Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
27 osób interesuje się tą książką
Ulica Rajska jest willowym rajem. Spokojnym miejscem, przystanią dla ludzi eleganckich i zamożnych. Mieszka tam pewien młody policjant, ale to nikomu nie przeszkadza, bo w domu obok mieszka Jagoda Jęczmorek i właściwie wszystko idzie w odpowiednim kierunku, poza jednym…
W domu Jagody, podczas jej wyjazdu do Irlandii, a właściwie zaraz po jej powrocie zostają znalezione zwłoki. Spokój uliczki zostaje zaburzony, ale nikt nie spodziewa się do jakiego stopnia.
Nagle okazuje się, że eleganccy i zamożni ludzie, którzy tu mieszkają mają swoje tajemnice.
Wszyscy.
To, co tak pięknie wyglądało z wierzchu jest naprawdę robaczywe.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 435
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Kuba spotkał Jagodę tylko jeden raz, a potem naprawdę cieszył się, że przez wiele tygodni nie miał z nią żadnego kontaktu. Nie żeby była brzydka, przeciwnie – była nawet ładna, ale spotkanie z nią stanowiło poważne niebezpieczeństwo, było igraniem z losem na wiele przeróżnych sposobów. Dziewczyna, całkowicie pokręcona, i to wcale nie uroczo, zagrażała życiu i zdrowiu fizycznemu. O psychicznym lepiej nie wspominać.
Tamtego dnia chciał tylko pomóc.
Kiedy usłyszał dobiegające z jej domu straszliwe jęki (ich domy stały jeden obok drugiego), a także głośne przekleństwa, odezwał się w nim męski altruista, man na poziomie i bohater z sąsiedztwa, który działa bez namysłu. Wpadł do niej bez zastanowienia i zapytał, czy może pomóc.
Ucieszyła się. Właśnie za pomocą jakiegoś paska usiłowała przesunąć starą dębową szafę, której nie powstydziłoby się żadne wejście do Narnii.
Szafisko było dwudrzwiowe, wysokie i miało nad drzwiami galeryjkę, na dole zaś jakieś takie pokrzywione albo po prostu rzeźbione nóżki. Na dodatek ten mebel wykonany był z litego drewna. Szafa była koszmarnie ciężka.
Kiedy zobaczył je obie, dziewczynę i szafę, albo jedną na tle drugiej, roześmiał się. Niezbyt wysoka i raczej szczupła dziewczyna siłowała się z tym potworem. Pomyślał sobie wtedy, że albo dziewczyna jest niespełna rozumu, albo przesadza z wiarą we własne siły. Życie pokazało, że w obu przypadkach miał rację.
– Daj, ać ja pobruczę, a ty poczywaj – puścił tekst sprawdzający, czy w ogóle zna się na żartach. I na literaturze, i w ogóle. To był ważny sprawdzian, bo jak kiedyś spóźnił się na randkę i powiedział, że utknął „gdzieś w odległej galaktyce”, to dziewczyna powiedziała, że jak się z nią umawia, nie powinien chodzić do klubów ze striptizem i randka się skończyła, zanim tak naprawdę się zaczęła.
Przez chwilę obawiał się porażki, tym razem nie randkowej, bo Jagoda popatrzyła na niego jak na kosmitę, ale na żarcie się poznała.
Inteligencja cieszy, a nawet dodaje skrzydeł.
– Bruczaj czy tam brucz, jak chcesz, tylko tego paska nie ruszaj... – powiedziała z westchnieniem.
Niestety ta kluczowa, jak się potem okazało, informacja dotarła do niego zbyt późno. Zdążył już chwycić za pasek, a ten z trzaskiem urwał mu się w ręku. Ciężkie drzwi odskoczyły i rąbnęły go w bark tak, że padł i coś sobie nadwyrężył. Mógł też to coś złamać, zwichnąć, a nawet urwać, ale wolał optymistyczną wersję rzeczywistości. Bolało go ramię i połowa pleców. Przeczuwał problemy z obojczykiem.
– On był profilaktyczny, miał tylko przytrzymać drzwi, bo latają – oświadczyła dziewczyna. – Chodź! Pomogę ci – powiedziała, po czym chcąc mu pomóc wstać, puściła trzymane drzwi, które spadły mu na atrybuty.
Nie zawył, bo nie wypadało. Był w końcu facetem. Z naciskiem na „był”, bo drzwi walnęły go w atrybuty tak, że pociemniało mu w oczach. Coś chrobotnęło. W głowie rozległa mu się jajecznica z sześciu jaj. Ucieszył się, że niektóre części ciała pozbawione są kości.
– Coś tam się tłucze – wydukał, żeby się nie rozpłakać.
