptą na metforminę[1]– lek przepisywany w Stanach Zjednoczonych corocznie ponad dziewięćdziesiąt milionów razy.

W styczniu 2021 roku, kiedy mama miała siedemdziesiąt jeden lat, wybrała się z mężem na codzienną przechadzkę w okolicach ich domu w Północnej Kalifornii. W pewnej chwili poczuła ostry ból w jamie brzusznej i nagłe, nietypowe zmęczenie. Zaniepokojona, odwiedziła lekarza pierwszego kontaktu, który zlecił wykonanie tomografii i wielu badań podstawowych.

Następnego dnia mama dostała esemesa zawierającego wyniki: rak trzustki w stadium czwartym.

Trzynaście dni później już nie żyła.

Jej onkolodzy w szpitalu Stanforda określili jej nowotwór jako pechowy. Moja mama, w czasie gdy otrzymała to rozpoznanie, pozostawała pod opieką pięciu różnych specjalistów, którzy przepisali jej pięć różnych leków, a w ciągu dziesięciolecia poprzedzającego diagnozę usłyszała od swoich lekarzy wiele komplementów, że jest bardzo zdrowa w porównaniu z większością kobiet w jej wieku. I rzeczywiście, statystycznie rzecz biorąc była to prawda: przeciętny Amerykanin po sześćdziesiątym piątym roku życia ma za sobą wizyty u dwu­dziestu ośmiu różnych lekarzy. Corocznie na jednego Amerykanina przypada czternaście wypisanych recept.

Jak widać, jeśli chodzi o trendy zdrowotne w pokoleniu naszych dzieci, rodziców i naszym własnym, coś jest bardzo nie w porządku.

Osiemnaście procent nastolatków cierpi na stłuszczeniową chorobę wątroby, u blisko trzydziestu procent rozwija się stan przedcukrzycowy, a ponad czterdzieści procent ma nadwagę lub cierpi na otyłość. Pięćdziesiąt lat temu pediatrzy mogli przez całą swoją karierę zawodową nie spotkać się z ani jednym przypadkiem takich dolegliwości u swoich pacjentów. Dzisiaj młodzi ludzie funkcjonują w kulturze, w której problemy ze zdrowiem takie jak otyłość, trądzik, chroniczne zmęczenie, depresja, bezpłodność, wysoki cholesterol czy stan przedcukrzycowy są zjawiskiem powszechnym.

Sześcioro na dziesięcioro dorosłych żyje z chorobą chroniczną. Około połowy populacji Amerykanów w którymś momencie życia będzie się borykało z problemami natury psychicznej. Odsetek zapadalności na nowotwory, choroby serca, nerek, infekcje górnych dróg oddechowych i choroby autoimmunologiczne wzras­ta; jednocześnie coraz więcej wydajemy na leczenie owych dolegliwości. W wyniku tych trendów średnia długość życia amerykańskiego społeczeństwa skraca się nieprzerwanie od 1860 roku.

Jesteśmy przekonani, że ów rosnący odsetek różnych chorób– zarówno fizycznych, jak i psychicznych– jest nieodłączną częścią człowieczeństwa. Mówi się nam, że możemy zaradzić temu wzrostowi za pomocą „innowacji” współczesnej medycyny. W dekadach poprzedzających diagnozę raka moja mama dowiedziała się, że jej wysokiemu poziomowi cholesterolu i glukozy na czczo, wysokiemu ciśnieniu krwi oraz zwiększającemu się obwodowi talii można zaradzić dzięki tabletkom.

Zamiast jednak stanowić oddzielne choroby wszystkie objawy doświadczane przez mamę przed śmiercią były sygnałami jednej i tej samej rzeczy: rozregulowania mechanizmu, za pomocą którego komórki produkują i zużywają energię. Nawet moje gigantyczne rozmiary w dniu narodzin– które medycznie w zasadzie klasyfikuje się jako makrosomię płodu (czyli gigantyzm płodu)– były bardzo wyraźnym wskaźnikiem zaburzeń przetwarzania energii na poziomie komórkowym i niemal na pewno oznaką nierozpoznanej cukrzycy ciążowej.

Niemniej pomimo utrzymujących się dziesiątkami lat objawów moja mama (podobnie jak większość dorosłych w naszym współczesnym świecie) dostała tylko zestaw leków i nikt nie zainteresował się, w jaki sposób owe dolegliwości mogą być powiązane i jak zlikwidować główną przyczynę ich występowania.

Jest lepszy sposób, rozpoczynający się od zrozumienia, że największym kłamstwem promowanym przez system opieki zdrowotnej jest to, iż przyczyny naszego pogarszającego się stanu zdrowia fizycznego, coraz większej otyłości, depresji i niepłodności są bardzo skomplikowane.

Zapewne brzmi to dość radykalnie– i będzie się takie wydawać, dopóki nie zdamy sobie sprawy, że żadne inne gatunki zwierząt mieszkające na wolności nie cierpią z powodu chronicznych chorób. Żyrafom i lwom nie dokucza powszechna otyłość, nie dokuczają im choroby serca ani cukrzyca typu 2. Tymczasem jeśli chodzi o współczesną ludzkość, za osiemdziesiąt procent przypadków śmierci odpowiedzialne są problemy wynikające ze stylu życia, którym można całkowicie zapobiec.

Depresja, stany lękowe, trądzik, bezpłodność, bezsenność, choroby serca, zaburzenia erekcji, cukrzyca typu 2, choroba Alzheimera, nowotwory i większość innych dolegliwości, które nas dręczą i skracają nasze życie, tak naprawdę wywodzi się z tego samego źródła– a możliwość zapobiegania im i odwrócenia ich tak, aby poczuć się fantastycznie już dzisiaj, jest w naszych rękach i jest to łatwiejsze, niż myślisz.

 

 

Dobra energia

 

Chcę się podzielić śmiałą i kompleksową wizją zdrowia. Uzależnia ona zdrowie i długowieczność od czegoś prostego, potężnego i absolutnie fundamentalnego. Jedno zjawisko fizjologiczne może zmienić niemal wszystko, jeśli chodzi o nasze samopoczucie i funkcjonowanie dzisiaj i w przyszłości. Nazywa się ono dobrą energią, a powodem, dla którego ma ono tak ogromny wpływ na nasze życie, jest fakt, że dobra energia stanowi sedno tego, co nas napędza (również w znaczeniu dosłownym): decyduje o tym, czy nasze komórki mają wystarczająco dużo energii, aby wykonać swoją pracę i sprawić, że będziemy dobrze odżywieni, zachowamy jasny umysł i równowagę hormonalną, będziemy chronieni przez układ odpornościowy, nasze serce oraz inne struktury anatomiczne pozostaną zdrowe – i o wiele, wiele więcej. Dobra energia jest głównym czynnikiem zawiadującym funkcją fizjologiczną, która (bardziej niż pozostałe procesy zachodzące w naszych ciałach) determinuje naszą predylekcję do znakomitego– lub bardzo złego– zdrowia fizycznego i psychicznego.

