Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Szmalcownicy, kolaboracja z okupantami, zdrady i zabójstwa polityczne na najwyższych szczeblach polskich władz konspiracyjnych. Tym razem najpopularniejszy pisarz historyczny w Polsce dotyka tematów, które w narracji bogoojczyźnianej stanowią tabu. Kaliber opisywanych faktów nieco tonuje charakterystyczny dla Sławomira Kopra anegdotyczny i lekki styl opowieści, ale jest wynikiem przewracania tych kart naszej historii, których w żadnym razie nie można uznać za chwalebne. Mocno rozbudowane i poprawione wznowienie książki sprzed kilku lat to wyprawa w ciemne zakątki przeszłości, która może wstrząsnąć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 346
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 10 godz. 53 min
Lektor: Michał Zarzycki
Dwanaście lat temu ukazała się książka Polskie piekiełko. Obrazy z życia elit emigracyjnych 1939–1945, a sześć lat później jej luźna kontynuacja poświęcona wydarzeniom w kraju pod okupacjami sowiecką i niemiecką, czyli Polskie piekiełko. Sceny z życia polskich elit pod okupacją. Teraz powstała jej znacznie rozszerzona wersja, której tematykę kształtowałem bardzo starannie, wybierając tematy stosunkowo mało znane, a jednocześnie takie, które powinny przyciągnąć uwagę Czytelników. Wszyscy na przykład wiedzą, kim był generał Stefan Rowecki „Grot”, ale niekoniecznie znają postać założyciela Służby Zwycięstwu Polski, generała Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza. Niemal nikt nie słyszał o założonej przez Stefana Witkowskiego organizacji Muszkieterowie, ani tym bardziej o jej krwawym końcu, podobnie jak o problemach lwowskiego Związku Walki Zbrojnej. Jesteśmy dumni z osiągnięć naszej konspiracji w Generalnym Gubernatorstwie, ale nie mówimy głośno o tym, co działo się we Lwowie zajętym przez ZSRS. Czy to, że nie ma w tych faktach powodu do chluby oznacza, że należy o nich milczeć? Nie sądzę. Tym bardziej nie wolno skazywać na zapomnienie prawdziwego lwowskiego bohatera, profesora Rudolfa Weigla, który ocalił więcej istnień ludzkich niż cała polska konspiracja razem wzięta.
Z przykrością stwierdzam, że nie udało mi się w pełni zrealizować planów związanych z tą książką. W rozdziale o najbardziej tajemniczym emisariuszu generała Władysława Sikorskiego, Samsonie Mikicińskim, zamierzałem poświęcić dłuższy fragment przypadkom defraudacji środków finansowych przerzucanych do kraju przez kurierów. Takie sytuacje miały miejsce i kilka lat temu osobiście czytałem o nich w korespondencji profesora Stanisława Kota z generałem Sikorskim. Niestety obecnie nie mogłem do tej kwestii wrócić, ponieważ ktoś „zabezpieczył” teczkę przechowywaną w Zakładzie Historii Ruchu Ludowego. Zapewne uznał, że nie wolno dopuścić do tego, by sprawa stała się zbyt głośna, zatem kierując się „ważnym interesem społecznym” oraz „polską racją stanu” po prostu ukradł dokumenty w celu podtrzymania dobrego samopoczucia rodaków. Pracownicy Zakładu nie potrafili udzielić informacji, gdzie podziała się teczka, która wciąż co prawda figuruje w katalogu, ale fizycznie nie istnieje…
Zdaję sobie sprawę, że przedstawiony przeze mnie obraz okupacji jest bardzo wybiórczy, ale przyznaję otwarcie, że chciałem poruszyć tematy, które do dzisiaj wzbudzają emocje. Stąd rozdziały o szmalcownikach, granatowej policji czy występach polskich artystów na jawnych scenach, koncesjonowanych przez okupanta. Nie bez powodu również kończę książkę historią Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych. Starałem się ją napisać w sposób wyważony, odcinając się od wszelkich współczesnych dyskusji na ten kontrowersyjny temat. Przedstawiłem wyłącznie fakty, natomiast wnioski pozostawiam moim Czytelnikom, których szanuję zbyt mocno, by narzucać im swoje opinie.
Rozdział 1
Krajobraz po klęsce
Zapewne jeszcze przez długie lata historycy będą się spierać, jaką datę można uznać za definitywny koniec Drugiej Rzeczypospolitej i być może nigdy nie dojdą do porozumienia. Można jednak dokładnie wskazać datę dzienną, a nawet dokładną godzinę, kiedy barwny świat międzywojnia odszedł w przeszłość. Pierwszego września 1939 roku o godzinie czwartej czterdzieści sztukasy Luftwaffe zrzuciły pierwsze bomby na Wieluń i od tej chwili nic już nie było takie samo jak wcześniej.
Wydarzenia potoczyły się szybko – ósmego września Wehrmacht był już pod Warszawą, a dziewięć dni później od wschodu zaatakowali Sowieci. Tego samego dnia do Rumunii ewakuowały się polskie władze wraz z Naczelnym Dowództwem. Warszawa skapitulowała dwudziestego ósmego września, Modlin dzień później, Hel poddał się drugiego października, a jako ostatnia złożyła broń Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie” generała Kleeberga. Polska znalazła się pod niemiecko-sowiecką okupacją.
Symbolem czwartego rozbioru Polski stała się wspólna defilada Wehrmachtu i Armii Czerwonej, która odbyła się dwudziestego drugiego września w Brześciu nad Bugiem. Miasto zdobyli hitlerowcy, przekazali je Sowietom, a defiladę odbierali generał Hans Guderian i kombrig, czyli dowódca brygady, Siemion Kriwoszein.
Wprawdzie Anglia i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę już trzeciego września, ale, znając treść tajnego protokołu paktu Ribbentrop–Mołotow, zrezygnowały z ofensywy na Zachodzie. Sojusznicy oczekiwali sowieckiego uderzenia na Polskę i wiedzieli, że los naszego kraju został przesądzony. Zresztą bardziej interesowali się losem polskiego złota ewakuowanego do Rumunii i rozgrywkami politycznymi w łonie naszych elit władzy. Nie protestowali też, gdy pod wpływem nacisków niemieckich i sowieckich Rumuni internowali nasze władze, za to zdecydowanie przeciwstawili się nominacji generała Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego na prezydenta Rzeczypospolitej. Wieniawę uznano za człowieka sanacji i zbyt silną osobowość, dlatego ostatecznie głową państwa został Władysław Raczkiewicz. Nowy prezydent desygnował na premiera generała Władysława Sikorskiego, który objął jednocześnie stanowisko Naczelnego Wodza.
Około stu tysięcy polskich oficerów i żołnierzy znalazło się w obozach internowania w Rumunii i na Węgrzech, to z nich w przyszłości miał się rekrutować trzon Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Emigrację wybrało też wielu polityków i przedstawicieli sfer artystycznych, a dla większości była to decyzja, która zaważyła na całym ich życiu. Wielu z nich po wojnie pozostało na emigracji i nigdy już nie zobaczyło rodzinnego kraju.
Zwycięzcy solidarnie podzielili się łupem. Dokonano pewnych zmian we wcześniejszych ustaleniach i podczas kolejnej wizyty Ribbentropa w Moskwie podpisano układ o granicach i przyjaźni, będący formalnym rozbiorem Polski. ZSRS zrezygnował z granicy na Wiśle – początkowo planowano, że Sowieci zajmą Lubelszczyznę i wschodnie Mazowsze wraz z warszawską Pragą – a w zamian do strefy ich wpływów dołączono Litwę. W rękach niemieckich znalazła się niemal połowa kraju – ponad sto osiemdziesiąt siedem tysięcy kilometrów kwadratowych – zamieszkana w ogromnej większości przez ludność polską. Sowieci zajęli resztę, przy czym obaj okupanci przekazali część zdobytych terytoriów innym państwom. Niemcy wynagrodzili udział Słowaków w kampanii wrześniowej, oddając im siedemset kilometrów kwadratowych obszaru Spisza i Orawy, natomiast Moskwa przekazała Litwie Wilno wraz z najbliższą okolicą – niecałe siedem tysięcy kilometrów kwadratowych z pięciuset pięćdziesięcioma tysiącami mieszkańców. Oczywiście nie był to gest bezinteresowny, gdyż w zamian wymusili na Litwinach zgodę na organizację baz wojskowych na terenie republiki.
Na początku października 1939 roku hitlerowcy oficjalnie wcielili do Niemiec część okupowanego obszaru. W granicach Rzeszy znalazły się: Pomorze, Wielkopolska, Górny Śląsk, Łódź, północne Mazowsze i Suwalszczyzna. Wschodnia granica Niemiec przebiegała kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy, a północna – w okolicach Modlina. Były to tereny przeznaczone do szybkiej germanizacji. Hitler planował, że w ciągu dziesięciu lat staną się obszarami „czysto niemieckimi”, czemu służyć miały masowe wysiedlenia polskiej ludności oraz sprowadzenie Niemców zamieszkujących dotychczas poza granicami Trzeciej Rzeszy. Wysiedlenia prowadzono w sposób niezwykle brutalny, a Polakom pozostawiano najwyżej kwadrans na spakowanie się.
