Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
"Violetta Villas. Baśń bez happy endu" to opowieść o jednej z najbarwniejszych i najbardziej tragicznych postaci polskiej sceny muzycznej. Violetta Villas, uznawana za wielki, choć zmarnowany talent, zachwycała świat swoim fenomenalnym głosem i niepowtarzalnym stylem. Jednak jej życie, pełne blasków i cieni, przypominało smutną baśń, w której zabrakło szczęśliwego zakończenia. Villas zmagała się z samotnością, trudnościami w życiu osobistym oraz presją oczekiwań, zarówno ze strony fanów, jak i władz. Książka ukazuje artystkę w całej jej złożoności – gwiazdę sceny, ale także kobietę pełną sprzeczności, która, mimo talentu, nigdy nie zdołała spełnić swoich marzeń o miłości i szczęściu.
„Inaczej rozłożyłabym akcenty w swoim życiu. Nie marnowałabym cennego czasu na niepotrzebne, czcze rozmowy, zbędne spotkania, życie między płytkimi, pustymi, a jednocześnie mocno zadufanymi w sobie ludźmi. Żeby śpiewać – musiałam zaistnieć w różnych kontaktach międzyludzkich, w rozmaitych środowiskach. Strwoniłam wiele czasu na bzdury i to dziś boli najbardziej”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 269
Słynący z niezwykłej erudycji, wiedzy i niebywale dosadnych, ale także bardzo trafnych komentarzy Jerzy Waldorff powiedział kiedyś, że Violetta Villas to największy, a jednocześnie najbardziej zmarnowany talent, jaki mieliśmy po drugiej wojnie światowej. I niestety miał rację. Rację mają też ci, którzy widzą w życiu artystki urzeczywistnienie baśni o Kopciuszku, aczkolwiek jest to bardzo smutna baśń, w której zabrakło zakochanego bez pamięci królewicza, dobrych wróżek, miłości aż po grób, a przede wszystkim – szczęśliwego zakończenia. A przecież ta niesamowit artystka, o której talencie mówiono, że jest „niezwykły”, to „biały kruk wokalistyki światowej”, a jej fenomenalny głos, w najlepszym okresie przekraczający cztery i pół oktawy, słusznie określano głosem „ery atomowej”, mogła mieć u stóp cały świat, śpiewać na najbardziej prestiżowych scenach. Zwłaszcza że wobec jej niebanalnej urody i niezaprzeczalnego seksapilu żaden mężczyzna nie mógł pozostać obojętny.
Tak się nieszczęśliwie złożyło dla Villas, a właściwie dla Czesławy Gospodarek, bo właśnie tak brzmiało prawdziwe imię i nazwisko wokalistki, o której losach opowiada ta publikacja, że żyła w niewłaściwym miejscu i czasie. Bo chociaż przyszła na świat w Belgii, to za sprawą rodziców wychowywała się i dorastała w Polsce, a jej kariera zaczęła się w latach sześćdziesiątych, kiedy w siermiężnym PRL-u dopiero rodził się nasz rodzimy show-biznes, będący karykaturalną formą swojego zachodnioeuropejskiego odpowiednika. Marnowanie talentów, zawiść i zaściankowość to była codzienność, z którą musiała się mierzyć skromna, niepewna siebie, ale obdarzona wspaniałym głosem i talentem, jak również spektakularną urodą, młoda dziewczyna z Lewina Kłodzkiego, sama bez niczyjej pomocy kreująca, mniej lub bardziej umiejętnie, swoją karierę. Trzeba przyznać, że w sumie i tak miała wiele szczęścia, bo stosunkowo szybko udało jej się zaistnieć w paryskiej Olympii, a potem wyjechać do Stanów Zjednoczonych, gdzie potrafiono wykorzystać jej talent znacznie lepiej niż nad Wisłą. Ale sukces, bo występy przed amerykańską publicznością w Las Vegas, która przecież widziała i słyszała niejedną utalentowaną wokalistkę, trzeba uznać za sukces, miał swoją cenę. Violetta wprawdzie nauczyła się tam, jak być gwiazdą z prawdziwego zdarzenia, ale jednocześnie uzależniła się od narkotyków, którymi, wzorem swoich kolegów i koleżanek z branży, leczyła swoje lęki, zmęczenie, a przede wszystkim tęsknotę za krajem i bliskimi, także za synem, któremu nigdy nie potrafiła dać tyle macierzyńskiej miłości, ile powinna.
Do Polski wróciła odmieniona, otoczona legendą o zarobionej w Stanach fortunie, w czym było sporo przesady, z jeszcze większą burzą włosów i podrasowana zabiegami medycyny estetycznej, którym tam się poddała. Zmienił się też jej sceniczny image: na koncertach uwodziła publiczność nie tylko śpiewem, dawała też niezwykły show w iście amerykańskim stylu: ubrana w olśniewające kreacje, podczas wykonywania swojego sztandarowego szlagieru Oczy czarne zrzucała na scenie pantofelki. Była jak wspaniały rajski ptak, który przypadkiem wpadł w stado pospolitych wróbli, i zupełnie nie przystawała do socjalistycznej rzeczywistości, w której żyła reszta społeczeństwa. Ta „inność”, barwność i nieszablonowość była jej największą wadą, to właśnie z tego powodu wylano na nią morze hejtu i krytyki. W owych czasach każdy, kto nie mieścił się w obowiązującej sztampie, na scenie i poza nią, wzbudzał agresję. A Villas z uporem godnym lepszej sprawy usiłowała przekonać Polaków nie tyle do amerykańskiego stylu życia, ile do amerykańskiej rozrywki, a to było niezgodne z wytycznymi partii, „wiodącej siły narodu”.
Artystki nie lubiły ówczesne władze, bo nie wiedziały, jak ją wykorzystać, nie mogła śpiewać na koncertach z okazji Święta Pracy czy Narodowego Święta Odrodzenia Polski, niezbyt pasowała także do występów w hucznie obchodzonym Dniu Górnika czy Hutnika. Nie kochali jej też krytycy, widząc w niej uosobienie kiczu. Być może, gdyby wybrała karierę śpiewaczki operowej lub operetkowej, jej losy potoczyłyby się inaczej, ale ona zawsze powtarzała, że swoim śpiewem chce dawać radość „zwyczajnym” ludziom, takim, którzy nigdy nie byli w operze i którym nazwiska Puccini, Wagner czy Verdi niewiele mówiły. I konsekwentnie realizowała swój cel, a publiczność odpłacała jej prawdziwym uwielbieniem.