Dobra energia znana jest również jako zdrowie metaboliczne. Metabolizm to zestaw mechanizmów komórkowych przetwarzających pokarm w energię, która zasila każdą komórkę w naszych ciałach. Być może do tej pory nie zastanawiałeś się zbytnio, czy masz w sobie dobrą energię, czy nie. Kiedy komórkowa fabryka energii działa bez zarzutu, nie trzeba o tym myśleć ani być świadomym tych procesów. Wszystko po prostu działa, jak powinno. Nasze ciała są niezwykłymi maszynami pełnymi „podzespołów”, które wytwarzają dobrą energię w każdej sekundzie każdego dnia. Owe mechanizmy komórkowe produkują odpowiednie ilości zbalansowanej energii, rozprowadzają ją do wszystkich naszych tkanek i uprzątają niechciane pozostałości po procesie produkcyjnym, które inaczej szybko zablokowałyby cały system.

Kiedy trzymasz w ręce klucz do owego szczególnego procesu fizjologicznego, możesz się znaleźć w ścisłej czołówce najzdrowszych ludzi na świecie. Możesz się poczuć pełen energii, ożywiony i funkcjonować z całkowicie jasnym umysłem. Możesz się cieszyć zrównoważoną dietą, ciałem, które nie zna bólu, zdrową cerą i stale dobrym nastrojem. Ci, którzy są w wieku rozrodczym i mają nadzieję na posiadanie potomstwa, mogą korzystać z naturalnej płodności, która jest prawem przysługującym nam wszystkim od urodzenia. Ci, którzy się już starzeją, mogą żyć wolni od męczących stanów lękowych na myśl o tym, że czeka ich gwałtowne pogorszenie się zdrowia fizycznego lub psychicznego albo że obudzi się w nich choroba, która jest „cechą rodzinną”.

Kiedy jednak tracisz klucz do dobrej energii, wiele rzeczy nagle zaczyna się psuć. Narządy, tkanki i gruczoły są przecież koniec końców zbudowane z komórek. Jeżeli tracisz zdolność do właściwego i bezpiecznego ich zasilania, nic dziwnego, że zbudowane z nich narządy zaczynają mieć problemy i przestają funkcjonować. W rezultacie można się spodziewać właściwie jakiejkolwiek choroby– i w dzisiejszych czasach, gdy dobra energia znajduje się pod taką presją, dokładnie to obserwujemy.

Problem, najprościej mówiąc, polega na niedopasowaniu. Procesy metaboliczne napędzające nasze ciała ewoluowały przez setki tysięcy lat w synergii z otaczającym nas światem. Jednak w ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci warunki środowiskowe oddziałujące na nasze komórki i ciała zmieniły się gruntownie i dość szybko. Zaczynając od diety, poprzez wzorce ruchowe, sen i poziom stresu, po ekspozycję na nienaturalne chemikalia– nic nie jest takie jak kiedyś. Środowisko, w którym funkcjonują komórki przeciętnego współczesnego człowieka, drastycznie różni się od tego, czego one oczekują i potrzebują. Ten ewolucyjny rozdźwięk zaburza normalne funkcje metaboliczne i w rezultacie pojawia się zła energia. Kiedy zaś drobne zaburzenia na poziomie komórkowym występują w każdej komórce w każdej chwili, efekt narasta, wpływając na tkanki, narządy i układy naszego ciała, co odbija się negatywnie na naszym samopoczuciu, rozumowaniu, funkcjonowaniu, wyglądzie, wieku, a nawet na naszej zdolności zwalczania patogenów i unikania chorób przewlekłych. W istocie niemal wszystkie problemy związane z notorycznie złym stanem zdrowia, które próbuje leczyć zachodnia medycyna, są rezultatem wynikających z obecnego stylu życia kłopotów nękających są nasze komórki. To naprawdę koszmarna reakcja łańcuchowa: zła energia prowadzi do uszkodzenia komórek, narządów, ciał– i do bólu, który odczuwamy.

W naszych ciałach znajduje się dwieście różnych rodzajów komórek i kiedy pojawia się w nich zła energia, prowadzi to do różnych objawów. Dla przykładu, jeśli komórka osłonki pęcherzyka jajnikowego dotknięta jest problemem złej energii, może się to przejawiać jako niepłodność z powodu zespołu policystycznych jajników (PCOS, z ang. polycystic ovary syndrome). Jeżeli komórka śródbłonka wyściełającego naczynia krwionośne ma złą energię, może się to objawić jako problemy z erekcją, choroba serca, nadciśnienie, problemy z siatkówką oka lub chroniczna choroba nerek (wszystkie te dolegliwości wywodzą się z niedostatecznego dopływu krwi do różnych narządów). Jeśli komórka wątroby ma problem ze złą energią, może się to objawiać jako niealkoholowa choroba stłuszczeniowa wątroby (NAFLD, z ang. non-alcoholic fatty liver disease). W mózgu zła energia może wyglądać jak depresja, udar, demencja, migrena lub chroniczny ból głowy, w zależności od tego, gdzie dokładnie w największym stopniu zachodzą owe dysfunkcyjne procesy komórkowe. Najnowsze badania wyraźnie wskazują, że każda z tych dolegliwości– i dziesiątki innych– jest bezpośrednio powiązana z problemami metabolicznymi, czyli z tym, w jaki sposób komórki wytwarzają energię– złą energię. Niestety, sposób, w jaki praktykujemy medycynę, nie pozwala nam jeszcze na zrozumienie tej podstawowej przyczyny chorób. Nadal leczymy specyficzne dla danego narządu skutki działania złej energii, a nie samą złą energię. Nigdy zaś nie zdołamy poprawić coraz gorszego stanu zdrowia współczesnych ludzi, jeśli nie zajmiemy się właściwym problemem (zaburzeniami metabolizmu). Dlatego właśnie im więcej wydajemy na opiekę zdrowotną, im więcej pracujemy jako lekarze i im więcej zapewniamy naszym pacjentom dostępu do leków i opieki medycznej, tym gorsze są wyniki leczenia.

Obecnie jako populacja konsumujemy astronomicznie większe ilości cukru (aż do trzech tysięcy procent więcej płynnej fruktozy) niż sto lat temu. Podobnie jest z pracą siedzącą i skróceniem snu o dwadzieścia pięć procent. Jesteśmy również wystawieni na ponad osiemdziesiąt tysięcy sztucznych związków w jedzeniu, wodzie i powietrzu. W konsekwencji nasze komórki utraciły zdolność do wytwarzania energii we właściwy sposób. Wiele aspektów naszego zindustrializowanego życia w ostatnim stuleciu ma unikatową i synergistyczną zdolność do atakowania maszynerii wewnątrzkomórkowej, która produkuje energię chemiczną. Stąd właśnie nieprawidłowości na poziomie komórkowym w całym naszym ciele, przejawiające się jako eksplozja chronicznych objawów i chorób, z którymi się obecnie zmagamy.

Nasze ciało ma proste sposoby na zasygnalizowanie, że borykamy się z rosnącymi zakłóceniami metabolizmu: powiększający się obwód talii, nieprawidłowy poziom cholesterolu we krwi, wysokie stężenie glukozy na czczo i podwyższone ciśnienie. Moja mama doświadczyła wszystkich tych objawów, a dziewięćdziesiąt trzy procent Amerykanów jest zagrożonych pojawieniem się przynajmniej jednego z tych markerów metabolicznych.

