Siostry Konoppii rady i remedia - Catherine Miller - ebook + książka

Siostry Konoppii rady i remedia ebook

Catherine Miller

0,0

Opis

Czy w każdym absurdzie jest głębszy sens?

Euzebia Wichajster, dzięki interwencji swojego anioła stróża, trafia do Zgromadzenia Sióstr Herbalistek, gdzie wkrótce robi zawrotną karierę jako siostra Konoppia. Wraz
z pozostałymi dwunastoma zakonnicami prowadzi pogotowie dla przypadków beznadziejnie absurdalnych. Dokuczliwe uczulenie na polityków, ustawicznie puszczane gazy, maskowane obecnością skunksa, tasiemiec w brzuchu miłośnika zwierząt i wegetarianina, gryząca wagina czy wirtualny ogon, który strąca porcelanę ze stołu - to tylko niektóre absurdy, z którymi przyjdzie jej się zmierzyć. Konoppia, przy pomocy nieziemskiej energii i ziołowych mikstur kuracyjnych, walczy z głęboko skrywanymi demonami swoich „pacjentów”.

Z listu jednej z „pacjentek”:

Swego czasu moją rodzinę dotknął bardzo wstydliwy problem. Za moją namową napisał o tym do Siostry mój dwudziestoczteroletni syn, uzależniony od pornografii. Nie mógł ułożyć sobie życia z żadną normalną dziewczyną, ponieważ reagował już na zupełnie inne podniety,
a każda konfrontacja z rzeczywistością sprowadzała się do beznamiętnych kontaktów
i idących za tym zaburzeń erekcyjnych. I Siostra wtedy mu zorganizowała terapeutyczny wyjazd do studia, gdzie takie filmy kręcą. To było studio XXX i Siostry chrześniak (już nie pamiętam imienia) pracował tam jako sufler.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 205

Rok wydania: 2017

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Absurd jest nadzieją na opak…

CZĘŚĆ PIERWSZA

Jako narrator, winien jestem wam

parę słów na wstępie.

Mam na imię Arcydzięgiel i jestem aniołem.

I to nie jakimś tam cherubinem w strojnej sukni i z brylantyną we włosach, ale aniołem stróżem, czyli skrzydlatym karkiem, który robi za trzech i w suknie się nie stroi. Działam wedle wytycznych Palca Bożego oczywiście (żeby nie było, że samowolka!) i w narracji, jako podwładny, zbytnio się nie afiszuję.

Moją podopieczną, o której ta opowieść traktuje, jest pewna zakonnica ze Zgromadzenia Sióstr Herbalistek, o którym słyszeliście na pewno, bo nie sposób o nim nie słyszeć, szczególnie od czasu, gdy moja podopieczna do niego dołączyła.

W tym miejscu pozwolę sobie wtrącić, że korzeniami zgromadzenie to sięga mniej więcej czasów, gdy myszy zjadły króla Popiela (albo i jeszcze wcześniejszych), a jego ideą jest żyć w zgodzie z naturą, z dala od trucizn przez rynek uświęconych – z konserwantami, sztucznymi barwnikami i mafią farmaceutyczną w tle. Bo

dobro to natura, a nienatura to niedobro.

Tyle w skrócie. Siostry tworzą zgromadzenie liczebnie niewielkie, gdyż oprócz Kapelana i Przeoryszy jest tam w sumie trzynaście sióstr, a każda z nich nosi imię (wskazane przez Palec Boży, ma się rozumieć) wybranej rośliny zielnej. Siostry, w zgodzie z wielowiekową tradycją, prowadzą przy klasztorze swój ogród, z darów którego czerpią obficie ku dobru swemu i bliźnich, na wzór świętej Hildegardy z Bingen, największej zielarki średniowiecza.

Moją podopieczną, siostrę Konoppię, przyprowadziłem do Zgromadzenia Sióstr Herbalistek, gdy miała już wiosen dwadzieścia osiem, a konkretnie stało się to akurat w dniu, w którym sędziwej siostrze Dziewannie przyszło zakończyć ziemską posługę w wieku lat dziewięćdziesięciu dziewięciu. Pojawienie się nowej (choć wtedy wciąż świeckiej) kandydatki na

wakat po siostrze Dziewannie

zostało odczytane przez Kapelana jako bezapelacyjny ZNAK z samych Niebios (Kapelan uwielbia odczytywać znaki z samych Niebios), więc wykorzystując władzę nadaną mu przez Biskupa, zneutralizował jawne sprzeciwy Przeoryszy, mówiącej o zasadach regulaminowych, respektowanych w ich zgromadzeniu od stuleci wielu. Wymogi te dotyczyły demokratycznych wyborów (po okresie dwunastodniowej żałoby po zmarłej) spośród wszystkich sióstr z zakonów i zgromadzeń różnych, które w murach klasztornych spędziły trzy lata minimum. Od tego też momentu relacje Przeoryszy z Kapelanem uległy wyraźnemu ochłodzeniu (wcale niekoniecznie z powodu jej własnej antypatyczności duchowej i cielesnej), jako że w jednej chwili wszelkie pozytywne między nimi wibracje zassało pole energetyczne świeżo przybyłej kandydatki w kształcie kuli (a ta, jak wiadomo, jest bryłą najdoskonalszą, bo przy tej samej objętości zajmującą najmniej miejsca w przestrzeni). Kapelan pokochał ją całym swoim kapelanim sercem, miłością Bożą i czystą. Nie wiadomo jednak za bardzo, kiedy moja podopiecznaz pierwotnego stanu gruszki

przekształciła się w kulę.

