Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Gdy ciemne interesy warszawskiej Pragi wychodzą na światło dzienne…
Prawobrzeżna Warszawa kryje mnóstwo klimatycznych miejsc, ale i niebezpiecznych zaułków, w których rządy sprawują typy z kryminalnym rodowodem. Krzysztof Milczar, dziennikarz śledczy, dobrze o tym wie – spędził tu 12 lat życia. Kiedy dowiaduje się o sprawie zaginionego fotografa, mieszkańca Pragi, wyostrza wszystkie zmysły i za punkt honoru stawia sobie odnalezienie tropu, który mógłby być przydatny w śledztwie. Ponownie zafascynowany dzielnicą, w której dorastał, odkrywa jej współczesne blaski i cienie. Jednocześnie stara się ułożyć sobie życie po śmierci żony i nie stracić wspólnego języka z ukochanym synem. Wkrótce okaże się, że za chęć niesienia bezinteresownej pomocy przyjdzie mu zapłacić wysoką cenę…
(…) Była godzina 21.30, kiedy zadzwonił telefon. Adam odebrał spokojnie i po trzech minutach rozmowy odłożył słuchawkę z nic niemówiącą miną. Serce zabiło mi mocniej. Nie powiedział mi nic, tylko tyle:
– Jutro będziesz ze mnie dumna.
Lekko się uśmiechnął, założył kurtkę, wziął swoją teczkę, spakował do niej jakieś papiery, aparat i wyszedł. Na odchodne rzucił:
– Będę za godzinę, kochanie.
Do dziś nie wiem, co się stało. Próbowałam różnych sposobów, ale nikt nie potrafi mi pomóc. (…)
Tymon Zapraski
Urodzony na Pradze w Warszawie, absolwent Politechniki Warszawskiej, z zawodu informatyk. Uważa, że pisanie ma wiele wspólnego z malowaniem obrazów. Tworzenie kolejnej historii sprawia mu dużą satysfakcję, a także daje możliwość refleksji nad sprawami ważnymi. Na co dzień ufa ludziom i z optymizmem patrzy w przyszłość. Uwielbia ruch, muzykę oraz podróże.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 238
Rok wydania: 2022
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
„Przyszłość zaczyna się dzisiaj, nie jutro…” – JP II
Dla Ciebie, Mamo…
Zbieżność nazw, nazwisk i miejsc jest zupełnie przypadkowa.
Słońce chowało się za horyzontem, było niewyraźne, przysłonięte chmurami, czerwieniło się zawstydzone.
Mimo to wiedziałem, że jutro mnie znowu zbudzi, będzie się przyglądało, jak biegnę do pracy.
W drodze do biura…
Siedziałem w swoim pokoju ze słuchawkami na uszach, szukając w internecie ciekawych miejsc na odpoczynek, z nadzieją że w końcu coś znajdę i wyjadę. Kończył się weekend, kiedy można było spokojnie zebrać myśli i przygotować się do poniedziałku, odpocząć. Myśli biegały po mojej głowie niczym pędzące wagony informacji czekające na nadanie. Jedne zatrzymywały się na stacji na dłuższą chwilę, dając czas na zastanowienie, inne mknęły bez przystanku, bez szans na odpowiedź. Zamknąłem ostatnie strony swojej ulubionej książki; w samą porę, bo było już późno. Na końcu jednak nie wszystko się wyjaśniło, w sumie to zrozumiałe. W życiu też wiele spraw pozostaje niewyjaśnionych. Lubiłem takie zakończenia, bo zawsze wtedy mogło się okazać, że następny dzień przyniesie nowe, lepsze rozwiązanie.
W drodze do biura
Wsiadłem do metra na stacji Wawrzyszew i zacząłem rozglądać się po wagonie. Było wolne blisko reklamy Gillette. Obok na siedzeniu leżała gazeta; podniosłem ją. Bezwiednie szukałem nowych, ciekawych informacji.
Zadzwonił telefon, ale nagle umilkł – brakło zasięgu. Spiker zapowiedział stację Plac Wilsona. Przedział zapełnił się ludźmi gnającymi na oślep jak ćmy do światła. Dlaczego tylu ich jest o tej porze w metrze? Świadomość, że mogę się spóźnić do biura, nawet mnie nie zmartwiła.
Obok mnie na siedzeniu usiadła młoda kobieta. Zaczęła czytać książkę. Nie zdążyłem dostrzec autora. Moje myśli krążyły niespokojnie po wagonie, a wzrok zatrzymał się dopiero na następnej stacji – Ratusz Arsenał.