Wprawdzie jej talent sam się bronił, ale nigdy nie zrobiła kariery na miarę swoich możliwości, i to nie tylko dlatego, że nad Wisłą nikt nie miał na nią pomysłu ani że nie miała impresaria czy menedżera z prawdziwego zdarzenia. Z pewnością gdyby urodziła się pod inną szerokością geograficzną albo w innym czasie, znaleźliby się fachowcy, którzy umieliby nią pokierować i znacznie lepiej wykorzystać jej atuty. Trzeba przyznać, że i Villas nie była bez winy – artystka naiwnie dawała się wykorzystywać, a jednocześnie marnowała szanse, które podsuwał jej los.
Prawdziwą tragedią Violetty Villas było pragnienie miłości, temu uczuciu było poświęcone wiele piosenek, które wykonywała na scenie i nagrywała na płytach. Rozpaczliwie pragnęła być kochana, ale nie potrafiła kochać, unieszczęśliwiając nie tylko swoich partnerów, ale także syna. Co więcej, nawet swoim ukochanym zwierzętom, które przytuliła najpierw w Magdalence, a potem w Lewinie Kłodzkim, przysporzyła więcej cierpień niż szczęścia, a przecież chciała im dać tylko dom i opiekę.
Zmierzenie się z biografią tej niezwykłej artystki, wymykającej się wszelkim schematom i próbom zaszufladkowania, nie jest zadaniem łatwym, nie tylko ze względu na „białe plamy” w jej życiorysie, ale przede wszystkim dlatego, że Villas kreowała swoją rzeczywistość, opowiadała o sobie nieprawdziwe historie, konfabulowała w wywiadach, przekazując dziennikarzom różne, często rozbieżne wersje wydarzeń ze swojego życia, które nie miały nic wspólnego z rzeczywistością. Co więcej, była w tym tak przekonująca, że w końcu sama uwierzyła w te historie, mieszając fakty z wytworami swojej wybujałej wyobraźni. Dziennikarz muzyczny Bohdan Gadomski nazwał ją nawet „wielką mitomanką”. I właśnie dlatego, pisząc o Villas, należy oddzielić fakty od tworzonych przez nią konfabulacji i wymyślonych historyjek, a to jest niebywale trudne.
Violetta Villas w sierpniu 1961 roku, fot. PAP/Marek Langda
1
Dziewczęce marzenia
Najsłynniejszy dom w niewielkim, bo liczącym niespełna dwa tysiące mieszkańców, Lewinie Kłodzkim, wygląda na pierwszy rzut oka dość niepozornie. I z pewnością w niczym nie przypomina rezydencji wielkiej diwy, gdyż zupełnie nie przystaje do wyobrażeń o tym, jak mieszka gwiazda sceny, którą niewątpliwie była Violetta Villas, jego właścicielka i najsłynniejsza lokatorka. Nie jest okolony pięknym parkiem ani nawet zadbanym ogrodem ze starannie wystrzyżonym trawnikiem, próżno tam też szukać basenu z podgrzewaną wodą czy garażu, w którym stoją luksusowe limuzyny słynnych zagranicznych marek. Wręcz przeciwnie – dom jest zaniedbany, na ścianach widać charakterystyczne czarne smugi wszechobecnego grzyba. Puste okna, w których światło pojawia się sporadycznie przy okazji wizyt rodziny zmarłej gwiazdy, ponuro patrzą w dal. Teren otaczający dom porastają chwasty. Dom, w którym nikt nie mieszka, umiera, niszczeje, powoli obraca się w ruinę. Wprawdzie pojawiają się informacje, jakoby syn Violetty planował utworzyć w nim muzeum z pamiątkami po słynnej matce, które zapewne przyciągnęłoby do sennego Lewina tłumy turystów, ale na razie nic się w tej sprawie nie dzieje. Dobrze chociaż, że dom opuściła na zawsze Elżbieta Budzyńska, zły duch nieżyjącej gwiazdy, kobieta, która wiele złego uczyniła zarówno samej Villas, jak i jej najbliższym.
A przecież kiedyś, przed wieloma laty, to ponure obecnie domostwo było obrośnięte różami i tętniło życiem, rozbrzmiewało śmiechem dzieci, mieszkała w nim bowiem dość liczna, bo sześcioosobowa rodzina Cieślaków: Bolesław i Janina oraz czwórka ich potomstwa. Dzisiaj uchodziliby za rodzinę wielodzietną, jednak w czasach, w których rozpoczyna się historia naszej bohaterki, czworo potomstwa nie było niczym niezwykłym, zwłaszcza w środowiskach robotniczych, a do takiego właśnie należała rodzina Cieślaków. To raczej rodzice jedynaków budzili zdziwienie, a często nawet dezaprobatę.
Villas w wywiadach często mówiła o Lewinie Kłodzkim jako o swojej rodzinnej miejscowości, jednak nie tam się urodziła. Przyszła na świat 10 czerwca 1938 roku w belgijskim miasteczku Heusy, które obecnie jest dzielnicą miasta Verviers, położonego we wschodniej Belgii w prowincji Liège. Jej matka nie zdecydowała się na powszechny w owych czasach poród domowy, ale swoją najmłodszą córeczkę powiła w Clinique Sainte–Elisabeth, czyli klinice św. Elżbiety, pod opieką zakonnic prowadzących ten szpital. Nowo narodzona dziewczynka była trzecim z kolei dzieckiem Cieślaków, a jednocześnie pierwszym urodzonym na obczyźnie – jej starsze rodzeństwo, Wanda i Jerzy, przyszli na świat w Polsce, w Dąbrowie Górniczej, odpowiednio w 1931 i 1933 roku.
Córeczka pani Janiny musiała budzić w opiekujących się noworodkami i położnicami zakonnicach wyjątkowo ciepłe uczucia, skoro to właśnie one wybrały dla niej imię Violetta, pod którym po wielu latach będzie święcić triumfy na scenie. Zapewne dziewczynka urodziła się już z dość obfitą czupryną, skoro po latach wspominała, że siostry kręciły jej loki na czole; musiała to zapewne usłyszeć od matki, bo pamiętać nie mogła. Jednak wybrane przez siostry imię, które nadano jej wkrótce na chrzcie świętym, nie przypadło do gustu Bolesławowi, zwolennikowi tradycyjnych, swojskich imion. Kto to widział, żeby córka polskiego, bogobojnego górnika nosiła takie dziwne imię, pasujące raczej do jakiejś hrabiny czy księżniczki? Dlatego kiedy rejestrował swoją pociechę w urzędzie, podał dwa inne, które jego zdaniem znacznie bardziej nadawały się dla jego córki: Czesława Maria.
