Kątnik - Marek Stelar - ebook + audiobook

Kątnik ebook i audiobook

Marek Stelar

4,5
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów w stałej cenie, by naprzemiennie czytać i słuchać. Tak, jak lubisz.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.

Dowiedz się więcej.

28 osób interesuje się tą książką

Opis

Lato 2023. W jednym ze szczecińskich sklepów spożywczych ktoś podkłada żywność dla dzieci zatrutą rtęcią. Tragedii udaje się uniknąć, bo sprawca ostrzega policję zawczasu, nie przedstawiając jednak żadnych żądań. Zamiast tego przesyła do komendy wojewódzkiej zdeformowany pocisk z informacją dla pewnej osoby. Jest nią Heinrich Vogel. Dość szybko staje się jasne, że to Misza, koszmar przeszłości Vogla i jego dawny współwięzień. Vogel razem z Iwoną Banach i zespołem śledczych powołanym do wytropienia szaleńca ruszają za nim w pościg. Tylko czy na pewno tym szaleńcem jest Misza?

Vogel i Banach muszą poznać całe życie Miszy, bo gdzieś w przeszłości mogą znaleźć klucz do rozwiązania zagadki
i odpowiedzi na wiele pytań, z których każde zaczyna się tak samo: „dlaczego?”. Choć sytuacja z zatrutą żywnością nie powtarza się więcej, giną kolejne osoby związane w jakiś sposób z Miszą. Trwa nerwowa gra o wysoką stawkę. O tę najwyższą gra sam Vogel, który wie, że spotka Miszę na mecie. Nie wie tylko, czy będzie zwycięzcą, czy pokonanym.
Kiedy rodzi się zło?
Czy ma granice?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 360

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 36 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Mateusz Drozda

Oceny
4,5 (125 ocen)
76
34
13
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Malwi68

Dobrze spędzony czas

Lato 2023. Upalny Szczecin. Dławiąca atmosfera nie tylko z powodu temperatury, ale i grozy, która unosi się nad miastem niczym ciężka mgła. Właśnie tu, w jednym ze sklepów spożywczych, ktoś celowo zatruwa żywność dla dzieci rtęcią. Na szczęście tragedii udaje się uniknąć, jednak ostrzeżenie sprawcy nie daje nikomu spokoju. Nie ma żądań, nie ma wyjaśnień. Jest tylko pocisk – zdeformowany, poskręcany w sposób budzący niepokój. Adresatem tej złowieszczej wiadomości jest Heinrich Vogel. Marek Stelar w "Kątniku" po raz kolejny pokazuje, że nie ma sobie równych w konstruowaniu intrygi, która wciąga czytelnika niczym bagno. Vogel i Banach, duet pełen kontrastów, wyruszają na łowy, próbując uchwycić Miszę – człowieka z przeszłości, więziennego cienia Vogla, który teraz zdaje się mieć własną misję. Pytanie tylko, czy to on jest prawdziwym zagrożeniem? A może największe niebezpieczeństwo czai się w miejscach, których nikt się nie spodziewa? Czytając "Kątnika", czułam się jak w pułapce – każda ...
10
elakoza

Nie oderwiesz się od lektury

I to już koniec. Historia Miszy tragiczna, ale w latach rozkwitu PRL-u to były losy wielu dzieci. Sierocińce to nie były miejsca przyjazne dzieciom, przynajmniej w większości. SB to faktycznie byli "bogowie". Mogli wszystko. Koniec historii Miszy daje początek dobrego,mam nadzieję, życia Vogla i Iwony.
10
Patrycja_Szlachta1

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna część
00
Krzysztof9800

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zwykle, rewelacja. Ukłony dla lektora.
00
fonorama

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00

Popularność




 

 

BUŁECZKI DLA CUKRZYKÓW

 

 

 

 

 

 

 

– Dzień dobry, czy są bułeczki dla cukrzyków?

Pytanie zadane przez zaglądającego przez uchylone drzwi maleńkiej, osiedlowej piekarni staruszka zawisa w jej ciasnej przestrzeni. Czekający w niewielkiej kolejce ludzie oglądają się; wyjątkiem jest niski, lekko tęgawy mężczyzna o poszarzałej twarzy, który stoi już przy kontuarze i przed chwilą kupił chleb. Nie podnosi nawet głowy.

– Tak, zostały trzy – odpowiada ekspedientka, młoda dziewczyna w fartuszku i piekarskim czepku, zerkając na regał za sobą.

Staruszek wchodzi do środka z uśmiechem, zamyka drzwi i ustawia się na końcu kolejki.

– Czy coś jeszcze dla pana? – pyta dziewczyna mężczyznę przed sobą, kładąc na ladzie pieczywo.

– Poproszę jeszcze trzy bułki dla cukrzyków.

Zapada cisza, dziewczyna sztywnieje. Mężczyzna podnosi głowę i spogląda jej prosto w twarz. Ekspedientka zamiera. W jego oczach jest coś, co sprawia, że czuje w głowie pustkę. A może właśnie nie ma w nich niczego.

– Poproszę jeszcze trzy bułki dla cukrzyków – powtarza mężczyzna głośno i wyraźnie.

Ekspedientka natychmiast sięga na półkę. Pakuje do foliowej torebki ostatnie bułki, zawiązuje ją i rzuca na ladę, jakby parzyły. Przejeżdżają po blacie kawałek siłą rozpędu i zatrzymują się tuż przed mężczyzną. Myśl, że mogłaby przypadkiem dotknąć jego palców przy podawaniu mu ich, napawa dziewczynę obrzydzeniem i autentycznym strachem. Patrzy tylko, jak mężczyzna płaci, potem przechyla głowę, wtyka palec w pętelkę uch foliówki i podnosi ją, przyglądając się bułkom, jakby były czymś nadzwyczajnym. Dziewczyna chce zapytać zwyczajowo, czy może być dłużna grosik, ale nie robi tego. Brak jej odwagi.