„Ósmego grudnia – wspominała hrabina Klementyna Mańkowska, właścicielka majątku Winnogóra w Wielkopolsce – […] koło godziny drugiej, wskutek jakiegoś przeczucia, którego nie potrafię wytłumaczyć, wstałam, by spojrzeć przez bramę. Z przerażeniem zobaczyłam, jak przed domem zatrzymuje się czarny, pancerny samochód. Natychmiast też otoczyła nas chmara czarnych mundurów.
– Jest pani aresztowana – oznajmili. – Pani, pani mąż i dzieci, musicie wyjechać stąd za kwadrans. Przede wszystkim nie bierzcie niczego, co sami nie uniesiecie”1.
Nie wszyscy mieli tyle szczęścia, bo ci gorzej urodzeni dostawali zaledwie pięć minut na spakowanie się. Jednak najbardziej tragiczny los spotkał polskie elity intelektualne. W ramach „wyniszczania warstw kierowniczych” przeprowadzono akcję „Inteligencja” (Intelligenzaktion), której ofiarami padło kilkadziesiąt tysięcy osób. Mordowano lub zsyłano do obozów koncentracyjnych: księży, nauczycieli, ziemian, kapitalistów, działaczy politycznych oraz wojskowych. Ze szczególną nienawiścią tropiono powstańców wielkopolskich i śląskich, dawnych członków Polskiej Organizacji Wojskowej oraz działaczy plebiscytowych.
Jednak natychmiastowe pozbycie się wszystkich Polaków z terenów wcielonych do Rzeszy okazało się niemożliwe z powodów praktycznych. Kolonizacja niemiecka postępowała stosunkowo wolno, toteż nasi rodacy byli niezbędni do funkcjonowania miejscowej gospodarki. Jako obywatele drugiej kategorii mieli zapewnić utrzymanie „rasie panów”, a czasami pozwalano im pracować na stanowiskach wyższych niż robotnicze.
Specyficzny charakter miała tutejsza folkslista. O ile jej pierwsze dwie kategorie były faktycznie przeznaczone dla ludzi czujących się Niemcami, to już do kategorii trzeciej zaliczono praktycznie większość Ślązaków, Kaszubów czy Mazurów. Uznano ich za spolonizowanych potomków Niemców, a odmowa podpisania folkslisty oznaczała wywózkę do obozu koncentracyjnego i praktycznie automatyczny wyrok śmierci dla całej rodziny. W tej sytuacji władze emigracyjne wydały zgodę na wpisywanie się na folkslistę w celu ratowania życia, a takie stanowisko popierali również hierarchowie kościelni. W rezultacie niemiecka lista narodowa na Górnym Śląsku przybrała wręcz monstrualne rozmiary, podpisało ją bowiem niemal dziewięćdziesiąt procent przedwojennych mieszkańców tego regionu.
Odmienny charakter miała natomiast ostatnia grupa folkslisty. Zaliczono do niej spolonizowane osoby pochodzenia niemieckiego, które czynnie brały udział w polskich organizacjach politycznych i społecznych. Postanowiono również, że podpisać ją mogą ci, których uznano za wartościowych pod względem rasowym. Podobnie jak w przypadku poprzedniej kategorii podpisanie jej było sprawą życia i śmierci. Dlatego informacja, że liczba folksdojczów w Poznaniu w ciągu kilku miesięcy wzrosła z czterech i pół tysiąca do trzydziestu tysięcy, wcale nie oznaczała radosnej kolaboracji z okupantem2.
Pod koniec października oficjalnie ogłoszono powstanie Generalnego Gubernatorstwa ze stolicą w Krakowie – Warszawę uznano bowiem za miasto zbyt niebezpieczne. Objęło ono resztę ziem okupowanych przez Niemców, łącznie prawie sto tysięcy kilometrów kwadratowych i dwanaście milionów mieszkańców. Na jego czele stanął długoletni członek NSDAP, prawnik z wykształcenia, Hans Frank – człowiek o psychice „stanowiącej przedziwną mieszaninę inteligencji i okrucieństwa, finezji i wulgarności, brutalnego cynizmu i wyrafinowanej wrażliwości”3. Za swoją siedzibę obrał Wawel i zaczął się uważać za „niemieckiego króla Polski”, podczas gdy w Berlinie o Generalnym Gubernatorstwie mawiano Frank-Reich (Rzesza Franka).
Pierwszą brutalną akcją, którą okupanci przeprowadzili przeciwko Polakom na terenie Generalnego Gubernatorstwa, była Sonderaktion Krakau. W jej wyniku na początku listopada 1939 roku do obozów koncentracyjnych wywieziono ponad stu osiemdziesięciu wykładowców krakowskich uczelni. Wprawdzie po interwencjach międzynarodowych – w tym Benita Mussoliniego – naukowcy zostali po kilku miesiącach zwolnieni, jednak ich część nie przeżyła uwięzienia. Natomiast hitlerowcy mieli niebawem ponownie podjąć temat, tym razem z o wiele bardziej tragicznym skutkiem.
Uczciwie trzeba przyznać, że pomimo Sonderaktion Krakau początkowo zapanowało pewne uspokojenie sytuacji. Ludność polska miała znacznie lepsze warunki do życia niż na obszarach wcielonych bezpośrednio do Rzeszy, a terror przejawiał się głównie w akcjach odwetowych. Za taką należy uznać zbrodnię w Wawrze, gdzie za zabicie przez miejscowych kryminalistów dwóch niemieckich żołnierzy rozstrzelano stu jedenastu mężczyzn z okolicznych domów. Wiele wskazuje na to, że jeszcze wtedy hitlerowcy nie planowali zorganizowanego ludobójstwa.
Wiosną 1940 roku okupanci zrzucili jednak maski i przystąpili do planowego wyniszczania polskich elit. W ramach tak zwanej akcji AB (Außerordentliche Befriedungsaktion) pomiędzy majem i wrześniem wymordowano około trzech i pół tysiąca przedstawicieli polskiej inteligencji. Wśród rozstrzelanych znalazł się były marszałek Sejmu Maciej Rataj, jeden z liderów PPS Mieczysław Niedziałkowski, a także znakomity biegacz i medalista olimpijski Janusz Kusociński. Przy okazji rozstrzelano również około trzech tysięcy więźniów politycznych przetrzymywanych dotychczas w obozach koncentracyjnych. Masowa zbrodnia miała złamać ducha oporu w narodzie polskim i pozbawić go przywódców.
„[…] dla nas wszystkich narodowych socjalistów – tłumaczył Frank na jednej z odpraw – nakazem chwili jest podjęcie zobowiązania, że dołożymy wszelkich starań, by w narodzie polskim nie wykrystalizował się już żaden opór. Nie ulega wątpliwości, że jesteśmy w stanie wykonać to zadanie, że jest to nawet naszym obowiązkiem ze względu na konieczność osłaniania Rzeszy od Wschodu”4.
Hitler ostatecznie zrezygnował z planów powołania szczątkowego, wasalnego państwa polskiego i polecił przystąpić do bezwzględnej eksploatacji podbitych terenów. Generalne Gubernatorstwo miało się stać obszarem o statusie kolonialnym, zaspokajającym potrzeby Rzeszy w zakresie produkcji rolnej i niewykwalifikowanej siły roboczej. Planowano, że będzie stanowiło bufor pomiędzy Niemcami a ZSRS, co w kontekście planowanej przez Führera wojny z Sowietami miało szczególne znaczenie.
Realizacja hitlerowskich planów musiała jednak zostać odłożona w czasie. Żywioł niemiecki w Generalnym Gubernatorstwie był zbyt słaby i nie było możliwości natychmiastowej germanizacji tego obszaru. W efekcie, chociaż powołano Generalną Dyrekcję Kolei Wschodniej, z braku niemieckich pracowników zatrudniono w niej ponad dwieście tysięcy Polaków5.
Podobnie było w siłach porządkowych, dlatego w grudniu 1939 roku powstała Policja Polska Generalnego Gubernatorstwa – od koloru mundurów zwana granatową policją – do której pod groźbą kary śmierci powołano przedwojennych funkcjonariuszy. Szeregi uzupełniano byłymi policjantami przesiedlonymi z ziem włączonych do Rzeszy, a przez formację przewinęło się łącznie ponad szesnaście tysięcy osób. Samorządy działały pod ścisłym nadzorem, ale jednak funkcjonowały, okupanci byli bowiem zbyt słabi liczebnie, by wszystkim zarządzać bezpośrednio.
Na ziemiach włączonych do Rzeszy wprowadzono ustawy norymberskie przeciwko ludności żydowskiej, a znaczną jej część przesiedlono do Generalnego Gubernatorstwa. Żydów zaczęto koncentrować na terenie wyznaczonych dzielnic w miastach, a pierwsze getto powstało już w październiku 1939 roku w Piotrkowie Trybunalskim. Największe zorganizowano w Warszawie, gdzie jesienią 1940 roku na obszarze obejmującym niewiele ponad trzynaście hektarów stłoczono około czterystu tysięcy osób. Przy okazji warto zaznaczyć, że niemieckie pojęcie „Żyd” było dość obszerne i obejmowało także katolików, których co najmniej troje dziadków należało do żydowskiej gminy wyznaniowej. Tak samo traktowano osoby pozostające w związkach małżeńskich z Żydami.
