Violetta Villas - Iwona Kienzler - ebook

Violetta Villas ebook

Kienzler Iwona

0,0
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

"Violetta Villas. Baśń bez happy endu" to opowieść o jednej z najbarwniejszych i najbardziej tragicznych postaci polskiej sceny muzycznej. Violetta Villas, uznawana za wielki, choć zmarnowany talent, zachwycała świat swoim fenomenalnym głosem i niepowtarzalnym stylem. Jednak jej życie, pełne blasków i cieni, przypominało smutną baśń, w której zabrakło szczęśliwego zakończenia. Villas zmagała się z samotnością, trudnościami w życiu osobistym oraz presją oczekiwań, zarówno ze strony fanów, jak i władz. Książka ukazuje artystkę w całej jej złożoności – gwiazdę sceny, ale także kobietę pełną sprzeczności, która, mimo talentu, nigdy nie zdołała spełnić swoich marzeń o miłości i szczęściu.

„Inaczej rozłożyłabym akcenty w swoim życiu. Nie marnowałabym cennego czasu na niepotrzebne, czcze rozmowy, zbędne spotkania, życie między płytkimi, pustymi, a jednocześnie mocno zadufanymi w sobie ludźmi. Żeby śpiewać – musiałam zaistnieć w różnych kontaktach międzyludzkich, w rozmaitych środowiskach. Strwoniłam wiele czasu na bzdury i to dziś boli najbardziej”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 269

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wstęp

Sły­nący z nie­zwy­kłej eru­dy­cji, wie­dzy i nie­by­wale dosad­nych, ale także bar­dzo traf­nych komen­ta­rzy Jerzy Wal­dorff powie­dział kie­dyś, że Vio­letta Vil­las to naj­więk­szy, a jed­no­cze­śnie naj­bar­dziej zmar­no­wany talent, jaki mie­li­śmy po dru­giej woj­nie świa­to­wej. I nie­stety miał rację. Rację mają też ci, któ­rzy widzą w życiu artystki urze­czy­wist­nie­nie baśni o Kop­ciuszku, acz­kol­wiek jest to bar­dzo smutna baśń, w któ­rej zabra­kło zako­cha­nego bez pamięci kró­le­wi­cza, dobrych wró­żek, miło­ści aż po grób, a przede wszyst­kim – szczę­śli­wego zakoń­cze­nia. A prze­cież ta nie­sa­mo­wit artystka, o któ­rej talen­cie mówiono, że jest „nie­zwy­kły”, to „biały kruk woka­li­styki świa­to­wej”, a jej feno­me­nalny głos, w naj­lep­szym okre­sie prze­kra­cza­jący cztery i pół oktawy, słusz­nie okre­ślano gło­sem „ery ato­mo­wej”, mogła mieć u stóp cały świat, śpie­wać na naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych sce­nach. Zwłasz­cza że wobec jej nie­ba­nal­nej urody i nie­za­prze­czal­nego sek­sa­pilu żaden męż­czy­zna nie mógł pozo­stać obo­jętny.

Tak się nie­szczę­śli­wie zło­żyło dla Vil­las, a wła­ści­wie dla Cze­sławy Gospo­da­rek, bo wła­śnie tak brzmiało praw­dziwe imię i nazwi­sko woka­listki, o któ­rej losach opo­wiada ta publi­ka­cja, że żyła w nie­wła­ści­wym miej­scu i cza­sie. Bo cho­ciaż przy­szła na świat w Bel­gii, to za sprawą rodzi­ców wycho­wy­wała się i dora­stała w Pol­sce, a jej kariera zaczęła się w latach sześć­dzie­sią­tych, kiedy w sier­mięż­nym PRL-u dopiero rodził się nasz rodzimy show-biz­nes, będący kary­ka­tu­ralną formą swo­jego zachod­nio­eu­ro­pej­skiego odpo­wied­nika. Mar­no­wa­nie talen­tów, zawiść i zaścian­ko­wość to była codzien­ność, z którą musiała się mie­rzyć skromna, nie­pewna sie­bie, ale obda­rzona wspa­nia­łym gło­sem i talen­tem, jak rów­nież spek­ta­ku­larną urodą, młoda dziew­czyna z Lewina Kłodz­kiego, sama bez niczy­jej pomocy kreu­jąca, mniej lub bar­dziej umie­jęt­nie, swoją karierę. Trzeba przy­znać, że w sumie i tak miała wiele szczę­ścia, bo sto­sun­kowo szybko udało jej się zaist­nieć w pary­skiej Olym­pii, a potem wyje­chać do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, gdzie potra­fiono wyko­rzy­stać jej talent znacz­nie lepiej niż nad Wisłą. Ale suk­ces, bo występy przed ame­ry­kań­ską publicz­no­ścią w Las Vegas, która prze­cież widziała i sły­szała nie­jedną uta­len­to­waną woka­listkę, trzeba uznać za suk­ces, miał swoją cenę. Vio­letta wpraw­dzie nauczyła się tam, jak być gwiazdą z praw­dziwego zda­rze­nia, ale jed­no­cze­śnie uza­leż­niła się od nar­ko­ty­ków, któ­rymi, wzo­rem swo­ich kole­gów i kole­ża­nek z branży, leczyła swoje lęki, zmę­cze­nie, a przede wszyst­kim tęsk­notę za kra­jem i bli­skimi, także za synem, któ­remu ni­gdy nie potra­fiła dać tyle macie­rzyń­skiej miło­ści, ile powinna.

Do Pol­ski wró­ciła odmie­niona, oto­czona legendą o zaro­bio­nej w Sta­nach for­tu­nie, w czym było sporo prze­sady, z jesz­cze więk­szą burzą wło­sów i pod­ra­so­wana zabie­gami medy­cyny este­tycz­nej, któ­rym tam się pod­dała. Zmie­nił się też jej sce­niczny image: na kon­cer­tach uwo­dziła publicz­ność nie tylko śpie­wem, dawała też nie­zwy­kły show w iście ame­ry­kań­skim stylu: ubrana w olśnie­wa­jące kre­acje, pod­czas wyko­ny­wa­nia swo­jego sztan­da­ro­wego szla­gieru Oczy czarne zrzu­cała na sce­nie pan­to­felki. Była jak wspa­niały raj­ski ptak, który przy­pad­kiem wpadł w stado pospo­li­tych wró­bli, i zupeł­nie nie przy­sta­wała do socja­li­stycz­nej rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej żyła reszta spo­łe­czeń­stwa. Ta „inność”, barw­ność i nie­sza­blo­no­wość była jej naj­więk­szą wadą, to wła­śnie z tego powodu wylano na nią morze hejtu i kry­tyki. W owych cza­sach każdy, kto nie mie­ścił się w obo­wią­zu­ją­cej sztam­pie, na sce­nie i poza nią, wzbu­dzał agre­sję. A Vil­las z upo­rem god­nym lep­szej sprawy usi­ło­wała prze­ko­nać Pola­ków nie tyle do ame­ry­kań­skiego stylu życia, ile do ame­ry­kań­skiej roz­rywki, a to było nie­zgodne z wytycz­nymi par­tii, „wio­dą­cej siły narodu”.

Artystki nie lubiły ówcze­sne wła­dze, bo nie wie­działy, jak ją wyko­rzy­stać, nie mogła śpie­wać na kon­cer­tach z oka­zji Święta Pracy czy Naro­do­wego Święta Odro­dze­nia Pol­ski, nie­zbyt paso­wała także do wystę­pów w hucz­nie obcho­dzo­nym Dniu Gór­nika czy Hut­nika. Nie kochali jej też kry­tycy, widząc w niej uoso­bie­nie kiczu. Być może, gdyby wybrała karierę śpie­waczki ope­ro­wej lub ope­ret­ko­wej, jej losy poto­czy­łyby się ina­czej, ale ona zawsze powta­rzała, że swoim śpie­wem chce dawać radość „zwy­czaj­nym” ludziom, takim, któ­rzy ni­gdy nie byli w ope­rze i któ­rym nazwi­ska Puc­cini, Wagner czy Verdi nie­wiele mówiły. I kon­se­kwent­nie reali­zo­wała swój cel, a publicz­ność odpła­cała jej praw­dzi­wym uwiel­bie­niem.