Pomijając znaczący nadmiar tłuszczu w rejonie jamy brzusznej, moja mama wydawała się zdrowa. Była pełna energii, ożywiona, szczęśliwa i nawet wyglądała młodo jak na swój wiek. To zabawna rzecz w przypadku zaburzeń meta­bolicznych: niekoniecznie pojawiają się wszędzie naraz i u różnych osób mogą się przejawiać różnorako, w zależności od tego, który rodzaj komórek manifestuje anomalię funkcjonalną w najbardziej oczywisty sposób.

Przypadek mojej mamy jest tylko jednym z przykładów czegoś, co każdego dnia spotyka miliony ludzi i rodzin. Postanowiłam napisać ten tekst, ponieważ jej historia mogłaby być historią praktycznie każdej osoby. Choroba nie jest przypadkowym zdarzeniem, do którego może dojść w przyszłości. Jeśli walczysz z denerwującymi, choć pozornie niezagrażającymi życiu problemami zdrowotnymi, jak zmęczenie, mgła umysłowa, stany lękowe, artretyzm, bezpłodność, problemy z erekcją lub chroniczny ból, to czynnikiem leżącym u podstaw wszystkich tych dolegliwości jest jedna przyczyna, która ostatecznie doprowadzi do pojawienia się „poważnej” choroby w przyszłości, o ile nie zmienisz sposobu, w jaki dbasz o swoje ciało. Wiem, że taka informacja jest bolesna i może nawet przerażająca, ale to ważne, byś zrozumiał: jeśli dzisiaj zignorujesz drobne objawy i problemy wskazujące na to, że twoje ciało produkuje złą energię, w przyszłości sygnały organizmu mogą stać się głośniejsze– i poważniejsze.

 

 

Przebudzenie

 

Przez większość mojego dorosłego życia byłam wojującą adwokatką współczesnego systemu opieki zdrowotnej i pracowałam na to, aby zająć w nim jak najwyższą pozycję: w wieku szesnastu lat odbyłam staż naukowy w Narodowych Instytutach Zdrowia (NIH, z ang. National Institutes of Health), dwa lata później zostałam starościną mojego rocznika w szkole medycznej w Stanfordzie, jako dwudziestojednolatka zdobyłam nagrodę za najlepszą pracę dyplomową z biologii, w wieku dwudziestu pięciu lat ukończyłam szkołę medyczną Uniwersytetu Stanforda jako najlepsza studentka na roku, rok później miałam już za sobą rezydenturę chirurgiczną na oddziale otolaryngologicznym Uniwersytetu Zdrowia i Nauki w Oregonie (OHSU, z ang. Oregon Health &Science University), a w wieku trzydziestu lat zdobyłam już kilka nagród za badania naukowe w tejże dziedzinie. Publikowałam w najlepszych medycznych czasopismach naukowych, wygłaszałam wykłady na konferencjach krajowych, miałam za sobą tysiące samotnych nocy spędzonych na nauce i byłam dumą całej mojej rodziny. Medycyna była całym moim światem.

A potem, w piątym roku stażu chirurgicznego, poznałam Sophię.

Ta pięćdziesięciodwulatka borykała się z nawracającymi infekcjami zatok, przez co miała problemy z oddychaniem i nieustannie czuła brzydki zapach w nosie. W ciągu roku przed naszym spotkaniem lekarze przepisali jej kilka sterydowych sprayów do nosa, antybiotyki, sterydy doustne i zawierające leki płukanki oczyszczające zatoki. Sophia miała kilka tomografii, zabiegów endoskopowych oraz biopsję polipa w nosie. Jej nawracające infekcje zmuszały ją do opuszczania wielu dni w pracy i powodowały bezsenność. Sophia miała nadwagę i stan przedcukrzycowy. Brała również leki na wysokie ciśnienie i walczyła z bólem pleców oraz depresją, za które winiła zły stan zdrowia i starzenie się. Każdy problem wymagał wizyty u innego lekarza i był traktowany z osobna.

Żadne z leków przepisanych na zatoki nie rozwiązały problemu, dlatego Sophia wreszcie pojawiła się na moim oddziale, by przejść operację. W 2017 roku byłam jeszcze młodą lekarką: właśnie rozpoczynałam piąty i ostatni rok stażu chirurgicznego.

Kiedy Sophia została wwieziona na salę operacyjną, wprowadziłam do jej nosa sztywny endoskop z kamerą i za pomocą specjalnego narzędzia rozbiłam tkankę kostną oraz spuchniętą tkankę nabłonka zatok, a następnie odessałam je z kanałów zatokowych, znajdujących się zaledwie milimetry od jej mózgu. Już po operacji anestezjolodzy mieli problem z ustabilizowaniem poziomu cukru i ciśnienia krwi za pomocą kroplówki z insuliną oraz leków obniżających ciśnienie.

„Ocaliła mnie pani”– powiedziała Sophia, chwytając mnie za rękę po zabiegu. Ja jednak, spoglądającjej w oczy, nie byłam dumna, lecz miałam poczucie porażki.

Problem w tym, że udało mi się co najwyżej zredukować objawy jej chronicznego zapalenia zatok, ale nie zrobiłam absolutnie nic, żeby wyleczyć to, co je wywoływało. Nie zajęłam się również żadnym z pozostałych schorzeń pacjentki. Wiedziałam, że ostatecznie wróci do szpitala i nadal będzie odwiedzała różnych specjalistów z licznymi objawami pozostałych dolegliwości, które nie były w centrum mojego profesjonalnego zainteresowania. Czy mogłam powiedzieć, że Sophia opuściła salę pooperacyjną „zdrowa” po tym, jak na zawsze zmieniłam anatomię jej nosa i zatok? Jakie były szanse na to, że czynniki wywołujące jej stan przed­cukrzycowy, odkładanie się nadmiernej ilości tłuszczu, depresję i nadciśnienie (byłam świadoma, że wszystkie te problemy w jakiś sposób są związane ze stanem zapalnym) nie mają absolutnie nic wspólnego z jej nawracającymi infekcjami zatok?

Sophia była moją drugą pacjentką chirurgiczną tego dnia i piątą tego tygodnia. Podczas stażu wykonałam setki operacji zatok, walcząc z zaognioną, spuchniętą tkanką, jednak zbyt wielu pacjentów wracało do szpitala na kolejne zabiegi leczenia zatok, a także innych dolegliwości– najczęściej cukrzycy, depresji, stanów lękowych, nowotworów, chorób serca, demencji, nadciśnienia i otyłości.

Mimo że codziennie leczyłam chirurgicznie zaognione tkanki głowy i szyi, ani razu w ciągu całego stażu nie próbowano mnie nauczyć czegokolwiek o przyczynach stanów zapalnych w ciele człowieka ani o ich związku z chronicznymi stanami zapalnymi, z którymi boryka się dziś tak wielu Amerykanów. Ani razu nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać „Hmmm, ale skąd wszystkie te stany zapalne?”. Instynkt podpowiadał mi, że wszystkie problemy dręczące Sophię są w jakiś sposób powiązane, ale zamiast zainteresować się bardziej tym zagadnieniem, zawsze trzymałam się ścieżki wyznaczonej przez moją specjalność i stosując się do wytycznych, sięgałam po skalpel i po bloczek z receptami.

