Okupacyjne piekiełko. Bohaterowie, zdrajcy, wstydliwe tajemnice - Sławomir Koper - ebook + audiobook

Okupacyjne piekiełko. Bohaterowie, zdrajcy, wstydliwe tajemnice ebook i audiobook

Sławomir Koper

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów w stałej cenie, by naprzemiennie czytać i słuchać. Tak, jak lubisz.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.

Dowiedz się więcej.
Opis

Szmalcownicy, kolaboracja z okupantami, zdrady i zabójstwa polityczne na najwyższych szczeblach polskich władz konspiracyjnych. Tym razem najpopularniejszy pisarz historyczny w Polsce dotyka tematów, które w narracji bogoojczyźnianej stanowią tabu. Kaliber opisywanych faktów nieco tonuje charakterystyczny dla Sławomira Kopra anegdotyczny i lekki styl opowieści, ale jest wynikiem przewracania tych kart naszej historii, których w żadnym razie nie można uznać za chwalebne. Mocno rozbudowane i poprawione wznowienie książki sprzed kilku lat to wyprawa w ciemne zakątki przeszłości, która może wstrząsnąć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 346

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 53 min

Lektor: Michał Zarzycki

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Wstęp

Dwa­na­ście lat temu uka­zała się książka Pol­skie pie­kiełko. Obrazy z życia elit emi­gra­cyj­nych 1939–1945, a sześć lat póź­niej jej luźna kon­ty­nu­acja poświę­cona wyda­rze­niom w kraju pod oku­pa­cjami sowiecką i nie­miecką, czyli Pol­skie pie­kiełko. Sceny z życia pol­skich elit pod oku­pa­cją. Teraz powstała jej znacz­nie roz­sze­rzona wer­sja, któ­rej tema­tykę kształ­to­wa­łem bar­dzo sta­ran­nie, wybie­ra­jąc tematy sto­sun­kowo mało znane, a jed­no­cze­śnie takie, które powinny przy­cią­gnąć uwagę Czy­tel­ni­ków. Wszy­scy na przy­kład wie­dzą, kim był gene­rał Ste­fan Rowecki „Grot”, ale nie­ko­niecz­nie znają postać zało­ży­ciela Służby Zwy­cię­stwu Pol­ski, gene­rała Michała Toka­rzew­skiego-Kara­sze­wi­cza. Nie­mal nikt nie sły­szał o zało­żo­nej przez Ste­fana Wit­kow­skiego orga­ni­za­cji Musz­kie­te­ro­wie, ani tym bar­dziej o jej krwa­wym końcu, podob­nie jak o pro­ble­mach lwow­skiego Związku Walki Zbroj­nej. Jeste­śmy dumni z osią­gnięć naszej kon­spi­ra­cji w Gene­ral­nym Guber­na­tor­stwie, ale nie mówimy gło­śno o tym, co działo się we Lwo­wie zaję­tym przez ZSRS. Czy to, że nie ma w tych fak­tach powodu do chluby ozna­cza, że należy o nich mil­czeć? Nie sądzę. Tym bar­dziej nie wolno ska­zy­wać na zapo­mnie­nie praw­dzi­wego lwow­skiego boha­tera, pro­fe­sora Rudolfa Weigla, który oca­lił wię­cej ist­nień ludz­kich niż cała pol­ska kon­spi­ra­cja razem wzięta.

Z przy­kro­ścią stwier­dzam, że nie udało mi się w pełni zre­ali­zo­wać pla­nów zwią­za­nych z tą książką. W roz­dziale o naj­bar­dziej tajem­ni­czym emi­sa­riu­szu gene­rała Wła­dy­sława Sikor­skiego, Sam­so­nie Miki­ciń­skim, zamie­rza­łem poświę­cić dłuż­szy frag­ment przy­pad­kom defrau­da­cji środ­ków finan­so­wych prze­rzu­ca­nych do kraju przez kurie­rów. Takie sytu­acje miały miej­sce i kilka lat temu oso­bi­ście czy­ta­łem o nich w kore­spon­den­cji pro­fe­sora Sta­ni­sława Kota z gene­ra­łem Sikor­skim. Nie­stety obec­nie nie mogłem do tej kwe­stii wró­cić, ponie­waż ktoś „zabez­pie­czył” teczkę prze­cho­wy­waną w Zakła­dzie Histo­rii Ruchu Ludo­wego. Zapewne uznał, że nie wolno dopu­ścić do tego, by sprawa stała się zbyt gło­śna, zatem kie­ru­jąc się „waż­nym inte­re­sem spo­łecz­nym” oraz „pol­ską racją stanu” po pro­stu ukradł doku­menty w celu pod­trzy­ma­nia dobrego samo­po­czu­cia roda­ków. Pra­cow­nicy Zakładu nie potra­fili udzie­lić infor­ma­cji, gdzie podziała się teczka, która wciąż co prawda figu­ruje w kata­logu, ale fizycz­nie nie ist­nieje…

Zdaję sobie sprawę, że przed­sta­wiony przeze mnie obraz oku­pa­cji jest bar­dzo wybiór­czy, ale przy­znaję otwar­cie, że chcia­łem poru­szyć tematy, które do dzi­siaj wzbu­dzają emo­cje. Stąd roz­działy o szmal­cow­ni­kach, gra­na­to­wej poli­cji czy wystę­pach pol­skich arty­stów na jaw­nych sce­nach, kon­ce­sjo­no­wa­nych przez oku­panta. Nie bez powodu rów­nież koń­czę książkę histo­rią Bry­gady Świę­to­krzy­skiej Naro­do­wych Sił Zbroj­nych. Sta­ra­łem się ją napi­sać w spo­sób wywa­żony, odci­na­jąc się od wszel­kich współ­cze­snych dys­ku­sji na ten kon­tro­wer­syjny temat. Przed­sta­wi­łem wyłącz­nie fakty, nato­miast wnio­ski pozo­sta­wiam moim Czy­tel­ni­kom, któ­rych sza­nuję zbyt mocno, by narzu­cać im swoje opi­nie.

Rozdział 1. Krajobraz po klęsce

Roz­dział 1

Kra­jo­braz po klę­sce

Koniec pewnej epoki

Zapewne jesz­cze przez dłu­gie lata histo­rycy będą się spie­rać, jaką datę można uznać za defi­ni­tywny koniec Dru­giej Rze­czy­po­spo­li­tej i być może ni­gdy nie dojdą do poro­zu­mie­nia. Można jed­nak dokład­nie wska­zać datę dzienną, a nawet dokładną godzinę, kiedy barwny świat mię­dzy­woj­nia odszedł w prze­szłość. Pierw­szego wrze­śnia 1939 roku o godzi­nie czwar­tej czter­dzie­ści sztu­kasy Luft­waffe zrzu­ciły pierw­sze bomby na Wie­luń i od tej chwili nic już nie było takie samo jak wcze­śniej.

Wyda­rze­nia poto­czyły się szybko – ósmego wrze­śnia Wehr­macht był już pod War­szawą, a dzie­więć dni póź­niej od wschodu zaata­ko­wali Sowieci. Tego samego dnia do Rumu­nii ewa­ku­owały się pol­skie wła­dze wraz z Naczel­nym Dowódz­twem. War­szawa ska­pi­tu­lo­wała dwu­dzie­stego ósmego wrze­śnia, Modlin dzień póź­niej, Hel pod­dał się dru­giego paź­dzier­nika, a jako ostat­nia zło­żyła broń Samo­dzielna Grupa Ope­ra­cyjna „Pole­sie” gene­rała Kle­eberga. Pol­ska zna­la­zła się pod nie­miecko-sowiecką oku­pa­cją.

Sym­bo­lem czwar­tego roz­bioru Pol­ski stała się wspólna defi­lada Wehr­machtu i Armii Czer­wo­nej, która odbyła się dwu­dzie­stego dru­giego wrze­śnia w Brze­ściu nad Bugiem. Mia­sto zdo­byli hitle­rowcy, prze­ka­zali je Sowie­tom, a defi­ladę odbie­rali gene­rał Hans Gude­rian i kom­brig, czyli dowódca bry­gady, Sie­mion Kri­wo­szein.

Wpraw­dzie Anglia i Fran­cja wypo­wie­działy Niem­com wojnę już trze­ciego wrze­śnia, ale, zna­jąc treść taj­nego pro­to­kołu paktu Rib­ben­trop–Moło­tow, zre­zy­gno­wały z ofen­sywy na Zacho­dzie. Sojusz­nicy ocze­ki­wali sowiec­kiego ude­rze­nia na Pol­skę i wie­dzieli, że los naszego kraju został prze­są­dzony. Zresztą bar­dziej inte­re­so­wali się losem pol­skiego złota ewa­ku­owa­nego do Rumu­nii i roz­gryw­kami poli­tycz­nymi w łonie naszych elit wła­dzy. Nie pro­te­sto­wali też, gdy pod wpły­wem naci­sków nie­miec­kich i sowiec­kich Rumuni inter­no­wali nasze wła­dze, za to zde­cy­do­wa­nie prze­ciw­sta­wili się nomi­na­cji gene­rała Bole­sława Wie­niawy-Dłu­go­szow­skiego na pre­zy­denta Rze­czy­po­spo­li­tej. Wie­niawę uznano za czło­wieka sana­cji i zbyt silną oso­bo­wość, dla­tego osta­tecz­nie głową pań­stwa został Wła­dy­sław Racz­kie­wicz. Nowy pre­zy­dent desy­gno­wał na pre­miera gene­rała Wła­dy­sława Sikor­skiego, który objął jed­no­cze­śnie sta­no­wi­sko Naczel­nego Wodza.

Około stu tysięcy pol­skich ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy zna­la­zło się w obo­zach inter­no­wa­nia w Rumu­nii i na Węgrzech, to z nich w przy­szło­ści miał się rekru­to­wać trzon Pol­skich Sił Zbroj­nych na Zacho­dzie. Emi­gra­cję wybrało też wielu poli­ty­ków i przed­sta­wi­cieli sfer arty­stycz­nych, a dla więk­szo­ści była to decy­zja, która zawa­żyła na całym ich życiu. Wielu z nich po woj­nie pozo­stało na emi­gra­cji i ni­gdy już nie zoba­czyło rodzin­nego kraju.

Tysiącletnia Rzesza

Zwy­cięzcy soli­dar­nie podzie­lili się łupem. Doko­nano pew­nych zmian we wcze­śniej­szych usta­le­niach i pod­czas kolej­nej wizyty Rib­ben­tropa w Moskwie pod­pi­sano układ o gra­ni­cach i przy­jaźni, będący for­mal­nym roz­bio­rem Pol­ski. ZSRS zre­zy­gno­wał z gra­nicy na Wiśle – począt­kowo pla­no­wano, że Sowieci zajmą Lubelsz­czy­znę i wschod­nie Mazow­sze wraz z war­szaw­ską Pragą – a w zamian do strefy ich wpły­wów dołą­czono Litwę. W rękach nie­miec­kich zna­la­zła się nie­mal połowa kraju – ponad sto osiem­dzie­siąt sie­dem tysięcy kilo­me­trów kwa­dra­to­wych – zamiesz­kana w ogrom­nej więk­szo­ści przez lud­ność pol­ską. Sowieci zajęli resztę, przy czym obaj oku­panci prze­ka­zali część zdo­by­tych tery­to­riów innym pań­stwom. Niemcy wyna­gro­dzili udział Sło­wa­ków w kam­pa­nii wrze­śnio­wej, odda­jąc im sie­demset kilo­me­trów kwa­dra­to­wych obszaru Spi­sza i Orawy, nato­miast Moskwa prze­ka­zała Litwie Wilno wraz z naj­bliż­szą oko­licą – nie­całe sie­dem tysięcy kilo­me­trów kwa­dra­to­wych z pię­ciu­set pięć­dzie­się­cioma tysią­cami miesz­kań­ców. Oczy­wi­ście nie był to gest bez­in­te­re­sowny, gdyż w zamian wymu­sili na Litwi­nach zgodę na orga­ni­za­cję baz woj­sko­wych na tere­nie repu­bliki.

