Najlepsze, co mnie spotkało - Agata Przybyłek - ebook + książka

Najlepsze, co mnie spotkało ebook

Agata Przybyłek

4,4

Opis

Wzruszająca opowieść o tym, że czasami, by móc patrzeć z nadzieją w przyszłość, trzeba uporać się z własną przeszłością.

Olga wyjeżdża na wakacje na Podhale. Ma zamieszkać u ojca, z którym od lat nie utrzymuje kontaktu. Od rozwodu rodziców Olga nie potrafi mu wybaczyć ani nie chce znać jego nowej rodziny. Wszystko wskazuje na to, że będzie to najgorsze lato w jej życiu. Do czasu, gdy na jej drodze pojawia się Janek – młody góral, który pracuje w restauracji na Kasprowym Wierchu. Okazuje się jednak, że nie tylko Olga ma za sobą trudną historię...

Rodzące się uczucie zostanie wystawione na niejedną próbę, ponieważ Olga odkryje pewną rodzinną tajemnicę, która nią wstrząśnie. Czy miłość jest w stanie przetrwać wszelkie przeciwności? I czy krzywdy sprzed lat​ można wybaczyć?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 380

Rok wydania: 2019

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (366 ocen)
226
84
46
10
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Kazia1234

Oceń książkę

polecam
00
Kornczak24

Oceń książkę

Cudna i bardzo emocjonującą
00
ReKa1955

Oceń książkę

Błędy w tekście, literówki. Ale książka ciekawa.
00
YvetteB-oik

Oceń książkę

Kolejna piękna i wzruszająca historia.
00
magdaglowienka

Oceń książkę

Podobała mi się ta historia na tle gór. Choć nie była za wesoła. na minus to to , że rozwój pewnej miłości jest taki jak w "siedmiu cudach" autorki
00

Popularność




Copyright © Agata Przybyłek, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Kamila Markowska / panbook.pl

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki: Anna Damasiewicz

Fotografia na okładce: © Nikolina Petolas / Trevillion Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-7976-190-6

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Dedykuję tę powieść Ukochanemu,

któremu uwielbiam powtarzać,

że jest najlepszym, co mnie spotkało.

Tylko przez miłość odrodzi się świat.

Tadeusz Borowski

Olga

Pociąg stał na stacji Kraków Płaszów już prawie od godziny, a z głośnika zamontowanego w przedziale nie popłynął dotąd żaden komunikat zawierający choćby słowo wyjaśnienia. Zegarek wskazywał parę minut po piątej rano. Pasażerowie coraz bardziej się denerwowali. Nie było nic przyjemnego w siedzeniu w zatłoczonym wagonie, który utknął gdzieś pośrodku drogi do celu. Irytowała także niepewność, czy pociąg w ogóle ruszy, a jeśli tak, kiedy to nastąpi.

Olga siedziała z nogami podciągniętymi pod klatkę piersiową. Opierała pięty o fotel i wpatrywała się w ludzi, którzy stali na peronie. Kilkoro z nich trzymało na rękach rozespane dzieci owinięte kolorowymi kocami, wielu rozglądało się dookoła, nerwowo ściskając w dłoniach rączki od walizek. Kilkanaście minut temu obsługa pociągu wyprosiła pasażerów sąsiedniego wagonu na peron. Coś się w nim zepsuło i zamierzano wymienić go na nowy. A przynajmniej tyle Olga zdołała wydedukować dzięki swoim obserwacjom.

– Polskie koleje powolne – skomentowała zaistniałą sytuację siedząca naprzeciwko Olgi kobieta. Była na oko po sześćdziesiątce. Jechały w tym samym w przedziale od początku wyprawy. – Już nawet nie pamiętam, kiedy pociąg, którym podróżowałam, dotarł na miejsce zgodnie z rozkładem.

Olga przejechała dłonią po włosach, które jakiś czas temu związała w ciasny kok na czubku głowy. Nie wyglądały już tak świeżo jak wieczorem, gdy zaczynała podróż.

– Najgorsze jest to, że obsługa pociągu nie ma żadnego szacunku do podróżnych – ciągnęła kobieta. – Co by im szkodziło uraczyć nas kilkoma słowami wyjaśnienia?

– Nie liczyłabym na to – wtrąciła siedząca przy drzwiach blondynka. Przez większość drogi spała wtulona w ramię swojego chłopaka. Miała na sobie za dużą bluzę dresową, a jej nogi nakrywał cienki koc, ponieważ pomimo początku wakacji w wagonie nie było za ciepło. Podobnie jak Olgę i resztę podróżnych, obudził ją dopiero hałas dochodzący z sąsiedniego wagonu – uporczywe stukanie w podwozie pociągu metalowymi narzędziami. Teraz siedziała na zielonym fotelu, opierając głowę o wyprofilowany zagłówek. Jej chłopak kilka minut temu wyszedł na papierosa.

– Ciekawe, czy w ogóle dojedziemy na miejsce – mruknęła starsza pani. – Na razie raczej się na to nie zanosi.

– Zastanawia mnie, co tam się stało – powiedział jej kilkunastoletni wnuk. – I dlaczego ta naprawa tak długo trwa.

– Podobno zepsuła się klimatyzacja – odpowiedział mu chłopak blondynki, który właśnie wrócił do przedziału.

– Tak? – Spojrzenia wszystkich podróżnych natychmiast powędrowały w jego stronę.

– Skąd wiesz?

– Rozmawiałem z facetem, który podróżował w tamtym wagonie. – Chłopak usiadł na swoim miejscu. – Podobno obsługa pociągu ma zamiar wymienić go na nowy.

– W takim razie pewnie postoimy tu jeszcze z godzinę albo dwie – jęknęła starsza pani, ponownie wyglądając przez okno. Jej policzki, a zwłaszcza obszar wokół nosa, mieniły się w świetle zamontowanej pod sufitem lampki, natomiast włosy już dawno wymknęły się z klamry wpiętej z tyłu głowy. Jej wygląd nie był jednak w tych warunkach niczym wyjątkowym. Wszyscy podróżni z tego przedziału jechali już przynajmniej kilka godzin i starali się choć trochę pospać. Nikt nie prezentował się najlepiej. Pociąg zaczynał trasę parę minut po dziewiętnastej i po prawie całej nocy spędzonej w mało wygodnych fotelach każdy był już bardzo zmęczony. Tym bardziej że w warunkach, jakie oferowała spółka kolejowa, zapadnięcie w twardy sen graniczyło z cudem. Nie mówiąc już o powtarzających się kradzieżach, które zmuszały pasażerów do czuwania i pilnowania swoich rzeczy.

– Chyba ruszamy – zauważył nagle siedzący obok starszej pani nastolatek.

– Rzeczywiście – przytaknęła mu blondynka, gdy lokomotywa szarpnęła składem i ich wagon zaczął sunąć do przodu. – Tylko dlaczego jedziemy w drugą stronę?

– Racja. Chyba przyjechaliśmy z innej?

– Ten wagon, który się zepsuł, znajdował się zaraz za nami – wyjaśnił chłopak blondynki. – Pewnie musimy odjechać, żeby można było ściągnąć go na bocznicę i podczepić w to miejsce nowy.

– Nie łatwiej by było doczepić go na końcu składu, a nie robić takie zamieszanie? – jęknęła dziewczyna i zerknęła na wyświetlacz komórki, którą przez niemal całą podróż ściskała w dłoni. – W tej chwili mamy już prawie półtorej godziny opóźnienia.