Wkrótce po moim spotkaniu z Sophią poczułam, że absolutnie nie będę w stanie przeprowadzić operacji na kolejnym pacjencie, dopóki nie zrozumiem, dlaczego pomimo monumentalnych rozmiarów i zasięgu naszego systemu zdrowotnego pacjenci i otaczający mnie ludzie w ogóle chorują.

Chciałam zrozumieć, dlaczego tak wiele dolegliwości pojawia się u coraz większej liczby osób, tworząc wyraźne wzorce, które wskazują na potencjalne zależności. Co ważniejsze, musiałam rozważyć, czy jako lekarz będę w stanie zrobić cokolwiek, żeby utrzymać moich pacjentów z dala od sali operacyjnej. Stałam się lekarzem, by zapewnić pacjentom trwałe, solidne zdrowie, a nie żeby każdego dnia faszerować lekami, ciąć skalpelem i obciążać rachunkami medycznymi tyle osób, ile tylko zdołam.

Stawało się dla mnie coraz bardziej oczywiste, że chociaż otaczają mnie zawodowcy, którzy zdecydowali się na studia medyczne po to, aby pomagać pacjentom, w rzeczywistości każda instytucja związana z opieką zdrowotną– od szkół medycznych poprzez firmy ubezpieczeniowe po firmy farmaceutyczne– zarabia na „leczeniu”, a nie na uzdrawianiu pacjentów. I właśnie pieniądze były dla dobrych ludzi motywacją do podejmowania działań prowadzących do niedobrych wyników.

Dotarcie na szczyt drabiny kariery w medycynie było moim głównym życiowym celem. Gdybym zaniechała operacji na pacjentach, nie miałam żadnego alter­natywnego planu, a moja edukacja kosztowała pół miliona dolarów. W tamtym czasie nadal nie potrafiłam sobie wyobrazić innej kariery niż bycie chirurgiem.

Wszystko to jednak wydawało się pozbawione znaczenia wobec jednego abso­lutnie oczywistego faktu, o którym nie mogłam zapomnieć: stan pacjentów wcale się nie poprawiał.

We wrześniu 2018 roku, w dniu moich trzydziestych pierwszych urodzin i zaledwie kilka miesięcy przed ukończeniem pięcioletniego stażu, wmaszerowałam do gabinetu lekarza naczelnego OHSU i złożyłam rezygnację. Chociaż ściana mojego pokoju udekorowana była licznymi dyplomami i nagrodami za osiągnięcia kliniczne i naukowe i chociaż wiele czołowych instytucji medycznych chciało mnie zatrudnić za nie najmniejszą pensję, odeszłam ze szpitala i wyruszyłam w podróż, która miała mi pomóc zrozumieć prawdziwe przyczyny, dla których ludzie chorują, oraz znaleźć sposób na pomoc pacjentom w przywróceniu i utrzymaniu zdrowia.

To, czego nauczyłam się podczas mojej podróży, nie mogło ocalić mojej mamy– jej nowotwór najprawdopodobniej rozwijał się po cichu w jej ciele na długo, zanim porzuciłam konwencjonalną medycynę. Piszę tę książkę, ponieważ miliony ludzi mogą poprawić jakość swojego życia (i wydłużyć je) już teraz dzięki kilku pros­tym zasadom, o których nie uczy się w szkołach medycznych.

Jestem również przekonana, że nasz brak zrozumienia przyczyn różnych chorób jest przejawem znacznie większego kryzysu duchowego. Przestaliśmy cenić i szanować nasze ciała i życie, nie mamy już wkładu w produkcję spożywanego jedzenia, ruszamy się coraz mniej, bo nasza praca i nauka w szkole wiążą się zwykle z przesiadywaniem wielu godzin, nie rozumiemy naszych podstawowych potrzeb biologicznych, takich jak potrzeba światła, dobrej jakości snu, czystej wody i powietrza. Wprowadziło to nasze ciała w stan chaosu i strachu. Nasze komórki są poważnie rozregulowane, co naturalnie wpływa znacząco na nasze ciała i mózgi, determinując percepcję świata. System opieki medycznej kapitalizuje nasze obawy, oferując „rozwiązania” dla objawów tej dysfunkcji– dlatego właśnie jest on największym i najszybciej rozwijającym się biznesem w Stanach Zjednoczonych. Zostaliśmy uwięzieni w redukcjonistycznym, pofragmentowanym wizerunku ciała ludzkiego, które można rozłożyć na dziesiątki osobnych części. Takie podejście nie sprzyja dobrobytowi. W rzeczywistości ciała ludzkie są niezwykłymi bytami, w których wszystko jest ze sobą połączone i które nieustannie regenerują się i wymieniają energię oraz materię ze światem zewnętrznym za każdym razem, kiedy jemy, oddychamy lub wygrzewamy się na słońcu!

Nie ulega wątpliwości, że amerykański system medyczny dokonał wielu cudów w ciągu ostatnich stu dwudziestu lat, ale pogubiliśmy się, jeśli chodzi o zapobieganie i zaradzanie zaburzeniom metabolicznym, które są dzisiaj odpowiedzialne za ponad osiemdziesiąt procent ogólnych kosztów leczenia oraz za tyleż samo przypadków śmierci. Sytuacja jest bardzo poważna, ale ta książka ma za zadanie wzbudzić optymizm i zaoferować praktyczne rozwiązania. Fakt, że możemy aktyw­nie krytykować i reformować nasz system opieki zdrowotnej, jest jedną z jego mocnych stron. Dzięki wielu doświadczeniom i próbom ludzka pomysłowość doprowadziła do rozwoju i zmian systemowych, które początkowo trudno było sobie nawet wyobrazić. Kolejna rewolucja w opiece zdrowotnej wywiedzie się z poznania, w jaki sposób główne przyczyny niemal wszystkich chorób związane są z energią, i ze zrozumienia, że jeśli chodzi o specjalizacje, powinniśmy się zastosować do powiedzenia „im mniej, tym lepiej”. Zobaczymy, że nasze dolegliwości są ze sobą powiązane, a nie odizolowane od siebie. Jest to fakt, na który jasno wskazują dopiero najnowsze badania, przeprowadzone dzięki narzędziom i technologii umożliwiającym nam poznanie, jakie procesy zachodzą w naszych komórkach na poziomie molekularnym. A kiedy nasz model zdrowotny przemieści się w kierunku owego paradygmatu energocentrycznego, będziemy w stanie bardzo szybko wyleczyć nasze ciała– i uzdrowić system opieki zdrowotnej. Na szczęście zadbanie o dobrą energię jest znacznie prostsze i łatwiejsze, niż mogłoby się wydawać, i każdy z nas może podjąć odpowiednie kroki, aby potraktować tę misję jako priorytet w swoim życiu. Moja książka podpowie ci, w jaki sposób możesz to osiągnąć.