Na początku paź­dzier­nika 1939 roku hitle­rowcy ofi­cjal­nie wcie­lili do Nie­miec część oku­po­wa­nego obszaru. W gra­ni­cach Rze­szy zna­la­zły się: Pomo­rze, Wiel­ko­pol­ska, Górny Śląsk, Łódź, pół­nocne Mazow­sze i Suwalsz­czy­zna. Wschod­nia gra­nica Nie­miec prze­bie­gała kil­ka­dzie­siąt kilo­me­trów od War­szawy, a pół­nocna – w oko­li­cach Modlina. Były to tereny prze­zna­czone do szyb­kiej ger­ma­ni­za­cji. Hitler pla­no­wał, że w ciągu dzie­się­ciu lat staną się obsza­rami „czy­sto nie­miec­kimi”, czemu słu­żyć miały masowe wysie­dle­nia pol­skiej lud­no­ści oraz spro­wa­dze­nie Niem­ców zamiesz­ku­ją­cych dotych­czas poza gra­nicami Trze­ciej Rze­szy. Wysie­dle­nia pro­wa­dzono w spo­sób nie­zwy­kle bru­talny, a Pola­kom pozo­sta­wiano naj­wy­żej kwa­drans na spa­ko­wa­nie się.

„Ósmego grud­nia – wspo­mi­nała hra­bina Kle­men­tyna Mań­kow­ska, wła­ści­cielka majątku Win­no­góra w Wiel­ko­pol­sce – […] koło godziny dru­giej, wsku­tek jakie­goś prze­czu­cia, któ­rego nie potra­fię wytłu­ma­czyć, wsta­łam, by spoj­rzeć przez bramę. Z prze­ra­że­niem zoba­czy­łam, jak przed domem zatrzy­muje się czarny, pan­cerny samo­chód. Natych­miast też oto­czyła nas chmara czar­nych mun­du­rów.

– Jest pani aresz­to­wana – oznaj­mili. – Pani, pani mąż i dzieci, musi­cie wyje­chać stąd za kwa­drans. Przede wszyst­kim nie bierz­cie niczego, co sami nie unie­sie­cie”1.

Nie wszy­scy mieli tyle szczę­ścia, bo ci gorzej uro­dzeni dosta­wali zale­d­wie pięć minut na spa­ko­wa­nie się. Jed­nak naj­bar­dziej tra­giczny los spo­tkał pol­skie elity inte­lek­tu­alne. W ramach „wynisz­cza­nia warstw kie­row­ni­czych” prze­pro­wa­dzono akcję „Inte­li­gen­cja” (Intel­li­gen­zak­tion), któ­rej ofia­rami padło kil­ka­dzie­siąt tysięcy osób. Mor­do­wano lub zsy­łano do obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych: księży, nauczy­cieli, zie­mian, kapi­ta­li­stów, dzia­ła­czy poli­tycz­nych oraz woj­sko­wych. Ze szcze­gólną nie­na­wi­ścią tro­piono powstań­ców wiel­ko­pol­skich i ślą­skich, daw­nych człon­ków Pol­skiej Orga­ni­za­cji Woj­sko­wej oraz dzia­ła­czy ple­bi­scy­to­wych.

Jed­nak natych­mia­stowe pozby­cie się wszyst­kich Pola­ków z tere­nów wcie­lo­nych do Rze­szy oka­zało się nie­moż­liwe z powo­dów prak­tycz­nych. Kolo­ni­za­cja nie­miecka postę­po­wała sto­sun­kowo wolno, toteż nasi rodacy byli nie­zbędni do funk­cjo­no­wa­nia miej­sco­wej gospo­darki. Jako oby­wa­tele dru­giej kate­go­rii mieli zapew­nić utrzy­ma­nie „rasie panów”, a cza­sami pozwa­lano im pra­co­wać na sta­no­wi­skach wyż­szych niż robot­ni­cze.

Spe­cy­ficzny cha­rak­ter miała tutej­sza folk­sli­sta. O ile jej pierw­sze dwie kate­go­rie były fak­tycz­nie prze­zna­czone dla ludzi czu­ją­cych się Niem­cami, to już do kate­go­rii trze­ciej zali­czono prak­tycz­nie więk­szość Ślą­za­ków, Kaszu­bów czy Mazu­rów. Uznano ich za spo­lo­ni­zo­wa­nych potom­ków Niem­ców, a odmowa pod­pi­sa­nia folk­sli­sty ozna­czała wywózkę do obozu kon­cen­tra­cyj­nego i prak­tycz­nie auto­ma­tyczny wyrok śmierci dla całej rodziny. W tej sytu­acji wła­dze emi­gra­cyjne wydały zgodę na wpi­sy­wa­nie się na folk­sli­stę w celu rato­wa­nia życia, a takie sta­no­wi­sko popie­rali rów­nież hie­rar­cho­wie kościelni. W rezul­ta­cie nie­miecka lista naro­dowa na Gór­nym Ślą­sku przy­brała wręcz mon­stru­alne roz­miary, pod­pi­sało ją bowiem nie­mal dzie­więć­dzie­siąt pro­cent przed­wo­jen­nych miesz­kań­ców tego regionu.

Odmienny cha­rak­ter miała nato­miast ostat­nia grupa folk­sli­sty. Zali­czono do niej spo­lo­ni­zo­wane osoby pocho­dze­nia nie­miec­kiego, które czyn­nie brały udział w pol­skich orga­ni­za­cjach poli­tycz­nych i spo­łecz­nych. Posta­no­wiono rów­nież, że pod­pi­sać ją mogą ci, któ­rych uznano za war­to­ścio­wych pod wzglę­dem raso­wym. Podob­nie jak w przy­padku poprzed­niej kate­go­rii pod­pi­sa­nie jej było sprawą życia i śmierci. Dla­tego infor­ma­cja, że liczba folks­doj­czów w Pozna­niu w ciągu kilku mie­sięcy wzro­sła z czte­rech i pół tysiąca do trzy­dzie­stu tysięcy, wcale nie ozna­czała rado­snej kola­bo­ra­cji z oku­pan­tem2.

Swastyka nad Wisłą

Pod koniec paź­dzier­nika ofi­cjal­nie ogło­szono powsta­nie Gene­ral­nego Guber­na­tor­stwa ze sto­licą w Kra­ko­wie – War­szawę uznano bowiem za mia­sto zbyt nie­bez­pieczne. Objęło ono resztę ziem oku­po­wa­nych przez Niem­ców, łącz­nie pra­wie sto tysięcy kilo­me­trów kwa­dra­to­wych i dwa­na­ście milio­nów miesz­kań­ców. Na jego czele sta­nął dłu­go­letni czło­nek NSDAP, praw­nik z wykształ­ce­nia, Hans Frank – czło­wiek o psy­chice „sta­no­wią­cej prze­dziwną mie­sza­ninę inte­li­gen­cji i okru­cień­stwa, fine­zji i wul­gar­no­ści, bru­tal­nego cyni­zmu i wyra­fi­no­wa­nej wraż­li­wo­ści”3. Za swoją sie­dzibę obrał Wawel i zaczął się uwa­żać za „nie­miec­kiego króla Pol­ski”, pod­czas gdy w Ber­li­nie o Gene­ral­nym Guber­na­tor­stwie mawiano Frank-Reich (Rze­sza Franka).

Pierw­szą bru­talną akcją, którą oku­panci prze­pro­wa­dzili prze­ciwko Pola­kom na tere­nie Gene­ral­nego Guber­na­tor­stwa, była Son­de­rak­tion Kra­kau. W jej wyniku na początku listo­pada 1939 roku do obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych wywie­ziono ponad stu osiem­dzie­się­ciu wykła­dow­ców kra­kow­skich uczelni. Wpraw­dzie po inter­wen­cjach mię­dzy­na­ro­do­wych – w tym Benita Mus­so­li­niego – naukowcy zostali po kilku mie­sią­cach zwol­nieni, jed­nak ich część nie prze­żyła uwię­zie­nia. Nato­miast hitle­rowcy mieli nie­ba­wem ponow­nie pod­jąć temat, tym razem z o wiele bar­dziej tra­gicz­nym skut­kiem.

Uczci­wie trzeba przy­znać, że pomimo Son­de­rak­tion Kra­kau począt­kowo zapa­no­wało pewne uspo­ko­je­nie sytu­acji. Lud­ność pol­ska miała znacz­nie lep­sze warunki do życia niż na obsza­rach wcie­lo­nych bez­po­śred­nio do Rze­szy, a ter­ror prze­ja­wiał się głów­nie w akcjach odwe­to­wych. Za taką należy uznać zbrod­nię w Waw­rze, gdzie za zabi­cie przez miej­sco­wych kry­mi­na­li­stów dwóch nie­miec­kich żoł­nie­rzy roz­strze­lano stu jede­na­stu męż­czyzn z oko­licz­nych domów. Wiele wska­zuje na to, że jesz­cze wtedy hitle­rowcy nie pla­no­wali zor­ga­ni­zo­wa­nego ludo­bój­stwa.

Wio­sną 1940 roku oku­panci zrzu­cili jed­nak maski i przy­stą­pili do pla­no­wego wynisz­cza­nia pol­skich elit. W ramach tak zwa­nej akcji AB (Außerordentliche Befrie­dung­sak­tion) pomię­dzy majem i wrze­śniem wymor­do­wano około trzech i pół tysiąca przed­sta­wi­cieli pol­skiej inte­li­gen­cji. Wśród roz­strze­la­nych zna­lazł się były mar­sza­łek Sejmu Maciej Rataj, jeden z lide­rów PPS Mie­czy­sław Nie­dział­kow­ski, a także zna­ko­mity bie­gacz i meda­li­sta olim­pij­ski Janusz Kuso­ciń­ski. Przy oka­zji roz­strze­lano rów­nież około trzech tysięcy więź­niów poli­tycz­nych prze­trzy­my­wa­nych dotych­czas w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych. Masowa zbrod­nia miała zła­mać ducha oporu w naro­dzie pol­skim i pozba­wić go przy­wód­ców.

„[…] dla nas wszyst­kich naro­do­wych socja­li­stów – tłu­ma­czył Frank na jed­nej z odpraw – naka­zem chwili jest pod­ję­cie zobo­wią­za­nia, że doło­żymy wszel­kich sta­rań, by w naro­dzie pol­skim nie wykry­sta­li­zo­wał się już żaden opór. Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że jeste­śmy w sta­nie wyko­nać to zada­nie, że jest to nawet naszym obo­wiąz­kiem ze względu na koniecz­ność osła­nia­nia Rze­szy od Wschodu”4.

Hitler osta­tecz­nie zre­zy­gno­wał z pla­nów powo­ła­nia szcząt­ko­wego, wasal­nego pań­stwa pol­skiego i pole­cił przy­stą­pić do bez­względ­nej eks­plo­ata­cji pod­bi­tych tere­nów. Gene­ralne Guber­na­tor­stwo miało się stać obsza­rem o sta­tu­sie kolo­nial­nym, zaspo­ka­ja­ją­cym potrzeby Rze­szy w zakre­sie pro­duk­cji rol­nej i nie­wy­kwa­li­fi­ko­wa­nej siły robo­czej. Pla­no­wano, że będzie sta­no­wiło bufor pomię­dzy Niem­cami a ZSRS, co w kon­tek­ście pla­no­wa­nej przez Führera wojny z Sowie­tami miało szcze­gólne zna­cze­nie.

Reali­za­cja hitle­row­skich pla­nów musiała jed­nak zostać odło­żona w cza­sie. Żywioł nie­miecki w Gene­ral­nym Guber­na­tor­stwie był zbyt słaby i nie było moż­li­wo­ści natych­mia­sto­wej ger­ma­ni­za­cji tego obszaru. W efek­cie, cho­ciaż powo­łano Gene­ralną Dyrek­cję Kolei Wschod­niej, z braku nie­mieckich pra­cow­ni­ków zatrud­niono w niej ponad dwie­ście tysięcy Pola­ków5.

Podob­nie było w siłach porząd­ko­wych, dla­tego w grud­niu 1939 roku powstała Poli­cja Pol­ska Gene­ral­nego Guber­na­tor­stwa – od koloru mun­du­rów zwana gra­na­tową poli­cją – do któ­rej pod groźbą kary śmierci powo­łano przed­wo­jen­nych funk­cjo­na­riu­szy. Sze­regi uzu­peł­niano byłymi poli­cjan­tami prze­sie­dlo­nymi z ziem włą­czo­nych do Rze­szy, a przez for­ma­cję prze­wi­nęło się łącz­nie ponad szes­na­ście tysięcy osób. Samo­rządy dzia­łały pod ści­słym nad­zo­rem, ale jed­nak funk­cjo­no­wały, oku­panci byli bowiem zbyt słabi liczeb­nie, by wszyst­kim zarzą­dzać bez­po­śred­nio.