Rodzina Cieślaków, podobnie jak tysiące innych emigrantów z Polski, do Belgii trafiła za chlebem. Był to czas, kiedy do pracy w kopalniach belgijskich sprowadzano robotników cudzoziemskich, i to nie tylko z Rzeczpospolitej, mierzącej się z niełatwą sytuacją państwa, które niedawno odzyskało niepodległość, ale także z Włoch, Holandii czy Francji. Zapewne ze względu na trudne warunki panujące w tamtejszych kopalniach: częste zawaliska i wydobywający się metan, Belgowie jakoś nie palili się do pracy w górnictwie i trzeba było sięgnąć po zagraniczną siłę roboczą. Z kolei polscy górnicy chętnie korzystali z możliwości emigracji do Belgii, wiązało się to bowiem ze stabilną i z dobrze opłacaną pracą, o co w ówczesnej Polsce łatwo nie było, a tym samym z poprawą bytu rodziny. Emigranci bowiem od razu po przybyciu na miejsce docelowe mogli liczyć na własne cztery kąty, z reguły niewielki domek z ogródkiem, gdzie z powodzeniem mogła pomieścić się kilkuosobowa rodzina. A zarobki były na tyle dobre, że kobiety nie musiały pracować, realizując wyniesiony z domu model rodziny, w którym matka opiekowała się dziećmi, a ojciec pracował na ich utrzymanie. I co ważniejsze – nikt nie musiał za bardzo liczyć się z groszem.
Do Belgii za chlebem w 1934 roku wyemigrował najpierw sam Bolesław, nie będąc pewnym, co zastanie na miejscu, a trzy lata później, kiedy już zdołał zapuścić korzenie, ściągnął do Belgii żonę i dwójkę dzieci. Wkrótce rodzina powiększyła się o kolejną dwójkę: Czesię oraz urodzonego w 1940 roku Ryszarda. Zarówno Janina, jak i jej najstarsze dzieci szybko zaaklimatyzowały się w Heusy, bo w miasteczku, podobnie jak w innych miejscowościach belgijskich, gdzie mieszkali polscy emigranci, środowisko polonijne było zżyte i tworzyło zwartą społeczność, której członkowie wzajemnie się wspierali. Dla Czesi i Ryszarda to właśnie Heusy było rodzinnym gniazdem, bo Polski nie znali. W rodzinnym domu Cieślaków mówiono oczywiście po polsku, ale dzieci znały też francuski i waloński, a także podstawy niemieckiego. Jak głosi rodzinna legenda, Bolesław pracował w kopalni z Edwardem Gierkiem i mówiono nawet o jakimś zdjęciu, na którym sfotografowano ich razem. Niestety owa fotografia przepadła gdzieś w zamęcie dziejów. W rodzinnym archiwum Cieślaków zachowało się zresztą tylko jedno zdjęcie z okresu ich pobytu w Belgii, na którym widnieją matka i dwoje najstarszych dzieci.
W Belgii rodzina Cieślaków przetrwała wojnę. Los na szczęście oszczędził im drastycznych przeżyć, bo ani Violetta, ani jej starsze rodzeństwo i młodszy brat nigdy nie opowiadali o żadnych dramatycznych wydarzeniach w tym okresie. Inaczej niż Adam, syn Edwarda Gierka, który zapamiętał chwile grozy w domowej piwnicy, zmienionej naprędce przez jego ojca w schron, podczas ataku aliantów na opanowane przez Niem-ców miasteczko, w którym mieszkali. Niewykluczone jednak, że mali Cieślakowie po prostu nie pamiętali takich niebezpiecznych momentów, a może z czasem skutecznie wyparli je z pamięci.
Gdy tylko skończyła się wojna, Cieślakowie podjęli decyzję o powrocie do kraju. Nie byli wyjątkami, wielu górników, którym w Belgii dobrze się wiodło, zdecydowało się wracać, by w rodzinnej ziemi złożyć swoje kości, chociaż część z nich obawiała się komunizmu i rządów Bieruta, zresztą słusznie. Tak się jednak składa, że wśród górników polskich zarówno we Francji, gdzie także byli licznie reprezentowani, jak i w Belgii prężnie działały związki zawodowe i organizacje o lewicowym, a często wręcz komunistycznym rodowodzie. Górnicy szczególnie chętnie wstępowali do związków zawodowych. Tym ludziom związki zawodowe, nawet te o proweniencji komunistycznej, nie kojarzyły się z niczym złym czy nagannym, wręcz przeciwnie: członkowie tych organizacji mogli liczyć na świadczenia socjalne, pomoc w przypadku konfliktu z pracodawcą czy usunięcia z pracy.
Przejęcie w ojczyźnie władzy przez komunistów nie budziło w nich zatem obaw, wręcz przeciwnie: wierzyli, że dopiero teraz Polska stanie się krajem dobrobytu dla uczciwie pracujących ludzi. I właśnie ta wiara powodowała, że wracali do Polski, a potem bez zastrzeżeń akceptowali zastaną tu rzeczywistość i władzę, wstępując w szeregi PPR, a nawet do milicji, a ich rodacy, nie bez powodu, uznali ich za zwolenników komunizmu. A komuniści w kraju nie próżnowali – uruchomiono wielką maszynę propagandową, mamiącą mieszkających na Zachodzie Polaków świetlanym obrazem ojczyzny, która pod rządami komunistycznymi oferuje godną pracę każdemu obywatelowi. Wielu dało się nabrać na szczytne hasła i obietnice.
