Miłość i mordercze parówki - Iwona Banach - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Miłość i mordercze parówki ebook i audiobook

Iwona Banach

3,9

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

27 osób interesuje się tą książką

Opis

Ulica Rajska jest willowym rajem. Spokojnym miejscem, przystanią dla ludzi eleganckich i zamożnych. Mieszka tam pewien młody policjant, ale to nikomu nie przeszkadza, bo w domu obok mieszka Jagoda Jęczmorek i właściwie wszystko idzie w odpowiednim kierunku, poza jednym…

W domu Jagody, podczas jej wyjazdu do Irlandii, a właściwie zaraz po jej powrocie zostają znalezione zwłoki. Spokój uliczki zostaje zaburzony, ale nikt nie spodziewa się do jakiego stopnia.

Nagle okazuje się, że eleganccy i zamożni ludzie, którzy tu mieszkają mają swoje tajemnice.

Wszyscy.

To, co tak pięknie wyglądało z wierzchu jest naprawdę robaczywe.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 435

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 40 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Kamila Brodacka

Oceny
3,9 (97 ocen)
40
25
20
9
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AliDebPaw

Nie oderwiesz się od lektury

😉👍
00
BenekBooksinski

Nie oderwiesz się od lektury

Książki Iwony Banach dostarczają mi totalnego relaksu i zabawy. Biorąc każdy kolejny tytuł liczę na świetną zabawę pełną ciętych ripost, niemożliwych sytuacji i oderwanych od rzeczywistości postaci. Iwona Banach jest dla nas jedną wielką zagadką a treści zawarte w jej książce niemałymi niespodziankami. Powtórzę, to co już kiedyś wspominałam o tej autorce- u niej nie ma nic oczywistego, wszystko jest niepowtarzalne i zwariowane. "Miłość i mordercze parówki" - to pozycja, przy której już tytuł wywołał u mnie salwę śmiechu. Treść jak to u Iwony Banach bywa mocno zagmatwana i bogata w skrajnie różniących się od siebie bohaterów - są tacy co twardo stąpają po ziemi ale są też i tacy, których na tę ziemię należy sprowadzać. A i zawsze jest starsza pani, której zachowanie zdecydowanie odbiega od standardowego. Nie inaczej jest i w książce "Miłość i mordercze parówki". Mamy tu małą wioskę, kilku sąsiadów-posiadających sporo tajemnic- i trupa. Potem następnego, ale to dopiero później... Wróćm...
00
Rokusana

Z braku laku…

Kompletnie nie mój humor. Bardzo rubaszne. Cały czas miałam wrażenie, że autorka chciała być współczesną Joanną Chmielewska, ale zamiast ciętego i ironicznego humoru dostajemy żarciki przesycone seksualnością
00
Ewelina_Styczen

Całkiem niezła

Lekka i przyjemna komedia kryminalna! Potrzebowałam oddechu od ciężkich pozycji i ta wpasowała się idealnie! Polecam na rozluźnienie!
00
Anna-M-1

Dobrze spędzony czas

Książka dla miłośników prozy pani Iwony + bardzo dobry audiobook.
00

Popularność




Re­dak­cjaAlek­san­dra Zok-Smoła
Ko­rektaDo­rota Ho­nek-Sac
Skład i ła­ma­nieMar­cin La­bus
Pro­jekt gra­ficzny okładkiAgnieszka Kie­lak
© Co­py­ri­ght by Skarpa War­szaw­ska, War­szawa 2025 © Co­py­ri­ght by Iwona Ba­nach, War­szawa 2025
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w In­ter­ne­cie.
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-83297-40-8
Wy­dawca Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o.o. ul. K. K. Ba­czyń­skiego 1 lok. 2 00-036 War­szawa tel. 22 416 15 81re­dak­cja@skar­pa­war­szaw­ska.plwww.skar­pa­war­szaw­ska.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Kuba spo­tkał Ja­godę tylko je­den raz, a po­tem na­prawdę cie­szył się, że przez wiele ty­go­dni nie miał z nią żad­nego kon­taktu. Nie żeby była brzydka, prze­ciw­nie – była na­wet ładna, ale spo­tka­nie z nią sta­no­wiło po­ważne nie­bez­pie­czeń­stwo, było igra­niem z lo­sem na wiele prze­róż­nych spo­so­bów. Dziew­czyna, cał­ko­wi­cie po­krę­cona, i to wcale nie uro­czo, za­gra­żała ży­ciu i zdro­wiu fi­zycz­nemu. O psy­chicz­nym le­piej nie wspo­mi­nać.

Tam­tego dnia chciał tylko po­móc.

Kiedy usły­szał do­bie­ga­jące z jej domu strasz­liwe jęki (ich domy stały je­den obok dru­giego), a także gło­śne prze­kleń­stwa, ode­zwał się w nim mę­ski al­tru­ista, man na po­zio­mie i bo­ha­ter z są­siedz­twa, który działa bez na­my­słu. Wpadł do niej bez za­sta­no­wie­nia i za­py­tał, czy może po­móc.

Ucie­szyła się. Wła­śnie za po­mocą ja­kie­goś pa­ska usi­ło­wała prze­su­nąć starą dę­bową szafę, któ­rej nie po­wsty­dzi­łoby się żadne wej­ście do Na­rnii.

Sza­fi­sko było dwu­drzwiowe, wy­so­kie i miało nad drzwiami ga­le­ryjkę, na dole zaś ja­kieś ta­kie po­krzy­wione albo po pro­stu rzeź­bione nóżki. Na do­da­tek ten me­bel wy­ko­nany był z li­tego drewna. Szafa była kosz­mar­nie ciężka.

Kiedy zo­ba­czył je obie, dziew­czynę i szafę, albo jedną na tle dru­giej, ro­ze­śmiał się. Nie­zbyt wy­soka i ra­czej szczu­pła dziew­czyna si­ło­wała się z tym po­two­rem. Po­my­ślał so­bie wtedy, że albo dziew­czyna jest nie­spełna ro­zumu, albo prze­sa­dza z wiarą we wła­sne siły. Ży­cie po­ka­zało, że w obu przy­pad­kach miał ra­cję.

