37,99 zł
PEŁNOKRWISTA GOTYCKA POWIEŚĆ WIELOKROTNIE NAGRADZANEJ AUSTRALIJSKIEJ AUTORKI
Pokręcona, brutalna i mroczna baśń dla dorosłych przesycona tajemnicami rodzinnymi, czarną magią i gorzkim posmakiem zemsty. Czytelnicy Naomi Novik i Erin Morgenstern będą zachwyceni.
Asher Todd zostaje zatrudniona w posiadłości rodziny Morwood jako guwernantka. Co prawda nie wie zbyt wiele o wychowywaniu dzieci, ale doskonale zna się na botanice i zielarstwie – a może nawet na czymś jeszcze…
Posiadłość Morwoodów to na pierwszy rzut oka zwykłe spokojne miejsce: piękny stary budynek i dumni ze swojego pochodzenia mieszkańcy o nienagannej reputacji. W pobliżu znajduje się miasteczko Morwood Tarn oraz las, z którego nocami dobiega czasem wycie wilków…
Dzieci Morwoodów szybko przywiązują się do Asher, starsza pani Leonora coraz częściej zaprasza ją do swojej komnaty, a czarnowłosy dozorca o dzikich zielonych oczach raz po raz niby przypadkiem wchodzi jej w drogę. Asher zaczyna darzyć sympatią swoich podopiecznych i podoba się jej życie w posiadłości. Teraz zaczyna wątpić, czy będzie w stanie zrealizować swój plan – i kto najbardziej ucierpi, jeśli to zrobi. Ale gdy duchy przeszłości coraz trudniej okiełznać, dziewczyna zdaje sobie sprawę, że nie ma wyboru. Zresztą nie tylko ona skrywa mroczne sekrety. Dom Morwoodów też ma swoje tajemnice: sporo w nim miejsc po portretach na ścianach i drzwi zamkniętych na cztery spusty. Jak to wszystko wyjaśnić? I czy w Morwood Tarn mieszka choć jedna osoba, która nie ma nic do ukrycia?
Powieść „Cierniowa ścieżka” zdobyła nagrodę AUREALIS za najlepszą powieść fantasy 2022 roku.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 436
Tytuł oryginału
The Path of Thorns
Copyright © A.G. Slatter 2022
All rights reserved
First published 2022 by Titan Books
A division of Titan Publishing Group Ltd.
144 Southwark Street, London SE1 0UP
titanbooks.com
Przekład
Patrycja Zarawska
Redakcja
Joanna Rozmus, Magdalena Pazura
Korekta
Pracownia 12a
Skład, adaptacja okładki i przygotowanie do druku
Martyna Potoczny
Opracowanie wersji elektronicznej
Karolina Kaiser,
Copyright © for this edition
Insignis Media, Kraków 2025
Wszelkie prawa zastrzeżone
978-83-68352-28-3
StoryLight, imprint Insignis Media, ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków
tel. +48 12 636 01 90, [email protected], insignis.pl
Facebook: @Wydawnictwo.Insignis
X, Instagram, TikTok: @insignis_media
Wszelka ciemność jest darem, ale musisz w niej znaleźć światło.
Murcjanusa księga osobliwości
Nareszcie koniec.
Lub może początek.
Kto to wie?
W ciągu minionych trzech tygodni poznałam wiele środków lokomocji; powozów najróżniejszego wieku, poziomu czystości i wytworności, zupełnie jak ich pasażerowie. Z Whitebarrow do Briarton, z Lelant’s Bridge do Angharad’s Breach, z podupadłego Lodellan, gdzie wciąż tliły się stosy, do Cwen’s Ruin, z Bellsholm do Ceridwen’s Landing, ze wszystkimi pozbawionymi miłości mieścinami pomiędzy. Okrężna trasa, to prawda, lecz miałam swoje powody. A dzisiejszego popołudnia ostatni z tych pojazdów wreszcie wysadził mnie u celu, po czym potoczył się dalej do miasteczka Morwood Tarn, wioząc pozostałych podróżnych – trzy drobnej postury siostry, blondynki, które o nikim nie umiały powiedzieć nic dobrego, a do mnie przez kilka godzin nie odezwały się ani słowem – oraz przesyłki do dostarczenia.
Lub raczej wysadził mnie przy bramie mojego celu, ponieważ niemały odcinek został mi do przebycia pieszo – znacznie dłuższy, niż życzyłabym sobie o tak późnej porze i z takim bagażem jak mój. A jednak, odczekawszy sporą chwilę w głupiej nadziei, że ktoś po mnie wyjedzie, w końcu pogodziłam się z myślą, że nie ma innego wyjścia, jak zrobić użytek z nóg. Kufer podróżny wepchnęłam pod krzaki tuż za wysoką czarną żelazną bramą ze szczytami wygiętymi na kształt litery M – jakby ktoś mógł akurat wędrować po tym odludziu i mogło mu przyjść do głowy gmeranie w moim skromnym dobytku. Zarzuciłam sobie torbę z notatnikami na skos przez plecy, a sakwojaż z cenną zawartością dźwigałam na zmianę to w jednej ręce, to w drugiej, bo ważył więcej, niż dałoby się wygodnie nieść. Miałam serdecznie dość taszczenia tej pokaźnej torby, ale byłam ostrożna jak zawsze i z pieczołowitą troską dbałam o rzecz, która wyznaczała mi cel życia przez ostatnie blisko dwa lata.
Wyboisty, pobrużdżony koleinami trakt wiódł pośród drzew – dębów, jesionów i cisów, tak wysokich i rozłożystych, że ich gałęzie stykały się nad moją głową. Mogłabym w pełni docenić ich piękno, gdyby nie późna pora, gdyby świeciło słońce, gdyby było lato, nie jesień, gdyby mój fioletowy płaszcz był uszyty z grubszego materiału i gdyby moje nerwy nie były już nadwerężone przez stojące przede mną zadania. A przede wszystkim gdybym nie zaczęła słyszeć – krótko po tym, jak weszłam głębiej na teren posiadłości – dziwnych dźwięków dobiegających z podszytu z boku dróżki.
Nie przyśpieszyłam jednak kroku, choć utrzymanie tego samego tempa marszu o mało mnie nie zabiło. Nie zawołałam z przerażeniem, pytając, kto się czai w krzakach. Poklepałam jednakże kieszeń z prawej strony spódnicy, by sprawdzić, czy długi nóż jest na miejscu. Przemierzyłam w życiu wystarczająco dużo ciemnych uliczek, by wiedzieć, że strach pozbawi cię życia szybciej niż wbite w brzuch ostrze czy zaciśnięta na szyi garota, ponieważ sprawia, że głupiejesz i panikujesz.
Cokolwiek się tam kryło, miało sporo sprytu, ale wyczuwałam, że hałasuje celowo, by dać znać o swojej obecności. Rozlegające się od czasu do czasu sapnięcia i parsknięcia wydawało zapewne zupełnie nieszkodliwe stworzenie, tyle że dopóki się nie pokazało, wrażenie było zupełnie przeciwne. Chwilami wyłapywałam niesioną wiatrem woń – ciężką od piżma, jak u zwierzęcia karmionego młodym mięsem i śpiącego w norze – od której aż mi się przewracało w żołądku. Zadarłam podbródek, jak gdyby niebo nad koronami drzew nie ciemniało od burzowych chmur, jakby mnie nie śledzono, jakby serce nie biło mi tak głośno, że niemal zagłuszało przetaczający się w górze grzmot. Szłam, utrzymując miarowy, równy krok.
Wreszcie wynurzyłam się spod splątanego baldachimu drzew i moim oczom ukazał się ulokowany nieco niżej okazały dwór. Zatrzymałam się i zapatrzyłam na niego, choć wiedziałam, że za mną wciąż czai się coś w krzakach. Zaczerpnęłam głęboko powietrza i wyrwało mi się mimowolne westchnienie. Oddech mi przy tym zadrżał, a nie chciałam, by ktoś to usłyszał.
„Odwagi, Asher. Nikt inny nie będzie jej miał za ciebie”.
Budowla widziana od frontu mogłaby się wydawać całkiem prosta: smukła bryła, trzy kondygnacje z bladoszarego, srebrzystego kamienia zwieńczone poddaszem. Ja jednak zbliżałam się pod takim kątem, że dom odsłaniał mi swój bok – dłuższy od fasady, wrzynający się wręcz w krajobraz – i bezwiednie zastanowiłam się, ile pomieszczeń może być w środku. Z przodu rozciągał się trzypoziomowy ogród kwiatowy prowadzący do dziesięciu schodów i niewielkiego ganku, na którym pod ostrołukowym kamiennym zwieńczeniem osadzono drewniane drzwi w kolorze miodu. Po lewej znajdował się staw z kaczkami, po prawej zaś płynął strumień, zbyt szeroki, by przez niego przeskoczyć, ale zbyt wąski, by go nazwać rzeczką. Ciekawe, czy czasem wylewał.