Nawet przez osoby jej najbliższe ten moment ewidentnie został przeoczony. Może stało się to, gdy transmitowano mistrzostwa w piłce nożnej w Korei? Biorąc pod uwagę wszystkie możliwe dane, jest to najbardziej wiarygodna hipoteza, ponieważ w rodzinie Konoppii, a dokładnie w jej żeńskiej odnodze, wzrost wagi następował wyraźnie podczas mistrzostw świata właśnie, w piłce nożnej oczywiście. Praprababci przytyło się aż jedenaście kilo podczas mistrzostw we Francji w 1938 roku, babci dziewięć i pół kilo w 1958, gdy mistrzostwa odbywały się w Szwecji, a mamie waga skoczyła aż o całe czternaście kilo w 1970, podczas mistrzostw w Meksyku. Nikt się nad tym nie zastanawiał, ale największe odnotowane

skoki wagowe

w rodzinie Konoppii (a szczególnie w tej właśnie żeńskiej odnodze) następowały akurat podczas tych mistrzostw, które wygrywała drużyna z Brazylii. Wszyscy doskonale wiedzą, jaki jest brazylijski kanon cielesnego dobrobytu i być może dużą rolę odegrała w tym wszystkim podświadomość (podświadoma korelacja życiowych sukcesów z wagą osobistą ten sukces inicjującą?).

W każdym bądź razie pomimo, iż Konoppia ma kształt kuli (dzięki nadprogramowym kilogramom w liczbie ponad trzydziestu dwóch), może przystojna nie jest, ale na pewno wyjątkowo sympatyczna, co oznacza, że jest i wyjątkowa, i sympatyczna. Jedno z jej życiowych mott brzmi:

kochanego ciała nigdy nie za wiele.

A granicą jest taki stan (krytyczny!), w którym klepnięta wieczorem, rano by się jeszcze trzęsła. Konoppia nie stosuje diety, ale od czasu do czasu uprawia jogę. Poza nią uprawia też modlitwy i wierzy, że dobry Bóg uchroni ją przed owym stanem krytycznym.

Na szczęście dobry Bóg jest litościwy i zsyła na Konoppię cały szereg przygód aktywujących ją ruchowo, dzięki którym widmo niechcianej granicy skutecznie się oddala. Przygody te, pomimo że zsyłane przez samego Stwórcę, nie spotykają się z pozytywnym odbiorem Przełożonej, która uważa, iż działania Konoppii fundują Zgromadzeniu nikomu niepotrzebny rozgłos i ustawiczne kłopoty. Przeciwnego zdania natomiast jest kapelan Stanisław, z urody wyblakły Afrykańczyk o pozornie wątłej posturze, który Konoppię darzy słuszną i w pełni przyzwoitą sympatią, wprost proporcjonalną do jej obfitości.

Konoppia nie zawsze jednak była Konoppią.

Wcześniej była Euzebią Wichajster. I nie miała żadnych podstaw przewidywać, że coś jednak może odmienić jej los. Tym bardziej, że od czasu swoich czternastych urodzin stała się poglądowo anarchistyczna. Przestała wierzyć w inne wymiary i nie interesowała się już dobrą nadzieją głoszoną z ambon. Choć podskórnie pociągała ją farmacja (rodzina Euzebii z dziada pradziada prowadziła aptekę), to stając się buńczucznym wyrostkiem (w pryszczach i glanach), wyraźnie stanęła okoniem, orzekając, iż w aptece pracować nie będzie i basta. Poza nią jest jeszcze piątka jej rodzeństwa, więc scheda na zmarnowanie nie pójdzie. I w sumie dobrze zrobiła, idąc za podszeptami nastoletniej buty, boć tajemnica to poliszynela, że dzisiejsza apteka aptece dawniejszej nierówna. Niewiele pozostało z tamtych czasów, w których leczeniu patronował sam wielki ojciec medycyny – Hipokrates. Teraz jak okiem sięgnąć,

prym wiedzie Hipokrytus,

jego wyrodny brat, który dba jedynie o zyski własne, przy skrojonych na miarę potrzeb marketingowych matactwach. Bo nie na zdrowiu, ale na chorobach zarabia się przecież najlepiej (przy okazji – jeżeli wierzycie, że ktoś w tych czasach chce was tą całą chemią uczciwie wyleczyć, to gratuluję pogody ducha).