Zastanawiam się, co można byłoby zrobić, jeśli ktoś podarowałby mi czas, który tracę każdego dnia na dojazdy do pracy. Każdego dnia mnóstwo czasu przepada gdzieś bezpowrotnie. Godzina w jedną stronę, dwie godziny dziennie. W miesiącu to już czterdzieści dwie godziny, czyli prawie dwa dni z każdego miesiąca ulatują gdzieś nieodwracalnie z mojego życia. Dwadzieścia dni w roku spędzam w drodze, czekając na prawo do pracy. To jest mój czynsz dla życia, który muszę zapłacić, jeśli chcę mieć to prawo. To tak wiele chwil, których nie warto tak po prostu tracić. Chciałbym je wykorzystać, nie mieć poczucia znudzenia czy utracenia, poczucia oddania dni za darmo.
Wyjąłem z plecaka książkę. Teraz czytam następną część kryminału Bondy, ze słuchawkami na uszach, z muzyczną oprawą jak w filmie. Jak ta kobieta obok, staram się zebrać nowe rzeczy do swojego archiwum. To mój bagaż, którego nie mogę nigdzie zostawić ani oddać. Niewidzialne twory z mojej głowy są czymś osobistym, czym nie chcę się dzielić z innymi. A muzyka? Jest czymś więcej niż te rzeczy. Jest jak powiew wiatru podczas spaceru, jak słońce dające energię, lepszą jakość życia – jest moim powietrzem.
Drzwi wagonu się otworzyły. Stacja Politechnika. Dziewczyna siedząca obok podniosła się, zabrała swoje rzeczy i wysiadła. Ja jadę dalej. Zwinąłem gazetę i położyłem ją na siedzeniu obok dla następnego pasażera. To może dziwne, że właśnie takie rzeczy zdarzają się w centrum miasta, ale jednak. Dalej snułem swoje rozmyślania.
Czasu nie da się oszukać. Nikt, kto jest zamknięty w szklanym naczyniu lekko ulatujących minut, nie może się cofnąć w wybranym przez siebie kierunku. Każdy z nas porusza się jak rzeka, ocierając się o przypadkowe sprawy, które zmieniają los nas samych, a może i naszego świata.
Odwinąłem kanapkę i zacząłem ją szybko połykać. Zgłodniałem po tym, jak na stacji zobaczyłem bufet, a w nim znajomą kobietę, która chwilę wcześniej siedziała obok mnie z książką. Przypominała mi ciebie.
Teraz wszystko jest inne, takie nieznane, mało przyjazne, trudne – zdobyłem się na parę słów refleksji po rozstaniu z tobą. Ciągle łapię się na tym, że jestem w miejscu, gdzie mnie nie ma, że myślę o tym, co było, a nie o tym, co jest teraz.
Codzienna droga do pracy jest podobna, ale też inna. Spotykam ciekawych ludzi, czytam mnóstwo historii z kawałka zadrukowanego papieru lub smartfona. Natłok informacji, a wyszukiwanie tych naprawdę ciekawych stanowi z rana nie lada gimnastykę intelektu, zastępuje poranną kawę, jest szybką pobudką.
W wagonie zrobiło się ciasno na tyle, że nie widziałem już reklamy Gillette.
Głos z końca wagonu zapowiedział Pole Mokotowskie – to miejsce dla mnie wyjątkowe. Ilekroć tędy przejeżdżam, zawsze się zastanawiam, jakim byłbym człowiekiem, jeśli nie byłoby Bolka, parku z ławkami zajmowanymi przez nas, tych wszystkich wieczorów pod gwiazdami przy browarze. Tu też spotkałem ciebie, kobietę, która nauczyła mnie patrzeć na świat.
Drzwi się otworzyły. Zabrałem swoje rzeczy, teczkę i myśli i wysiadłem. Teraz jeszcze dwie przecznice i już jestem w biurze, małym, sympatycznie zaaranżowanym poddaszu przedwojennej kamienicy. Wynajęła ją moja redakcja.
Nazywam się Krzysztof Milczar, dla znajomych Milek. Pracuję tu od pięciu lat. Poszukuję ciekawych tematów do reportaży i je opisuję, „fotografuję” rzeczywistość taką, jaka jest: czasami kolorową, czasami szarą i mroczną. Pomagam też ludziom stanąć na nogi, gdy zwrócą się do nas, kiedy stracą kogoś bliskiego. Wtedy zbieram informacje o zaginionych zgłoszonych do fundacji – albo sam ich szukam. Tak jest właśnie teraz ze sprawą, nad którą pracuję.
Zalałem wrzątkiem swoją pierwszą kawę, postawiłem kubek na biurku i zacząłem przeglądać pocztę. Otworzyłem kolejne zlecenie: sprawa pani Eli Strzałkowskiej.
Nasza redakcja specjalizuje się w takich sprawach, w pomocy w odnajdywaniu osób zaginionych, kiedy policja umarza dochodzenie z powodu braku dowodów i braku znamion przestępstwa.
Czytam opis sprawy. „Adam Winiewski – fotograf z warszawskiej starej Pragi – zaginął dnia 4 lipca, sprawa zamknięta przez policję dwa miesiące temu”.