Polska młodzież zaś, znająca Polskę jedynie z opowiadań rodziców i dziadków, myślała tak jak Krystyna Zadecka, córka polskiego górnika pracującego we francuskich kopalniach, która wraz z rodzicami wróciła w 1946 roku do Polski: „Jak mówi przysłowie francuskie, każdy ma dwie ojczyzny, swoją i Francję. Moi rodzice przyjechali do Francji dwadzieścia lat temu. To tam mój tato poznał moją mamę, młodą Polkę pracującą w rolnictwie. […] Kiedy we Francji wybuchła wojna, miałam zaledwie dziesięć lat. Po trudnych latach wojny osiągnęliśmy zwycięstwo. […] Pomimo mojego młodego wieku wiedziałam, że mam kilka obowiązków do wypełnienia: wspierać odbudowę mojej zniszczonej ojczyzny i współpracować z moimi braćmi w konstrukcji nowej, demokratycznej Polski”1. Nową, demokratyczną Polskę zapewne chciał także budować Bolesław Cieślak, chociaż ani jego, ani tym bardziej Janiny nie można uznać za komunistów, skoro religia zajmowała ważne miejsce w ich życiu, ale z całą pewnością nie żywili żadnych obaw co do nowej władzy w ich ojczyźnie.
Wśród emigrantów osiadłych w Belgii byli jednak i tacy, którzy zdawali sobie sprawę, co oznacza przejęcie władzy przez protegowanych Stalina z Bierutem na czele. Ludzi odnoszących się sceptycznie do poczynań nowej władzy nie brakowało także w otoczeniu rodziny przyszłej gwiazdy. I właśnie oni usiłowali im wybić z głowy ich zdaniem niezbyt rozsądny pomysł powrotu. Najmłodszy potomek Janiny i Bolesława, zaledwie sześcioletni Rysiek, stanowczo odmówił wyjazdu, a nawet zdobył się na czynny protest, uciekając z domu i ukrywając się przez pewien czas w opuszczonej kopalni. I niemal udało mu się zostać w Belgii, gdyż bezdzietni znajomi Cieślaków zaproponowali jego adopcję, aby mógł pozostać w kraju, który uważał za ojczyznę, ale jego rodzice się nie zgodzili. Ostatecznie więc Cieślakowie nie zmienili swego postanowienia i mimo wszelkich ostrzeżeń zdecydowali się na powrót do Polski.
Co ciekawe, z ustaleń współczesnych badaczy wynika, że to głównie kobiety opowiadały się za pozostaniem w Belgii, w kraju, którym dał im przed laty schronienie i pracę, zapewniając im i ich potomstwu godziwe warunki bytu. Tymczasem w rodzinie Cieślaków motorem wyjazdu była Janina, której ktoś powiedział, że przesiedleńcom w Polsce dają kozy, i właśnie ta wiadomość sprawiła, że zaczęła marzyć o podróży do ojczyzny. Najwyraźniej to poczciwe zwierzę budziło w niej jakieś dobre wspomnienia, kto wie, może dorastała w domu, w którym kozy należały do inwentarza, i dlatego miała skojarzenia z bezpieczną przystanią. I w końcu postawiła na swoim, jej mąż zresztą też marzył o powrocie do ojczystego kraju.
Ci, którzy zdecydowali się zostać, żegnali Bolesława i Janinę, jak również czwórkę ich dzieci z zapewne zasmuconym Rysiem na czele słowami: „Jedźcie, jeźdźcie tam Bierut. Pojedziemy, jak będzie dajut”, ale nawet najbardziej złośliwe drwiny i docinki nie zmieniły decyzji Czesława i jego żony. Cała rodzina zabrała rzeczy, które mogli zabrać ze sobą, i zapakowała się do wagonu towarowego wyściełanego słomą i kocami, by wyruszyć w nieznane. Ciekawe, jakie myśli roiły się w głowie ośmioletniej Czesi, kiedy pociąg wreszcie dotarł do celu?
Cieślakowie po przybyciu do ojczystego kraju osiedlili się w Lewinie Kłodzkim, miejscowości włączonej do Polski w 1945 roku. Wówczas było to jeszcze miasto, ale rok później Lewin stracił prawa miejskie. Ludność dotychczas zamieszkującą tę miejscowość wysiedlono w głąb Niemiec, a na jej miejsce napłynęli polscy osadnicy zza Bugu, ze Śląska oraz repatrianci wracający z różnych państw Europy. I właśnie w takim opuszczonym, poniemieckim domu zamieszkała rodzina Cieślaków. Budynek był stosunkowo nowy, bo zbudowany w 1925 roku, w porządnym, niemieckim stylu z pruskiego muru, otaczały go też doskonale utrzymane zabudowania gospodarcze.
Dzieci, które bardzo szybko zaaklimatyzowały się w nowym miejscu, chyba były szczęśliwe, chociażby dlatego, że w nowym domu każde z nich miało własny pokój, a małej Czesi przypadł ten na dole, po lewej stronie przy wejściu. Największy zachwyt dziewczynki wzbudził jednak stojący w salonie fortepian, na którym podobno próbowała grać. Niestety nie dane jej było długo cieszyć się owym instrumentem, na którego klawiaturze usiłowała wystukać jakieś melodie: po wprowadzeniu się Cieślaków grupa szabrowników, którzy podawali się za pracowników konserwatorium z Poznania, zażądała oddania instrumentu, a gospodarz posłusznie go im wydał, gdyż nie podejrzewał podstępu. Niewykluczone też, że bał się sprzeciwić kilku rosłym, krzepkim mężczyznom, mającym nad nim fizyczną przewagę, gdyż do siłaczy trudno go było zaliczyć. Taka zuchwała kradzież nie była w tym czasie na tak zwanych ziemiach odzyskanych niczym niezwykłym. Mienie pozostawione przez poprzednich mieszkańców uważano za niczyje, nawet jeśli już jacyś Polacy zdążyli zająć pozostawione nieruchomości wraz ze znajdującymi się tam dobrami. Ich przejęcie zależało jedynie od sprytu, determinacji i odpowiedniego pomysłu szabrowników, których ofiarą padli także Cieślakowie. Wprawdzie stracili cenny instrument, ale i tak mogli uważać się za szczęściarzy, pozostały im bowiem meble i wyposażenie kuchni.
Bez wątpienia rodzice Czesi musieli być zadowoleni z odmiany losu, jaka spotkała ich w powojennej Polsce. Przed wyjazdem mieszkali bowiem w zadymionej Dąbrowie Górniczej, gdzie większość ludności zasiedlała familoki, wielorodzinne budynki z ciemnoczerwonej cegły, nieotynkowane, na ogół pozbawione kanalizacji. Teraz zamieszkali w przestronnym wygodnym domu, a ich dzieci nie musiały już wdychać powietrza zanieczyszczonego dymem i pyłem z pobliskich kopalni.