– Daj, ać ja po­bru­czę, a ty po­czy­waj – pu­ścił tekst spraw­dza­jący, czy w ogóle zna się na żar­tach. I na li­te­ra­tu­rze, i w ogóle. To był ważny spraw­dzian, bo jak kie­dyś spóź­nił się na randkę i po­wie­dział, że utknął „gdzieś w od­le­głej ga­lak­tyce”, to dziew­czyna po­wie­działa, że jak się z nią uma­wia, nie po­wi­nien cho­dzić do klu­bów ze strip­ti­zem i randka się skoń­czyła, za­nim tak na­prawdę się za­częła.

Przez chwilę oba­wiał się po­rażki, tym ra­zem nie rand­ko­wej, bo Ja­goda po­pa­trzyła na niego jak na ko­smitę, ale na żar­cie się po­znała.

In­te­li­gen­cja cie­szy, a na­wet do­daje skrzy­deł.

– Bru­czaj czy tam brucz, jak chcesz, tylko tego pa­ska nie ru­szaj... – po­wie­działa z wes­tchnie­niem.

Nie­stety ta klu­czowa, jak się po­tem oka­zało, in­for­ma­cja do­tarła do niego zbyt późno. Zdą­żył już chwy­cić za pa­sek, a ten z trza­skiem urwał mu się w ręku. Cięż­kie drzwi od­sko­czyły i rąb­nęły go w bark tak, że padł i coś so­bie nad­wy­rę­żył. Mógł też to coś zła­mać, zwich­nąć, a na­wet urwać, ale wo­lał opty­mi­styczną wer­sję rze­czy­wi­sto­ści. Bo­lało go ra­mię i po­łowa ple­ców. Prze­czu­wał pro­blemy z oboj­czy­kiem.

– On był pro­fi­lak­tyczny, miał tylko przy­trzy­mać drzwi, bo la­tają – oświad­czyła dziew­czyna. – Chodź! Po­mogę ci – po­wie­działa, po czym chcąc mu po­móc wstać, pu­ściła trzy­mane drzwi, które spa­dły mu na atry­buty.

Nie za­wył, bo nie wy­pa­dało. Był w końcu fa­ce­tem. Z na­ci­skiem na „był”, bo drzwi wal­nęły go w atry­buty tak, że po­ciem­niało mu w oczach. Coś chro­bot­nęło. W gło­wie roz­le­gła mu się ja­jecz­nica z sze­ściu jaj. Ucie­szył się, że nie­które czę­ści ciała po­zba­wione są ko­ści.

– Coś tam się tłu­cze – wy­du­kał, żeby się nie roz­pła­kać.

– A to święty ob­raz mo­jej ba­buni. Mu­szę go tu trzy­mać, bo wy­rzu­cić nie wy­pada. Mama by się wście­kła.

– Jak bar­dzo ten ob­raz jest święty?

– Nie bar­dzo, to ja­kiś święty na pa­stwi­sku czy coś. Słu­żył bar­dziej za ga­zetkę ścienną, bo bab­cia tam różne zdję­cia wty­kała. I tak już zo­stało.

– Po co w ogóle to ru­szasz? – jęk­nął, wska­zu­jąc oczami na szafę.

– Coś mi się za­cięło.

– Wy­cią­gnij od­ku­rza­czem – za­pro­po­no­wał, są­dząc, że to coś ma­łego.

– Fre­dicę? Od­ku­rza­czem? Osza­la­łeś?

– Jaką Fre­dicę?

Dziew­czyna wska­zała głową do wnę­trza szafy, było tam coś pa­skud­nego, dzio­ba­tego i ogól­nie...

– Co to jest?

– Ko­stium na bal prze­bie­rań­ców. Będę Fre­dicą Kru­ege­ricą – stwier­dziła i wy­cią­gnęła z szafy ko­stium, a wła­ści­wie jego część. Ko­lejne jego ele­menty wy­pa­dły same. Z nie­odzow­nym chi­cho­tem prze­zna­cze­nia dziab­nęła go gi­ga­pa­zu­rem w oko. Reszta, za­kli­no­wana w tyl­nej czę­ści szafy, smęt­nie zwi­sała głową w dół, bo ko­stium miał też coś w ro­dzaju głowy.

– Co to, kurwa, było? – jęk­nął bar­dziej do sie­bie niż do niej, spraw­dza­jąc, czy oko jest na miej­scu. Mniej wię­cej było.

– Jej pa­zury, ale i tak masz szczę­ście, nie ku­pi­łam me­ta­lo­wych, bo były za dro­gie, a pla­stik to pla­stik, chyba ci oka nie wy­dłu­bał?

Tro­chę jed­nak wy­dłu­bał. W każ­dym ra­zie pró­bo­wał.

Oko za­częło puch­nąć, ra­mię też, o atry­bu­tach nie wspo­mi­na­jąc.

– Ależ ty je­steś de­li­ka­tes – stwier­dziła dziew­czyna. – Trzeba je­chać na prze­świe­tle­nie!

Zgo­dził się z nią bez za­strze­żeń.

Po sze­ściu go­dzi­nach na SOR-ze i za­ło­że­niu pro­fi­lak­tycz­nej szyny wró­cili do niej. On miał je­den opa­tru­nek na ra­mie­niu i drugi na oku. Ona, nie wia­domo dla­czego, była szczę­śliwa jak szczy­gie­łek.

Wró­cili do niej, bo głu­pio by mu było po­ka­zać, że się boi. W końcu to tylko dziew­czyna.

– Chodź, zro­bię ci her­batę – po­wie­działa, po czym rzu­ciła weń mi­kro­fa­lówką.

Mi­kro­fa­lówka spa­dła mu na dłoń. Za­wył. Mimo, że nie wy­pa­dało.

– Prze­pra­szam – jęk­nęła. – Za­plą­ta­łam się w ka­bel od prze­dłu­ża­cza.

Po dwóch go­dzi­nach na SOR-ze i za­ło­że­niu pro­fi­lak­tycz­nego usztyw­nie­nia wró­cili pod jej dom. Po­sta­no­wił, że nie wej­dzie, ale w su­mie ja­koś tak to dziw­nie wy­glą­dało, ja­koś nie wy­pa­dało po­że­gnać się z nią bez słowa.

– Wejdź, prze­cież ci nic nie zro­bię! – po­wie­działa tro­chę ob­ra­żona, że ona się tak stara, a on nie umie się za­cho­wać.

– Już mi zro­bi­łaś – burk­nął.

– Chcia­łam po­wie­dzieć, że nie za­mie­rzam cię mo­le­sto­wać! Po to są ta­kie tek­sty! Mo­żesz czuć się bez­pieczny pod wzglę­dem sek­su­al­nym – do­dała sta­now­czo i zło­wiesz­czo.