Jedną z większych tajemnic kampanii wrześniowej było zachowanie polskich władz wobec sowieckiej inwazji z siedemnastego września 1939 roku. Wprawdzie informacja o ataku Armii Czerwonej była ogromnym zaskoczeniem i pojawiły się głosy, że to już nie wojna, tylko katastrofa na niespotykaną skalę, ale rozkaz wydany przez marszałka Śmigłego-Rydza wielu uznało za absurdalny:
„Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie na Rumunię i Węgry najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony lub próby rozbrojenia oddziałów”6.
Polecenie Śmigłego, aby „z bolszewikami nie walczyć” było niezrozumiałe dla większości jego podwładnych. Niektórzy z oficerów – na przykład dowódca jednego z pułków Korpusu Ochrony Pogranicza, pułkownik Zdzisław Zajączkowski – podejrzewali nawet sowiecką prowokację.
„Nie mam żadnych rozkazów do poddania się wojskom Rosji sowieckiej – tłumaczył na odprawie. – To, co słyszę, że wyszedł jakiś rozkaz z Naczelnego Dowództwa Wojsk Polskich, aby nie walczyć z wojskami sowieckimi, to na pewno bolszewicka dywersja. Uważam Rosję sowiecką za takiego samego wroga jak Niemców”7.
Jednak większość dowódców oddziałów stacjonujących na wschodzie kraju posłusznie wypełniła rozkaz i podejmowała walkę wyłącznie wtedy, gdy blokowano im marsz na zachód i południe. Największą bitwę z stoczono pod Szackiem na Wołyniu, gdzie dwudziestego siódmego września Sowieci opanowali miasteczko, wypierając oddziały Korpusu Ochrony Pogranicza pod dowództwem generała Wilhelma Orlika-Rückemanna. Następnego dnia nad ranem na groblach pomiędzy bagniskami powstrzymano kolejne natarcie sowieckie, a polski kontratak odbił Szack – zniszczono dwanaście czołgów przeciwnika. Pod osłoną nocy Polacy przeprawili się przez Bug, aby dołączyć do grupy „Polesie” generała Franciszka Kleeberga. Pierwszego października pod Wytycznem na Lubelszczyźnie stoczyli kolejną bitwę z Sowietami, a wobec beznadziejnej sytuacji militarnej dowódca rozformował swój oddział.
Ogromnym patriotyzmem wykazywali się cywilni mieszkańcy Kresów. Ochotnicy, wspomagani przez nieliczne regularne oddziały, które przypadkowo znalazły się w mieście, przez trzy dni bronili Grodna. Wilno padło natomiast po dwudniowej obronie, również zainicjowanej przez ochotników.
Wydaje się, że rozkaz Śmigłego był dowodem jego realizmu i chęci zaoszczędzania polskiej krwi. Można mieć różne opinie na temat jego dowodzenia w kampanii wrześniowej, ale on jako zawodowy wojskowy doskonale wiedział, że wkroczenie Sowietów oznacza ostateczną klęskę.
„Widoczne było, że katastrofa jest nieunikniona – tłumaczył minister Józef Beck. – Na moje pytanie, czy marszałek Śmigły dysponuje jakimikolwiek siłami w Małopolsce Wschodniej, aby powstrzymać napór wojsk sowieckich, otrzymałem odpowiedź, że poza Korpusem Ochrony Pogranicza mogą się znaleźć tylko luźne bataliony marszowe, ale praktycznie opór jest beznadziejny”8.
Podobnego zdania byli też współpracownicy Śmigłego, którzy uważali, że kampania jest przegrana i trzeba myśleć o przyszłości. Ten sposób myślenia mógł być przyczyną decyzji marszałka o powrocie do kraju dwa lata później i próbie podjęcia współpracy z Niemcami…
Rozkaz unikania walk z Sowietami był dowodem realizmu, natomiast nie wiadomo, z jakich powodów uznaje się za błąd niewypowiedzenie wojny ZSRS. Zaatakowane państwo nie musi wypowiadać wojny, gdyż agresja militarna jest wystarczającym dowodem konfliktu pomiędzy obiema stronami. Polska nigdy nie wypowiedziała wojny Trzeciej Rzeszy, a przecież nikt nie miał wątpliwości, że weszła w pełnoskalowy konflikt militarny z Niemcami. Dlatego nie powinno się oskarżać o zaniedbania rządu Felicjana Sławoja Składkowskiego ani późniejszego emigracyjnego gabinetu Władysława Sikorskiego.
Rozgraniczenie okupacji dokonane pod koniec września oddało w ręce Sowietów ponad połowę terytorium Polski. Korekta granicy sowiecko-niemieckiej okazała się zresztą dość korzystna dla Stalina, bo wskutek rezygnacji z Lubelszczyzny i wschodniego Mazowsza Armia Czerwona obsadziła tereny o mieszanym składzie narodowościowym. Dzięki temu można było ogłosić, że Sowieci przekroczyli granicę, aby wyzwolić uciemiężonych wschodniosłowiańskich braci oraz zjednoczyć Ukrainę i Białoruś. Oczywiście nie mogło zabraknąć aspektu walki klasowej, rozbiór Polski miał być wyrazem sprawiedliwości dziejowej, a także wyzwoleniem robotników i chłopów z ucisku kapitalistów.
Od samego początku Sowieci wprowadzili terror jako metodę sprawowania władzy, a zalecenia w tej kwestii płynęły z samej góry. Nikita Chruszczow, będący wówczas pierwszym sekretarzem KC WKP(b) Ukrainy, wygrażał podwładnym w pierwszych dniach agresji: „Jak wy pracujecie, ani jednego rozstrzelanego!”.
Sowiecka armia szybko nadrabiała zaległości, a jej pochód znaczyły zbrodnie i grabieże. Mordowano zarówno „wyzyskiwaczy”, czyli ziemian i kapitalistów, jak i zwykłych mieszkańców, szczególnie gdy nie okazywali dostatecznego entuzjazmu wobec „wyzwolicieli” ze wschodu. Nierzadkie były przypadki zabijania polskich oficerów i żołnierzy, nawet tych, którzy – zgodnie z rozkazem Śmigłego-Rydza – nie walczyli z najeźdźcami. W okolicach miasteczka Sarny na Wołyniu rozstrzelano prawie trzystu członków miejscowego batalionu, w Mokranach wymordowano oficerów i podoficerów flotylli pińskiej, zarzucając im, że opuszczając okręty zgodnie z marynarską tradycją, dokonali ich zatopienia. Ofiarą sowieckich zbrodni padli także cywilni ochotnicy broniący Wilna i Grodna.
Na opanowanych przez Sowietów terenach NKWD natychmiast przystąpiło do wprowadzania własnych porządków. Zagarnięte obszary znalazły się pod władzą wojskową, a następnie urządzono na nich wybory do tak zwanych zgromadzeń ludowych. Oczywiście była tylko jedna lista wyborcza i kandydaci zostali wybrani ogromną większością głosów. Wkrótce potem „deputowani” zwrócili się do władz ZSRS o przyłączenie „Zachodniej Ukrainy” i „Zachodniej Białorusi” do Kraju Rad, a Kreml przyjął prośbę ze zrozumieniem.
„Jest wprost nie do wiary – wspominał pobyt we Lwowie pułkownik Klemens Rudnicki – jak można wygląd miasta w ciągu półtora miesiąca zupełnie zmienić. To już nie pogodny, piękny, zachodni Lwów, ale coś, przeciwko czemu wszystko się w człowieku burzy. Niby ten sam, zniszczeń wojennych żadnych, a jednak inny – Azja. Na ulicach i gmachach ogromne transparenty z hasłami propagandowymi w rodzaju: »Proletariusze wszystkich krajów łączcie się« itp. Ogromne portrety Lenina i Stalina uśmiechają się do przechodniów, głośniki bez przerwy ryczą muzyką lub przemówieniami. Na Wałach Hetmańskich obok Sobieskiego stanął ogromny pomnik – gloryfikacja Związku Radzieckiego – z drzewa oklejonego betonem”9.
Pod koniec listopada wszystkim mieszkańcom Kresów przymusowo nadano obywatelstwo ZSRS i przystąpiono do parcelacji ziemi uprawnej, jednak głównym zadaniem bolszewików stała się eksterminacja polskich elit. W ciągu kilku dni po agresji aresztowano członków władz – w więzieniach znaleźli się dawni premierzy (Aleksander Prystor, Leon Kozłowski i Leopold Skulski), ministrowie, wielu posłów i senatorów. Oskarżono ich o kontrrewolucję, a nawet o udział w wojnie z 1920 roku! Następnie przystąpiono do systematycznego wyniszczenia polskiego żywiołu i w czterech turach deportowano około trzystu pięćdziesięciu tysięcy ludzi, osadzając ich w północnej części Rosji i w Kazachstanie.
Zesłańców zostawiano w tajdze lub na stepie bez środków do życia i dachu nad głową. Od tej pory mieli radzić sobie sami.
„Zbiegli się ludzie – wspominała Nina Kochańska swoje zesłanie do Kazachstanu – a ja zastanawiałam się, gdzie oni mieszkają, bo dookoła aż po horyzont żadnych domów mieszkalnych nie mogłam dostrzec. Było tam tylko coś, co wyglądało jak nędzne obory lub stajnie”10.