Niebo przeszyły błyskawice – potężne smugi białego ognia na ciemnym sklepieniu świata. Trzask piorunów odezwał się echem w mojej piersi. Zamrugałam intensywnie, żeby pozbyć się dziwnego wrażenia wzrokowego. Obraz wyługowany z kolorów jak czarno-biała rycina w książce działał otumaniająco.
Za dworem dostrzegłam niewielki budynek pokryty ciemnym drewnem i białym tynkiem. Na oko mogły się w nim mieścić cztery pokoje. Z dachu sterczał wysoki komin, a z boku znajdowało się koło wodne napędzane ni to strumieniem, ni to rzeczką.
Znów zajaśniała błyskawica, dwa pioruny uderzyły w ziemię przede mną jeden po drugim, trzeci trafił w pobliskie drzewo. Stary cis stał koło podjazdu niczym samotny strażnik, a teraz z miejsca zajął się ogniem i palił się tak szybko, że bardziej mnie to zdumiało, niż wystraszyło. Zostałabym, żeby popatrzeć, lecz niebo się otworzyło i zrzuciło na ziemię ciężkie, nieustępliwe krople; rzęsisty deszcz i tak zapewne zaraz ugasiłby płonące drzewo. Mimo wszystko uśmiechnęłam się. Z podszytu za mną dobiegło wyraźne warknięcie, wszelkie ślady ukradkowości i przemykania chyłkiem zniknęły.
W końcu puściłam się biegiem.
Zostawiłam za sobą dróżkę, która wiła się zakosami po łagodnym zboczu, schodząc do dworu, i popędziłam jak strzała na przełaj przez pochyły trawnik. Nie byłoby tak źle, gdybym po drodze nie nadwerężyła kostki i nie przyciskała do siebie sakwojażu tak mocno, że poobijałam sobie żebra jego zawartością. Dopadłam do wejścia nie mniej przemoczona, niż gdybym po prostu szła. Moją gonitwę zapewne dostrzeżono w domu, ponieważ drzwi się otwarły, zanim postawiłam stopę na pierwszym stopniu schodów.
W blasku bijącym z wnętrza zarysowała się wysoka postać odzianego czarno mężczyzny o bladej pociągłej twarzy i rzednących siwych włosach zaczesanych do tyłu nad czołem. Mimo tej iście szkieletowej aparycji mężczyzna powitał mnie łagodnym uśmiechem i życzliwością malującą się w głęboko osadzonych oczach. Uniesionymi rękami zachęcał, żebym czym prędzej weszła do środka.
Zanim przeszłam pod łukiem na ganku, spojrzałam jeszcze za siebie, na trawnik i ogród, przez który właśnie przebiegłam. Znowu uderzył piorun i błyskawica oświetliła otoczenie, wysrebrzając dziwną zgarbioną sylwetkę na zakręcie podjazdu, a ja pomyślałam o… czymś. Czymś dużym, nieokreślonego kształtu, czymś, czego nie umiałam dokładnie uchwycić umysłem, ponieważ w mojej pamięci nie zachował się nawet jego kolor – pozostało jedynie wspomnienie czerwonych oczu. Zadrżałam, bynajmniej nie z chłodu, i zdecydowanie przekroczyłam próg, a drzwi zamknęły się za mną niezwłocznie.
Sień okazała się zaskakująco niewielka, zupełnie nieokazała, za to dobrze oświetlona. Część podłogi pokrywał jedwabny dywanik wyglądający jak kwiecista łąka, uważałam więc, by po nim nie stąpać ubłoconymi butami. W ciasnawym wnętrzu upchnięto kilka mebli: proste stoliki, jedno krzesło z wiśniowego drewna, stojak na parasole wydrążony z jakiejś połyskliwej skały, wieszak z różanego drewna, na którym wisiały szale i damska parasolka od słońca, ale nic więcej. Po prawej i lewej odchodziły zamknięte drzwi z ozdobnymi mosiężnymi gałkami. Polerowane schody wiodące na górę były dość wąskie; w ich przednich słupkach wyrzeźbiono dziewczęce głowy z wystającymi z czoła maleńkimi porożami; panny-łanie. Zastanowiłam się, czy przechodzą tędy podczas swoich migracji. Wysokie okna na spoczniku półpiętra ukazywały grę błyskawic na tle ciemnoszarych chmur.
– Panna Todd – odezwał się mężczyzna twierdząco, a pewność w jego głosie nie zaskakiwała, bo nie wyglądało na to, by często zapuszczały się tu przez przypadek młode kobiety. Lub w moim przypadku już nie takie młode, ale i nie stare; tak czy inaczej byłam zdecydowanie starsza od poprzedniej guwernantki. Jego spojrzenie prześliznęło się po mnie z góry na dół – nie w seksualny sposób, jedynie z ciekawością: byłam od niego nieco wyższa i szersza w ramionach. „Posągowa”, jak mawiała moja mama, kiedy miała dobry humor; „zwalista”, jak mnie określała w gorszych chwilach. Mężczyzna zamachał rękami, jak gdyby mógł tym ruchem wycisnąć wodę z mojej kurtki i grubej czarnej spódnicy. Złowiłam własne odbicie w lustrze zajmującym środek wieszaka na odzież; byłam prawie nie do rozpoznania. Zielony jedwabny kapelusik sprawiał wrażenie, jakby się roztopił, czułam też dodatkowy ciężar deszczu w koku upiętym z warkocza, w który ciasno splotłam swoje mysie włosy. Miną całe godziny, nim to wszystko wyschnie. Twarz miałam bladą, wyglądałam jak widmo, choć nigdy w życiu nie czułam się tak zwarta w sobie. Szybko odwróciłam wzrok, zanim zdążyłam się zbyt blisko przyjrzeć wyrazowi własnych oczu. Zamrugałam, przymykając je na chwilę, tak aby się opanować i nie pozwolić, żeby mężczyzna zajrzał w moje wnętrze.
– Tak – potwierdziłam, lecz wydało mi się to niewystarczające. – Jestem Asher Todd.
– Nazywam się Burdon. Spodziewaliśmy się pani dopiero jutro, droga panno Todd. – Pełnym skruchy gestem złączył dłonie, jakby składał skrzydła. Zza drzwi po lewej dobiegły przekleństwa i tupotanie, ale nikt się nie pojawił. – Najmocniej przepraszam. Wysłalibyśmy po panią Elia z kolaską. Choć biorąc pod uwagę obecną pogodę, kolaska zapewne nie zapewniłaby wiele ochrony.
– Ach, spacer był odświeżający, panie Burdon. Od wielu dni – właściwie tygodni, lecz o tym nie musiał wiedzieć – siedzę zamknięta w powozach. Świeże powietrze dobrze mi zrobiło. – Na środkowym palcu prawej dłoni nosiłam pierścionek żałobny z różowego złota, który teraz zrobił się śliski od deszczu. Próbowałam go wytrzeć najmniej przemoczonym skrawkiem spódnicy, nie mogłam pozwolić, żeby się ześliznął.
– Wystarczy samo „Burdon”, panno Todd. Cóż, mam nadzieję, że się pani nie przeziębi. Państwo nie byliby uszczęśliwieni, gdyby się pani pochorowała przez nasze zaniedbanie. – Skłonił się lekko, co wyglądało dziwnie słodko. – Proszę za mną, zaprowadzę panią do pani pokoju. – Zerknął na sakwojaż, który przyciskałam do swojego boku, i na torbę, z której woda głośno skapywała na kamienną posadzkę. – Czy to cały pani bagaż?
– O, nie. Moja skrzynia. – Zmarszczyłam brwi. – Zostawiłam ją przy bramie.
Burdon spojrzał nad moim ramieniem i wysunął nieco szczękę do przodu. Odwróciłam się i ujrzałam, że ktoś wchodzi, schylając się pod łukowatym zwieńczeniem drzwi, a na szerokim barku niesie moją skrzynię.
Nieznajomy delikatnie postawił skrzynię na pięknym dywaniku, jak gdyby bagaż – i on sam – nie ociekał deszczówką, po czym otrząsnął się z wody jak pies. Zdjął płaszcz przeciwdeszczowy i kapelusz z szerokim rondem, zasypując otoczenie kaskadą kropli. I oto dziwna postać okazała się wysokim młodym mężczyzną o czarnych włosach, zielonych oczach i nieogolonym podbródku. Rzucił na mnie okiem, po czym odwrócił wzrok, jakbym go zupełnie nie interesowała.