W każdym razie Euzebia, w buncie przeciw Hipokrytusowi, ani na farmację, ani na medycynę nie poszła, ale ukończyła trzyletnią szkołę zawodową o specjalności mechanik samochodowy. Rodzina nie ukrywała niezadowolenia, boć która to szanująca się dziewczyna wybiera dla siebie taką karierę? Tym bardziej, jeśli pojęcie ma blade, czy silnik jest z przodu, czy z tyłu, i wykazuje

totalną ignorancję branży docelowej.

No ale że jej iloraz inteligencji zrównał się z jej wzrostem (całe 155 centymetrów), zaległości w motoryzacji nadrobić udało się szybko i kończąc szkołę, zaskakiwała większą bystrością aniżeli niejeden jej kolega po fachu.

Lecz był i moment, gdy pojawiło się widmo szkolnej eksmisji. Miała bowiem Euzebia na koncie taki jeden drobny incydent, gdzie chodziło o rzekome palenie papierosów, choć tak naprawdę z prawdziwymi papierosami wspólnego miały niewiele, a w zasadzie nic, oprócz kształtu. Były one li tylko jej osobistym wynalazkiem i zawierały mieszankę rodzimych ziół z przyleśnej łąki: kocimiętki z dzikim chmielem, zrolowanych w liściu winogron. Bo Euzebia, ku skrywanej uciesze rodziców, sama, już niekoniecznie skrycie,

lubiła bawić się w zielarkę.

I nawet całkiem nieźle jej to wychodziło. Nic zakazanego, a tym bardziej niezdrowego. Dużo przy tym wszystkim czytała i jeszcze więcej eksperymentowała. Bazując na różnorodnych mieszankach, chemią nieskażonych, dbała o zdrowie własne, przymuszając się też w miarę regularnie do jogi, bo fizyczne ćwiczenia dotleniają mózg i głowa może więcej. Joga poniekąd należała do tradycji rodziny Wichajstrów, a rodzinne przekazy twierdzą nawet, jakoby ich

praszczur pochodził z samych Indii

i był fakirem (to znaczy został nim dopiero, gdy osiągnął oświecenie w ślepej uliczce uciech cielesnych). Zaczął wtedy ćwiczyć, medytować i hipnotyzować węże grą na flecie, a ćwiczył tak intensywnie, że podobno już bez dodatkowych wcieleń w trybie przyspieszonym udało mu się dotrzeć do nirwany, gdzie osiągnął spokój wiekuisty. Jako pamiątka po praszczurze w rodzinnym domu państwa Wichajstrów, na zaszczytnym miejscu na kominku, przez długi czas spoczywał sobie jego sczerniały już mocno flet, do czasu aż nie przywłaszczyła go sobie Euzebia, próbując hipnotyzować mieszkańców łąki za jej domem.

No ale wracając do szkoły, Euzebii udało się ją ukończyć, szczęśliwie stała się zawodowym mechanikiem samochodowym ze świetlaną prognozą na przyszłość.

Po szkole przyjęto ją do pracy w lokalnym warsztacie naprawczym, do którego pewnego dnia, osiem lat później, piękną toyotą zajechał niepiękny już Japończyk,

Yoshito Bara-Bara,

za to bardzo zasobny i z wieloma możliwościami. Japończyk był emerytowanym aptekarzem japońskim z tendencją antyhipokrytejską, a przybył do Polski na XXXVIII Międzynarodowy Kongres Zielarski. Na lotnisku wypożyczył auto, które niestety dość szybko posłuszeństwa odmówiło. Odholowano je więc do najbliższego warsztatu naprawczego, akurat tam, gdzie pracowała Euzebia.

Okazało się, że w aucie stało się COŚ, o czym przeciętny obywatel wiedzieć nie musi, ważne, żeby zapłacił za naprawę i najlepiej w euro. Japończyk zapłacił dużo euro i został obsłużony na cito, i to z wielką atencją tak ze strony pracowników, jak i samego właściciela warsztatu. Lecz nie tyle uprzejmości czy sprawności diagnostyczno-naprawcze, ile krągłości Euzebii w przyciasnych ogrodniczkach tak go oczarowały, że bez wahania zaprosił obiecującą pannę mechanik do Kraju Kwitnącej Wiśni. Euzebia na propozycję przystała ochoczo i w ciągu dwóch godzin (bo tyle trwała naprawa)

gotowa była na wszystko.

Przed wylotem stawili się jeszcze wspólnie na XXXVIII Międzynarodowym Kongresie Zielarskim, z którego Yoshito, urzeczony Euzebią, zapamiętał, niestety, niewiele. Do Japonii polecieli zaraz dnia następnego liniami CZING-CZANG-CZONG, a były to w tamtych czasach bardzo drogie linie. Przed odlotem Euzebia wysłała jeszcze do rodziców depeszę o treści: „Lecę, bo chcę”.