W części pierwszej pojawią się fakty naukowe pozwalające wyjaśnić, dlaczego nasz metabolizm leży u podstaw wszelkich chorób. Poznamy również motywy prowadzące do ignorowania owych faktów przez współczesny system zdrowotny. W części drugiej zostaną przedstawione sposób myślenia oraz taktyka, które możecie zacząć stosować, aby już dziś poczuć się lepiej. Część trzecia łączy wszystkie powyższe koncepcje w jeden praktyczny plan, zaś część czwarta zawiera trzy­dzieści trzy przepisy na potrawy przyrządzone zgodnie z zasadami żywienia wpierającego dobrą energię. W całej książce przytaczam również wiele historii znanych mi z pracy w systemie opieki zdrowotnej i poza nim. Znajdziecie tu również spostrzeżenia i przemyślenia liderów ruchu zdrowia metabolicznego.

Dobra energia jest celem, a odpowiedni stan umysłu i to, co on potrafi stworzyć, jest niesamowite: świat, w którym wszyscy będziemy jeść fantastyczne pożywienie, utrzymywać nasze ciała w ruchu i komunikować się z naturą, czerpiąc przyjemność z odczuwania otaczającego nas świata i czując się spełnieni, pełni energii i ożywieni. Jest to ekscytująca wizja, ponieważ życie z dobrą energią oznacza dobre jedzenie, szczęśliwych ludzi, prawdziwe związki i relacje oraz rozwój w kierunku jak najpiękniejszej ekspresji naszego cennego życia.

To prawda, że w czasie naszej podróży do lepszego zdrowia będziemy musieli stawić czoła wielu naprawdę trudnym wyzwaniom. Mimo to wiem z doświadczenia, że cały proces zmian może rozpocząć się już teraz od zadania prostego pytania: „Jakie to uczucie mieć dobrą energię?”. Zachęcam cię do zapytania samego siebie: Jak bym się czuł (czuła), gdyby moje ciało funkcjonowało na optymalnym poziomie i mogło się bez przeszkód cieszyć doświadczeniem człowieczeństwa? Jak by to było, gdyby mój umysł był czysty i kreatywny? Jakie uczucie wywoływałaby świadomość, że moja egzystencja opiera się na solidnym, rzetelnym źródle wewnętrznej energii? Wyobraź sobie rodzącą się w twoim wnętrzu potężną siłę życiową, która pozwala ci przeżywać każdy dzień z przyjemnością, energią, wdzięcznością i radością. Nie spiesz się– naprawdę spróbuj to poczuć, zwizualizować sobie. Otwórz się na tę możliwość i daj sobie na nią zgodę.

Mam nadzieję, że ta książka zmieni twoje życie: pozwoli ci już dziś poczuć się lepiej, a w przyszłości zapobiec różnym chorobom. Wszystko zaczyna się od zrozumienia faktów naukowych dotyczących dobrej energii oraz od zastosowania tej wiedzy w praktyce.

 

Wszystkie naukowe teksty źródłowe cytowane w poszczególnych rozdziałach tej książki można znaleźć na stronie internetowej pod adresem caseymeans.com/goodenergy.

 

 

 

[1] Metformina – lek stosowany w leczeniu cukrzycy typu 2. Zmniejsza stężenie glukozy we krwi poprzez zmniejszenie produkcji glukozy w wątrobie oraz nasilanie działania insuliny w mięśniach i tkance tłuszczowej. Metformina nie pobudza natomiast trzustki do zwiększonej produkcji insuliny, tak więc nie wywołuje niedocukrzenia

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ I

 

 

 

 

CAŁA PRAWDA O ENERGII

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ1

 

 

 

 

Zdrowie odizolowane versus energocentryczne

 

 

 

 

 

Pod koniec nauki w szkole medycznej musiałam wybrać jedną z czterdziestu dwóch specjalizacji: jedną część ciała, której miałam poświęcić resztę mojego życia.

Współczesna medycyna jest definiowana przez pryzmat izolacji. Od pierwszego roku studiów moja wiedza o ludzkim ciele stopniowo zmieniała się z ogólnej do coraz bardziej zawężonej i fragmentarycznej. Kiedy w college’u podczas kursu przygotowującego do studiów medycznych wybrałam temat projektu, przestałam się zajmować nauką fizyki i chemii i skupiłam się wyłącznie na biologii. W szkole medycznej uczyłam się już na pamięć wszystkich faktów dotyczących ludzkiej biologii, nie zważając na dostępną wiedzę o innych systemach biologicznych, jak rośliny czy zwierzęta. W trakcie stażu skoncentrowałam się na wykonywaniu operacji na jednym ściśle określonym obszarze ciała ludzkiego, a mianowicie głowie i szyi, niewiele się zastanawiając nad całą resztą.

Gdybym ukończyła mój pięcioletni trening specjalizacyjny, miałabym prawo i możliwość skupić się na jeszcze węższej podspecjalizacji. Mogłabym na przykład zostać rynologiem (lekarzem zajmującym się wyłącznie nosem i zatokami przynosowymi), laryngologiem (specjalistą od chorób krtani), otologiem (ekspertem skupiającym się wyłącznie na trzech malutkich kostkach tworzących ucho wewnętrzne oraz na ślimaku i błonie bębenkowej) lub onkologiem otolaryngo­logicznym (zajmującym się nowotworami głowy i szyi). To tylko kilka opcji, jakie miałam do wyboru w obrębie mojej specjalizacji. Głównym celem mojej kariery stałoby się doskonalenie umiejętności w leczeniu i operowaniu coraz mniejszych części ciała.

Gdybym była naprawdę świetna w swojej dziedzinie, być może jakaś medyczna rada naukowa nazwałaby nawet na moją cześć wybrane schorzenie danej części ciała, tak jak to było w przypadku dziekana szkoły medycznej Uniwersytetu Stanforda– znanego na całym świecie otologa dr. Lloyda B.Minora, który całą swoją karierę poświęcił poznaniu, zrozumieniu i leczeniu skrawka ciała o powierzchni około dwudziestu centymetrów kwadratowych. W przypadłości nazwanej na jego cześć zespołem Minora[2] mikroskopijne zmiany w budowie kości ucha wewnętrznego prowadzą do różnorakich problemów otologicznych i zaburzeń równo­wagi. Dziekan Minor był idealnym przykładem modelu zapewniającego sukces w medycynie: skup się na swojej specjalności i na wspinaniu się po szczeblach kariery. W ten sposób można się również zabezpieczyć: dla przeciętnego klinicysty pozostawanie w obrębie przepisanej specjalizacji oznacza brak odpowiedzialności prawnej za nieprawidłowe leczenie dolegliwości wybiegającej poza zakres praktyki.

Rozpoczynając piąty rok stażu, byłam główną rezydentką otologii– podspecjalności zajmującej się chirurgią głowy i szyi. Koncentrowałam się na owych dwudziestu centymetrach kwadratowych ciała w obrębie ucha kontrolujących słyszenie oraz równowagę. Często widywałam pacjentów takich jak trzydziestosześcioletnia Sarah, która pojawiła się w naszej klinice otologicznej z trudną do leczenia migreną; ataki następowały częściej niż dziesięć razy na miesiąc. Ponieważ objawami owej wyniszczającej choroby neurologicznej mogą być zawroty głowy oraz zaburzenia przetwarzania słuchowego, nasi pacjenci często przychodzą na nasz bardzo wyspecjalizowany oddział dopiero po pokonaniu całego labiryntu systemu opieki zdrowotnej, w którym napotykają tuziny innych ekspertów medycznych. Po bez mała dziesięciu latach licznych epizodów migrenowych świat Sarah znacząco się skurczył. Pacjentka była na rencie inwalidzkiej, praktycznie nie ruszała się z domu, a jej cała egzystencja kręciła się wokół choroby. Sarah była również tak wrażliwa na światło, że zawsze nosiła okulary przeciwsłoneczne z boczną osłoną. Poruszała się o lasce ze względu na reumatoidalne zapalenie stawów. U jej boku zawsze trwał wierny pies pomocnik.