A okolica była wręcz bajeczna: Lewin Kłodzki leży w otulinie istniejącego od 1993 roku Parku Narodowego Gór Stołowych, wśród Wzgórz Lewińskich obfitujących w zapierające dech w piersiach panoramy, ciekawą, często unikatową roślinność i, co istotne ze względów zdrowotnych, czyste powietrze. Janina, która podjęła pracę w miejscowej restauracji jako bufetowa, nie miała żadnych problemów, aby pogodzić zatrudnienie z prowadzeniem domu i opieką nad czwórką dzieci. Korzystając z dobrze wyposażonej kuchni, kiedy miała czas i ochotę, coś gotowała lub piekła, a ponieważ była dobrą gospodynią, gości wchodzących do domu już od progu nęciły zapachy smakowitych potraw i wspaniałych ciast.
Bolesławowi też nieźle się wiodło; tuż po przyjeździe wstąpił do milicji i został nawet komendantem na lokalnym posterunku, ale w organach ścigania nie zrobił kariery. I to na własne życzenie, gdyż wkrótce po objęciu tej odpowiedzialnej funkcji wdał się w jakieś nielegalne interesy, wchodząc w kolizję z prawem, któremu przecież miał służyć. Biografom Villas nie udało się ustalić, dlaczego jej ojciec stracił pracę, a w konsekwencji także dobre imię. W Lewinie i okolicy mówiono, że miał układy z przemytnikami, podobno przepuścił przez granicę transport butów marki Bata. Nie są to jednak zweryfikowane wiadomości. Inna wersja, podana przez przyjaciółkę Czesi, Krystynę, mówi o przekręcie, a może kawale Bolesława, którego dopuścił się wraz z innym milicjantem o imieniu Ignac oraz niejakim Pienieckim z pobliskiego Jarkowa: „Popili sobie i na furmankę tego Pienieckiego nakładli broni i amunicji wojska, co tam stacjonowało. Z jakiegoś magazynu czy składu, wtedy było dużo broni. Potem darli się, że złapali przemyt. Ale wojsko się kapnęło”2. Z całą pewnością Bolesław musiał wejść w konflikt z prawem, skoro na prawie dwa lata trafił do więzienia. I to jest dość dobrze udokumentowane.
Po wyjściu na wolność nie mógł pracować w milicji ze względu na karalność, ale znalazł zatrudnienie na kolei, gdzie wciąż mógł nosić mundur, tym razem kolejarski. Trudno powiedzieć, czy był dobrym mężem i ojcem, bo wprawdzie przynosił do domu pieniądze, zarobione tym razem już uczciwie, i dbał na swój despotyczny sposób o rozwój i wykształcenie dzieci, ale miał niełatwy charakter i życie z nimi nie było usłane różami. Zwłaszcza dla prostolinijnej, głęboko wierzącej w Boga Janiny, która musiała tolerować również jego zdrady, przygodne romanse, od których nie stronił. Na domiar złego miał wyjątkowo wybujałą wyobraźnię i skłonność do konfabulacji, co zdaniem pani Janiny odziedziczyła po nim najmłodsza córka.
Mała Czesia miała po kim odziedziczyć talent muzyczny, bo Bolesław był uzdolnionym muzykiem samoukiem. Zdolności i pasji mu nie brakowało, sam nauczył się trudnej gry na skrzypcach, i to na tyle dobrze, by grać w amatorskim zespole muzycznym, który założył z kolegą Zygmuntem Pedelem. Przygrywali na weselach i podczas innych uroczystości. Muzycy z jego zespołu występowali czasami w muszli koncertowej w Parku Zdrojowym w Lewinie. W tej niewielkiej miejscowości państwo Cieślakowie byli doskonale znani i pomimo więziennego epizodu Bolesława powszechnie szanowani. Przyjaciółka Czesi z lat szkolnych o ojcu przyszłej gwiazdy mówiła: „Był to pan poważny, nosił zegarek na łańcuszku, po wsi chodził ze skrzypcami w futerale, a na powitanie dotykał daszka kolejarskiej czapki. Matka Janina pracowała w bufecie przy głównej ulicy, miała słabe oczy, okulary grubości denka słoikowego”3. Dużą wadę wzroku odziedziczyła po matce Czesia, ale odziedziczyła również wspaniały głos, gdyż pani Cieślak dysponowała równie imponującymi warunkami głosowymi. Tylko Janina, w przeciwieństwie do swojej sławnej córki, nigdy nie szkoliła głosu pod okiem profesjonalistów.
Jak na wielkiego miłośnika muzyki i muzyka amatora przystało, Bolesław chciał uczynić z czworga swoich dzieci muzyków, najlepiej skrzypków, i sam udzielał im lekcji gry na tym instrumencie. Ale Czesia nie wspominała tego najlepiej: „Godzinami ćwiczyłam grę na skrzypcach. Gdy mi nie wychodziło, bił mnie smyczkiem po palcach”4 – opowiadała w jednym z wywiadów, krytycznie odnosząc się do zdolności pedagogicznych ojca, o którym zresztą w wywiadach nigdy nie wypowiadała się dobrze. Stosowane przez niego metody skutecznie zraziły przyszłą diwę do gry na skrzypcach.
Trzeba przyznać, że wszystkie dzieci państwa Cieślaków były muzycznie wybitnie utalentowane. Na przykład Wanda, najstarsza z gromadki, pięknie grała na pianinie oraz akordeonie. Ale to mała pyzata Czesia, obdarzona bujnymi włosami, okrągłą buzią i zadartym noskiem, zwracała największą uwagę, nie tyle urodą, ile niebanalnym zachowaniem. Z pewnością była najbardziej kolorowym członkiem rodziny i niejeden raz bulwersowała bliskich. Jej siostra wspomina chociażby, że zazwyczaj zamiast na krześle siadała na stole i zawsze miała inne zdanie niż reszta rodziny, z przekory, bo nie lubiła, by ktoś jej narzucał swoje poglądy. Jej rodzeństwo, przyzwyczajone do wyskoków siostry, mawiało, że wszyscy normalni ludzie chodzą na nogach, z wyjątkiem Czesi, która chadza na głowie. Ubierała się też inaczej niż jej rówieśniczki, bardzo lubiła stroje w kolorze czerwonym. W dodatku od najmłodszych lat marzyła się jej wielka kariera sceniczna, a może nawet filmowa. Jedna z jej koleżanek wspomina, że Czesia często powtarzała, iż w przyszłości będzie ją można oglądać w kinie, a na pytanie, skąd ma tę pewność, odpowiadała, jakoby taką informację przekazała jej Matka Boska.