Mężczyzna wychodzi z piekarni odprowadzany nieprzyjaznymi spojrzeniami ludzi, nic sobie z tego nie robiąc. Na jego ustach błądzi lekceważący uśmieszek, nie spogląda nawet na staruszka, który stoi jak zamurowany. Kiedy drzwi się zamykają, ludzie zaczynają szeptać między sobą, popatrując na starego człowieka ze współczuciem, ale on nie może tego znieść, mając wypisane w oczach pytanie: dlaczego dopiero teraz szepczecie? Opuszcza głowę i wychodzi z piekarni w samą porę, żeby zobaczyć, jak mężczyzna zatrzymuje się przy koszu na śmieci, a potem rozwiązuje foliową torebkę i wysypuje z niej bułki. Dobiega go głuchy dźwięk pieczywa uderzającego o metalowe ścianki. Kiedy tamten odchodzi, przeciera oczy i rusza powoli w tamtą stronę. Dociera do śmietnika i zagląda do niego. Bułki leżą pośród petów, puszek po piwie, opakowań po lodach i są usmarowane zalegającymi na dnie pojemnika resztkami kebabu i sosu. Staruszek waha się przez chwilę, czy ich nie wyjąć, może chociaż jedna nadawałaby się jeszcze do zjedzenia, ale uznaje, że to bez sensu, że nic się w końcu tak naprawdę nie stanie, kiedy powie w domu, że bułek w piekarni nie było. Tężeje, gdy kątem oka spostrzega, że ktoś stoi obok. Odwraca głowę i widzi tego mężczyznę stojącego bez ruchu i przyglądającego mu się takim samym spojrzeniem, jakie miał w sklepie, zabierając bułki z lady.

– Dlaczego pan to zrobił? – pyta go staruszek.

Wargi tamtego rozchylają się z cichym cmoknięciem.

– Bo mogłem – odpowiada skrzekliwym głosem. – Są moje. Kupiłem je i to moja sprawa, co z nimi zrobię: zjem czy wyrzucę. Tak już skonstruowany jest ten świat. Ci, którzy będą pierwsi, przeżyją. Spóźnieni zostaną z niczym. I nie chodzi nawet o to, kto jest silniejszy, a kto słabszy. Chodzi wyłącznie o to, że wszystkim rządzi czas i przypadek. Dziś byłem pierwszy. A jutro? Kto wie?

Staruszek niespodziewanie wybucha płaczem. Nie w głos; po prostu jego gardło ściska spazm, a na dolnych powiekach szklą się łzy.

– Moja żona ma cukrzycę… – wydusza z siebie, ocierając je wierzchem drżącej, pomarszczonej dłoni.

Mężczyzna patrzy na niego nieruchomo i bez wyrazu: w jego bladych oczach jest pustka, otchłań bez dna.

– Dałbym naprawdę sporo, żeby móc się z nią zamienić – mówi spokojnie, obraca się na pięcie i odchodzi, lekko utykając. Po chwili znika w tłumie.

 

RTĘĆ

 

 

 

 

 

 

 

– Muszę wracać do Szczecina. – Iwona klęknęła na łóżku i wyszeptała te słowa prosto do ucha Vogla.

Kręcił się w nim już od paru minut, więc uznała, że nie śpi, pewnie obudził go ten telefon do niej. Poza tym nie mogła dłużej czekać. Heinrich Vogel leżał na brzuchu z ramionami wciśniętymi pod poduszkę. Było gorąco, nie miał na sobie niczego, więc tatuaż z ptasznikiem widniejący na lewej łopatce prezentował się w całej okazałości i Iwona, zerkając na niego, zadrżała mimo woli. Vogel powoli odwrócił głowę w jej stronę i otworzył oczy.

– Już? – zapytał.

Uśmiechnęła się.

– Jestem u ciebie już ze dwa tygodnie.

– Mówiłaś, że masz sporo zaległego urlopu?

– Owszem, ale… – Spojrzała w okno na las porastający łagodne zbocza Gór Połabskich po drugiej stronie Łaby. – Miałam przed chwilą telefon. Poproszono mnie o skrócenie go i jak najszybszy powrót.

– Coś się stało? – Vogel zaniepokoił się lekko.

Uśmiech zszedł Iwonie z twarzy.

– Nie wiem jeszcze – wyszeptała, odwracając wzrok.

Vogel uniósł się na łokciach i spojrzał jej w twarz.

– Hej… – Zmarszczył brwi. – Nie mówisz mi wszystkiego.

Iwona westchnęła, ściągnęła z Vogla kawałek poszewki do kołdry, pod którą spali, i owinęła się w nią mimo gorąca.

– W jednym ze szczecińskich sklepów spożywczych ktoś podłożył zatrute słoiki z musem dla dzieci. Zawierały rtęć.

– Nie rozumiem. Jesteś jedyną, która może zająć się tą sprawą?

Wzrok Iwony był poważny.

– W tym samym czasie ktoś zadzwonił na policję i przekazał informację o tych słoikach. Od razu je zdjęto z półek, zresztą zamknięto cały sklep i poinformowano producenta, ale nie o to chodzi. Parę godzin później na policję trafił list. Przeczytano mi go, zacytuję ci mniej więcej: Jestem Misza, mogę wszystko, wy nie możecie niczego. A może na odwrót? Pościgamy się? Zagramy w grę w zabijanie? Kto będzie pierwszy na mecie?. Coś w tym stylu.

Z ust Vogla wyrwał się jęk.

– Skurwysyn… Czyli jednak żyje…

– Nie ma jeszcze pewności, że to on.

– Serio? – Vogel popatrzył na Iwonę udręczonym spojrzeniem.

– Serio. Trochę przypadkiem ta informacja trafiła do CBŚP i do mnie. Służby współpracują ze sobą, to nieustająca wymiana danych. Analitycy z Wydziału Wywiadu Kryminalnego KWP zabrali się do roboty i wyszło im, że człowiek o pseudonimie „Misza”, czyli Mirosław Jacoń, odbył wyrok, a w naszym cebeesiowskim systemie figurował z tej racji, że przewinął się przez sprawę twojego ojca. Prowadziliśmy ją przecież u nas przez krótki czas, zanim przejęło ją ABW.