– A to święty obraz mojej babuni. Muszę go tu trzymać, bo wyrzucić nie wypada. Mama by się wściekła.
– Jak bardzo ten obraz jest święty?
– Nie bardzo, to jakiś święty na pastwisku czy coś. Służył bardziej za gazetkę ścienną, bo babcia tam różne zdjęcia wtykała. I tak już zostało.
– Po co w ogóle to ruszasz? – jęknął, wskazując oczami na szafę.
– Coś mi się zacięło.
– Wyciągnij odkurzaczem – zaproponował, sądząc, że to coś małego.
– Fredicę? Odkurzaczem? Oszalałeś?
– Jaką Fredicę?
Dziewczyna wskazała głową do wnętrza szafy, było tam coś paskudnego, dziobatego i ogólnie...
– Co to jest?
– Kostium na bal przebierańców. Będę Fredicą Kruegericą – stwierdziła i wyciągnęła z szafy kostium, a właściwie jego część. Kolejne jego elementy wypadły same. Z nieodzownym chichotem przeznaczenia dziabnęła go gigapazurem w oko. Reszta, zaklinowana w tylnej części szafy, smętnie zwisała głową w dół, bo kostium miał też coś w rodzaju głowy.
– Co to, kurwa, było? – jęknął bardziej do siebie niż do niej, sprawdzając, czy oko jest na miejscu. Mniej więcej było.
– Jej pazury, ale i tak masz szczęście, nie kupiłam metalowych, bo były za drogie, a plastik to plastik, chyba ci oka nie wydłubał?
Trochę jednak wydłubał. W każdym razie próbował.
Oko zaczęło puchnąć, ramię też, o atrybutach nie wspominając.
– Ależ ty jesteś delikates – stwierdziła dziewczyna. – Trzeba jechać na prześwietlenie!
Zgodził się z nią bez zastrzeżeń.
Po sześciu godzinach na SOR-ze i założeniu profilaktycznej szyny wrócili do niej. On miał jeden opatrunek na ramieniu i drugi na oku. Ona, nie wiadomo dlaczego, była szczęśliwa jak szczygiełek.
Wrócili do niej, bo głupio by mu było pokazać, że się boi. W końcu to tylko dziewczyna.
– Chodź, zrobię ci herbatę – powiedziała, po czym rzuciła weń mikrofalówką.
Mikrofalówka spadła mu na dłoń. Zawył. Mimo, że nie wypadało.
– Przepraszam – jęknęła. – Zaplątałam się w kabel od przedłużacza.
Po dwóch godzinach na SOR-ze i założeniu profilaktycznego usztywnienia wrócili pod jej dom. Postanowił, że nie wejdzie, ale w sumie jakoś tak to dziwnie wyglądało, jakoś nie wypadało pożegnać się z nią bez słowa.
– Wejdź, przecież ci nic nie zrobię! – powiedziała trochę obrażona, że ona się tak stara, a on nie umie się zachować.
– Już mi zrobiłaś – burknął.
– Chciałam powiedzieć, że nie zamierzam cię molestować! Po to są takie teksty! Możesz czuć się bezpieczny pod względem seksualnym – dodała stanowczo i złowieszczo.
Akurat pod tym względem mógłby nawet z poczucia bezpieczeństwa odrobinę zrezygnować, nie żeby coś, ale czuł w jej obecności jakiś taki nieznany niepokój, który brał za podniecenie.
Weszli. Na wszelki wypadek usiadł na taborecie z dala od niej. Dziewczyna podeszła do kuchenki i rzuciła w niego czajnikiem.
Nie, to nie była cała prawda, niczym nie rzucała, po prostu wzięła czajnik, chciała nalać wody, ale wzięła ten czajnik ruchem tak zamaszystym, że Kuba, przerażony tym, co dotychczas u niej przeżył, chcąc uniknąć obrażeń, gibnął się na taborecie w tył tak bardzo, że zleciał i uderzył głową w ścianę.
Dziewczyna była niebezpieczna.
Po dwóch godzinach na SOR-ze i założeniu profilaktycznego usztywnienia pożegnali się przed furtką jego domu. Za nic w świecie nie chciał wejść do niej na herbatę, kawę, piwo ani wino, choć kusiła.
Z opatrunkiem na stopie, barku, oku i z kołnierzem ortopedycznym wyglądał jak ofiara napadu albo wybuchu. W szpitalu musiał jeszcze się tłumaczyć, że ona nie jest jego partnerką i wcale go nie maltretuje. Nikt mu nie chciał wierzyć.
Postanowił, że jego noga nigdy więcej nie postanie u niej w domu i że będzie ją omijał szerokim łukiem.