– Eli Bligh – powiedział Burdon i w pierwszej chwili myślałam, że go przedstawia, ale nie: to była reprymenda. – Pani Charlton nie będzie z tego zadowolona. – Kamerdyner znaczącym ruchem głowy wskazał jeziorko, które zebrało się na podłodze i powoli wsiąkało w dywanik.
Eli wzruszył ramionami.
– Do liliowego pokoju?
– Bądź tak łaskaw.
Mężczyzna znów dźwignął moją skrzynię, jakby nie była cięższa od sterty pierza, nie zawierała książek i butów, sukni i starannie owiniętych buteleczek oraz bazaltowego moździerza z tłuczkiem, pobłogosławionego przez Wiedźmy z Whitebarrow. Odwrócił się i zniknął, wspinając się po polerowanych schodach, zanim Burdon i ja zdążyliśmy ruszyć jego śladem. Kiedy mnie mijał, wyczułam zapach portwajnowego dymu fajkowego i czegoś, czego nie umiałam określić. Kamerdyner lekko dotknął mojego ramienia, aby mnie nakierować na schody.
– Dobrze, że dotarła pani do nas, zanim się ściemniło. Wieczorem posiadłość może być niebezpiecznym miejscem dla kogoś, kto nie jest zaznajomiony z rozplanowaniem terenu. Mamy tu nieużywany kamieniołom, w którym z pewnością nie chciałaby się pani przypadkowo znaleźć. – Uśmiechnął się, aby oddalić wrażenie, że mnie próbuje nastraszyć. – Śmiem twierdzić, że szybko pozna pani naszą okolicę.
– Dziękuję, Burdon. – Nie czułam się naturalnie, zwracając się do niego w ten sposób, po nazwisku, jakbym była od niego lepsza. Przez całe życie zawsze szukałam schronienia wśród służby. – A państwo…?
– Pojechali na wentę do Morwood Tarn – odparł, po czym spojrzał przez wielkie okna, które mijaliśmy na półpiętrze. – Choć śmiem twierdzić, że pewnie się gdzieś schronili przed burzą.
– Aha.
– Tak między nami, panno Todd. Na pani miejscu skorzystałbym z okazji i dziś wieczorem odpoczął. Wkrótce będzie pani ciężko pracowała przy tej trójce dzieci, i choć stawiła się pani dzień wcześniej, zapewne będzie oczekiwane, że zacznie pani jutro od samego rana. – Uśmiechnął się czule, dając mi tym samym znać, że dzieci nie są tak do końca potworami, lecz zaraz potem twarz mu stężała. – I nie wątpię, że starsza pani Morwood zechce poddać panią próbie.
Zerknęłam na niego z ukosa, ale on tylko znów się uśmiechnął i uścisnął mi lekko łokieć, by mnie pokierować w lewo.
Przeszliśmy korytarzem na piętrze do ładnego pokoju (a więc nie mogłam liczyć na kryjówkę wśród służbówek na strychu). Zanim weszłam do środka, przyjrzałam się pomieszczeniu od progu. W kominku trzaskał świeżo rozpalony ogień, ale nie dostrzegłam osoby, która go rozpaliła. Szafa na ubrania, toaletka i sekretarzyk – wszystko w bladomiodowym kolorze. Przy palenisku czekał fotel ze stolikiem, a na blacie taca z miską parującego gulaszu, talerzem chleba i kawałkiem ciasta oraz szklaneczka czegoś, co wyglądało na tokaj. Zaburczało mi w brzuchu. Mogłam tylko przypuszczać, że moje przybycie zauważono znacznie wcześniej, niż Burdon poszedł otworzyć frontowe drzwi. Zasłony w oknie były w stonowanym fioletowym kolorze, podobnie jak draperie przy łóżku. Na nocnym stoliku wykładanym macicą perłową stała kryształowa miseczka z suszonym lilakiem, który roztaczał w powietrzu lekki zapach. Przy nogach łóżka stała moja skrzynia, lecz Eli zniknął, zostawiając po sobie ulotną nutę fajkowego dymu i ślad mokrych butów na jedwabnym dywaniku.
– Czy jest tu jeszcze inna służba, Burdon? Oprócz pana, pani Charlton i Elia Bligha?
Parsknął śmiechem.
– Nie sądzę, żeby Eliowi spodobało się, gdyby usłyszał, że został zaliczony do służby. Ma chatę w obrębie posiadłości. Enora Charlton jest gospodynią, no i mamy jeszcze Luned, pokojówkę. Nasza trójka mieszka we dworze. Dworską ziemię uprawia dwadzieścia rodzin dzierżawców. Część z nich pełni u państwa posługę. Na przykład Owen Reiver robi za woźnicę, a jego syn Tew za stangreta, kiedy jest taka potrzeba. Tib Postlethwaite co rano przynosi mleko, a jej ośmiu synów obrabia pola. Dwie dziewczyny od Binionów przychodzą co tydzień pomagać w sprzątaniu, bo dom jest duży; to bliźniaczki, nie da się ich odróżnić, niech się pani nawet nie trudzi. W lesie mamy leśnika. Ale śmiem twierdzić, że jest u nas nieco inaczej niż w wielkich domach w mieście. Jakoś dajemy sobie radę.
Weszłam do pokoju. Burdon nie ruszył za mną. Odwróciłam się do niego, a on skłonił się grzecznie.
– Ufam, że będzie tu pani wygodnie, a może nawet będzie pani z nami szczęśliwa. – Znów się uśmiechnął. – Gdyby pani czegoś potrzebowała, przy kominku jest sznurek od dzwonka, którym wezwie pani mnie, Luned albo panią Charlton. Dobrych snów, panno Todd.
– Dziękuję, Burdon – odparłam i pomyślałam, że miną wieki, zanim się położę. Potem zerknęłam przez okno i zobaczyłam, że nim się obejrzałam, zapadła noc. Gapiąc się na deszcz wściekle atakujący szybę, jakby chciał się przebić do środka, usłyszałam za sobą zamknięcie drzwi. Kliknięcie rygielka sprawiło, że nagle poczułam się wyczerpana. Podeszłam chwiejnie do fotela i całym moim ciałem owładnęło drżenie. Pomyślałam, że zwymiotuję, właśnie tu, w tym ślicznym, prześlicznym pokoju. Opuściłam sakwojaż na podłogę – wylądował łagodnie, a zawartość stuknęła głucho na dywaniku. W jego ślady zaraz poszła torba, a ja osunęłam się na fotel.
Po chwili drżenie ustało, podobnie jak ryk w mojej głowie, ale żołądek zdawał się wciąż znajdować na pełnym morzu. Odłamałam więc kawałek chleba i wepchnęłam go sobie do ust, jakby mnie nie nauczono jeść kulturalniej. Był słony i słodki i szybko – zbyt szybko – pochłonęłam go całego. Potem gulasz, który okazał się przepyszny, pożywny, pełen mięsa, ugotowany na czerwonym winie. Tokaj i ciasto zostawiłam sobie na później, bo nie chciałam się pochorować.
Drzemałam na fotelu – moje ubrania i włosy z jednej strony wysuszył ogień trzaskający w kominku, z drugiej wciąż były jednak mokre i zimne – kiedy rozległo się pukanie.
– Tak? – zawołałam, lecz nie doczekałam się odpowiedzi, wstałam więc i podeszłam do drzwi.
Nikogo za nimi nie było.
Wyszłam na długi, słabo oświetlony korytarz i się rozejrzałam. W jego połowie po prawej stronie były otwarte inne drzwi. Podkradłam się do nich na paluszkach. W środku znajdowała się wanna na pazurzastych łapach, z której unosił się różany zapach. Na rogu komody z ciemnego drewna leżały dwa grube, starannie złożone ręczniki, a na nich kostka mydła.
I znów nie dostrzegłam nikogo, kto mógł to przygotować.
Wzruszyłam ramionami. Skorzystam tak czy inaczej.
Taki był mój początek zatrudnienia w Morwood Grange.
Wiedziałam, że śnię, ale nie mogłam się otrząsnąć z wrażenia, że na nowo przeżywam tamtą chwilę.