I w taki to sposób przeniosła się na drugą stronę globu, która w zasadzie niczym nie różniła się od pierwszej, poza tym że większość tubylców wyglądała jak Yoshito i początkowo trudno jej było ich od siebie odróżnić. Tam też podjęła pracę w lokalnym warsztacie naprawczym, w miejscowości Techaczi, ponieważ jako kobieta niezależna

nie chciała być utrzymanką pana Bara-Bara.

W miejscowości, w której przyjęto ją do pracy, zdobyła internacjonalne doświadczenie w zakresie mechaniki pojazdowej, nauczyła się ichniego języka na poziomie średniozaawansowanym oraz straciła dziewictwo. Wbrew podejrzeniom, ta ostatnia sprawa okazała się w realizacji najtrudniejszą. Początkowo Yoshito, mimo permanentnej ekscytacji, nie potrafił utrzymać wzwodu niezbędnego do penetracji i bardzo nad tym ubolewał, tym bardziej że był doświadczonym aptekarzem. Dlatego Euzebia, jako kobieta empatyczna, postanowiła mu dopomóc, komponując własną, acz dość ryzykowną, mieszankę ziołową, o której kiedyś czytała w rodzinnych kronikach. Ciekawostki nabyte podczas XXXVIII Międzynarodowego Kongresu Zielarskiego tym razem przy komponowaniu specyfiku się nie przydały.

W wyniku stosowania mieszanki przez trzy i pół miesiąca panu Bara-Bara udało się uzyskać imponujący wzwód, który trwał bez przerwy przez godzin siedemdziesiąt dwie.

Wtedy Euzebia przeżyła swój największy i jedyny w życiu

okres rozpusty,

po którym niestety jej partner zmarł z wycieńczenia. Podobne zjawiska obserwuje się w świecie owadów, np. wśród pszczół, gdy podczas lotu godowego truteń ginie przy próbie zapłodnienia królowej. Euzebia bardzo to przeżyła.

Msza żałobna odbywała się w drewnianym kościele na japońskiej prowincji, w rodzinnej wsi pana Bara-Bara. Do trumny ze zmarłym rodzina złożyła białe kimono, sandały, sześć monet na przewóz przez rzekę Sanzu (japoński odpowiednik greckiego Styksu) oraz zdjęcie ulubionego kota, Monefila. W momencie, gdy zamykano wieko, by przewieźć trumnę do krematorium, pogrążoną w żalu Euzebię uderzyła

spadająca z góry cegła.

Nieprzytomna przeleżała w szpitalu trzy miesiące i nie brała już udziału w dalszych obrzędach japońskiego pogrzebu. Tamtejsza policja natychmiast wszczęła dochodzenie przeciwko cegle w drewnianym kościele, ale wobec braku postępu w sprawie po dwóch tygodniach zmuszona była ją odłożyć ad acta z inskrypcją „NIEWYJAŚNIONE”, co po japońsku wyglądało mniej więcej tak:.

Euzebia, po wybudzeniu ze śpiączki, postanowiła swoje życie zmienić diametralnie. Zrozumiała, że cegła w drewnianym kościele nie może być niczym innym jak znakiem od samego Stwórcy i że nazywa się to POWOŁANIE. A ten dziwny głos, który słyszała w swojej głowie, nie jest wcale chorobą psychiczną, ale mną, narratorem tej historii i jej osobistym aniołem stróżem.

Następnego dnia wróciła więc Euzebia do swego kraju ojczystego i…

wstąpiła do zakonu.

Wybór padł na Zgromadzenie Sióstr Herbalistek przez wzgląd w pierwszej kolejności na świętej pamięci Yohito Bara-Bara i jego zamiłowanie do ziół, a w kolejności kolejnej na rodzinne tradycje kultywowania idei wielkiego Hipokratesa. Mnie osobiście ani mojego (też ziołowego) imienia nie poznała, ale utwierdzałem ją, jak tylko mogłem, w przekonaniu, że dla naszego tandemu decyzja ta będzie najlepsza.

Euzebia szybko upewniła się co do słuszności dokonanego właśnie wyboru podczas retrospekcji własnych kolei(n) życiowych, w których już od samego początku dawało się wyczuć

Palec Boży,

czyli od czasu, gdy brzuch pani Wichajster senior obniżył się znacznie. Wiedziała ona, że urodzi dziewczynkę (w ciąży trochę zbrzydła) i że moment rozwiązania jest już blisko. Lekarze obliczyli termin porodu na ósmego marca i to był bardzo dobry czas, bo przypadał w Dzień Kobiet i gdyby dziecku dać na imię Filemona, to miałoby od razu trzy święta w jednym. Ekonomika w rodzinie wielodzietnej jest bardzo istotna. Ale dziecko nie chciało być Filemoną i wycięło mamie niezły numer, wypychając się na świat osiem dni wcześniej,

dwudziestego dziewiątego lutego

(akurat był to rok przestępny) o godzinie dziesiątej czterdzieści pięć, podczas mszy niedzielnej, w której państwo Wichajster nabożnie uczestniczyli, siedząc w pierwszej ławce, na wprost ołtarza. Dopóki jęki pani Wichajster nakładały się na śpiew zgromadzonych, nikt nie zwracał na nie większej uwagi, nawet ojciec Wichajster i pozostała piątka dzieci. Ale gdy kolejny jęk wystąpił równolegle z kwestią księdza podczas kazania, sprawa nabrała konkretnych rumieńców.