Wpraw­dzie jej talent sam się bro­nił, ale ni­gdy nie zro­biła kariery na miarę swo­ich moż­li­wo­ści, i to nie tylko dla­tego, że nad Wisłą nikt nie miał na nią pomy­słu ani że nie miała impre­sa­ria czy mene­dżera z praw­dzi­wego zda­rze­nia. Z pew­no­ścią gdyby uro­dziła się pod inną sze­ro­ko­ścią geo­gra­ficzną albo w innym cza­sie, zna­leź­liby się fachowcy, któ­rzy umie­liby nią pokie­ro­wać i znacz­nie lepiej wyko­rzy­stać jej atuty. Trzeba przy­znać, że i Vil­las nie była bez winy – artystka naiw­nie dawała się wyko­rzy­sty­wać, a jed­no­cze­śnie mar­no­wała szanse, które pod­su­wał jej los.

Praw­dziwą tra­ge­dią Vio­letty Vil­las było pra­gnie­nie miło­ści, temu uczu­ciu było poświę­cone wiele pio­se­nek, które wyko­ny­wała na sce­nie i nagry­wała na pły­tach. Roz­pacz­li­wie pra­gnęła być kochana, ale nie potra­fiła kochać, uniesz­czę­śli­wia­jąc nie tylko swo­ich part­ne­rów, ale także syna. Co wię­cej, nawet swoim uko­cha­nym zwie­rzę­tom, które przy­tu­liła naj­pierw w Mag­da­lence, a potem w Lewi­nie Kłodz­kim, przy­spo­rzyła wię­cej cier­pień niż szczę­ścia, a prze­cież chciała im dać tylko dom i opiekę.

Zmie­rze­nie się z bio­gra­fią tej nie­zwy­kłej artystki, wymy­ka­ją­cej się wszel­kim sche­ma­tom i pró­bom zaszu­flad­ko­wa­nia, nie jest zada­niem łatwym, nie tylko ze względu na „białe plamy” w jej życio­ry­sie, ale przede wszyst­kim dla­tego, że Vil­las kre­owała swoją rze­czy­wi­stość, opo­wia­dała o sobie nie­praw­dziwe histo­rie, kon­fa­bu­lo­wała w wywia­dach, prze­ka­zu­jąc dzien­ni­ka­rzom różne, czę­sto roz­bieżne wer­sje wyda­rzeń ze swo­jego życia, które nie miały nic wspól­nego z rze­czy­wi­sto­ścią. Co wię­cej, była w tym tak prze­ko­nu­jąca, że w końcu sama uwie­rzyła w te histo­rie, mie­sza­jąc fakty z wytwo­rami swo­jej wybu­ja­łej wyobraźni. Dzien­ni­karz muzyczny Boh­dan Gadom­ski nazwał ją nawet „wielką mito­manką”. I wła­śnie dla­tego, pisząc o Vil­las, należy oddzie­lić fakty od two­rzo­nych przez nią kon­fa­bu­la­cji i wymy­ślo­nych histo­ry­jek, a to jest nie­by­wale trudne.

Vio­letta Vil­las w sierp­niu 1961 roku, fot. PAP/Marek Langda

Rozdział 1. Dziewczęce marzenia

1

Dziew­częce marze­nia

Na obczyźnie

Naj­słyn­niej­szy dom w nie­wiel­kim, bo liczą­cym nie­spełna dwa tysiące miesz­kań­ców, Lewi­nie Kłodz­kim, wygląda na pierw­szy rzut oka dość nie­po­zor­nie. I z pew­no­ścią w niczym nie przy­po­mina rezy­den­cji wiel­kiej diwy, gdyż zupeł­nie nie przy­staje do wyobra­żeń o tym, jak mieszka gwiazda sceny, którą nie­wąt­pli­wie była Vio­letta Vil­las, jego wła­ści­cielka i naj­słyn­niej­sza loka­torka. Nie jest oko­lony pięk­nym par­kiem ani nawet zadba­nym ogro­dem ze sta­ran­nie wystrzy­żo­nym traw­ni­kiem, próżno tam też szu­kać basenu z pod­grze­waną wodą czy garażu, w któ­rym stoją luk­su­sowe limu­zyny słyn­nych zagra­nicz­nych marek. Wręcz prze­ciw­nie – dom jest zanie­dbany, na ścia­nach widać cha­rak­te­ry­styczne czarne smugi wszech­obec­nego grzyba. Puste okna, w któ­rych świa­tło poja­wia się spo­ra­dycz­nie przy oka­zji wizyt rodziny zmar­łej gwiazdy, ponuro patrzą w dal. Teren ota­cza­jący dom pora­stają chwa­sty. Dom, w któ­rym nikt nie mieszka, umiera, nisz­czeje, powoli obraca się w ruinę. Wpraw­dzie poja­wiają się infor­ma­cje, jakoby syn Vio­letty pla­no­wał utwo­rzyć w nim muzeum z pamiąt­kami po słyn­nej matce, które zapewne przy­cią­gnę­łoby do sen­nego Lewina tłumy tury­stów, ale na razie nic się w tej spra­wie nie dzieje. Dobrze cho­ciaż, że dom opu­ściła na zawsze Elż­bieta Budzyń­ska, zły duch nie­ży­ją­cej gwiazdy, kobieta, która wiele złego uczy­niła zarówno samej Vil­las, jak i jej naj­bliż­szym.

A prze­cież kie­dyś, przed wie­loma laty, to ponure obec­nie domo­stwo było obro­śnięte różami i tęt­niło życiem, roz­brzmie­wało śmie­chem dzieci, miesz­kała w nim bowiem dość liczna, bo sze­ścio­oso­bowa rodzina Cie­śla­ków: Bole­sław i Janina oraz czwórka ich potom­stwa. Dzi­siaj ucho­dzi­liby za rodzinę wie­lo­dzietną, jed­nak w cza­sach, w któ­rych roz­po­czyna się histo­ria naszej boha­terki, czworo potom­stwa nie było niczym nie­zwy­kłym, zwłasz­cza w śro­do­wi­skach robot­ni­czych, a do takiego wła­śnie nale­żała rodzina Cie­śla­ków. To raczej rodzice jedy­na­ków budzili zdzi­wie­nie, a czę­sto nawet dez­apro­batę.

Vil­las w wywia­dach czę­sto mówiła o Lewi­nie Kłodz­kim jako o swo­jej rodzin­nej miej­sco­wo­ści, jed­nak nie tam się uro­dziła. Przy­szła na świat 10 czerwca 1938 roku w bel­gij­skim mia­steczku Heusy, które obec­nie jest dziel­nicą mia­sta Verviers, poło­żo­nego we wschod­niej Bel­gii w pro­win­cji Liège. Jej matka nie zde­cy­do­wała się na powszechny w owych cza­sach poród domowy, ale swoją naj­młod­szą córeczkę powiła w Cli­ni­que Sainte–Eli­sa­beth, czyli kli­nice św. Elż­biety, pod opieką zakon­nic pro­wa­dzą­cych ten szpi­tal. Nowo naro­dzona dziew­czynka była trze­cim z kolei dziec­kiem Cie­śla­ków, a jed­no­cze­śnie pierw­szym uro­dzo­nym na obczyź­nie – jej star­sze rodzeń­stwo, Wanda i Jerzy, przy­szli na świat w Pol­sce, w Dąbro­wie Gór­ni­czej, odpo­wied­nio w 1931 i 1933 roku.

Córeczka pani Janiny musiała budzić w opie­ku­ją­cych się nowo­rod­kami i położ­ni­cami zakon­ni­cach wyjąt­kowo cie­płe uczu­cia, skoro to wła­śnie one wybrały dla niej imię Vio­letta, pod któ­rym po wielu latach będzie świę­cić triumfy na sce­nie. Zapewne dziew­czynka uro­dziła się już z dość obfitą czu­pryną, skoro po latach wspo­mi­nała, że sio­stry krę­ciły jej loki na czole; musiała to zapewne usły­szeć od matki, bo pamię­tać nie mogła. Jed­nak wybrane przez sio­stry imię, które nadano jej wkrótce na chrzcie świę­tym, nie przy­pa­dło do gustu Bole­sła­wowi, zwo­len­ni­kowi tra­dy­cyj­nych, swoj­skich imion. Kto to widział, żeby córka pol­skiego, bogo­boj­nego gór­nika nosiła takie dziwne imię, pasu­jące raczej do jakiejś hra­biny czy księż­niczki? Dla­tego kiedy reje­stro­wał swoją pocie­chę w urzę­dzie, podał dwa inne, które jego zda­niem znacz­nie bar­dziej nada­wały się dla jego córki: Cze­sława Maria.