– Nie ma co liczyć na to, że dotrzemy do Zakopanego przed dziewiątą. – Starsza pani spojrzała na nią. Sięgnęła po stojącą na rozkładanym stoliczku butelkę z wodą i upiła z niej kilka łyków. Oldze było nieco żal współpasażerki. Dla kobiety w tym wieku podróż mogła okazać się o wiele bardziej męcząca niż dla młodych.

– Powinniśmy dostać jakąś rekompensatę za to zamieszanie – mruknęła blondynka.

Olga westchnęła.

– Pewnie możemy o tym tylko pomarzyć.

– Dlaczego?

– Chyba nietrudno zauważyć, że obsługa pociągu ma nas w nosie? – odparował nastolatek. – Skoro nie uraczono nas do tej pory nawet wyjaśnieniami, co tu się wyprawia, to możemy zapomnieć o jakiejkolwiek rekompensacie.

Blondynka nie podjęła tematu. Wtuliła się w ramię swojego chłopaka i przymknęła oczy.

– Zadzwonię do Krzyśka. – Starsza pani sięgnęła do torebki po komórkę. – Powiem mu, że nie musi się zrywać o świcie, żeby przyjechać po nas na dworzec. Może dłużej pospać.

– Wątpię, czy będzie szczęśliwy, gdy obudzisz go o piątej rano – zauważył nastolatek.

– E tam! – Kobieta machnęła ręką i podniosła się, a następnie zaczęła przeciskać w stronę wyjścia na korytarz. Nie należało to do najłatwiejszych zadań, bo w przedziale było dość ciasno, a na podłodze leżały plecaki, buty i puszki po napojach. Kosz pod oknem już dawno zapełnił się śmieciami, wiec zabrakło tam na nie miejsca.

Kiedy wyszła, nastolatek utkwił wzrok w trzymanej na kolanach książce i zaczął czytać.

– Kiedyś na pewno dojedziemy na miejsce. – Olga wysiliła się na optymizm. – Zawsze mogło być gorzej.

– Nie wiem, co okazałoby się gorsze od czternastu godzin spędzonych w pociągu – jęknęła rozdrażniona blondynka. – Z takim opóźnieniem na pewno nie pojedziemy krócej.

– Zawsze to nasz wagon mógł się zepsuć i to my moglibyśmy stać teraz rozespani na peronie.

– Właściwie…

– Nie marudź. – Chłopak pogłaskał ją po ręce. – Gdy już w końcu dotrzemy na miejsce, piękne widoki zrekompensują nam wszystko.

– Oby.

– Jeżeli chcesz, to śpij dalej, a ja obudzę cię, gdy już dotrzemy na miejsce.

– W takich warunkach na pewno nie zmrużę oka.

– Spróbuj. – Pocałował ją w czoło.

Wszystkim powoli zaczynały puszczać nerwy, więc w zachowaniu dziewczyny nie było nic dziwnego. Olga też czuła już irytację z powodu tej sytuacji, choć nie chciała dać tego po sobie poznać.

– Na długo jedziecie w góry? – zagadnęła chłopaka, żeby nieco rozluźnić atmosferę.

– Na dwa tygodnie.

– Rekreacyjnie, żeby wypoczywać czy zamierzacie chodzić po górach?

– Chcemy połączyć i jedno, i drugie. Planujemy zdobyć kilka szczytów, a później odpoczywać, mocząc się w wodach termalnych i wygrzewając w słońcu.

– Dobry plan.

– Też mam taką nadzieję.

– Zarezerwowaliście nocleg wcześniej czy będziecie szukać czegoś na miejscu? – Olga poruszyła się lekko w fotelu. Od siedzenia z podkurczonymi nogami bolały ją już trochę kolana. Nie mogła znaleźć sobie jednak żadnej wygodniejszej pozycji. Po tylu godzinach jazdy marzyła tylko o tym, by opuścić ten przedział. Miała wrażenie, że boli ją każdy mięsień i każda kosteczka.

– To nie pierwszy taki nasz wyjazd, więc mamy sprawdzoną miejscówkę.

– W samym Zakopanem?

– Tak, na Harendzie. Ale to nie żaden duży pensjonat. Starsza kobieta wynajmuje kilka pokojów turystom.

– Rozumiem.

– A ty na długo jedziesz?

Zamiast od razu odpowiedzieć, Olga przeniosła wzrok na budynki, które znajdowały się za oknem.

– Cóż. – Westchnęła po chwili. – Można powiedzieć, że sytuacja jest rozwojowa – mruknęła wymijająco. Prawda była taka, że wcale nie chciała jechać w góry i nie wiedziała, ile tam zabawi.

Robert

Robert leżał w łóżku obok żony, jednak zamiast spać tak jak ona, już od kilku godzin wpatrywał się w sufit. Sypialnię spowijał mrok. Mimo iż pogodynka informowała w dzisiejszej wieczornej prognozie pogody o pełni, z okna sypialni nie widać było księżyca, jedynie zasnute chmurami niebo.

Może i dobrze, pomyślał. Ewa nie lubiła pełni i podczas takich nocy kilkakrotnie się budziła, a rano bolała ją głowa. Przynajmniej dziś spokojnie spała.

Leżała odwrócona do Roberta tyłem i cicho pochrapywała. Choć zwykle zasypiała na wznak albo przytulając się do jego ramienia, po kilku godzinach zawsze przekręcała się na bok i budziła w tej właśnie pozycji. Jej ciało i połowę twarzy nakrywała kołdra powleczona jasną poszewką, spod której wystawały właściwie tylko oczy, czoło i ciemne włosy. Ewa od kilku lat regularnie skracała je do ramion.

W powietrzu unosił się zapach drewna i żywicy. Wszystkie cztery ściany sypialni obite były jasnymi deskami, pod sufitem natomiast znajdowały się pociągnięte ciemną farbą belki. Drewno leżało też w koszyku obok znajdującego się w rogu kominka i to chyba ono pachniało najintensywniej. Choć był środek czerwca, Robert przyniósł je do sypialni kilka dni temu. W zeszłym tygodniu kupił od sąsiada kilka metrów drzewa na opał, by nie podgrzewać wody energią elektryczną, i przez następne dni zawzięcie je rąbał. Nie miał nikogo do pomocy, więc odczuwał to teraz w ramionach i plecach. Gdyby mieszkali w mieście, mógłby pomyśleć o znalezieniu masażysty. Tutaj, na wsi, graniczyło to z cudem.

Gdy uprzątnął podwórko po skończonej pracy, pomyślał, że kilka drewienek ładnie wyglądałoby w koszyku przy kominku. Odszukał więc w budynku gospodarczym stary, pleciony z trzciny kosz na zakupy, oczyścił go i przyniósł do sypialni. Tak naprawdę chciał tym drobnym gestem sprawić przyjemność Ewie. Miała duszę romantyczki i cieszyły ją takie drobnostki. A on lubił ją uszczęśliwiać.

Byli z Ewą małżeństwem już od sześciu lat. Poznali się na szkoleniu dla pracowników firmy produkującej kosmetyki. Robert pracował jako przedstawiciel handlowy i został wysłany do Warszawy, by podnieść swoje kompetencje w kontaktach z klientami. To Ewa prowadziła tamte warsztaty. Kilka lat wcześniej ukończyła psychologię organizacji i zarządzania oraz zrobiła podyplomówkę z kosmetologii. Była świetną mówczynią i nadawała się do prowadzenia szkoleń.