Najsłabsi szybko umierali, reszta usiłowała się przystosować. Budowano szopy i lepianki, uczono się palić ogniska wysuszonym nawozem, czyli tak zwanym kiziakiem. Latem panowały zabójcze upały i dokuczały ogromne ilości insektów, zimą potworny mróz zbierał nowe ofiary. Do tego dochodził jeszcze obowiązek katorżniczej pracy, zgodnie z sowiecką zasadą: kto nie pracuje, ten nie je.
Nie lepiej było na Syberii, gdzie straszliwe zimno codziennie zbierało swoje śmiertelne żniwo.
„Jak okiem sięgnąć – wspominał jeden z zesłańców – na horyzoncie rozciągała się mroczna ściana lasu. Ścieżki prowadzące przez zonę obozową składały się z dwóch desek położonych obok siebie; każdego dnia oczyszczali je księża, usuwający śnieg wielkimi drewnianymi łopatami. […] Przed kuchnią stała kolejka obszarpanych cieni, w futrzanych czapkach uszankach, stopy i nogi opatulone szmatami obwiązanymi sznurkiem”11.
W rękach Sowietów znalazła się również bliżej nieznana liczba jeńców wojennych, a po zajęciu przez Stalina republik bałtyckich – także obywatele polscy internowani na Litwie, Łotwie i Estonii. Generał Władysław Anders określał łączną liczbę Polaków osadzonych w łagrach, więzieniach i zesłanych na półtora miliona obywateli.
Deportacja do łagrów oznaczała w praktyce wyrok śmierci, ponieważ średni czas życia w obozie nie przekraczał roku. Prawie sto tysięcy poborowych powołano do służby wojskowej, wcielając ich do ponurej sławy batalionów budowlanych, a następnie zsyłając do obozów. Najtragiczniejszy okazał się jednak los wziętych do niewoli kilkunastu tysięcy polskich oficerów wymordowanych w Katyniu, Charkowie i Twerze. Była to masowa zbrodnia na polskiej inteligencji, wśród ofiar było wielu oficerów rezerwy: nauczycieli, lekarzy, prawników. Więcej szczęścia mieli polscy jeńcy przejęci przez NKWD w republikach bałtyckich. Po klęsce Francji, w zmienionej sytuacji politycznej, uznano, że ci ludzie mogą być jeszcze przydatni.
Tysiące polskich obywateli zostało wymordowanych w lokalnych katowniach NKWD, wielu zniknęło na zawsze w niewyjaśniony sposób. Pewne jest natomiast jedno – niemal dwa lata sowieckich rządów na Kresach były znacznie tragiczniejsze niż ten sam okres okupacji niemieckiej, a Sowieci zdecydowanie przewyższali okrucieństwem hitlerowców.
Bolszewicki terror w stosunku do Polaków nie był jednak w dziejach ZSRS niczym nowym. Była to normalna metoda sprawowania władzy, której ofiarą padły miliony sowieckich obywateli: Rosjan, Ukraińców, Kazachów, Tatarów, Uzbeków. A kiedy pewien przesłuchiwany przez NKWD polski oficer stwierdził, że Polaków jest trzydzieści milionów i niełatwo będzie ich eksterminować, to usłyszał, że w Związku Sowieckim więcej ludzi przebywa w łagrach…
Pierwsza sowiecka okupacja Wilna trwała kilka tygodni. Zgodnie z ustaleniami Kowna z Kremlem dwudziestego siódmego października 1939 roku do grodu Giedymina wkroczyła armia litewska, zajmując miasto w imieniu rządu litewskiego. Wcześniej oficjalnie przepiłowano szlabany na dawnej granicy polsko-litewskiej i wraz z innymi symbolami Rzeczypospolitej spalono je na specjalnie przygotowanych stosach. Do mieszkańców miasta nad Wilią wydano odezwę zapowiadającą łagodne i kompromisowe rządy:
„Przychodzimy, bracia, nie ciemiężyć, lecz kochać, nie burzyć, lecz budować. Przychodzimy, niosąc porządek i pracę. Przynosimy prawo i sprawiedliwość. Litwa jest ojczyzną nas wszystkich i my wszyscy jej synowie i córki mamy równe prawa i jednaką jej miłość i szacunek. Nie ma na Litwie zwyczaju prześladować za wiarę i mowę bądź przekonania poszczególnych ludzi”12.
Rzeczywistość wyglądała znacznie gorzej, ale początkowo nic nie zapowiadało późniejszych problemów. Przyczyna była jednak zupełnie inna niż ogłaszane przez polityków z Kowna „prawo i sprawiedliwość”. Władze litewskie były zaskoczone siłą polskiego żywiołu nad Wilią, gdyż najwyraźniej uwierzyły we własną propagandę głoszącą, że Rzeczpospolita okupuje „litewskie miasto”. Tymczasem w Wilnie Litwini stanowili niecały procent ludności, natomiast dominowali Polacy – sześćdziesiąt sześć procent – i Żydzi – dwadzieścia osiem procent. Konsternacja była tak wielka, że zrezygnowano nawet z przeniesienia tutaj stolicy państwa.
Pierwsze tygodnie litewskiej okupacji wyglądały wręcz sielankowo. Ponownie zaczęła ukazywać się polska prasa, działały polskie placówki kulturalne, szkoły i Uniwersytet imienia Stefana Batorego. Miasto sprawiało wrażenie polskiej enklawy, funkcjonującej na zupełnie innych zasadach niż obszary opanowane przez Niemców czy Sowietów.
Tymczasem zmieniła się sytuacja międzynarodowa. Stalin zaatakował Finlandię, wobec czego władze z Kowna zaczęły dążyć do zbliżenia z Niemcami. Hitlerowcy natomiast wyjątkowo niechętnie patrzyli na polski żywioł w Wilnie, obawiając się, że miasto stanie się bazą dla polskiego podziemia.
Jednocześnie Litwini doszli do wniosku, że Polacy nad Wilią zachowują się w sposób prowokacyjny i nie traktują ich administracji z odpowiednią powagą. Było to zresztą zgodne z prawdą, wobec czego późną jesienią 1939 roku przystąpiono do brutalnej lituanizacji miasta.
Politycy z Kowna mieli już spore doświadczenie w tych sprawach, bo po pierwszej wojnie światowej udało się im znacznie ograniczyć siłę polskiego żywiołu na terenie państwa litewskiego. W 1919 roku naszą narodowość deklarowała prawie połowa mieszkańców Kowna, a za Litwina uważał się co piąty obywatel miasta, natomiast po upływie dwudziestu lat proporcje uległy zmianie – za Litwinów uważało się aż sześćdziesiąt procent ludności, natomiast za Polaków – tylko dziesięć.
Lituanizacja Wilna rozpoczęła się od zmiany nazw ulic, z których zniknęły nie tylko nazwiska naszych wybitnych rodaków, ale także Adam Mickiewicz, do którego okupanci jak najbardziej się przyznawali. Usunięto nawet nazwy mające średniowieczny rodowód – po prostu wszystko miało być inne niż przed powrotem Wilna do „litewskiej macierzy”.
Rozwiązano polskie organizacje zawodowe, społeczne i polityczne, a do urzędów wprowadzono język litewski. Ograniczono wydawanie polskiej prasy, a najlepszą metodą okazało się zmniejszenie przydziału papieru, wskutek czego „Kurier Wileński” przez pewien czas ukazywał się na papierze pakowym. Ludność podzielono na obywateli, uchodźców i cudzoziemców, przy czym do tej ostatniej kategorii zaliczono wszystkich, którzy nie chcieli przyjąć litewskich paszportów.
Ci, którzy zdecydowali się na zmianę obywatelstwa, specjalnie nie mogli narzekać. Hrabia Michał Tyszkiewicz, właściciel majątku w Ornianach, dzięki litewskiemu paszportowi wydobył z warszawskiego Pawiaka swoją żonę Hankę Ordonównę. Ale dla większości miejscowych Polaków Litwini byli po prostu kolejnymi okupantami.
Nie mogło być inaczej, skoro w połowie grudnia w ramach lituanizacji zlikwidowano Uniwersytet imienia Stefana Batorego – jedną z najważniejszych uczelni Drugiej Rzeczypospolitej. Władze litewskie uznały, że nie mogą tolerować w Wilnie polskiego uniwersytetu, będącego na dodatek konkurencją dla szkoły wyższej w Kownie. Tymczasem, pomimo wojny, uczelnia funkcjonowała niemal normalnie, a na początku października rozpoczął się nowy rok akademicki.
„Dochodzą słuchy, że Uniwersytet Wileński działa – donosił Vincas Rastenis na łamach tygodnika »Vairas«. – Jak działa, dokładnych wiadomości nie mamy, ale jest faktem, iż profesorowie wygłaszają wykłady, a studenci uczęszczają na nie. […] To już przekroczenie granic tolerancji […] Sytuacja obecnego Uniwersytetu Wileńskiego musi być jasna: on utracił podstawy legalności, a więc niczego nie może robić”13.