Rodzina Cie­śla­ków, podob­nie jak tysiące innych emi­gran­tów z Pol­ski, do Bel­gii tra­fiła za chle­bem. Był to czas, kiedy do pracy w kopal­niach bel­gij­skich spro­wa­dzano robot­ni­ków cudzo­ziem­skich, i to nie tylko z Rzecz­po­spo­li­tej, mie­rzą­cej się z nie­ła­twą sytu­acją pań­stwa, które nie­dawno odzy­skało nie­pod­le­głość, ale także z Włoch, Holan­dii czy Fran­cji. Zapewne ze względu na trudne warunki panu­jące w tam­tej­szych kopal­niach: czę­ste zawa­li­ska i wydo­by­wa­jący się metan, Bel­go­wie jakoś nie palili się do pracy w gór­nic­twie i trzeba było się­gnąć po zagra­niczną siłę robo­czą. Z kolei pol­scy gór­nicy chęt­nie korzy­stali z moż­li­wo­ści emi­gra­cji do Bel­gii, wią­zało się to bowiem ze sta­bilną i z dobrze opła­caną pracą, o co w ówcze­snej Pol­sce łatwo nie było, a tym samym z poprawą bytu rodziny. Emi­granci bowiem od razu po przy­by­ciu na miej­sce doce­lowe mogli liczyć na wła­sne cztery kąty, z reguły nie­wielki domek z ogród­kiem, gdzie z powo­dze­niem mogła pomie­ścić się kil­ku­oso­bowa rodzina. A zarobki były na tyle dobre, że kobiety nie musiały pra­co­wać, reali­zu­jąc wynie­siony z domu model rodziny, w któ­rym matka opie­ko­wała się dziećmi, a ojciec pra­co­wał na ich utrzy­ma­nie. I co waż­niej­sze – nikt nie musiał za bar­dzo liczyć się z gro­szem.

Do Bel­gii za chle­bem w 1934 roku wyemi­gro­wał naj­pierw sam Bole­sław, nie będąc pew­nym, co zasta­nie na miej­scu, a trzy lata póź­niej, kiedy już zdo­łał zapu­ścić korze­nie, ścią­gnął do Bel­gii żonę i dwójkę dzieci. Wkrótce rodzina powięk­szyła się o kolejną dwójkę: Cze­się oraz uro­dzo­nego w 1940 roku Ryszarda. Zarówno Janina, jak i jej naj­star­sze dzieci szybko zaakli­ma­ty­zo­wały się w Heusy, bo w mia­steczku, podob­nie jak w innych miej­sco­wo­ściach bel­gij­skich, gdzie miesz­kali pol­scy emi­granci, śro­do­wi­sko polo­nijne było zżyte i two­rzyło zwartą spo­łecz­ność, któ­rej człon­ko­wie wza­jem­nie się wspie­rali. Dla Czesi i Ryszarda to wła­śnie Heusy było rodzin­nym gniaz­dem, bo Pol­ski nie znali. W rodzin­nym domu Cie­śla­ków mówiono oczy­wi­ście po pol­sku, ale dzieci znały też fran­cu­ski i waloń­ski, a także pod­stawy nie­miec­kiego. Jak głosi rodzinna legenda, Bole­sław pra­co­wał w kopalni z Edwar­dem Gier­kiem i mówiono nawet o jakimś zdję­ciu, na któ­rym sfo­to­gra­fo­wano ich razem. Nie­stety owa foto­gra­fia prze­pa­dła gdzieś w zamę­cie dzie­jów. W rodzin­nym archi­wum Cie­śla­ków zacho­wało się zresztą tylko jedno zdję­cie z okresu ich pobytu w Bel­gii, na któ­rym wid­nieją matka i dwoje naj­star­szych dzieci.

W Bel­gii rodzina Cie­śla­ków prze­trwała wojnę. Los na szczę­ście oszczę­dził im dra­stycz­nych prze­żyć, bo ani Vio­letta, ani jej star­sze rodzeń­stwo i młod­szy brat ni­gdy nie opo­wia­dali o żad­nych dra­ma­tycz­nych wyda­rze­niach w tym okre­sie. Ina­czej niż Adam, syn Edwarda Gierka, który zapa­mię­tał chwile grozy w domo­wej piw­nicy, zmie­nio­nej naprędce przez jego ojca w schron, pod­czas ataku alian­tów na opa­no­wane przez Niem-ców mia­steczko, w któ­rym miesz­kali. Nie­wy­klu­czone jed­nak, że mali Cie­śla­ko­wie po pro­stu nie pamię­tali takich nie­bez­piecz­nych momen­tów, a może z cza­sem sku­tecz­nie wyparli je z pamięci.

Gdy tylko skoń­czyła się wojna, Cie­śla­ko­wie pod­jęli decy­zję o powro­cie do kraju. Nie byli wyjąt­kami, wielu gór­ni­ków, któ­rym w Bel­gii dobrze się wio­dło, zde­cy­do­wało się wra­cać, by w rodzin­nej ziemi zło­żyć swoje kości, cho­ciaż część z nich oba­wiała się komu­ni­zmu i rzą­dów Bie­ruta, zresztą słusz­nie. Tak się jed­nak składa, że wśród gór­ni­ków pol­skich zarówno we Fran­cji, gdzie także byli licz­nie repre­zen­to­wani, jak i w Bel­gii pręż­nie dzia­łały związki zawo­dowe i orga­ni­za­cje o lewi­co­wym, a czę­sto wręcz komu­ni­stycz­nym rodo­wo­dzie. Gór­nicy szcze­gól­nie chęt­nie wstę­po­wali do związ­ków zawo­do­wych. Tym ludziom związki zawo­dowe, nawet te o pro­we­nien­cji komu­ni­stycz­nej, nie koja­rzyły się z niczym złym czy nagan­nym, wręcz prze­ciw­nie: człon­ko­wie tych orga­ni­za­cji mogli liczyć na świad­cze­nia socjalne, pomoc w przy­padku kon­fliktu z pra­co­dawcą czy usu­nię­cia z pracy.

Prze­ję­cie w ojczyź­nie wła­dzy przez komu­ni­stów nie budziło w nich zatem obaw, wręcz prze­ciw­nie: wie­rzyli, że dopiero teraz Pol­ska sta­nie się kra­jem dobro­bytu dla uczci­wie pra­cu­ją­cych ludzi. I wła­śnie ta wiara powo­do­wała, że wra­cali do Pol­ski, a potem bez zastrze­żeń akcep­to­wali zastaną tu rze­czy­wi­stość i wła­dzę, wstę­pu­jąc w sze­regi PPR, a nawet do mili­cji, a ich rodacy, nie bez powodu, uznali ich za zwo­len­ni­ków komu­ni­zmu. A komu­ni­ści w kraju nie próż­no­wali – uru­cho­miono wielką maszynę pro­pa­gan­dową, mamiącą miesz­ka­ją­cych na Zacho­dzie Pola­ków świe­tla­nym obra­zem ojczy­zny, która pod rzą­dami komu­ni­stycz­nymi ofe­ruje godną pracę każ­demu oby­wa­te­lowi. Wielu dało się nabrać na szczytne hasła i obiet­nice.