Jednak wcale nie jej kompetencje zwróciły uwagę Roberta. Już od początku spotkania nie mógł oderwać wzroku od jej smukłej figury, którą opinała elegancka, aczkolwiek podkreślająca krągłości sukienka, oraz pełnych ust i niebieskich oczu. Ewa miała magnetyczne spojrzenie i nawet teraz, mimo upływu czasu, mógłby bez końca wpatrywać się w jej tęczówki. Niejednokrotnie myślał, że ten widok chyba nigdy mu się nie znudzi.

W przerwie obiadowej podczas szkolenia Robert przysiadł się do jej stolika. Była tym faktem zaskoczona. Sądziła chyba, że chciał z nią skonsultować kwestię dotyczącą kompetencji interpersonalnych, o których opowiadała przez ostatnie godziny i z początku rzeczywiście to był główny temat ich rozmowy. Szybko jednak zaczęła ona dotyczyć mniej służbowych zagadnień. Nim przerwa dobiegła końca, oboje zanosili się śmiechem, nie mogąc oderwać od siebie wzroku.

Po zakończonym szkoleniu wymienili się wizytówkami i już kilka dni później, gdy Robert wracał z wizyty u jednego z klientów, którego sklep miał siedzibę w małym miasteczku pod Warszawą, umówili się na kawę. Ewa nie była zaskoczona faktem, że do niej zadzwonił i z radością przyszła do zaproponowanej przez niego kawiarni. Spędzili w niej wtedy kilka godzin, a kiedy odprowadził ją do samochodu, od razu umówili się na następne spotkanie.

– Może w kolejny weekend? – zaproponowała, z nadzieją patrząc mu w oczy.

– Dobrze. Mam wolną sobotę – zgodził się bez wahania. – Nie ma na co czekać – dodał, a potem rozstali się niespiesznie i przez całą drogę powrotną do domu Robert nie mógł wyprzeć z głowy myśli, że chciałby w przyszłości żegnać ją nie tylko uśmiechem i krótkim „dobranoc”, ale i pocałunkiem.

Wspominając tamten wieczór, przekręcił się teraz na bok i ułożył twarzą do śpiącej żony. Choć panujący w sypialni mrok nie pozwalał mu dostrzec jej sylwetki, czuł bijące od niej ciepło i lekko się uśmiechnął. Ewa była najlepszym, co go spotkało i darzył ją wielką miłością. Jeżeli kiedykolwiek uważał się za szczęśliwego człowieka, teraz wiedział, że był wtedy w błędzie – dopiero żeniąc się z Ewą, poznał, czym jest pełnia szczęścia. Dopełniła jego życie i bez niej odczuwałby niewyobrażalną pustkę.

Myśląc o tym, wyciągnął ku niej rękę i musnął lekko jej włosy. Żałował tylko jednego – że zanim mogli wziąć ślub i przeprowadzić się w góry, tak wiele musiała przez niego wycierpieć. Jego rozwód z pierwszą żoną dla nikogo nie był przyjemny. Gdyby tylko mógł cofnąć czas, chciałby jej tego oszczędzić. Zresztą nie tylko jej, ale im wszystkim. Nie widział jednak sensu, by kolejny raz się nad tym roztkliwiać. A już na pewno nie teraz.

Zamiast tego pomyślał o Oldze, którą miał za kilka godzin odebrać z Dworca Głównego w Zakopanem. Gdyby skonsultowała z nim swój przyjazd wcześniej, zasugerowałby, żeby kupiła bilet do Nowego Targu lub Poronina, by nie musiał rano przebijać się przez korki, ale córka nie raczyła do niego zadzwonić.

Właściwie to wcale jej się nie dziwił. Ich relacje już od kilku długich lat nie należały do najlepszych i to głównie przez niego. Nigdy nie był dla Olgi najlepszym ojcem. Kochał ją, jednak jego zachowanie niewiele miało wspólnego z czułością. Może i nauczył córkę jeździć na rowerze, chadzał na większość szkolnych uroczystości, w których brała udział, ale to jedyne dowody miłości od niego. Z biegiem lat to wszystko stawało się tylko trudniejsze. O ile umiał zrozumieć dziecko, tak problemów dorastającej nastolatki nie potrafił pojąć. Wolał trzymać się z daleka od świata kosmetyków, ubrań, piszczących przyjaciółek i pierwszych nastoletnich miłości, choć właściwie nie był pewny, czy takie przeżywała. Rozmowy z Olgą zaczęły ograniczać się do wymieniania suchych faktów na temat tego, co dzieje się w świecie albo pytań o szkołę i postępy w nauce.

A kiedy Robert odszedł od niej i jej matki, ich relacja całkowicie się popsuła. Widywali się jedynie od święta, a z czasem nawet i to zamienili na krótkie rozmowy telefoniczne, ograniczające się do suchych życzeń. W dodatku nie zawsze szczerych, przynajmniej ze strony córki.

Robert wiedział, że Olga ma do niego żal, ale nic nie mógł poradzić na to, jak potoczyło się jego życie. A może mógł, tylko wcale nie chciał? Myśląc o tym, na chwilę przymknął oczy. Ostatnio stał się dziwnie refleksyjny. Może to już kryzys wieku średniego?

Jeszcze rok temu zupełnie nie martwił się dorosłą córką. Całą uwagę poświęcił nowemu życiu i związanymi z nim obowiązkom. Wystarczała mu wiedza, że Olga poszła na studia i całkiem dobrze sobie na nich radzi. Była mądrą dziewczyną, dlatego wróżył jej sukces w każdym zawodzie, jakiego by nie wybrała. Co prawda dziennikarstwo trochę go zaskoczyło, jednak zachował swoje przemyślenia dla siebie. Kogo obchodziłoby jego zdanie?

Teraz natomiast, leżąc w łóżku i nie mogąc zasnąć, przygotowywał się do jej przyjazdu. Ależ ten los bywał przewrotny… Robert już od kilku dni czuł podenerwowanie związane z wizytą córki i nie mógł na niczym się skupić. Jego myśli ciągle krążyły wokół jej osoby. Ostatni raz widział Olgę trzy lata temu z okazji świąt Bożego Narodzenia. Pewnie bardzo się od tamtego czasu zmieniła.

Wrócił wtedy w rodzinne strony, by odwiedzić rodziców i siostrę, więc z rozpędu zajrzał również do niej. Nie była zachwycona jego widokiem, ale też nie spodziewał się żadnej innej reakcji. Była żona co prawda zaprosiła go na herbatę, jednak odmówił, i przełamali się opłatkiem w korytarzu. Na odchodne wepchnął córce do kieszeni trzysta złotych, po czym wymówił się kolejnymi zobowiązaniami i uciekł stamtąd jak najszybciej. Gdy teraz o tym myślał, było mu wstyd. Kiedy stał się takim tchórzem?

Z perspektywy czasu żałował, że to wszystko tak się potoczyło. Gdyby mógł coś zmienić w swoim życiu, na pewno zawalczyłby o relację z córką. Nie dopuściłby do tego, by się od niego oddaliła i spróbowałby utrzymać z nią choćby słaby kontakt. Ale co zmieniało jego gdybanie? Jedną z wielu rzeczy, których nauczyło go życie, było to, że należy brać odpowiedzialność za swoje decyzje. I że zawsze przychodzi taki czas, gdy trzeba zmierzyć się z ich konsekwencjami.