Z relacji rodziny wynika jednak, że bohaterka naszej opowieści początkowo śniła o balecie. Jej bratowa, żona Jerzego, wspominała, że w dzieciństwie razem ze swą siostrą Zosią biegały na łąkę na wzgórzach, by wspólnie z Czesią i pod jej komendą robić mostki, gwiazdy i szpagaty, jak na przyszłe baletnice przystało. Początkowo rzeczywiście jeździła na zajęcia do szkoły baletowej w Kłodzku, ale z czasem zdecydowała się jednak na śpiew, gdyż zawsze lubiła śpiewać, a rodzeństwo nieraz słuchało jej „koncertów” w domowej łazience. Grała w szkolnym zespole, a ojciec uczył ją gry na skrzypcach, akordeonie i wiolonczeli, ale także na tak osobliwym instrumencie, jakim jest piła. Kiedy miała chwilę czasu dla siebie, biegła na wzgórze i leżąc na trawie, obserwowała pociągi jadące gdzieś hen, w wielki nieznany świat. Była przekonana, że podróżnych czeka po przybyciu do celu nowe lepsze życie. Z pewnością o wiele ciekawsze od tego, które można wieść w zapyziałym Lewinie.
Czas mijał. Z uroczej dziewczynki o wyglądzie porcelanowej laleczki wyrastała młoda dziewczyna, za którą oglądali się chłopcy. Zachowane zdjęcia z wczesnej młodości przyszłej diwy skłaniają do opinii, że uwieczniona na nich młoda panna nie jest bynajmniej posągową pięknością, ale niewątpliwie przyciąga wzrok i może się podobać. Ma okrągłą twarz, w której zwracają uwagę perkaty nosek i śmiało patrzące na świat oczy, oraz bujne, starannie upięte włosy. Jest też stanowczo zbyt pulchna, by mieścić się w kanonach piękna, zwłaszcza obowiązujących współcześnie. A jednak nie da się ukryć, że ma w sobie to „coś”, co przykuwa uwagę i co przyciąga wzrok mężczyzn, zapewne ku utrapieniu dużo ładniejszych koleżanek. Zwłaszcza że miała niemałe atuty: „Jasna, włosy jak len, a ich gęstość jak sznur z konopi – opowiadała po latach koleżanka szkolna Violetty – a ciało zdrowe, nabite, nie to, co teraz, dziewczyny są jak wieszaki”5. I chyba zawsze lubiła zwracać na siebie uwagę, co widać na zachowanych zdjęciach z jej wczesnej młodości. „Violetta zawsze była inna – przyznaje Małgorzata Gospodarek, synowa Villas. – To widać nawet na starych fotografiach. Kobiety w Lewinie ubrane w sandały i długie spódnice. A Violetta – pasek, dekolt. Ludzie w tych czasach stali na baczność, gdy robiono im zdjęcie. U mamy Krzysia całe ciało grało. Ręka, nóżka w różne strony. Wyróżniała się z tłumu”6.
Czesia stosunkowo szybko odkryła, że podoba się chłopcom, i stopniowo uczyła się, jak to wykorzystać. Jako nastolatka razem ze swoją przyjaciółką Krysią Chabrówną umawiały się z chłopakami, czasem kilkoma naraz i w tym samym miejscu. Jak można się domyślić, dziewczyny nie miały zamiaru pojawić się na randce. Chłopaków, którzy przyszli na spotkanie, obserwowały z ukrycia i śmiały się z nich. Matki obu dziewcząt, dowiedziawszy się o tym, załamały ręce, ojcu Czesi także nie podobało się takie zachowanie, zwłaszcza że nie uszło jego uwadze, jak jego córka działa na mężczyzn. Doskonale wiedział, jak to się może skończyć. Nie podobały mu się także rojenia Czesławy o sławie i scenie, ponieważ miał tradycyjne poglądy, opowiadał się za zwyczajowym podziałem ról mężczyzn i kobiet. Miał też określoną wizję dotyczącą przyszłości swego potomstwa: chłopcy powinni wykonywać konkretny zawód – górnika, elektryka, mechanika – a dziewczynki miały być żonami przy mężach, gospodyniami i matkami. A tymczasem jego młodsza córka, której zakonnice nadały na chrzcie tak ekscentryczne imię, śniła na jawie o występach na scenie. Bolesław wiedział, jak zaradzić tym mrzonkom i skutecznie ściągnąć Czesię na ziemię – należało ją czym prędzej wydać za jakiegoś porządnego chłopaka, który jak najszybciej uczyni ją matką. I wkrótce znalazł się odpowiedni kandydat. W dodatku Czesi bardzo się spodobał.
2
Żona, matka, artystka…
„Mój ojciec Bolesław Cieślak, który był prostym skromnym człowiekiem – górnikiem, a potem kolejarzem – uznał, że dla mojego dobra najlepsze jest, bym szybko wyszła za mąż i miała dom. Gdy miałam 15 lat, byłam już bardzo rozwinięta, wyglądałam na co najmniej 17. Upodobał mnie sobie wtedy pewien porucznik po szkole oficerskiej na służbie WOP w Kudowie. Miał 27 lat. Wpadłam mu w oko. Ale ja nie chciałam wychodzić za mąż. W tym czasie marzyłam już, żeby wyjechać z Lewina do szkoły muzycznej do Wrocławia. Pragnęłam zostać piosenkarką. Ojciec jednak nie chciał się na to zgodzić. – Strach cię puścić do Wrocławia! Kto cię tam przypilnuje! Lepiej będzie, jak wyjdziesz za mąż! – mówił. I zmusił mnie do małżeństwa z tym porucznikiem. Buntowałam się. Nie chciałam go. Ale ojciec przekonywał, że z czasem go pokocham i przyzwyczaję się do niego. Dopiął swego i za pozwoleniem sądu, bo byłam nieletnia, wydał mnie za mąż w wieku 16 lat. Wzięliśmy ślub cywilny i zamieszkaliśmy z moimi rodzicami w Lewinie. W dniu ceremonii przyrzekłam sobie, że jak tylko skończę 18 lat, to ucieknę od porucznika Gospodarka, zostawię go. W międzyczasie urodził się nasz syn Krzysztof. Ale ja rozpaczałam. Stale płakałam i modliłam się w kościele, żeby Bóg pozwolił mi zostać śpiewaczką i uciec od męża. Jak postanowiłam, tak zrobiłam”7.