Przeglądając jej liczącą setkę stron historię medyczną, przefaksowaną mi przez lekarza kierującego, zorientowałam się, że tylko w zeszłym roku pacjentka odwiedziła ośmioro różnych lekarzy specjalistów, próbując się rozprawić z całym zestawem przewlekłych i bolesnych objawów. Neurolog przepisał jej lek na ataki migrenowe; psychiatra zalecił selektywne inhibitory zwrotnego wychwytu serotoniny (SSR, z ang. selective serotonin reuptake inhibitors) na depresję, zaś kardiolog zaaplikował jej leki na nadciśnienie. Specjalista medycyny paliatywnej dodał do tego wszystkiego środki przeciwbólowe mające na celu ulżyć nieustannemu bólowi stawów. Pomimo wszystkich tych interwencji i farmaceutyków Sarah nadal cierpiała.

Zaszokowana, uważnie przeglądałam dokumentację medyczną pacjentki, zastanawiając się, cóż takiego mogłabym jeszcze zaoferować tej kobiecie, czego nadal nie wypróbowała.

W czasie rutynowego wywiadu dotyczącego migreny zapytałam Sarah, czy udało jej się cokolwiek osiągnąć po zastosowaniu antymigrenowej diety eliminacyjnej. Okazało się, że Sarah nie słyszała o czymś takim, co bardzo mnie zaskoczyło: w naszej poradni wszędzie leżały traktujące o tym ulotki, dostępne w każdej chwili dla pacjentów z podobnymi problemami. Najwyraźniej jednak interwencja dietetyczna została uznana przez moich kolegów po fachu za niewystarczająco istotną, aby wspomnieć o niej pacjentce. Zamiast tego wysłali ją na liczne badania, w tym kosztowne tomografie, a potem przepisali cały zestaw środków farmakologicznych, psychoaktywnych i innych. Kiedy omówiłam optymistyczne możliwoś­ci zastosowania diety eliminującej pokarmy wyzwalające migrenę, Sarah wyraźnie się obruszyła. Po jej zachowaniu odgadłam, co sobie myśli: gdyby tak zwyczajna rzecz jak dieta mogła jej pomóc, to chyba specjaliści, których odwiedzała nader często, już dawno by jej o tym powiedzieli. Sarah chciała dostać kolejny lek.

Nie był to pierwszy tego typu scenariusz, z jakim miałam do czynienia. Pacjenci często pojawiają się w poradniach z uporczywymi przewlekłymi dolegliwoś­ciami, opisanymi w grubych plikach historii medycznej. Sarah jednak była zbyt młoda i jej cierpienie wydawało się z tego powodu wyjątkowym okrucieństwem. Poza tym przeszła już przez tak wielu różnych specjalistów– i tak szybko– że jej przypadek był wyjątkowym dowodem na zawodność naszego systemu zdrowotnego. Kobieta była chora i jej stan zdrowia stopniowo się pogarszał. Żyła nie z jedną, lecz z wieloma dokuczającymi jej chronicznymi dolegliwościami. Nie zdawała sobie sprawy z tego, co dla mnie było boleśnie oczywiste: że jej oczekiwana długość życia niemal na pewno uległa znaczącemu skróceniu. Sarah była sfrustrowana dotychczasową opieką medyczną, jaką jej zaoferowano, ale jednocześnie nadal chciała na niej polegać– wręcz rozpaczliwie.

Próbowałam ukryć zakłopotanie. Nie potrafiłam tak po prostu wypełnić kolejnej recepty bez zachęcenia pacjentki do wypróbowania kilku prostych strategii wspartych solidnymi danymi naukowymi. Żołądek ścisnął mi się boleśnie na myśl, że kolejny lek niemal na pewno nie stanie się magiczną pigułką, która radykalnie odmieni życie Sarah. Mogłyśmy wprawdzie bawić się w szaradę rodzącą nadzieję i ufność w nowy medykament, ustalić kolejną wizytę kontrolną za sześć tygodni, żeby sprawdzić, jak zadziałał, i rozstać się z poczuciem satysfakcji, że obie zrobiłyśmy wszystko, co w naszej mocy. Gdzieś w głębi duszy jednak wiedziałyśmy, że „brak odpowiedniego farmaceutyku” nie był powodem, dla którego Sarah cierpiała na chorobę objawiającą się na różne sposoby w całym jej ciele.

Mogłam zrobić to, co pozostali lekarze, którzy mieli się zająć jej problemem– i to, czego się po mnie wyraźnie spodziewano: zidentyfikować schorzenie na podstawie objawów, wykluczyć poważne, zagrażające życiu problemy, wręczyć pacjentce receptę, wpisać odpowiednie kody obciążające jej rachunek medyczny i zająć się kolejnym pacjentem. To właśnie był sposób praktykowania przyzwoitej medycyny. Sarah jednak, tak jak inni pacjenci z podobnymi złożonymi problemami zdrowotnymi, sprawiła, że zapragnęłam pracować w inny sposób: spojrzeć na sprawę kompleksowo i zadać pytanie, dlaczego obserwujemy taki, a nie inny zespół objawów.

 

 

ODSŁANIANIE KOLEJNYCH WARSTW: CO WYWOŁUJE CHOROBĘ?

 

Niewidzialny stan zapalny: Wszędzie naraz

W wypadku wątpliwości zawsze rozpoczynam od zadawania pytań. W przypadku Sarah najbardziej oczywiste było to: Czy jej różnorakie niedomagania rzeczywiście były ze sobą zupełnie niezwiązane, czy też coś je łączyło, a moi koledzy po fachu, podobnie jak ja sama, zwyczajnie tego nie dostrzegali?

Przeglądając wyniki badań pacjentki, zauważyłam, że poziom jej markerów stanu zapalnego był bardzo wysoki. Przypomniałam sobie jak przez mgłę z czasów nauki w szkole medycznej, że ten szczególny marker występuje w dużym stężeniu przy chorobach takich jak cukrzyca i otyłość. Wiedziałam również, że Sarah cierpi na reumatoidalne zapalenie stawów, a zatem miałyśmy do czynienia z przewlekłym stanem zapalnym. Zadałam więc kolejne pytanie: Czy stan zapalny mógł odgrywać jakąś rolę w wywoływaniu migren? Ku mojemu zaskoczeniu wyszukiwarka PubMedu znalazła ponad tysiąc artykułów naukowych łączących oba czynniki.