– Tak się poznaliśmy…

Iwona uśmiechnęła się lekko i spojrzała cieplej na Vogla, ale po chwili jej wzrok znów spoważniał.

– U nas skończyło się niczym, po prostu zamknęliśmy ją w związku z przekazaniem do Agencji i nikt nie wie, że ją rozwiązałeś, mimo że postępowanie w związku ze śmiercią Jaskólskiego wciąż się toczy. Ten dziennikarz, do którego napisałeś list jako Jaskólski, współpracuje ze służbami.

– O to mi przecież chodziło.

– Jacoń jest oczywiście poszukiwany i teraz pomyśl: wikłałby się w ten szantaż w takiej sytuacji? Czy schowałby się raczej w mysiej dziurze, żeby przeczekać, albo uciekł za granicę?

– On nie jest normalny, przecież wiesz. Poza tym, skąd ma wiedzieć, że rozpętałem taką akcję?

– Nie mamy pewności. Tak jak nie mamy jeszcze pewności, czy pseudonim „Misza” to nie przypadek. Ale i tak muszę wracać.

– Ja wiem, że to on, Iwona. Po prostu wiem.

– Przemawiają przez ciebie emocje.

– Możliwe. – Vogel przytaknął skinieniem głowy, a potem spojrzał na Iwonę. – Czy… Czy grożą ci jakieś kłopoty?

– Kłopoty? – zapytała.

Vogel widział po jej minie, że dobrze rozumie, o co mu chodzi.

– Jeśli to wyjdzie… Że mi pomagałaś, że zatajałaś ważne informacje dotyczące śledztwa, że prowadziłaś je ze mną nielegalnie…

– Będę skończona – dopowiedziała z udawaną pogodą. – Być może nawet pójdę za to siedzieć. Nie, raczej na pewno pójdę siedzieć.

– Właśnie o to pytałem.

– Może to jednak nie on? – Iwona szczelniej owinęła się poszwą.

– Sama w to nie wierzysz – stwierdził kwaśno Vogel. – Właśnie dlatego cię wzywają. Bo prowadziłaś sprawę.

– To teraz nieistotne. – Iwona wyciągnęła rękę spod materiału i położyła ją na twarzy Vogla. – Nie musisz wracać ze mną, Heini. To ciebie nie dotyczy.

– Muszę – stwierdził Vogel zdecydowanie. – Jeśli to faktycznie on, to i tak nie mogę tu zostać, powinienem być na miejscu. Poza tym, skąd wiesz, że to mnie nie dotyczy?

– Oficjalnie nie masz z nim nic wspólnego. Ukrywaliśmy twój związek z nim nie bez przyczyny, pamiętasz?

Vogel zamknął oczy. Wydarzenia ostatnich miesięcy, te związane z ojcem oraz Miszą i te ostatnie, w Łużycach, wyczerpały go psychicznie. Krótkie wakacje w Szwajcarii Saksońskiej miały być oddechem przed powrotem do w miarę normalnego życia. Teraz wyglądało na to, że nie będzie normalne. Że wciąż została niezałatwiona sprawa. I nie miał pojęcia, jak to się skończy i czy w ogóle.

Wyjechali z Bad Schandau kilkadziesiąt minut później, droga do Szczecina zajęła im niecałe pięć godzin. Jeszcze po drodze Iwona dostała telefon; rozmowa trwała krótko, w jej trakcie praktycznie nie odzywała się, kiwała tylko głową, a kiedy ją skończyła, spojrzała na Vogla poważnym wzrokiem.

– Co? – Zauważył to spojrzenie kątem oka.

– Masz przyjechać do firmy ze mną…

Vogel zacisnął palce na kole kierownicy, jego usta zmieniły się w wąską linię.

– Widzisz? – westchnął ciężko. – Wiedziałem, kurwa. Po prostu to wiedziałem.

Pojechali do siedziby szczecińskiego zarządu CBŚP prosto z trasy. Vogel dostał przepustkę i oboje z Iwoną wkrótce stali przed obliczem jej przełożonego, podinspektora Cieleckiego. Wyszedł do nich z gabinetu i poprosił sekretarkę, żeby poszła roznieść podpisane przed niego pisma funkcjonariuszom. Kiedy kobieta wyszła, Cielecki oparł się o kontuar, za którym urzędowała.

– No to słucham – powiedział, patrząc na Iwonę w zamyśleniu.

– Co konkretnie szef ma na myśli? – zapytała, czując, jak tężeją jej wszystkie mięśnie.

Inspektor przeniósł wzrok na Vogla, a potem wrócił nim do jej twarzy.

– Nie traktuj mnie jak idioty, Iwona, nie lubię tego – stwierdził kwaśno. – Zaraz czeka was i mnie poważna rozmowa, chcę się do niej przygotować, żeby nie wyjść na durnia, który nie wie, że jego podwładni działają na własną rękę, ukrywając fakty istotne dla postępowania. Sam nie wiem, co jest dla mnie lepsze: niewiedza, która świadczy o mojej niekompetencji, czy udawanie, że o tym wiedziałem, i współodpowiedzialność.

– Będziemy rozmawiać tutaj? – zapytała Iwona.

– Tak, dopóki nie wróci Jola. Tyle masz czasu, żeby mi streścić swoją wersję. A potem przejdziemy do mojego gabinetu, w którym czeka oficer ABW. Zaczynaj, proszę.

Iwona nabrała głęboki oddech.

– Wszelkie ustalenia poczynione na etapie naszego postępowania w sprawie Zenona Ptasznika znalazły się w aktach. Niczego nie ukrywałam.

– A potem?

– A potem to było już zmartwienie ABW. Wszystko, co odkryliśmy później w związku z udziałem w tej sprawie Jaskólskiego, robiłam w wolnym czasie. Formalnie jestem czysta, tak uważam.

– To ma być wytłumaczenie?

– Poniekąd… – mruknęła Iwona.