Pol­ska mło­dzież zaś, zna­jąca Pol­skę jedy­nie z opo­wia­dań rodzi­ców i dziad­ków, myślała tak jak Kry­styna Zadecka, córka pol­skiego gór­nika pra­cu­ją­cego we fran­cu­skich kopal­niach, która wraz z rodzi­cami wró­ciła w 1946 roku do Pol­ski: „Jak mówi przy­sło­wie fran­cu­skie, każdy ma dwie ojczy­zny, swoją i Fran­cję. Moi rodzice przy­je­chali do Fran­cji dwa­dzie­ścia lat temu. To tam mój tato poznał moją mamę, młodą Polkę pra­cu­jącą w rol­nic­twie. […] Kiedy we Fran­cji wybu­chła wojna, mia­łam zale­d­wie dzie­sięć lat. Po trud­nych latach wojny osią­gnę­li­śmy zwy­cię­stwo. […] Pomimo mojego mło­dego wieku wie­dzia­łam, że mam kilka obo­wiąz­ków do wypeł­nie­nia: wspie­rać odbu­dowę mojej znisz­czo­nej ojczy­zny i współ­pra­co­wać z moimi braćmi w kon­struk­cji nowej, demo­kra­tycz­nej Pol­ski”1. Nową, demo­kra­tyczną Pol­skę zapewne chciał także budo­wać Bole­sław Cie­ślak, cho­ciaż ani jego, ani tym bar­dziej Janiny nie można uznać za komu­ni­stów, skoro reli­gia zaj­mo­wała ważne miej­sce w ich życiu, ale z całą pew­no­ścią nie żywili żad­nych obaw co do nowej wła­dzy w ich ojczyź­nie.

Wśród emi­gran­tów osia­dłych w Bel­gii byli jed­nak i tacy, któ­rzy zda­wali sobie sprawę, co ozna­cza prze­ję­cie wła­dzy przez pro­te­go­wa­nych Sta­lina z Bie­ru­tem na czele. Ludzi odno­szą­cych się scep­tycz­nie do poczy­nań nowej wła­dzy nie bra­ko­wało także w oto­cze­niu rodziny przy­szłej gwiazdy. I wła­śnie oni usi­ło­wali im wybić z głowy ich zda­niem nie­zbyt roz­sądny pomysł powrotu. Naj­młod­szy poto­mek Janiny i Bole­sława, zale­d­wie sze­ścio­letni Rysiek, sta­now­czo odmó­wił wyjazdu, a nawet zdo­był się na czynny pro­test, ucie­ka­jąc z domu i ukry­wa­jąc się przez pewien czas w opusz­czo­nej kopalni. I nie­mal udało mu się zostać w Bel­gii, gdyż bez­dzietni zna­jomi Cie­śla­ków zapro­po­no­wali jego adop­cję, aby mógł pozo­stać w kraju, który uwa­żał za ojczy­znę, ale jego rodzice się nie zgo­dzili. Osta­tecz­nie więc Cie­śla­ko­wie nie zmie­nili swego posta­no­wie­nia i mimo wszel­kich ostrze­żeń zde­cy­do­wali się na powrót do Pol­ski.

Co cie­kawe, z usta­leń współ­cze­snych bada­czy wynika, że to głów­nie kobiety opo­wia­dały się za pozo­sta­niem w Bel­gii, w kraju, któ­rym dał im przed laty schro­nie­nie i pracę, zapew­nia­jąc im i ich potom­stwu godziwe warunki bytu. Tym­cza­sem w rodzi­nie Cie­śla­ków moto­rem wyjazdu była Janina, któ­rej ktoś powie­dział, że prze­sie­dleń­com w Pol­sce dają kozy, i wła­śnie ta wia­do­mość spra­wiła, że zaczęła marzyć o podróży do ojczy­zny. Naj­wy­raź­niej to poczciwe zwie­rzę budziło w niej jakieś dobre wspo­mnie­nia, kto wie, może dora­stała w domu, w któ­rym kozy nale­żały do inwen­ta­rza, i dla­tego miała sko­ja­rze­nia z bez­pieczną przy­sta­nią. I w końcu posta­wiła na swoim, jej mąż zresztą też marzył o powro­cie do ojczy­stego kraju.

Ci, któ­rzy zde­cy­do­wali się zostać, żegnali Bole­sława i Janinę, jak rów­nież czwórkę ich dzieci z zapewne zasmu­co­nym Rysiem na czele sło­wami: „Jedź­cie, jeźdź­cie tam Bie­rut. Poje­dziemy, jak będzie dajut”, ale nawet naj­bar­dziej zło­śliwe drwiny i docinki nie zmie­niły decy­zji Cze­sława i jego żony. Cała rodzina zabrała rze­czy, które mogli zabrać ze sobą, i zapa­ko­wała się do wagonu towa­ro­wego wyście­ła­nego słomą i kocami, by wyru­szyć w nie­znane. Cie­kawe, jakie myśli roiły się w gło­wie ośmio­let­niej Czesi, kiedy pociąg wresz­cie dotarł do celu?

„W Lewinie koło Kudowy jest dom mych dziecinnych dni”

Cie­śla­ko­wie po przy­by­ciu do ojczy­stego kraju osie­dlili się w Lewi­nie Kłodz­kim, miej­sco­wo­ści włą­czo­nej do Pol­ski w 1945 roku. Wów­czas było to jesz­cze mia­sto, ale rok póź­niej Lewin stra­cił prawa miej­skie. Lud­ność dotych­czas zamiesz­ku­jącą tę miej­sco­wość wysie­dlono w głąb Nie­miec, a na jej miej­sce napły­nęli pol­scy osad­nicy zza Bugu, ze Ślą­ska oraz repa­trianci wra­ca­jący z róż­nych państw Europy. I wła­śnie w takim opusz­czo­nym, ponie­miec­kim domu zamiesz­kała rodzina Cie­śla­ków. Budy­nek był sto­sun­kowo nowy, bo zbu­do­wany w 1925 roku, w porząd­nym, nie­miec­kim stylu z pru­skiego muru, ota­czały go też dosko­nale utrzy­mane zabu­do­wa­nia gospo­dar­cze.

Dzieci, które bar­dzo szybko zaakli­ma­ty­zo­wały się w nowym miej­scu, chyba były szczę­śliwe, cho­ciażby dla­tego, że w nowym domu każde z nich miało wła­sny pokój, a małej Czesi przy­padł ten na dole, po lewej stro­nie przy wej­ściu. Naj­więk­szy zachwyt dziew­czynki wzbu­dził jed­nak sto­jący w salo­nie for­te­pian, na któ­rym podobno pró­bo­wała grać. Nie­stety nie dane jej było długo cie­szyć się owym instru­men­tem, na któ­rego kla­wia­tu­rze usi­ło­wała wystu­kać jakieś melo­die: po wpro­wa­dze­niu się Cie­śla­ków grupa sza­brow­ni­ków, któ­rzy poda­wali się za pra­cow­ni­ków kon­ser­wa­to­rium z Pozna­nia, zażą­dała odda­nia instru­mentu, a gospo­darz posłusz­nie go im wydał, gdyż nie podej­rze­wał pod­stępu. Nie­wy­klu­czone też, że bał się sprze­ci­wić kilku rosłym, krzep­kim męż­czy­znom, mają­cym nad nim fizyczną prze­wagę, gdyż do siła­czy trudno go było zali­czyć. Taka zuchwała kra­dzież nie była w tym cza­sie na tak zwa­nych zie­miach odzy­ska­nych niczym nie­zwy­kłym. Mie­nie pozo­sta­wione przez poprzed­nich miesz­kań­ców uwa­żano za niczyje, nawet jeśli już jacyś Polacy zdą­żyli zająć pozo­sta­wione nie­ru­cho­mo­ści wraz ze znaj­du­ją­cymi się tam dobrami. Ich prze­ję­cie zale­żało jedy­nie od sprytu, deter­mi­na­cji i odpo­wied­niego pomy­słu sza­brow­ni­ków, któ­rych ofiarą padli także Cie­śla­ko­wie. Wpraw­dzie stra­cili cenny instru­ment, ale i tak mogli uwa­żać się za szczę­ścia­rzy, pozo­stały im bowiem meble i wypo­sa­że­nie kuchni.

Bez wąt­pie­nia rodzice Czesi musieli być zado­wo­leni z odmiany losu, jaka spo­tkała ich w powo­jen­nej Pol­sce. Przed wyjaz­dem miesz­kali bowiem w zady­mio­nej Dąbro­wie Gór­ni­czej, gdzie więk­szość lud­no­ści zasie­dlała fami­loki, wie­lo­ro­dzinne budynki z ciem­no­czer­wo­nej cegły, nie­otyn­ko­wane, na ogół pozba­wione kana­li­za­cji. Teraz zamiesz­kali w prze­stron­nym wygod­nym domu, a ich dzieci nie musiały już wdy­chać powie­trza zanie­czysz­czo­nego dymem i pyłem z pobli­skich kopalni.