Są jednak rzeczy na świecie, o których... – o nie, wcale nie chodzi o filozofów – po prostu takie, o których samemu się nie decyduje.
Świat bywa pokrętny, przewrotny i nieprzewidywalny.
Oraz oczywiście morderczy, ale to już inna sprawa.
Powrót z kilkudniowych wakacji u koleżanki w Irlandii nie zapowiadał się źle, w końcu lot z Dublina do Wrocławia trwał niecałe trzy godziny. Latała tak już kilka razy, ale tym razem wszystko było nie tak.
Jagoda usiadła na swoim miejscu przy samym oknie i od razu spotkała się z pretensjami. Miejsce przy oknie zawsze jest pożądane, ale rzadko wzbudza aż taką agresję. Niestety, jakaś matka z awanturą zażądała, żeby Jagoda się przesiadła, bo na jej miejscu konieczne chciała posadzić swojego bąbelka. Dziewczyna odmówiła i to był błąd. Nie chodzi wcale o szczęście dziecka czy grzeczność ani nawet o osławioną asertywność, ale o to, że siedzące w pobliżu trzy pociechy obrażonej mamuni, dwoje dzieci z tyłu, a jedno obok Jagody, urządziły jej podniebną ścieżkę zdrowia i piekło w niebiosach, w końcu samolot znajdował się przecież w powietrzu.
I co ciekawe, dzieci nie robiły tego celowo, były naturalnie wredne, jedynie matka celowo nie reagowała.
– Proszę, niech pani coś powie dziecku – poprosiła Jagoda, kiedy dziewczynka lat trzy obrzuciła ją wyzwiskami w dwóch językach. Fakt, uroczo sepleniąc, ale jednak były to wyzwiska.
– Mówię – odpowiedziała matka, patrząc bezczelnie w oczy Jagody i z zadowoleniem wróciła do przeglądania jakiegoś kolorowego pisemka. – Pani mi nie pomogła, to i ja nie zamierzam.
Jej córka wykrzywiła się i pokazała Jagodzie język raz i drugi, w końcu wywaliła go tak bardzo, że aż zrobiła się zielona...
– Ale ona zaraz będzie zwra... – Nie było czasu, by dokończyć.
Mamunia uśmiechnęła się z zadowoleniem.
– Porzyga się, to pewne! Tak już ma! Jak pani się boi, to wziąć worek i przytrzymać.
Jagoda odważnie odmówiła i znów nie miała racji.
Dziewczynka zwracała w bardzo malowniczy sposób: na boki, do przodu, a nawet w górę.
Drugie dziecko, to siedzące z tyłu, dostało ataku furii, bo dostało za mało ketchupu do kanapki, a trzecie pluło landrynkami, podczas gdy ojciec spał obok. Spał, chrapiąc, i to Jagoda zniosłaby z godnością, w końcu ludzie nie chrapią celowo, ale on zdjął buty i odsłonił wprawdzie nie dziurawe, ale bardzo rażące skarpety, raziły bagiennym gazem bojowym, starym capem, mokrym chłopem albo odwrotnie, ale smród był porażający.
– Czy mąż mógłby włożyć buty? – zapytała siedzącą obok matkę dzieciom, bo co innego mogła zaproponować? Ale ta się tylko obraziła.
– No wie pani? W butach? Spać? Nogi nie odpoczywają – oświadczyła. I to był koniec.
Aby uspokoić odruchy wymiotne, Jagoda przyłożyła do ust nawilżaną chusteczkę zapachową.
Dzięki temu jej i tak nieperfekcyjny makijaż stał się jeszcze bardziej nieperfekcyjny, choć zdecydowanie bardziej malowniczy.
Potem została opluta, oblana ketchupem, obrzygana po raz kolejny oraz oklejona landrynkami. To ostatnie niestety wyszło na jaw dopiero na lotnisku.
Potworna podróż samolotem skończyła się po trzech godzinach, choć Jagoda czuła, jakby minęło ich ze dwadzieścia, a życie szykowało dla niej jeszcze kilka niespodzianek.
Kuba Rumorek wracał z pracy na piechotę. Uwielbiał to. Z zainteresowaniem przyglądał się sąsiadom mieszkającym na tej samej ulicy, co on. Mieszkał tu od niedawna, ale kochał to miejsce i ten dom od zawsze, bo kiedyś mieszkała tu jego babcia.