– Zawsze uważałem, że dobry przełożony stoi murem za swoimi ludźmi, czasem nawet nadstawia za nich karku. Ale to wyjątkowa sytuacja, Iwona. Zawiodłaś moje zaufanie, pomijając działanie wbrew przepisom, wbrew jakimkolwiek zasadom. Rozumiem, że pan Vogel również brał udział w tym, powiedzmy, nieformalnym śledztwie prowadzonym w twoim wolnym czasie? – Cielecki nie spuszczał z Iwony wzroku.

– Tak. – Spojrzała mu w oczy. – A nawet więcej, to on doszedł do prawdy.

– A jaka jest prawda?

– Skomplikowana. Na swoją obronę dodam, że w tym przypadku liczyło się dobro najwyższe, panie inspektorze.

– Czyje? – Cielecki uniósł brwi.

– Przede wszystkim jego. – Wskazała Vogla. – To była kwestia życia i śmierci i nie chciałabym, żeby pan teraz pomyślał, że dramatyzuję i przesadzam, żeby się wybielić. Tak po prostu było.

Cielecki przygryzł dolną wargę i spojrzał w okno.

– Dobrze – westchnął. – Chodźmy. I tak nas to nie ominie.

Wpuścił Iwonę i Vogla przodem do swojego gabinetu, wszedł za nimi i zamknął drzwi. Przy niewielkim stoliku konferencyjnym siedział jakiś człowiek w jasnym garniturze. Miał rzadkie blond włosy, czerwonawe policzki i obgryzione paznokcie, co Vogel zauważył niemal od razu, zajmując w milczeniu krzesło naprzeciwko niego. Blondyn siedział w dość swobodnej pozycji, bokiem do stołu, z nogą założoną na nogę, trzymając się za kolano.

– To pan major Urbanek ze szczecińskiej delegatury Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego – dokonał prezentacji Cielecki, siadając na swoim miejscu. – Bardzo proszę, panie majorze.

Urbanek zmienił pozycję, zdejmując nogę z uda i odwracając się wprost do Vogla i Iwony. Oparł się łokciami o blat i splótł palce, a jego twarz rozjaśnił blady uśmiech.

– Powiem tak: sytuacja jest bardzo dziwna – zaczął. Miał lekko chrapliwy głos niepasujący do młodego wyglądu. – Wygląda na to, że śledztwo prowadzone przez wrocławską delegaturę ABW w sprawie śmierci jej byłego szefa, pułkownika Dariusza Jaskólskiego, wszczęte po informacji od dziennikarza śledczego, powinno zakończyć się już dawno temu…

– A nie zakończyło się? – zapytał obojętnie Vogel. – Zdaje się, że dziennikarz dostał komplet informacji do tego potrzebnych.

– To prawda, jest tam wszystko, przyznaję, problem w tym, że wciąż nie możemy namierzyć osoby, która skonstruowała ten misterny plan. Mówię o człowieku nazwiskiem Mirosław Jacoń. Pan jest synem Zenona Ptasznika, prawda?

– Tak. Co z tego?

– Pan pyta, co z tego? – Urbanek spojrzał na Cieleckiego, jakby szukał u niego pomocy, ale inspektor miał kamienną twarz. – List Jaskólskiego do dziennikarza został razem z załącznikami wysłany po śmierci pułkownika.

Vogel wzruszył ramionami.

– Nie znam się na tym, ale może nastawił automatyczne wysyłanie, zanim się zastrzelił?

– Z komputera zlokalizowanego w Berlinie? – zapytał Urbanek, dodając: – Herr Vogel?

– Na przykład.

– Dobrze, skończmy te gierki. – Funkcjonariusz westchnął nieco teatralnie. – Wiemy już, że to był pan. Jak pan zdobył te materiały i przy czyjej pomocy, to już inna sprawa.

– Zdobyłem je sam, korzystając z materiałów mojego ojca oraz pomocy prywatnego detektywa z Niemiec. Dodałem dwa do dwóch i wyszło mi cztery. Wynik wysłałem do osoby, którą uznałem za właściwą, zdając sobie sprawę, że może z tym zrobić wszystko. Na przykład zawiadomić was. Chodziło mi również o ochronę rodziny pułkownika Jaskólskiego. Sugestie, że korzystałem z pomocy funkcjonariuszy innych służb albo robiłem inne nielegalne rzeczy, włożyłbym między bajki. Działałem w granicach prawa. Może pan to potraktować jako moje oświadczenie, dalsza rozmowa na ten temat będzie prowadzona w obecności mojego prawnika, mecenasa Popławskiego. Mogę do niego od razu zadzwonić, jeśli pan sobie życzy.

– Myślę, że na razie nie ma takiej potrzeby. – Urbanek zaczął oglądać swoje dłonie, a potem znów spojrzał na Vogla i zapytał: – Co pan sobie myślał, wysyłając ten list do redakcji?

– Podjąłem taką, a nie inną decyzję i jestem gotowy ponieść jej konsekwencje.

– Nie jest pan gotowy, zaręczam panu, panie Vogel.

– Nie ma pan pojęcia, na co jestem gotowy, a na co nie.

– Dobrze, jak pan uważa. Przejdźmy więc do sprawy szaleńca. Na razie jedynym związkiem między tą sprawą a sprawą pułkownika Jaskólskiego jest pseudonim „Misza”. Dość nietypowy, ale ponieważ póki co nie mamy się czego chwycić, badamy ten wątek, przyjmując to jako hipotezę śledczą. W pańskich materiałach opisał pan Jaconia oraz jego przeszłość dość szczegółowo. Czy jest coś, czego pan w nich nie zawarł, a co mogłoby nam pomóc odnaleźć tego człowieka?

– Będzie wam bardzo trudno go odnaleźć – mruknął Vogel. – Zapewniam pana.

– To już nasz kłopot. Niech pan odpowie na moje pytanie.

Vogel nabrał głęboko powietrza, odwrócił głowę i popatrzył na Iwonę. Jej usta rozciągnęły się w leciutkim, ledwo zauważalnym uśmiechu, ale oczy pozostały smutne. „Dawaj”, mówiły.

– Kiedy widziałem się z nim ostatni raz… Najprawdopodobniej go zraniłem.

– W jaki sposób?