Pani Ela, jego partnerka, pisała natomiast:
„Był upalny dzień lata. Pojechaliśmy z Adamem na łódki na Mazury. On lubił wodę i wszystko, co się z nią wiązało. Zawsze starałam się być przy nim, cieszyć się tym wszystkim, co i on. Jego pasja nauczyła moją. One dawały nam wspólne chwile, śmiech i poczucie, że jesteśmy dla siebie na zawsze.
Owego wieczoru, kiedy ostatni raz widziałam Adama, wracaliśmy do domu pekaesem. Nie było w nim dużo ludzi. Wsiedliśmy na dworcu w Szczytnie i po czterech godzinach dość spokojnej, ale już nużącej drogi wysiedliśmy na dworcu Stadion. Do naszego mieszkania na ul. Zamoyskiego były dwa kroki. Chyba oboje byliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi, że dotarliśmy cało na miejsce, że zaliczyliśmy kolejny raz wspaniałą podróż, że odpoczęłam, a Adam złapał trochę wiatru w żagle. Była godzina 21.30, kiedy zadzwonił telefon. Adam odebrał spokojnie i po trzech minutach rozmowy odłożył słuchawkę z nic niemówiącą miną. Serce zabiło mi mocniej. Nie powiedział mi nic, tylko tyle:
– Jutro będziesz ze mnie dumna.
Lekko się uśmiechnął, założył kurtkę, wziął swoją teczkę, spakował do niej jakieś papiery, aparat i wyszedł. Na odchodne rzucił:
– Będę za godzinę, kochanie.
Do dziś nie wiem, co się stało. Próbowałam różnych sposobów, ale nikt nie potrafił mi pomóc. Byłam oczywiście na policji i zgłosiłam jego zaginięcie. Posterunkowy uśmiechnął się tylko i powiedział:
– Przepraszam, że będę szczery, ale może po prostu chciał od pani odejść.
Wybiegłam stamtąd wzburzona i postanowiłam gdzie indziej poszukać pomocy – dlatego zgłosiłam się do fundacji Szukamy Cię”.
Poszedłem zrobić sobie następną kawę. Pomyślałem, że to dość typowa sprawa i jak zawsze nie wiadomo, od czego zacząć. Głęboka miłość spokojnie żyjącej pary nie budziła mojego zdziwienia.
Do kuchni weszła Kasia ze swoim dziwnie pokręconym kubkiem w kształcie pękatego parowozu. Zwróciłem na niego uwagę; ostatnim razem miała chyba inny kubek. Urwała kawałek papierowego ręcznika, wytarła zgrabnym ruchem mokry blat kuchennego stołu i powiedziała:
– Woda się właśnie zagotowała. – Napełniła swój kubek, a potem odwróciła się w moim kierunku pytająco. – Tobie też zalać?
Kasia była psychologiem, współpracowała z nami. Z racji tego mogłem opowiadać jej o sprawach, które prowadzę – potrafiła mnie nakierować na właściwą drogę i nie tylko.
– Uwolniłem się od herbaty – odparłem. – Piję tylko kawę, i to zawsze czarną, jak ty.
Lekko, ale z rumieńcem uśmiechnąłem się do niej, a potem odwróciłem na chwilę plecami, myślami pozostając przy sprawie Adama. Kasia ponownie zagaiła, więc chwilę porozmawialiśmy o dzisiejszym dniu i planach na weekend. Zapowiadał się słoneczny i dość ciepły.
Wróciłem do swojego biurka, usiadłem i zacząłem uderzać w klawiaturę. Opisywałem szczegóły, które znalazłem w liście pani Eli. Historia ich związku miała swój początek ponad dwa lata wcześniej. Poznali się na przyjęciu u koleżanki. Niby nic dziwnego, tak poznaje się wiele par. Ale co sprawiło, że oboje zwrócili wtedy na siebie uwagę? Może podróże, a może miłość do robienia zdjęć splotła ich drogi na tyle skutecznie, że postanowili razem zamieszkać?
Pisałem jeszcze pół godziny, aż na zegarze wybiła dziewiętnasta. Zostałem właściwie sam w redakcji, tylko sprzątaczka jeszcze kręciła się zwinnie, omiatając biurka i podłogę.
Zrobiło się naprawdę późno. Zgasiłem światło i zacząłem szykować się do wyjścia.
Nałożyłem słuchawki; kolejny na playliście był utwór Kuby Badacha Wracam do siebie. Muzyka grała we mnie całym, była moim uzależnieniem, lekarstwem na zmęczenie, sposobem na zły nastrój i uśmiechem.
Wyszedłem.
Mój azyl
Dalsza część dostępna w wersji pełnej
Bez odpowiedzi
ISBN: 978-83-8219-955-0
© Tymon Zapraski i Wydawnictwo Novae Res 2022
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt
jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu
wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.
Redakcja i korekta: Novae Res
Okładka: Aleksandra Gorazda
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Zaczytani sp. z o.o. sp. k.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Rek