– Moi drodzy bracia i siostry! – mówił ksiądz. – Dziś w kontekście wiary pragniemy rozważyć prawdę o świętowaniu niedzieli.

– Aaa!

– rozległ się głośny jęk.

Ojciec Wichajster, ksiądz oraz pozostali wierni odwrócili się w stronę pani Wichajster.

– Chrześcijańskie przeżywanie Dnia Pańskiego wykracza bowiem poza regularne uczestnictwo w niedzielnej Eucharystii czy powstrzymanie się od pracy…

– Aaaaaaaaaa!!! – Jęk nasilał się coraz bardziej. Ojciec Wichajster szepnął coś żonie na ucho, ale ona przecząco pokręciła głową.

– Choć niektórzy ostatnie dni tygodnia wraz z niedzielą nazywają weekendem, traktując je jako czas odpoczynku i rozrywki – kontynuował ksiądz – to jednak, gdy patrzy się oczyma wiary, między niedzielą a dniami wolnymi jest ogromna i zasadnicza różnica…

– Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!! Ja rodzę!!! – wrzasnęła na cały głos pani Wichajster.

– Ona rodzi! – powtórzył ksiądz przez mikrofon.

– Rooodzi?!!! – powtórzyli pytająco wszyscy wierni.

W kościele zrobiło się głośno, ludzie zaczęli podnosić się z ławek, ktoś nawet krzyknął, żeby

dać relację na żywo

i puścić to na telebimie, bo z tyłu nic nie widać, i choć ksiądz prosił wszystkich o opuszczenie kościoła, nikt z kościoła nie wyszedł. Wśród wiernych znalazło się trzech lekarzy (urolog, radiolog i weterynarz) i pięć pielęgniarek, którzy zajęli się porodową asystą. Ksiądz przyniósł ręcznik i dużą miskę z wodą święconą (bo wodociągi miały od wczoraj awarię), a ministranci zamknęli oczy.

Pan Wichajster w resztce przytomności zadzwonił po pogotowie, a pani z kółka różańcowego zaintonowała jedną z popularnych litanii, do której po chwili włączyli się pozostali. Niecałe dziesięć minut później (a dziesięć minut przed przyjazdem ambulansu) państwu Wichajstrom narodziło się szóste dziecko, płci żeńskiej, zdrowe i rumiane, któremu na imię dano Euzebia. Państwo Wichajster uważali, co prawda, że dziecku należy dać takie imię, jakie jest akurat w kalendarzu (a wtedy byli do wyboru: Antonia, August, Dobrosiodł, Oswald i Roman), ale ksiądz wytłumaczył rodzicom, że z uwagi na okoliczności, w jakich dziecko przyszło na świat, imię Euzebia będzie najtrafniejsze, bo

po grecku eusébeia oznacza pobożność.

I tak się stało. Ksiądz został ojcem chrzestnym, na matkę chrzestną zaś wybrano panią Klotyldę Wargę z kółka różańcowego, która, niestety, zaraz po chrzcie odeszła z tego świata, gdy uświadomiła sobie, jakiego rzędu koszty czekają ją w związku z byciem matką chrzestną. Ja Euzebii stróżowałem od samego momentu jej poczęcia, bo dostałem przykaz odgórny trzymania ręki na pulsie, by w którymś momencie życia wróciło dziecię tam, skąd wyszło, czyli na Boże łono.

Przyznam, że w międzyczasie

trochę się zdrzemnąłem

i moja podopieczna wymknęła mi się spod skrzydeł, ciut może za bardzo. Parę tysięcy metrów nad ziemią, gdy leżałem sobie na osobistym, jednoosobowym cumulusie, z przyjemnej fazy REM wyrwał mnie nagle mój Przełożony, wachlując nie wachlarzem bynajmniej, ale żółtą kartką. Wszyscy wiedzą, o co w żółtej kartce chodzi. Żółci, owszem, trochę ulać się musi, ale szansę masz jeszcze jedną. Gorzej z kartką czerwoną, bo spadasz wtedy z wysoka, ale już bez skrzydeł i robisz potem sobie z siebie

czerwoną plamę.