– Strzeliłem do niego. – Vogel powiedział to, patrząc Urbankowi prosto w oczy.

– Strzelił pan? A mogę wiedzieć z czego? Ton głosu Urbanka wyrażał uprzejme zainteresowanie i coś jeszcze. Vogel był prawie pewien, że ten wie, jakiej odpowiedzi się spodziewać.

– W czasie szarpaniny na mojej łodzi, która w tamtym momencie już płonęła w wyniku podpalenia, strzeliłem do niego z broni, którą znalazłem w sejfie swojego ojca – powiedział beznamiętnie. – Niestety, nie miałem pewności, jak skutecznie. Słyszałem tylko okrzyk bólu, a potem on zniknął, a ja musiałem martwić się o siebie.

– Rozumiem… Coś jeszcze?

– To wszystko. – Vogel wzruszył ramionami.

Urbanek w zamyśleniu pokiwał głową.

– No dobrze, skoro twierdzi pan, że to wszystko…

– Tak twierdzę.

Wzrok Urbanka poweselał.

– Gratuluję pewności siebie.

– Dziękuję – odparł Vogel bez zmrużenia oka i choćby cienia uśmiechu.

Cielecki poruszył się za swoim biurkiem.

– W takim razie ja również dziękuję za spotkanie – powiedział. – Jutro o ósmej odbędzie się u nas narada z udziałem moim, funkcjonariuszy komendy wojewódzkiej, ABW reprezentowanej przez pana majora oraz prokuratora okręgowego. Pana Vogla i panią komisarz również zapraszam, proszę też o punktualne przybycie. Do widzenia.

To był jasny sygnał, co mają teraz zrobić. Obydwoje wstali i wyszli z gabinetu. W sekretariacie Iwona skinęła głową sekretarce, która w międzyczasie wróciła, a Vogel poczuł na sobie jej ciekawskie spojrzenie. Wyszli przed budynek i wsiedli do samochodu. Kiedy jechali w milczeniu do Iwony, nagle zadzwonił jej telefon.

– Cielecki – mruknęła, zerkając na wyświetlacz, i odebrała. – Tak, szefie?

Przez chwilę słuchała, a potem odsunęła komórkę od ucha i włączyła tryb głośnomówiący.

– Już – rzuciła gdzieś przed siebie, kładąc ją w przegródce między fotelami.

– Cielecki z tej strony – usłyszeli. – Chciałem zamknąć jeszcze naszą sprawę, przynajmniej chwilowo.

– Słucham… – powiedział Vogel, uznając, że to jednak bardziej jego sprawa niż Iwony.

– Bardzo ładnie pan się zachował względem pani komisarz przed Urbankiem, ale nie ręczę, że to coś da.

– Może będziemy się tym martwić później? – zasugerował Vogel. – Nie wiadomo, jaki kolejny numer odpieprzy Misza, jeśli okaże się, że to on. Proponuję, żebyśmy na razie skupili się na tym.

– Dobrze, przyjmuję do wiadomości. To zagrożenie porządku publicznego i niewykluczone, że ABW będzie chciała przejąć tę sprawę w całości. Okaże się po spotkaniu. W każdym razie widzimy się jutro.

– Do zobaczenia – powiedział Vogel. – I… dziękuję – dodał po chwili wahania.

– Nie ma pan za co dziękować. Nie mogę niczego obiecać. Pomijając, że to dotknie również mnie w sposób, którego nie jestem jeszcze w stanie przewidzieć. Może wyglądam na oazę spokoju, ale w środku się gotowałem i chcę, żebyście obydwoje o tym wiedzieli. Do widzenia.

– Do widzenia – powiedzieli w tym samym momencie.

Kiedy zajechali na Arkońską, Vogel wyłączył silnik i spojrzał na Iwonę.

– Zamówię taksówkę i znajdę jakiś nocleg.

– Chyba zwariowałeś. – Iwona roześmiała się. – Prześpisz się u mnie, nie ma sensu, żebyś brał hotel. I chyba nie chcę teraz być sama. Ty też pewnie nie?

Vogel zapatrzył się w blok, w którym mieszkała.

– Nie sądzę – stwierdził w końcu. – W takim razie chodź, podjedziemy jeszcze do sklepu po zakupy, zrobię ci na kolację krewetki.

Iwona uśmiechnęła się.

– Nasza pierwsza wspólna kolacja na twojej łodzi, pamiętasz? – zapytała.

Pokiwał głową i ścisnął jej rękę.

– Wyjdziemy z tego, Iwona – powiedział, choć w jego głosie nie było śladu wesołości. – Jak zawsze.

– Skoro tak mówisz… – westchnęła.

Vogel odpalił silnik i ruszył w stronę „Stokrotki”.

 

ŚMIERDZIUCH

 

 

 

 

 

 

 

Mirek nie wie, co się dzieje z mamą. Ostatnio zachowuje się dziwnie. Tata pije dużo, jak zresztą każdy w wiosce, i chyba tego nie zauważa. Po alkoholu również zachowuje się dziwnie, ale mówi wtedy do wszystkich dookoła, a nie do siebie, jak mama. Zapytał ją kiedyś, o co chodzi, ale ona spojrzała na niego jak na kogoś obcego, odwróciła się do okna i patrzyła w nie w milczeniu, zupełnie jakby Mirka nie było obok. Kiedy wrócił z podwórka, zastał mamę w tej samej pozycji, z rękami opartymi o blat, wpatrzoną niewidzącym wzrokiem w okno i z mokrą, brzydko pachnącą spódnicą.

– Chyba zrobiłam siku w majtki – powiedziała na jego widok, a on przestraszył się tych jej oczu, bo wyglądały, jakby w twarz jego mamy ktoś włożył dwa kawałki kolorowego szkła.