Na zie­miach włą­czo­nych do Rze­szy wpro­wa­dzono ustawy norym­ber­skie prze­ciwko lud­no­ści żydow­skiej, a znaczną jej część prze­sie­dlono do Gene­ral­nego Guber­na­tor­stwa. Żydów zaczęto kon­cen­tro­wać na tere­nie wyzna­czo­nych dziel­nic w mia­stach, a pierw­sze getto powstało już w paź­dzier­niku 1939 roku w Piotr­ko­wie Try­bu­nal­skim. Naj­więk­sze zor­ga­ni­zo­wano w War­sza­wie, gdzie jesie­nią 1940 roku na obsza­rze obej­mu­ją­cym nie­wiele ponad trzy­na­ście hek­ta­rów stło­czono około czte­ry­stu tysięcy osób. Przy oka­zji warto zazna­czyć, że nie­miec­kie poję­cie „Żyd” było dość obszerne i obej­mo­wało także kato­li­ków, któ­rych co naj­mniej troje dziad­ków nale­żało do żydow­skiej gminy wyzna­nio­wej. Tak samo trak­to­wano osoby pozo­sta­jące w związ­kach mał­żeń­skich z Żydami.

Pytania bez odpowiedzi

Jedną z więk­szych tajem­nic kam­pa­nii wrze­śnio­wej było zacho­wa­nie pol­skich władz wobec sowiec­kiej inwa­zji z sie­dem­na­stego wrze­śnia 1939 roku. Wpraw­dzie infor­ma­cja o ataku Armii Czer­wo­nej była ogrom­nym zasko­cze­niem i poja­wiły się głosy, że to już nie wojna, tylko kata­strofa na nie­spo­ty­kaną skalę, ale roz­kaz wydany przez mar­szałka Śmi­głego-Rydza wielu uznało za absur­dalny:

„Sowiety wkro­czyły. Naka­zuję ogólne wyco­fa­nie na Rumu­nię i Węgry naj­krót­szymi dro­gami. Z bol­sze­wi­kami nie wal­czyć, chyba w razie natar­cia z ich strony lub próby roz­bro­je­nia oddzia­łów”6.

Pole­ce­nie Śmi­głego, aby „z bol­sze­wi­kami nie wal­czyć” było nie­zro­zu­miałe dla więk­szo­ści jego pod­wład­nych. Nie­któ­rzy z ofi­ce­rów – na przy­kład dowódca jed­nego z puł­ków Kor­pusu Ochrony Pogra­ni­cza, puł­kow­nik Zdzi­sław Zającz­kow­ski – podej­rze­wali nawet sowiecką pro­wo­ka­cję.

„Nie mam żad­nych roz­ka­zów do pod­da­nia się woj­skom Rosji sowiec­kiej – tłu­ma­czył na odpra­wie. – To, co sły­szę, że wyszedł jakiś roz­kaz z Naczel­nego Dowódz­twa Wojsk Pol­skich, aby nie wal­czyć z woj­skami sowiec­kimi, to na pewno bol­sze­wicka dywer­sja. Uwa­żam Rosję sowiecką za takiego samego wroga jak Niem­ców”7.

Jed­nak więk­szość dowód­ców oddzia­łów sta­cjo­nu­ją­cych na wscho­dzie kraju posłusz­nie wypeł­niła roz­kaz i podej­mo­wała walkę wyłącz­nie wtedy, gdy blo­ko­wano im marsz na zachód i połu­dnie. Naj­więk­szą bitwę z sto­czono pod Szac­kiem na Woły­niu, gdzie dwu­dzie­stego siód­mego wrze­śnia Sowieci opa­no­wali mia­steczko, wypie­ra­jąc oddziały Kor­pusu Ochrony Pogra­ni­cza pod dowódz­twem gene­rała Wil­helma Orlika-Rückemanna. Następ­nego dnia nad ranem na gro­blach pomię­dzy bagni­skami powstrzy­mano kolejne natar­cie sowiec­kie, a pol­ski kontr­atak odbił Szack – znisz­czono dwa­na­ście czoł­gów prze­ciw­nika. Pod osłoną nocy Polacy prze­pra­wili się przez Bug, aby dołą­czyć do grupy „Pole­sie” gene­rała Fran­ciszka Kle­eberga. Pierw­szego paź­dzier­nika pod Wytycz­nem na Lubelsz­czyź­nie sto­czyli kolejną bitwę z Sowie­tami, a wobec bez­na­dziej­nej sytu­acji mili­tar­nej dowódca roz­for­mo­wał swój oddział.

Ogrom­nym patrio­ty­zmem wyka­zy­wali się cywilni miesz­kańcy Kre­sów. Ochot­nicy, wspo­ma­gani przez nie­liczne regu­larne oddziały, które przy­pad­kowo zna­la­zły się w mie­ście, przez trzy dni bro­nili Grodna. Wilno padło nato­miast po dwu­dnio­wej obro­nie, rów­nież zaini­cjo­wa­nej przez ochot­ni­ków.

Wydaje się, że roz­kaz Śmi­głego był dowo­dem jego reali­zmu i chęci zaosz­czę­dza­nia pol­skiej krwi. Można mieć różne opi­nie na temat jego dowo­dze­nia w kam­pa­nii wrze­śnio­wej, ale on jako zawo­dowy woj­skowy dosko­nale wie­dział, że wkro­cze­nie Sowie­tów ozna­cza osta­teczną klę­skę.

„Widoczne było, że kata­strofa jest nie­unik­niona – tłu­ma­czył mini­ster Józef Beck. – Na moje pyta­nie, czy mar­sza­łek Śmi­gły dys­po­nuje jaki­mi­kol­wiek siłami w Mało­pol­sce Wschod­niej, aby powstrzy­mać napór wojsk sowiec­kich, otrzy­ma­łem odpo­wiedź, że poza Kor­pu­sem Ochrony Pogra­ni­cza mogą się zna­leźć tylko luźne bata­liony mar­szowe, ale prak­tycz­nie opór jest bez­na­dziejny”8.

Podob­nego zda­nia byli też współ­pra­cow­nicy Śmi­głego, któ­rzy uwa­żali, że kam­pa­nia jest prze­grana i trzeba myśleć o przy­szło­ści. Ten spo­sób myśle­nia mógł być przy­czyną decy­zji mar­szałka o powro­cie do kraju dwa lata póź­niej i pró­bie pod­ję­cia współ­pracy z Niem­cami…

Roz­kaz uni­ka­nia walk z Sowie­tami był dowo­dem reali­zmu, nato­miast nie wia­domo, z jakich powo­dów uznaje się za błąd nie­wy­po­wie­dze­nie wojny ZSRS. Zaata­ko­wane pań­stwo nie musi wypo­wia­dać wojny, gdyż agre­sja mili­tarna jest wystar­cza­ją­cym dowo­dem kon­fliktu pomię­dzy obiema stro­nami. Pol­ska ni­gdy nie wypo­wie­działa wojny Trze­ciej Rze­szy, a prze­cież nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, że weszła w peł­no­ska­lowy kon­flikt mili­tarny z Niem­cami. Dla­tego nie powinno się oskar­żać o zanie­dba­nia rządu Feli­cjana Sła­woja Skład­kow­skiego ani póź­niej­szego emi­gra­cyj­nego gabi­netu Wła­dy­sława Sikor­skiego.

W cieniu sierpa i młota

Roz­gra­ni­cze­nie oku­pa­cji doko­nane pod koniec wrze­śnia oddało w ręce Sowie­tów ponad połowę tery­to­rium Pol­ski. Korekta gra­nicy sowiecko-nie­miec­kiej oka­zała się zresztą dość korzystna dla Sta­lina, bo wsku­tek rezy­gna­cji z Lubelsz­czy­zny i wschod­niego Mazow­sza Armia Czer­wona obsa­dziła tereny o mie­sza­nym skła­dzie naro­do­wo­ścio­wym. Dzięki temu można było ogło­sić, że Sowieci prze­kro­czyli gra­nicę, aby wyzwo­lić ucie­mię­żo­nych wschod­nio­sło­wiań­skich braci oraz zjed­no­czyć Ukra­inę i Bia­ło­ruś. Oczy­wi­ście nie mogło zabrak­nąć aspektu walki kla­so­wej, roz­biór Pol­ski miał być wyra­zem spra­wie­dli­wo­ści dzie­jo­wej, a także wyzwo­le­niem robot­ni­ków i chło­pów z uci­sku kapi­ta­li­stów.

Od samego początku Sowieci wpro­wa­dzili ter­ror jako metodę spra­wo­wa­nia wła­dzy, a zale­ce­nia w tej kwe­stii pły­nęły z samej góry. Nikita Chrusz­czow, będący wów­czas pierw­szym sekre­ta­rzem KC WKP(b) Ukra­iny, wygra­żał pod­wład­nym w pierw­szych dniach agre­sji: „Jak wy pra­cu­je­cie, ani jed­nego roz­strze­la­nego!”.

Sowiecka armia szybko nad­ra­biała zale­gło­ści, a jej pochód zna­czyły zbrod­nie i gra­bieże. Mor­do­wano zarówno „wyzy­ski­wa­czy”, czyli zie­mian i kapi­ta­li­stów, jak i zwy­kłych miesz­kań­ców, szcze­gól­nie gdy nie oka­zy­wali dosta­tecz­nego entu­zja­zmu wobec „wyzwo­li­cieli” ze wschodu. Nie­rzad­kie były przy­padki zabi­ja­nia pol­skich ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy, nawet tych, któ­rzy – zgod­nie z roz­ka­zem Śmi­głego-Rydza – nie wal­czyli z najeźdź­cami. W oko­li­cach mia­steczka Sarny na Woły­niu roz­strze­lano pra­wie trzy­stu człon­ków miej­sco­wego bata­lionu, w Mokra­nach wymor­do­wano ofi­ce­rów i podofi­ce­rów flo­tylli piń­skiej, zarzu­ca­jąc im, że opusz­cza­jąc okręty zgod­nie z mary­nar­ską tra­dy­cją, doko­nali ich zato­pie­nia. Ofiarą sowiec­kich zbrodni padli także cywilni ochot­nicy bro­niący Wilna i Grodna.

Na opa­no­wa­nych przez Sowie­tów tere­nach NKWD natych­miast przy­stą­piło do wpro­wa­dza­nia wła­snych porząd­ków. Zagar­nięte obszary zna­la­zły się pod wła­dzą woj­skową, a następ­nie urzą­dzono na nich wybory do tak zwa­nych zgro­ma­dzeń ludo­wych. Oczy­wi­ście była tylko jedna lista wybor­cza i kan­dy­daci zostali wybrani ogromną więk­szo­ścią gło­sów. Wkrótce potem „depu­to­wani” zwró­cili się do władz ZSRS o przy­łą­cze­nie „Zachod­niej Ukra­iny” i „Zachod­niej Bia­ło­rusi” do Kraju Rad, a Kreml przy­jął prośbę ze zro­zu­mie­niem.

„Jest wprost nie do wiary – wspo­mi­nał pobyt we Lwo­wie puł­kow­nik Kle­mens Rud­nicki – jak można wygląd mia­sta w ciągu pół­tora mie­siąca zupeł­nie zmie­nić. To już nie pogodny, piękny, zachodni Lwów, ale coś, prze­ciwko czemu wszystko się w czło­wieku burzy. Niby ten sam, znisz­czeń wojen­nych żad­nych, a jed­nak inny – Azja. Na uli­cach i gma­chach ogromne trans­pa­renty z hasłami pro­pa­gan­do­wymi w rodzaju: »Pro­le­ta­riu­sze wszyst­kich kra­jów łącz­cie się« itp. Ogromne por­trety Lenina i Sta­lina uśmie­chają się do prze­chod­niów, gło­śniki bez prze­rwy ryczą muzyką lub prze­mó­wie­niami. Na Wałach Het­mań­skich obok Sobie­skiego sta­nął ogromny pomnik – glo­ry­fi­ka­cja Związku Radziec­kiego – z drzewa okle­jo­nego beto­nem”9.

Pod koniec listo­pada wszyst­kim miesz­kań­com Kre­sów przy­mu­sowo nadano oby­wa­tel­stwo ZSRS i przy­stą­piono do par­ce­la­cji ziemi upraw­nej, jed­nak głów­nym zada­niem bol­sze­wi­ków stała się eks­ter­mi­na­cja pol­skich elit. W ciągu kilku dni po agre­sji aresz­to­wano człon­ków władz – w wię­zie­niach zna­leźli się dawni pre­mie­rzy (Alek­san­der Pry­stor, Leon Kozłow­ski i Leopold Skul­ski), mini­stro­wie, wielu posłów i sena­to­rów. Oskar­żono ich o kontr­re­wo­lu­cję, a nawet o udział w woj­nie z 1920 roku! Następ­nie przy­stą­piono do sys­te­ma­tycz­nego wynisz­cze­nia pol­skiego żywiołu i w czte­rech turach depor­to­wano około trzy­stu pięć­dzie­się­ciu tysięcy ludzi, osa­dza­jąc ich w pół­noc­nej czę­ści Rosji i w Kazach­sta­nie.