Taką wersję okoliczności swojego pierwszego ślubu Violetta Villas przez lata sprzedawała dziennikarzom w wywiadach i wierzono jej bez zastrzeżeń. Nikomu nie przyszło do głowy, by zweryfikować nieustannie powtarzaną wersję o małżeństwie bez miłości, zaaranżowanym przez ojca niewierzącego w talent młodziutkiej Czesławy. A wystarczyło sprawdzić datę zawarcia związku małżeńskiego i datę urodzin Piotra Gospodarka, bo tak właśnie nazywał się pierwszy mąż naszej bohaterki, by się przekonać, że historia o wymuszonym małżeństwie bez miłości, mówiąc delikatnie, nie do końca jest zgodna z prawdą.
Bolesław Cieślak odetchnął zapewne z ulgą, kiedy w otoczeniu jego młodszej córki pojawił się twardo stąpający po ziemi i wcześniej doświadczony przez los, przystojny mężczyzna, w dodatku wojskowy. Jego zdaniem małżeństwo i rodzina to było najlepsze remedium na dziewczyńskie fanaberie, za jakie niewątpliwie uznawał zachowanie Czesi i jej rojenia o sławie. Z pewnością dziewczyna była bardzo rozwinięta i przyciągała wzrok mężczyzn, a niestroniący od kobiet Bolesław zdawał sobie sprawę, że może to ściągnąć na nią kłopoty. Prawdą jest więc, że to on optował za tym, by jego córka jak najszybciej wyszła za mąż. Podobnie postąpił w przypadku Wandy, starszej siostry przyszłej gwiazdy. To właśnie ją zmusił do ślubu z niekochanym, sporo starszym mężczyzną, co zresztą fatalnie się dla niej skończyło. Mąż bowiem okazał się tyranem domowym i damskim bokserem. Na szczęście Wanda znalazła w sobie tyle siły, by odejść od swojego oprawcy; znalazła nową miłość i stworzyła znacznie szczęśliwszy związek.
Tymczasem Czesia, wbrew temu, co potem uparcie powtarzała w wywiadach, nie miała nic przeciwko wyjściu za Piotra Gospodarka. I tak naprawdę to on pierwszy wpadł jej w oko, był zresztą przystojnym, wysokim, jasnowłosym chłopakiem, około dwudziestopięcioletnim, i podobał się niemal wszystkim dziewczętom w Lewinie, na czele z najlepszą przyjaciółką Czesi, Krysią Chabrówną. „Najbardziej mi się podobał, jak chodził w galowym mundurze z lampasami i w oficerkach – wspominała po wielu latach Krystyna. – Jak mu on, ten mundur, pasował! Dobry był z niego kąsek”8. I to ona pierwsza miała chrapkę na ten „dobry kąsek”. Piotr był kolegą jej starszego brata i za jego sprawą go poznała.
I pewnie to ona nosiłaby nazwisko Gospodarek, gdyby szyków nie popsuła jej panna Cieślakówna, która uznała, że przystojny podporucznik to idealny kawaler dla niej. W efekcie doszło między nimi do konfliktu i dziewczęta nawet się o niego pobiły, a Czesia straciła w bójce dwa zęby (do czego potem nigdy nie chciała się przyznać). Bójka chyba zakończyła się remisem, ale to Czesława uznała przystojniaka za swoją zdobycz. Zresztą bez problemu go w sobie rozkochała i okręciła wokół palca. Bardzo prawdopodobne, że ona również była w nim zakochana. A może tak się jej tylko wydawało, może wmówiła sobie to uczucie, bo chciała uciec spod kurateli despotycznego ojca? Na pewno ten przystojny podporucznik, świetnie prezentujący się na koniu, bardzo się jej podobał. A rodzice z pewnością nie mieli nic przeciwko tej znajomości, widząc w Piotrze dobrego kandydata na męża, bo był wojskowym o stałych dochodach. Poza tym wydawał się spokojnym i skromnym człowiekiem. Zapewne także wydawało im się, że skoro sam był sierotą i wychowywał się jako syn pułku, potrafi docenić dom, który, jak uważali Cieślakowie, stworzy mu ich córka.
Warto dodać, że wbrew temu, co uparcie powtarzała w wywiadach nasza bohaterka, Piotr był starszy od niej nie o dwanaście, ale o cztery lata, gdyż urodził się 10 kwietnia 1934 roku. Dlaczego więc później, kiedy została gwiazdą pierwszej wielkości, uparcie go postarzała w wywiadach i wypowiedziach? Czyżby wstydziła się tego młodzieńczego zauroczenia, pod którego wpływem podjęła stanowczo zbyt pochopną i nierozważną decyzję o ślubie? Przyglądając się ślubnym zdjęciom tej pary, odnosi się wrażenie, że patrzy się na szczęśliwą pannę młodą. Widzimy na nich bardzo młodych ludzi, chciałoby się powiedzieć dzieciaków, bo Czesława w chwili zawarcia małżeństwa była rzeczywiście bardzo młoda, choć nieco starsza, niż twierdziła później w wywiadach. Z dokumentów wynika, że ślub odbył się 21 lutego 1955 roku, co oznacza, że Violetta miała wtedy niecałe siedemnaście lat, a nie szesnaście. Ponieważ zgodnie z obowiązującymi w ówczesnej Polsce przepisami kobieta mogła wyjść za mąż po ukończeniu siedemnastu lat, Czesi potrzebna więc była zgoda sądu na zawarcie małżeństwa.
Panna Cieślak nie była jedyną młodą kobietą decydującą się na ślub w tak młodym wieku. W tych trudnych powojennych czasach ludzie marzyli o założeniu rodziny, mając w pamięci okrucieństwa wojny i pragnąc stabilizacji. Nikogo zatem nie dziwiły małżeństwa młodych dziewczyn, które według współczesnych standardów powinny jeszcze chodzić do szkoły. Kościół był w tym względzie jeszcze bardziej liberalny – kobieta mogła zawrzeć związek małżeński po ukończeniu szesnastego roku życia.
Na ceremonii zaślubin Czesława wystąpiła w błękitnej sukience przystrojonej mnóstwem falbanek i ozdóbek, była więc całkowicie w stylu Czesi, pan młody natomiast brał ślub w galowym mundurze. A wesele odbyło się w domu Cieślaków, podobnie zresztą jak wcześniej wesele Wandy, starszej córki Janiny i Bolesława.