Był to dzień, kiedy moja matka uświadomiła sobie, co potrafię. W zimny, lodowaty poranek siedziałyśmy w jednym z tych wynajmowanych pokoików, którymi usiane było moje dzieciństwo. Miałam pięć… nie, sześć lat; nie mieszkałyśmy tam jeszcze zbyt długo. Matka ugodziła się co do drewna opałowego i chleba z właścicielem stancji, choć jego żona jej nie lubiła. Siedziałyśmy przy maleńkim ogienku i jadłyśmy czerstwy chleb – ona na jedynym siedzeniu w tym pokoju, a ja na podłodze, ze skrzyżowanymi nogami, na jednym z grubych płaszczów, które udało się jej przeszmuglować z poprzedniego domostwa, gdzie zatrzymałyśmy się na krótko. Na noc rozścielałyśmy go na wąskim łóżku, żeby nie dopadł nas ziąb.
Miałyśmy niewiele opału i musiałyśmy go oszczędzać. Płomień na palenisku ledwie pełgał, prawie nie dając ciepła; jego słaby blask z trudem wydobywał lśnienie z pięknych rudych włosów Heloise. Zapatrzyłam się w bladopomarańczowe ogniki, z rzadka okrywające się niebieskawą otoczką, i zapragnęłam, och, jakże mocno zażyczyłam sobie, żeby były większe. Wyższe. Gorętsze. Nie wiem, kiedy ogień się rozrósł, zauważyłam tylko, że jest mi cieplej, a płomienie skaczą wesoło.
– Asher!
Nie miałam także pojęcia, jak długo wołała mnie matka, ale wyraźnie poczułam, gdy jej palce zacisnęły się na moim ramieniu. Wciąż miałam na sobie sporo ciała po dobrym karmieniu w poprzednim miejscu, ale jej paznokcie wbiły się mocno i zabolało.
– Mamo! Co zrobiłam złego?
– Co zrobiłaś? Co robisz? – Jej twarz była tak blisko, jasne oczy płonęły. – Widziałam, jak patrzysz w ogień. – Rozluźniła uchwyt, a ja miałam ochotę krzyknąć z ulgi. – Nie rób tego więcej, Asher.
– Ale mamo, ja tylko chciałam, żeby było cieplej.
I to spojrzenie, które mi posłała… Wtedy go nie rozpoznałam, ale miałam je jeszcze ujrzeć w latach, które mnie czekały. O, zobaczyłam strach. Jej strach o siebie, o mnie. Z czasem, dorastając, uświadomiłam sobie, że jest tam też jakaś nadzieja, coś w rodzaju ambicji. A nawet zaczątek planu.
Heloise uklęknęła obok mnie, podniosła mnie z podłogi i rzekła:
– Moja gołąbeczko, nie wolno ci robić takich rzeczy. Nigdy nie pozwól, żeby ludzie to u ciebie widzieli. Nie mogą się dowiedzieć, że jesteś od nich inna. Spaliliby cię, moje serdeńko, albo utopili w zimnej toni. – Pogładziła mnie po włosach, mrucząc łagodnie o tym, że muszę się nauczyć trzymać te rzeczy w sekrecie.
A ja nie spałam tamtej nocy ze strachu, który przenikał mnie do szpiku kości i przyprawiał o dygotanie.
Od tamtej pory nigdy już nie igrałam z ogniem.
Obudziłam się z nagłym ciężarem na brzuchu, bolesnym, choć na przekór tej jawnej przemocy towarzyszyło mu piskliwe chichotanie. Przez dłuższą chwilę byłam zdezorientowana – jak co noc i co dzień przez kilka ostatnich tygodni, odkąd opuściłam nie swój dom w Whitebarrow – ale zaraz poczułam zapach lilaku i przypomniałam sobie, gdzie jestem. Otworzyłam oczy i ujrzałam dwie twarze. Zaokrąglone, dziecięce, proszące twarze dziewczynek w wieku około pięciu i dziesięciu lat. Młodsza, rudowłosa, o uderzająco niebieskich oczach, zwaliła się dosłownie na mnie. Starsza, z opadającymi kaskadą brązowymi lokami, bladą skórą i oczami jak u jej siostry, leżała obok mnie. Obie miały na sobie sukienki w czerwoną kratkę. Uśmiechnęłam się, mimo że ich najście było krępujące i denerwujące.
– Dzień dobry. Pewnie jesteście Sarai i Albertine.
Łagodnie zdjęłam z siebie Sarai i usiadłam w łóżku, gotowa do zabawy, lecz w tym momencie zobaczyłam chłopca, który musiał być dziewięcioletnim Connellem. Ubrany w wąskie granatowe spodnie w kratkę, białą koszulę i krótki kubraczek stał koło toaletki i trzymał w rękach sakwojaż, który nieroztropnie zostawiłam na widoku, mylnie uznając ten pokój za nietykalny. Nie otworzył torby do końca, ale niewiele brakowało. Gniew przetoczył się przeze mnie falą ognia i wydałam nieokreślony krzyk. Chłopiec wlepił we mnie wzrok i cofnął się – przez chwilę myślałam, że upuści torbę na podłogę, ale tego nie zrobił.
Odepchnęłam Albertine, aż stoczyła się z łóżka z piskiem. Sama też z niego zeskoczyłam i przypadkowo ją przy tym kopnęłam. Doskoczyłam do chłopca, który gapił się na mnie ogromnymi oczami, i złapałam go za ramię. Czułam, jak buzuje we mnie wściekłość mojej matki, jakbym stała się rurą, którą płynęło to, co w tej kobiecie było najgorsze. Moje palce wpiły się w miękką rękę dziecka i choć coś we mnie wołało: „Nie!”, nie umiałam się powstrzymać. Zacisnęłam mocniej dłoń i wrzasnęłam mu prosto w twarz:
– Jak śmiesz?! Jak śmiesz?!
Rozpłakał się. Za moimi plecami zawodziły jego siostry, a ja w końcu zdołałam się jakoś pohamować. Puściłam chłopca, za bardzo się jednak bał, by się ruszyć. Wyprostowałam się, kilka razy odetchnęłam głęboko, po czym dotknęłam jego ramienia. Connell drżał. Co za wstyd. To nie był dobry początek.
Z moim wzrostem musiałam wydawać mu się rozwścieczoną olbrzymką. Przykucnęłam, by nasze oczy znalazły się na tej samej wysokości.
– Connell, przepraszam, że na ciebie nakrzyczałam, ale nie wolno zaglądać do cudzych rzeczy. To jest moje, prywatne. Ta komnata jest moją własną przestrzenią, w czasie gdy u was mieszkam, obiecaj mi więc, że nigdy więcej tu nie wejdziesz bez mojego pozwolenia. Connell?
Rwanym ruchem pokiwał głową, strącając z policzków łzy. Mnie też zbierało się na płacz, ale zdusiłam go w sobie.
– Musisz powiedzieć to na głos, Connell. Inaczej obietnica nie będzie porządna.
– Obiecuję. Obiecuję, panno Todd. – Głos mu drżał, ale oprócz strachu słychać w nim było szczerość.
– Grzeczny chłopiec. A teraz – delikatnie ujęłam go pod brodę i uśmiechnęłam się – jesteśmy przyjaciółmi, tak?
– Tak, panno Todd. – Zdobył się na drżący uśmiech.
– A ponieważ jesteśmy przyjaciółmi, możesz mi mówić panno Asher – powiedziałam, a Connell zamrugał zaskoczony. Zwróciłam się do dziewczynek, które zdążyły się już uspokoić i przysiąść na brzegu łóżka – A wy, panienki, czy uroczyście przyrzekacie, że nigdy nie wejdziecie bez zaproszenia?
– Tak, panno Asher – odpowiedziały jednym głosem.
– W takim razie mamy umowę i wszystko zostaje wybaczone. A teraz muszę się przygotować. – Zerknęłam na zegar stojący na kominku. Było jeszcze wcześnie; ciekawe, kto je ubrał. – Spotkamy się na dole za godzinę i zaczniemy naszą znajomość od nowa.
Gdy wyszli, opadłam na fotel roztrzęsiona. Bez względu na to, jak wychwalały mnie listy polecające, miałam niewielkie doświadczenie z dziećmi. Wiedziałam jednak, że będą mnie pamiętały tylko z tego napadu wściekłości. A ja chciałam, żeby mnie polubiły.
Wstałam, sprawdziłam sakwojaż i jego zawartość; nic nie zostało uszkodzone. Wtedy zauważyłam, że miejsce wczorajszej tacy zajęła nowa, z miską owsianki, srebrnym czajniczkiem i filiżanką, dwiema kromkami chleba, porcją masła i dżemu. Więc podczas gdy ja twardo spałam, wszedł tu również ktoś inny. W liliowym pokoju panował ruch jak na targowisku.