Janek

Budzik zadzwonił punktualnie o piątej czterdzieści. Jak co rano Janek wyciągnął rękę po leżący na szafce obok łóżka telefon, by wyłączyć go, nim dźwięki rockowej piosenki obudzą śpiącego za ścianą ojca. Po chwili odszukał smartfona i przesunął palcem po ekranie, a następnie usiadł na łóżku. Kilkakrotnie zamrugał zaspanymi powiekami, chcąc przyzwyczaić oczy do światła. Jego jasne włosy sterczały w nieładzie, więc przeczesał je ręką. Ostatnio sypiał tylko w koszulce na krótki rękaw i samych bokserkach, bo choć nie nadeszła jeszcze największa tego lata fala upałów, na poddaszu było już wyjątkowo gorąco. Nim odrzucił kołdrę na bok, przeciągnął się powoli i dopiero po tym opuścił łóżko.

Pomimo zasłoniętych rolet w pokoju było już zupełnie jasno. Janek zaczął od odsłonięcia okna i przez chwilę patrzył na znajdujący się kilkanaście metrów dalej dom sąsiadów. Była to trzypiętrowa drewniana chałupka pokryta gontem. Od kilku lat nikt jej nie remontował, więc nie prezentowała się najładniej. Mimo wszystko lubił co rano na nią zerknąć. Pasowała do rozciągającego się z okna podhalańskiego krajobrazu.

Janek oderwał wzrok od chałupy i obrócił się do ściany. Otworzył drewnianą szafę i zanurkował do niej w poszukiwaniu czystych ubrań. Zdecydował się na jasne jeansy oraz szarą, bawełnianą koszulkę. Po ubraniu się, odłączył od ładowarki telefon i opuścił sypialnię. Ruszył do kuchni. Swoim codziennym zwyczajem najpierw włączył radio, a dopiero potem wstawił wodę na herbatę i zrobił sobie kanapki.

Jak co dzień zjadł śniadanie sam. Ojciec wstawał dopiero wpół do siódmej, podczas gdy on musiał być już wtedy w drodze do pracy. Dojazd do Kuźnic zajmował mu codziennie około czterdziestu minut, choć trasa liczyła zaledwie osiemnaście kilometrów. Przy wjeździe do Zakopanego niemal zawsze były korki, zwłaszcza gdy do miasta zjeżdżali turyści, więc zdążył się już do tego przyzwyczaić i wstawanie przed szóstą nie było dla niego przeżyciem traumatycznym, jak mawiała w przeszłości jedna z jego kuzynek. Zresztą Janek nigdy nie należał do grona śpiochów. Nie zamierzał przespać swojego życia. Chciał je przeżyć.

Po zjedzeniu śniadania zaszył się na parę chwil w łazience, a potem zarzucił na siebie cienką bluzę. Schował do kieszeni leżące na szafce w korytarzu klucze i dokumenty. Wyszedł na dwór i napełnił płuca świeżym powietrzem. O tej porze było dość rześko, a trawę zdobiła połyskująca w słońcu rosa. Dookoła panowała cisza, którą mąciło jedynie niegłośne beczenie owiec hodowanych przez sąsiada. Janek uwielbiał te poranne odgłosy i nie zamieniłby ich na żadne inne.

Dom, w którym mieszkał z ojcem, znajdował się przy bocznej drodze odchodzącej od głównej ulicy we wsi. Wiodła ona kilkaset metrów w dół od właściwych dla wsi zabudowań, przez co zwykle nie słyszeli hałasu przejeżdżających przez wioskę samochodów ani innych odgłosów codziennego życia mieszkańców. Za ich podwórkiem rozciągały się już tylko łąki, a dalej las. Czasem ojciec żartował, że mają tutaj jak u Pana Boga za piecem. Wraz z wiekiem Janek coraz chętniej przyznawał mu rację.

Nim wsiadł do samochodu, zerknął jeszcze na malującą się za domem panoramę Tatr. Miejscowość, w której mieszkał, była położona dziewięćset metrów nad poziomem morza, przez co widok na góry z tego miejsca czasem zapierał dech w piersi. A przynajmniej tak mawiali turyści. Ośnieżone szczyty połyskiwały w słońcu, górując nad zielenią lasu, który przysłaniał widok na leżące u podnóża Tatr Zakopane.

Zapowiadał się pogodny dzień, co jednocześnie ucieszyło i zmartwiło Janka. Choć nie zaczęły się jeszcze wakacje, pogoda dopisywała. W związku z tym do Zakopanego już teraz zjechały rzesze turystów i miał w pracy pełne ręce roboty. Był kucharzem w restauracji usytuowanej na szczycie Kasprowego Wierchu i w takie dni, jak ostatnio, po skończeniu swojej zmiany po prostu padał z nóg. Podobno Kasprowy Wierch odwiedza rocznie około miliona turystów, z czego spora część korzysta z restauracji. Łatwo sobie wyobrazić, ile miał pracy w sezonach turystycznych.

Mimo wszystko Janek nie zamieniłby tego zajęcia na żadne inne. Lubił świadomość, że pracuje w najwyżej położonym lokalu gastronomicznym w kraju i uwielbiał dojeżdżać do restauracji kolejką linową. Z czasem przestało co prawda być to tak ekscytujące, jak na samym początku, ale nadal kochał rozciągające się z Kasprowego i kolejki widoki. Wynagradzały mu bieganinę po kuchni oraz zmęczenie. Wyciszały i pozwalały złapać oddech.

Janek przyglądał się Tatrom jeszcze przez kilka chwil, aż w końcu ruszył przez podwórze w stronę samochodu. Wsiadł do środka i odpalił silnik, a potem zapiął pasy i udał się w drogę do Kuźnic. Wyjeżdżając z miejscowości, jak co rano spojrzał na stojący tuż za kościołem dom, a właściwie niewielkie okienko pod dachem i głośno westchnął. Mimo upływu czasu to miejsce nadal budziło w nim wiele wspomnień. Ciekawe, czy kiedykolwiek będzie w stanie minąć je obojętnie.

Olga

Olga wpatrywała się w strzeliste świerki rosnące wzdłuż torów kolejowych, gdy głośnik zamontowany nad drzwiami do przedziału zatrzeszczał i popłynął z niego męski głos.

– Szanowni podróżni, zbliżamy się do stacji Zakopane. Uprzejmie prosimy o zabranie swoich bagaży i przygotowanie się do wyjścia. Pociąg ma sto osiemdziesiąt minut opóźnienia, za co serdecznie przepraszamy. Dziękujemy za miłą podróż i skorzystanie z usług naszej spółki. Życzymy udanego pobytu.

– No wreszcie – jęknęła starsza pani, słysząc komunikat i spróbowała rozprostować nogi. Przez ostatnie kilkadziesiąt minut podróży nie mogła już usiedzieć w miejscu. Chciała jak najszybciej wysiąść, podobnie jak inni pasażerowie.

– Chowaj już tę książkę do torby i zbieraj się do wyjścia. – Spojrzała na podróżującego z nią nastolatka.

Chłopak posłusznie pokiwał głową i zaczął pakować porozkładane wokół siebie rzeczy. Olga obserwowała go przez kilka chwil, ale w końcu ziewnęła przeciągle i też przystąpiła do uprzątnięcia swojego miejsca. Wyciągnęła spod siedzenia nieduży plecak i upchnęła do niego opróżnioną do połowy butelkę wody oraz poduszkę podróżną. Następnie odłączyła od telefonu słuchawki, które przez ostatnie kilkadziesiąt minut jazdy miała w uszach, i zwinęła je, po czym wrzuciła do torebki.

– Zdejmiesz naszą walizkę? – zwróciła się do swojego chłopaka rozespana blondynka i zaczęła składać koc, którym dotychczas była przykryta. Miała rozczochraną fryzurę, a na jej twarzy nie było już ani śladu makijażu, który zrobiła sobie przed podróżą.