Zesłań­ców zosta­wiano w taj­dze lub na ste­pie bez środ­ków do życia i dachu nad głową. Od tej pory mieli radzić sobie sami.

„Zbie­gli się ludzie – wspo­mi­nała Nina Kochań­ska swoje zesła­nie do Kazach­stanu – a ja zasta­na­wia­łam się, gdzie oni miesz­kają, bo dookoła aż po hory­zont żad­nych domów miesz­kal­nych nie mogłam dostrzec. Było tam tylko coś, co wyglą­dało jak nędzne obory lub staj­nie”10.

Naj­słabsi szybko umie­rali, reszta usi­ło­wała się przy­sto­so­wać. Budo­wano szopy i lepianki, uczono się palić ogni­ska wysu­szo­nym nawo­zem, czyli tak zwa­nym kizia­kiem. Latem pano­wały zabój­cze upały i doku­czały ogromne ilo­ści insek­tów, zimą potworny mróz zbie­rał nowe ofiary. Do tego docho­dził jesz­cze obo­wią­zek katorż­ni­czej pracy, zgod­nie z sowiecką zasadą: kto nie pra­cuje, ten nie je.

Nie lepiej było na Sybe­rii, gdzie strasz­liwe zimno codzien­nie zbie­rało swoje śmier­telne żniwo.

„Jak okiem się­gnąć – wspo­mi­nał jeden z zesłań­ców – na hory­zon­cie roz­cią­gała się mroczna ściana lasu. Ścieżki pro­wa­dzące przez zonę obo­zową skła­dały się z dwóch desek poło­żo­nych obok sie­bie; każ­dego dnia oczysz­czali je księża, usu­wa­jący śnieg wiel­kimi drew­nia­nymi łopa­tami. […] Przed kuch­nią stała kolejka obszar­pa­nych cieni, w futrza­nych czap­kach uszan­kach, stopy i nogi opa­tu­lone szma­tami obwią­za­nymi sznur­kiem”11.

W rękach Sowie­tów zna­la­zła się rów­nież bli­żej nie­znana liczba jeń­ców wojen­nych, a po zaję­ciu przez Sta­lina repu­blik bał­tyc­kich – także oby­wa­tele pol­scy inter­no­wani na Litwie, Łotwie i Esto­nii. Gene­rał Wła­dy­sław Anders okre­ślał łączną liczbę Pola­ków osa­dzo­nych w łagrach, wię­zie­niach i zesła­nych na pół­tora miliona oby­wa­teli.

Depor­ta­cja do łagrów ozna­czała w prak­tyce wyrok śmierci, ponie­waż średni czas życia w obo­zie nie prze­kra­czał roku. Pra­wie sto tysięcy pobo­ro­wych powo­łano do służby woj­sko­wej, wcie­la­jąc ich do ponu­rej sławy bata­lio­nów budow­la­nych, a następ­nie zsy­ła­jąc do obo­zów. Naj­tra­gicz­niej­szy oka­zał się jed­nak los wzię­tych do nie­woli kil­ku­na­stu tysięcy pol­skich ofi­ce­rów wymor­do­wa­nych w Katy­niu, Char­ko­wie i Twe­rze. Była to masowa zbrod­nia na pol­skiej inte­li­gen­cji, wśród ofiar było wielu ofi­ce­rów rezerwy: nauczy­cieli, leka­rzy, praw­ni­ków. Wię­cej szczę­ścia mieli pol­scy jeńcy prze­jęci przez NKWD w repu­bli­kach bał­tyc­kich. Po klę­sce Fran­cji, w zmie­nio­nej sytu­acji poli­tycz­nej, uznano, że ci ludzie mogą być jesz­cze przy­datni.

Tysiące pol­skich oby­wa­teli zostało wymor­do­wa­nych w lokal­nych katow­niach NKWD, wielu znik­nęło na zawsze w nie­wy­ja­śniony spo­sób. Pewne jest nato­miast jedno – nie­mal dwa lata sowiec­kich rzą­dów na Kre­sach były znacz­nie tra­gicz­niej­sze niż ten sam okres oku­pa­cji nie­miec­kiej, a Sowieci zde­cy­do­wa­nie prze­wyż­szali okru­cień­stwem hitle­row­ców.

Bol­sze­wicki ter­ror w sto­sunku do Pola­ków nie był jed­nak w dzie­jach ZSRS niczym nowym. Była to nor­malna metoda spra­wo­wa­nia wła­dzy, któ­rej ofiarą padły miliony sowiec­kich oby­wa­teli: Rosjan, Ukra­iń­ców, Kaza­chów, Tata­rów, Uzbe­ków. A kiedy pewien prze­słu­chi­wany przez NKWD pol­ski ofi­cer stwier­dził, że Pola­ków jest trzy­dzie­ści milio­nów i nie­ła­two będzie ich eks­ter­mi­no­wać, to usły­szał, że w Związku Sowiec­kim wię­cej ludzi prze­bywa w łagrach…

„Bracia Litwini”

Pierw­sza sowiecka oku­pa­cja Wilna trwała kilka tygo­dni. Zgod­nie z usta­le­niami Kowna z Krem­lem dwu­dzie­stego siód­mego paź­dzier­nika 1939 roku do grodu Gie­dy­mina wkro­czyła armia litew­ska, zaj­mu­jąc mia­sto w imie­niu rządu litew­skiego. Wcze­śniej ofi­cjal­nie prze­pi­ło­wano szla­bany na daw­nej gra­nicy pol­sko-litew­skiej i wraz z innymi sym­bo­lami Rze­czy­po­spo­li­tej spa­lono je na spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nych sto­sach. Do miesz­kań­ców mia­sta nad Wilią wydano ode­zwę zapo­wia­da­jącą łagodne i kom­pro­mi­sowe rządy:

„Przy­cho­dzimy, bra­cia, nie cie­mię­żyć, lecz kochać, nie burzyć, lecz budo­wać. Przy­cho­dzimy, nio­sąc porzą­dek i pracę. Przy­no­simy prawo i spra­wie­dli­wość. Litwa jest ojczy­zną nas wszyst­kich i my wszy­scy jej syno­wie i córki mamy równe prawa i jed­naką jej miłość i sza­cu­nek. Nie ma na Litwie zwy­czaju prze­śla­do­wać za wiarę i mowę bądź prze­ko­na­nia poszcze­gól­nych ludzi”12.

Rze­czy­wi­stość wyglą­dała znacz­nie gorzej, ale począt­kowo nic nie zapo­wia­dało póź­niej­szych pro­ble­mów. Przy­czyna była jed­nak zupeł­nie inna niż ogła­szane przez poli­ty­ków z Kowna „prawo i spra­wie­dli­wość”. Wła­dze litew­skie były zasko­czone siłą pol­skiego żywiołu nad Wilią, gdyż naj­wy­raź­niej uwie­rzyły we wła­sną pro­pa­gandę gło­szącą, że Rzecz­po­spo­lita oku­puje „litew­skie mia­sto”. Tym­cza­sem w Wil­nie Litwini sta­no­wili nie­cały pro­cent lud­no­ści, nato­miast domi­no­wali Polacy – sześć­dzie­siąt sześć pro­cent – i Żydzi – dwa­dzie­ścia osiem pro­cent. Kon­ster­na­cja była tak wielka, że zre­zy­gno­wano nawet z prze­nie­sie­nia tutaj sto­licy pań­stwa.

Pierw­sze tygo­dnie litew­skiej oku­pa­cji wyglą­dały wręcz sie­lan­kowo. Ponow­nie zaczęła uka­zy­wać się pol­ska prasa, dzia­łały pol­skie pla­cówki kul­tu­ralne, szkoły i Uni­wer­sy­tet imie­nia Ste­fana Bato­rego. Mia­sto spra­wiało wra­że­nie pol­skiej enklawy, funk­cjo­nu­ją­cej na zupeł­nie innych zasa­dach niż obszary opa­no­wane przez Niem­ców czy Sowie­tów.

Tym­cza­sem zmie­niła się sytu­acja mię­dzy­na­ro­dowa. Sta­lin zaata­ko­wał Fin­lan­dię, wobec czego wła­dze z Kowna zaczęły dążyć do zbli­że­nia z Niem­cami. Hitle­rowcy nato­miast wyjąt­kowo nie­chęt­nie patrzyli na pol­ski żywioł w Wil­nie, oba­wia­jąc się, że mia­sto sta­nie się bazą dla pol­skiego pod­zie­mia.

Jed­no­cze­śnie Litwini doszli do wnio­sku, że Polacy nad Wilią zacho­wują się w spo­sób pro­wo­ka­cyjny i nie trak­tują ich admi­ni­stra­cji z odpo­wied­nią powagą. Było to zresztą zgodne z prawdą, wobec czego późną jesie­nią 1939 roku przy­stą­piono do bru­tal­nej litu­ani­za­cji mia­sta.

Poli­tycy z Kowna mieli już spore doświad­cze­nie w tych spra­wach, bo po pierw­szej woj­nie świa­to­wej udało się im znacz­nie ogra­ni­czyć siłę pol­skiego żywiołu na tere­nie pań­stwa litew­skiego. W 1919 roku naszą naro­do­wość dekla­ro­wała pra­wie połowa miesz­kań­ców Kowna, a za Litwina uwa­żał się co piąty oby­wa­tel mia­sta, nato­miast po upły­wie dwu­dzie­stu lat pro­por­cje ule­gły zmia­nie – za Litwi­nów uwa­żało się aż sześć­dzie­siąt pro­cent lud­no­ści, nato­miast za Pola­ków – tylko dzie­sięć.

Litu­ani­za­cja Wilna roz­po­częła się od zmiany nazw ulic, z któ­rych znik­nęły nie tylko nazwi­ska naszych wybit­nych roda­ków, ale także Adam Mic­kie­wicz, do któ­rego oku­panci jak naj­bar­dziej się przy­zna­wali. Usu­nięto nawet nazwy mające śre­dnio­wieczny rodo­wód – po pro­stu wszystko miało być inne niż przed powro­tem Wilna do „litew­skiej macie­rzy”.

Roz­wią­zano pol­skie orga­ni­za­cje zawo­dowe, spo­łeczne i poli­tyczne, a do urzę­dów wpro­wa­dzono język litew­ski. Ogra­ni­czono wyda­wa­nie pol­skiej prasy, a naj­lep­szą metodą oka­zało się zmniej­sze­nie przy­działu papieru, wsku­tek czego „Kurier Wileń­ski” przez pewien czas uka­zy­wał się na papie­rze pako­wym. Lud­ność podzie­lono na oby­wa­teli, uchodź­ców i cudzo­ziem­ców, przy czym do tej ostat­niej kate­go­rii zali­czono wszyst­kich, któ­rzy nie chcieli przy­jąć litew­skich pasz­por­tów.

Ci, któ­rzy zde­cy­do­wali się na zmianę oby­wa­tel­stwa, spe­cjal­nie nie mogli narze­kać. Hra­bia Michał Tysz­kie­wicz, wła­ści­ciel majątku w Ornia­nach, dzięki litew­skiemu pasz­por­towi wydo­był z war­szaw­skiego Pawiaka swoją żonę Hankę Ordo­nównę. Ale dla więk­szo­ści miej­sco­wych Pola­ków Litwini byli po pro­stu kolej­nymi oku­pan­tami.

Nie mogło być ina­czej, skoro w poło­wie grud­nia w ramach litu­ani­za­cji zli­kwi­do­wano Uni­wer­sy­tet imie­nia Ste­fana Bato­rego – jedną z naj­waż­niej­szych uczelni Dru­giej Rze­czy­po­spo­li­tej. Wła­dze litew­skie uznały, że nie mogą tole­ro­wać w Wil­nie pol­skiego uni­wer­sy­tetu, będą­cego na doda­tek kon­ku­ren­cją dla szkoły wyż­szej w Kow­nie. Tym­cza­sem, pomimo wojny, uczel­nia funk­cjo­no­wała nie­mal nor­mal­nie, a na początku paź­dzier­nika roz­po­czął się nowy rok aka­de­micki.

„Docho­dzą słu­chy, że Uni­wer­sy­tet Wileń­ski działa – dono­sił Vin­cas Raste­nis na łamach tygo­dnika »Vairas«. – Jak działa, dokład­nych wia­do­mo­ści nie mamy, ale jest fak­tem, iż pro­fe­so­ro­wie wygła­szają wykłady, a stu­denci uczęsz­czają na nie. […] To już prze­kro­cze­nie gra­nic tole­ran­cji […] Sytu­acja obec­nego Uni­wer­sy­tetu Wileń­skiego musi być jasna: on utra­cił pod­stawy legal­no­ści, a więc niczego nie może robić”13.