Dzięki temu, że seniorka przeprowadziła się do jego rodziców, on zamieszkał w jej domu i w ten sposób zyskał coś, o czym marzył od dawna – swoje miejsce na ziemi. Dom był stary, ale nie zaniedbany, szary, ale nie klockowaty, był poniemiecki, ale w tym bardziej eleganckim stylu. Miał piękny balkon i wspaniałe okna, wysokie sufity i cudne pokoje, w tym dwa basztowe, miał ogród i niewielki sad ze starymi drzewkami owocowymi. Był najpiękniejszym domem na ziemi, na ulicy, na której stało kilka prawie takich samych albo bardzo podobnych, i też oczywiście bardzo pięknych. Sąsiedzi byli grzeczni, spokojni i nawet jak robili grilla, nie puszczali disco polo. Po prostu raj na ziemi.
Zacieniony, elegancki raj willowy przy ulicy Rajskiej miał nawet odrobinę eleganckiego kolorytu w postaci fontanny z gargulcem. Nie była ona często włączana, gargulec nie był właściwie gargulcem, bo przecież nie stał na dachu, ale na postumencie, choć czasami pluł wodą. Był kamiennym stworem, teraz obrośniętym dzikim winem, albo bluszczem (nikt tego nie sprawdzał) i znajdował się po drugiej stronie uliczki, pomiędzy domami, pośród gęstwiny byłego parku, a teraz prawie lasku.
Kuba rzadko się tam zapuszczał, choć przy odrobinie wysiłku fontannę mógł zobaczyć z okna, bo jego dom też był w połowie ulicy, ale właściwie nie miał po co tam zaglądać. Nic się tam nie działo.
Obok domu Kuby mieszkała ta dziwna dziewczyna, która tak go ostatnio uszkodziła, dalej dwie siostry w średnim wieku, za ich domem jakieś małżeństwo z dziećmi, chyba na studiach, a jeszcze dalej starszy pan, z wyglądu antykwariusz albo profesor. Na końcu uliczki był przystanek autobusowy, co pozwalało nie używać samochodu, bo wszędzie można było dojechać transportem miejskim, do tego bezpłatnym. Po drugiej stronie ulicy też było kilka domów, ale prawdę powiedziawszy, ludzie się tu nie znali. Panowała tu naprawdę sielska anonimowość.
O dziewczynie z domu obok wiedział tylko, że ma na imię Jagoda. Nazwiska nie znał. Jako policjant mógł to oczywiście sprawdzić, ale nie było mu to do niczego potrzebne. Zwłaszcza że zamierzał unikać jej jak ognia.
Od przystanku do domu było ledwie kilkaset metrów.
Widział, jak ludzie krzątają się w ogrodach, jak jedna z sióstr wychodzi do pszczół, o czym świadczył jej strój, po chwili druga biegnie za nią, krzycząc, żeby wracała, bo jest przeziębiona, widział, jak małżeństwo szykuje obiad albo kolację, jak kurier dzwoni do starszego pana i jak ktoś zbiera kasztany.
Jako policjant doceniał fakt, że nikt się z nikim nie bił, wyzwiska nie latały jak skowronki, a wszystkie narzędzia, które ludzie mieli w rękach, służyły do tego, do czego zostały stworzone. Przynajmniej tak mu się wydawało.
Wszedł do domu i postanowił coś sobie ugotować. Nie był w tym specjalnie dobry, ale głodem nie przymierał. Jego ostatnia dziewczyna skutecznie go do małżeństwa zraziła, bo w jej wydaniu wyglądało jak obóz głodowy o zaostrzonym rygorze. Ponieważ ona nie jadała pewnych produktów, zabraniała ich jadać i jemu. A miała bardzo restrykcyjne poglądy. Nie używała cukru ani soli, nie jadła niczego przetworzonego, nie uznawała glutenu i tłuszczów trans (żadnych innych właściwie też nie, na wszelki wypadek), była weganką i unikała węglowodanów. A co za tym idzie – on chodził głodny. Potwornie głodny. Wychudł na wiór i gdyby nie stołówka i pobliskie bary, umarłby z głodu. Odeszła, oskarżając go o zdradę, kiedy przyłapała go w barze z kebabem. Była chyba jedyną kobietą zdradzoną nie z inną kobietą, a z bułą wypełnioną mięsem.
Teraz szedł do piwnicy, gdzie spodziewał się znaleźć kilka słoików marynowanej dyni, którymi tak hojnie obdarowywała go mama, oraz stare słoiki, które obiecał jej oddać, żeby miała w co wekować nowe zapasy.
Oszołomiona gwarem lotniska Jagoda nie zwracała uwagi na to, jak wygląda, ale inni robili to za nią. Wzbudziła ogólne zainteresowanie. W takim miejscu jak lotnisko zainteresowanie nie popłaca, o ile nie jest się sławną piosenkarką. Ona nie była.
Podreptała do taśmy bagażowej, zabrała walizkę i podeszła do okienka. Nie spodziewała się kontroli. W końcu często latała i jakoś nikt nigdy jej specjalnie nie kontrolował.