– Jasne. – Chłopak podniósł się z fotela i zrobił, o co prosiła. Zdjął walizkę z półki, a następnie wystawił ją na korytarz, bo w przedziale nie było już na nią miejsca.

– Tak się cieszę, że w końcu dotarliśmy na miejsce – szepnęła blondynka, a on nachylił się do niej i pocałował ją w usta.

Olga odwróciła od nich wzrok i pochyliła się ku podłodze, by odnaleźć swoje buty. Zazdrościła im tej radości. Ona wcale nie chciała tu być. Co prawda uwielbiała Tatry, widok górujących nad ziemią szczytów budził w niej przyjemne uczucia i wprowadzał w dobry nastrój, jednak okoliczności przyjazdu sprawiały, że nie czuła ekscytacji. Ani nawet cienia radości. Wcale nie chciała widzieć się z ojcem. Od czasu jego rozwodu z matką czuła do niego żal i niechęć. Choć minęło już kilka lat, to nigdy się nie zmieniło i wątpiła, że kiedykolwiek się zmieni. Prawdę mówiąc, ojciec ostatnio niemal przestał dla niej istnieć. Gdyby to od niej zależało, zrezygnowałaby nawet z tych telefonów z życzeniami w Wigilię czy Wielkanoc. Nie chciała jednak sprawiać przykrości matce, której bardzo zależało, by utrzymywała z nim kontakt. Nawet jeśli nie dobry, to chociaż jakikolwiek. Starała się więc przynajmniej stwarzać pozory.

Olga westchnęła. No właśnie, to przez mamę znalazła się w tym pociągu. Przez ostatnie kilka dni bardzo żałowała, że uległa jej w tej kwestii, jednak słowo się rzekło i nie mogła już tego odkręcić.

– Może jednak zostanę w domu, co? – próbowała coś wskórać podczas jednej z ich ostatnich rozmów. Siedziała na łóżku w sypialni matki, podczas gdy ta pakowała się na wyjazd do sanatorium. – Naprawdę chcesz, żeby zaglądała tutaj sąsiadka, kiedy możesz zostawić w domu dorosłą córkę?

– Olga… – Edyta popatrzyła na nią łagodnie, po czym odłożyła na materac trzymane w dłoni rzeczy i przysiadła się do córki. – Rozmawiałyśmy już o tym wiele razy. – Dotknęła jej ręki. – Dla mnie zawsze będziesz dzieckiem i nie chcę, żebyś spędziła całe wakacje sama.

– Nie będę sama. Dookoła mieszkają przecież ludzie. Zresztą mam tu przyjaciółkę, nie pamiętasz? I mogłabym zaprosić koleżanki ze studiów.

– Na trzy miesiące?

– Myślałam raczej o jakimś weekendzie, ale…

– Olga. – Edyta ścisnęła jej rękę, uśmiechając się przy tym serdecznie. – Zobaczysz, będzie dobrze.

– Łatwo ci mówić.

– Może nie wyszło nam z Robertem, ale to nadal twój ojciec. Chciałabym, żebyś miała z nim kontakt. Rozumiem, dlaczego go odtrącasz, ale nie jesteś już dzieckiem i może to dobry czas, żebyś spróbowała mu wybaczyć?

Olga spojrzała jej w oczy.

– Wiem, że ci na tym zależy, mamo. Po prostu mam coraz więcej wątpliwości.

– Opowiesz mi o nich?

Olga przez chwilę milczała.

– Może to wszystko powinno odbywać się przy użyciu metody małych kroków? – odezwała się w końcu. – No wiesz, najpierw częstsze telefony i e-maile, potem krótkie spotkania na neutralnym gruncie… Mam wakacje przez trzy miesiące, a nie widziałam się z ojcem od kilku lat. Jak coś nie wyjdzie, wszyscy będziemy się tam ze sobą tylko męczyć.

– Co ma nie wyjść?

– Oj, wiele rzeczy, mamo, nie udawaj, że nie wiesz. On ma teraz inną rodzinę, nie znamy jego nowej żony, nie wiemy, jaka jest. A jeśli to jakaś zołza i będzie się na mnie wyżywać?

Edyta roześmiała się głośno.

– Czyżbyś w dzieciństwie zbyt wiele razy oglądała Kopciuszka?

– Nie bawi mnie to. – Olga spojrzała na nią surowo.

Pod wpływem jej wzroku Edyta znów spoważniała.

– Ewa na pewno nie jest taka zła.

– Za bardzo wierzysz w ludzi, mamo. Nie wszyscy są dobrzy.

– Kochanie… – Edyta znów pogłaskała jej rękę. – Wiem, że nasuwa ci się mnóstwo wątpliwości przed tym wyjazdem i wierz mi, ja też je mam. Nie wiem, czy dobrze robimy, ale nie bez powodu zwykło się mówić, że nie nauczysz się pływać, jeśli nie skoczysz na głęboką wodę.

– Nie umiem pływać – zauważyła Olga.

– Może czas to zmienić?

– Chciałabym być taką optymistką jak ty.

– Nic trudnego. – Edyta podniosła się z łóżka i wróciła do pakowania rzeczy do walizki. – Trochę praktyki i opanujesz to do mistrzostwa. – Upchnęła do środka złożoną bluzkę.

– Naprawdę musisz wyjechać do tego sanatorium aż na kilka miesięcy? – Olga spojrzała na nią smutno.

– Mówiłam ci już, co zdiagnozował lekarz. Na mojej krtani pojawiło się kilka nowych guzków. Nie mogę tak tego zostawić.

– Przecież wiem, tylko się droczę. Zależy mi na twoim zdrowiu.

– Zobaczysz, to będzie wspaniałe lato.

– Byłoby, gdybym spędziła je w domu z tobą. Albo chociaż w moim pokoju w Gdańsku. Dlaczego nie mogę zostać w wakacje na stancji?

– To niezdrowe spędzać całe lato w mieście.

– Ciekawe, dlaczego tłumy turystów co roku odwiedzają wtedy Gdańsk.

– Niektórych ludzi po prostu nie sposób zrozumieć.

– Justyna, z którą mieszkam, zostaje w mieście na całe wakacje. Zresztą Magda też. – Olga pomyślała o przyjaciółkach.

Edyta zmarszczyła brwi.

– I to ma mnie przekonać?

– Mogłabym zostać z nimi. W takim towarzystwie na pewno nie narzekałabym na nudę.

– I co byś tam robiła?

– A bo ja wiem? Chodziła na spacery do parku Reagana? Wygrzewała się na plaży?

– Szybko by ci to zbrzydło. Ile można leżeć plackiem na piachu?

– Dziewczyny wspominały też, że chciałyby wyjechać na kilka dni na wieś do Laury. Wiesz, tej, która mieszkała z nami na stancji, zanim skończyła studia i się zaręczyła. Też chciałabym się z nią zobaczyć.

– Przecież co jakiś czas się spotykacie.

– To nie to samo.

– Ależ z ciebie maruda! – Edyta rzuciła w córkę bluzką. – Lepiej przydaj się na coś i pomóż mi z tym pakowaniem. Nigdy nie byłam w tym najlepsza, a za trzy godziny przyjeżdża taksówka.

– Czasem żałuję, że jesteś taką dobrą matką.

– Doprawdy?

– Momentami naprawdę byłoby mi łatwiej, gdybyś nie zwracała uwagi na to, co robię, jak się zachowuję, z kim spotykam i…

– Podaj mi tamten kapelusz, dobrze? – Edyta wskazała na szafę, na której leżał biały, plażowy kapelusz z wielkim rondem.