Aku­rat pod tym wzglę­dem mógłby na­wet z po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa odro­binę zre­zy­gno­wać, nie żeby coś, ale czuł w jej obec­no­ści ja­kiś taki nie­znany nie­po­kój, który brał za pod­nie­ce­nie.

We­szli. Na wszelki wy­pa­dek usiadł na ta­bo­re­cie z dala od niej. Dziew­czyna po­de­szła do ku­chenki i rzu­ciła w niego czaj­ni­kiem.

Nie, to nie była cała prawda, ni­czym nie rzu­cała, po pro­stu wzięła czaj­nik, chciała na­lać wody, ale wzięła ten czaj­nik ru­chem tak za­ma­szy­stym, że Kuba, prze­ra­żony tym, co do­tych­czas u niej prze­żył, chcąc unik­nąć ob­ra­żeń, gib­nął się na ta­bo­re­cie w tył tak bar­dzo, że zle­ciał i ude­rzył głową w ścianę.

Dziew­czyna była nie­bez­pieczna.

Po dwóch go­dzi­nach na SOR-ze i za­ło­że­niu pro­fi­lak­tycz­nego usztyw­nie­nia po­że­gnali się przed furtką jego domu. Za nic w świe­cie nie chciał wejść do niej na her­batę, kawę, piwo ani wino, choć ku­siła.

Z opa­trun­kiem na sto­pie, barku, oku i z koł­nie­rzem or­to­pe­dycz­nym wy­glą­dał jak ofiara na­padu albo wy­bu­chu. W szpi­talu mu­siał jesz­cze się tłu­ma­czyć, że ona nie jest jego part­nerką i wcale go nie mal­tre­tuje. Nikt mu nie chciał wie­rzyć.

Po­sta­no­wił, że jego noga ni­gdy wię­cej nie po­sta­nie u niej w domu i że bę­dzie ją omi­jał sze­ro­kim łu­kiem.

Są jed­nak rze­czy na świe­cie, o któ­rych... – o nie, wcale nie cho­dzi o fi­lo­zo­fów – po pro­stu ta­kie, o któ­rych sa­memu się nie de­cy­duje.

Świat bywa po­krętny, prze­wrotny i nie­prze­wi­dy­walny.

Oraz oczy­wi­ście mor­der­czy, ale to już inna sprawa.

***

Po­wrót z kil­ku­dnio­wych wa­ka­cji u ko­le­żanki w Ir­lan­dii nie za­po­wia­dał się źle, w końcu lot z Du­blina do Wro­cła­wia trwał nie­całe trzy go­dziny. La­tała tak już kilka razy, ale tym ra­zem wszystko było nie tak.

Ja­goda usia­dła na swoim miej­scu przy sa­mym oknie i od razu spo­tkała się z pre­ten­sjami. Miej­sce przy oknie za­wsze jest po­żą­dane, ale rzadko wzbu­dza aż taką agre­sję. Nie­stety, ja­kaś matka z awan­turą za­żą­dała, żeby Ja­goda się prze­sia­dła, bo na jej miej­scu ko­nieczne chciała po­sa­dzić swo­jego bą­belka. Dziew­czyna od­mó­wiła i to był błąd. Nie cho­dzi wcale o szczę­ście dziecka czy grzecz­ność ani na­wet o osła­wioną aser­tyw­ność, ale o to, że sie­dzące w po­bliżu trzy po­cie­chy ob­ra­żo­nej ma­muni, dwoje dzieci z tyłu, a jedno obok Ja­gody, urzą­dziły jej pod­niebną ścieżkę zdro­wia i pie­kło w nie­bio­sach, w końcu sa­mo­lot znaj­do­wał się prze­cież w po­wie­trzu.

I co cie­kawe, dzieci nie ro­biły tego ce­lowo, były na­tu­ral­nie wredne, je­dy­nie matka ce­lowo nie re­ago­wała.

– Pro­szę, niech pani coś po­wie dziecku – po­pro­siła Ja­goda, kiedy dziew­czynka lat trzy ob­rzu­ciła ją wy­zwi­skami w dwóch ję­zy­kach. Fakt, uro­czo se­ple­niąc, ale jed­nak były to wy­zwi­ska.

– Mó­wię – od­po­wie­działa matka, pa­trząc bez­czel­nie w oczy Ja­gody i z za­do­wo­le­niem wró­ciła do prze­glą­da­nia ja­kie­goś ko­lo­ro­wego pi­semka. – Pani mi nie po­mo­gła, to i ja nie za­mie­rzam.

Jej córka wy­krzy­wiła się i po­ka­zała Ja­go­dzie ję­zyk raz i drugi, w końcu wy­wa­liła go tak bar­dzo, że aż zro­biła się zie­lona...

– Ale ona za­raz bę­dzie zwra... – Nie było czasu, by do­koń­czyć.

Ma­mu­nia uśmiech­nęła się z za­do­wo­le­niem.

– Po­rzyga się, to pewne! Tak już ma! Jak pani się boi, to wziąć wo­rek i przy­trzy­mać.

Ja­goda od­waż­nie od­mó­wiła i znów nie miała ra­cji.

Dziew­czynka zwra­cała w bar­dzo ma­low­ni­czy spo­sób: na boki, do przodu, a na­wet w górę.

Dru­gie dziecko, to sie­dzące z tyłu, do­stało ataku fu­rii, bo do­stało za mało ket­chupu do ka­napki, a trze­cie pluło lan­dryn­kami, pod­czas gdy oj­ciec spał obok. Spał, chra­piąc, i to Ja­goda znio­słaby z god­no­ścią, w końcu lu­dzie nie chra­pią ce­lowo, ale on zdjął buty i od­sło­nił wpraw­dzie nie dziu­rawe, ale bar­dzo ra­żące skar­pety, ra­ziły ba­gien­nym ga­zem bo­jo­wym, sta­rym ca­pem, mo­krym chło­pem albo od­wrot­nie, ale smród był po­ra­ża­jący.

– Czy mąż mógłby wło­żyć buty? – za­py­tała sie­dzącą obok matkę dzie­ciom, bo co in­nego mo­gła za­pro­po­no­wać? Ale ta się tylko ob­ra­ziła.

– No wie pani? W bu­tach? Spać? Nogi nie od­po­czy­wają – oświad­czyła. I to był ko­niec.