Jednak jakiś celnik, a właściwie i celnik, i celniczka, co źle wróżyło, poprosili ją na bok. No i się zaczęło. Paszport, walizka, torebka... Potem zaczęli jej zadawać przeróżne, podobno standardowe pytania:
– Czy sama pani pakowała walizkę?
– Tak – opowiedziała machinalnie Jagoda.
– Czy wiezie pani coś niedozwolonego?
– Nie.
– Czyli wie pani dokładnie, co pani tam ma?
Odstawili jej walizkę na bok i zaczęli ją oglądać, trochę się nad nią kotłując, jakby kryła w sobie nieprzebrane zasoby kontrabandy.
– Oczywiście, że tak, no chyba że... Ale nie. Koleżanka mogła... Nie, no nie mogła. Nie, nie. Nic... – Jej niezdecydowanie polegało na tym, że nie była pewna, czy koleżanka nie wcisnęła jej jakiegoś prezentu, i wtedy nie wiedziałaby dokładnie, co tam ma, choć koleżanka nie była kretynką i nie wcisnęłaby jej niczego niedozwolonego.
Jagoda lubiła być dokładna. Niestety celnicy też.
– Bo widzi pani, coś jednak jest nie tak. Czy mogła pani zabrać coś niechcący?
Niechcący to w tej sytuacji strasznie dziwne określenie, zwłaszcza że Jagoda nie była wariatką z zanikami pamięci.
To pytanie ją zaskoczyło. Nie była kleptomanką, a tylko wtedy mogłaby zabrać coś niechcący. I co? Co to mogło być takiego, że zainteresowało celników?
– Nie, no co pan, niechcący? Nie wkładam niczego niechcący, no chyba że samo by mi wlazło! – Roześmiała się dość swobodnie po czym zamarła w przerażeniu.
Straszliwa myśl poraziła ją swoją potworną oczywistością. Koleżanka miała kota. Kot! Rudy kocur o imieniu Mrauczuś. Uwielbiał walizki, wszystkie, jak leci, więc może i jej walizkę.
– O Boże, tylko nie to! – jęknęła bardziej do siebie niż do celników, ale to oni zareagowali zachwytem.
Mogła niechcący porwać kota! Ale dlaczego nie miauczał? Bo nie miauczał. Koty są przecież sprytne, walczą o wolność, a ten nie? Bo... Straszliwa wizja kota w walizce, zaduszonego, przygniecionego, a nawet zamarzniętego w luku bagażowym sprawiła, że wrzasnęła na cały głos:
– Jezus Maria, kot?! Chodzi wam o kota? O Boże! Zabiłam kota! Boże kochany, i co ja teraz zrobię! On tam jest?! Martwy?! Mrauczuś?! – Wrzask, który się z niej wyrwał, był tak głośny, że zwróciło na nią uwagę pół sali przylotów.
Celnik spojrzał na nią przerażony.
– Czy dobrze słyszę? Wiezie pani martwego kota? – zaczął z o wiele większym zaangażowaniem przeglądać zawartość walizki. Ręce mu się trzęsły. – Wie pani, że to jest zakazane? Ma pani książeczkę szczepień? Czy kot był chory zakaźnie?
Wszyscy popatrzyli na Jagodę, jakby była Hannibalem Lecterem, który właśnie zjadł kota, a jego ogon jeszcze merda mu około ust w śmiertelnych podrygach.
– Nie! Nie przewożę zwłok, to znaczy nie przewoziłam!
– To co się stało?! – pisnęła celniczka, niczego nie rozumiejąc.
– Mógł być żywy, ale jeżeli jest martwy, to go zabiło! W samolocie!
Trzy osoby w hali przylotów zemdlały.
– Morderczyni! – wrzasnęła jakaś nastolatka. – Szkoda jej było na bilet dla kota!
– Nie, wcale nie! To nie jest mój kot.
– I jeszcze porywaczka! – Pisk ze strony wielbicieli kotów nie wróżył nic dobrego.
– Trzeba to prześwietlić – stwierdził celnik i pokazał coś celniczce. – Jeżeli ma zwłoki kota, może mieć coś gorszego! Ludzie są nieobliczalni, trzeba zawiadomić służby – oświadczył. – Przecież ten kot mógł być chory. Czy koty mają wściekliznę?! – zawołał, po czym zwrócił się bezpośrednio do Jagody:
– Czy kot był chory zakaźnie? – powtórzył pytanie, ale jego twarz zdradzała przerażenie.
– Wcale nie był chory! – Jagoda nie umiała im wytłumaczyć, że ten kot to może być kot Schrödingera, tyle że martwy.
– To dlaczego jest martwy i gdzie go pani schowała?!
Celniczka zaczęła macać górną część walizki.