A oko­lica była wręcz bajeczna: Lewin Kłodzki leży w otu­li­nie ist­nie­ją­cego od 1993 roku Parku Naro­do­wego Gór Sto­ło­wych, wśród Wzgórz Lewiń­skich obfi­tu­ją­cych w zapie­ra­jące dech w pier­siach pano­ramy, cie­kawą, czę­sto uni­ka­tową roślin­ność i, co istotne ze wzglę­dów zdro­wot­nych, czy­ste powie­trze. Janina, która pod­jęła pracę w miej­sco­wej restau­ra­cji jako bufe­towa, nie miała żad­nych pro­ble­mów, aby pogo­dzić zatrud­nie­nie z pro­wa­dze­niem domu i opieką nad czwórką dzieci. Korzy­sta­jąc z dobrze wypo­sa­żo­nej kuchni, kiedy miała czas i ochotę, coś goto­wała lub pie­kła, a ponie­waż była dobrą gospo­dy­nią, gości wcho­dzą­cych do domu już od progu nęciły zapa­chy sma­ko­wi­tych potraw i wspa­nia­łych ciast.

Bole­sła­wowi też nie­źle się wio­dło; tuż po przy­jeź­dzie wstą­pił do mili­cji i został nawet komen­dan­tem na lokal­nym poste­runku, ale w orga­nach ści­ga­nia nie zro­bił kariery. I to na wła­sne życze­nie, gdyż wkrótce po obję­ciu tej odpo­wie­dzial­nej funk­cji wdał się w jakieś nie­le­galne inte­resy, wcho­dząc w koli­zję z pra­wem, któ­remu prze­cież miał słu­żyć. Bio­gra­fom Vil­las nie udało się usta­lić, dla­czego jej ojciec stra­cił pracę, a w kon­se­kwen­cji także dobre imię. W Lewi­nie i oko­licy mówiono, że miał układy z prze­myt­ni­kami, podobno prze­pu­ścił przez gra­nicę trans­port butów marki Bata. Nie są to jed­nak zwe­ry­fi­ko­wane wia­do­mo­ści. Inna wer­sja, podana przez przy­ja­ciółkę Czesi, Kry­stynę, mówi o prze­krę­cie, a może kawale Bole­sława, któ­rego dopu­ścił się wraz z innym mili­cjan­tem o imie­niu Ignac oraz nie­ja­kim Pie­niec­kim z pobli­skiego Jar­kowa: „Popili sobie i na fur­mankę tego Pie­niec­kiego nakła­dli broni i amu­ni­cji woj­ska, co tam sta­cjo­no­wało. Z jakie­goś maga­zynu czy składu, wtedy było dużo broni. Potem darli się, że zła­pali prze­myt. Ale woj­sko się kap­nęło”2. Z całą pew­no­ścią Bole­sław musiał wejść w kon­flikt z pra­wem, skoro na pra­wie dwa lata tra­fił do wię­zie­nia. I to jest dość dobrze udo­ku­men­to­wane.

Po wyj­ściu na wol­ność nie mógł pra­co­wać w mili­cji ze względu na karal­ność, ale zna­lazł zatrud­nie­nie na kolei, gdzie wciąż mógł nosić mun­dur, tym razem kole­jar­ski. Trudno powie­dzieć, czy był dobrym mężem i ojcem, bo wpraw­dzie przy­no­sił do domu pie­nią­dze, zaro­bione tym razem już uczci­wie, i dbał na swój despo­tyczny spo­sób o roz­wój i wykształ­ce­nie dzieci, ale miał nie­ła­twy cha­rak­ter i życie z nimi nie było usłane różami. Zwłasz­cza dla pro­sto­li­nij­nej, głę­boko wie­rzą­cej w Boga Janiny, która musiała tole­ro­wać rów­nież jego zdrady, przy­godne romanse, od któ­rych nie stro­nił. Na domiar złego miał wyjąt­kowo wybu­jałą wyobraź­nię i skłon­ność do kon­fa­bu­la­cji, co zda­niem pani Janiny odzie­dzi­czyła po nim naj­młod­sza córka.

Mała Cze­sia miała po kim odzie­dzi­czyć talent muzyczny, bo Bole­sław był uzdol­nio­nym muzy­kiem samo­ukiem. Zdol­no­ści i pasji mu nie bra­ko­wało, sam nauczył się trud­nej gry na skrzyp­cach, i to na tyle dobrze, by grać w ama­tor­skim zespole muzycz­nym, który zało­żył z kolegą Zyg­mun­tem Pede­lem. Przy­gry­wali na wese­lach i pod­czas innych uro­czy­sto­ści. Muzycy z jego zespołu wystę­po­wali cza­sami w muszli kon­cer­to­wej w Parku Zdro­jo­wym w Lewi­nie. W tej nie­wiel­kiej miej­sco­wo­ści pań­stwo Cie­śla­ko­wie byli dosko­nale znani i pomimo wię­zien­nego epi­zodu Bole­sława powszech­nie sza­no­wani. Przy­ja­ciółka Czesi z lat szkol­nych o ojcu przy­szłej gwiazdy mówiła: „Był to pan poważny, nosił zega­rek na łań­cuszku, po wsi cho­dził ze skrzyp­cami w fute­rale, a na powi­ta­nie doty­kał daszka kole­jar­skiej czapki. Matka Janina pra­co­wała w bufe­cie przy głów­nej ulicy, miała słabe oczy, oku­lary gru­bo­ści denka sło­iko­wego”3. Dużą wadę wzroku odzie­dzi­czyła po matce Cze­sia, ale odzie­dzi­czyła rów­nież wspa­niały głos, gdyż pani Cie­ślak dys­po­no­wała rów­nie impo­nu­ją­cymi warun­kami gło­so­wymi. Tylko Janina, w prze­ci­wień­stwie do swo­jej sław­nej córki, ni­gdy nie szko­liła głosu pod okiem pro­fe­sjo­na­li­stów.

Jak na wiel­kiego miło­śnika muzyki i muzyka ama­tora przy­stało, Bole­sław chciał uczy­nić z czworga swo­ich dzieci muzy­ków, naj­le­piej skrzyp­ków, i sam udzie­lał im lek­cji gry na tym instru­men­cie. Ale Cze­sia nie wspo­mi­nała tego naj­le­piej: „Godzi­nami ćwi­czy­łam grę na skrzyp­cach. Gdy mi nie wycho­dziło, bił mnie smycz­kiem po pal­cach”4 – opo­wia­dała w jed­nym z wywia­dów, kry­tycz­nie odno­sząc się do zdol­no­ści peda­go­gicz­nych ojca, o któ­rym zresztą w wywia­dach ni­gdy nie wypo­wia­dała się dobrze. Sto­so­wane przez niego metody sku­tecz­nie zra­ziły przy­szłą diwę do gry na skrzyp­cach.

Trzeba przy­znać, że wszyst­kie dzieci pań­stwa Cie­śla­ków były muzycz­nie wybit­nie uta­len­to­wane. Na przy­kład Wanda, naj­star­sza z gro­madki, pięk­nie grała na pia­ni­nie oraz akor­de­onie. Ale to mała pyzata Cze­sia, obda­rzona buj­nymi wło­sami, okrą­głą buzią i zadar­tym noskiem, zwra­cała naj­więk­szą uwagę, nie tyle urodą, ile nie­ba­nal­nym zacho­wa­niem. Z pew­no­ścią była naj­bar­dziej kolo­ro­wym człon­kiem rodziny i nie­je­den raz bul­wer­so­wała bli­skich. Jej sio­stra wspo­mina cho­ciażby, że zazwy­czaj zamiast na krze­śle sia­dała na stole i zawsze miała inne zda­nie niż reszta rodziny, z prze­kory, bo nie lubiła, by ktoś jej narzu­cał swoje poglądy. Jej rodzeń­stwo, przy­zwy­cza­jone do wysko­ków sio­stry, mawiało, że wszy­scy nor­malni ludzie cho­dzą na nogach, z wyjąt­kiem Czesi, która cha­dza na gło­wie. Ubie­rała się też ina­czej niż jej rówie­śniczki, bar­dzo lubiła stroje w kolo­rze czer­wo­nym. W dodatku od naj­młod­szych lat marzyła się jej wielka kariera sce­niczna, a może nawet fil­mowa. Jedna z jej kole­ża­nek wspo­mina, że Cze­sia czę­sto powta­rzała, iż w przy­szło­ści będzie ją można oglą­dać w kinie, a na pyta­nie, skąd ma tę pew­ność, odpo­wia­dała, jakoby taką infor­ma­cję prze­ka­zała jej Matka Boska.