Lituanizacja uczelni przebiegła wyjątkowo brutalnie – większość kadry naukowej (ponad trzysta osób) niemal z dnia na dzień pozbawiono pracy i służbowych mieszkań (tuż przed świętami Bożego Narodzenia). Ten sam los spotkał studentów, których usunięto z akademików, a następnie ogłoszono, że na miejsce rozwiązanej uczelni powstał uniwersytet litewski z nowym językiem wykładowym i nowym programem nauczania. W jego murach pojawili się nowi wykładowcy i studenci – w praktyce z ponad trzech tysięcy dawnych słuchaczy na nowej uczelni pozostało niespełna dwieście osób, w tym zaledwie kilkunastu Polaków. Inna sprawa, że większość wykładowców pochodzących z uniwersytetu w Kownie nie miała specjalnej ochoty na przeprowadzkę do Wilna, uważając miasto nad Wilią za zbyt niebezpieczne, a jego los za niepewny. Woleli dojeżdżać prawie sto kilometrów na zajęcia i wykłady.
Niebawem zresztą przestało to mieć większe znaczenie, albowiem w czerwcu następnego roku doszło do przewrotu komunistycznego, a kilka tygodni później Litwa została włączona do ZSRS. Zaczynała się nowa, tragiczna epoka.
Przywykliśmy uważać, że Polacy pod okupacją niemiecką w ogromnej większości zachowywali się wspaniale, a nieliczne przykłady donosicielstwa czy szmalcownictwa tylko potwierdzały tę regułę. Oczywiście niczego nie można uogólniać, ale obraz społeczeństwa w zachowanych dokumentach wcale nie jest jednoznaczny. Poza tym do dziś inaczej traktuje się ludzi, którzy wysługiwali się Sowietom i tych, którzy donosili władzom hitlerowskim. Zapewne jedną z przyczyn jest kilkudziesięcioletnia propaganda z czasów PRL-u, gdy ewidentnych kolaborantów i zdrajców sprawy narodowej przedstawiano jako bohaterów, ewentualnie pragmatyków przeczuwających „wiatr przemian”. Chociaż wiele w tej kwestii zrobiono w ostatnich latach, część społeczeństwa nadal prezentuje podwójną optykę postrzegania tych spraw.
Jednocześnie niemal zupełnie ignorowany jest niezwykły rozkwit donosicielstwa na obszarze okupowanym przez hitlerowców. Wprawdzie czasami nieśmiało przebąkiwano o tym problemie, jednak wzbudzało to wręcz histeryczne reakcje specjalistów. Faktycznie, jest to bardzo niewygodna prawda, ale nie można jej unikać.
Doskonałym potwierdzeniem tezy o niemal masowym charakterze donosicielstwa był artykuł Dno upadku, opublikowany w grudniu 1940 roku na łamach „Biuletynu Informacyjnego”. Warto go zacytować w całości:
„Stwierdzamy mnożenie się anonimowych i nieanonimowych donosów i denuncjacji skierowanych do policji niemieckiej przez wyrzutków polskiego społeczeństwa pochodzących z różnych warstw społecznych. Denuncjowani są ukrywający się wojskowi, domniemani działacze niepodległościowi, domniemani kolporterzy, lokale spotkań konspiracyjnych etc. Opanowanie kanalii denuncjatorskiej nastąpić może tylko w drodze najbrutalniejszej reakcji ze strony społeczeństwa polskiego. Denuncjatorzy muszą wiedzieć, że są sposoby na ich rozpoznanie i że porachunek z nimi będzie straszny”14.
Sprawa musiała być bardzo poważna, skoro zajął się nią oficjalny organ podziemnego Związku Walki Zbrojnej, czyli późniejszej Armii Krajowej. Artykuł zamieszczono w dziale warszawskim, zajmującym niecałą stronę, przy czym cały „Biuletyn” liczył zaledwie osiem stron. Kazimierz Leski, który z ramienia organizacji Muszkieterowie zajmował się sprawą donosów, przyznawał po latach, że ich liczba była zaskakująco duża. Otrzymawszy zadanie ukrócenia tego procederu, podszedł do niego w sposób niezwykle profesjonalny, starając się, by jak najmniej denucjacji trafiło w ręce Niemców.
„Udało się nawiązać kontakt z polskimi pracownikami Poczty Głównej, którzy wychwytywali prawie pod okiem nadzoru niemieckiego korespondencję kierowaną do niemieckiej policji, adresowaną często do Szanownego Pana Gestapo i podobną – wspominał. – Nasz pracownik zgłaszał się po nią codziennie do określonego okienka Urzędu przy Placu Napoleona. Niejednokrotnie w donosach chodziło o rzeczy błahe. Sypała się w nich często wzajemnie rodzina, a w przypadku anonimów ich autorów szukaliśmy przeważnie wśród najbliższych osób”15.
Cenne usługi świadczyli współpracujący z Leskim funkcjonariusze granatowej policji. Zdarzało się, że policjant składał donosicielowi wizytę i informował go, iż ten spóźnił się z donosem, czyli także jest winny… i z reguły problem znikał.
Wydaje się jednak, że po latach Leski nieco bagatelizował sprawę. Liczba donosów była naprawdę przerażająca, łódzkie Gestapo odbierało ich około czterdziestu dziennie, co groziło całkowitym sparaliżowaniem pracy16. Było to przecież ponad tysiąc anonimów miesięcznie, których nikt z gestapowców nie miał czasu czytać. Wprawdzie bywają badacze twierdzący, że Łódź została włączona do Rzeszy i część Polaków wysiedlono, co miało oznaczać, że donosicielami byli Niemcy lub Żydzi z miejscowego getta. To oczywisty absurd, Niemcy, czy folksdojcze nie musieli pisać anonimów, a Żydzi donosić, że ktoś należy do ich narodowości, tymczasem co trzeci donos zawierał właśnie informację o ukrywających się Żydach.
Argumentacja obrońców „dobrego imienia Polaków” zupełnie już upada, gdy przyjrzymy się donosom z terenu Warszawy czy Krakowa. Ta przerażająca lektura świadczy o tym, że wojna obudziła najniższe instynkty. W cytowanych fragmentach zachowano oryginalną pisownię.
„Zawiadamiam – informował stołeczne Gestapo jeden z donosicieli – że dało mi się wykryć jednego pana który rozwozi broszurki tajnych radiostacji z Warszawy jest nim niejakiś agient portretowy, który pracuje w firmie Foto-Styl. […] Zawsze jeździ w kierunku Grójca z teczką skurzaną i inne pakunki. Proszę o skuteczne załatwienie tej sprawy. Proszę go przycisnąć do ściany to on wyśpiewa wszystko, bo on dużo szkodzi wielkiemu państwo Niemieckiemu”17.
Inny z gorliwych donosicieli informował niemieckie służby, że jego znajomi „przy wódce wygadywali różne rzeczy przeciwko wielkiemu Wodzowi Niemiec”, natomiast kolejny donosił na swoich sąsiadów, że „szykują zamach na W.P. Hytlera”. Zdarzały się też donosy z powodów „religijnych”. Otóż pewien delator powiadomił Niemców o osobie, która posiada broń palną i nielegalne gazety, a na domiar złego „w dnie postne wydaje klijentom mięso które przechowuje w beczkach w piwnicy”.
Denuncjowano wszystkich i wszystko – na przykład nielegalny handel i wypowiedzi na tematy polityczne – a także bez skrupułów wydawano Niemcom byłych oficerów ukrywających się przed okupantem:
„Niniejszym zawiadamiam, że Marian Ryciak syn Franciszka jest polskim oficerem i się ukrywa u swojej matki Kazimiery ktura go świadomie ukrywa przed władzo niemiecko w Kosowie, powiat Sokołów”18.
Ze szczególnym zapałem donoszono o wszelkiej nielegalnej działalności politycznej. Zakres donosów był bardzo szeroki – od czytania podziemnej prasy, przez tajne nauczanie aż po działalność w organizacjach konspiracyjnych.
„Na ulicy Grochowskiej 104 m 4 u profesora Kalinowskiego i jego czterech synów studętów i zięć jego Kadzanowski urzędnik odbywa się drukowanie książeczek politycznych, Polska rzyje i tam jest cały skład”19.
Donosicielstwo osiągnęło takie rozmiary, że jedna z grup konspiracyjnych skierowała oficjalne pismo do Delegatury Rządu na Kraj.
„[…] donosicielstwo stało się plagą grożącą utratą najlepszych i najdzielniejszych jednostek. Znany jest fakt, że urzędy niemieckie (jak na przykład Gestapo) zawalone są donosami składanymi przez samych Polaków o ich współrodakach. Znaczna część tych oskarżeń wnoszona jest dobrowolnie przez dorywczo zgłaszających się, nawet nie jest pieniężnie opłacana”20.
W jednym z donosów z października 1940 roku informowano, że w pewnym mieszkaniu przy ulicy Koszykowej w Warszawie są „przechowywane wartościowe meble i dzieła sztuki po żydach” i wyrażano obawę, że „rzeczy te mogą zostać wywiezione i schowane”. Natomiast inny „uczynny”, denuncjując handlujących złotem znajomych, wyrażał nadzieję, że wreszcie nadszedł „czas, żeby te wydelikacone ręce troszkę zgrubiały od pracy uczciwej”, gdyż „na kombinatorów dziś nie ma miejsca, wszyscy muszą pracować”.
Chociaż bez wątpienia część donosicieli miała nadzieję na nagrodę pieniężną lub „udział w zyskach”, to nie brakowało tych „bezinteresownych” lub załatwiających osobiste porachunki. Skala zjawiska była ogromna, bo na podstawie danych ZWZ badacze obliczają, że jeden donosiciel przypadał przeciętnie na trzystu mieszkańców Generalnego Gubernatorstwa. Niektórzy z delatorów byli na domiar złego wyjątkowo uparci i składali donosy w tej samej sprawie po kilka razy, wyrażając przy tym oburzenie, że hitlerowcy nie podejmowali żadnych działań.