– Szukacie kota pod podszewką? – Jagoda szczerze się zdziwiła.
Celniczka popatrzyła na Jagodę bardzo niezadowolona. Obeszła ją dookoła, popatrzyła na nogi, potem jeszcze raz obeszła i stanęła z tyłu, za dziewczyną.
– Czy zechciałaby pani zdjąć perukę? – zaproponowała jej głosem nieznoszącym sprzeciwu.
– Nie mam peruki! – jęknęła dziewczyna. – To moje włosy! Własne! Marne, bo marne, ale własne!
– A te kulki z tyłu? – Celniczka uniosła brwi, wyrażając spore zdziwienie. – Te dziwne dyndające kapsułki?
– Jakie kulki? Jakie kapsułki? – Jagoda chciała się odwrócić i majtnęła włosami tak, że poczuła uderzenie. Rzeczywiście, coś dyndało jej z tyłu włosów.
Zaczęła majtać tak intensywnie, że dostała lepiącym i twardym cukierkiem prosto w oko.
Przyklejone do fryzury landrynki zdjęto za pomocą specjalnych szczypiec, nożyc i rękawic, jakby były radioaktywne. Przebadano je. Nie zawierały narkotyków.
Za to walizka zawierała coś niezwykłego.
– Jest tu jakaś blaszka i coś pod nią jest schowane. To może być torebka z jakimś proszkiem. Czy przewozi pani narkotyki? Jeżeli tak, to pora się przyznać, bo i tak się dowiemy – zasugerowała celniczka.
– A może to prochy tego kota, którego pani skremowała?! – zapytał celnik.
– Nie kremowałam żadnego kota! – odpowiedziała Jagoda, dosyć już przestraszona.
– Aha, czyli to narkotyki! – Funkcjonariuszka się ucieszyła.
Jagoda usiadła i przestała się w ogóle odzywać.
Celnicy rozbebeszyli walizkę, jedyną pamiątkę, jaka jej została po ojcu.
Nie, że cenną, po prostu jedyną. Nie przywiązywała do niej specjalnie wielkiej wagi, ale zastanawiała się, jak ona teraz z rozwaloną walizką dojedzie do domu.
Liczyła, że jednak jej nie aresztują, ale nie miała też całkowitej pewności. Walizka była ojca, to coś pewnie też, ojciec miał swoje za uszami, co prawda zmarł rok temu, ale większość życia spędził w więzieniu.
Po dwóch godzinach szarpaniny z walizką i nieistniejącym w niej kotem, landrynkami i wszelkimi innymi rzeczami wyszła z sali przylotów i stanęła przed wystawą sklepową. W pierwszym odruchu chciała uciekać, bo zobaczyła za sobą odbicie jakiejś klaunicy, która usiłowała się do niej smutno uśmiechnąć. Dopiero w chwilę potem zrozumiała, że ta obdarta, nastroszona i dosłownie umazana spływającym makijażem osoba w szybie to ona sama.
Wsiadła do autobusu, potem do taksówki, potem znów do autobusu. Kiedy z przystanku dotarła wreszcie przed swój dom, była pewna, że w końcu odpocznie.
Grzebanie w stosach słoików sprawiało mu sporo kłopotu, bo niczego nie segregował. Dlatego teraz musiał w tych pudłach nurkować przy brzęku szkła i szczerych postanowień, że nigdy więcej, że od teraz będzie dzielił na trzy pudła, że się wreszcie nauczy. Postanowienia były szczere i pojawiły się nie pierwszy raz, ale lenistwo zawsze wygrywało.
Zanurzony po uszy w szklanych dobrach usłyszał krzyk i tupot. Najpierw na ścieżce, potem jakoś tak o wiele bliżej, żeby nie powiedzieć: aż za blisko. O wiele za blisko, a trzask zamykanych drzwi wydał mu się aż za bardzo znajomy. Dałby sobie głowę uciąć, że to były jego drzwi.
Droga od przystanku do domu była prosta i pokonanie jej z walizką nie nastręczało trudności. Jagoda szła, ciągnąc za sobą potwora na kółkach, który był nieco naruszony po tym, jak celnicy odkryli w jednej ze ścianek skrytkę i beztrosko ją wybebeszyli, żeby znaleźć w niej kartkę, na której nie było nic istotnego.
Nie zawierała przepisu na bombę, planów ataku na parkomat ani numeru jakiegokolwiek konta bankowego, nic z tych rzeczy, tylko kawałek refrenu jakiejś piosenki Golców, i to przepisany niezbyt dokładnie, o czym Jagoda przekonała się już na pierwszy rzut oka. Kiedy jej oddali kartkę, wetknęła ją do paszportu i odeszła pośpiesznie, żeby nie przyczepili się do czegoś innego.