Wiedziałam doskonale, że stan zapalny wiąże się z opuchnięciem, lokalnie podwyższoną temperaturą, zaczerwienieniem, występowaniem ropy lub bólem, będącymi następstwem rekrutacji komórek układu odpornościowego do miejsca urazu lub infekcji. Wszystkie te objawy są bardzo użyteczne, ponieważ informują o tym, że w uszkodzonej lub zakażonej tkance zachodzi właśnie intensywny, skoordynowany proces obrony immunologicznej mający na celu powstrzymanie rozprzestrzeniania się problemu oraz naprawę i uleczenie dotkniętej chorobą tkanki. Układ odpornościowy nieustannie szuka w naszym ciele obcych, niepożądanych, szkodliwych elementów i jeśli wykryje coś niedobrego, w ciągu kilku sekund od napotkania patogenu reaguje w taki właśnie sposób. Po rozwiązaniu problemu proces zapalny wygasa i wszystko wraca do normy. Zaczerwienienie, podwyższona lokalnie temperatura, opuchlizna i ból znikają.

Jednak wyniki badań Sarah i poziomy różnych markerów były co najmniej dziwne. Kobieta nie miała żadnego urazu ani infekcji– a przynajmniej niczego takiego nie byłam w stanie dostrzec podczas badania. Tyle że w jej przypadku nic nie było tymczasowe. Układ odpornościowy działał na wysokich obrotach– i najwyraźniej trwało to na tyle długo, że doprowadziło do niezamierzonych szkód w pozostałych rejonach ciała. Dlaczego układ odpornościowy pozostał tak aktywny, w ciągłym stanie alarmu i obrony, wywołując chroniczny stan zapalny mimo braku świeżych uszkodzeń czy nowych patogenów, prowadząc w ten sposób do uszkodzeń zdrowych tkanek?

Kiedy zastanowiłam się nad tym, co takiego leczę jako chirurg otolaryngologiczny, nagle doznałam olśnienia: niemal wszystkie dolegliwości były stanem zapalnym. W medycynie przyrostek -itis w łacińskich nazwach chorób oznacza właśnie „zapalenie”. Nasza poradnia zajmowała się leczeniem dolegliwoś­ci takich jak sinusitis (zapalenie zatok), tonsillitis (angina, czyli zapalenie migdałków podniebiennych), pharyngitis (zapalenie gardła), laryngitis (zapalenie krtani), otitis (zapalenie ucha), chondritis (zapalenie chrząstki), thyroiditis (zapalenie tarczycy), tracheitis (zapalenie tchawicy), adenoiditis (zapalenie migdałków gardłowych, czyli wyrośli adenoidalnych), rhinitis (nieżyt nosa, czyli zapalenie śluzówki nosa), epiglottitis (zapalenie nagłośni), sialadenitis (zapalenie ślinianek), parotitis (zapalenie przyusznicy, czyli świnka), cellulitis (zapalenie tkanki łącznej), mastoiditis (zapalenie wyrostka sutkowatego ucha[3]), osteomyelitis (zapalenie szpiku kostnego), neuronitis vestibularis (zapalenie nerwu przedsionkowego), labyrinthitis (zapalenie błędnika), glossitis (zapalenie języka) i tak dalej. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że jestem lekarzem od stanów zapalnych! Jako otolaryngolog koncentrowałam się na leczeniu stanów zapalnych w okolicy uszu, nosa lub gardła. Często proces ten polegał na wdrożeniu leków przeciwzapalnych stosowanych doustnie, donosowo, dożylnie, miejscowo i w postaci inhalacji, jak spray do nosa z flutykazonem, irygacje do nosa ze złożonymi sterydami, kremy zawierające prednizolon, solu-medrol (metyloprednizolon) w kroplówce i nebulizatory ze sterydami. Wszystkie te leki działają supresyjnie na układ odpornościowy rozkręcający się w ciele, w którym rozwinął się stan zapalny.

Załóżmy, że leki zawiodły, tak jak to było w przypadku mojej pacjentki z zapaleniem zatok, Sophii. Wtedy sięga się po drastyczniejsze metody, czyli zabiegi chirurgiczne: robimy dziury w ciele pacjentów, żeby zredukować niedrożności wywołane przez stan zapalny, i pomagamy odprowadzić wysięk zapalny. Czasami interweniujemy mechanicznie, modyfikując anatomię tak, aby zmniejszyć nacisk na opuchnięte tkanki. Możemy wprowadzić cewnik przez błonę bębenkową, żeby odciągnąć płyn z zainfekowanego obszaru, wywiercić otwór w kości czaszki, aby uwolnić nagromadzoną pod spodem ropę albo umieścić balon w kanałach dróg oddechowych zwężonych z powodu chronicznego stanu zapalnego.

Farmaceutyki i chirurgia potrafią tymczasowo uciszyć stan zapalny lub zminimalizować jego skutki, trochę tak jak mistrz jujitsu potrafi chwilowo wyeliminować przeciwnika, posyłając go sprawnym taktycznym ruchem na podłogę. Problem w tym, że zaognione tkanki koniec końców znów napuchną, ropa zacznie się gromadzić ponownie. Dociekanie, dlaczego stan zapalny powraca, nie należało do naszych obowiązków jako profesjonalnych medyków.

Kiedy jednak zaczęłam raz odsłaniać kolejne warstwy tej dziwnej cebuli, pytania „dlaczego” nie dawały mi spokoju. Dlaczego układy odpornościowe moich pacjentów, takich jak Sophia czy Sarah, były chronicznie nadaktywnie? Dlaczego komórki, które powinny być zdrowe, wysyłały „sygnały strachu” i inicjowały rekrutację pomocniczych komórek odpornościowych, które pędziły im na ratunek? Nie dostrzegałam ani nie potrafiłam wykryć żadnego oczywistego niebezpieczeństwa, jak infekcja czy otwarta rana– moi pacjenci również. Dlaczego więc tyle komórek wpadło w panikę na swoim mikroskopijnym poziomie?

Siedziałam, zastanawiając się nad wynikami badań Sarah i nad markerami stanu zapalnego, o których wiedziałam, że są silnie skorelowane z występowaniem takich chorób przewlekłych jak cukrzyca, otyłość czy choroby autoimmuno­logiczne. I nagle mnie oświeciło: czy nie było przypadkiem tak, że wszystkie objawy mojej pacjentki, a nie tylko te istotne dla mojej specjalności otolaryngologicznej, były wynikiem stanu zapalnego? Czyżby jeden mechanizm prowadził do wystąpienia wielu różnych stanów chorobowych? Czy różne części ciała pacjentki reagowały nerwowo na to samo niewidzialne zagrożenie? Dziś wniosek ten wydaje się całkowicie logiczny i oczywisty. Badania naukowe wykazały, że chroniczny stan zapalny jest kluczowym czynnikiem pobudzającym rozwój różnorakich chorób i dysfunkcji dotykających różne części ciała, nie tylko uszy, nos i gardło: od nowotworów i choroby układu sercowo-naczyniowego, poprzez choroby autoimmunologiczne, infekcje dróg oddechowych i schorzenia układu pokarmowego, po choroby skóry i zaburzenia neurologiczne. Mimo to współczes­na medycyna instytucjonalna nie promuje zaciekawienia owymi związkami ani nie zachęca do zgłębiania problemu i zadania ważnego pytania: dlaczego stan zapalny w ogóle się pojawił.