Litu­ani­za­cja uczelni prze­bie­gła wyjąt­kowo bru­tal­nie – więk­szość kadry nauko­wej (ponad trzy­sta osób) nie­mal z dnia na dzień pozba­wiono pracy i służ­bo­wych miesz­kań (tuż przed świę­tami Bożego Naro­dze­nia). Ten sam los spo­tkał stu­den­tów, któ­rych usu­nięto z aka­de­mi­ków, a następ­nie ogło­szono, że na miej­sce roz­wią­za­nej uczelni powstał uni­wer­sy­tet litew­ski z nowym języ­kiem wykła­do­wym i nowym pro­gra­mem naucza­nia. W jego murach poja­wili się nowi wykła­dowcy i stu­denci – w prak­tyce z ponad trzech tysięcy daw­nych słu­cha­czy na nowej uczelni pozo­stało nie­spełna dwie­ście osób, w tym zale­d­wie kil­ku­na­stu Pola­ków. Inna sprawa, że więk­szość wykła­dow­ców pocho­dzą­cych z uni­wer­sy­tetu w Kow­nie nie miała spe­cjal­nej ochoty na prze­pro­wadzkę do Wilna, uwa­ża­jąc mia­sto nad Wilią za zbyt nie­bez­pieczne, a jego los za nie­pewny. Woleli dojeż­dżać pra­wie sto kilo­me­trów na zaję­cia i wykłady.

Nie­ba­wem zresztą prze­stało to mieć więk­sze zna­cze­nie, albo­wiem w czerwcu następ­nego roku doszło do prze­wrotu komu­ni­stycz­nego, a kilka tygo­dni póź­niej Litwa została włą­czona do ZSRS. Zaczy­nała się nowa, tra­giczna epoka.

Z dziejów narodowego wstydu

Przy­wy­kli­śmy uwa­żać, że Polacy pod oku­pa­cją nie­miecką w ogrom­nej więk­szo­ści zacho­wy­wali się wspa­niale, a nie­liczne przy­kłady dono­si­ciel­stwa czy szmal­cow­nic­twa tylko potwier­dzały tę regułę. Oczy­wi­ście niczego nie można uogól­niać, ale obraz spo­łe­czeń­stwa w zacho­wa­nych doku­men­tach wcale nie jest jed­no­znaczny. Poza tym do dziś ina­czej trak­tuje się ludzi, któ­rzy wysłu­gi­wali się Sowie­tom i tych, któ­rzy dono­sili wła­dzom hitle­row­skim. Zapewne jedną z przy­czyn jest kil­ku­dzie­się­cio­let­nia pro­pa­ganda z cza­sów PRL-u, gdy ewi­dent­nych kola­bo­ran­tów i zdraj­ców sprawy naro­do­wej przed­sta­wiano jako boha­te­rów, ewen­tu­al­nie prag­ma­ty­ków prze­czu­wa­ją­cych „wiatr prze­mian”. Cho­ciaż wiele w tej kwe­stii zro­biono w ostat­nich latach, część spo­łe­czeń­stwa na­dal pre­zen­tuje podwójną optykę postrze­ga­nia tych spraw.

Jed­no­cze­śnie nie­mal zupeł­nie igno­ro­wany jest nie­zwy­kły roz­kwit dono­si­ciel­stwa na obsza­rze oku­po­wa­nym przez hitle­row­ców. Wpraw­dzie cza­sami nie­śmiało prze­bą­ki­wano o tym pro­ble­mie, jed­nak wzbu­dzało to wręcz histe­ryczne reak­cje spe­cja­li­stów. Fak­tycz­nie, jest to bar­dzo nie­wy­godna prawda, ale nie można jej uni­kać.

Dosko­na­łym potwier­dze­niem tezy o nie­mal maso­wym cha­rak­te­rze dono­si­ciel­stwa był arty­kuł Dno upadku, opu­bli­ko­wany w grud­niu 1940 roku na łamach „Biu­le­tynu Infor­ma­cyj­nego”. Warto go zacy­to­wać w cało­ści:

„Stwier­dzamy mno­że­nie się ano­ni­mo­wych i nieano­ni­mo­wych dono­sów i denun­cja­cji skie­ro­wa­nych do poli­cji nie­miec­kiej przez wyrzut­ków pol­skiego spo­łe­czeń­stwa pocho­dzą­cych z róż­nych warstw spo­łecz­nych. Denun­cjo­wani są ukry­wa­jący się woj­skowi, domnie­mani dzia­ła­cze nie­pod­le­gło­ściowi, domnie­mani kol­por­te­rzy, lokale spo­tkań kon­spi­ra­cyj­nych etc. Opa­no­wa­nie kana­lii denun­cja­tor­skiej nastą­pić może tylko w dro­dze naj­bru­tal­niej­szej reak­cji ze strony spo­łe­czeń­stwa pol­skiego. Denun­cja­to­rzy muszą wie­dzieć, że są spo­soby na ich roz­po­zna­nie i że pora­chu­nek z nimi będzie straszny”14.

Sprawa musiała być bar­dzo poważna, skoro zajął się nią ofi­cjalny organ pod­ziem­nego Związku Walki Zbroj­nej, czyli póź­niej­szej Armii Kra­jo­wej. Arty­kuł zamiesz­czono w dziale war­szaw­skim, zaj­mu­ją­cym nie­całą stronę, przy czym cały „Biu­le­tyn” liczył zale­d­wie osiem stron. Kazi­mierz Leski, który z ramie­nia orga­ni­za­cji Musz­kie­te­ro­wie zaj­mo­wał się sprawą dono­sów, przy­zna­wał po latach, że ich liczba była zaska­ku­jąco duża. Otrzy­maw­szy zada­nie ukró­ce­nia tego pro­ce­deru, pod­szedł do niego w spo­sób nie­zwy­kle pro­fe­sjo­nalny, sta­ra­jąc się, by jak naj­mniej denu­cja­cji tra­fiło w ręce Niem­ców.

„Udało się nawią­zać kon­takt z pol­skimi pra­cow­ni­kami Poczty Głów­nej, któ­rzy wychwy­ty­wali pra­wie pod okiem nad­zoru nie­miec­kiego kore­spon­den­cję kie­ro­waną do nie­miec­kiej poli­cji, adre­so­waną czę­sto do Sza­now­nego Pana Gestapo i podobną – wspo­mi­nał. – Nasz pra­cow­nik zgła­szał się po nią codzien­nie do okre­ślo­nego okienka Urzędu przy Placu Napo­le­ona. Nie­jed­no­krot­nie w dono­sach cho­dziło o rze­czy błahe. Sypała się w nich czę­sto wza­jem­nie rodzina, a w przy­padku ano­ni­mów ich auto­rów szu­ka­li­śmy prze­waż­nie wśród naj­bliż­szych osób”15.

Cenne usługi świad­czyli współ­pra­cu­jący z Leskim funk­cjo­na­riu­sze gra­na­to­wej poli­cji. Zda­rzało się, że poli­cjant skła­dał dono­si­cie­lowi wizytę i infor­mo­wał go, iż ten spóź­nił się z dono­sem, czyli także jest winny… i z reguły pro­blem zni­kał.

Wydaje się jed­nak, że po latach Leski nieco baga­te­li­zo­wał sprawę. Liczba dono­sów była naprawdę prze­ra­ża­jąca, łódz­kie Gestapo odbie­rało ich około czter­dzie­stu dzien­nie, co gro­ziło cał­ko­wi­tym spa­ra­li­żo­wa­niem pracy16. Było to prze­cież ponad tysiąc ano­ni­mów mie­sięcz­nie, któ­rych nikt z gesta­pow­ców nie miał czasu czy­tać. Wpraw­dzie bywają bada­cze twier­dzący, że Łódź została włą­czona do Rze­szy i część Pola­ków wysie­dlono, co miało ozna­czać, że dono­si­cie­lami byli Niemcy lub Żydzi z miej­sco­wego getta. To oczy­wi­sty absurd, Niemcy, czy folks­doj­cze nie musieli pisać ano­ni­mów, a Żydzi dono­sić, że ktoś należy do ich naro­do­wo­ści, tym­cza­sem co trzeci donos zawie­rał wła­śnie infor­ma­cję o ukry­wa­ją­cych się Żydach.

Argu­men­ta­cja obroń­ców „dobrego imie­nia Pola­ków” zupeł­nie już upada, gdy przyj­rzymy się dono­som z terenu War­szawy czy Kra­kowa. Ta prze­ra­ża­jąca lek­tura świad­czy o tym, że wojna obu­dziła naj­niż­sze instynkty. W cyto­wa­nych frag­men­tach zacho­wano ory­gi­nalną pisow­nię.

„Zawia­da­miam – infor­mo­wał sto­łeczne Gestapo jeden z dono­si­cieli – że dało mi się wykryć jed­nego pana który roz­wozi bro­szurki taj­nych radio­sta­cji z War­szawy jest nim nie­ja­kiś agient por­tre­towy, który pra­cuje w fir­mie Foto-Styl. […] Zawsze jeź­dzi w kie­runku Grójca z teczką sku­rzaną i inne pakunki. Pro­szę o sku­teczne zała­twie­nie tej sprawy. Pro­szę go przy­ci­snąć do ściany to on wyśpiewa wszystko, bo on dużo szko­dzi wiel­kiemu pań­stwo Nie­miec­kiemu”17.

Inny z gor­li­wych dono­si­cieli infor­mo­wał nie­miec­kie służby, że jego zna­jomi „przy wódce wyga­dy­wali różne rze­czy prze­ciwko wiel­kiemu Wodzowi Nie­miec”, nato­miast kolejny dono­sił na swo­ich sąsia­dów, że „szy­kują zamach na W.P. Hytlera”. Zda­rzały się też donosy z powo­dów „reli­gij­nych”. Otóż pewien dela­tor powia­do­mił Niem­ców o oso­bie, która posiada broń palną i nie­le­galne gazety, a na domiar złego „w dnie postne wydaje kli­jen­tom mięso które prze­cho­wuje w becz­kach w piw­nicy”.

Denun­cjo­wano wszyst­kich i wszystko – na przy­kład nie­le­galny han­del i wypo­wie­dzi na tematy poli­tyczne – a także bez skru­pu­łów wyda­wano Niem­com byłych ofi­ce­rów ukry­wa­ją­cych się przed oku­pan­tem:

„Niniej­szym zawia­da­miam, że Marian Ryciak syn Fran­ciszka jest pol­skim ofi­ce­rem i się ukrywa u swo­jej matki Kazi­miery ktura go świa­do­mie ukrywa przed wła­dzo nie­miecko w Koso­wie, powiat Soko­łów”18.

Ze szcze­gól­nym zapa­łem dono­szono o wszel­kiej nie­le­gal­nej dzia­łal­no­ści poli­tycz­nej. Zakres dono­sów był bar­dzo sze­roki – od czy­ta­nia pod­ziem­nej prasy, przez tajne naucza­nie aż po dzia­łal­ność w orga­ni­za­cjach kon­spi­ra­cyj­nych.

„Na ulicy Gro­chow­skiej 104 m 4 u pro­fe­sora Kali­now­skiego i jego czte­rech synów stu­dę­tów i zięć jego Kadza­now­ski urzęd­nik odbywa się dru­ko­wa­nie ksią­że­czek poli­tycz­nych, Pol­ska rzyje i tam jest cały skład”19.

Dono­si­ciel­stwo osią­gnęło takie roz­miary, że jedna z grup kon­spi­ra­cyj­nych skie­ro­wała ofi­cjalne pismo do Dele­ga­tury Rządu na Kraj.

„[…] dono­si­ciel­stwo stało się plagą gro­żącą utratą naj­lep­szych i naj­dziel­niej­szych jed­no­stek. Znany jest fakt, że urzędy nie­miec­kie (jak na przy­kład Gestapo) zawa­lone są dono­sami skła­da­nymi przez samych Pola­ków o ich współ­ro­da­kach. Znaczna część tych oskar­żeń wno­szona jest dobro­wol­nie przez doryw­czo zgła­sza­ją­cych się, nawet nie jest pie­nięż­nie opła­cana”20.

W jed­nym z dono­sów z paź­dzier­nika 1940 roku infor­mo­wano, że w pew­nym miesz­ka­niu przy ulicy Koszy­ko­wej w War­sza­wie są „prze­cho­wy­wane war­to­ściowe meble i dzieła sztuki po żydach” i wyra­żano obawę, że „rze­czy te mogą zostać wywie­zione i scho­wane”. Nato­miast inny „uczynny”, denun­cju­jąc han­dlu­ją­cych zło­tem zna­jo­mych, wyra­żał nadzieję, że wresz­cie nad­szedł „czas, żeby te wyde­li­ka­cone ręce troszkę zgru­biały od pracy uczci­wej”, gdyż „na kom­bi­na­to­rów dziś nie ma miej­sca, wszy­scy muszą pra­co­wać”.