Mirek do tej pory pamięta, jak wtedy ze strachu ścisnęło mu się serce. To było jakiś czas temu. Dziś Mirek nie ma już mamy. Tata nie radzi sobie z jego wychowaniem, słyszał, jak tak właśnie mówił jeden z nauczycieli do drugiego. Mirek opuszcza się w nauce, choć w zasadzie nie ma z nią problemów. Uważa, że i tak wszyscy sądzą, że jest do niczego. Nie ma wokół siebie żadnej dobrej duszy, nikogo, kto wytłumaczyłby mu, dlaczego w świecie dorosłych nie ma miejsca dla dzieci i wszyscy czekają tylko, aż one też dorosną i staną się takie jak oni. Wtedy będą mogli pić z nimi wódkę. Mirek spróbował jej kiedyś i sam zapach wystarczył, by zwymiotował. To sprawiło, że jeszcze mniej rozumiał ten nieprzyjazny mu świat. Inne dzieci w wiosce i w szkole są bardzo podobne do dorosłych, mimo że jeszcze nie piją wódki. Krzyczą, przeklinają i też uważają Mirka za dziwadło. I za śmierdziucha.

Tamtego dnia przechodził po prostu po lekcjach przez szkolne boisko, zastanawiając się, gdzie pójść, żeby nie musieć jeszcze wracać do domu. Stali pod drzewem, ci z czwartej klasy, całą grupą i patrzyli na niego w ciszy. Cisza trwała do czasu, kiedy ich mijał ze spuszczoną głową.

– Śmierdziuch, śmierdziuch! – krzyczą chłopcy, a dziewczęta chichoczą, zasłaniając usta dłońmi i odwracając głowy, że niby nie patrzą.

Mirek przełyka ślinę, chude ramiona unoszą się, kiedy chowa w nich głowę. Nie rozumie tego. To przecież nie jego wina. Tata po prostu zapomniał kupić mydła, zresztą zapomina codziennie, a kiedy Mirek poprosił o parę złotych, żeby mógł sobie kupić je sam, dostał tęgie lanie. Ale nie może tego powiedzieć tamtym.

Zaciska bezwiednie pięści. Prowodyr, najwyższy i pewnie najsilniejszy, podchodzi do niego. Mirek wie, że chłopak ma na imię Józek.

– Twoja mama to wariatka! – syczy Józek nienawistnie, a Mirek zastanawia się, skąd ta nienawiść, przecież nawet się dobrze nie znają.

– Nieprawda, moja mama umarła – mówi cicho, zaskoczony.

– Akurat, zesrał się goły na rogu stodoły! Mieszka w wariatkowie i ty też kiedyś tam trafisz, śmierdziuchu jeden!

Tornister zsuwa się z pleców, a pięść Mirka sama leci do góry i trafia tamtego w nos. Józek upada, łapie się za twarz i zaczyna krzyczeć, a reszta wraz z nim. Żaden z tamtych do niego nie podchodzi, tylko krzyczą i wytykają go palcami. Dziewczyny też, jedna nawet płacze, ale nie nad Mirkiem, tylko nad Józkiem. Nagle zjawia się matematyczka; starsza, niesympatyczna kobieta, na widok której Mirka zawsze zaczyna boleć brzuch.

– Proszę pani, to wariat! – Józek wciąż leży na ziemi, trzyma się za nos, a drugą ręką wskazuje na Mirka. – Rzucił się na mnie bez powodu!

– Tak, tak, rzucił się! – potwierdzają dziewczynki. – Józek nic mu nie zrobił! Zupełnie nic!

Mirek otwiera usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Jak zwykle nie wie, co powiedzieć, zresztą cokolwiek by powiedział, i tak nikt mu nie uwierzy. Wie to z całą pewnością.

– Czy to prawda, Jacoń? – pyta nauczycielka.

Wszyscy patrzą na niego wyczekująco, ale Mirek wzrusza tylko ramionami. Nauczycielka bierze się pod boki i patrzy na niego surowo. W jej oczach też jest nienawiść.

– Masz iść do domu, a jutro przyjść do szkoły z ojcem, przebrzydłe chłopaczysko! – krzyczy.

Mirek rozgląda się za tornistrem, ale nigdzie go nie ma. Zniknął. Patrzy na chłopaków, ale oni uśmiechają się tylko złośliwie. Zerka za ich nogi, ale nie widzi za nimi swojego tornistra, który mama kupiła mu za dużo pieniędzy i prosiła, żeby o niego dbał. Teraz nie ma ani mamy, ani tornistra. Po prostu kiwa głową, jakby godził się z tym faktem, i rusza przed siebie. Idzie prosto do domu.

– Tato, czy to prawda, że mama wcale nie umarła? – pyta ojca już od drzwi.

– Kto ci tak powiedział?

– W szkole tak mówią.

Spojrzenie ojca twardnieje.

– Gdzie masz tornister? – warczy.

– Ukradli mi.

Tamtego dnia Mirek dostał dwa razy. Raz za ten nieszczęsny tornister, a drugi, kiedy pod wieczór przyszli ze szkoły powiedzieć, że Mirek pobił kolegę. Za drugim razem ojciec przesadza. Kiedy Mirek następnego dnia zjawia się w szkole, bez ojca, za to z opuchniętą twarzą i sińcami pod oczami i nie jest w stanie usiąść na krześle, nauczyciele stwierdzają, że czas zareagować. Ojciec tłumaczy się trudnymi warunkami, odejściem matki, ale nie przekonuje ani milicjantów, ani tym bardziej pani z jakiejś instytucji, która z nimi przyszła i w dodatku ma dużą władzę, może nawet większą niż milicja, a na pewno większą niż tata. Rozgląda się po mieszkaniu z nieskrywanym obrzydzeniem, potem kuca przed Mirkiem, kładzie mu rękę na ramieniu i mówi:

– Musimy cię stąd zabrać na jakiś czas, chłopczyku. Spakuj się, proszę, pojedziesz z nami, od razu.