Gdy Jagoda dotarła już do połowy drogi prowadzącej od przystanku do domu, wygrzebała z torebki klucze i zamierzała jak najszybciej wpaść do kuchni, napić się czegoś mocniejszego i jakoś odreagować ten koszmar. Coś jednak ją zaniepokoiło. Z daleka zobaczyła światło palące się w salonie jej własnego domu.
Mieszkała sama. Mogła oczywiście zapomnieć je zgasić przed wyjazdem, ale poruszające się cienie wskazywały na czyjąś obecność. Potem, kiedy była bliżej, ktoś nagle zaczął biec. Nie wiadomo, skąd się wziął, bo nie wybiegł z jej domu, ale jednak się przestraszyła. Wpadła w panikę. Nie wiedziała, co zrobić, nie miała gdzie się ukryć. Zobaczyła, że w domu obok pali się światło. Oby tylko facet miał otwarte drzwi. Miał. Wbiegła do środka. Nie była pewna, czy zdoła się ukryć, bo ten, kto ją gonił, mógł zrobić to, co ona, czyli wbiec za nią do tego domu. W połowie schodów porzuciła walizę i ruszyła do pokoju, który okazał się czymś w rodzaju pokoju dziennego. I była tam spora szafa.
Bez zastanowienia otworzyła ją i wtłoczyła się do środka, cała, z butami, po czym zatrzasnęła drzwi. Ciekawa była, czy to coś da. I czy nie utknie w tej szafie na dobre. Wizja jej zasuszonych, zmumifikowanych i nadgryzionych przez myszy zwłok odnalezionych przez prawnuczkę obecnego właściciela, który jeszcze nawet żony nie miał, sprawiła, że skamieniała z przerażenia. A na dodatek nakręcała się jeszcze bardziej i bardziej, toteż to, co była w stanie sobie wyobrazić, przerastało z pewnością wyobraźnię twórców horrorów. I to tych zdecydowanie zdolnych.
Kuba przez chwilę nasłuchiwał. Wreszcie stwierdził, że ten hałas to chyba nic poważnego. Westchnął i pomyślał, że to był wiatr.
– „To tylko wiatr...” – zanucił ulubioną piosenkę babci, skarcił się w duchu za sentymentalizm i zdecydował się wyjść z piwnicy, żeby sprawdzić, czy to rzeczywiście był tylko wiatr.
Jako że wiatr rzadko miewa przy sobie walizki, stwierdził, że jednak nie. W połowie schodów leżała trochę nadpruta walizka, ale nikogo, kto mógłby być jej właścicielem, w pobliżu nie zauważył.
Był uzbrojony jedynie w dwie reklamówki słoików, ale stwierdził, że niebezpieczni włamywacze raczej wynoszą rzeczy z domu, niż je ze sobą przynoszą, więc poszedł do góry, po błotnych śladach, by sprawdzić co, jak i dlaczego. Ślady prowadziły do szafy.
Niemiłe skojarzenie z szafą sąsiadki, która prawie go zakatowała, na chwilę opanowało jego myśli, ale odpędził je machnięciem ręki. Owszem, dziewczyna z sąsiedniego domu miała coś wspólnego z szafą, ale przecież to nie znaczyło, że każdy taki mebel powinien się kojarzyć akurat z tą dziewczyną.
Podszedł do szafy i otworzył ją na oścież. W środku, skulona i przerażona, siedziała sąsiadka.
– O, jak miło – jęknął sarkastycznie. – Co ty tu, do cholery, robisz? – zapytał niezbyt przyjaźnie, bo z zaskoczenia prawie odebrało mu mowę. – Poszedłem tylko do piwnicy przynieść dynię, a ty mi tu wparowałaś do szafy? I zagnieździłaś się? Tak bez uprzedzenia? Jak jakaś szczurzyca?
Jagoda przez sekundę czy dwie zastanawiała się, jak mogłaby go uprzedzić o chęci zagnieżdżenia się w szafie i co by na to powiedział, czuła jednak, że zanim by się z nim dogadała, ten, kto ją gonił, dopadłby ją jak nic. Nie mówiąc już o tym, że przecież usłyszałby, o czym z nim rozmawia.
– Poszedłeś po dynię – burknęła. – Nie rozumiem? Jeszcze rano był wrzesień, a u ciebie listopad?
– Marynowaną – burknął. – Do obiadu! No, nie kombinuj, tylko mów, co tu robisz!
– Ktoś mnie gonił – wysapała z trudem dziewczyna, bo jej pozycja była niezbyt wygodna. Kolana nie dość, że uciskały cycki, to jeszcze znajdowały się pod brodą.