– Och, czyli masz dość tego tematu? – Olga zerknęła jej w oczy, po czym posłusznie wstała z łóżka, by przynieść nakrycie głowy.

– Po prostu nie widzę sensu w kontynuowaniu tej rozmowy. Będziesz miała wspaniałe lato, takie jest moje zdanie. – Edyta wzięła od niej kapelusz i założyła go sobie na głowę. – Ładnie? – Uśmiechnęła się do córki.

– Tak ładnie, że chyba zrobię ci zdjęcie. – Olga sięgnęła po leżący na łóżku telefon. – Żebyś ty nie poderwała tylko w tym sanatorium jakiegoś faceta! – Uwieczniła matkę na fotografii.

Edyta zaśmiała się melodyjnie.

– A myślisz, że po co ludzie tam jeżdżą?

– Mamo!

– Dobrze, już dobrze. A teraz poszukaj w mojej szafie kosmetyczki. Do tej, którą wzięłam, prawie nic się nie mieści.

– Może ja spróbuję poukładać w niej twoje kosmetyki? – zaproponowała Olga.

– Jeśli chcesz. – Edyta podała jej saszetkę.

Kilka minut później Olga zapakowała ją do walizki. Jakimś cudem wszystko się zmieściło i jeszcze zostało w niej trochę miejsca.

– Masz jakieś nadprzyrodzone zdolności? – zdziwiła się Edyta.

– To dlatego, że sporo jeżdżę między stancją a domem – mruknęła Olga, próbując odzyskać dobry humor. Nie chciała psuć sobie ostatnich chwil z matką myślami o wyjeździe do ojca.

Janek

Janek dotarł do Kuźnic za pięć siódma. Z pozoru był to następny, normalny dzień. Jak zawsze zaparkował na swoim stałym miejscu i opuścił samochód. Zamykając drzwi, zerknął na skorodowany błotnik i kolejny już raz w ciągu ostatnich dni pomyślał, że powinien coś z tym zrobić. Nie było to jedyne miejsce, gdzie pojawiła się rdza. Tylko kiedy miałby się tym zająć, skoro spędzał większość dnia w pracy?

W końcu zamknął samochód i sprężystym krokiem skierował się w stronę kolejki, którą punktualnie o siódmej miał wjechać na Kasprowy Wierch. Mimo iż starał się nie dać tego po sobie poznać, był przygaszony i pozbawiony energii.

– Chyba jesteś dziś nie w sosie, co? – zagadnęła go Hanka, jedna z dziewczyn, z którą pracował w restauracji. Była to urocza blondynka z dołeczkami w policzkach. Zwykle stała za barem i obsługiwała klientów, ale czasem, gdy mieli większy ruch, pomagała w kuchni.

Janek doskonale wiedział, że Hanka robi do niego maślane oczy, dlatego starał się nie wchodzić z nią w bliższą relację. Lubił tę dziewczynę, ale nic więcej do niej nie czuł.

– Wszystko okej – odpowiedział jej wymuszonym uśmiechem.

Miała jednak rację. Już od kilku dni nie czuł się najlepiej, a odkąd dziś rano zobaczył dom Maryśki, posmutniał jeszcze bardziej. Przez całą drogę nie mógł przestać o niej myśleć i kilkakrotnie odrywał palce od kierownicy, by dotknąć tatuaż, który trzy lata temu zrobił sobie na piersi. Było to niewielkie, uschnięte drzewo liściaste, a dokładnie same cieniowane korzenie, konar i gałęzie. Wyglądało dość smutno, bo tak właśnie miało wyglądać – idealnie odzwierciedlało to, jak się wtedy czuł.

Zresztą wbrew temu, co ostatnio dość często słyszał z ust swoich znajomych, czas nie leczył ran i nadal wracały do niego tamte uczucia. Zwłaszcza ostatnio. Wielkimi krokami zbliżała się rocznica nocy, o której nie mógł zapomnieć, przez co snuł się ostatnio jak struty.

Latem zawsze najbardziej brakowało mu Maryśki. Nie tylko dlatego, że rozstali się w czerwcu, ale również dlatego, że te wakacje, które ze sobą spędzali, były najpiękniejszymi chwilami w jego życiu. Uwielbiał zabierać ją nad szemrzący potok, który płynął za lasem niedaleko wioski i patrzeć, jak zanurza bose stopy w chłodnej wodzie, głośno się przy tym śmiejąc. Uwielbiał jej zaróżowione słońcem policzki i spieczoną skórę na przedramionach. Mógłby godzinami ją dotykać i chyba nigdy by mu się to nie znudziło. Podobnie jak leżenie z dziewczyną w trawie na łące jego dziadka, wpatrywanie się w niebo i snucie wspólnych planów na przyszłość. Janek uwielbiał jej dźwięczny śpiew, który mieszał się z trelami słowików i skowronków, oraz błysk w jej oku, gdy szeptał do niej czułe słówka.

Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczył, ale Maryśce mógłby wyznawać miłość nieustannie, i chyba nigdy nie miałby tego dość. Był w niej szaleńczo zakochany. A bez niej… Bez niej nie tryskał już energią, uszła z niego chęć życia. Przypominał to nędzne drzewo, które wytatuował sobie na piersi, by już zawsze o niej pamiętać.

Gdy wagonik kolejki wjechał na szczyt, pracownicy ruszyli do swoich stanowisk, by jak najszybciej zająć się pracą. Janek odczekał, aż wszyscy wysiądą, i dopiero wtedy sam skierował się do wyjścia.

– Kiepski dzień? – Usłyszał na powitanie.

Tym razem zbliżyła się do niego Ala, która pracowała w restauracji przy kasie. Chodzili razem do gimnazjum, a potem do szkoły średniej, więc znali się od lat. Biała bluzka i szare kolczyki podkreślały wielkie, błękitne oczy dziewczyny, a jej nos i policzki pokrywały liczne piegi. Co rano ładnie się ubierała, choć przed pracą i tak musiała włożyć firmową koszulkę i zdjąć biżuterię.

– Aż tak to widać? – zapytał z markotną miną.

Większość ludzi rozeszła się już do swoich zajęć, więc mógł zdobyć się na szczerość bez obaw, że ktoś podsłucha ich rozmowę.

– Niestety. – Ala spuściła ramiona. – Pozostaje więc pytanie, czy to tylko wina niewyspania, czy jesteś w złym humorze.

– Prawdę mówiąc, wolałbym się nie wyspać.

– A więc jednak paskudny nastrój.

– Niestety.

– Jakieś kłopoty?

– Nie, to nic poważnego. – Wysilił się na uśmiech. – Nie musisz się martwić, pewnie niedługo mi przejdzie.

– Na pewno?

– Tak.

– Wciąż chodzi o Maryśkę?

Janek głęboko westchnął.

– Oj, Janek, Janek. – Ala pokręciła głowa. – Nadal za nią tęsknisz?

– Chciałbym przestać, ale to trudne. Nic nie mogę z tym zrobić.

– Kto by pomyślał, że wszystko tak się skończy, co? – Ala spojrzała na niego ze smutkiem. – Byliście w sobie tacy zakochani…

Janek nie wiedział, co odpowiedzieć.

– Powiedz lepiej, co u ciebie – zmienił temat, siląc się na lekki ton. – Długo nie gadaliśmy.

– To przez ten mój urlop.

– Ale z Frankiem wszystko już dobrze?

– Dzięki Bogu tak. Byliśmy kilka dni temu na wizycie kontrolnej i po infekcji nie ma już śladu. Ale ile się z Krzyśkiem najedliśmy strachu…

– W końcu to wasze pierwsze dziecko. Nic dziwnego, że tak bardzo się o niego martwicie.