Wkrótce po tym radosnym wydarzeniu proza życia dopadła bujającą w obłokach Czesławę, która najwyraźniej bardzo szybko rozczarowała się małżeństwem. Piotr Gospodarek nie był muzykalny, nie przepadał za muzyką, a zwłaszcza był przeciwny planom swojej żony – muzykowaniu i śpiewaniu. Rajski ptak, jakim była Wioletta, nie mógł żyć u boku wojskowego, skromnego i spokojnego mężczyzny, którego jedynym powołaniem jest utrzymywanie żony i dzieci. 8 stycznia 1956 roku, rok po ślubie, przyszedł na świat ich syn Krzysztof. Czesia przywitała dziecko z radością i nie mamy powodów, by przypuszczać, że nie kochała synka czy że dopadła ją depresja porodowa, skoro mieszkańcy Lewina pamiętają, jak z dumą spacerowała z wózkiem po tamtejszych ulicach. Zapewne więc jej późniejsza decyzja musiała być dla nich równie wielkim zaskoczeniem jak dla Piotra.
Czesia bowiem, zaledwie po kilku miesiącach w roli matki, kiedy tylko zrobiło się nieco cieplej, zabrała synka oraz pensję Piotra i wyjechała do Szczecina, gdzie wcześniej wraz z mężem zamieszkała jej siostra. Ale celem wyjazdu nie były odwiedziny u Wandy – Czesława chciała zdać egzamin na wydział wokalny szczecińskiej szkoły muzycznej, gdyż, wbrew nadziejom ojca, małżeństwo nie wybiło jej z głowy marzeń o karierze scenicznej. Problem polegał jednak na tym, że czas składania podań już minął i Czesia musiała dokonać cudu, żeby się dostać do wymarzonej szkoły. I trzeba przyznać, że dokonała, była bowiem bardzo zdeterminowana. „Pamiętam, że stałam sama wystraszona na szkolnym korytarzu i prosiłam o przesłuchanie – zapisze potem w swoim pamiętniku odnalezionym po jej śmierci przez syna. – Co chwilę do komisji wzywany był ktoś, kto wcześniej już złożył podanie. Ja tego nie zrobiłam. Nie wiedziałam, czy dostanę się na egzamin. W końcu wysiadłam wprost z pociągu z Lewina! Siedziałam w kącie i potwornie się bałam. […] Kiedy wszyscy zostali przeegzaminowani, na końcu poproszono jednak i mnie. – Pani chce zostać śpiewaczką? A dlaczego? A co nam pani zaśpiewa? – zapytała komisja. Zaśpiewałam hiszpańską pieśń o torreadorze i pieśń włoską. Włożyłam w to całe serce, aż łzy leciały mi po policzkach. Profesorowie zrobili mi specjalne badanie i stwierdzili, że mam słuch absolutny. I przyjęto mnie na pierwszy rok. Płakałam z radości!”9.
Przyjęcie do wymarzonej szkoły było w zasadzie jedynym powodem do radości ambitnej dziewczyny, która musiała zadbać nie tylko o siebie, ale także o swoje maleńkie dziecko. Na pomoc siostry, nieszczęśliwej w małżeństwie i znoszącej tyranię despotycznego męża, nie mogła liczyć, nie mogła nawet u niej zamieszkać. Musiała też z czegoś żyć, wprawdzie przyznano jej stypendium, ale nie były to środki wystarczające do utrzymania jej i dziecka, z którym przecież nie mogła zamieszkać w szkolnym internacie. Przeprowadziła się do bardzo skromnego mieszkanka, a w zasadzie pokoiku na poddaszu pozbawionego ogrzewania. Takie warunki z pewnością nie sprzyjają zdrowiu kilkumiesięcznego dziecka, nic zatem dziwnego, że Krzysio po dwóch tygodniach zachorował na zapalenie płuc. Zrozpaczona Czesia nie miała innego wyjścia, jak tylko zawieźć dziecko do Lewina, by oddać je pod opiekę matki, na którą zawsze mogła liczyć. Obiecała jej oczywiście, że później zabierze syna do siebie, ale najpierw musi skończyć szkołę muzyczną, a przynajmniej tak twierdziła w wywiadach wiele lat później, gdy już była sławna. Spodziewała się, że jej mąż, ojciec Krzysia, będzie miał udział w jego wychowaniu, a tymczasem chłopiec nie miał z nim żadnego kontaktu. Nawet jeśli ojciec na początku się nim zajmował, to chłopiec tego nie zapamiętał, bo był za mały. A potem właściwie na dobre zniknął z jego życia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Za: P. Retecki, Zderzenie cywilizacyjne na terenie wałbrzyskim po 1945 roku, „Kultura Współczesna”, nr 1/2010, s. 182. [wróć]
2. Za: I. Michalewicz, J. Danilewicz, Villas. Nic przecież nie mam do ukrycia, Warszawa 2011, s. 13. [wróć]
3. Za: M. Pęczak, M. Kołodziejczak, Czesława. Opowieść o samotności i śmierci Violetty Villas, [na:] polityka.pl [online], dostępne w Internecie: https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1522335,1,czeslawa-opowiesc-o-samotnosci-i-smierci-violetty-villas.read. [wróć]
4. Za: Mija 7. rocznica śmierci Violetty Villas. Kim była?, [na:] wroclaw.naszemiasto.pl [online], dostępne w Internecie: https://wroclaw.naszemiasto.pl/mija-7-rocznica-smierci-violetty-villas-kim-byla-zdjecia/ar/c13-4906810. [wróć]
5. Za: M. Pęczak, M. Kołodziejczak, op. cit. [wróć]
6. Za: J. Kopińska, Violetta Villas: Jestem Twoją mamą, [w:] Z nienawiści do kobiet, Warszawa 2018, s. 10. [wróć]
7. Za: Pamiętnik Violetty Villas. Wyznała prawdę o ucieczce ze wsi, [na:] fakt.pl [online], dostępne w Internecie: https://www.fakt.pl/kobieta/plotki/pamietnik-violetty-villas-piosenkarka-opowiada-o-ucieczce-ze-wsi/msk62dm. [wróć]
8. Za: I. Michalewicz, J. Danilewicz, op. cit., s. 20. [wróć]
9. Za: Pamiętnik Violetty Villas…, op. cit.[wróć]