– I schowałaś się do mojej szafy? No cudnie. Dlaczego nie do swojej?
– Debil! – warknęła niezbyt przyjaźnie. – Ktoś był u mnie w domu! Na pewno włamywacz. Przestraszyłam się. Wracałam z lotniska...
Włamywacze są oczywiście wszędzie, ale tutaj, na ulicy Rajskiej, jakoś ich nie było, właściwie nie dlatego, że tę dzielnicę omijali, ale mieszkali tu w większości starsi ludzie, a starszych ludzi okrada się zupełnie inaczej. Nie ma sensu się do nich włamywać. Na wnuczka, na prokuratora, na policjanta – tak, to nawet działa, ale nikt się do nich nie włamuje, bo niczego nie mają. Większe pieniądze trzymają raczej w banku, a nowoczesnych komputerów, telewizorów i telefonów u nich nie uświadczysz, nawet termomiksów nie mają, bo potrafią gotować, więc włamania są zdecydowanie nieopłacalne.
Choć oczywiście Jagoda staruszką nie była, ale dzielnica to dzielnica. Można powiedzieć, że wyjątek od reguły też działa, no i rzeczywiście ona też nie miała termomiksa. Nie dlatego jednak, że umiała gotować, raczej z powodu braków finansowych. Termomiksy do tanich nie należą.
– Pomożesz mi wyjść? – zapytała płaczliwie, wyciągając ku niemu rękę.
– Nie ma mowy, znowu mi zrobisz coś paskudnego, musiałem wziąć trzy tygodnie zwolnienia po naszym ostatnim spotkaniu, wyłaź sama! – warknął Kuba. Doskonale wiedział, czym ona pachnie.
Rzeczywiście, bał się interakcji. To, co ostatnio przeżył, było bardzo nieprzyjemne.
Dziewczyna jakoś wystawiła nogi z szafy. Wyjście z niej było utrudnione, bo szafa miała coś w rodzaju progu i dziewczyna siedziała trochę w głębi.
Kuba się zlitował. Podał jej rękę. Pociągnął, ona się jakoś na tej jego ręce zaparła i też pociągnęła.
– Dość! – wrzasnął, kiedy wylądował głową w szafie. Wyłaź, katastrofo! Sama!
W końcu jej się to udało. Kiedy wyszła z szafy, ledwie trzymała się na nogach i była bardzo przerażona, czuł, że tylko dzięki temu kontakt z nią nie spowodował większych obrażeń. Przyjrzał się dziewczynie ze zgrozą.
– Jak ty wyglądasz? – zapytał zaszokowany. – Co ci się stało?!
– Nie chcesz wiedzieć – westchnęła i machnęła ręką. – Mnie bardziej martwi ten ktoś w domu, no i ten, kto mnie gonił.
– A jesteś pewna, że gonił?
– No wiesz, tupot, dyszenie i „zabiję cię, ty krowo” chyba o czymś świadczy? – zapytała, krzywiąc się złośliwie.
– No tak – przyznał jej rację. – A nie wiesz, kto to był?
– Co ty?! Spieprzałam jak dzika! Nawet się nie oglądałam.
– Szkoda, gdyby cię zobaczył, na pewno by uciekł! – stwierdził Kuba nie bez satysfakcji. – Ale jak chcesz, to pójdę z tobą do domu i zobaczymy, co się stało. I czy w ogóle cokolwiek się stało.
Nie wierzył w jej opowieść. Potrafiła wywoływać katastrofy, a to mogło być coś podobnego. Jakiś błysk w szybie, jakieś mruczenie kota, jakiś trzepot ptaka, a ona zrobiła z tego włamanie i groźby karalne. Mogła. Zdaniem Kuby była do tego zdolna.
– Dzięki. Super. Sama bym nie dała rady, a coś stało się na pewno, widziałam! – upierała się.
– Wiesz, to na pewno tylko jakieś przywidzenie – westchnął. – Ludzie teraz są bardzo drażliwi, wyobraźnia nakręca się, czym się da, i wiesz... Może to wcale nie było światło, a odblask? Może ruszały się tylko konary? Może wszystko sobie tylko wyobraziłaś?
– Odblask czego? Latarni? Bo nic innego nie świeciło, a to, co mnie goniło? Też sobie wyobraziłam?
– No to może ktoś biegł za swoim psem? – Kuba nie do końca był przekonany.
Jagoda popatrzyła na niego ostrym wytrzeszczem.
– I krzyczał: „Zabiję cię, ty krowo” do psa?
– Może to była suka?
Jagoda była zła, postanowiła więc zabrać po drodze walizkę, ale Kuba jej odradził.
– Przyniosę ją potem. Teraz chodźmy i zobaczymy, co tam się stało.