Szybko więc przeprosiłem i pospiesznie sfrunąłem na ziemię, gdzie okazało się, że sprawy rzeczywiście posunęły się ciut za daleko. Moja podopieczna nie dość, że zmieniła kształt, to i zmieniła kontynent, a na domiar złego przestała być dziewicą. W ułamku sekundy dotarło do mnie, że nie ma chwili do stracenia i trzeba działać natychmiast. Dlatego w tym japońskim drewnianym kościele podczas mszy żałobnej za spokój duszy jej świętej pamięci azjatyckiego kochanka rzuciłem w nią cegłą wyrwaną z pierwszego napotkanego domu w okolicy. Na szczęście zadziałało!

Euzebia przez rok w nowicjacie wykazywała się wzorowymi przymiotami i nikomu nie przyszłoby do głowy, że koleje życia miała dość burzliwe i

moralnie wątpliwe.

Wiedział o tym jedynie Kapelan, który był Euzebii osobistym spowiednikiem i poniekąd oddanym przyjacielem.

To zresztą dzięki jego pomocy udało się odczytać zamysł Boży w kwestii zakonnego imienia Euzebii, które być musiało (zgodnie z tradycją) imieniem jakiejś rośliny zielnej.

– Moja droga, trzeba pomyśleć o takiej roślinie, która oddałaby wyraz twojej osobowości i twojego temperamentu… – odzywa się do niej Kapelan, podnosząc do ust filiżankę z herbatą podczas poobiedniej sjesty. – Już niedługo skończy ci się nowicjat i trzeba będzie przybrać imię zakonne. Mamy obecnie oprócz ciebie i Matki Przełożonej dwanaście sióstr: Lukrecję, Melisę, Rutę, Jemiołę, Lipę, Mimozę, Pokrzywę, Szałwię, Bazylię, Rumianek, Kminek i Aronię. Hmm… Jakie imię będziesz nosić ty? Niechże pomyślę. – Kapelan zamyka oczy i w pokoju

zalega cisza.

Jej pierwsze pięć minut jest dość krępujące, drugie – dość filozoficzne, kolejne – prawie relaksacyjne (gdyby nie mucha), a dalsze (nawet już pomimo muchy) – koniecznie konieczne, i Euzebia czuje już bardzo wyraźnie ciężar własnych powiek, i nie opiera się wcale tej wszechpotężnej sile, która wyjątkowo sprawnie przenosi ją, podobnie jak Kapelana, w wymiar racjonalnie niezbadany.

I rozpoczyna się chrapanie na dwa nosy.

– Chrrrrr…

– Chrrrrr…

– Aaa! – Kapelan podrywa się,gdy w przerwie na chrapnięcie zasysa z powietrzem muchę.

– Co?! Co się dzieje?! – Euzebia zrywa się na równe nogi.

Kapelan zgina się wpół i prowokując odruch wymiotny, wypluwa muchę na podłogę, póki jeszcze nie doszło do połknięcia. A było już bardzo blisko. Na szczęście zasadnicza treść żołądkowa nie dała się tak łatwo sprowokować. Euzebia pochyla się nad muchą.

– To

mucha zielona.

Bardzo dorodny okaz. Znam ją doskonale. To mucha mojego dzieciństwa. Jak bawiliśmy się na polu, to było takich całkiem sporo. Mama zawsze nas czymś smarowała, bo te muchy lubią składać jaja na skórze, w nosach i uszach też. Mój kolega kiedyś się nie posmarował i zachorował potem na muszycę, ale nie musimy wpadać w panikę, bo u Kapelana nie miała za bardzo nawet jak tych jaj złożyć – śmieje się Euzebia. – A poza tym jest już wypluta.

– A co, jeśli złożyła? – Kapelan nieszczególnie ufa tym zapewnieniom.

– Nie złożyła.

– A jeśli?

Euzebia wzdycha.

– Jak mówię, że nie zdążyła, to nie zdążyła. Znam się na tym. A zresztą,

błogosławieni, którzy nie widzieli…

Ale mogę ewentualnie przygotować inhalację na uspokojenie.

– Hmm… – zastanawia się Kapelan, wracając do pozycji siedzącej, podczas gdy Euzebia chwyta muchę za skrzydełka i wyrzuca ją za okno. – Jestem spokojny. Ufam ci.

– Blee, jakaś duża taka… – wzdryga się Euzebia.

– A może w takim razie to był … ZNAK?

– Znak?

– No, bo skąd i po co tutaj ta mucha?

– No wie ksiądz, one lecą do pewnych zapachów.

– Sugerujesz, że

coś tu śmierdzi?!

– Nie, nie, absolutnie nie. Na pewno chciała polecieć gdzieś dalej, ale ksiądz jej przeszkodził.

– Właśnie! W takim razie to MUSI być znak!

– Jaki znowu znak?!

– No przecież mamy wybrać ci imię.

– No ok, ale co mucha ma z tym wspólnego? Oprócz tego, że gabaryty mamy podobnie obfite jak na swoje gatunki?