Cho­ciaż bez wąt­pie­nia część dono­si­cieli miała nadzieję na nagrodę pie­niężną lub „udział w zyskach”, to nie bra­ko­wało tych „bez­in­te­re­sow­nych” lub zała­twia­ją­cych oso­bi­ste pora­chunki. Skala zja­wi­ska była ogromna, bo na pod­sta­wie danych ZWZ bada­cze obli­czają, że jeden dono­si­ciel przy­pa­dał prze­cięt­nie na trzy­stu miesz­kań­ców Gene­ral­nego Guber­na­tor­stwa. Nie­któ­rzy z dela­to­rów byli na domiar złego wyjąt­kowo uparci i skła­dali donosy w tej samej spra­wie po kilka razy, wyra­ża­jąc przy tym obu­rze­nie, że hitle­rowcy nie podej­mo­wali żad­nych dzia­łań.

„Gdy­by­ście wy, Polacy, sami na sie­bie tak nie dono­sili, to my, Niemcy, połowy albo i wię­cej byśmy o was nie wie­dzieli. Ale nie­stety. Dono­si­cie na sie­bie strasz­nie” – tłu­ma­czył jeden z nie­miec­kich urzęd­ni­ków Bar­ba­rze Abra­mow-Newerly, któ­rej mąż został aresz­to­wany na sku­tek donosu21.

Część ano­ni­mów nie miała jed­nak wiele wspól­nego z prawdą, będąc wyłącz­nie rodza­jem sąsiedz­kiej „przy­sługi”. W rezul­ta­cie zasy­py­wani nie­praw­dzi­wymi infor­ma­cjami Niemcy sta­rali się usta­lić naj­bar­dziej gor­li­wych dono­si­cieli i – jeżeli to się udało – nie­zwłocz­nie wysy­łali ich do obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych. Taki los spo­tkał nie­jaką Zofię Kędzier­ską, która „napi­sała wiele ano­ni­mo­wych listów do nie­miec­kich urzę­dów, w któ­rych z czy­stej zło­śli­wo­ści oskar­żała pol­skich oby­wa­teli o dzia­łal­ność anty­nie­miecką”22. Doszło nawet do tego, że nie­miec­kich funk­cjo­na­riu­szy szko­lono w postę­po­wa­niu z auto­rami „ano­ni­mo­wych i pisa­nych pod pseu­do­ni­mem pism o nie­po­twier­dzo­nej tre­ści”23.

Na pocie­sze­nie można dodać, że pro­cent dono­si­cieli wśród pol­skiej lud­no­ści Gene­ral­nego Guber­na­tor­stwa nie odbie­gał spe­cjal­nie od normy euro­pej­skiej. Podob­nie kształ­to­wały się wskaź­niki w innych pań­stwach oku­po­wa­nych przez hitle­row­ców. Nie mamy jed­nak żad­nych powo­dów, by pod tym wzglę­dem uwa­żać się za naród lep­szy od innych…

Rozdział 2. Służba Zwycięstwu Polski

Roz­dział 2

Służba Zwy­cię­stwu Pol­ski

Wpraw­dzie kon­spi­ra­cja okresu dru­giej wojny świa­to­wej koja­rzy się na ogół z Armią Kra­jową, jed­nak pierw­szą masową orga­ni­za­cją pod­ziemną była Służba Zwy­cię­stwu Pol­ski, zało­żona w War­sza­wie przez gene­rała Michała Toka­rzew­skiego-Kara­sze­wi­cza na dzień przed kapi­tu­la­cją mia­sta. SZP z zało­że­nia miała być zbroj­nym ramie­niem pol­skich władz emi­gra­cyj­nych i orga­ni­za­cją woj­skową kon­ty­nu­ującą walkę z oku­pan­tami.

Ni­gdy jed­nak do tego nie doszło, ponie­waż już wkrótce orga­ni­za­cja ta na mocy decy­zji gene­rała Wła­dy­sława Sikor­skiego została zastą­piona przez Zwią­zek Walki Zbroj­nej. Jej twórca i dowódca musiał się pod­po­rząd­ko­wać swo­jemu dotych­cza­so­wemu zastępcy, puł­kow­ni­kowi Ste­fa­nowi Rowec­kiemu, a kolejne decy­zje spo­wo­do­wały jego cał­ko­wite wyeli­mi­no­wa­nie z kon­spi­ra­cji, gdyż dla pol­skich władz emi­gra­cyj­nych czło­wiek zwią­zany ze śro­do­wi­skiem legio­no­wym i sana­cją nie był osobą godną zaufa­nia. Przy oka­zji w pew­nym stop­niu zaprze­pasz­czono dotych­cza­sowy doro­bek gene­rała, ale dla Sikor­skiego i jego ekipy waż­niej­sze było oczysz­cze­nie sze­re­gów kon­spi­ra­cji z pił­sud­czy­ków niż realne efekty orga­ni­za­cyjne.

Stołeczne dni chwały i wstydu

Pierw­sze oddziały Wehr­machtu dotarły do War­szawy już ósmego wrze­śnia, jed­nak ich atak został odparty, a mia­sto bro­niło się przez następne trzy tygo­dnie. Było to wyda­rze­nie dotych­czas nie­spo­ty­kane w dzie­jach wojen – sto­licę bom­bar­do­wano z ziemi i powie­trza, a szcze­gólne nasi­le­nie ata­ków nastą­piło po sowiec­kiej agre­sji. Zła­ma­nie oporu War­szawy było dla Hitlera kwe­stią ambi­cji, zgod­nie bowiem z pier­wot­nym brzmie­niem paktu Rib­ben­trop–Moło­tow gra­nica pomię­dzy Trze­cią Rze­szą i ZSRS miała prze­bie­gać na Wiśle, co skut­ko­wa­łoby włą­cze­niem war­szaw­skiej Pragi w gra­nice impe­rium sowiec­kiego.

Sąd­nym dniem dla miesz­kań­ców sto­licy był dwu­dzie­sty piąty wrze­śnia. Tego dnia Luft­waffe prze­pro­wa­dziła dywa­nowy nalot na mia­sto bro­nione wyłącz­nie przez arty­le­rię prze­ciw­lot­ni­czą (oca­lałe pol­skie myśliwce zostały wcze­śniej ewa­ku­owane na wschód). Znisz­cze­niu ule­gła sto­łeczna gazow­nia, w mie­ście zabra­kło prądu, prze­stały dzia­łać wodo­ciągi.

„Hura­ga­nowe bom­bar­do­wa­nie War­szawy – wspo­mi­nał były pre­zes PEN Clubu Fer­dy­nand Goetel – […] uwień­czył nalot na ogromną skalę. […] Na War­szawę padły setki bomb burzą­cych i dzie­siątki tysięcy zapa­la­ją­cych. Nocą roz­pę­tała się sucha wichura i prze­wier­cała pło­mie­niami całe dziel­nice. Była to pierw­sza wizja końca świata, jaką prze­żyć miała War­szawa”24.

Nie było już amu­ni­cji prze­ciw­lot­ni­czej, koń­czyły się poci­ski arty­le­rii polo­wej. Brak wody i prądu nie był jed­nak naj­więk­szym pro­ble­mem obroń­ców, gdyż koń­czyła się też żyw­ność. Nikt nie był przy­go­to­wany na dłu­go­trwałe oblę­że­nie sto­licy, a naloty i ostrzał arty­le­ryj­ski zro­biły swoje. Pod­czas nalo­tów dwu­dzie­stego pią­tego wrze­śnia zostały zbom­bar­do­wane i spło­nęły dwa główne maga­zyny żyw­no­ściowe mia­sta.

„Wpro­wa­dzono nawet racjo­no­wa­nie przy­dzia­łów koniny – wspo­mi­nał gene­rał Juliusz Róm­mel. – Tym­cza­sem pre­zy­dent Sta­rzyń­ski twier­dzi, że już od tygo­dnia lud­ność gło­duje. Mąki i chleba nie ma od dwóch tygo­dni. Brak wody i środ­ków sani­tar­nych i opa­trun­ko­wych grozi wybu­chem epi­de­mii”25.

Wpraw­dzie udało się ode­przeć kolejny nie­miecki szturm, jed­nak zapa­dła decy­zja o kapi­tu­la­cji. Dotych­czas w obro­nie mia­sta pole­gło ponad sześć tysięcy ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy, a pra­wie trzy razy wię­cej zostało ran­nych. Tra­gicz­nie przed­sta­wiał się bilans strat lud­no­ści cywil­nej. Zgi­nęło ponad dwa­dzie­ścia pięć tysięcy war­sza­wia­ków, a kil­ka­dzie­siąt tysięcy odnio­sło obra­że­nia. Wiele rodzin stra­ciło dach nad głową, znisz­cze­niu ule­gło około dwu­na­stu pro­cent zabu­dowy sto­licy.

Jed­nak nie wszy­scy chcieli kapi­tu­lo­wać, zda­rzały się przy­padki samo­woli, a wielu żoł­nie­rzy i ofi­ce­rów chciało wal­czyć do końca. Zupełne ina­czej zacho­wy­wali się cywile, któ­rzy mogli wresz­cie opu­ścić piw­nice, w któ­rych chro­nili się przed bom­bar­do­wa­niami.

„[Na wieść o kapi­tu­la­cji] na ulicę wyle­gły tłumy lud­no­ści, aby ode­tchnąć świe­żym powie­trzem, dla przy­nie­sie­nia sobie wody lub przez cie­ka­wość – opo­wia­dał gene­rał Tade­usz Kutrzeba. – W kurzu i bru­dzie nie­czysz­czo­nego mia­sta lud­ność cywilna wyglą­dała jak rażący kon­trast. Odnio­słem wra­że­nie, że gdyby tę zbie­dzoną i zmę­czoną lud­ność cywilną znowu zapę­dzić do piw­nic, czyli gdyby na nowo roz­po­cząć walki, stan moralny mia­sta obni­żyłby się bar­dzo”26.

Kapi­tu­la­cję pod­pi­sano dwu­dzie­stego ósmego wrze­śnia o godzi­nie trzy­na­stej w budynku fabryki Skody na Ocho­cie. Warunki można uznać za hono­rowe: pol­skie oddziały miały zło­żyć broń, a ofi­ce­ro­wie tra­fić do nie­woli, nato­miast podofi­ce­ro­wie i żoł­nie­rze po doko­na­niu nie­zbęd­nych for­mal­no­ści mieli odejść do domów. Niemcy zobo­wią­zali się dostar­czyć w ciągu tygo­dnia dwa miliony por­cji żyw­no­ścio­wych dla lud­no­ści mia­sta oraz zapew­nić opiekę medyczną dla ran­nych.

Jed­nak nie wszy­scy ofi­ce­ro­wie zamie­rzali się pod­dać. Nale­żała do nich grupa lot­ni­ków, któ­rzy pozo­stali w oblę­żo­nym mie­ście. Posta­no­wili oni ucie­kać przed nie­wolą, korzy­sta­jąc z kil­ku­na­stu róż­nych samo­lo­tów, jakie znaj­do­wały się na lot­ni­sku moko­tow­skim. Nie­zwy­kłego wyczynu doko­nał major Euge­niusz Wyrwicki, który, utra­ciw­szy łącz­ność ze swoją jed­nostką, wylą­do­wał w War­sza­wie już po roz­po­czę­ciu oblę­że­nia. Miał do dys­po­zy­cji samo­lot myśliw­ski PZL P-11 z otwartą, jed­no­miej­scową kabiną.

„[…] zapa­ko­wał do cia­snej kabiny swo­jej »jede­nastki« puł­kow­nika Iżyc­kiego, póź­niej­szego dowódcę lot­nic­twa pol­skiego w Wiel­kiej Bry­ta­nii i pod ostrza­łem nie­miec­kiej pie­choty wystar­to­wał na połu­dnie – wspo­mi­nał Witold Urba­no­wicz. – Oczy­wi­ście obaj lecieli bez spa­do­chro­nów – i tak nie wia­domo, jak w tej kabi­nie się zmie­ścili”27.

Nie tylko Wyrwicki nie zamie­rzał się pod­da­wać. Tego samego dnia z lot­ni­ska moko­tow­skiego odle­ciało jesz­cze jede­na­ście nie­uzbro­jo­nych samo­lo­tów tury­stycz­nych, z któ­rych dwa holo­wały za sobą szy­bowce! Nawi­ga­cję pro­wa­dzono „na wyczu­cie”, nikt nie posia­dał potrzeb­nych map. Gdy jed­nemu z pilo­tów w rejo­nie Gór Świę­to­krzy­skich skoń­czyło się paliwo, wylą­do­wał, po czym wymon­to­wał z samo­lotu busolę i „trzy­ma­jąc kurs na połu­dnie”… poszedł na Węgry pie­chotą.