– Mam nadzieję, że trochę się na to uodpornimy, zanim na świat przyjdzie kolejne.

Janek przyjrzał jej się uważnie.

– Czy ja o czymś nie wiem?

– Och… – Na twarzy Ali nagle wykwitły rumieńce. – Jeszcze się tym nie chwalimy, ale skoro już palnęłam… Wygląda na to, że Franek będzie miał braciszka albo siostrzyczkę.

– To cudownie, gratulacje! – Tym razem Janek nie musiał udawać entuzjazmu. – Fantastyczna wiadomość.

– Dzięki. – Ala popatrzyła na niego z wdzięcznością.

– Od dawna wiesz?

– To dopiero pierwsze tygodnie.

– Rozumiem.

– Ale proszę, zachowaj jeszcze tę informację dla siebie. Jak to mówią, lepiej nie zapeszać.

– Masz to jak w banku. Nikomu nie pisnę słówka.

– Będę ci wdzięczna.

– Krzysiek pewnie się cieszy?

– Coś tam marudzi, że następne dziecko to tylko kolejne wydatki, ale znasz go. Tak naprawdę nie posiada się ze szczęścia.

– Cały on. Niby zrzęda, a zakręcony młody tatuś – skomentował Janek.

– Dobrze mi się z tobą rozmawia, ale wybacz, powinnam zająć się pracą. – Ala zerknęła w stronę blatu, za którym krzątała się już jej koleżanka. – Nie chcę, żeby Hanka zrobiła wszystko sama.

– Jasne, ja też muszę iść już do kuchni.

– Oby dziś nie przyszło zbyt wielu turystów, ale pewnie nie ma co się łudzić. Pogoda jest zbyt ładna, żeby ludzie siedzieli w domach.

– Niestety.

– To zabawne, prawda? Większość osób cieszy się na widok słońca, a my na nie narzekamy.

– Fakt, jesteśmy okropni. – Janek się roześmiał. – Leć już – dodał, widząc zniecierpliwioną minę Ali. – Dzięki.

– Daj spokój, za co ty mi dziękujesz?

– Za poprawę humoru. Dobrze tak się pośmiać z rana w miłym towarzystwie.

– Do usług. – Ala puściła do niego oko i ruszyła w stronę baru.

Janek patrzył przez chwilę, jak wita się z koleżanką, ale w końcu pchnął masywne drzwi i wszedł do kuchni. Szybko przebrał się w biały fartuch i założył czapkę kucharską. Dziewczyny krzątały się już przy garnkach i przynosiły z chłodni skrzynki z warzywami, które trzeba było obrać przed pojawieniem się pierwszych klientów. Janek nie zwlekał długo z rozpoczęciem pracy i zajął się krojeniem mięsa. Mimo wszystko miał nadzieję, że dziś przez restaurację przetoczy się tabun turystów. Pracując, łatwiej mu będzie przestać myśleć o Marysi.

Robert

Pociąg miał ponad dwie i pół godziny opóźnienia i właśnie tyle Robert siedział na dworcu, czekając na Olgę. Miała przyjechać parę minut po siódmej, a zegar wskazywał już dziewiątą i choć w okienku powiedziano mu, że pociąg zjawi się lada chwila, powoli tracił nadzieję.

– Była jakaś awaria w Krakowie, to opóźnienie nie jest zależne ode mnie – niezbyt uprzejmie poinformował go jakiś zaspany pracownik dworca.

Robert usiadł na ławce, podobnie jak inni oczekujący, i spróbował uzbroić się w cierpliwość. Przez przybrudzone okna dworca przebijały promienie czerwcowego słońca, a w powietrzu unosił się zapach stęchlizny. Na początku miał Oldze za złe, że nie poinformowała go o tym opóźnieniu. Przecież mógłby poleżeć dłużej w ciepłym łóżku, zamiast tłuc się samochodem do Zakopanego, jednak szybko przestał ją winić. Na jej miejscu też by nie zadzwonił, w końcu nie rozmawiali od kilku miesięcy. Choć Edyta zapewniała go przez telefon, że Olga jest gotowa wybaczyć mu zostawienie ich, nie był tego taki pewny. Aż za dobrze pamiętał wyraz twarzy córki, gdy widział ją po raz ostatni. W jej oczach malował się żal, smutek, a nawet, przynajmniej tak mu się wtedy zdawało, pogarda.

To będzie trudne lato, pomyślał i przejechał dłonią po czole, na którym widniały już pierwsze zmarszczki.

Kilka minut później pracownik dworca nadał przez głośnik informację, że pociąg, którym jechała Olga, za kilka minut wjedzie na tor przy wskazanym peronie. Otaczający Roberta bliscy podróżnych zerwali się z miejsc i pędem ruszyli w tamtym kierunku. On jeszcze przez chwilę siedział, wpatrując się w podłogę. Był zestresowany tym spotkaniem i pociły mu się ręce.

W końcu jednak i on poszedł na peron. Schował ręce w kieszenie ulubionych jeansów i zapatrzył się przed siebie, wyczekując pociągu. Po paru chwilach dostrzegł w oddali niewielkie światełko, a potem do jego uszu dobiegł charakterystyczny hałas i pojazd wjechał na stację. Gdy tylko pociąg stanął, natychmiast zaczęli wysiadać z niego wymęczeni podróżni. Robert cofnął się o krok i zaczął wypatrywać Olgi. Edyta na wszelki wypadek kilka dni temu wysłała mu aktualne zdjęcie córki, twierdząc, że trochę się zmieniła. Miała rację. Olga nie była już nastolatką, ale młodą kobietą. Inaczej układała włosy, schudła, a jej twarz zdobił wyrazisty makijaż. Pewnie gdyby minął ją na ulicy, wcale by jej nie poznał.

– Następnym razem przyjedziemy samochodem! – wykrzyknęła tuż u jego boku jakaś poirytowana kobieta. – Kto to słyszał, żeby tłuc się pociągiem ponad czternaście godzin? Już myślałam, że zniosę jajo w tym przedziale. Naprawdę! – rzuciła, po czym przywitała się z czekającym na nią mężczyzną.

Robert odchrząknął i zaczął jeszcze intensywniej rozglądać się za córką. W końcu ją dostrzegł. Olga wysiadła z wagonu mieszącego się tuż na początku składu i szła przed siebie, ciągnąc za sobą wielką walizkę. Miała ciasno związane włosy i niosła plecak, a u jej boku zwisała luźno przewieszona przez ramię torebka.

Robert westchnął głęboko i ruszył w jej kierunku. Chyba nigdy nie był tak zestresowany jak teraz, nawet przed maturą ani egzaminem na prawo jazdy. Najchętniej odwróciłby się na pięcie i ruszył w przeciwnym kierunku. To nie był jednak czas na tchórzostwo. Już nie.

W końcu udało mu się złapać córkę wzrokiem. Rzeczywiście wydoroślała, tak jak mówiła Edyta. I robiła się coraz bardziej podobna do matki. Siląc się na odwagę, pomachał do niej. W ostatnich dniach wielokrotnie wyobrażał sobie to spotkanie i rozważał, jak należało się przywitać. Czy powinien podać jej rękę? Cmoknąć w policzek?

Nawet się nie obejrzał, a już stał z Olgą twarzą w twarz. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.

– Cześć. – Zamarkował uśmiech.

– Cześć. – Poprawiła przewieszoną przez ramię torebkę.