Musiałam sobie znaleźć jakiś schowek. W drzwiach mojego pokoju był zamek, ale zamknięcie ich na klucz sugerowałoby, że mam coś do ukrycia. Mój kufer to już inna sprawa – zamknięcie skrzyni kluczykiem wygląda na naturalny środek bezpieczeństwa. Tak czy inaczej potrzebowałam jakiegoś sekretnego miejsca na ukrycie swoich tajemnic – zamki można zbyt łatwo pokonać wytrychem.
Niecałą godzinę później rozległo się niepewne pukanie. Miałam na sobie suknię z mechatej wełny w kolorze głębokiej zieleni, w uszach kolczyki z maleńkich perełek, które swego czasu należały do mojej matki, a na plecach – wciąż mokry warkocz. Sakwojaż tymczasowo spoczywał zamknięty w skrzyni. Uszczypnęłam sobie policzki i przygryzłam wargi, by dodać twarzy nieco koloru, ale poza tym celowo nie sięgnęłam po żadne ozdoby. Wypisz wymaluj typowa guwernantka o oczach w kolorze błotnistej wody i nijakich brązowych włosach.
Otworzyłam drzwi i zastałam za nimi młodą kobietę, może osiemnastoletnią – mniej więcej dziesięć lat ode mnie młodszą – z blond lokami wymykającymi się spod białego czepka, w bladoniebieskiej sukni o plisowanym staniku i kilku spódnicach, na które miała nałożony śnieżnobiały fartuszek. Dygnęła i jakoś udało jej się sprawić, że wyglądało to impertynencko.
– Panno Todd, czy zeszłaby pani na dół? Pan Luther i pani Jessamine zobaczą się z panią.
Zaproszenie jakże słodko ubrane w słowa, ale zupełnie niedające możliwości odmowy. Przywołałam na usta uśmiech, którego ona nie odwzajemniła. Odwróciła się tylko i pośpiesznie oddaliła, zakładając, że podążę za nią. Tak też zrobiłam.
– Mogę poznać twoje imię czy pozostanie tajemnicą? – zapytałam tonem przekory.
Nie obejrzała się za siebie, ale usłyszałam, choć słabo, rzucone przez nią imię: „Luned”.
– Czy to ty przygotowałaś dla mnie wczoraj kąpiel, Luned?
– Ano. I przyniosłam pani kolację, rozpaliłam ogień – odparła, jakby to był wielki wysiłek, a nie zwykły obowiązek. – Pani Charlton mi kazała. Nie spodziewaliśmy się pani tak szybko.
Tak na wszelki wypadek, w razie gdybym wątpiła w to, ile narobiłam kłopotu.
– Dziękuję. Bardzo miło było po takiej podróży zastać wszystko przygotowane. Od dawna tutaj pracujesz, Luned?
– Prawie dwa lata – padła odpowiedź, a po niej spojrzenie przez ramię. Chytre, zmrużone oczka. – Dłużej niźli ostatnia guwernantka.
– Doprawdy? – rzuciłam z na pozór niezmąconym spokojem, jakbym nic nie wiedziała o tej sytuacji. – A dokądże się udała?
– Ach, tam, skąd przyjechała, panno Todd. Nie służył jej nasz klimat; trochę zbyt płodny, przy tym całym deszczu. – Rozległ się dźwięk, który mógł być westchnieniem albo chichotem, ale zapewne wyrwał jej się w nerwach.
Odłożyłam ten dźwięk do późniejszego rozpatrzenia, podobnie jak nerwową nieprzyjazność Luned, i postanowiłam mieć na nią oko. Równie łatwo mogła się stać moim wrogiem, jak i przyjacielem – byle co mogło zaważyć na szali. Zeszłyśmy po schodach do ciasnawej sieni, a potem skręciłyśmy w drzwi po lewej, teraz otwarte, do korytarza skąpanego w jasnym świetle słonecznym wpadającym przez rząd okien, również usytuowanych po lewej. Ogród na zewnątrz wyglądał świeżo, mokro i bardzo zielono, lecz po gwałtownej burzy na łodygach nie ostał się ani jeden kwiatek, wszystkie zaścielały dywanem trawnik, barwne punkciki błyszczące niczym klejnoty: czerwone, purpurowe, pomarańczowe, żółte, różowe i fioletowe.
Pokojówka, idąc korytarzem, wskazywała kolejne drzwi:
– Salonik, gabinet pana Luthera, pokój muzyczny pani, pokój śniadaniowy, jadalnia. – Zatrzymała się raptownie, tak że o mało na nią nie wpadłam, po czym zamaszyście otworzyła drzwi. – Biblioteka – oznajmiła i odsunęła się, żebym weszła.
– Dziękuję, Luned. Mam nadzieję, że będziesz miała dobry dzień.
Spojrzała na mnie zaskoczona i wychyliła się, by zamknąć za mną drzwi.
Pokój był wyłożony ciemną boazerią, trzy skórzane fotele tworzyły kształt litery U przed kominkiem, w którym trzaskał ogień, a pod dużym oknem stało małe, misternie rzeźbione biurko. Większą część ścian przesłaniały regały z książkami i musiałam się powstrzymać, by nie zacząć ich przeglądać, zanim poznam swoich nowych pracodawców. Z trudem oderwałam wzrok od tomów, przywołałam na usta układny uśmiech, po czym skierowałam spojrzenie na Luthera i Jessamine Morwoodów.
Najpierw przyjrzałam się jej – siedziała na jednym z foteli z robótką na kolanach. Była drobna, niewiele wyższa od swojego najstarszego dziecka. Widać było, że po gęstych czarnych włosach nie raz i nie dwa ktoś przesunął niespokojne palce; oczy spoglądały spod długich rzęs, a skóra miała ziemisty odcień. Czerwoną jedwabną sukienkę zdobiły wymyślne kokardki i złote koronki, wyglądające niedorzecznie w codziennym stroju, ale zdążyłam się już w życiu przekonać, że bogaci sami ustalają dla siebie zasady. Na szyi pani Morwood połyskiwał wysadzany rubinami choker, z uszu zwisały pasujące do niego kolczyki, na palcach ciążyły pierścienie, a na nadgarstkach – bransolety. Chyba nie wystroiła się tak ze względu na mnie? Posłała mi drżący uśmiech, a ja pomyślałam, że może jej mąż to jeden z tych, którzy chcą, by małżonka wyglądała w ten sposób: była zdobyczą, oznaką jego dobrobytu, jego strojną żoną.
W Whitebarrow słyszałam opowieści o obwieszonych kosztownościami trupach trzymanych w niektórych kościołach – udekorowanych klejnotami świętych, których pod więzami ze złota, srebra i drogich kamieni trzymają klątwy i modlitewne zaklęcia. Jessamine Morwood skojarzyła mi się z tymi postaciami. Odwróciłam od niej wzrok, bo myśl o zwłokach nie należała do tych, którymi chciałbym sobie zaprzątać umysł.
– Panno Todd – odezwał się Luther Morwood, przyciągając moją uwagę. Stał obok paleniska ubrany w rozmaite odcienie antracytu. Podał mi rękę, więc uścisnęłam ją, zauważając starannie przycięte paznokcie oraz rękaw koszuli przepisowo wystający na cal spod głębokozielonego surduta. Był dość wysoki; miał rudawe krótkie włosy i zadbaną kozią bródkę w tym samym kolorze. Wyraz jego twarzy powiedział mi, że nie ma czasu na ludzi mojego pokroju.
Wtedy to do mnie dotarło. Są zamożni, a ja muszę wiedzieć, jak bardzo zamożni; muszę rozumieć, jaki to dla mnie przywilej znaleźć się tu, choć posiadłość leży na takim odludziu; nie potrzebują równych sobie ani wystawnych miejskich siedzib w Lodellan czy Breakwater ani też w żadnym innym mieście rządzonym przez książąt, biskupów lub innej maści złodziei. Są bardzo, bardzo bogaci i o ile odpowiednio to uszanuję, wszystko będzie dobrze.
– Panie i pani Morwood, to wielka przyjemność państwa poznać – powiedziałam i wypuściłam jego dłoń tak szybko, jak pozwalała przyzwoitość.
Jego ręka była zimna i sucha – wrażenie jakimś sposobem równie nieprzyjemne, jakby była spocona i gorąca.
– Pani referencje są doskonałe, panno Todd – rzekł, a ja tylko skinęłam głową. Wiedziałam, że są świetne. – Chociaż właściwie nie potrzebujemy pani; moja żona ma aż nadto kompetencji, aby dopilnować tego, by dzieci znały litery i liczby. W przyszłym roku wyślemy Connella do szkoły z internatem, ale do tego czasu chłopak wymaga nadzoru i prywatnych lekcji. Dziewczynki zaś, czegokolwiek zechce je pani uczyć, wystarczająco sobie poradzą.