Z rela­cji rodziny wynika jed­nak, że boha­terka naszej opo­wie­ści począt­kowo śniła o bale­cie. Jej bra­towa, żona Jerzego, wspo­mi­nała, że w dzie­ciń­stwie razem ze swą sio­strą Zosią bie­gały na łąkę na wzgó­rzach, by wspól­nie z Cze­sią i pod jej komendą robić mostki, gwiazdy i szpa­gaty, jak na przy­szłe balet­nice przy­stało. Począt­kowo rze­czy­wi­ście jeź­dziła na zaję­cia do szkoły bale­to­wej w Kłodzku, ale z cza­sem zde­cy­do­wała się jed­nak na śpiew, gdyż zawsze lubiła śpie­wać, a rodzeń­stwo nie­raz słu­chało jej „kon­cer­tów” w domo­wej łazience. Grała w szkol­nym zespole, a ojciec uczył ją gry na skrzyp­cach, akor­de­onie i wio­lon­czeli, ale także na tak oso­bli­wym instru­men­cie, jakim jest piła. Kiedy miała chwilę czasu dla sie­bie, bie­gła na wzgó­rze i leżąc na tra­wie, obser­wo­wała pociągi jadące gdzieś hen, w wielki nie­znany świat. Była prze­ko­nana, że podróż­nych czeka po przy­by­ciu do celu nowe lep­sze życie. Z pew­no­ścią o wiele cie­kaw­sze od tego, które można wieść w zapy­zia­łym Lewi­nie.

Czas mijał. Z uro­czej dziew­czynki o wyglą­dzie por­ce­la­no­wej laleczki wyra­stała młoda dziew­czyna, za którą oglą­dali się chłopcy. Zacho­wane zdję­cia z wcze­snej mło­do­ści przy­szłej diwy skła­niają do opi­nii, że uwiecz­niona na nich młoda panna nie jest by­naj­mniej posą­gową pięk­no­ścią, ale nie­wąt­pli­wie przy­ciąga wzrok i może się podo­bać. Ma okrą­głą twarz, w któ­rej zwra­cają uwagę per­katy nosek i śmiało patrzące na świat oczy, oraz bujne, sta­ran­nie upięte włosy. Jest też sta­now­czo zbyt pulchna, by mie­ścić się w kano­nach piękna, zwłasz­cza obo­wią­zu­ją­cych współ­cze­śnie. A jed­nak nie da się ukryć, że ma w sobie to „coś”, co przy­kuwa uwagę i co przy­ciąga wzrok męż­czyzn, zapewne ku utra­pie­niu dużo ład­niej­szych kole­ża­nek. Zwłasz­cza że miała nie­małe atuty: „Jasna, włosy jak len, a ich gęstość jak sznur z konopi – opo­wia­dała po latach kole­żanka szkolna Vio­letty – a ciało zdrowe, nabite, nie to, co teraz, dziew­czyny są jak wie­szaki”5. I chyba zawsze lubiła zwra­cać na sie­bie uwagę, co widać na zacho­wa­nych zdję­ciach z jej wcze­snej mło­do­ści. „Vio­letta zawsze była inna – przy­znaje Mał­go­rzata Gospo­da­rek, synowa Vil­las. – To widać nawet na sta­rych foto­gra­fiach. Kobiety w Lewi­nie ubrane w san­dały i dłu­gie spód­nice. A Vio­letta – pasek, dekolt. Ludzie w tych cza­sach stali na bacz­ność, gdy robiono im zdję­cie. U mamy Krzy­sia całe ciało grało. Ręka, nóżka w różne strony. Wyróż­niała się z tłumu”6.

Cze­sia sto­sun­kowo szybko odkryła, że podoba się chłop­com, i stop­niowo uczyła się, jak to wyko­rzy­stać. Jako nasto­latka razem ze swoją przy­ja­ciółką Kry­sią Cha­brówną uma­wiały się z chło­pa­kami, cza­sem kil­koma naraz i w tym samym miej­scu. Jak można się domy­ślić, dziew­czyny nie miały zamiaru poja­wić się na randce. Chło­pa­ków, któ­rzy przy­szli na spo­tka­nie, obser­wo­wały z ukry­cia i śmiały się z nich. Matki obu dziew­cząt, dowie­dziaw­szy się o tym, zała­mały ręce, ojcu Czesi także nie podo­bało się takie zacho­wa­nie, zwłasz­cza że nie uszło jego uwa­dze, jak jego córka działa na męż­czyzn. Dosko­nale wie­dział, jak to się może skoń­czyć. Nie podo­bały mu się także roje­nia Cze­sławy o sła­wie i sce­nie, ponie­waż miał tra­dy­cyjne poglądy, opo­wia­dał się za zwy­cza­jo­wym podzia­łem ról męż­czyzn i kobiet. Miał też okre­śloną wizję doty­czącą przy­szło­ści swego potom­stwa: chłopcy powinni wyko­ny­wać kon­kretny zawód – gór­nika, elek­tryka, mecha­nika – a dziew­czynki miały być żonami przy mężach, gospo­dy­niami i mat­kami. A tymcza­sem jego młod­sza córka, któ­rej zakon­nice nadały na chrzcie tak eks­cen­tryczne imię, śniła na jawie o wystę­pach na sce­nie. Bole­sław wie­dział, jak zara­dzić tym mrzon­kom i sku­tecz­nie ścią­gnąć Cze­się na zie­mię – nale­żało ją czym prę­dzej wydać za jakie­goś porząd­nego chło­paka, który jak naj­szyb­ciej uczyni ją matką. I wkrótce zna­lazł się odpo­wiedni kan­dy­dat. W dodatku Czesi bar­dzo się spodo­bał.

Rozdział 2

2

Żona, matka, artystka…

Za mundurem panny sznurem, czyli historia pewnej miłosnej fascynacji

„Mój ojciec Bole­sław Cie­ślak, który był pro­stym skrom­nym czło­wie­kiem – gór­ni­kiem, a potem kole­ja­rzem – uznał, że dla mojego dobra naj­lep­sze jest, bym szybko wyszła za mąż i miała dom. Gdy mia­łam 15 lat, byłam już bar­dzo roz­wi­nięta, wyglą­da­łam na co naj­mniej 17. Upodo­bał mnie sobie wtedy pewien porucz­nik po szkole ofi­cer­skiej na służ­bie WOP w Kudo­wie. Miał 27 lat. Wpa­dłam mu w oko. Ale ja nie chcia­łam wycho­dzić za mąż. W tym cza­sie marzy­łam już, żeby wyje­chać z Lewina do szkoły muzycz­nej do Wro­cła­wia. Pra­gnę­łam zostać pio­sen­karką. Ojciec jed­nak nie chciał się na to zgo­dzić. – Strach cię puścić do Wro­cła­wia! Kto cię tam przy­pil­nuje! Lepiej będzie, jak wyj­dziesz za mąż! – mówił. I zmu­sił mnie do mał­żeń­stwa z tym porucz­nikiem. Bun­to­wa­łam się. Nie chcia­łam go. Ale ojciec prze­ko­ny­wał, że z cza­sem go poko­cham i przy­zwy­czaję się do niego. Dopiął swego i za pozwo­le­niem sądu, bo byłam nie­let­nia, wydał mnie za mąż w wieku 16 lat. Wzię­li­śmy ślub cywilny i zamiesz­ka­li­śmy z moimi rodzi­cami w Lewi­nie. W dniu cere­mo­nii przy­rze­kłam sobie, że jak tylko skoń­czę 18 lat, to ucieknę od porucz­nika Gospo­darka, zosta­wię go. W międzycza­sie uro­dził się nasz syn Krzysz­tof. Ale ja roz­pa­cza­łam. Stale pła­ka­łam i modli­łam się w kościele, żeby Bóg pozwo­lił mi zostać śpie­waczką i uciec od męża. Jak posta­no­wi­łam, tak zro­bi­łam”7.