Na chwilę oboje zamilkli. Było o wiele niezręczniej, niż wcześniej przypuszczał.

– Długa podróż? – zapytał, siląc się na lekki ton.

– Czternaście godzin w ciasnym przedziale nie można uznać za szczyt komfortu.

– Pewnie jesteś potwornie zmęczona.

– Niestety – mruknęła Olga.

Robert odchrząknął.

– To co… – Spuścił wzrok. – Chodźmy do auta. Zaparkowałem niedaleko dworca.

Olga tylko skinęła głową.

– Pomóc ci z bagażami?

– Dam sobie radę.

– Może wezmę chociaż twoją walizkę? Na pewno jest ciężka.

Olga znów poprawiła torebkę.

– To gdzie ten samochód? – spytała, zamiast odpowiedzieć na jego pytanie.

Robert znów głęboko westchnął.

– Chodź za mną – mruknął i schował ręce z powrotem w kieszenie spodni. Nie tak wyobrażał sobie ich pierwsze spotkanie, ale właściwie to czego się spodziewał? Że w kilka minut runie budowany przez lata mur? Życie nie jest bajką ani filmem. To smutne, ale prawdziwe.

Olga

Robert zapakował jej torby do bagażnika, a Olga usiadła na tylnym siedzeniu auta. Nie chciała być za blisko ojca. I tak nie czuła się komfortowo, przebywając z nim w niewielkiej, zamkniętej przestrzeni samochodu. Zapięła pas, a potem wyjęła z torebki telefon i napisała krótkiego SMS-a do matki. Edyta pewnie była o tej porze na zajęciach albo zabiegu, ale Olga czuła się w obowiązku poinformować ją o tym, że bezpiecznie dotarła na miejsce. Z rozpędu wysłała też wiadomość do swojej najlepszej przyjaciółki, Ady. Parę dni temu opowiedziała jej o swoich obawach i Ada bardzo się o nią martwiła. Na pewno czekała na informację, jak przebiegło pierwsze spotkanie z ojcem.

Po wysłaniu SMS-a schowała telefon z powrotem do torebki i zapatrzyła się na widoki za oknem. Lubiła klimat Zakopanego, choć było upstrzone banerami reklamowymi i plakatami przyćmiewającymi piękno góralskiej zabudowy.

– Mogę włączyć radio? – zapytał po kilku minutach jazdy w milczeniu Robert.

– Tak, jasne – odparła drętwo, zerkając w jego kierunku, ale szybko wróciła do poprzedniej pozycji. Kątem oka widziała w lusterku, że ojciec jej się przygląda, jednak nie miała ochoty z nim rozmawiać. A przynajmniej jeszcze nie teraz.

Po całonocnej podróży była naprawdę zmęczona. Spała dwie, może trzy godziny i to w niewygodnej pozycji, przez co trochę bolały ją teraz plecy. W tym momencie marzyła tylko o szybkim prysznicu i rzuceniu się na jakieś wygodne łóżko. Najlepiej na swoje, jednak wydarzenia ostatnich lat nauczyły ją, że nie ma sensu mieć wobec życia zbyt wysokich wymagań. Ono i tak je wszystkie zweryfikuje.

Robert chyba wyczuł jej nastrój, bo też postanowił się nie odzywać. A może po prostu trudno mu było odnaleźć się w tej sytuacji? Skoncentrował się na jeździe, zostawiając córkę sam na sam z własnymi myślami.

Olga wtuliła głowę w zagłówek i na chwilę przymknęła oczy. Szum jazdy podziałał kojąco na jej zmysły. Musiała przysnąć, bo gdy uniosła powieki, za oknem nie było już nawet śladu po Zakopanem. Zamiast tego jej oczom ukazały się zielone łąki i górująca nad nimi w oddali w całej swojej okazałości panorama Tatr.

– Gdzie jesteśmy? – zapytała ojca, rozmasowując dłonią obolały bark.

– Mieszkam niedaleko stąd. Będziemy na miejscu za jakieś pięć minut.

– Długo jedziemy?

– Niecałe pół godziny.

– Czyli przysnęłam – szepnęła pod nosem i ucięła rozmowę, wracając do podziwiania Tatr.

Widok zapierał dech w piersiach, więc przysunęła się do okna. Co prawda matka mówiła jej wcześniej, że ojciec zamieszkał w jakieś malowniczej wiosce niedaleko Zakopanego, ale nie spodziewała się, że będzie tu aż tak pięknie. Chociaż to trochę zrekompensuje jej negatywne odczucia związane z tymi wakacjami.

Robert zatrzymał samochód parę minut później. Od kilku lat prowadził z Ewą niewielki pensjonat. Była to drewniana, góralska chałupa z kamiennym fundamentem, pokryta gontem. Liczyła cztery piętra, a on z żoną zajmowali parter. Przed budynkiem znajdowało się zadbane podwórko z wydzielonym parkingiem i częścią rekreacyjną, którą zdobił ułożony z kamieni górski potoczek, strzeliste świerki i drewniane huśtawki.

– To tutaj – oznajmił i wyjął kluczyk ze stacyjki.

Olga nadal nie była zbyt rozmowna.

– Okej – mruknęła tylko i odpięła pas.

– Ewa już czeka ze śniadaniem.

Olga przez chwilę przyglądała się pensjonatowi, ale w końcu wysiadła z samochodu.

– Wezmę twoją walizkę i plecak. – Tym razem Robert nie spytał, czy może, ale po prostu zajął się jej bagażem.

Nie zaprotestowała. Zamiast tego odwróciła się przez ramię, chcąc jeszcze przez chwilę popatrzeć na panoramę Tatr. Z oddali dolatywało do niej beczenie owiec. Jej policzki musnął delikatny, letni wiaterek niosący zapach świeżo ściętej trawy. Gdyby nie okoliczności, poczułaby się tu jak w raju. Miała cichą nadzieję, że ojciec i jego nowa żona wpadli na pomysł, by przydzielić jej pokój z widokiem na góry.

– Chodź do środka. – Z zamyślenia wyrwał ją głos Roberta.

– Ach, tak – mruknęła znowu i ruszyła za nim, pozdrawiając po drodze kilku turystów, którzy pakowali właśnie swoje rzeczy do samochodu i powiedzieli im „dzień dobry”.

– Ty przodem. – Ojciec otworzył przed nią drzwi do pensjonatu i po chwili znaleźli się w wyłożonej drewnem recepcji. Na środku stał niewysoki kontuar, a za nim dwie szafki. Po prawej stronie znajdowały się schody prowadzące i w górę, i w dół, a po lewej przeszklone drzwi do dużej jadalni, co Olga wywnioskowała, dostrzegając za nimi liczne stoliki i krzesła.

Po chwili w recepcji pojawiła się nowa żona ojca. Olga nigdy wcześniej jej nie widziała, jednak zauważywszy czułe spojrzenie, którym Ewa obdarzyła Roberta, nie miała najmniejszych wątpliwości, że to ona. Miała na sobie jeansy i luźną bluzkę oraz związane włosy. Jej twarz zdobił delikatny makijaż. Olga musiała przyznać, że wyglądała młodziej od matki. Cóż. Widocznie nie miała w życiu tylu stresów. Jej mąż nie zostawił samej z dzieckiem.

Na widok żony Robert natychmiast odstawił bagaż i podszedł do niej, po czym czule ją pocałował. Wzdłuż kręgosłupa Olgi rozszedł się zimny dreszcz. Nigdy nie wiedziała, by ojciec tak całował jej matkę. Albo chociaż patrzył na nią z takim uczuciem, z jakim przyglądał się Ewie.

–