Krew uderzyła mi do głowy. Przesłanie było jasne: nie jestem tu mile widziana. Zauważyłam, że nie wspomniał o poprzedniej guwernantce.
Zerknęłam ukradkiem na jego żonę. Miała dobrze wyćwiczoną minę i tylko dlatego, że się uważnie przyjrzałam, dostrzegłam napięcie nozdrzy i ust, odpłynięcie koloru z twarzy. Od jak dawna są małżeństwem? Co najmniej od dziesięciu lat, skoro mają Albertine. Skąd pochodzi Jessamine? Jest damą z Londynu? Czy może z podobnej pobliskiej posiadłości? Albo z Saint Sinwin’s Harbour lub Bellsholm? Ciekawe, jakiego życia spodziewała się po tym małżeństwie.
– Mam wiedzę z różnych dziedzin, w tym z matematyki, trochę z medycyny, botaniki i biologii. Czy życzy pan sobie, bym przygotowała Connella w tych kierunkach? Zakładam, że zechce go pan wysłać na uniwersytet. Byłoby to dla niego korzystne. – Spuściłam wzrok. – Pańska matka, która mnie zatrudniła, postawiła tę sprawę jasno.
Luther Morwood milczał przez dłuższą chwilę – może to było niemądre z mojej strony, by tak szybko pokazywać zęby – po czym odchrząknął.
– Whitebarrow to wspaniałe miasto, ma wspaniałą uczelnię. Czy pani ojciec był tam lekarzem, czy wykładowcą?
– Nie znałam swojego ojca, sir. Odszedł, zanim urosłam na tyle, bym go mogła pamiętać, a matka nie życzyła sobie o nim mówić. Sądzę, że było to dla niej zbyt bolesne.
Niech sobie to zinterpretują, jak chcą; obojętne, czy uznają moje słowa za prawdę, czy kłamstwo. Może pomyślą, że moi rodzice znali się nie dłużej niż noc, że to była tylko transakcja biznesowa. Że jestem kolejnym bękartem zostawionym kobiecie przez wędrownego uczonego albo żołnierza, studenta medycyny albo doktorka-profesorka. Nie miało to znaczenia: list polecający z Akademii Mater Hardgrace był największym atutem, bynajmniej nie podrobiony, zaświadczał o mojej inteligencji, zaradności i determinacji. Zawierał kilka kłamstewek, w tym to, że uczęszczałam do tej instytucji. Nauki, które pobrałam, wystarczały jednak aż nadto do kształcenia potomstwa Morwoodów.
– Szczęśliwie się dla mnie złożyło, że moja matka wierzyła w korzyści płynące z nauki. Oszczędzała i ciułała grosze, żebym mogła wieść lepsze życie niż ona.
– Pani matka również nie żyje?
– Tak, sir. Odeszła prawie dwa lata temu. Trudy życia szybko ją wyniszczyły. Śmiem twierdzić, że umierała z ulgą. – Kolejne kłamstwo.
– Na pewno spoczywa na łonie naszego Pana – wtrąciła pani Morwood, a ja z trudem zapanowałam nad własną twarzą. Żaden bóg nie przyniósł Heloise pociechy ani nie przyjął jej duszy, podobnie jak żaden pies boży nie błogosławił jej przy śmierci.
Mimo wszystko zdołałam wykrztusić:
– Dziękuję pani. To bardzo miłe życzenie.
– Jaki uroczy pierścionek, panno Todd, bardzo niezwykły – mówiła dalej Jessamine Morwood, jakby biżuteria była tematem, na który kobiety mogą bezpiecznie konwersować.
W pierwszym odruchu chciałam go zasłonić, ale zmusiłam się do uśmiechu i ostatecznie dotknęłam pierścionka z udawaną czułością. Był zrobiony na rękę innej osoby; pod lekko wypukłym szklanym wieczkiem krył się spleciony w warkocz pukiel włosów w mysim kolorze, takim samym jak moje.
– Moje memento mori – odparłam zgodnie z prawdą. – Proszę mi powiedzieć, sir: kiedy będę mogła się widzieć ze starszą panią Morwood? – Temperatura otoczenia zmieniła się, wyraźnie powiało chłodem. – To ona mnie zatrudniła i chciałam jej osobiście wyrazić wdzięczność.
– Czy wcześniej wystąpił jakiś problem? – Luther puścił moje pytanie mimo uszu i cichym tonem zadał mi własne, szczerząc się, jakby miał mnie zaraz przycisnąć do muru. Przechyliłam głowę, a on kontynuował: – Idąc po schodach, słyszałem podniesiony głos. Nie rozpoznałem go, założyłem więc, że należy do pani. Czy może dzieci sprawiły jakiś problem?
– Nie, sir – odpowiedziałam nie za szybko. – Zaledwie małe zakłócenie mojego snu. Podróżowałam przez wiele dni i po przebudzeniu byłam zdezorientowana. Możliwe, że krzyknęłam. Jutro będzie lepiej. Dołożę starań, żeby nie zaburzać spokoju domostwa.
– Mam nalewkę na dobry sen, gdyby pani chciała – włączyła się Jessamine.
Mąż zgromił ją wzrokiem.
– Bardzo dziękuję, pani Morwood, za tę ogromną życzliwość. Dam pani znać, gdybym potrzebowała. – Uśmiechnęłam się do obydwojga. – A teraz, jeżeli to wszystko, może pójdę do dzieci?
Luther Morwood sucho skinął głową.
– Moja matka oczywiście zechce się z panią widzieć, panno Todd. Wezwie panią dziś po południu.
– Dziękuję, sir.
Wyszłam z biblioteki i usłyszałam w korytarzu szepty, istną mysią konspirację. Szybko zamknęłam za sobą drzwi. Po drugiej stronie czaili się Albertine, Connell i Sarai; z ich min jasno wynikało, że podsłuchiwali – słyszeli, jak kryję ich swoim kłamstwem. Wyciągnęłam do nich dłonie. Albertine i Connell wzięli mnie za ręce, a Sarai wtuliła się w moje spódnice.
Dzień mijał szybko na porannych lekcjach: geografia, matematyka, czytanie ze zrozumieniem, pisanie. Cztery przedmioty najwyraźniej wystarczały, a sporo czasu zajęło mi też zorientowanie się w tym, czego zdążyli się nauczyć do tej pory. Po lanczu ćwiczyliśmy w ogrodzie. Dzieci, na ile mogłam wnosić po tej krótkiej znajomości, były sympatyczne, grzeczne i ciekawe świata.
Uznałam, że będą znakomitym źródłem informacji, nie zadawałam jednak wielu pytań – nie dziś. Nie tak od razu. Któreś z nich mogłoby komuś donieść, że panna Todd jest wścibska. Tego wieczoru jadłam kolację z rodziną; prowadziłam uprzejmą konwersację z Jessamine, odpowiadałam na pytania z rzadka rzucane przez Luthera – na ogół się mną nie interesował, zachowywał pogardliwy dystans – i miałam oko na maniery dzieci. Starsza pani Morwood nie pokazała się ani mnie nie wezwała, ale powstrzymałam się od dalszego pytania o nią, żeby nie prowokować jej syna.
Kiedy posiłek dobiegł końca, okazało się, że nie muszę nadzorować ani kąpieli swoich podopiecznych, ani układania ich do snu, ponieważ Jessamine zaznaczyła, że robi to sama. Kiwnęłam głową i uśmiechnęłam się: te maleńkie okruchy dziecięcych wspomnień przylgną do nich w późniejszym życiu, drobne czułości, jakimi niektóre matki obdarzają swe dzieci. Ten rodzaj zapamiętanych gestów, które pozwalają człowiekowi iść przez życie, wlewają ciepło w serce, i w pewnym momencie pomagają okazywać życzliwość innym dzieciom. Ja sama mało miałam takich wspomnień, ale je miałam.
Tymczasem w moim pokoju Luned napaliła w kominku jak poprzedniego wieczoru, wątpiłam jednak, że i dziś przygotuje mi kąpiel. Siedziałam w fotelu, zapatrzona w płomienie, uważając, aby niczego sobie przy tym nie życzyć. Były sprawy, którymi musiałam się zająć, obietnice, których powinnam dotrzymać, lecz czułam się wykończona i dopiero po chwili wzięłam się w garść i wstałam. Najpierw zrolowałam dywanik i wyjęłam z torby mały łom. Następnie zaczęłam chodzić po pokoju i opukiwać stopą deski podłogi, aż jedna wydała zadowalająco głuchy dźwięk. Bez trudu udało mi się ją podważyć – była krótka, dopasowana ściśle do ściany. Poświeciłam świeczką nad pustą przestrzenią pod spodem. Szybko uświadomiłam sobie, że nie jestem pierwszą osobą, która to zrobiła. Było tam trochę pajęczyn i kurzu, ale nie tyle, ile zebrałoby się przez dziesięć czy sto lat – raczej niespełna rok. Światło padło na mały prostokątny przedmiot na dnie dziury. Sięgnęłam po niego i wyjęłam na wierzch.