Aby uspo­koić od­ru­chy wy­miotne, Ja­goda przy­ło­żyła do ust na­wil­żaną chu­s­teczkę za­pa­chową.

Dzięki temu jej i tak nie­per­fek­cyjny ma­ki­jaż stał się jesz­cze bar­dziej nie­per­fek­cyjny, choć zde­cy­do­wa­nie bar­dziej ma­low­ni­czy.

Po­tem zo­stała opluta, ob­lana ket­chu­pem, obrzy­gana po raz ko­lejny oraz okle­jona lan­dryn­kami. To ostat­nie nie­stety wy­szło na jaw do­piero na lot­ni­sku.

Po­tworna po­dróż sa­mo­lo­tem skoń­czyła się po trzech go­dzi­nach, choć Ja­goda czuła, jakby mi­nęło ich ze dwa­dzie­ścia, a ży­cie szy­ko­wało dla niej jesz­cze kilka nie­spo­dzia­nek.

***

Kuba Ru­mo­rek wra­cał z pracy na pie­chotę. Uwiel­biał to. Z za­in­te­re­so­wa­niem przy­glą­dał się są­sia­dom miesz­ka­ją­cym na tej sa­mej ulicy, co on. Miesz­kał tu od nie­dawna, ale ko­chał to miej­sce i ten dom od za­wsze, bo kie­dyś miesz­kała tu jego bab­cia.

Dzięki temu, że se­niorka prze­pro­wa­dziła się do jego ro­dzi­ców, on za­miesz­kał w jej domu i w ten spo­sób zy­skał coś, o czym ma­rzył od dawna – swoje miej­sce na ziemi. Dom był stary, ale nie za­nie­dbany, szary, ale nie kloc­ko­waty, był po­nie­miecki, ale w tym bar­dziej ele­ganc­kim stylu. Miał piękny bal­kon i wspa­niałe okna, wy­so­kie su­fity i cudne po­koje, w tym dwa basz­towe, miał ogród i nie­wielki sad ze sta­rymi drzew­kami owo­co­wymi. Był naj­pięk­niej­szym do­mem na ziemi, na ulicy, na któ­rej stało kilka pra­wie ta­kich sa­mych albo bar­dzo po­dob­nych, i też oczy­wi­ście bar­dzo pięk­nych. Są­sie­dzi byli grzeczni, spo­kojni i na­wet jak ro­bili grilla, nie pusz­czali di­sco polo. Po pro­stu raj na ziemi.

Za­cie­niony, ele­gancki raj wil­lowy przy ulicy Raj­skiej miał na­wet odro­binę ele­ganc­kiego ko­lo­rytu w po­staci fon­tanny z gar­gul­cem. Nie była ona czę­sto włą­czana, gar­gu­lec nie był wła­ści­wie gar­gul­cem, bo prze­cież nie stał na da­chu, ale na po­stu­men­cie, choć cza­sami pluł wodą. Był ka­mien­nym stwo­rem, te­raz ob­ro­śnię­tym dzi­kim wi­nem, albo blusz­czem (nikt tego nie spraw­dzał) i znaj­do­wał się po dru­giej stro­nie uliczki, po­mię­dzy do­mami, po­śród gę­stwiny by­łego parku, a te­raz pra­wie la­sku.

Kuba rzadko się tam za­pusz­czał, choć przy odro­bi­nie wy­siłku fon­tannę mógł zo­ba­czyć z okna, bo jego dom też był w po­ło­wie ulicy, ale wła­ści­wie nie miał po co tam za­glą­dać. Nic się tam nie działo.

Obok domu Kuby miesz­kała ta dziwna dziew­czyna, która tak go ostat­nio uszko­dziła, da­lej dwie sio­stry w śred­nim wieku, za ich do­mem ja­kieś mał­żeń­stwo z dziećmi, chyba na stu­diach, a jesz­cze da­lej star­szy pan, z wy­glądu an­ty­kwa­riusz albo pro­fe­sor. Na końcu uliczki był przy­sta­nek au­to­bu­sowy, co po­zwa­lało nie uży­wać sa­mo­chodu, bo wszę­dzie można było do­je­chać trans­por­tem miej­skim, do tego bez­płat­nym. Po dru­giej stro­nie ulicy też było kilka do­mów, ale prawdę po­wie­dziaw­szy, lu­dzie się tu nie znali. Pa­no­wała tu na­prawdę siel­ska ano­ni­mo­wość.

O dziew­czy­nie z domu obok wie­dział tylko, że ma na imię Ja­goda. Na­zwi­ska nie znał. Jako po­li­cjant mógł to oczy­wi­ście spraw­dzić, ale nie było mu to do ni­czego po­trzebne. Zwłasz­cza że za­mie­rzał uni­kać jej jak ognia.

Od przy­stanku do domu było le­d­wie kil­ka­set me­trów.

Wi­dział, jak lu­dzie krzą­tają się w ogro­dach, jak jedna z sióstr wy­cho­dzi do psz­czół, o czym świad­czył jej strój, po chwili druga bie­gnie za nią, krzy­cząc, żeby wra­cała, bo jest prze­zię­biona, wi­dział, jak mał­żeń­stwo szy­kuje obiad albo ko­la­cję, jak ku­rier dzwoni do star­szego pana i jak ktoś zbiera kasz­tany.

Jako po­li­cjant do­ce­niał fakt, że nikt się z ni­kim nie bił, wy­zwi­ska nie la­tały jak skow­ronki, a wszyst­kie na­rzę­dzia, które lu­dzie mieli w rę­kach, słu­żyły do tego, do czego zo­stały stwo­rzone. Przy­naj­mniej tak mu się wy­da­wało.

Wszedł do domu i po­sta­no­wił coś so­bie ugo­to­wać. Nie był w tym spe­cjal­nie do­bry, ale gło­dem nie przy­mie­rał. Jego ostat­nia dziew­czyna sku­tecz­nie go do mał­żeń­stwa zra­ziła, bo w jej wy­da­niu wy­glą­dało jak obóz gło­dowy o za­ostrzo­nym ry­go­rze. Po­nie­waż ona nie ja­dała pew­nych pro­duk­tów, za­bra­niała ich ja­dać i jemu. A miała bar­dzo re­stryk­cyjne po­glądy. Nie uży­wała cu­kru ani soli, nie ja­dła ni­czego prze­two­rzo­nego, nie uzna­wała glu­tenu i tłusz­czów trans (żad­nych in­nych wła­ści­wie też nie, na wszelki wy­pa­dek), była we­ganką i uni­kała wę­glo­wo­da­nów. A co za tym idzie – on cho­dził głodny. Po­twor­nie głodny. Wy­chudł na wiór i gdyby nie sto­łówka i po­bli­skie bary, umarłby z głodu. Ode­szła, oskar­ża­jąc go o zdradę, kiedy przy­ła­pała go w ba­rze z ke­ba­bem. Była chyba je­dyną ko­bietą zdra­dzoną nie z inną ko­bietą, a z bułą wy­peł­nioną mię­sem.