Mirek zerka na tatę bezradnie, przysiągłby, że w jego oczach błyska radość. Spodziewa się, że będzie protestował, ale on odwraca się na pięcie i znika w kuchni, która bardziej przypomina chlew. Mirek musi się spakować, choć nie ma za wiele do zabrania. Wszystko mieści się do tekturowej walizki pamiętającej jeszcze czasy dzieciństwa jego mamy. Zabierają go do domu dziecka w Gorzowie, gdzie spędza prawie dwa miesiące. Machina urzędnicza próbuje działać i nagle pojawia się tam jakaś kobieta. Mirek zostaje do niej zaprowadzony i przedstawiony. Kobieta długo patrzy na niego w milczeniu, on przygląda się jej i widzi, że ma oczy podobne do oczu jego matki, zanim jeszcze te zmieniły się w kawałki szkła. W końcu kobieta kiwa głową, jakby podjęła jakąś decyzję, i mówi do niego:

– Jestem twoją ciotką. Twoja mama poprosiła mnie, żebym cię zabrała do siebie.

Mirek szeroko otwiera oczy.

– Przecież moja mama nie żyje? – krzyczy.

– Można tak powiedzieć, mały. Jest w miejscu, z którego już nigdy nie wyjdzie. Jest bardzo chora i pewnie już nigdy jej nie zobaczysz. Nawet nie chciałbyś jej teraz widzieć, uwierz mi, nie w tamtym miejscu.

Mirek stoi z otwartymi ustami i niczego nie rozumie. Niczego. Nie może pojąć, dlaczego został okłamany, dlaczego tu trafił i dlaczego ma trafić do ciotki, o której istnieniu nawet nie wiedział, skoro jego mama żyje? Ciotka splata ramiona na biuście i patrzy na niego sceptycznie, lewy kącik jej ust unosi się, odsłaniając siekacz i ubytek po czwórce.

– Nie licz na wystawne życie, mój drogi – mówi. – Czasy są ciężkie, muszę sobie jakoś radzić, a ty masz być grzeczny, słuchać mnie i dobrze się uczyć. Wtedy się dogadamy, jasne?

Mirek kiwa tylko głową, i tak nie ma nic do powiedzenia. To znaczy tym razem ma, ale wie, że jak zwykle nikt nie będzie go słuchał.

Ciotka mieszka w Gorzowie Wielkopolskim i nigdzie nie pracuje. Czasem wychodzi do miasta, wraca wieczorami. Mirek nie dostaje kluczy do mieszkania: obok kamienicy ciotki jest biblioteka i tam spędza czas po szkole, dopóki ciotka nie wróci i nie zajdzie tam po niego. Kiedy są już w domu, Mirek dostaje jeść albo nie dostaje, to zależy, czy ciotka ma nastrój albo czy jest pijana. Ciotkę odwiedzają różni ludzie: niektórzy nie wchodzą do środka, tylko szepczą coś przy drzwiach, ona daje im jakieś butelki i zamyka drzwi. Mirek siedzi cicho, wciąż nie może dojść do siebie, choć dopasował się jakoś, a przynajmniej stara się. W nowej szkole jest trochę lepiej, jest większa, jest więcej dzieci, które się nie znają i jego też nie, więc może to dlatego jest w stanie być niewidzialny. Wie też, że nauczyciele go obserwują. Nie odzywa się niepytany, pytany też przeważnie nie i czasem znika całkiem, po prostu wychodzi ze szkoły w czasie lekcji, żeby powłóczyć się gdzieś nad Wartą i pogapić na szczury piżmowe albo bobry. Raz złapała go milicja i nie było wesoło, ale Mirek się nie przejmuje. Dochodzi do wniosku, że w tym świecie, do którego go wrzucono, nie ma dla niego miejsca, więc musi stworzyć sobie własny. Niewiele osób to rozumie, właściwie nikt, bo nie ma ani przyjaciół, ani kolegów, ani żadnej bliskiej osoby, z którą mógłby o tym pogadać. Nie lubi wracać do nowego domu, do domu ciotki. Pojawiają się w nim różni mężczyźni, ale najgorsi są ci, którzy jednak wchodzą do środka i zostają na noc. Mirek nazywa ich w myślach fagasami. Przychodzą tylko po to, żeby napić się z ciotką wódki, a potem robić z nią rzeczy, które Mirka obrzydzają, nawet jeśli nie do końca je rozumie.

Pewnego razu znów przychodzi jeden z nich. Mirek wie, że jest milicjantem, a ciotka toleruje go tylko dlatego, że zapewnia jej nietykalność; tak mu powiedziała w jednej z nielicznych chwil szczerości i trzeźwości. Mirek nie bardzo to rozumie, bo fagas dotyka ją bardzo często i wszędzie, ale uznaje, że to nie jego sprawa. Tak jest i tym razem, choć fagas przychodzi już pijany. Kiedy dobiera się do ciotki, Mirek przemyka obok i ten zauważa go nagle, co też Mirka trochę dziwi, bo przecież nigdy wcześniej nie zwracał na niego uwagi. Jak każdy dorosły.

– Won stąd, gnojku! – krzyczy fagas. – Wypierdalaj na dwór!

– Zdzisiek, już jest ciemno, daj mu spokój – mruczy ciotka.

– Co, może chcesz popatrzeć, mały zboczeńcu? – Fagas rechocze, łapiąc ją za pierś i ściskając mocno.