Tym­cza­sem wła­dze mia­sta wyra­żały coraz więk­sze obawy co do zacho­wa­nia miesz­kań­ców War­szawy po kapi­tu­la­cji. Wygło­dzona lud­ność była nie­obli­czalna, a do tego docho­dziła jesz­cze świa­do­mość klę­ski i potwor­nych strat. Wpraw­dzie w pierw­szym odru­chu nie­mal wszy­scy rzu­cili się w kie­runku Wisły, by wresz­cie zaczerp­nąć wody, ale ponura atmos­fera nie wró­żyła nic dobrego.

„Widok War­szawy w tym momen­cie – opo­wia­dał szef sztabu obrony mia­sta, puł­kow­nik Tade­usz Toma­szew­ski – odtwa­rza jej rze­czy­wi­stość, a był nią brak wody. Dosłow­nie wszyst­kimi uli­cami w stronę Wisły szły tłumy, nie­koń­czące się sze­regi ludz­kie, olbrzy­mie kolumny z wia­drami, dzba­nami, kon­wiami, po wodę wiślaną, tam i z powro­tem, do Wisły i od Wisły, nie­prze­rwane sze­regi. Tłum prze­waż­nie kobiet i dzieci, tłum mil­czący, ponury, a w pamięci pozo­stał mi obraz tego tłumu, wyłącz­nie czarny i jakiś tajemny”28.

Jesz­cze przed wkro­cze­niem wojsk nie­miec­kich do mia­sta Komen­dant Główny Straży Oby­wa­tel­skiej wydał ode­zwę, pro­sząc o zacho­wa­nie spo­koju, „by żadne napady, rabunki czy też jakie­kol­wiek kary­godne wykro­cze­nia nie spla­miły honoru War­szawy”. Nie­stety, część miesz­kań­ców kom­plet­nie zigno­ro­wała to wezwa­nie i stało się to, czego się oba­wiano. Już dwu­dzie­stego siód­mego wrze­śnia wygło­dzone grupy war­sza­wia­ków zaata­ko­wały rzeź­nię na Pra­dze, a gdy w ciągu następ­nych dwóch dni zaczęto roz­da­wać z publicz­nych maga­zy­nów nie­wy­ko­rzy­stane zapasy, sytu­acja cał­ko­wi­cie wymknęła się spod kon­troli. Pod hasłem „nie zosta­wimy nic Niem­com” doszło do rabun­ków na znaczną skalę.

„Roz­ła­do­wy­wa­nie skła­dów publicz­nych, słuszne chyba i konieczne, dało oka­zję do igrzysk, gdzie bary i pięść miały roz­strzy­ga­jące zna­cze­nie – rela­cjo­no­wał Goetel. – Za dar­mo­chą, którą zdo­by­wało się »legal­nie« z otwar­tych drzwi i skła­dów z tyto­niem, spi­ry­tu­sem, cukrem poszedł już ama­tor­ski rabu­nek skle­pów i skła­dów pry­wat­nych”29.

Rabo­wali nie tylko ludzie z mar­gi­nesu, bo nawet „panie w szy­kow­nych futrach wdzie­rały się do opusz­czo­nych skle­pów i wyno­siły, co popa­dło pod rękę”. Korzy­stano z oka­zji, że pol­skie woj­sko opusz­czało już mia­sto, nato­miast Niemcy jesz­cze nie wkro­czyli. Pozo­stałe w sto­licy służby porząd­kowe (Straż Oby­wa­tel­ska) nie potra­fiły opa­no­wać sytu­acji.

Jeżeli rabunki w maga­zy­nach czy nawet skle­pach można było jesz­cze tłu­ma­czyć gło­dem i nędzą miesz­kań­ców, to inne przy­padki zasłu­gi­wały na jed­no­znaczne potę­pie­nie.

„Szturm rabu­siów na maga­zyny Zamku – kon­ty­nu­ował Goetel – i jego oca­lałe jesz­cze lokale nie cof­nął się nawet przed mili­cją oby­wa­tel­ską, prze­ła­mał jej opór i ogo­ło­cił Zamek z reszty dobytku. Nie oszczę­dzono rów­nież i Biblio­teki Naro­do­wej, gdzie wydzie­rano z ksiąg ilu­mi­no­wane karty, a ze sta­rych inku­na­bu­łów oprawy ze skóry”30.

Misja majora Galinata

Gdy war­sza­wiacy rabo­wali wła­sne, pod­da­jące się Niem­com mia­sto, w sto­licy powsta­wała już pierw­sza masowa orga­ni­za­cja kon­spi­ra­cyjna. Pole­ce­nie jej zało­że­nia wydał urzę­du­jący jesz­cze Naczelny Wódz, mar­sza­łek Edward Śmi­gły-Rydz.

Pierw­sze decy­zje zapa­dły już szes­na­stego wrze­śnia w Koło­myi, gdzie wów­czas prze­by­wał Sztab Główny Woj­ska Pol­skiego. Tam też mar­sza­łek wydał oso­bi­ste pole­ce­nie majo­rowi Edmun­dowi Gali­na­towi:

„Za kilka dni spłyną woj­ska na przed­mo­ście [rumuń­skie]. Wnę­trze kraju opu­sto­szeje wojen­nie. Wróci pan do tego wnę­trza, przy­stąpi do orga­ni­zo­wa­nia POW w moim imie­niu i sta­nie na jej czele”31.

Mar­sza­łek miał ogromne doświad­cze­nie kon­spi­ra­cyjne z cza­sów pierw­szej wojny świa­to­wej. Po inter­no­wa­niu Pił­sud­skiego w Mag­de­burgu w lipcu 1917 roku sta­nął na czele taj­nej Pol­skiej Orga­ni­za­cji Woj­sko­wej i teraz nie widział powo­dów, by pod­czas kolej­nej oku­pa­cji nie wyko­rzy­stać doświad­czeń z tam­tego okresu.

Naczelny Wódz nie dys­po­no­wał jed­nak odpo­wied­nim samo­lo­tem dla swo­jego emi­sa­riu­sza, a następ­nego dnia przy­szły infor­ma­cje o sowiec­kiej agre­sji. Wła­dze pol­skie, by nie wpaść w ręce Armii Czer­wo­nej, prze­kro­czyły gra­nicę z Rumu­nią i sprawa ule­gła odro­cze­niu.

Wpraw­dzie nikt z pol­skich dostoj­ni­ków nie podej­rze­wał, że Rumuni przy­stą­pią do wojny po stro­nie pol­skiej, jed­nak uwa­żano, że dotrzy­mają obiet­nicy zapew­nie­nia tran­zytu dla naszych władz. Tym­cza­sem poli­tycy z Buka­resztu panicz­nie bali się Sowie­tów zgła­sza­ją­cych pre­ten­sje do Besa­ra­bii i Buko­winy, więc pod naci­skiem mię­dzy­na­ro­do­wym inter­no­wali nasze wła­dze. Żądali tego zresztą nie tylko Sowieci i Niemcy, ale także Fran­cuzi i Anglicy. Dla wrze­śnio­wych agre­so­rów miał to być oczy­wi­sty dowód na upa­dek pań­stwa pol­skiego, nato­miast alianci z Zachodu nie zamie­rzali dalej współ­pra­co­wać z sana­cją. Byli zain­te­re­so­wani powo­ła­niem nowych władz emi­gra­cyj­nych, które bez zastrze­żeń wyko­ny­wałby ich pole­ce­nia, co też nie­ba­wem się stało.

Jed­nak Naczel­nym Wodzem na­dal pozo­sta­wał mar­sza­łek Śmi­gły-Rydz, który już po inter­no­wa­niu pono­wił roz­kaz orga­ni­za­cji struk­tur kon­spi­ra­cyj­nych pod oku­pa­cją. Wyko­rzy­stu­jąc fakt, że War­szawa wciąż bro­niła się przed Niem­cami, wła­śnie tam zde­cy­do­wał się wysłać majora Gali­nata. Prze­ka­zał mu pole­ce­nie w for­mie pisem­nej – na kawałku jedwa­biu – a jed­no­cze­śnie wydał dodat­kowe, ustne roz­kazy. Były one znacz­nie waż­niej­sze niż krótka notatka, Gali­nat miał bowiem oka­zy­wać się pisemną dys­po­zy­cją Naczel­nego Wodza tylko do chwili, gdy odnaj­dzie naj­star­szego rangą ofi­cera wywo­dzą­cego się z Legio­nów, któ­remu prze­każe dowódz­two.

Śmi­gły do końca pozo­stał sobą i nawet w chwili klę­ski nie dopusz­czał myśli, że kon­spi­ra­cją może dowo­dzić ofi­cer spoza jego obozu poli­tycz­nego. Wie­dział przy tym, że nie­miec­kie zwy­cię­stwa wywo­łają powszechną nie­chęć do sana­cji, a w kraju nie zabrak­nie wyż­szych ofi­cerów odci­na­ją­cych się od dotych­cza­so­wych władz. Uznał jed­nak, że o wszyst­kim zade­cy­duje szyb­kość dzia­ła­nia i nie zamie­rzał dać się uprze­dzić kon­ku­ren­tom do wła­dzy nad oku­po­wa­nym kra­jem.

Prze­lot do oblę­żo­nej sto­licy nie był łatwym zada­niem. Pol­skie samo­loty po prze­kro­cze­niu gra­nicy rumuń­skiej zostały inter­no­wane i znaj­do­wały się pod ści­słym nad­zo­rem. Szcze­gól­nie doty­czyło to nowo­cze­snych bom­bow­ców Łoś, które z uwagi na wiel­kość, zasięg i szyb­kość były naj­bar­dziej pre­dys­po­no­wane do wypeł­nie­nia misji. W tej sytu­acji zde­cy­do­wano się porwać pro­to­typ lek­kiego bom­bowca PZL-46 Sum, który nie był przez Rumu­nów szcze­gól­nie pil­nie strze­żony. Jego załoga, poin­for­mo­wana o zamia­rach Gali­nata, bez opo­rów zde­cy­do­wała się na lot do War­szawy.

Poja­wił się tylko jeden pro­bem – w samo­lo­cie były trzy miej­sca, gdyż tyle osób liczyła załoga pła­towca. Gali­nat musiał się więc zmie­ścić w cia­snym pomiesz­cze­niu pod kabiną, uży­wa­nym przez obser­wa­tora pod­czas bom­bar­do­wa­nia. Nie była to spe­cjal­nie wygodna miej­scówka, ale major nie zwra­cał uwagi na prze­ciw­no­ści.

Trasę do War­szawy trudno było uznać za bez­pieczną, gdyż samo­lot musiał poko­nać ponad dzie­więć­set kilo­me­trów, lecąc nad tere­nami oku­po­wa­nymi przez Sowie­tów i Niem­ców. Mimo to dwu­dzie­stego szó­stego wrze­śnia porucz­nik Sta­ni­sław Reiss pode­rwał do lotu maszynę z załogą i Gali­na­tem na pokła­dzie i około godziny osiem­na­stej pod ostrza­łem nie­miec­kim wylą­do­wał na lot­ni­sku moko­tow­skim. Samo­lot wpadł w lej po bom­bie i uległ lek­kiemu uszko­dze­niu.

Infor­ma­cja o przy­by­ciu emi­sa­riu­sza od Śmi­głego wzbu­dziła w pol­skim szta­bie zro­zu­miałe pod­nie­ce­nie, tym bar­dziej że osią­gnięto już wstępne poro­zu­mie­nie z Niem­cami w spra­wie kapi­tu­la­cji mia­sta.

„Była to dla mnie bar­dzo ważna wia­do­mość – wspo­mi­nał gene­rał Juliusz Róm­mel. – Naresz­cie po tylu dniach będziemy mieli wia­do­mo­ści z wol­nego świata. Oso­bi­ście spo­dzie­wa­łem się nawet jakichś rewe­la­cyj­nych nowin. Może stał się jakiś cud? Może za wcze­śnie przy­stą­pi­łem do roz­mów o kapi­tu­la­cji? Dobrze się stało, że jesz­cze osta­tecz­nie nie raty­fi­ko­wa­łem warun­ków umowy z Niem­cami”32.

Wysłan­nik jed­nak nie poja­wiał się w szta­bie, wobec czego znie­cier­pli­wiony Róm­mel naka­zał go poszu­kać. A kiedy Gali­nata dopro­wa­dzono wresz­cie go do gene­rała, jego stan wzbu­dził poważne zastrze­że­nia całego sztabu.