Te­raz szedł do piw­nicy, gdzie spo­dzie­wał się zna­leźć kilka sło­ików ma­ry­no­wa­nej dyni, któ­rymi tak hoj­nie ob­da­ro­wy­wała go mama, oraz stare sło­iki, które obie­cał jej od­dać, żeby miała w co we­ko­wać nowe za­pasy.

***

Oszo­ło­miona gwa­rem lot­ni­ska Ja­goda nie zwra­cała uwagi na to, jak wy­gląda, ale inni ro­bili to za nią. Wzbu­dziła ogólne za­in­te­re­so­wa­nie. W ta­kim miej­scu jak lot­ni­sko za­in­te­re­so­wa­nie nie po­płaca, o ile nie jest się sławną pio­sen­karką. Ona nie była.

Po­drep­tała do ta­śmy ba­ga­żo­wej, za­brała wa­lizkę i po­de­szła do okienka. Nie spo­dzie­wała się kon­troli. W końcu czę­sto la­tała i ja­koś nikt ni­gdy jej spe­cjal­nie nie kon­tro­lo­wał.

Jed­nak ja­kiś cel­nik, a wła­ści­wie i cel­nik, i cel­niczka, co źle wró­żyło, po­pro­sili ją na bok. No i się za­częło. Pasz­port, wa­lizka, to­rebka... Po­tem za­częli jej za­da­wać prze­różne, po­dobno stan­dar­dowe py­ta­nia:

– Czy sama pani pa­ko­wała wa­lizkę?

– Tak – opo­wie­działa ma­chi­nal­nie Ja­goda.

– Czy wie­zie pani coś nie­do­zwo­lo­nego?

– Nie.

– Czyli wie pani do­kład­nie, co pani tam ma?

Od­sta­wili jej wa­lizkę na bok i za­częli ją oglą­dać, tro­chę się nad nią ko­tłu­jąc, jakby kryła w so­bie nie­prze­brane za­soby kon­tra­bandy.

– Oczy­wi­ście, że tak, no chyba że... Ale nie. Ko­le­żanka mo­gła... Nie, no nie mo­gła. Nie, nie. Nic... – Jej nie­zde­cy­do­wa­nie po­le­gało na tym, że nie była pewna, czy ko­le­żanka nie wci­snęła jej ja­kie­goś pre­zentu, i wtedy nie wie­dzia­łaby do­kład­nie, co tam ma, choć ko­le­żanka nie była kre­tynką i nie wci­snę­łaby jej ni­czego nie­do­zwo­lo­nego.

Ja­goda lu­biła być do­kładna. Nie­stety cel­nicy też.

– Bo wi­dzi pani, coś jed­nak jest nie tak. Czy mo­gła pani za­brać coś nie­chcący?

Nie­chcący to w tej sy­tu­acji strasz­nie dziwne okre­śle­nie, zwłasz­cza że Ja­goda nie była wa­riatką z za­ni­kami pa­mięci.

To py­ta­nie ją za­sko­czyło. Nie była klep­to­manką, a tylko wtedy mo­głaby za­brać coś nie­chcący. I co? Co to mo­gło być ta­kiego, że za­in­te­re­so­wało cel­ni­ków?

– Nie, no co pan, nie­chcący? Nie wkła­dam ni­czego nie­chcący, no chyba że samo by mi wla­zło! – Ro­ze­śmiała się dość swo­bod­nie po czym za­marła w prze­ra­że­niu.

Strasz­liwa myśl po­ra­ziła ją swoją po­tworną oczy­wi­sto­ścią. Ko­le­żanka miała kota. Kot! Rudy ko­cur o imie­niu Mrau­czuś. Uwiel­biał wa­lizki, wszyst­kie, jak leci, więc może i jej wa­lizkę.

– O Boże, tylko nie to! – jęk­nęła bar­dziej do sie­bie niż do cel­ni­ków, ale to oni za­re­ago­wali za­chwy­tem.

Mo­gła nie­chcący po­rwać kota! Ale dla­czego nie miau­czał? Bo nie miau­czał. Koty są prze­cież sprytne, wal­czą o wol­ność, a ten nie? Bo... Strasz­liwa wi­zja kota w wa­lizce, za­du­szo­nego, przy­gnie­cio­nego, a na­wet za­mar­z­nię­tego w luku ba­ga­żo­wym spra­wiła, że wrza­snęła na cały głos:

– Je­zus Ma­ria, kot?! Cho­dzi wam o kota? O Boże! Za­bi­łam kota! Boże ko­chany, i co ja te­raz zro­bię! On tam jest?! Mar­twy?! Mrau­czuś?! – Wrzask, który się z niej wy­rwał, był tak gło­śny, że zwró­ciło na nią uwagę pół sali przy­lo­tów.

Cel­nik spoj­rzał na nią prze­ra­żony.

– Czy do­brze sły­szę? Wie­zie pani mar­twego kota? – za­czął z o wiele więk­szym za­an­ga­żo­wa­niem prze­glą­dać za­war­tość wa­lizki. Ręce mu się trzę­sły. – Wie pani, że to jest za­ka­zane? Ma pani ksią­żeczkę szcze­pień? Czy kot był chory za­kaź­nie?

Wszy­scy po­pa­trzyli na Ja­godę, jakby była Han­ni­ba­lem Lec­te­rem, który wła­śnie zjadł kota, a jego ogon jesz­cze merda mu około ust w śmier­tel­nych po­dry­gach.

– Nie! Nie prze­wożę zwłok, to zna­czy nie prze­wo­zi­łam!

– To co się stało?! – pi­snęła cel­niczka, ni­czego nie ro­zu­mie­jąc.

– Mógł być żywy, ale je­żeli jest mar­twy, to go za­biło! W sa­mo­lo­cie!

Trzy osoby w hali przy­lo­tów ze­mdlały.