– Mówiłaś, że to mucha zielona, tak?

– No tak.

– To roślina twojego imienia widać musi być z jednej strony bardzo pospolita, a z drugiej zielona. Tak jak ta mucha.

– Rośliny raczej zawsze są zielone.

– W sumie masz rację.

– Ale średnio mi się to podoba – krzywi się Euzebia. – Muchy są znane z mało sympatycznych rzeczy.

– Euzebio, moja droga, bądź cierpliwa i czujna. To tylko szyfr taki. Trzeba go rozpracować, to, co nieistotne, odrzucić i skupić się tylko na tym, co istotne.

– To teraz się w detektywa bawić będziemy? A w ogóle skąd Kapelan ma pewność,

że mucha to znak?

– Bo nigdy takiej muchy nie widziałem!

– I to ma wystarczyć? Ja widziałam dużo takich much.

– No właśnie! One dawały ci znaki od dawna! Ja mam swoją wewnętrzną pewność. Ona nigdy mnie nie zawiodła.

– Pewność czy mucha?

– Siostro, odrobinę powagi, proszę.

– No dobrze. W takim razie szukamy dalej.

Po chwili przerwy Kapelan oznajmia radosnym głosem oświeconego:

– Ja już wcale nie muszę dalej szukać.

– ???

– Znalazłem, co chciałem!

– Co Kapelan znalazł?!

– Tak! To jest TO! Idealnie do ciebie pasuje!

Odczytaliśmy właśnie zamysł Niebios!

Niechaj będą im dzięki!

– Ja tam nic nie odczytałam.

– W takim razie pozwól, że ci wyjaśnię.

– Zamieniam się w słuch. – Euzebia wzdycha zniecierpliwiona, choć wyraźnie podekscytowana.

– To znaczy?

– Moja droga, i w przemyśle, i w rolnictwie, i w medycynie roślina ta może służyć nam na wiele sposobów. Nie wiem, czy wiesz, ale już w starożytności (a może i wcześniej) wytwarzano z niej pościele, obrusy, koszule, a nawet żagle okrętowe! Mój habit też jest z jej włókna. Sama zobacz (Kapelan podstawia się do namacalnej oceny). Dzięki niej moglibyśmy mieć ekologiczny papier, dentystyczne ekoplomby, a nawet ekoelektryczność! Ta niewymagająca szczególnej troski, pospolita roślina zielna wykorzystywana może być do ekologicznej produkcji tylu rzeczy, że nie sposób teraz wszystkiego wymienić – do karoserii samochodów (Henry Ford sam taki zbudował!), do olinowań okrętów, ociepleń i budowy domów, do produkcji olejów spożywczych i napędowych, leków, kosmetyków, paszy, karmy dla ptaków czy biomasy opałowej. A co najważniejsze – jest zdrowa, bo jej siemię cechuje wysoka zawartość cennych dla organizmu pierwiastków i witamin. Tak, tak, moja droga, to wszystko jest zasługą pewnej

bardzo pożytecznej rośliny,

którą traktuje się w naszym świecie bardzo niedobrze. W niektórych częściach globu roślina ta uważana jest wręcz za świętą, ale tutaj nasz świat ma swój własny biznesplan i jest mu ona wybitnie nie na rękę.

Brwi Euzebii zamierają w pozycji słusznego podziwu dla oratorskich zdolności Kapelana.

– Trzeba będzie postarać się o pozwolenie na jej hodowlę w naszym klasztornym ogrodzie. Każda z sióstr hoduje przecież roślinę swojego imienia… To nasza tradycja.

– Tak…?

– Niech imię twoje będzie… – Natchniony wzrok Kapelana zatrzymuje się na szybie okiennej, do której z jej strony zewnętrznej przykleiła się ta wypluta przez niego mucha zielona, jak gdyby była żywym dowodem słuszności wyboru.

– KONOPPIA!

– Konopia?! Czyli… to nie jest żart??

– Nie Konopia, a KONOPPIA. Trzeba podwoić „P”, z szacunku dla twoich rozmiarów. P też ma taki ładny brzuszek jak ty.

– Czyli nie żart. – Euzebia odpowiada sama sobie, czując, jak emocje podnoszą jej ciśnienie. – To może lepiej CEBBULA? Przez dwa B oczywiście? Po co prowokować konflikt z prawem?

Kapelan jak zahipnotyzowany nadal wpatruje się w muchę za oknem, do czasu aż mucha z szyby znika, a on odzyskuje ostrość widzenia i słyszenia też.

– A więc, siostro, jesteśmy w domu!

– Bardziej niż domem pachnie mi to więzieniem!

– Przecież to piękne imię. Nie było jeszcze w naszym zgromadzeniu siostry o takim imieniu.

– Niech Kapelan nie udaje. To jest igranie z ogniem. Przecież to

nielegalne zioło.