Taką wer­sję oko­licz­no­ści swo­jego pierw­szego ślubu Vio­letta Vil­las przez lata sprze­da­wała dzien­ni­ka­rzom w wywia­dach i wie­rzono jej bez zastrze­żeń. Nikomu nie przy­szło do głowy, by zwe­ry­fi­ko­wać nie­ustan­nie powta­rzaną wer­sję o mał­żeń­stwie bez miło­ści, zaaran­żo­wa­nym przez ojca nie­wie­rzą­cego w talent mło­dziut­kiej Cze­sławy. A wystar­czyło spraw­dzić datę zawar­cia związku mał­żeń­skiego i datę uro­dzin Pio­tra Gospo­darka, bo tak wła­śnie nazy­wał się pierw­szy mąż naszej boha­terki, by się prze­ko­nać, że histo­ria o wymu­szo­nym mał­żeń­stwie bez miło­ści, mówiąc deli­kat­nie, nie do końca jest zgodna z prawdą.

Bole­sław Cie­ślak ode­tchnął zapewne z ulgą, kiedy w oto­cze­niu jego młod­szej córki poja­wił się twardo stą­pa­jący po ziemi i wcze­śniej doświad­czony przez los, przy­stojny męż­czy­zna, w dodatku woj­skowy. Jego zda­niem mał­żeń­stwo i rodzina to było naj­lep­sze reme­dium na dziew­czyń­skie fana­be­rie, za jakie nie­wąt­pli­wie uzna­wał zacho­wa­nie Czesi i jej roje­nia o sła­wie. Z pew­no­ścią dziew­czyna była bar­dzo roz­wi­nięta i przy­cią­gała wzrok męż­czyzn, a nie­stro­niący od kobiet Bole­sław zda­wał sobie sprawę, że może to ścią­gnąć na nią kło­poty. Prawdą jest więc, że to on opto­wał za tym, by jego córka jak naj­szyb­ciej wyszła za mąż. Podob­nie postą­pił w przy­padku Wandy, star­szej sio­stry przy­szłej gwiazdy. To wła­śnie ją zmu­sił do ślubu z nie­ko­cha­nym, sporo star­szym męż­czyzną, co zresztą fatal­nie się dla niej skoń­czyło. Mąż bowiem oka­zał się tyra­nem domo­wym i dam­skim bok­se­rem. Na szczę­ście Wanda zna­la­zła w sobie tyle siły, by odejść od swo­jego oprawcy; zna­la­zła nową miłość i stwo­rzyła znacz­nie szczę­śliw­szy zwią­zek.

Tym­cza­sem Cze­sia, wbrew temu, co potem upar­cie powta­rzała w wywia­dach, nie miała nic prze­ciwko wyj­ściu za Pio­tra Gospo­darka. I tak naprawdę to on pierw­szy wpadł jej w oko, był zresztą przy­stoj­nym, wyso­kim, jasno­wło­sym chło­pa­kiem, około dwu­dzie­sto­pię­cio­let­nim, i podo­bał się nie­mal wszyst­kim dziew­czę­tom w Lewi­nie, na czele z naj­lep­szą przy­ja­ciółką Czesi, Kry­sią Cha­brówną. „Naj­bar­dziej mi się podo­bał, jak cho­dził w galo­wym mun­du­rze z lam­pa­sami i w ofi­cer­kach – wspo­mi­nała po wielu latach Kry­styna. – Jak mu on, ten mun­dur, paso­wał! Dobry był z niego kąsek”8. I to ona pierw­sza miała chrapkę na ten „dobry kąsek”. Piotr był kolegą jej star­szego brata i za jego sprawą go poznała.

I pew­nie to ona nosi­łaby nazwi­sko Gospo­da­rek, gdyby szy­ków nie popsuła jej panna Cie­śla­kówna, która uznała, że przy­stojny pod­po­rucz­nik to ide­alny kawa­ler dla niej. W efek­cie doszło mię­dzy nimi do kon­fliktu i dziew­częta nawet się o niego pobiły, a Cze­sia stra­ciła w bójce dwa zęby (do czego potem ni­gdy nie chciała się przy­znać). Bójka chyba zakoń­czyła się remi­sem, ale to Cze­sława uznała przy­stoj­niaka za swoją zdo­bycz. Zresztą bez pro­blemu go w sobie roz­ko­chała i okrę­ciła wokół palca. Bar­dzo praw­do­po­dobne, że ona rów­nież była w nim zako­chana. A może tak się jej tylko wyda­wało, może wmó­wiła sobie to uczu­cie, bo chciała uciec spod kura­teli despo­tycz­nego ojca? Na pewno ten przy­stojny pod­po­rucz­nik, świet­nie pre­zen­tu­jący się na koniu, bar­dzo się jej podo­bał. A rodzice z pew­no­ścią nie mieli nic prze­ciwko tej zna­jo­mo­ści, widząc w Pio­trze dobrego kan­dy­data na męża, bo był woj­sko­wym o sta­łych docho­dach. Poza tym wyda­wał się spo­koj­nym i skrom­nym czło­wie­kiem. Zapewne także wyda­wało im się, że skoro sam był sie­rotą i wycho­wy­wał się jako syn pułku, potrafi doce­nić dom, który, jak uwa­żali Cie­śla­ko­wie, stwo­rzy mu ich córka.

Warto dodać, że wbrew temu, co upar­cie powta­rzała w wywia­dach nasza boha­terka, Piotr był star­szy od niej nie o dwa­na­ście, ale o cztery lata, gdyż uro­dził się 10 kwiet­nia 1934 roku. Dla­czego więc póź­niej, kiedy została gwiazdą pierw­szej wiel­ko­ści, upar­cie go posta­rzała w wywia­dach i wypo­wie­dziach? Czyżby wsty­dziła się tego mło­dzień­czego zauro­cze­nia, pod któ­rego wpły­wem pod­jęła sta­now­czo zbyt pochopną i nie­roz­ważną decy­zję o ślu­bie? Przy­glą­da­jąc się ślub­nym zdję­ciom tej pary, odnosi się wra­że­nie, że patrzy się na szczę­śliwą pannę młodą. Widzimy na nich bar­dzo mło­dych ludzi, chcia­łoby się powie­dzieć dzie­cia­ków, bo Cze­sława w chwili zawar­cia mał­żeń­stwa była rze­czy­wi­ście bar­dzo młoda, choć nieco star­sza, niż twier­dziła póź­niej w wywia­dach. Z doku­men­tów wynika, że ślub odbył się 21 lutego 1955 roku, co ozna­cza, że Vio­letta miała wtedy nie­całe sie­dem­na­ście lat, a nie szes­na­ście. Ponie­waż zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cymi w ówcze­snej Pol­sce prze­pi­sami kobieta mogła wyjść za mąż po ukoń­cze­niu sie­dem­na­stu lat, Czesi potrzebna więc była zgoda sądu na zawar­cie mał­żeń­stwa.

Panna Cie­ślak nie była jedyną młodą kobietą decy­du­jącą się na ślub w tak mło­dym wieku. W tych trud­nych powo­jen­nych cza­sach ludzie marzyli o zało­że­niu rodziny, mając w pamięci okru­cień­stwa wojny i pra­gnąc sta­bi­li­za­cji. Nikogo zatem nie dzi­wiły mał­żeń­stwa mło­dych dziew­czyn, które według współ­cze­snych stan­dar­dów powinny jesz­cze cho­dzić do szkoły. Kościół był w tym wzglę­dzie jesz­cze bar­dziej libe­ralny – kobieta mogła zawrzeć zwią­zek mał­żeń­ski po ukoń­cze­niu szes­na­stego roku życia.