„Gdybyście wy, Polacy, sami na siebie tak nie donosili, to my, Niemcy, połowy albo i więcej byśmy o was nie wiedzieli. Ale niestety. Donosicie na siebie strasznie” – tłumaczył jeden z niemieckich urzędników Barbarze Abramow-Newerly, której mąż został aresztowany na skutek donosu21.
Część anonimów nie miała jednak wiele wspólnego z prawdą, będąc wyłącznie rodzajem sąsiedzkiej „przysługi”. W rezultacie zasypywani nieprawdziwymi informacjami Niemcy starali się ustalić najbardziej gorliwych donosicieli i – jeżeli to się udało – niezwłocznie wysyłali ich do obozów koncentracyjnych. Taki los spotkał niejaką Zofię Kędzierską, która „napisała wiele anonimowych listów do niemieckich urzędów, w których z czystej złośliwości oskarżała polskich obywateli o działalność antyniemiecką”22. Doszło nawet do tego, że niemieckich funkcjonariuszy szkolono w postępowaniu z autorami „anonimowych i pisanych pod pseudonimem pism o niepotwierdzonej treści”23.
Na pocieszenie można dodać, że procent donosicieli wśród polskiej ludności Generalnego Gubernatorstwa nie odbiegał specjalnie od normy europejskiej. Podobnie kształtowały się wskaźniki w innych państwach okupowanych przez hitlerowców. Nie mamy jednak żadnych powodów, by pod tym względem uważać się za naród lepszy od innych…
Rozdział 2
Służba Zwycięstwu Polski
Wprawdzie konspiracja okresu drugiej wojny światowej kojarzy się na ogół z Armią Krajową, jednak pierwszą masową organizacją podziemną była Służba Zwycięstwu Polski, założona w Warszawie przez generała Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza na dzień przed kapitulacją miasta. SZP z założenia miała być zbrojnym ramieniem polskich władz emigracyjnych i organizacją wojskową kontynuującą walkę z okupantami.
Nigdy jednak do tego nie doszło, ponieważ już wkrótce organizacja ta na mocy decyzji generała Władysława Sikorskiego została zastąpiona przez Związek Walki Zbrojnej. Jej twórca i dowódca musiał się podporządkować swojemu dotychczasowemu zastępcy, pułkownikowi Stefanowi Roweckiemu, a kolejne decyzje spowodowały jego całkowite wyeliminowanie z konspiracji, gdyż dla polskich władz emigracyjnych człowiek związany ze środowiskiem legionowym i sanacją nie był osobą godną zaufania. Przy okazji w pewnym stopniu zaprzepaszczono dotychczasowy dorobek generała, ale dla Sikorskiego i jego ekipy ważniejsze było oczyszczenie szeregów konspiracji z piłsudczyków niż realne efekty organizacyjne.
Pierwsze oddziały Wehrmachtu dotarły do Warszawy już ósmego września, jednak ich atak został odparty, a miasto broniło się przez następne trzy tygodnie. Było to wydarzenie dotychczas niespotykane w dziejach wojen – stolicę bombardowano z ziemi i powietrza, a szczególne nasilenie ataków nastąpiło po sowieckiej agresji. Złamanie oporu Warszawy było dla Hitlera kwestią ambicji, zgodnie bowiem z pierwotnym brzmieniem paktu Ribbentrop–Mołotow granica pomiędzy Trzecią Rzeszą i ZSRS miała przebiegać na Wiśle, co skutkowałoby włączeniem warszawskiej Pragi w granice imperium sowieckiego.
Sądnym dniem dla mieszkańców stolicy był dwudziesty piąty września. Tego dnia Luftwaffe przeprowadziła dywanowy nalot na miasto bronione wyłącznie przez artylerię przeciwlotniczą (ocalałe polskie myśliwce zostały wcześniej ewakuowane na wschód). Zniszczeniu uległa stołeczna gazownia, w mieście zabrakło prądu, przestały działać wodociągi.
„Huraganowe bombardowanie Warszawy – wspominał były prezes PEN Clubu Ferdynand Goetel – […] uwieńczył nalot na ogromną skalę. […] Na Warszawę padły setki bomb burzących i dziesiątki tysięcy zapalających. Nocą rozpętała się sucha wichura i przewiercała płomieniami całe dzielnice. Była to pierwsza wizja końca świata, jaką przeżyć miała Warszawa”24.
Nie było już amunicji przeciwlotniczej, kończyły się pociski artylerii polowej. Brak wody i prądu nie był jednak największym problemem obrońców, gdyż kończyła się też żywność. Nikt nie był przygotowany na długotrwałe oblężenie stolicy, a naloty i ostrzał artyleryjski zrobiły swoje. Podczas nalotów dwudziestego piątego września zostały zbombardowane i spłonęły dwa główne magazyny żywnościowe miasta.
„Wprowadzono nawet racjonowanie przydziałów koniny – wspominał generał Juliusz Rómmel. – Tymczasem prezydent Starzyński twierdzi, że już od tygodnia ludność głoduje. Mąki i chleba nie ma od dwóch tygodni. Brak wody i środków sanitarnych i opatrunkowych grozi wybuchem epidemii”25.
Wprawdzie udało się odeprzeć kolejny niemiecki szturm, jednak zapadła decyzja o kapitulacji. Dotychczas w obronie miasta poległo ponad sześć tysięcy oficerów i żołnierzy, a prawie trzy razy więcej zostało rannych. Tragicznie przedstawiał się bilans strat ludności cywilnej. Zginęło ponad dwadzieścia pięć tysięcy warszawiaków, a kilkadziesiąt tysięcy odniosło obrażenia. Wiele rodzin straciło dach nad głową, zniszczeniu uległo około dwunastu procent zabudowy stolicy.
Jednak nie wszyscy chcieli kapitulować, zdarzały się przypadki samowoli, a wielu żołnierzy i oficerów chciało walczyć do końca. Zupełne inaczej zachowywali się cywile, którzy mogli wreszcie opuścić piwnice, w których chronili się przed bombardowaniami.
„[Na wieść o kapitulacji] na ulicę wyległy tłumy ludności, aby odetchnąć świeżym powietrzem, dla przyniesienia sobie wody lub przez ciekawość – opowiadał generał Tadeusz Kutrzeba. – W kurzu i brudzie nieczyszczonego miasta ludność cywilna wyglądała jak rażący kontrast. Odniosłem wrażenie, że gdyby tę zbiedzoną i zmęczoną ludność cywilną znowu zapędzić do piwnic, czyli gdyby na nowo rozpocząć walki, stan moralny miasta obniżyłby się bardzo”26.
Kapitulację podpisano dwudziestego ósmego września o godzinie trzynastej w budynku fabryki Skody na Ochocie. Warunki można uznać za honorowe: polskie oddziały miały złożyć broń, a oficerowie trafić do niewoli, natomiast podoficerowie i żołnierze po dokonaniu niezbędnych formalności mieli odejść do domów. Niemcy zobowiązali się dostarczyć w ciągu tygodnia dwa miliony porcji żywnościowych dla ludności miasta oraz zapewnić opiekę medyczną dla rannych.
Jednak nie wszyscy oficerowie zamierzali się poddać. Należała do nich grupa lotników, którzy pozostali w oblężonym mieście. Postanowili oni uciekać przed niewolą, korzystając z kilkunastu różnych samolotów, jakie znajdowały się na lotnisku mokotowskim. Niezwykłego wyczynu dokonał major Eugeniusz Wyrwicki, który, utraciwszy łączność ze swoją jednostką, wylądował w Warszawie już po rozpoczęciu oblężenia. Miał do dyspozycji samolot myśliwski PZL P-11 z otwartą, jednomiejscową kabiną.
„[…] zapakował do ciasnej kabiny swojej »jedenastki« pułkownika Iżyckiego, późniejszego dowódcę lotnictwa polskiego w Wielkiej Brytanii i pod ostrzałem niemieckiej piechoty wystartował na południe – wspominał Witold Urbanowicz. – Oczywiście obaj lecieli bez spadochronów – i tak nie wiadomo, jak w tej kabinie się zmieścili”27.
Nie tylko Wyrwicki nie zamierzał się poddawać. Tego samego dnia z lotniska mokotowskiego odleciało jeszcze jedenaście nieuzbrojonych samolotów turystycznych, z których dwa holowały za sobą szybowce! Nawigację prowadzono „na wyczucie”, nikt nie posiadał potrzebnych map. Gdy jednemu z pilotów w rejonie Gór Świętokrzyskich skończyło się paliwo, wylądował, po czym wymontował z samolotu busolę i „trzymając kurs na południe”… poszedł na Węgry piechotą.
Tymczasem władze miasta wyrażały coraz większe obawy co do zachowania mieszkańców Warszawy po kapitulacji. Wygłodzona ludność była nieobliczalna, a do tego dochodziła jeszcze świadomość klęski i potwornych strat. Wprawdzie w pierwszym odruchu niemal wszyscy rzucili się w kierunku Wisły, by wreszcie zaczerpnąć wody, ale ponura atmosfera nie wróżyła nic dobrego.