Ujrzałam stosik listów przewiązany niebieską wstążką. A dokładniej dwa listy, więc niezupełnie stosik, jedna koperta grubsza od drugiej. Pierwsza wskazówka do jednego z mych zadań. Rozwiązałam wstążkę i otwarłam najpierw cieńszy list.
Pojedyncza kartka, gruba i biała, zapisana nierównym, wyglądającym na męskie pismem, które rozpoznałam. Drugi list składał się z dwóch arkuszy tego samego papieru, tyle że owiniętych wokół tak starannie, tak misternie narysowanego atramentem wizerunku, że od razu rozpoznałam twarze: Mater Hardgrace z akademii i młoda kobieta ubrana w możliwie najprostszy strój, który nie zdołał jednak ukryć jej nadzwyczajnej urody. Większą wersję tego samego portretu widziałam wcześniej w gabinecie w Whitebarrow tamtego dnia, kiedy złożyłam obietnicę przed Mater Hardgrace. Listy zawierały typowe służbowe sprawy, szczegóły o pogodzie, o decyzjach podejmowanych w akademii i wreszcie życzenia dla młodej kobiety, by odniosła sukces, by pozostała nieugięta i przyniosła dumę swej ciotce. W ich tonie, owszem, była niejaka czułość, lecz nic nie wskazywało na to, żeby te słowa miały być ostatnimi wymienionymi między adresatką a odbiorczynią. Jeszcze raz uważnie przyjrzałam się pięknej twarzy, po czym odłożyłam listy do tajnej skrytki, w której trzymała je właścicielka.
Dziura była na tyle duża, żeby pomieścić jej sekrety i moje. Tyle że te moje musiałam najpierw wydobyć. Przekręciłam kluczyk w zamku skrzyni, wyjęłam z sakwojażu słoik, odwinęłam go i sprawdziłam woskową pieczęć. Nienaruszona. Westchnęłam w równej mierze z rozpaczy, jak i z ulgi, podnosząc szklany pojemnik do światła i przyglądając się jego zawartości. Zdawała się poruszać, ale być może dlatego, że była zanurzona w płynie. Ponownie zawinęłam słoik w starą koszulę, po czym ostrożnie opuściłam go do skrytki. Wyłowiłam z torby trzy kolejne przedmioty – gdyby je odkryto, oznaczałoby to dla mnie pewną śmierć – i dołożyłam je do skarbczyka pod podłogą. Deska wpasowała się z powrotem na miejsce, dywanik przykrył całość. Byłam pewna, że nikt tego nie zauważy.
Czułam, że tej nocy mogę spać spokojnie, nie obawiając się, że jacyś niespodziewani goście znajdą wśród mojego dobytku coś niestosownego. Jutro wieczorem rozpakuję się porządnie, przeniosę swoje rzeczy do szafy i toaletki; poproszę Burdona, by kazał Eliowi schować kufer tam, gdzie trzymają takie rzeczy. A potem zadomowię się na tak długo, jak to będzie konieczne.
Teraz zaś wydobyłam z torby srebrną piersióweczkę. Nie tknęłam jej od długich tygodni; strzegłam, jak sknerus strzeże cennego skarbu. Sprawdziłam swoje odbicie w lustrze – schludne, nijakie – po czym wybrałam się na dół do kuchni.
Wnętrze było przepastne, sklepienie tak wysokie, że ginęło w mroku, a przy tym – co niezwykłe – od głównego pomieszczenia odchodziły boczne alkowy, pozbawione drzwi. Kamienne schody prowadziły w dół, zapewne do piwnicy. Na szerokim palenisku buzował ogień, dokoła na półkach kredensów piętrzyły się naczynia stołowe. Przy wielkim, wysłużonym stole stały z jednej strony najróżniejszego autoramentu krzesła, z drugiej zaś ciągnęła się ława. Był też głęboki, dwukomorowy kamienny zlew, a na podwieszonej u sufitu poziomej drabinie wisiały miedziane garnki i rondle. Kamienna posadzka promieniowała ciepłem przejętym od ognia.
Włosy pani Charlton wciąż miały głęboki czarny kolor, z wyjątkiem srebrnych pasm biegnących od skroni i wplecionych w luźny kok z tyłu głowy. Była szczupła, mocnej budowy ciała, ale bynajmniej nie tęga. Jej duże ręce wyglądały tak, jakby bez trudu mogły ukręcić łeb kogutowi, w tej chwili jednak trzymały tamborek hafciarski. Siedziała przy stole, którego blat nosił liczne blizny po spotkaniach z tasakami i nożami oraz plamy po przygotowywanym tu jedzeniu. Przy robótce przyświecały jej trzy lampy. Pod ręką parowała herbata w cynowym kubku. Odezwała się, nie podnosząc głowy:
– Dobry wieczór, panno Todd.
– Dobry wieczór, pani Charlton. – Nie widziałam jej do tej pory, choć jadłam przyrządzone przez nią posiłki i zauważyłam oznaki dobrze prowadzonego gospodarstwa domowego. – Miło mi panią poznać.
Nie powiedziałam „wreszcie” ani nic równie głupiego.
– Co mogę dla pani zrobić? – Nadal nie podnosiła głowy, przewlekała tylko igłę przez batyst, karmazynową nicią wyczarowując róże.
– Jaka piękna robótka, pani Charlton.
– Umie pani haftować, panno Todd?
– Z trudem zaceruję skarpetę. Doprawdy, taka ze mnie niezdara, że mogłabym zemdleć z upływu krwi – odparłam, a ona prychnęła w odpowiedzi. – Mogę do pani dołączyć?
Machnęła ręką w geście „proszę, śmiało”.
– Napije się pani herbaty? Świeżo zaparzona w imbryku.
Usiadłam naprzeciw niej, uniosłam piersiówkę i potrząsnęłam nią lekko.
– Pomyślałam, że może miałaby pani ochotę na coś troszkę mocniejszego?
Uniosła brew, jakby się zastanawiała, czy mnie zganić za taką propozycję.
– To malinowy dżin – wyjaśniłam z uśmiechem. – Oszczędzałam go na dobrą okazję.
– I to akurat dzisiaj?
– Najlepszy dzień, jaki miałam od długiego czasu – nie skłamałam.
Odłożyła robótkę na bok i wstała. Wzięła z kredensu dwie cienkie szklaneczki, a z baryłki herbatniki, które położyła na talerzyku, i wróciła do stołu. Nalałam hojnie, choć przypuszczalnie była to ostatnia partia tego szczególnego rocznika, jaka dostała mi się w ręce. Stuknęłyśmy się szklaneczkami, wznosząc toast.
– Zdrowie!
Szkło brzęknęło przyjemnie. Wysączyłyśmy po łyczku i westchnęłyśmy obie.
– Ojej, ale dobre. – Pani Charlton odchyliła się na krześle.
– Podarunek od starego przyjaciela. – Nie była to zupełnie prawda, ale też nie kłamstwo.
– Uroczy.
Dłuższą chwilę siedziałyśmy w przyjaznej, niekrępującej ciszy. Nie zamierzałam zadać zbyt wielu pytań. Jednak tu, w gronie kobiet zatrudnionych w tym samym domu, plotki były przyjemnością i koniecznością. A któreż miejsce byłoby na nie lepsze niż kuchnia? Tylko jak zacząć?
Gospodyni oszczędziła mi kłopotu.
– Cóż, panno Todd, daleko pani zawędrowała na to pustkowie.
– Miasteczko Tarn jest dość spore, jak sądzę. Szukamy zatrudnienia, gdzie się da, pani Charlton.
– Prawda to, prawda.
– Były inne posady w bardziej ruchliwych miejscach – powiedziałam – ale mnie odpowiadało takie na uboczu. Przez długi czas mieszkałam w dużym mieście, w Whitebarrow. Morwood to dla mnie miła odmiana.
– Ach, skoro tak. W Tarn znajdzie pani wszystko, czego potrzeba. Miasteczko jest samowystarczalne. Tyle że daleko stąd do świata i to czasami doskwiera.
– Nie pochodzi pani z tych stron, pani Charlton?