– Nielegalne zioła to zasługa nie Stwórcy, a farmaceutycznego lobby, moja droga.

– Niby tak, ale więzienia są na ziemi, a nie w niebie.

– Szałwia meksykańska też jest zakazana, a siostra Szałwia nosi swoje imię bez lęku. Ruta stepowa też nie przeszkadza siostrze Rucie, albo mimosa hostilis siostrze Mimozie! Dlatego, moje dziecko, ja mówię ci: NIELĘKAJSIĘ!

Euzebia czuje nagły skok ciśnienia, które osiąga stan krytyczny, i w momencie, gdy Kapelan woła wieszczym głosem:

– Siostro Konoppio, POWSTAŃ!

Ona powstaje, a wraz z jej powstaniem dzieje się coś bardzo dziwnego i niewytłumaczalnego, bo nagle w pokoju Kapelana zrywa się gwałtowny wiatr, który jednym ostrym podmuchem przewraca stolik z wazonem i cztery krzesła, i Kapelan ma już wtedy prawie stuprocentową pewność, że to jest właśnie TO.

W taki to sposób, według świątobliwej interpretacji, energia nowego imienia Euzebii dała pierwszy, potężny wyraz swojemu istnieniu. Oczywiście nikt wtedy nie sądził, nawet ona sama, że nie jest to zdarzenie incydentalne i że będzie tego doświadczać już do końca swoich dni, ona i wszyscy, którzy jej energetycznych wyładowań będą świadkami.

Przez następne tygodnie Kapelan przyglądał się sprawie z ukrycia, co zaowocowało wystawieniem diagnozy o tajemniczych właściwościach siostry Konoppii, ujawniających się w momentach

silnej ekscytacji i podwyższonego ciśnienia.

Sam pamięta, że miał taką ciotkę (Berta miała na imię), którą też w pewnych momentach energia rozsadzała i potem przesuwała talerze po stole (a przed i po obiedzie była to bardzo pożyteczna umiejętność, szczególnie gdy przy stole dużo było gości).

Gdyby okiełznać tę tajemniczą energię Euzebii i nadać jej pożądany kierunek, myślał Kapelan, można by mieć z tego prawdziwy pożytek.

Ostatecznie po uzdrowieniu przez Konoppię siostry Szałwii (podczas porannej toalety), która przez tydzień cierpiała na bardzo uporczywe rozwolnienie, i po odjęciu cierpienia spowodowanego

swędzącymi upławami

siostrze Melisie Kapelan zyskał w tej kwestii już stuprocentową pewność i nie potrzebował żadnych dodatkowych znaków z Nieba.

Niestety po każdorazowej interwencji energetycznej Konoppia traciła własne siły witalne i spała potem przez minimum dwadzieścia cztery godziny, co wybitnie nie podobało się Matce Przełożonej.

A w niedługim czasie po ślubach siostry Konoppii, podczas których otrzymała swoje nowe imię już w pełni oficjalnie i z honorami, Kapelan wyszedł z nowatorską inicjatywą pro publico bono, pod hasłem

Pogotowie Sióstr Herbalistek,

które miałoby działać całodobowo, ku pomocy i wsparciu wszystkim chorym i potrzebującym z okolic bliższych i dalszych (z nazwą alternatywną dla pacjentów z zagranicy: The Herbal Charity). Konoppii powierzone zostało główne dowodzenie, gdyż nie licząc wyjątkowych zdolności energoterapeutycznych, ze wszystkich sióstr znała się najlepiej na komponowaniu ziołowych mieszanek na różne schorzenia i dolegliwości, dzięki korzeniom rodzinny aptekarskiej, oczywiście.

Biskupowi pomysł przypadł do gustu bardzo i z osobistym błogosławieństwem podpisał zgodę dla Zgromadzenia na wdrożenie w życie tego innowacyjnego i jakże obiecującego projektu. Z jednym wszakże zastrzeżeniem, by z osobistych zasobów energetycznych Konoppii (z uwagi na jej zdrowie własne) korzystać jedynie w przypadkach najcięższych i najlepiej w konsultacji z nim samym. Wydał też zezwolenie na aktywowanie specjalnej linii telefonicznej oraz strony internetowej Pogotowia ze zdjęciem wewnętrznej strony dłoni Konoppii, by umożliwić wszystkim zainteresowanym internautom wirtualny kontakt bezpośredni z ręką, która leczy.

Siostry Konoppii rady i remedia

Wydanie pierwsze, ISBN 978-83-8083-669-3

 

© Catherine Miller i Wydawnictwo Novae Res 2017

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

 

REDAKCJA: Agata Sawicka-Korgol

KOREKTA: Katarzyna Czapiewska

OKŁADKA I ILUSTRACJE: Luisse Grass

KONWERSJA DO EPUB/MOBI:InkPad.pl

 

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96 / 98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: [email protected], http://novaeres.pl

 

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

 

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.