„Pra­wie po dwóch godzi­nach przy­wie­ziono go do mnie, lecz ku naszemu zgor­sze­niu w sta­nie zupeł­nie nie­trzeź­wym – zży­mał się Róm­mel. – Coś beł­ko­tał na swoje uspra­wie­dli­wie­nie, że spo­tkał kole­gów, że wypił mało, że nic nie jadł itp. Ponie­waż chwiał się na nogach, kaza­łem mu usiąść na krze­śle”33.

Gali­nat miał za sobą naprawdę ciężki dzień. Nie był lot­ni­kiem, a podróż w cha­rak­te­rze bala­stu na pod­ło­dze bom­bowca mocno dała mu się we znaki, tym bar­dziej że prze­la­ty­wano nad tery­to­rium zaję­tym przez wroga, a pilot z koniecz­no­ści dwu­krot­nie wpro­wa­dzał maszynę w kon­tro­lo­wany kor­ko­ciąg! Nic więc dziw­nego, że emi­sa­riusz Śmi­głego miał objawy cho­roby loko­mo­cyj­nej, a na domiar złego pod­czas lądo­wa­nia został solid­nie potur­bo­wany i tra­fił na punkt opa­trun­kowy. Do tego fak­tycz­nie przez wiele godzin nic nie jadł, więc kiedy dla poprawy stanu psy­cho­fi­zycz­nego zaapli­ko­wano mu kilka kole­jek wódki, alko­hol zadzia­łał na niego bły­ska­wicz­nie. Naj­waż­niej­sze było jed­nak to, że dostar­czył posła­nie Śmi­głego do sto­licy.

Z pokoju wypro­szono wszyst­kich ofi­ce­rów poza naj­bliż­szymi współ­pra­cow­ni­kami Róm­mla, a wów­czas Gali­nat wska­zał miej­sce, gdzie miał zaszyty roz­kaz. Jego treść wpra­wiła gene­rała w osłu­pie­nie.

„Posy­łam majora Gali­nata do War­szawy – pisał mar­sza­łek – celem zor­ga­ni­zo­wa­nia pod­ziem­nej orga­ni­za­cji do walk z Niem­cami. Obej­mie on dowódz­two i kie­row­nic­two”34.

Wysłan­nik Śmi­głego nie wyja­wił ust­nego pole­ce­nia mar­szałka, jed­nak Róm­mel przy­pad­kowo postą­pił w spo­sób zgodny z inten­cjami Naczel­nego Wodza. Gali­nata uznał bowiem za „bubka, który nie ma żad­nego auto­ry­tetu” i na doda­tek alko­ho­lika, wobec czego nie zaak­cep­to­wał jego osoby jako przy­wódcy kon­spi­ra­cji. Wska­zał nato­miast na gene­rała Michała Toka­rzew­skiego-Kara­sze­wi­cza, który w tym momen­cie w War­sza­wie był naj­star­szym rangą ofi­ce­rem pocho­dzą­cym z Legio­nów. Następ­nie spa­lił nad świecą roz­kaz Śmi­głego.

Tym­cza­sem na lot­ni­sku mecha­nicy pra­co­wali nad naprawą samo­lotu i w nocy zamel­do­wano Róm­m­lowi, że maszyna jest gotowa do lotu. Ten odmó­wił jed­nak ewa­ku­acji z oblę­żo­nego mia­sta, podob­nie postą­pił gene­rał Tade­usz Kutrzeba.

„W tym cza­sie – rela­cjo­no­wał Róm­mel – w szta­bie znaj­do­wał się pre­zy­dent Sta­rzyń­ski […] Popro­si­łem go do sie­bie i zapro­po­no­wa­łem, by sko­rzy­stał z oka­zji, ponie­waż jako pre­zy­dent mia­sta i cywil, w razie pozo­sta­nia w mie­ście był nara­żony na prze­śla­do­wa­nia władz hitle­row­skich za swą zde­cy­do­wa­nie anty­nie­miecką postawę, któ­rej dawał wie­lo­krot­nie wyraz pod­czas oblę­że­nia sto­licy. »Nie, panie gene­rale – odrzekł. – Bar­dzo dzię­kuję, że pan pamięta o mnie, lecz tak jak pan nie chce zosta­wić swo­ich żoł­nie­rzy, tak i ja pozo­stanę wśród swo­ich war­sza­wia­ków, któ­rzy też są bez­bronni i nara­żeni na wszel­kie przy­kre kon­se­kwen­cje«. Na taki argu­ment nie mogłem zna­leźć żad­nej odpo­wie­dzi”35.

Sum razem z załogą odle­ciał następ­nego dnia na Litwę. Pilo­towi udało się wylą­do­wać w Kow­nie, gdzie załoga i samo­lot zostali inter­no­wani. Maszynę znisz­czono po zaję­ciu Litwy przez Niem­ców, nato­miast porucz­nik Reiss prze­do­stał się do Anglii i pra­co­wał jako obla­ty­wacz samo­lotów. Zgi­nął w lutym 1943 roku pod­czas lotu testo­wego na jed­nym z nowych modeli bom­bowca.

Generał, mason i teozof

Nowo powo­łana orga­ni­za­cja przy­jęła nazwę Służba Zwy­cię­stwu Pol­ski, co nie wszyst­kim się spodo­bało. Wielu ofi­ce­rów uwa­żało, że for­ma­cja o cha­rak­te­rze woj­sko­wym powinna nazy­wać się w spo­sób mniej koja­rzący się z har­cer­stwem. Inna sprawa, że nazwa ta paso­wała do filo­zo­fii życio­wej i prze­ko­nań dowódcy, Michała Toka­rzew­skiego-Kara­sze­wi­cza.

Gene­rał miał wów­czas czter­dzie­ści sześć lat i zro­bił jedną z naj­bar­dziej bły­sko­tli­wych karier w pol­skiej armii. Legio­ni­sta – oczy­wi­ście z Pierw­szej Bry­gady – dowódca pułku pod­czas pierw­szej wojny świa­to­wej, w listo­pa­dzie 1918 roku dowo­dził odsie­czą Lwowa, która zade­cy­do­wała o utrzy­ma­niu mia­sta. Puł­kow­ni­kiem został w wieku dwu­dzie­stu ośmiu lat, a gene­ral­skie szlify osią­gnął zale­d­wie cztery lata póź­niej.

„Inte­li­gentny, wykształ­cony, przy­stojny, zgrabny, wysmu­kły, robił na wszyst­kich dobre wra­że­nie – opi­sy­wał Toka­rzew­skiego jego prze­ło­żony, gene­rał Leon Ber­becki. – Był szcze­rym ide­ali­stą, pra­co­wi­cie i usil­nie szu­kał »abso­lut­nej prawdy«”36.

Ucho­dził za zaufa­nego czło­wieka Pił­sud­skiego, któ­remu nie prze­szka­dzały jego nie­co­dzienne poglądy i zain­te­re­so­wa­nia. Gene­rał był bowiem z prze­ko­na­nia socja­li­stą i nie wysiadł „z czer­wo­nego tram­waju na przy­stanku »nie­pod­le­głość«”. Jed­no­cze­śnie nale­żał do maso­ne­rii i to wła­śnie z jego ini­cja­tywy powstało pierw­sze w Pol­sce koło wol­no­mu­lar­skie dostępne także dla kobiet. Był także gor­li­wym wyznawcą teo­zo­fii, czyli filo­zo­ficzno-reli­gij­nego sys­temu powsta­łego z połą­cze­nia tra­dy­cji euro­pej­skich i hin­du­skich. Gene­rał przy­jaź­nił się z Geo­rge’em Sid­neyem Aru­dale’em, pre­zy­den­tem Towa­rzy­stwa Teo­zo­ficz­nego w Ady­arze koło Madrasu w Indiach, a w poło­wie lat dwu­dzie­stych został wier­nym zwią­za­nego z teo­zo­fią, ale zacho­wu­ją­cego wiele rytu­ałów chrze­ści­jań­skich Kościoła libe­ralno-kato­lic­kiego. Pod koniec 1926 roku Toka­rzew­ski przy­jął nawet świę­ce­nia kapłań­skie tego Kościoła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

K. Mań­kow­ska, Moja misja wojenna, War­szawa 20003, s. 65. [wróć]

M. Foedro­witz, Pol­scy Quislin­go­wie, „Wprost”, 41/1991. [wróć]

C. Mala­parte, Kaputt, ss. 149–150. [wróć]

D. Schenk, Hans Frank. Bio­gra­fia gene­ral­nego guber­na­tora, Kra­ków 2009, s. 181. [wróć]

Oku­pa­cja 1939–1945, http://www.kolej­nic­two-pol­skie.pl/default_317.html [wróć]

A. Lesz­czyń­ski, 17 wrze­śnia mar­szałka Śmi­głego, http://wybor­cza.pl/ale­hi­sto­ria/1,121681,14600951,17_wrzesnia_marszalka_Smiglego.html?disa­ble­Re­di­rects=true [wróć]

Zd… radziecki cios w plecy, https://histo­ryk.eu/wpis/zdra­dziecki-cios-w-plecy [wróć]

A. Lesz­czyń­ski, op. cit.[wróć]

K. Rud­nicki, Na pol­skim szlaku, Wro­cław – War­szawa – Kra­ków 1990, s. 69. [wróć]

Wstrzą­sa­jące warunki życia Pola­ków depor­to­wa­nych na Sybe­rię i do Kazach­stanu http://nowa­hi­sto­ria.inte­ria.pl/pol­ska-wal­czaca/news-wstrza­sa­jace-warunki-zycia-pola­kow-depor­to­wa­nych-na-sybe­rie-,nId,1103785 [wróć]

Ibi­dem. [wróć]

M. Jasie­wicz, Wej­ście Litwi­nów 28 paź­dzier­nika 1939 roku do Wilna, http://www.kresy.pl/kre­so­pe­dia,histo­ria,ii-wojna-swia­towa?zobacz/wej­scie-litwi­now-28-paz­dzier­nika-1939-r-do-wilna [wróć]

M. Woł­łejko, Koniec Bato­ro­wej wszech­nicy, http://www.wil­no­teka.lt/pl/arty­kul/koniec-bato­ro­wej-wszech­nicy [wróć]

Dno upadku, „Biu­le­tyn Infor­ma­cyjny”, 05.12.1940. [wróć]

K. Leski, Życie nie­wła­ści­wie uroz­ma­icone, War­szawa 1995, s. 87. [wróć]

M. Foedro­witz, op. cit.[wróć]

K. Wasi­lew­ski, Sza­nowny panie Gestapo, https://www.tygo­dnik­prze­glad.pl/sza­nowny-panie-gestapo/ [wróć]

B. Engel­king, Sza­nowny panie gistapo. Donosy do władz nie­miec­kich w War­sza­wie i oko­li­cach 1940–1941, War­szawa 2003, s. 32. [wróć]

Ibi­dem, s. 36. [wróć]

K. Wasi­lew­ski, op. cit.[wróć]

Ibi­dem. [wróć]

B. Engel­king, op. cit., s. 24. [wróć]

Ibi­dem, s. 25. [wróć]

F. Goetel, Czas wojny, Gdańsk 1990, s. 13. [wróć]

J. Róm­mel, Za honor i ojczy­znę, War­szawa 1958, s. 354. [wróć]

Obrona War­szawy 1939 we wspo­mnie­niach, wyb. i oprac. M. Cie­ple­wicz, E. Kozłow­ski, War­szawa 1984, s. 359. [wróć]

W. Urba­no­wicz, Począ­tek jutra. Wrze­sień 1939 roku oczami dowódcy dywi­zjonu 303, Kra­ków 2008, s. 88. [wróć]

T. Toma­szew­ski, Byłem sze­fem sztabu obrony War­szawy w roku 1939, Lon­dyn 1961, s. 86. [wróć]

F. Goetel, op. cit., s. 14. [wróć]

Ibi­dem. [wróć]

A. Lewan­dow­ski, Zanim powstała Armia Kra­jowa. Zaska­ku­jące początki pol­skiej kon­spi­ra­cji woj­sko­wej II wojny świa­to­wej, https://kurier­hi­sto­ryczny.pl/arty­kul/zanim-powstala-armia-kra­jowa-zaska­ku­jace-poczatki-pol­skiej-kon­spi­ra­cji-woj­sko­wej-ii-wojny-swia­to­wej,260 [wróć]

J. Róm­mel, op. cit., s. 358. [wróć]

Ibi­dem, s. 358. [wróć]

Ibi­dem, s. 359. [wróć]

Ibi­dem, s. 361. [wróć]

A. Woj­ta­szak, Gene­ra­li­cja woj­ska pol­skiego 1918–1926, War­szawa 2012, s. 731. [wróć]