„Widok Warszawy w tym momencie – opowiadał szef sztabu obrony miasta, pułkownik Tadeusz Tomaszewski – odtwarza jej rzeczywistość, a był nią brak wody. Dosłownie wszystkimi ulicami w stronę Wisły szły tłumy, niekończące się szeregi ludzkie, olbrzymie kolumny z wiadrami, dzbanami, konwiami, po wodę wiślaną, tam i z powrotem, do Wisły i od Wisły, nieprzerwane szeregi. Tłum przeważnie kobiet i dzieci, tłum milczący, ponury, a w pamięci pozostał mi obraz tego tłumu, wyłącznie czarny i jakiś tajemny”28.
Jeszcze przed wkroczeniem wojsk niemieckich do miasta Komendant Główny Straży Obywatelskiej wydał odezwę, prosząc o zachowanie spokoju, „by żadne napady, rabunki czy też jakiekolwiek karygodne wykroczenia nie splamiły honoru Warszawy”. Niestety, część mieszkańców kompletnie zignorowała to wezwanie i stało się to, czego się obawiano. Już dwudziestego siódmego września wygłodzone grupy warszawiaków zaatakowały rzeźnię na Pradze, a gdy w ciągu następnych dwóch dni zaczęto rozdawać z publicznych magazynów niewykorzystane zapasy, sytuacja całkowicie wymknęła się spod kontroli. Pod hasłem „nie zostawimy nic Niemcom” doszło do rabunków na znaczną skalę.
„Rozładowywanie składów publicznych, słuszne chyba i konieczne, dało okazję do igrzysk, gdzie bary i pięść miały rozstrzygające znaczenie – relacjonował Goetel. – Za darmochą, którą zdobywało się »legalnie« z otwartych drzwi i składów z tytoniem, spirytusem, cukrem poszedł już amatorski rabunek sklepów i składów prywatnych”29.
Rabowali nie tylko ludzie z marginesu, bo nawet „panie w szykownych futrach wdzierały się do opuszczonych sklepów i wynosiły, co popadło pod rękę”. Korzystano z okazji, że polskie wojsko opuszczało już miasto, natomiast Niemcy jeszcze nie wkroczyli. Pozostałe w stolicy służby porządkowe (Straż Obywatelska) nie potrafiły opanować sytuacji.
Jeżeli rabunki w magazynach czy nawet sklepach można było jeszcze tłumaczyć głodem i nędzą mieszkańców, to inne przypadki zasługiwały na jednoznaczne potępienie.
„Szturm rabusiów na magazyny Zamku – kontynuował Goetel – i jego ocalałe jeszcze lokale nie cofnął się nawet przed milicją obywatelską, przełamał jej opór i ogołocił Zamek z reszty dobytku. Nie oszczędzono również i Biblioteki Narodowej, gdzie wydzierano z ksiąg iluminowane karty, a ze starych inkunabułów oprawy ze skóry”30.
Gdy warszawiacy rabowali własne, poddające się Niemcom miasto, w stolicy powstawała już pierwsza masowa organizacja konspiracyjna. Polecenie jej założenia wydał urzędujący jeszcze Naczelny Wódz, marszałek Edward Śmigły-Rydz.
Pierwsze decyzje zapadły już szesnastego września w Kołomyi, gdzie wówczas przebywał Sztab Główny Wojska Polskiego. Tam też marszałek wydał osobiste polecenie majorowi Edmundowi Galinatowi:
„Za kilka dni spłyną wojska na przedmoście [rumuńskie]. Wnętrze kraju opustoszeje wojennie. Wróci pan do tego wnętrza, przystąpi do organizowania POW w moim imieniu i stanie na jej czele”31.
Marszałek miał ogromne doświadczenie konspiracyjne z czasów pierwszej wojny światowej. Po internowaniu Piłsudskiego w Magdeburgu w lipcu 1917 roku stanął na czele tajnej Polskiej Organizacji Wojskowej i teraz nie widział powodów, by podczas kolejnej okupacji nie wykorzystać doświadczeń z tamtego okresu.
Naczelny Wódz nie dysponował jednak odpowiednim samolotem dla swojego emisariusza, a następnego dnia przyszły informacje o sowieckiej agresji. Władze polskie, by nie wpaść w ręce Armii Czerwonej, przekroczyły granicę z Rumunią i sprawa uległa odroczeniu.
Wprawdzie nikt z polskich dostojników nie podejrzewał, że Rumuni przystąpią do wojny po stronie polskiej, jednak uważano, że dotrzymają obietnicy zapewnienia tranzytu dla naszych władz. Tymczasem politycy z Bukaresztu panicznie bali się Sowietów zgłaszających pretensje do Besarabii i Bukowiny, więc pod naciskiem międzynarodowym internowali nasze władze. Żądali tego zresztą nie tylko Sowieci i Niemcy, ale także Francuzi i Anglicy. Dla wrześniowych agresorów miał to być oczywisty dowód na upadek państwa polskiego, natomiast alianci z Zachodu nie zamierzali dalej współpracować z sanacją. Byli zainteresowani powołaniem nowych władz emigracyjnych, które bez zastrzeżeń wykonywałby ich polecenia, co też niebawem się stało.
Jednak Naczelnym Wodzem nadal pozostawał marszałek Śmigły-Rydz, który już po internowaniu ponowił rozkaz organizacji struktur konspiracyjnych pod okupacją. Wykorzystując fakt, że Warszawa wciąż broniła się przed Niemcami, właśnie tam zdecydował się wysłać majora Galinata. Przekazał mu polecenie w formie pisemnej – na kawałku jedwabiu – a jednocześnie wydał dodatkowe, ustne rozkazy. Były one znacznie ważniejsze niż krótka notatka, Galinat miał bowiem okazywać się pisemną dyspozycją Naczelnego Wodza tylko do chwili, gdy odnajdzie najstarszego rangą oficera wywodzącego się z Legionów, któremu przekaże dowództwo.
Śmigły do końca pozostał sobą i nawet w chwili klęski nie dopuszczał myśli, że konspiracją może dowodzić oficer spoza jego obozu politycznego. Wiedział przy tym, że niemieckie zwycięstwa wywołają powszechną niechęć do sanacji, a w kraju nie zabraknie wyższych oficerów odcinających się od dotychczasowych władz. Uznał jednak, że o wszystkim zadecyduje szybkość działania i nie zamierzał dać się uprzedzić konkurentom do władzy nad okupowanym krajem.
Przelot do oblężonej stolicy nie był łatwym zadaniem. Polskie samoloty po przekroczeniu granicy rumuńskiej zostały internowane i znajdowały się pod ścisłym nadzorem. Szczególnie dotyczyło to nowoczesnych bombowców Łoś, które z uwagi na wielkość, zasięg i szybkość były najbardziej predysponowane do wypełnienia misji. W tej sytuacji zdecydowano się porwać prototyp lekkiego bombowca PZL-46 Sum, który nie był przez Rumunów szczególnie pilnie strzeżony. Jego załoga, poinformowana o zamiarach Galinata, bez oporów zdecydowała się na lot do Warszawy.
Pojawił się tylko jeden probem – w samolocie były trzy miejsca, gdyż tyle osób liczyła załoga płatowca. Galinat musiał się więc zmieścić w ciasnym pomieszczeniu pod kabiną, używanym przez obserwatora podczas bombardowania. Nie była to specjalnie wygodna miejscówka, ale major nie zwracał uwagi na przeciwności.
Trasę do Warszawy trudno było uznać za bezpieczną, gdyż samolot musiał pokonać ponad dziewięćset kilometrów, lecąc nad terenami okupowanymi przez Sowietów i Niemców. Mimo to dwudziestego szóstego września porucznik Stanisław Reiss poderwał do lotu maszynę z załogą i Galinatem na pokładzie i około godziny osiemnastej pod ostrzałem niemieckim wylądował na lotnisku mokotowskim. Samolot wpadł w lej po bombie i uległ lekkiemu uszkodzeniu.
Informacja o przybyciu emisariusza od Śmigłego wzbudziła w polskim sztabie zrozumiałe podniecenie, tym bardziej że osiągnięto już wstępne porozumienie z Niemcami w sprawie kapitulacji miasta.
„Była to dla mnie bardzo ważna wiadomość – wspominał generał Juliusz Rómmel. – Nareszcie po tylu dniach będziemy mieli wiadomości z wolnego świata. Osobiście spodziewałem się nawet jakichś rewelacyjnych nowin. Może stał się jakiś cud? Może za wcześnie przystąpiłem do rozmów o kapitulacji? Dobrze się stało, że jeszcze ostatecznie nie ratyfikowałem warunków umowy z Niemcami”32.
Wysłannik jednak nie pojawiał się w sztabie, wobec czego zniecierpliwiony Rómmel nakazał go poszukać. A kiedy Galinata doprowadzono wreszcie go do generała, jego stan wzbudził poważne zastrzeżenia całego sztabu.
„Prawie po dwóch godzinach przywieziono go do mnie, lecz ku naszemu zgorszeniu w stanie zupełnie nietrzeźwym – zżymał się Rómmel. – Coś bełkotał na swoje usprawiedliwienie, że spotkał kolegów, że wypił mało, że nic nie jadł itp. Ponieważ chwiał się na nogach, kazałem mu usiąść na krześle”33.