– Mor­der­czyni! – wrza­snęła ja­kaś na­sto­latka. – Szkoda jej było na bi­let dla kota!

– Nie, wcale nie! To nie jest mój kot.

– I jesz­cze po­ry­waczka! – Pisk ze strony wiel­bi­cieli ko­tów nie wró­żył nic do­brego.

– Trzeba to prze­świe­tlić – stwier­dził cel­nik i po­ka­zał coś cel­niczce. – Je­żeli ma zwłoki kota, może mieć coś gor­szego! Lu­dzie są nie­obli­czalni, trzeba za­wia­do­mić służby – oświad­czył. – Prze­cież ten kot mógł być chory. Czy koty mają wście­kli­znę?! – za­wo­łał, po czym zwró­cił się bez­po­śred­nio do Ja­gody:

– Czy kot był chory za­kaź­nie? – po­wtó­rzył py­ta­nie, ale jego twarz zdra­dzała prze­ra­że­nie.

– Wcale nie był chory! – Ja­goda nie umiała im wy­tłu­ma­czyć, że ten kot to może być kot Schrödin­gera, tyle że mar­twy.

– To dla­czego jest mar­twy i gdzie go pani scho­wała?!

Cel­niczka za­częła ma­cać górną część wa­lizki.

– Szu­ka­cie kota pod pod­szewką? – Ja­goda szcze­rze się zdzi­wiła.

Cel­niczka po­pa­trzyła na Ja­godę bar­dzo nie­za­do­wo­lona. Obe­szła ją do­okoła, po­pa­trzyła na nogi, po­tem jesz­cze raz obe­szła i sta­nęła z tyłu, za dziew­czyną.

– Czy ze­chcia­łaby pani zdjąć pe­rukę? – za­pro­po­no­wała jej gło­sem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu.

– Nie mam pe­ruki! – jęk­nęła dziew­czyna. – To moje włosy! Wła­sne! Marne, bo marne, ale wła­sne!

– A te kulki z tyłu? – Cel­niczka unio­sła brwi, wy­ra­ża­jąc spore zdzi­wie­nie. – Te dziwne dyn­da­jące kap­sułki?

– Ja­kie kulki? Ja­kie kap­sułki? – Ja­goda chciała się od­wró­cić i majt­nęła wło­sami tak, że po­czuła ude­rze­nie. Rze­czy­wi­ście, coś dyn­dało jej z tyłu wło­sów.

Za­częła maj­tać tak in­ten­syw­nie, że do­stała le­pią­cym i twar­dym cu­kier­kiem pro­sto w oko.

Przy­kle­jone do fry­zury lan­drynki zdjęto za po­mocą spe­cjal­nych szczy­piec, no­życ i rę­ka­wic, jakby były ra­dio­ak­tywne. Prze­ba­dano je. Nie za­wie­rały nar­ko­ty­ków.

Za to wa­lizka za­wie­rała coś nie­zwy­kłego.

– Jest tu ja­kaś blaszka i coś pod nią jest scho­wane. To może być to­rebka z ja­kimś prosz­kiem. Czy prze­wozi pani nar­ko­tyki? Je­żeli tak, to pora się przy­znać, bo i tak się do­wiemy – za­su­ge­ro­wała cel­niczka.

– A może to pro­chy tego kota, któ­rego pani skre­mo­wała?! – za­py­tał cel­nik.

– Nie kre­mo­wa­łam żad­nego kota! – od­po­wie­działa Ja­goda, do­syć już prze­stra­szona.

– Aha, czyli to nar­ko­tyki! – Funk­cjo­na­riuszka się ucie­szyła.

Ja­goda usia­dła i prze­stała się w ogóle od­zy­wać.

Cel­nicy roz­be­be­szyli wa­lizkę, je­dyną pa­miątkę, jaka jej zo­stała po ojcu.

Nie, że cenną, po pro­stu je­dyną. Nie przy­wią­zy­wała do niej spe­cjal­nie wiel­kiej wagi, ale za­sta­na­wiała się, jak ona te­raz z roz­wa­loną wa­lizką do­je­dzie do domu.

Li­czyła, że jed­nak jej nie aresz­tują, ale nie miała też cał­ko­wi­tej pew­no­ści. Wa­lizka była ojca, to coś pew­nie też, oj­ciec miał swoje za uszami, co prawda zmarł rok temu, ale więk­szość ży­cia spę­dził w wię­zie­niu.

Po dwóch go­dzi­nach szar­pa­niny z wa­lizką i nie­ist­nie­ją­cym w niej ko­tem, lan­dryn­kami i wszel­kimi in­nymi rze­czami wy­szła z sali przy­lo­tów i sta­nęła przed wy­stawą skle­pową. W pierw­szym od­ru­chu chciała ucie­kać, bo zo­ba­czyła za sobą od­bi­cie ja­kiejś klau­nicy, która usi­ło­wała się do niej smutno uśmiech­nąć. Do­piero w chwilę po­tem zro­zu­miała, że ta ob­darta, na­stro­szona i do­słow­nie uma­zana spły­wa­ją­cym ma­ki­ja­żem osoba w szy­bie to ona sama.

Wsia­dła do au­to­busu, po­tem do tak­sówki, po­tem znów do au­to­busu. Kiedy z przy­stanku do­tarła wresz­cie przed swój dom, była pewna, że w końcu od­pocz­nie.

***

Grze­ba­nie w sto­sach sło­ików spra­wiało mu sporo kło­potu, bo ni­czego nie se­gre­go­wał. Dla­tego te­raz mu­siał w tych pu­dłach nur­ko­wać przy brzęku szkła i szcze­rych po­sta­no­wień, że ni­gdy wię­cej, że od te­raz bę­dzie dzie­lił na trzy pu­dła, że się wresz­cie na­uczy. Po­sta­no­wie­nia były szczere i po­ja­wiły się nie pierw­szy raz, ale le­ni­stwo za­wsze wy­gry­wało.

Za­nu­rzony po uszy w szkla­nych do­brach usły­szał krzyk i tu­pot. Naj­pierw na ścieżce, po­tem ja­koś tak o wiele bli­żej, żeby nie po­wie­dzieć: aż za bli­sko. O wiele za bli­sko, a trzask za­my­ka­nych drzwi wy­dał mu się aż za bar­dzo zna­jomy. Dałby so­bie głowę uciąć, że to były jego drzwi.