Nalałam jej kolejną miarkę dżinu, ostatnie męty zostawiając dla siebie. Herbatniki były serowe, ostre i kruche. Przepyszne.
Pokręciła głową.
– Jestem tu od dziesięciu czy jedenastu lat. Przyjechałam z panienką Jessamine, kiedy wyszła za mąż.
– Ach.
– Przedtem byłam jej piastunką. Biedna kruszyna dorastała bez matki.
– A pani nie umiałaby jej zostawić?
– I tak nie miałam nic innego do roboty w domu w Bellsholm. Widzi pani, była tam jedynym dzieckiem. Więc uprosiłam jej ojca, żeby mnie wysłał z nią. Dopóki żyła poprzednia gospodyni, nazywano mnie pokojówką pani, i tak jakoś zostałam.
– Zatem jest pani z Bellsholm?
Znałam to miejsce: całkiem pokaźne miasto portowe u ujścia rzeki Bell, z mnóstwem kupieckich statków i lądowych karawan, położone na przecięciu szlaków handlowych zbiegających się z różnych kierunków. Był tam nieduży teatr z cudowną automatyczną lalką, która śpiewała dla publiczności co tydzień w piątkowe wieczory. Słyszałam jej śpiew. Ludzie robili weekendowe plany, żeby przyjechać i posłuchać występu, a potem zostawali jeszcze na kilka dni. Miasto stało się też czymś w rodzaju kurortu – na potrzeby ściągających z bliska i daleka turystów powstały ładne gospody – przy czym ostrzegano przyjezdnych, żeby nie zbliżali się zbytnio do zakrętu rzeki, ponieważ pływają tam rusałki i mogą swoimi ariami zwabić nieostrożnych ludzi w topiel.
– Nie, nie. Urodziłam się w małej mieścinie, Tintern, i byłam tam króciutko mężatką. Mój mąż zmarł podczas zarazy, wraz z naszą nowo narodzoną córeczką. Ja przeżyłam. Przeniosłam się do Bellsholm i znalazłam tam pracę, panienka Jessamine miała wtedy roczek. To było tak, jakby została mi przeznaczona. – Uśmiechnęła się z czułością.
– Chyba słyszałam o Tintern… – zmarszczyłam brwi, próbując odgrzebać wspomnienie.
– Ach, to maluśka osada, niewiele z niej już zostało. W dawnych czasach była tam akademia lalkarzy.
– Czy oni nie robili lalek z maleńkimi okruchami animy w środku? – spytałam.
– Zgadza się! Wykrawali do tego kawalątek własnej duszy!
Stwarzali tylko pozory życia, lecz to starczyło, by lalki zdawały się rzeczywiste. I żeby Kościół rozwiązał cech lalkarzy i ścigał tych nielicznych, którzy nie porzucili swojego rzemiosła; palono ich na stosach jak czarownice.
– Widziała ją pani? Akademię?
– Została zniszczona na długo przed tym, nim przyszłam na świat. Moja babcia nieraz opowiadała o dniu, gdy akademia się paliła, o ludziach w purpurowych szatach, niosących pochodnie i pilnujących, by wszystko zginęło w ogniu. W tym ostatnia lalkarka i jej czeladniczki.
Myśląc o ostrzeżeniach matki, która mówiła, że każdy, kto jest inny, zostaje spalony lub utopiony, powiedziałam tylko:
– Wymarły zawód.
Pani Charlton zniżyła głos:
– Panienka Jessamine miała jedną z tych laleczek. Bardzo starą, przekazywaną z pokolenia na pokolenie od czasów jej prababki.
– Co się stało z tą lalką? – spytałam.
Właściciele mieli je wszystkie zdać w ręce psów bożych, którzy nadzorowali płonące stosy z lalkami mającymi w środku okruchy ludzkich dusz. Zawsze mnie ciekawiło, czy ich wytwórcy czuli to palenie, gdziekolwiek wtedy byli. O ile jeszcze żyli.
Gospodyni milczała długo; już myślałam, że nie odpowie. Ale w końcu…
– Moja panienka wrzuciła ją do paleniska. Zaczęła się… jej bać.
„Tyle ognia”.
– Och. Cóż, dzieci bywają kapryśne – skwitowałam, tak jakbym nie wiedziała dobrze, że większość dziwactw, które widują dzieci, jest realna, że te dziwactwa wymykają się z mroku i ukazują im, ponieważ wiedzą, że dorośli nie przejmą się słowami maluchów. Nie powiedziałam pani Charlton, że widziałam jedną z tych laleczek w prywatnej kolekcji w Whitebarrow, że należała ona do nieżyjącej kobiety i że nigdy nie dotknęłam tej zabawki, bo wytrącała mnie z równowagi. Kościół nazywał je „laleczkami z duszą”, ale kiedyś były po prostu zabawkami w rodzinach bogaczy, którzy mogli sobie pozwolić na zamówienie ich dla swych latorośli. Obecnie były rzadkością trzymaną w uniwersyteckich bibliotekach i ważnych muzeach.
Przełknęłam ostatnie krople dżinu, za szybko, żeby docenić jego smak.
– Chyba napiłabym się teraz herbaty. Nie, niech pani nie wstaje.
Wzięłam z kredensu drugi cynowy kubek – nie jedną z delikatnych porcelanowych filiżanek trzymanych na innej półce – i wróciłam do stołu. Nalałam sobie napoju i dopełniłam kubek gospodyni. Właśnie usadowiłam się z powrotem, gdy na przeciwległym krańcu kuchni otwarły się drzwi. Słaby blask bijący z wnętrza oświetlił widmowe zarysy ogródka na zewnątrz, nieliczne rzędy grządek z ziołami i ostatnie z letnich warzyw, które zaczynały już marnieć. Potem w wejściu zarysowała się zwalista sylwetka i wszedł z hałasem Eli Bligh.
Pani Charlton zgromiła go wzrokiem, lecz on wyszczerzył się tylko. Delikatnie położył na stole parę królików, jak wotywną ofiarę, i posłał mi lekceważące spojrzenie, które odwzajemniłam hardo, by mu pokazać, że zupełnie mnie nie obchodzi.
– Wzięłabym więcej za tę całą robotę, jaką miałam z dywanem, który zniszczyłeś, Eli Bligh – odezwała się zrzędliwie gospodyni, ale z jej tonu wywnioskowałam, że jest już w połowie udobruchana. Nie dało się ukryć, że go lubi, a ja nie miałam pewności, czy zacząć oceniać go wyżej, czy raczej ją niżej.
– Ile więcej, pani C? Cztery? Sześć? Osiem?
– Sio mi stąd! – Przegoniła go, a on wyszedł w ciemność.
Zadałabym więcej pytań, ale uznałam, że dość się już dowiedziałam jak na jeden wieczór. Poza tym byłam zmęczona.
– A co z panią, panno Todd?
– Asher. Proszę mi mówić Asher.
– W takim razie ja jestem Enora.
Uśmiechnęłam się.
– Nie sądzę, żebym umiała.
Było w niej coś, co kazało trzymać się na dystans – nie potrafiłam wyobrazić sobie, że zwracam się do niej po imieniu, że mówię tak do niej i przy niej. Wzruszyła ramionami, ale wydawała się przy tym trochę zadowolona; pewnie odebrała to jako oznakę szacunku. Podjęłam opowieść o sobie:
– Urodziłam się i wychowałam w Whitebarrow. Będzie dwa lata, jak zmarła moja matka, ojca nie znałam, innych krewnych też nie. Dawałam sobie radę, jak mogłam, imałam się różnych prac, żeby się jakoś trzymać na ciele i duszy. W końcu znalazłam zatrudnienie w Akademii Mater Hardgrace w zamian za uczęszczanie na lekcje. Uczyłam się wszystkiego, czego się dało, a Mater Hardgrace, właścicielka uczelni, była dla mnie życzliwa. Zapytała, czy nie zostałabym u niej jako instruktorka, ale nie uśmiechało mi się uczenie dorosłych. Szczerze mówiąc, lepiej sobie radzę z dziećmi. – Niewiele z tego było prawdą, ale brzmiało szczerze.
– Biedna dziewczyna, sama na tym świecie – powiedziała smutno gospodyni.
Uśmiechnęłam się.
– Jest nas wiele i całkiem nieźle sobie radzimy. Mamy swoje marzenia i zapał, by je spełniać. Bez obaw, dostaniemy to, czego pragniemy.
Patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę, po czym kiwnęła głową.
– Wierzę, że ci się uda.
– Dobranoc, pani Charlton. – Wstałam.
– Dobranoc, Asher Todd.