Mirek kręci przecząco głową i opuszcza ją zawstydzony. Wie, co ma robić. Otwiera starą, trzydrzwiową, poniemiecką szafę i wchodzi do środka, zamykając za sobą drzwi. Nie boi się. Przyzwyczaił się. Do ciemności i do szafy. Słyszy chichot pijanej ciotki i jakieś sprośności, które fagas mruczy jej do ucha. Siada, obejmuje kolana ramionami i słucha obrzydliwych odgłosów ciała uderzającego o ciało. Zduszone jęki brzmią jak walka o życie, akt miłosny jest wyłącznie aktem, w żadnym razie miłosnym, bo w rzeczywistości to bezrozumne i pozbawione wyższych uczuć zaspokojenie zwierzęcej chuci. Mirek nie jest w stanie tego słuchać. Odcięcie od bodźców wzrokowych zbawienną ciemnością nie wystarcza, uszy Mirka wciąż są atakowane odgłosami. Zapach własnego, niemytego ciała, naftaliny i wilgotnego papieru jest jeszcze w stanie znieść, dźwięków nie. Zaciskając mocno powieki, bierze do ręki jedną z gazet i odrywa kawałek, po czym wkłada go sobie do ust i zaczyna żuć. Głód robi swoje, oszukany mózg wysyła sygnał do ślinianek, te zaczynają boleć i gwałtownie wydzielać ślinę. Mirek żuje gazetę, zaciskając zęby na kawałku papieru, a kiedy ma już w ustach wilgotną pulpę, wyciąga ją, formuje palcami niewielką kulkę i wciska ją sobie do ucha. Potem robi to samo z kolejnym kawałkiem papieru i po chwili zapada głucha cisza. Mirek słyszy tylko tętent własnej krwi, ale dźwięki z zewnątrz ustają. Oddycha spokojniej, układa wygodniej na gazetach i zagarnia ich trochę na siebie. Robi się cieplej, jak w gnieździe. Mirek ma nadzieję, że ciotka zapomni o nim, że zapomną o nim wszyscy i dadzą mu święty spokój. Marzy o tym, że gdy wyjdzie ze swojego gniazda, za drzwiami szafy nie będzie ani obskurnego mieszkania, ani ciotki i jej fagasów, ani wódki, tylko cudowna kraina, może mlekiem i miodem płynąca, jak w bajkach, które czytał w bibliotece. Naje się do syta. Będzie oblizywał palce ze słodkiego miodu i popijał ciepłym mlekiem, a potem ruszy gdzieś przed siebie, gdzie będzie mu lepiej. I z tą myślą zasypia, zwinięty w kłębek jak bezdomny kot, który znalazł bezpieczne miejsce z dala od ludzkich oczu i może wreszcie trochę odsapnąć.

Budzi go światło lampy, kiedy drzwi szafy się uchylają. Mirek otwiera oczy i nadzieja pryska. Za nimi nie ma cudownej krainy, jest tylko ciotka.

– Jestem głodny, ciociu – mówi cicho Mirek.

Nie słyszy własnych słów, więc wyciąga z uszu kulki przeżutego papieru, które w międzyczasie wyschły i przylepiły się do delikatnej skóry małżowin. Ciotka patrzy na niego na wpół przytomna. Ma potężnego kaca. Ledwo trzyma się na nogach, pomiędzy połami poplamionego szlafroka migają obwisłe piersi i kępka potarganych włosów łonowych. Mirek ucieka wzrokiem od tego widoku, choć nie wie, gdzie go podziać, bo ciotka zasłania sobą wszystko.

– Skąd niby mam ci wziąć jedzenie, co? – bełkocze. – Może twój tatuś dałby wreszcie trochę forsy na swojego pierda? Ruchać to mu się chciało, ale wychowywać to już nie! – Niewyraźny bełkot zamienia się w krzyk.

Mirek nie ma pojęcia, co powiedzieć. Wie tylko, że ssie go w żołądku. Bardzo. Rośnie w nim gniew. Na ciotkę, na to, że stoi tu przed nim zamiast rzeki miodu i mleka, na ojca, nawet na matkę, choć wie, że to nie jej wina, że jest chora. Rośnie w nim gniew na cały świat. Rzuca się przed siebie, odpycha ciotkę na bok i wyskakuje z szafy, ze swojego gniazda. Biegnie. Mija łóżko, a właściwie barłóg, w który się zmieniło, i widzi na nim śpiącego fagasa. Ogromny mężczyzna leży na plecach z szeroko rozrzuconymi ramionami, genitalia ma na wierzchu, wielkie brzuszysko sterczy jak grzbiet martwego wieloryba, który zdechł w głębinach oceanu, ale gazy gnilne sprawiły, że właśnie wynurza się spod jego powierzchni i zaraz eksploduje rozsadzony wewnętrznym ciśnieniem. W palcach tkwi zgasły papieros. Mirek staje, porażony brzydotą tego widoku. Tknięty jakimś impulsem, bierze do ręki leżącą obok łóżka torbę fagasa. Jest ciężka. Zaciska palce na pasku, bierze zamach, torba zatacza łuk i ląduje na twarzy mężczyzny z głuchym hukiem. Jego cielsko szarpie się, ramiona i nogi podrywają do góry, a z ust wydziera się okrzyk zdumienia i bólu. Krew tryska z rozbitego nosa i zalewa usta, ale Mirek już tego nie widzi. Biegnie w kierunku drzwi mieszkania i wypada na klatkę, zanosząc się opętańczym śmiechem. Twarz dziecka szpeci okrutny grymas satysfakcji, oczy są szeroko otwarte i błyszczą, po raz pierwszy od dawna. Mirek nie ma na sobie nic prócz wyświechtanego sweterka i cienkich, poprzecieranych na kolanach spodni, ale nie dba o to. Na ulicy jest pusto, ciemno i bardzo chłodno, a on jest wolny, choć przez chwilę; nawet nie myśli, ile ta chwila potrwa, po prostu się nią cieszy, wciąż śmiejąc się w głos.

Mirek ma dziewięć lat i po raz pierwszy ucieka.

Nie z domu; on po prostu ucieka, choć wie już, że nie ma dokąd, bo kraina mlekiem i miodem płynąca nie istnieje. Jest wymysłem tych nielicznych dorosłych, których Mirek nigdy nie spotkał, a którzy chcieli osłodzić dzieciom życie i dlatego ją wymyślili, wkładając między bajki. Mirek dochodzi do wniosku, że tym samym wyrządzili im jeszcze większą krzywdę.

Po prostu je okłamali.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

 

 

Copyright © by Marek Stelar, 2024

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2025

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2025

 

Projekt okładki: © Mariusz Banachowicz

 

Redakcja: Paulina Jeske-Choińska

Korekta: Agnieszka Czapczyk, Lidia Kozłowska

Skład i łamanie: Teodor Jeske-Choiński

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

 

eISBN: 978-83-8402-108-8

 

 

 

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@wydawnictwofilia.pl

 

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.


„Mamy usługę, której mógłby pozazdrościć Amazon.”

Robert Drózd

Świat Czytników


Tysiące ebooków i audiobooków

Ich liczba ciągle rośnie, a Ty masz gwarancję niezmiennej ceny.