***

Droga od przy­stanku do domu była pro­sta i po­ko­na­nie jej z wa­lizką nie na­strę­czało trud­no­ści. Ja­goda szła, cią­gnąc za sobą po­twora na kół­kach, który był nieco na­ru­szony po tym, jak cel­nicy od­kryli w jed­nej ze ścia­nek skrytkę i bez­tro­sko ją wy­be­be­szyli, żeby zna­leźć w niej kartkę, na któ­rej nie było nic istot­nego.

Nie za­wie­rała prze­pisu na bombę, pla­nów ataku na par­ko­mat ani nu­meru ja­kie­go­kol­wiek konta ban­ko­wego, nic z tych rze­czy, tylko ka­wa­łek re­frenu ja­kiejś pio­senki Gol­ców, i to prze­pi­sany nie­zbyt do­kład­nie, o czym Ja­goda prze­ko­nała się już na pierw­szy rzut oka. Kiedy jej od­dali kartkę, we­tknęła ją do pasz­portu i ode­szła po­śpiesz­nie, żeby nie przy­cze­pili się do cze­goś in­nego.

Gdy Ja­goda do­tarła już do po­łowy drogi pro­wa­dzą­cej od przy­stanku do domu, wy­grze­bała z to­rebki klu­cze i za­mie­rzała jak naj­szyb­ciej wpaść do kuchni, na­pić się cze­goś moc­niej­szego i ja­koś od­re­ago­wać ten kosz­mar. Coś jed­nak ją za­nie­po­ko­iło. Z da­leka zo­ba­czyła świa­tło pa­lące się w sa­lo­nie jej wła­snego domu.

Miesz­kała sama. Mo­gła oczy­wi­ście za­po­mnieć je zga­sić przed wy­jaz­dem, ale po­ru­sza­jące się cie­nie wska­zy­wały na czy­jąś obec­ność. Po­tem, kiedy była bli­żej, ktoś na­gle za­czął biec. Nie wia­domo, skąd się wziął, bo nie wy­biegł z jej domu, ale jed­nak się prze­stra­szyła. Wpa­dła w pa­nikę. Nie wie­działa, co zro­bić, nie miała gdzie się ukryć. Zo­ba­czyła, że w domu obok pali się świa­tło. Oby tylko fa­cet miał otwarte drzwi. Miał. Wbie­gła do środka. Nie była pewna, czy zdoła się ukryć, bo ten, kto ją go­nił, mógł zro­bić to, co ona, czyli wbiec za nią do tego domu. W po­ło­wie scho­dów po­rzu­ciła wa­lizę i ru­szyła do po­koju, który oka­zał się czymś w ro­dzaju po­koju dzien­nego. I była tam spora szafa.

Bez za­sta­no­wie­nia otwo­rzyła ją i wtło­czyła się do środka, cała, z bu­tami, po czym za­trza­snęła drzwi. Cie­kawa była, czy to coś da. I czy nie utknie w tej sza­fie na do­bre. Wi­zja jej za­su­szo­nych, zmu­mi­fi­ko­wa­nych i nad­gry­zio­nych przez my­szy zwłok od­na­le­zio­nych przez pra­wnuczkę obec­nego wła­ści­ciela, który jesz­cze na­wet żony nie miał, spra­wiła, że ska­mie­niała z prze­ra­że­nia. A na do­da­tek na­krę­cała się jesz­cze bar­dziej i bar­dziej, to­też to, co była w sta­nie so­bie wy­obra­zić, prze­ra­stało z pew­no­ścią wy­obraź­nię twór­ców hor­ro­rów. I to tych zde­cy­do­wa­nie zdol­nych.

***

Kuba przez chwilę na­słu­chi­wał. Wresz­cie stwier­dził, że ten ha­łas to chyba nic po­waż­nego. Wes­tchnął i po­my­ślał, że to był wiatr.

– „To tylko wiatr...” – za­nu­cił ulu­bioną pio­senkę babci, skar­cił się w du­chu za sen­ty­men­ta­lizm i zde­cy­do­wał się wyjść z piw­nicy, żeby spraw­dzić, czy to rze­czy­wi­ście był tylko wiatr.

Jako że wiatr rzadko miewa przy so­bie wa­lizki, stwier­dził, że jed­nak nie. W po­ło­wie scho­dów le­żała tro­chę nad­pruta wa­lizka, ale ni­kogo, kto mógłby być jej wła­ści­cie­lem, w po­bliżu nie za­uwa­żył.

Był uzbro­jony je­dy­nie w dwie re­kla­mówki sło­ików, ale stwier­dził, że nie­bez­pieczni wła­my­wa­cze ra­czej wy­no­szą rze­czy z domu, niż je ze sobą przy­no­szą, więc po­szedł do góry, po błot­nych śla­dach, by spraw­dzić co, jak i dla­czego. Ślady pro­wa­dziły do szafy.

Nie­miłe sko­ja­rze­nie z szafą są­siadki, która pra­wie go za­ka­to­wała, na chwilę opa­no­wało jego my­śli, ale od­pę­dził je mach­nię­ciem ręki. Ow­szem, dziew­czyna z są­sied­niego domu miała coś wspól­nego z szafą, ale prze­cież to nie zna­czyło, że każdy taki me­bel po­wi­nien się ko­ja­rzyć aku­rat z tą dziew­czyną.

Pod­szedł do szafy i otwo­rzył ją na oścież. W środku, sku­lona i prze­ra­żona, sie­działa są­siadka.

– O, jak miło – jęk­nął sar­ka­stycz­nie. – Co ty tu, do cho­lery, ro­bisz? – za­py­tał nie­zbyt przy­jaź­nie, bo z za­sko­cze­nia pra­wie ode­brało mu mowę. – Po­sze­dłem tylko do piw­nicy przy­nieść dy­nię, a ty mi tu wpa­ro­wa­łaś do szafy? I za­gnieź­dzi­łaś się? Tak bez uprze­dze­nia? Jak ja­kaś szczu­rzyca?

Ja­goda przez se­kundę czy dwie za­sta­na­wiała się, jak mo­głaby go uprze­dzić o chęci za­gnież­dże­nia się w sza­fie i co by na to po­wie­dział, czuła jed­nak, że za­nim by się z nim do­ga­dała, ten, kto ją go­nił, do­padłby ją jak nic. Nie mó­wiąc już o tym, że prze­cież usły­szałby, o czym z nim roz­ma­wia.

– Po­sze­dłeś po dy­nię – burk­nęła. – Nie ro­zu­miem? Jesz­cze rano był wrze­sień, a u cie­bie li­sto­pad?