Na cere­mo­nii zaślu­bin Cze­sława wystą­piła w błę­kit­nej sukience przy­stro­jo­nej mnó­stwem fal­ba­nek i ozdó­bek, była więc cał­ko­wi­cie w stylu Czesi, pan młody nato­miast brał ślub w galo­wym mun­du­rze. A wesele odbyło się w domu Cie­śla­ków, podob­nie zresztą jak wcze­śniej wesele Wandy, star­szej córki Janiny i Bole­sława.

Wkrótce po tym rado­snym wyda­rze­niu proza życia dopa­dła buja­jącą w obło­kach Cze­sławę, która naj­wy­raź­niej bar­dzo szybko roz­cza­ro­wała się mał­żeń­stwem. Piotr Gospo­da­rek nie był muzy­kalny, nie prze­pa­dał za muzyką, a zwłasz­cza był prze­ciwny pla­nom swo­jej żony – muzy­ko­wa­niu i śpie­wa­niu. Raj­ski ptak, jakim była Wio­letta, nie mógł żyć u boku woj­sko­wego, skrom­nego i spo­koj­nego męż­czy­zny, któ­rego jedy­nym powo­ła­niem jest utrzy­my­wa­nie żony i dzieci. 8 stycz­nia 1956 roku, rok po ślu­bie, przy­szedł na świat ich syn Krzysz­tof. Cze­sia przy­wi­tała dziecko z rado­ścią i nie mamy powo­dów, by przy­pusz­czać, że nie kochała synka czy że dopa­dła ją depre­sja poro­dowa, skoro miesz­kańcy Lewina pamię­tają, jak z dumą spa­ce­ro­wała z wóz­kiem po tam­tej­szych uli­cach. Zapewne więc jej póź­niej­sza decy­zja musiała być dla nich rów­nie wiel­kim zasko­cze­niem jak dla Pio­tra.

Cze­sia bowiem, zale­d­wie po kilku mie­sią­cach w roli matki, kiedy tylko zro­biło się nieco cie­plej, zabrała synka oraz pen­sję Pio­tra i wyje­chała do Szcze­cina, gdzie wcze­śniej wraz z mężem zamiesz­kała jej sio­stra. Ale celem wyjazdu nie były odwie­dziny u Wandy – Cze­sława chciała zdać egza­min na wydział wokalny szcze­ciń­skiej szkoły muzycz­nej, gdyż, wbrew nadzie­jom ojca, mał­żeń­stwo nie wybiło jej z głowy marzeń o karie­rze sce­nicz­nej. Pro­blem pole­gał jed­nak na tym, że czas skła­da­nia podań już minął i Cze­sia musiała doko­nać cudu, żeby się dostać do wyma­rzo­nej szkoły. I trzeba przy­znać, że doko­nała, była bowiem bar­dzo zde­ter­mi­no­wana. „Pamię­tam, że sta­łam sama wystra­szona na szkol­nym kory­ta­rzu i pro­si­łam o prze­słu­cha­nie – zapi­sze potem w swoim pamięt­niku odna­le­zio­nym po jej śmierci przez syna. – Co chwilę do komi­sji wzy­wany był ktoś, kto wcze­śniej już zło­żył poda­nie. Ja tego nie zro­bi­łam. Nie wie­dzia­łam, czy dostanę się na egza­min. W końcu wysia­dłam wprost z pociągu z Lewina! Sie­dzia­łam w kącie i potwor­nie się bałam. […] Kiedy wszy­scy zostali przeegza­minowani, na końcu popro­szono jed­nak i mnie. – Pani chce zostać śpie­waczką? A dla­czego? A co nam pani zaśpiewa? – zapy­tała komi­sja. Zaśpie­wa­łam hisz­pań­ską pieśń o tor­re­ado­rze i pieśń wło­ską. Wło­ży­łam w to całe serce, aż łzy leciały mi po policz­kach. Pro­fe­so­ro­wie zro­bili mi spe­cjalne bada­nie i stwier­dzili, że mam słuch abso­lutny. I przy­jęto mnie na pierw­szy rok. Pła­ka­łam z rado­ści!”9.

Przy­ję­cie do wyma­rzo­nej szkoły było w zasa­dzie jedy­nym powo­dem do rado­ści ambit­nej dziew­czyny, która musiała zadbać nie tylko o sie­bie, ale także o swoje maleń­kie dziecko. Na pomoc sio­stry, nie­szczę­śli­wej w mał­żeń­stwie i zno­szą­cej tyra­nię despo­tycz­nego męża, nie mogła liczyć, nie mogła nawet u niej zamiesz­kać. Musiała też z cze­goś żyć, wpraw­dzie przy­znano jej sty­pen­dium, ale nie były to środki wystar­cza­jące do utrzy­ma­nia jej i dziecka, z któ­rym prze­cież nie mogła zamiesz­kać w szkol­nym inter­na­cie. Prze­pro­wa­dziła się do bar­dzo skrom­nego miesz­kanka, a w zasa­dzie poko­iku na pod­da­szu pozba­wio­nego ogrze­wa­nia. Takie warunki z pew­no­ścią nie sprzy­jają zdro­wiu kil­ku­mie­sięcz­nego dziecka, nic zatem dziw­nego, że Krzy­sio po dwóch tygo­dniach zacho­ro­wał na zapa­le­nie płuc. Zroz­pa­czona Cze­sia nie miała innego wyj­ścia, jak tylko zawieźć dziecko do Lewina, by oddać je pod opiekę matki, na którą zawsze mogła liczyć. Obie­cała jej oczy­wi­ście, że póź­niej zabie­rze syna do sie­bie, ale naj­pierw musi skoń­czyć szkołę muzyczną, a przy­naj­mniej tak twier­dziła w wywia­dach wiele lat póź­niej, gdy już była sławna. Spo­dzie­wała się, że jej mąż, ojciec Krzy­sia, będzie miał udział w jego wycho­wa­niu, a tym­cza­sem chło­piec nie miał z nim żad­nego kon­taktu. Nawet jeśli ojciec na początku się nim zaj­mo­wał, to chło­piec tego nie zapa­mię­tał, bo był za mały. A potem wła­ści­wie na dobre znik­nął z jego życia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Za: P. Retecki, Zde­rze­nie cywi­li­za­cyjne na tere­nie wał­brzy­skim po 1945 roku, „Kul­tura Współ­cze­sna”, nr 1/2010, s. 182. [wróć]

2. Za: I. Micha­le­wicz, J. Dani­le­wicz, Vil­las. Nic prze­cież nie mam do ukry­cia, War­szawa 2011, s. 13. [wróć]

3. Za: M. Pęczak, M. Koło­dziej­czak, Cze­sława. Opo­wieść o samot­no­ści i śmierci Vio­letty Vil­las, [na:] poli­tyka.pl [online], dostępne w Inter­ne­cie: https://www.poli­tyka.pl/tygodnikpoli­tyka/kul­tura/1522335,1,cze­slawa-opo­wiesc-o-samot­no­sci-i-smierci-vio­letty-vil­las.read. [wróć]

4. Za: Mija 7. rocz­nica śmierci Vio­letty Vil­las. Kim była?, [na:] wroc­law.nasze­mia­sto.pl [online], dostępne w Inter­ne­cie: https://wroc­law.nasze­mia­sto.pl/mija-7-rocz­nica-smierci-vio­letty-vil­las-kim-byla-zdje­cia/ar/c13-4906810. [wróć]

5. Za: M. Pęczak, M. Koło­dziej­czak, op. cit. [wróć]

6. Za: J. Kopiń­ska, Vio­letta Vil­las: Jestem Twoją mamą, [w:] Z nie­na­wi­ści do kobiet, War­szawa 2018, s. 10. [wróć]

7. Za: Pamięt­nik Vio­letty Vil­las. Wyznała prawdę o ucieczce ze wsi, [na:] fakt.pl [online], dostępne w Inter­ne­cie: https://www.fakt.pl/kobieta/plotki/pamiet­nik-vio­letty-vil­las-pio­sen­karka-opo­wiada-o-ucieczce-ze-wsi/msk62dm. [wróć]

8. Za: I. Micha­le­wicz, J. Dani­le­wicz, op. cit., s. 20. [wróć]

9. Za: Pamięt­nik Vio­letty Vil­las…, op. cit.[wróć]