W tamtej chwili zdałam sobie sprawę z tego, jak wiele wiem. Odkąd ukończyłam obligatoryjny kurs z histologii i miałam okazję przyglądać się pod mikroskopem setkom preparatów zawierających ludzkie tkanki, byłam pod wrażeniem bez mała czterdziestu trylionów komórek tworzących ludzkie ciało. Czułam respekt przed ich złożonością i tym, że pomimo mikroskopijnych rozmiarów stanowią fundament życia. Bo jesteśmy niewiele więcej niż tylko zbiorem komórek. To one niosą w sobie informacje o życiu. Każda komórka jest mikrokosmosem, w którym gotuje się od aktywności i pracy– a jej wynikiem, mówiąc najprościej, jest nasze życie.

Komórki nie potrafią mówić i nie mogą nam wytłumaczyć, czego się boją. Niemniej jednak, jeśli spojrzymy na wszystko z perspektywy pojedynczej komórki, znajdziemy odpowiedzi na każde pytanie „dlaczego”: odpowiedzi złożone, ale nawet w połowie nie tak zaskakujące, skomplikowane lub specjalistyczne, jak by się mogło nam wydawać.

Po zrezygnowaniu z posady głównej stażystki na OHSU otworzyła się przede mną możliwość dokonania kilku ważnych odkryć. Niczym niezwiązana, mogłam się zająć wypełnianiem luk w nabytej przeze mnie konwencjonalnej wiedzy. Z nowym zapałem zabrałam się do zgłębiania tajników biochemii żywieniowej, biologii komórkowej, biologii układów i sieci fizjologicznych oraz medycyny funkcjonalnej, poszerzając i rewolucjonizując swoje rozumienie zdrowia i choroby. Poznałam dziesiątki innych lekarzy, którzy podobnie jak ja sama zrezygnowali z pracy w renomowanych instytucjach w poszukiwaniu drogi do lepszej, bardziej zaawansowanej medycyny, aby dowiedzieć się, w jaki sposób mogą pomóc swoim pacjentom rzeczywiście wyzdrowieć, zamiast wyłącznie walczyć z objawami. Ponownie natchniona i ożywiona, wkrótce otworzyłam małą poradnię w Pearl District w Portland, z ogromnym zadowoleniem wykonując swoją pracę w pomieszczeniu z wieloma oknami, pełnym światła słonecznego i roślin. Dałam znać kilku kolegom i znajomym, że teraz robię coś zupełnie innego: zamiast oferować pacjentom leczenie chorób, skoncentrowałam się na generowaniu zdrowia. Zamiast walczyć z różnymi dolegliwościami, zawiadując wszystkim z Olimpu współczesnej medycyny jako szanowana chirurg, zamierzałam pracować nad zbudowaniem dobrego zdrowia u samych podstaw poprzez dogłębny wywiad i tworzenie spersonalizowanych planów działania. Wraz z pacjentami mieliśmy kłaść fundament w postaci zdrowego i silnego ciała. Wieści się rozeszły i mój terminarz zaczął się szybko wypełniać.

Wielu pacjentów, tak jak Sarah i Sophia, odwiedzało mnie z całymi pakietami chronicznych, pozornie trudnych w leczeniu dolegliwości. Tym razem jednak zabraliśmy się do problemu z zupełnie innej strony, koncentrując się na podstawowym, komórkowym poziomie. Moim głównym celem było zapewnienie komórkom tego, czego potrzebowały, żeby wykonywać swoją pracę, oraz usunięcie tego, co je blokowało. Skupiałam się na modyfikacjach diety, zmianie stylu życia i ogólnie pojętym wspieraniu komórek. Wyniki osiągane przez moich pacjentów były różne– często dochodziło do prawdziwej przemiany. Nieustępliwe problemy, jak przybieranie na wadze, zła jakość snu, ciągły ból, choroby przewlekłe, wysoki poziom cholesterolu we krwi, a nawet problemy z płodnością zaczynały się rozwiązywać, czasem w ciągu tygodni, a czasem w ciągu miesięcy. Stan zapalny stopniowo znikał, aby już nigdy nie powrócić. Chorzy często byli w stanie zredukować, a nawet częściowo wyeliminować niektóre przyjmowane leki. Pracujący nad sobą pacjenci, którym miałam przywilej pomóc, ponownie odnaleźli w życiu nadzieję i optymizm. Często osiągali naprawdę dobre wyniki, robiąc znacznie mniej niż dotychczas: postępując odwrotnie do wbitego mi w głowę schematu polegającego na dodawaniu kolejnych leków i kolejnych interwencji chirurgicznych.

Praktykując medycynę w ten nowy sposób, dowiedziałam się i nauczyłam wielu rzeczy. Przekonałam się, że rzeczywiście, stan zapalny– prowadzący do zachorowań, bólu i cierpienia– wynika z pojawiających się wewnątrz komórek podstawowych zaburzeń, które wpływają na ich funkcjonowanie, przekazywanie odpowiednich sygnałów i ich replikację. Stało się jasne coś jeszcze: jeśli naprawdę chcemy przywrócić ciału i duszy dobre zdrowie, musimy zejść o jedno piętro niżej niż stan zapalny i zająć się tym, co dzieje się we wnętrzu naszych komórek.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

[2] Inaczej SCDS od ang. semicircular canal dehiscence, czyli zespół SCD lub zespół rozejścia się kanału półkolistego. Jest to rzadka choroba otolaryngologiczna dotykająca 1–2% populacji, charakteryzująca się objawami w postaci autofonii (słyszenia dźwięków wydawanych przez własne ciało, zwłaszcza ruchów gałek ocznych i krążenia krwi), zawrotami głowy, szumami usznymi, migrenami, mgłą mózgową, niepokojem, wyczerpaniem psychicznym i hiperakuzją (odbieraniem codziennych dźwięków jako znacznie głośniejsze niż powinny być).

[3] Wyrostek uformowany w tylnej dolnej części kości skroniowej. Rozwija się z wiekiem i jest miejscem przyczepu ważnych mięśni twarzy. Objawem stanu zapalnego najczęściej są ból ucha zlokalizowany za małżowiną, a także zaburzenia słuchu, wysięk z ucha, bóle głowy, gorączka i obrzęk oraz zaczerwienienie skóry nad wyrostkiem sutkowatym.

 

 

 

 

Tytuł oryginału: GOOD ENERGY: THE SURPRISING CONNECTION BETWEEN METABOLISM AND LIMITLESS HEALTH by Casey Means and Calley Means.

 

Copyright © 2024 by Good Energy Health LLC

Copyright for the Polish edition © 2025 by Grupa Wydawnicza FILIA

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2025

 

Projekt okładki: © Caroline Johnson

Zdjęcie na okładce: © xorosho / Getty images

Zdjęcie autorki: © Maegan Alys Photography

 

Redakcja i korekty: CHAT BLANC Anna Poinc-Chrabąszcz

Skład i łamanie: Hanna Wiechecka

Redaktor prowadząca: Małgorzata Ochab

PR i Marketing: Margareta Wysocka

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

eISBN: 978-83-8402-219-1

 

 

 

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Seria: FILIA NA FAKTACH