Galinat miał za sobą naprawdę ciężki dzień. Nie był lotnikiem, a podróż w charakterze balastu na podłodze bombowca mocno dała mu się we znaki, tym bardziej że przelatywano nad terytorium zajętym przez wroga, a pilot z konieczności dwukrotnie wprowadzał maszynę w kontrolowany korkociąg! Nic więc dziwnego, że emisariusz Śmigłego miał objawy choroby lokomocyjnej, a na domiar złego podczas lądowania został solidnie poturbowany i trafił na punkt opatrunkowy. Do tego faktycznie przez wiele godzin nic nie jadł, więc kiedy dla poprawy stanu psychofizycznego zaaplikowano mu kilka kolejek wódki, alkohol zadziałał na niego błyskawicznie. Najważniejsze było jednak to, że dostarczył posłanie Śmigłego do stolicy.
Z pokoju wyproszono wszystkich oficerów poza najbliższymi współpracownikami Rómmla, a wówczas Galinat wskazał miejsce, gdzie miał zaszyty rozkaz. Jego treść wprawiła generała w osłupienie.
„Posyłam majora Galinata do Warszawy – pisał marszałek – celem zorganizowania podziemnej organizacji do walk z Niemcami. Obejmie on dowództwo i kierownictwo”34.
Wysłannik Śmigłego nie wyjawił ustnego polecenia marszałka, jednak Rómmel przypadkowo postąpił w sposób zgodny z intencjami Naczelnego Wodza. Galinata uznał bowiem za „bubka, który nie ma żadnego autorytetu” i na dodatek alkoholika, wobec czego nie zaakceptował jego osoby jako przywódcy konspiracji. Wskazał natomiast na generała Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza, który w tym momencie w Warszawie był najstarszym rangą oficerem pochodzącym z Legionów. Następnie spalił nad świecą rozkaz Śmigłego.
Tymczasem na lotnisku mechanicy pracowali nad naprawą samolotu i w nocy zameldowano Rómmlowi, że maszyna jest gotowa do lotu. Ten odmówił jednak ewakuacji z oblężonego miasta, podobnie postąpił generał Tadeusz Kutrzeba.
„W tym czasie – relacjonował Rómmel – w sztabie znajdował się prezydent Starzyński […] Poprosiłem go do siebie i zaproponowałem, by skorzystał z okazji, ponieważ jako prezydent miasta i cywil, w razie pozostania w mieście był narażony na prześladowania władz hitlerowskich za swą zdecydowanie antyniemiecką postawę, której dawał wielokrotnie wyraz podczas oblężenia stolicy. »Nie, panie generale – odrzekł. – Bardzo dziękuję, że pan pamięta o mnie, lecz tak jak pan nie chce zostawić swoich żołnierzy, tak i ja pozostanę wśród swoich warszawiaków, którzy też są bezbronni i narażeni na wszelkie przykre konsekwencje«. Na taki argument nie mogłem znaleźć żadnej odpowiedzi”35.
Sum razem z załogą odleciał następnego dnia na Litwę. Pilotowi udało się wylądować w Kownie, gdzie załoga i samolot zostali internowani. Maszynę zniszczono po zajęciu Litwy przez Niemców, natomiast porucznik Reiss przedostał się do Anglii i pracował jako oblatywacz samolotów. Zginął w lutym 1943 roku podczas lotu testowego na jednym z nowych modeli bombowca.
Nowo powołana organizacja przyjęła nazwę Służba Zwycięstwu Polski, co nie wszystkim się spodobało. Wielu oficerów uważało, że formacja o charakterze wojskowym powinna nazywać się w sposób mniej kojarzący się z harcerstwem. Inna sprawa, że nazwa ta pasowała do filozofii życiowej i przekonań dowódcy, Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza.
Generał miał wówczas czterdzieści sześć lat i zrobił jedną z najbardziej błyskotliwych karier w polskiej armii. Legionista – oczywiście z Pierwszej Brygady – dowódca pułku podczas pierwszej wojny światowej, w listopadzie 1918 roku dowodził odsieczą Lwowa, która zadecydowała o utrzymaniu miasta. Pułkownikiem został w wieku dwudziestu ośmiu lat, a generalskie szlify osiągnął zaledwie cztery lata później.
„Inteligentny, wykształcony, przystojny, zgrabny, wysmukły, robił na wszystkich dobre wrażenie – opisywał Tokarzewskiego jego przełożony, generał Leon Berbecki. – Był szczerym idealistą, pracowicie i usilnie szukał »absolutnej prawdy«”36.
Uchodził za zaufanego człowieka Piłsudskiego, któremu nie przeszkadzały jego niecodzienne poglądy i zainteresowania. Generał był bowiem z przekonania socjalistą i nie wysiadł „z czerwonego tramwaju na przystanku »niepodległość«”. Jednocześnie należał do masonerii i to właśnie z jego inicjatywy powstało pierwsze w Polsce koło wolnomularskie dostępne także dla kobiet. Był także gorliwym wyznawcą teozofii, czyli filozoficzno-religijnego systemu powstałego z połączenia tradycji europejskich i hinduskich. Generał przyjaźnił się z George’em Sidneyem Arudale’em, prezydentem Towarzystwa Teozoficznego w Adyarze koło Madrasu w Indiach, a w połowie lat dwudziestych został wiernym związanego z teozofią, ale zachowującego wiele rytuałów chrześcijańskich Kościoła liberalno-katolickiego. Pod koniec 1926 roku Tokarzewski przyjął nawet święcenia kapłańskie tego Kościoła.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
K. Mańkowska, Moja misja wojenna, Warszawa 20003, s. 65. [wróć]
M. Foedrowitz, Polscy Quislingowie, „Wprost”, 41/1991. [wróć]
C. Malaparte, Kaputt, ss. 149–150. [wróć]
D. Schenk, Hans Frank. Biografia generalnego gubernatora, Kraków 2009, s. 181. [wróć]
Okupacja 1939–1945, http://www.kolejnictwo-polskie.pl/default_317.html [wróć]
A. Leszczyński, 17 września marszałka Śmigłego, http://wyborcza.pl/alehistoria/1,121681,14600951,17_wrzesnia_marszalka_Smiglego.html?disableRedirects=true [wróć]
Zd… radziecki cios w plecy, https://historyk.eu/wpis/zdradziecki-cios-w-plecy [wróć]
A. Leszczyński, op. cit.[wróć]
K. Rudnicki, Na polskim szlaku, Wrocław – Warszawa – Kraków 1990, s. 69. [wróć]
Wstrząsające warunki życia Polaków deportowanych na Syberię i do Kazachstanu http://nowahistoria.interia.pl/polska-walczaca/news-wstrzasajace-warunki-zycia-polakow-deportowanych-na-syberie-,nId,1103785 [wróć]
Ibidem. [wróć]
M. Jasiewicz, Wejście Litwinów 28 października 1939 roku do Wilna, http://www.kresy.pl/kresopedia,historia,ii-wojna-swiatowa?zobacz/wejscie-litwinow-28-pazdziernika-1939-r-do-wilna [wróć]
M. Wołłejko, Koniec Batorowej wszechnicy, http://www.wilnoteka.lt/pl/artykul/koniec-batorowej-wszechnicy [wróć]
Dno upadku, „Biuletyn Informacyjny”, 05.12.1940. [wróć]
K. Leski, Życie niewłaściwie urozmaicone, Warszawa 1995, s. 87. [wróć]
M. Foedrowitz, op. cit.[wróć]
K. Wasilewski, Szanowny panie Gestapo, https://www.tygodnikprzeglad.pl/szanowny-panie-gestapo/ [wróć]
B. Engelking, Szanowny panie gistapo. Donosy do władz niemieckich w Warszawie i okolicach 1940–1941, Warszawa 2003, s. 32. [wróć]
Ibidem, s. 36. [wróć]
K. Wasilewski, op. cit.[wróć]
Ibidem. [wróć]
B. Engelking, op. cit., s. 24. [wróć]
Ibidem, s. 25. [wróć]
F. Goetel, Czas wojny, Gdańsk 1990, s. 13. [wróć]
J. Rómmel, Za honor i ojczyznę, Warszawa 1958, s. 354. [wróć]
Obrona Warszawy 1939 we wspomnieniach, wyb. i oprac. M. Cieplewicz, E. Kozłowski, Warszawa 1984, s. 359. [wróć]
W. Urbanowicz, Początek jutra. Wrzesień 1939 roku oczami dowódcy dywizjonu 303, Kraków 2008, s. 88. [wróć]
T. Tomaszewski, Byłem szefem sztabu obrony Warszawy w roku 1939, Londyn 1961, s. 86. [wróć]
F. Goetel, op. cit., s. 14. [wróć]
Ibidem. [wróć]
A. Lewandowski, Zanim powstała Armia Krajowa. Zaskakujące początki polskiej konspiracji wojskowej II wojny światowej, https://kurierhistoryczny.pl/artykul/zanim-powstala-armia-krajowa-zaskakujace-poczatki-polskiej-konspiracji-wojskowej-ii-wojny-swiatowej,260 [wróć]
J. Rómmel, op. cit., s. 358. [wróć]
Ibidem, s. 358. [wróć]
Ibidem, s. 359. [wróć]
Ibidem, s. 361. [wróć]
A. Wojtaszak, Generalicja wojska polskiego 1918–1926, Warszawa 2012, s. 731. [wróć]