– Ma­ry­no­waną – burk­nął. – Do obiadu! No, nie kom­bi­nuj, tylko mów, co tu ro­bisz!

– Ktoś mnie go­nił – wy­sa­pała z tru­dem dziew­czyna, bo jej po­zy­cja była nie­zbyt wy­godna. Ko­lana nie dość, że uci­skały cycki, to jesz­cze znaj­do­wały się pod brodą.

– I scho­wa­łaś się do mo­jej szafy? No cud­nie. Dla­czego nie do swo­jej?

– De­bil! – wark­nęła nie­zbyt przy­jaź­nie. – Ktoś był u mnie w domu! Na pewno wła­my­wacz. Prze­stra­szy­łam się. Wra­ca­łam z lot­ni­ska...

Wła­my­wa­cze są oczy­wi­ście wszę­dzie, ale tu­taj, na ulicy Raj­skiej, ja­koś ich nie było, wła­ści­wie nie dla­tego, że tę dziel­nicę omi­jali, ale miesz­kali tu w więk­szo­ści starsi lu­dzie, a star­szych lu­dzi okrada się zu­peł­nie ina­czej. Nie ma sensu się do nich wła­my­wać. Na wnuczka, na pro­ku­ra­tora, na po­li­cjanta – tak, to na­wet działa, ale nikt się do nich nie wła­muje, bo ni­czego nie mają. Więk­sze pie­nią­dze trzy­mają ra­czej w banku, a no­wo­cze­snych kom­pu­te­rów, te­le­wi­zo­rów i te­le­fo­nów u nich nie uświad­czysz, na­wet ter­mo­mik­sów nie mają, bo po­tra­fią go­to­wać, więc wła­ma­nia są zde­cy­do­wa­nie nie­opła­calne.

Choć oczy­wi­ście Ja­goda sta­ruszką nie była, ale dziel­nica to dziel­nica. Można po­wie­dzieć, że wy­ją­tek od re­guły też działa, no i rze­czy­wi­ście ona też nie miała ter­mo­miksa. Nie dla­tego jed­nak, że umiała go­to­wać, ra­czej z po­wodu bra­ków fi­nan­so­wych. Ter­mo­miksy do ta­nich nie na­leżą.

– Po­mo­żesz mi wyjść? – za­py­tała płacz­li­wie, wy­cią­ga­jąc ku niemu rękę.

– Nie ma mowy, znowu mi zro­bisz coś pa­skud­nego, mu­sia­łem wziąć trzy ty­go­dnie zwol­nie­nia po na­szym ostat­nim spo­tka­niu, wy­łaź sama! – wark­nął Kuba. Do­sko­nale wie­dział, czym ona pach­nie.

Rze­czy­wi­ście, bał się in­te­rak­cji. To, co ostat­nio prze­żył, było bar­dzo nie­przy­jemne.

Dziew­czyna ja­koś wy­sta­wiła nogi z szafy. Wyj­ście z niej było utrud­nione, bo szafa miała coś w ro­dzaju progu i dziew­czyna sie­działa tro­chę w głębi.

Kuba się zli­to­wał. Po­dał jej rękę. Po­cią­gnął, ona się ja­koś na tej jego ręce za­parła i też po­cią­gnęła.

– Dość! – wrza­snął, kiedy wy­lą­do­wał głową w sza­fie. Wy­łaź, ka­ta­strofo! Sama!

W końcu jej się to udało. Kiedy wy­szła z szafy, le­d­wie trzy­mała się na no­gach i była bar­dzo prze­ra­żona, czuł, że tylko dzięki temu kon­takt z nią nie spo­wo­do­wał więk­szych ob­ra­żeń. Przyj­rzał się dziew­czy­nie ze zgrozą.

– Jak ty wy­glą­dasz? – za­py­tał za­szo­ko­wany. – Co ci się stało?!

– Nie chcesz wie­dzieć – wes­tchnęła i mach­nęła ręką. – Mnie bar­dziej mar­twi ten ktoś w domu, no i ten, kto mnie go­nił.

– A je­steś pewna, że go­nił?

– No wiesz, tu­pot, dy­sze­nie i „za­biję cię, ty krowo” chyba o czymś świad­czy? – za­py­tała, krzy­wiąc się zło­śli­wie.

– No tak – przy­znał jej ra­cję. – A nie wiesz, kto to był?

– Co ty?! Spie­prza­łam jak dzika! Na­wet się nie oglą­da­łam.

– Szkoda, gdyby cię zo­ba­czył, na pewno by uciekł! – stwier­dził Kuba nie bez sa­tys­fak­cji. – Ale jak chcesz, to pójdę z tobą do domu i zo­ba­czymy, co się stało. I czy w ogóle co­kol­wiek się stało.

Nie wie­rzył w jej opo­wieść. Po­tra­fiła wy­wo­ły­wać ka­ta­strofy, a to mo­gło być coś po­dob­nego. Ja­kiś błysk w szy­bie, ja­kieś mru­cze­nie kota, ja­kiś trze­pot ptaka, a ona zro­biła z tego wła­ma­nie i groźby ka­ralne. Mo­gła. Zda­niem Kuby była do tego zdolna.

– Dzięki. Su­per. Sama bym nie dała rady, a coś stało się na pewno, wi­dzia­łam! – upie­rała się.

– Wiesz, to na pewno tylko ja­kieś przy­wi­dze­nie – wes­tchnął. – Lu­dzie te­raz są bar­dzo draż­liwi, wy­obraź­nia na­kręca się, czym się da, i wiesz... Może to wcale nie było świa­tło, a od­blask? Może ru­szały się tylko ko­nary? Może wszystko so­bie tylko wy­obra­zi­łaś?

– Od­blask czego? La­tarni? Bo nic in­nego nie świe­ciło, a to, co mnie go­niło? Też so­bie wy­obra­zi­łam?

– No to może ktoś biegł za swoim psem? – Kuba nie do końca był prze­ko­nany.

Ja­goda po­pa­trzyła na niego ostrym wy­trzesz­czem.

– I krzy­czał: „Za­biję cię, ty krowo” do psa?

– Może to była suka?

Ja­goda była zła, po­sta­no­wiła więc za­brać po dro­dze wa­lizkę, ale Kuba jej od­ra­dził.

– Przy­niosę ją po­tem. Te­raz chodźmy i zo­ba­czymy, co tam się stało.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki