W ciemnym, głodnym lesie - Przemysław Piotrowski - ebook
NOWOŚĆ

W ciemnym, głodnym lesie ebook

Przemysław Piotrowski

3,9
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

651 osób interesuje się tą książką

Opis

Nowa seria autora bestsellerowego cyklu z Igorem Brudnym!

Młoda kobieta znika w Bieszczadach. Nie była pierwsza. Jaką tajemnicę kryje pobliski las?

Czyściec – niewielka wieś w Bieszczadach. To tutaj przed laty po raz ostatni widziano siostrę Niny. Sprawa nigdy nie została rozwiązana.

Po latach historia się powtarza. W tym samym miejscu znika kolejna dziewczyna. Nina, dziś dziennikarka, rozpoczyna własne śledztwo. Odkrywa, że zaginięć było więcej, a wszystkie mają związek z jednym miejscem – okolicznym lasem.

Mieszkańcy milczą, jakby coś ukrywali. Jakby wszyscy wiedzieli więcej, niż chcą zdradzić. Każdy ostrzega przed lasem. Każdy powtarza to samo: las zabiera i nie oddaje.

Im bliżej prawdy jest Nina, tym większe grozi jej niebezpieczeństwo. W Czyśćcu nie znika się bowiem przypadkiem…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 307

Oceny
3,9 (83 oceny)
39
17
10
13
4
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
wiedzmazlasu78

Z braku laku…

Ceniony pisarz, a tutaj już na samym początku rozczarowanie przez brak rozróżnienia kim, gdzie i co może zawód: psycholog, psychiatra, doktor. Ok, pomieszanie gatunków literackich, przy czym tutaj prowadzona fabuła mnie osobiście nie urzekła. Czegoś tu zabrakło.
20
Ida22

Nie polecam

Myślę że autor desperacko miotał się żeby stworzyć historię która trzyma się kupy.No cóż słabo trzyma się kupy, za to wręcz epatuje niechlujstwo.Moje refleksje, to raczej obrzydzenie.
20
Malwi68

Z braku laku…

Nina Baceli wraca do bieszczadzkiego Czyśćca, gdzie lata temu zaginęła jej siostra. Las Borek znów zabiera młode kobiety, a mieszkańcy szeptem ostrzegają: nie wchodź tam. Klimat mgły i paranoi jest, ale całość wyszła bardzo schematycznie. Wiedzialam, co się wydarzy, nic mnie nie zaskoczyło.
21
saba2018
(edytowany)

Z braku laku…

Nie tego oczekiwałam. Miał być kryminał, a wyszło - sama nie wiem co.
10
Logana

Z braku laku…

Dla fanów SF
10



Copy­ri­ght © 2026 by Prze­my­sław Pio­trow­ski Copy­ri­ght © 2026 by Wydaw­nic­two Czarna Owca

All rights rese­rved

Redak­torka pro­wa­dząca: Agnieszka Radzi­kow­ska Redak­cja: Jacek Ring Korekta: Ewa Ski­biń­ska, Anna Brze­ziń­ska, Beata Wój­cik Pro­jekt okładki: Piotr Cie­śliń­ski (Dark Crayon) Przy­go­to­wa­nie okładki do druku: Mag­da­lena Zawadzka Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN 9788383829401

Dedykacja

Oli, naj­mil­szej Pani Dyrek­tor, jaką znam

Prolog

Mgła wisiała nisko, jakby ktoś ją przy­bił do ziemi gwoź­dziami.

Dziew­czyna szła lasem bez planu, ale z jedną myślą – nie wra­cać. To wystar­czało. Każdy krok był małym kłam­stwem wobec domu. Że to tylko spa­cer, że tylko się prze­wie­trzy, że zaraz zawróci. A prze­cież wie­działa, że jeśli zawróci, coś w niej pęk­nie na dobre. Ściółka pod pode­szwami cicho skrzy­piała. Za cicho. Jakby las tłu­mił dźwięki, żeby nikt przy­pad­kiem nie usły­szał, że idzie.

Kiedy oznaj­miła ludziom, co zamie­rza, usły­szała:

– To zły pomysł.

– Niech pani tam nie idzie.

– Ten las zabiera i nie oddaje.

Powta­rzali to jak man­trę. Baby w chu­s­tach, pijaczki sączące wino pod skle­pem, kobieta sprzą­ta­jąca płyty nagrobne. Biedne istoty, myślała. Zabo­bonni wie­śniacy. Głupi ludzie.

I poszła.

Bo i tak już nic gor­szego jej spo­tkać nie mogło. Nic gor­szego niż ten skur­wiel, ojciec, alko­ho­lik, dam­ski bok­ser, pie­przony sady­sta. Kop­nęła leżącą na ścieżce gałązkę, a chwilę póź­niej wykrzy­czała w prze­strzeń cały swój gniew. I żal. I ból. Gwał­tow­nie, jakby chciała wyrzu­cić z sie­bie całą zże­ra­jącą ją złość. Nie­wiele to dało.

Zdjęła ple­cak, wyjęła butelkę i wypiła łyk wody. Usia­dła pod drze­wem i skryła głowę w dło­niach. W kie­szeni miała tylko tro­chę zaskór­nia­ków, w ple­caku parę pajd chleba z serem i ogór­kiem, tro­chę wody, ciu­chy na zmianę, plu­szo­wego misia, a w gło­wie żal i wyrzuty sumie­nia. Poza tym żad­nego planu, żad­nego pomy­słu, co dalej.

Były tylko drzewa i echo wła­snej roz­pa­czy.

I mgła.

Pod­nio­sła się i ruszyła dalej. Pomy­ślała, że może doj­dzie do gra­nicy, a po sło­wac­kiej stro­nie jakoś się ułoży. Tam jej nie będą szu­kać. Może znaj­dzie jakąś pracę przy obej­ściu, może ktoś będzie potrze­bo­wał opieki, a jak szczę­ście dopi­sze, to będzie sprze­da­wać piwo.

Ta myśl spra­wiła, że przy­spie­szyła kroku. Przy­sta­nęła przy dziw­nie wyglą­da­ją­cej gałązce. Leżała na środku ścieżki i była zawią­zana w supeł. Popa­trzyła na nią przez chwilę, pod­nio­sła i przy­tknęła do nosa. Pach­niała świeżą żywicą i czymś jesz­cze. Czymś, czego nie potra­fiła nazwać, ale co budziło w niej sza­cu­nek do lasu i jego miesz­kań­ców.

Kilka kro­ków dalej pień sosny był nacięty. Trzy uko­śne kre­ski, a pod nimi poje­dyn­cza pio­nowa, jakby ktoś odli­czał czas. Dotknęła kory. Cię­cie było świeże, w bruz­dach błysz­czała żywica, gęsta i lepka jak łza.

Palce przy­kle­iły się na moment, a gdy je odcią­gnęła, poczuła zapach. Ciężki, słod­kawy, mdlący. Budzący nie­po­kój. Poczuła chłód, jakby nagle tem­pe­ra­tura spa­dła o kilka stopni. Zawa­hała się, ale prych­nęła i ruszyła dalej. Przed chwilą pomy­ślała o czymś wyjąt­kowo nie­doj­rza­łym i głu­pim.

Przy­po­mniała sobie film o gru­pie przy­ja­ciół, któ­rzy wybrali się do lasu i ich wyprawa zmie­niła się w kosz­mar. Podobno praw­dziwa histo­ria, a przy­naj­mniej tak był rekla­mo­wany. Wszyst­kich dopa­dła wiedźma.

Uśmiech­nęła się pod nosem na tę myśl. Bała się wtedy jak dia­bli, bo miała czter­na­ście lat, a starsi kole­dzy po raz pierw­szy poczę­sto­wali ją skrę­tem z mari­hu­aną. Ni­gdy potem już nie zapa­liła.

To tylko film, tłu­ma­czyła sobie, brnąc w las głę­biej i głę­biej. Ale znaki zaczęły się powta­rzać. Na jed­nym drze­wie kre­ski, na dru­gim roz­dar­cie kory w kształ­cie ust, na trze­cim przy­bita do drzewa gałązka.

To nie był przy­pa­dek. I nie zro­bił tego wiatr ani deszcz. Zro­biły to czy­jeś ręce.

Gdy przed­ra­miona pokryły się jej gęsią skórką, wzrok przy­kuły kolejne figurki. Małe, powy­gi­nane z paty­ków, poskrę­cane z gałą­zek, zwią­zane sznur­kami i wło­sami. Wisiały na gałę­ziach na wyso­ko­ści jej twa­rzy, koły­sząc się deli­kat­nie. Jedna przy­po­mi­nała czło­wieka z roz­cza­pie­rzo­nymi rękami. Druga coś zbyt dłu­giego, zbyt chu­dego, z głową prze­chy­loną jak u wisielca. Trze­cia miała w brzu­chu otwór na wylot. Ktoś musiał wyła­mać z niej śro­dek pal­cem.

Prze­łknęła ślinę, bo obrazy z seansu powró­ciły. Rozej­rzała się wokół, pocie­ra­jąc zmar­z­nięte przed­ra­miona.

– Ktoś robi sobie z cie­bie jaja, i tyle – bąk­nęła, aby dodać sobie odwagi, ale zamiast tego poczuła, że serce bije coraz szyb­ciej.

Mgła zgęst­niała. Wil­goć wśli­zgnęła się pod koł­nierz. Usły­szała szczęk wła­snych zębów.

I wtedy mię­dzy pniami dostrze­gła to coś. Coś dyszą­cego. Coś z kory, gałęzi i liści. Jakby las ufor­mo­wał syl­wetkę i pozwo­lił jej oddy­chać.

Zasty­gła w bez­ru­chu, a gdy to coś zro­biło krok w jej kie­runku, krzyk uwiązł jej w gar­dle.

Zanim poczuła na skó­rze zimny dotyk, po policz­kach popły­nęły jej cie­płe łzy.

Rozdział 1

Arty­kuł był krótki. Za krótki jak na zagi­nię­cie czło­wieka.

Zagi­niona turystka z woje­wódz­twa mazo­wiec­kiego, Klau­dia S., lat 22, po raz ostatni była widziana w miej­sco­wo­ści Czy­ściec (pow. leski) w barze Kukułka. Wyszła wie­czo­rem na spa­cer w stronę lasu i nie wró­ciła do pen­sjo­natu. Poli­cja i GOPR pro­wa­dzą poszu­ki­wa­nia w oko­li­cach pobli­skiego kom­pleksu leśnego Borek. Osoby posia­da­jące infor­ma­cje pro­szone są o kon­takt…

I do tego jedno nie­wy­raźne, prze­pa­lone zdję­cie.

Nina czy­tała te zda­nia trzy razy, jakby w końcu litery miały się uło­żyć ina­czej. Zagi­niona turystka. Spa­cer w stronę lasu. Nie wró­ciła.

Zbyt zna­jome słowa, by je tak zosta­wić.

Był późny wie­czór, jej kawa­lerka w War­sza­wie tonęła w pół­mroku. Lap­top stał na wytar­tym biurku, obok sty­gła kawa. Za oknem cią­gnęły się świa­tła Trasy Łazien­kow­skiej, białe kre­ski na mokrym asfal­cie. Zwy­kle lubiła ten widok. Dziś ją draż­nił. Klik­nęła w minia­turę zdję­cia, powięk­szyła.

Bar. Drew­niane wnę­trze, łuna żół­tego świa­tła, kilka sto­li­ków. Na pierw­szym pla­nie dziew­czyna z dłu­gimi wło­sami spię­tymi w wysoki kucyk – to musiała być Klau­dia. Na szyi poły­ski­wał srebrny wisio­rek z wygra­we­ro­wa­nym skor­pio­nem, jak się domy­śliła, zna­kiem zodiaku. Uśmie­chała się do kogoś poza kadrem, w ręku trzy­mała kufel z piwem. Obok ktoś sie­dział, ale to miej­sce było roz­ma­zane.

Nina prze­su­nęła obraz, bar­dziej z przy­zwy­cza­je­nia zawo­do­wego niż z nadziei na cokol­wiek. W głębi, za barem, znaj­do­wało się lustro. Krzywe, stare, z wytartą ramą. W nim odbi­jał się frag­ment sali i czy­jaś twarz. Poczuła ukłu­cie, tuż pod ser­cem, a chwilę potem przy­tkało ją, jakby otrzy­mała cios w splot sło­neczny. Prze­łknęła ślinę, sku­piła wzrok. Naj­pierw zoba­czyła tylko zarys. Pro­fil. Potem ślad kosmyka za dłu­giej grzywki opa­da­ją­cej na czoło. I te oczy. Wyda­wało jej się, że patrzą pro­sto w obiek­tyw. Pro­sto na nią.

– Co, do…?

Nina jesz­cze powięk­szyła zdję­cie, aż pik­sele zaczęły się roz­pa­dać na kwa­draty.

To nie mogła być ona. Nie­moż­liwe.

Linię żuchwy roz­po­zna­wała z setek wspo­mnień: Maja przy­gry­za­jąca dolną wargę, kiedy się wku­rza. Maja, kiedy śmieje się zbyt gło­śno. Maja, kiedy mówi: spo­koj­nie, Mała, ja to ogarnę. Na zdję­ciu kobieta wyglą­dała ina­czej. Chud­sza. Twarz pocią­gła, policzki zapad­nięte, jakby ktoś wyssał z niej wnę­trze. Ale dostrze­gła lekki skręt głowy, spo­sób, w jaki trzy­mała rękę przy barku. Ten gest był tak cha­rak­te­ry­styczny, że Nina poczuła, jak coś w niej pęka.

Maja.

Jeśli to nie była ona, to ktoś, kto nosił jej twarz.

Nina odsu­nęła się na krze­śle, aż kółka zaskrzy­piały o panel. Przez chwilę miała wra­że­nie, że pokój się kur­czy. Ściany były za bli­sko, powie­trze za gęste. Tele­fon zawi­bro­wał na biurku. Wia­do­mość na gru­pie redak­cyj­nej.

Kto jutro robi nasz stały kącik „Zagi­nię­cia tygo­dnia”? Mamy świeżą sprawę turystki z Biesz­czad. Jakieś lasy, jakaś wio­cha, kla­syk – ktoś chętny?

Nina gapiła się w tekst, jakby czy­tała go przez wodę.

Zagi­niona turystka. Lasy. Wio­cha. I to zdję­cie.

Jej kur­sor zawisł nad kla­wia­turą. Chwilę póź­niej bez­wied­nie wystu­kała:

Biorę!

Enter. Wia­do­mość została wysłana. Dopiero wtedy ciało poin­for­mo­wało ją, że znowu oddy­cha. W kuchni otwo­rzyła szafkę i się­gnęła po butelkę wina. Zatrzy­mała się w pół ruchu i odsta­wiła wino. Zamiast tego z naj­wyż­szej półki zdjęła małą, obdra­paną meta­lową puszkę. Pudełko po her­ba­cie, które pamię­tała z dzie­ciń­stwa. W środku znaj­do­wały się stare rze­czy, któ­rych ni­gdy nie wyrzu­ciła. Zdję­cia z pola­ro­idu, zmięte bilety auto­bu­sowe, kartka z krzy­wym napi­sem: Nina, nie bój się! – M. I wydruk z poli­cyj­nego maila sprzed lat.

Ostatni logo­wany sygnał tele­fonu komór­ko­wego Mai Baceli (lat 16) zare­je­stro­wano w oko­li­cach powiatu leskiego. Praw­do­po­dobne prze­by­wała w rejo­nie kom­pleksu leśnego Borek.

Wtedy te słowa nic jej nie mówiły. Była za młoda, zbyt wystra­szona, za bar­dzo sku­piona na oczach matki i pię­ściach ojca. Oko­lice powiatu leskiego zna­czyły mniej wię­cej tyle, że gówno wiemy, gdzie jest.

Teraz, po latach map, śledztw, spraw, Biesz­czady były dla niej kra­iną z innej pla­nety. Usia­dła z powro­tem przy lap­to­pie. Otwo­rzyła mapę. Wpi­sała: Czy­ściec.

Nie­wielka kropka. Wieś mię­dzy lasem a nie­bem. Przy­bli­żyła. Prze­cią­gnęła w dół.

Pasma drzew. Zazna­czony rezer­wat. Opis: „Kom­pleks Leśny Borek”.

Przy­ło­żyła do ekranu stary wydruk, jakby chciała dopa­so­wać dwie war­stwy świata. Rejon kom­pleksu leśnego Borek.

Coś w jej klatce pier­sio­wej prze­su­nęło się i zasko­czyło jak zamek. Maja nie znik­nęła gdzieś w Biesz­cza­dach. Nie w abs­trak­cyj­nej zie­lo­nej pla­mie na mapie. Znik­nęła tu. W lasach obok Czyśćca. Nie­ja­sne podej­rze­nie po latach nagle nabrało kształtu. Nie cho­dziło tylko o podo­bień­stwo twa­rzy na zdję­ciu czy puste spoj­rze­nie bar­manki w tle. Ten sam powiat. Ten sam las. Ten sam typ ciszy w poli­cyj­nych odpo­wie­dziach.

Z łazienki przy­nio­sła małe okrą­głe lustro. Usta­wiła je tak, by widziała w nim powięk­szone zdję­cie na ekra­nie. Chciała zoba­czyć ten sam kadr, który zro­bił foto­graf z lokal­nej gazety. Na pierw­szym pla­nie zagi­niona Klau­dia. Uśmiech­nięta. W ręku piwo. Ot, zado­wo­lona z życia turystka, która wie­rzy, że las jest atrak­cją. W tle, w lustrze za barem, odbi­cie dziew­czyny o wychu­dzo­nej twa­rzy.

Stała nie­ru­chomo. Nie nale­wała piwa. Nie sprzą­tała. Nie robiła kom­plet­nie nic. Jakby stała tam po pro­stu po to, żeby być tłem. W lustrze wyglą­dała jak duch. Jak odbi­cie kogoś, kto nie należy ani do świata klien­tów, ani do świata obsługi. Jak ktoś, kogo nikt nie miał zauwa­żyć.

Nikt poza Niną.

– Czy to w ogóle…? – mruk­nęła do ekranu, ale nie dokoń­czyła myśli. W redak­cyj­nym cza­cie poja­wił się kolejny komu­ni­kat.

Nina, możesz poje­chać na miej­sce? Zoba­czysz bar, pen­sjo­nat, popy­tasz ludzi, napi­szesz tekst, mach­niesz foty, kla­syka. Mamy budżet na dwie noce.

Dwie noce. Śmiesz­nie mało w porów­na­niu z szes­na­stoma latami.

Odpi­sała:

Jadę jutro!

Kiedy wyłą­czyła lap­top, w miesz­ka­niu zro­biło się zbyt cicho. War­szawa za oknem wciąż szu­miała, ale ten szum był daleki, nie­szko­dliwy, obo­jętny. Przy­po­mniała sobie tam­ten dzień. Maja w drzwiach. Ple­cak na ramie­niu. Siniec na policzku, który pró­bo­wała zakryć pudrem.

– Wrócę po cie­bie – powie­działa. – Tylko pocze­kaj, wytrzy­maj. Ogarnę się i po cie­bie wrócę.

Nie wró­ciła. Zamiast niej przy­je­chała poli­cja. Potem były raporty, zezna­nia, sta­ty­styka.

Nie­let­nia. Praw­do­po­dobna ucieczka z domu. Może do pracy, może do chło­paka i tego typu bzdury.

Nina się­gnęła po odsta­wioną butelkę z winem i tym razem nalała sobie pół kie­liszka. Upiła kilka łyków, popra­wiła kosmyk wło­sów i znów włą­czyła lap­top. Popa­trzyła na ekran.

– Szes­na­ście lat… – Wes­tchnęła. – Czy ty się za bar­dzo nie pod­pa­lasz, Ninka?

Dopiła wino i nalała sobie kolejną por­cję. Odchy­liła się na krze­śle, jakby ta per­spek­tywa miała schło­dzić buzu­jące w niej emo­cje. Przez dłuż­szą chwilę wpa­try­wała się w zdję­cie, w końcu prze­nio­sła wzrok na widok za oknem. W reflek­sie na szy­bie dostrze­gła swoje odbi­cie, a także wiszą­cego przy drzwiach bal­ko­no­wych worka bok­ser­skiego. Obiektu, któ­rego żaden z jej gości ni­gdy nie komen­to­wał, bo jego obec­ność mówiła sama za sie­bie.

Zamknęła pro­gram i wstała z krze­sła. Ruszyła w stronę bal­konu. Worek wisiał tam jak czer­wony straż­nik, sfa­ty­go­wany, cichy, cze­ka­jący. Dotknęła go lekko opusz­kami pal­ców. Był zimny.

Jak ręce jej ojca, kiedy pod­no­sił je do bicia. Nina zaci­snęła palce w pięść i ude­rzyła. Raz. Worek skrzyp­nął łań­cu­chami, odsu­nął się, wró­cił wol­niej, jakby coś w jej ruchu było cięż­sze niż zwy­kle.

Boks nie był chwi­lo­wym kapry­sem, decy­do­wał o prze­trwa­niu.

Pierw­szy raz poszła na tre­ning dzień po tym, jak ojciec wbił matkę w kuchenną pod­łogę tak mocno, że został odcisk jej ramie­nia na pane­lach. Nina miała wtedy trzy­na­ście lat, była drobna, prze­stra­szona, bez­silna. Tre­ner, star­szy facet z tatu­ażami na dło­niach, spoj­rzał na nią i wska­zał na worek.

– Bij, ile chcesz. Tu wolno – powie­dział.

I Nina zaczęła bić. Wście­kle, do utraty tchu, aż padła plac­kiem z wycień­cze­nia. Od tam­tej pory biła regu­lar­nie. Teraz też musiała.

Zrzu­ciła bluzę, owi­nęła dło­nie taśmą i zaczęła ude­rzać. Naj­pierw lekko, tech­nicz­nie, potem szyb­ciej, moc­niej. Lewy pro­sty, jeden, drugi, unik, prawy sierp. Kolejne kom­bi­na­cje, jedna za drugą, trwało to minutę, może dwie, ni­gdy tego nie spraw­dzała, po pro­stu biła, aż zni­kały złe emo­cje. Kiedy poczuła drże­nie bar­ków, prze­rwała, oparła czoło o worek i w myślach podzię­ko­wała mu, że przy­jął jej gniew bez pro­te­stu. Oddy­chała ciężko, spy­cha­jąc obrazy, które od kilku minut wra­cały. Lustro w barze, oczy z prze­szło­ści, echo krzyku z nocy, w któ­rej Maja ucie­kła.

Nina otwo­rzyła oczy i wytarła pot z czoła. Pod prysz­ni­cem gorąca woda paliła jej skórę, ale nie czuła ulgi. W gło­wie kry­sta­li­zo­wał się plan. Pro­sty, żela­zny, bez miej­sca na wąt­pli­wo­ści.

To zdję­cie nie poja­wiło się przy­pad­kiem. To było wezwa­nie.

Usia­dła na łóżku, pozwa­la­jąc wil­got­nym wło­som przy­kleić się do karku.

Turystka, która znik­nęła, brzmiało rów­nie podle jak szes­na­ście lat temu. Co to miało zna­czyć, że znik­nęła? Ludzie nie zni­kali ot tak. Nie wypa­ro­wy­wali. Nie prze­no­sili się w cza­sie. A jed­nak to słowo od szes­na­stu lat nie pozwa­lało jej zasy­piać w spo­koju.

Maja też znik­nęła. Też wypa­ro­wała. A przy­naj­mniej na tym sta­nęło. Poli­cja robiła to, co zwy­kle – spraw­dzała „wszyst­kie moż­liwe sce­na­riu­sze”, czyli nie robiła nic. Póź­niej, gdy Nina doro­sła i zajęła się pisa­niem o prze­mocy wzglę­dem kobiet, ich trau­mach, zagi­nię­ciach i podob­nych spra­wach, zro­zu­miała, że poli­cja ni­gdy nie kochała „zagi­nięć”. One nie budo­wały sta­ty­styk i obna­żały bez­sil­ność całej for­ma­cji.

Nina wró­ciła do biurka i wbiła w wyszu­ki­warkę nazwę miej­sco­wo­ści.

Czy­ściec. Powiat leski.

Wyświe­tliły się archi­walne zdję­cia – małe szare domki na tle gór, mgła, bar o żół­tych świa­tłach, droga jak wstęga roz­cią­gnięta mię­dzy drze­wami. Wieś, która wyglą­dała jak miej­sce nie tyle odcięte od świata, ile zatrzy­mane w cza­sie.

Klik­nęła mapę. Powięk­szyła obraz.

Kom­pleks leśny Borek. Opis: roz­le­gły, gęsty las o rzad­kich szla­kach, czę­ściowo objęty ochroną.

Ide­alne miej­sce, aby znik­nąć… Albo zostać zabra­nym, dodała w myślach.

Otwo­rzyła teczkę z wycin­kami doty­czą­cymi zagi­nię­cia sio­stry. Po raz tysięczny prze­czy­tała notatkę: „Ostat­nie logo­wa­nie tele­fonu Mai B. zare­je­stro­wano w rejo­nie kom­pleksu leśnego Borek”. Zaci­snęła zęby, zamknęła oczy i przez chwilę tak trwała, w końcu chwy­ciła ple­cak i zaczęła pako­wać naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy. Lap­top, łado­warka, ciu­chy na trzy dni, płaszcz prze­ciw­desz­czowy, gaz pie­przowy. Zatrzy­mała się przy scy­zo­ryku. To był pre­zent od Mai, która kie­dyś kupiła go na targu.

– Nie żebyś miała kogo ciąć, Mała. Ale żebyś wie­działa, że możesz – powie­działa jej wtedy, ale ona jesz­cze tego nie zro­zu­miała.

Przyj­rzała się wygra­we­ro­wa­nym ini­cja­łom N+M, po czym wło­żyła go do wewnętrz­nej kie­szeni ple­caka. Nie dla obrony, ale dla pamięci.

Przed snem po raz ostatni przyj­rzała się zdję­ciu. Czy Maja mogła teraz wyglą­dać jak kobieta w lustrze?

Jeśli w ogóle żyła, dziś miała trzy­dzie­ści dwa lata i pew­nie nie przy­po­mi­nała już tej bun­tow­ni­czej nasto­latki w dre­so­wych spodniach i czapce z dasz­kiem. Tak Nina ją zapa­mię­tała. Miała wtedy dzie­sięć lat. Co mógł zako­do­wać mózg pogu­bio­nej i prze­ra­żo­nej dzie­się­cio­latki?

Maja, pomy­ślała. To musi być ona. Oczy nie kła­mią.

Z tą myślą Nina Bacela popra­wiła poduszkę i moc­niej nacią­gnęła na sie­bie koł­drę.

Las cze­kał na nią z utę­sk­nie­niem.

Rozdział 2

Droga do Czyśćca była jak rana roz­ci­na­jąca zbo­cze gór.

Nina jechała swoim wysłu­żo­nym ciem­no­sza­rym Sub­aru, które zaku­piła spe­cjal­nie po to, aby radził sobie w tere­nie. Samo­chód miał napęd na cztery koła, mocne zawie­sze­nie i bagaż­nik pełen rze­czy na wszelki wypa­dek. W redak­cji żar­to­wano, że Nina ma auto jak prep­pers, który szy­kuje się na koniec świata, ale teraz gdy patrzyła na gęst­nie­jące ściany Biesz­cza­dów, brzmiało to nie jak żart, tylko trafna obser­wa­cja.

W miarę jak wspi­nała się ser­pen­ty­nami, las przy­bli­żał się do drogi, jakby chciał ją połknąć. Gałę­zie dra­pały o dach i lusterka, a niebo robiło się coraz ciem­niej­sze. Nie dla­tego, że nad­cho­dził wie­czór, lecz dla­tego, że Borek zasła­niał pół świata.

Nina zer­k­nęła na nawi­ga­cję. Sygnał zani­kał i wra­cał, jak oddech ciężko cho­rego. Ostat­nie kilo­me­try były puste. Zero samo­cho­dów, zero pie­szych, zero domów. Gdyby nie tablica infor­ma­cyjna, można by pomy­śleć, że Czy­ściec nie ist­nieje na żad­nej mapie.

Jej auto powoli wto­czyło się na pierw­szy odci­nek wsi. Nie­równy asfalt, poje­dyn­cze latar­nie, drew­niane domy wyglą­da­jące tak, jakby stały tu sto lat i bały się runąć. Nikt nie wyszedł na drogę. Psy nie szcze­kały. Okna były zamknięte, rolety opusz­czone, a powie­trze miało tę cha­rak­te­ry­styczną, nie­po­ko­jącą gęstość miejsc, które widziały zbyt wiele.

Nina zapar­ko­wała na nie­wiel­kim placu obok pen­sjo­natu Sło­neczna. Zga­siła sil­nik. Cisza natych­miast przy­warła do samo­chodu, jak wil­goć do szkła.

Wysia­dła. Spoj­rzała na ścianę lasu i poczuła, że on też na nią patrzy.

– No nie­źle, Ninka. Na dzień dobry wkrę­casz sobie takie jazdy. Las patrzy. Jasne, kuźwa…

Pen­sjo­nat Sło­neczna wyglą­dał, jakby nazwa była ponu­rym żar­tem. Wybla­kły szyld, ściany o kolo­rze pożół­kłej kości, ganek, który opa­dał lekko na jedną stronę. Na nim sie­działa star­sza kobieta z dło­nią zaci­śniętą na kubku her­baty. Patrzyła nie na Ninę, lecz w jej stronę – róż­nica sub­telna, ale wyczu­walna.

– Dobry wie­czór – przy­wi­tała się Nina.

– Wyna­jem? – zapy­tała kobieta, nie zmie­nia­jąc wyrazu twa­rzy.

– Tak. Bacela. Nina Bacela. Na dwie noce, może dłu­żej.

Kobieta zmru­żyła oczy.

– Dzien­ni­karka. – To było raczej stwier­dze­nie niż pyta­nie.

– Z War­szawy – przy­tak­nęła Nina. – Piszę o tej zagi­nio­nej tury­stce.

Teresa – bo tak przed­sta­wiła się wła­ści­cielka – ści­snęła kubek odro­binę moc­niej.

– Klau­dia. Nie wró­ciła z lasu.

– Skąd pani wie? – Nina unio­sła brwi.

– Las nie oddaje każ­dego – odparła i to nie była meta­fora. Nina to natych­miast wyczuła. – Reje­stra­cja w środku – dodała Teresa, odwra­ca­jąc wzrok.

Hol był drew­niany, skromny, pach­niał wil­go­cią i sta­rymi gaze­tami. Na ladzie leżał egzem­plarz tej samej, z któ­rej Nina miała zdję­cie. Przy­po­mniała sobie twarz dziew­czyny, odbitą w krzy­wym lustrze, jakby świat przy­pad­kiem odsło­nił sekret.

Teresa podała jej klu­cze i chwy­ciła w rękę gazetę z ewi­dent­nym zamia­rem usu­nię­cia jej z oczu gościa. Nina nie odpu­ściła.

– Znała pani Klau­dię? – zapy­tała.

Kobieta unio­sła wzrok. Miała zanie­dbaną cerę pełną prze­bar­wień i zmarsz­czek, włosy spięte w nie­dbały war­kocz, oczy wyda­wały się jałowe, bez życia.

– Nikt jej nie znał – odparła. – Turystka. Przy­je­chała sama. Ale nie powinna była iść do lasu.

– Dla­czego nie?

– Bo tu się w las nie cho­dzi. Nie głę­boko.

Nina oparła dło­nie o ladę.

– A jed­nak pani wie, że poszła.

Teresa zasty­gła. Oczy nagle ożyły. Ale nie w dobrym tego słowa zna­cze­niu.

– Tak mówią – wyszep­tała. – Tyle mogę powie­dzieć.

– Kto tak mówi?

– Ludzie.

– Jacy lu…

Nina nie dokoń­czyła, bo nagle zaskrzy­piały drzwi, a do środka wpeł­zło zimne powie­trze. Obró­ciła się. W progu stał męż­czy­zna. Wysoki, potężny, z twa­rzą jak kawał kamie­nia prze­cię­tego nożem. Miał ręce czło­wieka, który całe życie pra­co­wał, i oczy takiego, który za dużo w tym życiu widział.

Teresa zesztyw­niała.

– Ryś…

Męż­czy­zna ski­nął jej głową, ale wzrok natych­miast zatrzy­mał na Ninie. Nie jak na gościu. Jak na intru­zie.

– Obca – wymam­ro­tał. I to też nie było pyta­nie.

– Dzien­ni­karka – popra­wiła go chłodno Nina. – Pan stąd?

Męż­czy­zna pod­szedł tak bli­sko, że poczuła zapach żywicy i metalu. Miał rudą czu­prynę, rude wąsi­ska i zro­śnięte brwi. W isto­cie bar­dziej przy­po­mi­nał rysia niż czło­wieka.

Przez dłuż­szą chwilę mil­czał, nachal­nie mie­rząc ją wzro­kiem. Nina nie zno­siła, jak faceci tak na nią patrzyli.

– Sły­szał pan o znik­nię­ciu Klau­dii Skrzyp­czak?

Krza­cza­ste brwi męż­czy­zny unio­sły się, co trudno było zin­ter­pre­to­wać. Nina odnio­sła wra­że­nie, że ją ana­li­zuje. Ale nie w spo­sób, w jaki kobiety bywają oce­niane, ale w taki, w jaki myśli się o pro­ble­mach.

– U nas nie ma co roz­grze­by­wać – odparł w końcu. – Las ją wziął.

– A moją sio­strę też wziął?

Twarz męż­czy­zny stę­żała jesz­cze bar­dziej, co bio­rąc pod uwagę kan­cia­ste rysy, jesz­cze chwilę wcze­śniej wyda­wało się nie­moż­liwe. Nina pomy­ślała, że jak zwy­kle się zaga­lo­po­wała. Zawsze była wyszcze­kana, ale w tej pracy nie można było spusz­czać wzroku. Ani kłaść uszu po sobie.

– Różne rze­czy las tu bie­rze – ode­zwał się w końcu męż­czy­zna. – A pani mi się nie podoba.

– Nie jestem tu od tego, aby się podo­bać. – Nina pomy­ślała, że znów nie­po­trzeb­nie pod­grzewa atmos­ferę. Co z tego, skoro ni­gdy nie potra­fiła ugryźć się w język. – Przy­je­cha­łam spraw­dzić, co tu bie­rze ludzi. I nie spo­cznę, dopóki się tego nie dowiem – dodała.

Ryś, jak nazwała go Teresa, uśmiech­nął się. Ale w tym uśmie­chu nie było nic weso­łego. Gry­mas, który poja­wił się na jego twa­rzy, sko­ja­rzył jej się z miną dra­pież­nika, który widzi, że ofiara sama pcha się w pułapkę.

– Jak sobie chcesz. Ja tylko dobrze radzę – powie­dział, a uśmiech na jego twa­rzy zgasł. – Poroz­ma­wiamy kiedy indziej – zwró­cił się do Teresy, odkrę­cił się na pię­cie i wyszedł bez poże­gna­nia.

Kobieta za ladą wypu­ściła powie­trze, jakby do tej pory wstrzy­my­wała oddech.

– On… on pil­nuje wsi. Ale nie każ­demu pomaga – powie­działa cicho. – Pani klucz – dodała, kła­dąc na ladę ciężki bre­lok.

Z tego gestu dało się jasno wyczy­tać, że to koniec dys­ku­sji. Nina posta­no­wiła wyha­mo­wać. I tak zaczęła mar­nie, a jeśli miała tu spę­dzić kolej­nych kilka dni, to uznała, że lepiej nie zra­żać do sie­bie gospo­dyni pen­sjo­natu. Poszła na pię­tro, odna­la­zła swój pokój, wsa­dziła klucz, chwilę moco­wała się z zam­kiem i wresz­cie otwo­rzyła drzwi.

Pokój był skromny, ale czy­sty. Łóżko, komoda, nad nią tele­wi­zor, szafa dwu­drzwiowa, na ścia­nie obraz jele­nia na ryko­wi­sku. I okno wycho­dzące na ścianę lasu.

– Borek – mruk­nęła, odsła­nia­jąc firankę.

Las był bli­sko. Za bli­sko. Stał jak mur, nie­prze­nik­niony, cichy, posępny. Gałę­zie drzew nie­mal dra­pały o szyby. Mrok wyda­wał się gęst­nieć, gdy się w niego wpa­try­wała. Otu­lał pnie. Zasy­sał świa­tło w swe trze­wia.

I wtedy Ninie wydało się, że coś dostrze­gła. Wzdry­gnęła się, choć nie nale­żała do lękli­wych. Zbli­żyła twarz do szyby i zmru­żyła oczy. Ta na wyso­ko­ści jej ust pokryła się deli­katną war­stwą skro­plo­nej pary wod­nej.

– Chcesz mnie nastra­szyć, Borek? – zapy­tała.

Las odpo­wie­dział czymś, co można by porów­nać do dra­pa­nia pazu­rem o korę. A może jej się tylko wyda­wało. Chwilę póź­niej jedna z gałęzi musnęła para­pet.

– Nie prze­stra­szysz mnie – mruk­nęła wyzy­wa­jąco. – I tym razem dowiem się wszyst­kiego. Masz to, kurwa, jak w banku.

Las odpo­wie­dział mil­cze­niem. Ale już wie­dział, że tu jest. Nina czuła to całą sobą. Gdy kła­dła się do łóżka, mimo wszystko zacią­gnęła zasłony.

Rozdział 3

Zie­mia była zimna niczym mar­twe ciało.

Korze­nie pod ple­cami dra­pały, jakby las pró­bo­wał wro­snąć w skórę. Ręce opla­tał mocno zaci­śnięty wia­nek z pną­czy. Przy­po­mi­nał ludz­kie ramiona, ale zbyt dłu­gie i zbyt krzywe, pokraczne.

Wtedy ciem­ność drgnęła. Nie­znacz­nie, zło­wrogo. Znów usły­szała bicie wła­snego serca.

Krok? Nie. Sze­lest. Powolny, prze­cią­gły, jakby ktoś suwał po ziemi dłu­gimi pal­cami.

Dziew­czyna nauczyła się mil­czeć, ale tym razem instynkt naka­zał jej wołać pomocy. Otwo­rzyła usta, ale głos uwiązł jej w gar­dle. Czy­jeś palce prze­su­nęły się po jej wło­sach. Dłu­gie, kości­ste, szpo­nia­ste. Łzy spły­nęły po policz­kach.

– Ciii… – Szept zabrzmiał tuż przy jej uchu. Chro­po­waty, jakby rodził się z samej ziemi. – Tylko złe dziew­czyny pła­czą.

Poczuła na twa­rzy gałąź, która powoli zaczęła zdzie­rać skórę z policzka. Krew spły­nęła po bro­dzie i zmie­szana ze łzami wsiąk­nęła w zie­mię.

– Trzeba cię oczy­ścić. – Szept wpełzł do jej czaszki jak ośli­zła larwa. – Z mięsa, z lęku, z imie­nia…

Po jej ramie­niu prze­mknęło coś ostrego. Jakby korzeń, który pra­gnął wbić się w ciało, szu­ka­jąc miej­sca, gdzie może zapu­ścić się głę­biej. Strach zga­sił instynkt. Nie szarp­nęła się. Nie krzyk­nęła. Mil­czała. Wtedy gałę­zie oplo­tły ją moc­niej, skrzy­piąc jak łamane kości. Werż­nęły się w ciało.

– Grzeczna dziew­czyna. Posłuszna…

Zanim Klau­dia Skrzyp­czak stra­ciła przy­tom­ność, znów poczuła na szyi oddech lasu.

Rozdział 4

Rano Czy­ściec wyglą­dał nie­win­nie.

Słońce prze­ci­skało się przez chmury, roz­le­wa­jąc blade świa­tło po dachach. Na dro­dze poja­wiło się kilka osób: kobieta z wia­drem, chło­piec pro­wa­dzący rower, męż­czy­zna w gumo­fil­cach, który palił papie­rosa, uda­jąc, że nie patrzy na Ninę, kiedy wycho­dziła z pen­sjo­natu.

Borek wciąż był ciemny. Ściana drzew nie roz­ja­śniała się od słońca.

Jakby nie­ustan­nie prze­ży­wała wła­sną, wewnętrzną noc.

Nina popra­wiła ple­cak na ramie­niu, wsu­nęła dło­nie do kie­szeni bluzy i ruszyła w stronę cen­trum wsi. Nie potrze­bo­wała mapy. Takie wsie wyglą­dały, jakby ktoś wyciął je z podob­nego sza­blonu. Bar, sklep, warsz­tat, kościół. Zawsze ten sam układ. Wszystko o rzut bere­tem.

Naj­pierw wypa­trzyła sklep. Kwa­dra­towy, beto­nowy, z zie­lo­nym szyl­dem pamię­ta­ją­cym PRL. Obok niego stała tablica ogło­szeń, zawil­go­cona, z krzywo przy­cze­pio­nymi kart­kami. Z przy­zwy­cza­je­nia pode­szła bli­żej.

Sprze­dam cie­laka. Oddam szcze­niaki. Zagi­nął pies.

I grupa wspar­cia.

Pomy­ślała, że to tro­chę dziwne. Takich ogło­szeń nie widuje się w miej­sco­wo­ściach takich jak Czy­ściec. Zwłasz­cza takich.

Grupa wspar­cia dla osób po stra­cie, trau­mie i prze­mocy. Pro­wa­dzi dr Ignacy Gajda. Spo­tka­nia w sali ośrodka edu­ka­cyj­nego Pod Bor­kiem. Oczysz­cza­nie z cię­ża­rów prze­szło­ści. Dys­kret­nie, tanio, sku­tecz­nie.

Pod spodem małymi lite­rami wid­niał numer tele­fonu. Wyjęła z ple­caka notes i go zapi­sała. Wtedy dostrze­gła na ziemi cień sto­ją­cej za nią osoby. Poczuła lek­kie napię­cie mię­śni, ale szybko znik­nęło. Nie było zagro­że­nia.

– Szuka pani pomocy u naszego dok­tora? – usły­szała skrze­kliwy kobiecy głos.

Obró­ciła się.

Przed nią stała kobieta z siat­kami zaku­pów w obu rękach. Po czter­dzie­stce, dość atrak­cyjna, choć oczy wyglą­dały na zmę­czone prozą życia. Miała sztywną fry­zurę, twarz już tro­chę pomarsz­czoną, palce zaci­śnięte na pla­sti­ko­wych uchwy­tach.

– Dok­tor Gajda – dopre­cy­zo­wała. – On pomaga ludziom. Jak komuś coś się stało albo jak ktoś… No różne dra­maty, pro­szę pani.

– To psy­cho­log?

– Tak mówią. – Kobieta wzru­szyła ramio­nami. – Swój czło­wiek. Pani do niego przy­szła? – Przyj­rzała się jej uważ­nie.

– Jesz­cze nie wiem. Może… – Nina ski­nęła w stronę ogło­sze­nia. – Jestem dzien­ni­karką. Piszę arty­kuł o Klau­dii Skrzyp­czak. Tej tury­stce, która zagi­nęła w oko­licy.

Twarz kobiety stę­żała.

– To nie do mnie – powie­działa szybko. – O takich rze­czach lepiej nie gadać. Tu ściany mają uszy. Las też.

– Co ma pani na myśli?

– Nic. Ja… nie­ważne. Może niech pani Ojc… dok­tora zapyta. On wie, co powie­dzieć.

Ojc…

Prze­ję­zy­cze­nie prze­cięło powie­trze jak cienki nóż.

– Ojca? – dopy­tała Nina.

Kobieta wyraź­nie się zmie­szała.

– Tak go tu cza­sem nazy­wają. – Obró­ciła się, jakby w isto­cie spo­dzie­wała się, że ktoś je pod­słu­chuje. – Bo on ludziom pomaga. Pani też by pomógł, gdyby pani chciała… – prze­rwała, przy­glą­da­jąc się Ninie jesz­cze raz. – Albo i nie.

– Dla­czego nie?

– Pani wygląda, jakby sobie pani sama radziła – odparła, a w jej gło­sie zabrzmiało coś pomię­dzy podzi­wem a nie­chę­cią. – Takie… co to mają mocne pię­ści, to mało kto lubi.

Nina instynk­tow­nie spoj­rzała na swoje dło­nie. Nie­po­ma­lo­wane paznok­cie, brzyd­kie skórki, ślady po taśmach. To były dło­nie, które pamię­tały cię­żar worka. I nie tylko worka.

– Aż tak to widać? – Uśmiech­nęła się.

– Po bar­kach widać. – Kobieta odpo­wie­działa uśmie­chem, dziw­nie krzy­wym. – I po tym, jak pani idzie. Jak ktoś, kto przed nikim nie ucieka.

Kie­dyś Nina usły­szała już coś podob­nego. Choć w innym kon­tek­ście.

„Nie ucie­kasz. Idziesz po swoje” – powie­dział jej tre­ner, gdy pierw­szy raz kazał jej wejść do ringu. Dostała wtedy lanie, ale to ją tylko nakrę­ciło. Kilka tygo­dni póź­niej role się odwró­ciły i to ona na koniec mogła spoj­rzeć na rywalkę z góry.

Kobieta zasta­no­wiła się chwilę, po czym dodała ści­szo­nym gło­sem:

– Jak pani chce, to dok­tor bywa w barze. Przy­cho­dzi na kawę. A i piwo cza­sem wypije. Mówi, że trzeba być mię­dzy ludźmi, żeby ich zro­zu­mieć.

Bar.

Kukułka.

Tam, gdzie po raz ostatni widziano turystkę. I gdzie zro­biono jej zdję­cie. I gdzie…

– Dzię­kuję – rzu­ciła Nina. – Naro­biła mi pani smaku tą kawą. Miłego dnia.

Bar Kukułka stał przy skrzy­żo­wa­niu, jakby miał pil­no­wać wej­ścia do wsi. Par­te­rowy budy­nek z drew­nianą ele­wa­cją, szyld z nama­lo­wa­nym pta­kiem, który wyglą­dał bar­dziej jak kruk niż kukułka. Drzwi były uchy­lone, jakby w ogóle się nie zamy­kały.

Nina zatrzy­mała się na moment przed wej­ściem. Wcią­gnęła powie­trze. Poczuła zapach piwa, sma­żo­nego oleju i cze­goś jesz­cze, czego nie umiała nazwać. Cze­goś jak kurz, który osiadł na emo­cjach ludzi.

Weszła.

W środku było chłodno. Kilka sto­li­ków, długi bar, krzywe lustro za nim – wła­śnie to, które znała ze zdję­cia. Przez moment miała wra­że­nie, że jest w środku foto­gra­fii. Za barem stała młoda dziew­czyna o krót­kich kru­czo­czar­nych wło­sach. Miała pełną, rumianą twarz i cha­rak­te­ry­styczny pie­przyk nad lewym kąci­kiem ust. Wycie­rała szklankę, krę­cąc bio­drami w takt snu­ją­cej się z gło­śnika muzyki.

– Otwarte? – zapy­tała Nina.

– Otwarte. – Dziew­czyna zmie­rzyła ją wzro­kiem. – Co podać?

– Cap­puc­cino.

Nina pode­szła do baru i sta­nęła tak, by widzieć swoje odbi­cie w lustrze. Rama była obdra­pana, a szkło pory­so­wane. Ale to było to miej­sce.

– Szu­kam wła­ści­ciela – powie­działa, patrząc, jak kobieta szy­kuje zamó­wioną kawę.

– Kukułki? – zapy­tała bar­manka.

– Tak.

– To może się pani nie docze­kać – prych­nęła. – On tu bywa, kiedy chce. Pani z gazety?

– Aż tak to widać?

– Nie jest pani pierw­sza. Czy­ściec przy­ciąga uwagę por­tali plot­kar­skich.

– Nie jestem z Pudelka – obru­szyła się Nina. Nie zno­siła, gdy wszy­scy spro­wa­dzali pracę dzien­ni­ka­rzy do sia­nia plo­tek i pisa­nia o głu­po­tach.

– Pude­lek nie Pude­lek. Wszyst­kie takie same – odparła kobieta, jakby chciała zro­bić jej na złość.

Nina odcze­kała do momentu, gdy fili­żanka z paru­ją­cym cap­puc­cino sta­nęła na ladzie. Pianka uło­żyła się w nie­po­ko­jący wzór. Przy­po­mi­nała upiorną twarz jakiejś sta­ru­chy, choć to mogła być nad­in­ter­pre­ta­cja.

– O tej porze chyba nie ma tu wielu gości? – zaga­iła, zmie­nia­jąc temat.

– Za chwilę przyj­dzie dok­tor. – Bar­manka wymow­nie spoj­rzała na zega­rek. – Pięć minut po nim Ryś, jeśli aku­rat w lesie spo­kój. Po nich Sępy. O dzie­wią­tej trzy­dzie­ści zawsze robią sobie prze­rwę na kawę.

Dok­tor, Ryś, Sępy. Robiło się coraz cie­ka­wiej. Nina posta­no­wiła sku­pić się na tym, który miał do baru zawi­tać pierw­szy.

– Ma pani na myśli dok­tora Gajdę? – dopy­tała.

– Zawsze siada przy tam­tym sto­liku przy oknie. Póź­niej dołą­cza do niego Ryś. I mru­czą do sie­bie, a potem idą każdy w swoją stronę. Taki, wie pani, dzień świ­staka.

– A czym dokład­nie zaj­muje się dok­tor Gajda?

– Pomaga ludziom.

– A mnie pomoże?

– Nie wiem, może. Jak pani chce o Klau­dii, to on dużo wie. Zawsze dużo wie.

Zanim Nina zdą­żyła odpo­wie­dzieć, drzwi skrzyp­nęły. W lustrze dostrze­gła, że do środka wszedł męż­czy­zna w ciem­nym płasz­czu, z sza­li­kiem luźno zawi­nię­tym wokół szyi. Nie paso­wał do wsi, a przy­naj­mniej nie do takiej jak Czy­ściec. Był schludny, ele­gancki i choć jesz­cze nie powie­dział słowa, sko­ja­rze­nie, że jest szar­mancki, poja­wiło się samo. Włosy miał przy­pró­szone siwi­zną, krótko przy­strzy­żone, brodę zadbaną. Nosił oku­lary w cien­kich opraw­kach. Mógłby wykła­dać na uczelni albo pro­wa­dzić gabi­net w cen­trum dużego mia­sta.

Ale wszedł do Kukułki.

Dziew­czyna za barem natych­miast się wypro­sto­wała.

– Dzień dobry, panie dok­to­rze – przy­wi­tała się.

– Dzień dobry, Marto. Jak dziś? – Uśmiech­nął się do niej łagod­nie.

– Tak jak zawsze – odparła szybko.

Jego wzrok prze­su­nął się po sali i zatrzy­mał na Ninie. Nie nachal­nie. Nie natręt­nie. Ale też nie zwy­czaj­nie. Nina poczuła się dziw­nie.

– Widzę nową twarz – powie­dział. – To rzad­kość w tych stro­nach.

Nina obró­ciła się, opie­ra­jąc się łok­ciem o bar.

– Miło, że pan to zauważa – odparła.

Pod­szedł bli­żej, wycią­gnął rękę.

– Dok­tor Ignacy Gajda. – Uśmiech miał łagodny, otwarty. – Pra­cuję w tutej­szym ośrodku edu­ka­cyj­nym. Psy­cho­log.

Nina uści­snęła jego dłoń. Była chłodna i sucha.

– Nina Bacela, dzien­ni­karka.

– Z War­szawy, prawda? – zapy­tał, jakby nie potrze­bo­wał odpo­wie­dzi. Zmie­rzył ją badaw­czo wzro­kiem. – Spo­sób, w jaki się pani roz­gląda, poru­sza. I to, że przy­jeż­dża tu pani sama. Czuć bijącą od pani pew­ność sie­bie.

– Zna­jo­mość ludz­kich zacho­wań? – rzu­ciła zaczep­nie.

– Zbo­cze­nie zawo­dowe. Choć nie bar­dzo lubię to okre­śle­nie. Brzmi nie­smacz­nie. – Usiadł przy sto­liku, tym przy oknie, na który wska­zała przed chwilą bar­manka. – Spo­cznie pani? – zapy­tał.

Nina nie odmó­wiła. Instynkt pod­po­wie­dział jej, że lepiej mieć tego faceta naprze­ciwko niż za ple­cami.

– Pisze pani o Klau­dii? – zapy­tał, gdy posta­wiła fili­żankę na bla­cie.

– Szybki pan jest – odparła.

Uśmiech­nął się blado.

– W takich miej­scach nowi ludzie poja­wiają się rzadko. Obcy z note­sem tylko wtedy, gdy ktoś znik­nął albo zro­bił coś bar­dzo głu­piego. – Pokrę­cił głową, jakby szcze­rze się zasmu­cił. – Przy­kra sprawa. Bar­dzo przy­kra. Dziś mło­dzi ludzie bywają bar­dzo nie­roz­tropni, a wiel­ko­miej­skie życie zabija w nich instynkt samo­za­cho­waw­czy.

– Co ma pan na myśli?

– Biesz­czady to nie cen­trum mia­sta wypeł­nione przy­tul­nymi kafej­kami. Tu łatwo zgu­bić drogę, zwłasz­cza po zmierz­chu. Mło­dzi tego nie rozu­mieją. A potem giną w leśnej dzi­czy jak Klau­dia.

– Myśli pan, że Klau­dia zgi­nęła?

– Zagi­nęła. W isto­cie ma pani rację. Słowa mają zna­cze­nie.

Nina zano­to­wała w pamięci to „prze­ję­zy­cze­nie”.

– Znał ją pan? – zapy­tała.

– Tyle, ile trzeba, by zauwa­żyć, że miała w sobie chaos. – Wzru­szył lekko ramio­nami. – Tury­ści przy­jeż­dżają tu z prze­świad­cze­niem, że las wyle­czy ich traumy, roz­wiąże za nich nawar­stwia­jące się latami pro­blemy. Zapo­mi­nają, że on tylko wyciąga to, co już w nich jest.

– Las czy ludzie? – Nina lekko zmru­żyła oczy.

Uśmiech mu nie znik­nął, ale na uła­mek sekundy coś w nim drgnęło.

– Jedno i dru­gie, pro­szę pani. Jedno jest narzę­dziem.

Inte­li­gentny gość, pomy­ślała Nina. Mówił jak ktoś, kto układa rze­czy ludziom w gło­wie. Słowa mięk­kie, zna­cze­nia ostre.

– Pani też przy­je­chała się wyle­czyć? – zapy­tał.

– Przy­je­cha­łam pra­co­wać – odparła.

– Praca też cza­sem leczy. – Oparł łok­cie o stół. – Co panią bar­dziej inte­re­suje? Turystka, która znik­nęła, czy sio­stra, która znik­nęła dawno temu?

Twarz Niny stę­żała. Poczuła się, jakby dostała pro­sto w mostek.

– Kto panu powie­dział o mojej sio­strze? – spy­tała cicho.

– Wieś – odparł. – We wsi infor­ma­cje prze­pły­wają szyb­ciej niż w sieci. Ryś widział panią w pen­sjo­na­cie i przy­po­mniał sobie, że była tu kie­dyś inna Bacela. Ta, którą też wziął las.

To „też” zabrzmiało posęp­nie. Gajda nachy­lił się odro­binę.

– Tu ludzie pamię­tają takie rze­czy – dodał.

– Poli­cja nie pamięta. – Nina przy­gry­zła poli­czek. Poczuła się obna­żona. I, to słowo zabrzmiało w jej gło­wie jesz­cze bar­dziej ponuro niż tamto „też”, zdia­gno­zo­wana. – Akta zostały zar­chi­wi­zo­wane, a sprawa zamknięta – dorzu­ciła w nadziei, że choć odro­binę zła­go­dzi wydźwięk trud­nych do opa­no­wa­nia emo­cji.

Dok­tor poki­wał głową ze zro­zu­mie­niem.

– Poli­cja ma inne zaję­cia. To teren przy­gra­niczny. Rozu­mie pani – powie­dział. – My, że się tak wyrażę, zaj­mu­jemy się tym, co zostaje.

– Czym kon­kret­nie?

– Lękami. Wsty­dem. Winą.

Słowo „winą” zostało na stole jak plama po kawie.

– Czyją winą? – spy­tała Nina.

– Tych, któ­rzy z nią zostali. – Spoj­rze­nie Gajdy nie ode­rwało się od jej twa­rzy. – Pani na przy­kład…

Ner­wowo prze­łknęła ślinę. Poczuła, że facet pró­buje dotknąć miej­sca, które dawno zako­pała. A może jed­nak nie? W końcu dla­czego tu przy­je­chała? Znów poczuła się obna­żona. Gajda roze­grał ją jak żół­to­dzioba. Był dobry w te klocki. Jak ci, któ­rzy naj­pierw mówią „rozu­miem cię jak nikt”, potem „zaufaj mi”, a na końcu „beze mnie nie ist­nie­jesz”.

Prze­moc domowa, o któ­rej pisała od lat, pra­wie zawsze wyni­kała z tego samego. Sche­mat był bar­dzo powta­rzalny.

– Nie potrze­buję tera­pii – powie­działa spo­koj­nie.

– Każdy jej potrze­buje, tylko nie każdy jest gotów nazwać to w ten spo­sób. Poza tym… – raz jesz­cze zmie­rzył ją wzro­kiem – nie wygląda mi pani na kogoś, kto lubi się pod­da­wać. Sądzę raczej, że wybrała pani walkę.

– Skąd pan to wie?

– Pro­szę nie uda­wać, że pani nie wie. Pani barki, dło­nie, spo­sób, w jaki pani sta­wia stopy. – Uśmiech­nął się lekko. – Boks? Muay thai? Coś w tym stylu.

– Boks – odparła twardo.

– Kla­syka. – Ski­nął głową z uzna­niem. – Kobiety, które uczą się zada­wać ciosy, zwy­kle mają długą histo­rię bycia ich celem.

Zaci­snęła szczęki.

– A to źle?

– Nie mówię, że źle. – Dotknął pal­cami brzegu fili­żanki z kawą, którą jakiś czas temu przy­nio­sła bar­manka. – Mówię tylko, że to inte­re­su­jące z punktu widze­nia mojej prak­tyki. Mało kobiet potrafi odpo­wie­dzieć siłą.

– Ma pan lep­szą pro­po­zy­cję?

– Oczysz­cze­nie. – Słowo wypo­wie­dział miękko, bez emfazy. – Z brud­nych wspo­mnień. Z poczu­cia winy. Z fał­szy­wych toż­sa­mo­ści. Wła­śnie tym się zaj­muję. Poma­gam ludziom prze­stać uda­wać, że są kimś, kim ni­gdy nie byli.

Maja miała tylko jedną toż­sa­mość. Ta myśl poja­wiła się samo­ist­nie.

– I ile pan ich już… oczy­ścił? – spy­tała, pozwa­la­jąc, by iro­nia zaszła mu pod skórę.

– Tyle, ile trzeba – odparł nad wyraz spo­koj­nie. – Choć wiele z nich się bro­niło. Zresztą bro­nią się do tej pory. – Nachy­lił się bli­żej. – Pani na przy­kład. Pani się broni. Mogłaby pani tu zostać. Odpo­cząć. Prze­ko­nać się, że cza­sem naj­trud­niej jest pozwo­lić, aby ktoś inny trzy­mał ster.

Nina pod sto­łem zaci­snęła palce w pięść. Odnio­sła wra­że­nie, że ostat­nie słowa są pod­szyte groźbą. Pięk­nie zawo­alo­waną, ale jed­nak groźbą. W życiu poznała wielu takich poze­rów. Gajda przy­po­mi­nał wła­śnie kogoś takiego. Pozera.

– Nie po to uczy­łam się ude­rzać, aby odda­wać komuś ster – odcięła się szorstko.

I wtedy po raz pierw­szy zoba­czyła cień. Nie w sali, nie w lustrze, nie na ulicy. Ujrzała go w jego oczach. Przez moment maska mu pękła. To, co naprawdę sądzi o takich kobie­tach jak ona, na chwilę wysko­czyło na powierzch­nię.

Gajda posłał jej zbo­lały uśmiech.

– To nie­do­brze – powie­dział cicho. – Ludzie, któ­rzy nie umieją się pod­dać, koń­czą róż­nie.

– Ludzie, któ­rzy żądają pod­da­nia, też – odparła.

Przez sekundę napię­cie było wręcz nama­calne. A potem jego twarz znów zła­god­niała.

– Pro­po­nuję tak – pod­su­mo­wał. – Jak pani skoń­czy roz­ma­wiać z miesz­kań­cami, pro­szę wpaść do ośrodka Pod Bor­kiem. Pokażę pani, jak wygląda praca z ludźmi po trau­mie. Może tam znaj­dzie pani odpo­wie­dzi. I nie mówię tylko o Klau­dii.

Nina zaci­snęła palce na note­sie. Poczuła nie­od­partą pokusę, aby zapy­tać, czy znaj­dzie tam też odpo­wiedź doty­czącą swo­jej sio­stry, ale w porę się powstrzy­mała. Jeśli rze­czy­wi­ście chciała ją zna­leźć, musiała okieł­znać swój tem­pe­ra­ment. I scho­wać dumę do kie­szeni.

– Dzię­kuję za zapro­sze­nie. Chęt­nie odwie­dzę pań­ski ośro­dek – powie­działa, następ­nie wstała od stołu i wycią­gnęła dłoń. Gajda zawa­hał się, ale w końcu ją ujął i uści­snął. – Dzię­kuję za poświę­cony czas, dok­to­rze – dodała.

– To była czy­sta przy­jem­ność.

Na pewno, pomy­ślała w duchu, następ­nie posłała roz­mówcy wyuczony uśmiech i zapła­ciw­szy przy barze za kawę, ruszyła w stronę wyj­ścia. Gdy sta­nęła w progu, usły­szała za ple­cami jego głos.

– Pro­szę nie cho­dzić samej po lesie – powie­dział.

– Zapa­mię­tam – odparła i wyszła.

Zaraz za pro­giem nie­mal zde­rzyła się z postaw­nym męż­czy­zną. Ryś spoj­rzał na nią z góry jak jastrząb na mysz polną.

– Dzień dobry – zary­zy­ko­wała.

– Dla kogo dobry, dla tego dobry – odparł i prze­ci­snął się do środka.

Nina nie uła­twiła mu zada­nia, przez co lekko zaha­czył ją ramie­niem. Utrzy­mała jed­nak rów­no­wagę. Zawsze pew­nie stała na nogach.

– Toście wszy­scy tu, kurwa, przy­jaź­nie nasta­wieni – mruk­nęła pod nosem, po czym popra­wiła ple­cak i wyszła na ulicę.

Słońce przy­jem­nie łasko­tało policzki, ale strze­gący wsi Borek wyda­wał się chłodny i ciemny, jakby wciąż trwała w nim czarna noc. Pomy­ślała, że jeśli wszystko tutaj krzy­czy, aby brała nogi za pas, to zna­czy, że jest na dobrym tro­pie. Chwilę póź­niej spoj­rzała na las i wysta­wiła środ­kowy palec.

Rozdział 5

Teresa podała obiad w mil­cze­niu.

Pie­rogi boj­kow­skie, pajda chrup­kiego chleba, her­bata. Żad­nych pytań, żad­nych komen­ta­rzy. Tylko jedno spoj­rze­nie, które mówiło: „zasta­nów się, dziew­czyno, czy na pewno chcesz w to brnąć”.

Nina już się zasta­no­wiła.

– Któ­rędy Klau­dia poszła do lasu? – zapy­tała, się­ga­jąc po kubek.

Teresa zamarła w pół kroku.

– Róż­nie mówią – odpo­wie­działa wymi­ja­jąco. – Jedni, że poszła na punkt wido­kowy, dru­dzy, że tylko na chwilę za wieś.

– A pani co myśli?

– Myślę, że poszła tam, gdzie zaka­zali jej cho­dzić. Na zły szlak.

Dwa ostat­nie słowa zawi­sły w powie­trzu.

– Zły, czyli jaki?

– Taki, o któ­rym się wie, ale się nie mówi. – Teresa spoj­rzała na nią spod oka. – Pani idzie do lasu?

– Tak.

– To niech pani wróci, zanim słońce się schowa. A o tej porze roku chowa się szybko.

– Brzmi jak kolejne ostrze­że­nie…

Teresa zaci­snęła wargi, jakby miała coś do doda­nia, ale zre­zy­gno­wała. Ucie­kła spoj­rze­niem w stronę okna, gdzie cień Borka kładł się na ulicę jak ciężki koc.

– Wszy­scy mnie tu ostrze­gają przed wej­ściem w las. Dla­czego? – naci­skała Nina.

– To nie ostrze­że­nia.

– A co?

– Dobre rady.

Nina skoń­czyła jeść i wyszła na zewnątrz. Jej Sub­aru stało w tym samym miej­scu, oble­pione cienką war­stwą wil­goci. Prze­cią­gnęła pal­cami po masce, jakby spraw­dzała, czy wciąż jest realne. Samo­chód był jedyną rze­czą, która łączyła ją z czymś spoza Czyśćca.

Nie uru­cho­miła go. Ruszyła pie­szo.

Droga asfal­towa koń­czyła się szybko, zastą­piona przez szu­ter. Po jed­nej stro­nie stra­szyły rzędy krzy­wych pło­tów, po dru­giej cią­gnęły się łąki, za nimi rosły drzewa. Ludzie pra­co­wali przy domach: ktoś rąbał drewno, ktoś nosił wia­dro z wodą, ktoś inny napra­wiał dach. Kiedy prze­cho­dziła, mil­kli i odpro­wa­dzali ją wzro­kiem. Znała te spoj­rze­nia. Tak patrzyli na nią sąsie­dzi po pierw­szej inter­wen­cji poli­cji w ich miesz­ka­niu, gdy ojciec zła­mał matce szczękę.

W pew­nym momen­cie usły­szała za sobą cięż­kie kroki. Nie odwró­ciła się od razu. Pozwo­liła, by dźwięk ją dogo­nił.

– Mówi­łem, żeby trzy­mała się pani z dala od lasu.

Znała ten głos. Chwilę póź­niej dogo­nił ją postawny Ryś. Szli chwilę obok sie­bie, ktoś mógłby pomy­śleć, że roz­ma­wiają o pogo­dzie.

– Sły­szała pani, co powie­dzia­łem?

– Sły­sza­łam. I tak, wiem. Dobre rady. Wszy­scy mi je tu dają.

– Może wła­śnie dla­tego warto ich posłu­chać.

– Ano wła­śnie, dla­czego kon­kret­nie?

Nina spoj­rzała w twarz męż­czy­zny. Miał szorstki rudy zarost, spod któ­rego prze­bi­jało kilka blizn. Bez dwóch zdań nie wiódł spo­koj­nego życia.

– Tamta dziew­czyna poszła tak jak pani. – Spoj­rzał przed sie­bie. – Też przy dro­dze, na początku. I też myślała, że wróci.

– A skąd pan to wie?

– Widzia­łem ją. – Wzru­szył ramio­nami. – Tury­ści zawsze tak idą. Naj­pierw chcą zoba­czyć, jak daleko jest las. Jakby to miało jakieś zna­cze­nie.

– A ma?

– Ma. – Ski­nął głową. – Ale nie dla nich.

Pomy­ślała, że te gadki szmatki stają się iry­tu­jące. Wszy­scy tu mówili jaki­miś zagad­kami. Żad­nych kon­kre­tów, tylko po to, żeby gadać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki