- Kolekcjoner - - Roman Jarosiński - ebook

- Kolekcjoner - ebook

Roman Jarosiński

5,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej oraz z zasobów Fundacji Krajowy Depozyt Biblioteczny! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

Tradycyjnie , jak to w kryminałach milicyjnych najgorsze zbrodnie zdarzają się w spokojne noce. Jeżeli czytamy , ze dochodzi północ a tu sierżant, porucznik , czy też innej rangi milicjant bierze się za parzenie z trudem zdobytej herbaty earl Grey to znaczy , że za chwilę odezwie się telefon. W „ Kolekcjonerze’ mamy miłą odmianę, sytuację spotykaną trochę rzadziej. „Biało –niebieski polonez omijał liczne wyboje. Patrolowa służba na wybrzeżu prawobrzeżnej Warszawy nie należała do zbyt atrakcyjnych. Ten letni wieczór był jednak wyjątkowo spokojny”…. „Światła mijania oświetlały niewielką żwirową alejkę. Kilkadziesiąt metrów dalej obok wysokiego ,rozłożystego kasztana leżał szary , słabo widoczny przedmiot”….. Tymi słowami zaczyna się kryminał Romana Jarosińskiego „Kolekcjoner”. Zaraz na drugiej stronie mamy zwłoki i zaczyna się akcja. Kryminał stereotypowy a jednak nie nudny. 
[Opis wydawnictwa] 

 

Seria: Labirynt

 

Książka dostępna w zasobach: 
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny 
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna im. Marii Fihel w Miechowie 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 187

Rok wydania: 1988

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




 

Roman Jarosiński

KOLEKCJONER

Wydawnictwo

Ministerstwa

Obrony

Narodowej

 

Okładkę i kartę tytułową projektowała

KATARZYNA IWANICKA

Redaktor

WANDA WŁOSZCZAK

Redaktor techniczny

GRAŻYNA WOŻNIAK

Korektor

IWONA BRZEZIŃSKA

Copyright by Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1988

ISBN 83-11-07509-3

Printed in Poland

Wydanie I. Nakład 239.700 + 300 egz. Objętość: 6,92 ark. wyd., 6,50 ark. druk. Papier offset, V kl., 65 g, rola 61 cm. Oddano do składania w czerwcu 1987 r. Druk ukończono w lutym 1988 r. w Wojskowej Drukarni w Łodzi. Zam. nr 111

Cena zł 100,—

H-3

Rozdział I

Biało-niebieski polonez omijał liczne wyboje. Patrolowa służba na przedmieściach prawobrzeżnej Warszawy nie należała do zbyt atrakcyjnych. Ten letni wieczór był jednak wyjątkowo spokojny. Kilka drobnych interwencji, dwóch niezwykle ugrzecznionych pijaczków, rozbawione towarzystwo wracające najwidoczniej z imienin i... żadnych poleceń z centrali.

Sierżant Grabowski rzucił czapkę na tylne siedzenie i sięgnął po papierosa. Zbliżali się do ogródków działkowych.

— Zatrzymaj się. Pooddychamy chwilę świeżym powietrzem — skinął na siedzącego za kierownicą kolegę.

— Szczególnie tobie to się przyda. Ja nie wypaliłem dzisiaj dwudziestu klubowych — mruknął z przekąsem kierowca radiowozu, któremu ciężko było znosić przyzwyczajenia sierżanta, bo sam od przeszło dwóch miesięcy uporczywie walczył z nałogiem.

Światła mijania oświetlały niewielką, żwirową alejkę. Kilkadziesiąt metrów dalej, obok wysokiego, rozłożystego kasztana, leżał szary, słabo widoczny przedmiot.

— Cóż to, u diabła, może być?! Przełącz na światła drogowe. — Sierżant stracił dotychczasowy spokój.

Zmiana świateł niewiele pomogła. Leżący przy siatce podłużny przedmiot pozostawał nadal niewidoczny. Grabowskiego ogarnęło niejasne przeczucie, że stało się tutaj coś złego. Wyjął latarkę z torby i wysiadł z samochodu. Z każdym krokiem denerwował się coraz bardziej. Spojrzał na zegarek — dwudziesta trzecia. Najpierw zauważył równo ułożone nogi w eleganckich beżowych mokasynach. Przesunął powoli snop światła. Wzdłuż drogi, blisko ogrodzenia jednego z ogródków, leżały zwłoki mężczyzny. Ubrany był w jasny garnitur. Z opaloną twarzą kontrastowała rozpięta pod szyją, biała bawełniana koszula. Na lewej skroni, w pobliżu ucha, widniał niewielki, owalny otwór o brunatnoszarych krawędziach. Zlepione, szpakowate kosmyki włosów mieniły się w świetle latarki rdzawymi plamami. Grabowski zrobił krok do tyłu. Nie patrzył już w twarz mężczyzny. Wracał szybko do samochodu.

— Łącz się z dyżurnym! — wrzasnął do oniemiałego kierowcy, a kiedy wydało mu się, że tamten działa zbyt opieszale, wyrwał mu mikrofon z ręki. — Znaleźliśmy zwłoki mężczyzny. Wiek średni. Wygląda na ranę postrzałową — meldował pospiesznie. — Nie, nie ruszałem niczego. Tak jest, zrozumiałem! Nie dopuszczać nikogo! Zabezpieczyć miejsce i czekać na ekipę z urzędu! I szlag trafił spokojny wieczór — mruknął, odwieszając mikrofon.

Pół godziny później zahamowała w pobliżu milicyjna nysa z dzielnicowego urzędu.

— Dziękuję, sierżancie — skinął Grabowskiemu głową znany mu z widzenia porucznik z wydziału kryminalnego.

W ciemności błyskały światła fleszów. Wysoki, barczysty lekarz, o długich blond włosach kończył oględziny zwłok. Ściągając rękawiczki, zwrócił się do porucznika:

— Zgon nastąpił półtorej do dwóch godzin przed naszym przybyciem. Nie będzie problemów z ustaleniem przyczyny śmierci. Rana wlotowa wyraźna. Bez trudu określimy kierunek postrzału. Samobójstwo można chyba wykluczyć. Innych obrażeń zewnętrznych nie widzę. Resztą zajmą się koledzy z Zakładu. A co to za facet? — zerknął na porucznika, trzymającego w ręku dowód osobisty.

— Henryk Wójcicki, historyk. W portfelu jest dowód osobisty, prawo jazdy, legitymacja służbowa, pieniądze, ponad dziesięć tysięcy złotych, i kartka na mięso. Rabunek raczej nie wchodzi w grę. Ale co on robił wieczorem w tak odludnym miejscu? — zadał retoryczne pytanie.

Ekipa kończyła przeszukiwanie terenu. Dokumentacja została już zebrana. Szereg zdjęć, dwa szkice sytuacyjne i żadnych śladów.

— Jeszcze raz poszukamy jutro rano — zadecydował porucznik. — Wy odpowiadacie za zabezpieczenie miejsca — skinął na Grabowskiego. — Za kilka godzin będziesz miał zmianę — dodał, widząc zrezygnowaną minę sierżanta.

Zwłoki przekazano do Zakładu Medycyny Sądowej, a ekipa milicyjna udała się na ulicę Wczasową, gdzie — jak wynikało ze znalezionych przy denacie dokumentów — mieszkał Henryk Wójcicki. Wszystko się zgadzało, i nazwisko na liście lokatorów, i wizytówka na drzwiach wejściowych, ale w mieszkaniu nie było nikogo. Dozorcy też nie udało się znaleźć, gdyż — według relacji przypadkowo spotkanego lokatora — wyjechał do rodziny na wieś uzupełnić zaopatrzenie. W tej sytuacji wizytę w mieszkaniu trzeba było odłożyć do dnia następnego.

Dozorca sam rano zjawił się w urzędzie. Zapalając niezdarnie wykruszonego papierosa usiłował usprawiedliwić swą nieobecność, ale porucznik machnął niecierpliwie ręką.

— Nikt nie ma do pana pretensji. Proszę się uspokoić i opowiedzieć mi coś o panu Wójcickim.

Starszy, schludnie wyglądający mężczyzna, który początkowo przycupnął na brzeżku krzesła, teraz rozsiadł się wygodnie.

— Właściwie, to ja się dotychczas nie przedstawiłem... Nazywam się Leon Rogowski. Pana doktora znałem nawet dobrze.

— Pana doktora? — porucznik zawiesił głos.

— Bo on tak kazał do siebie mówić, ale faktycznie nie był doktorem medycyny. Zbierał różne starocie. Antyki, jak to się mówi. Pracował na uniwersytecie czy w jakimś muzeum, nie wiem dokładnie. Przychodziło do niego dużo ludzi, czasami nawet dość podejrzanie wyglądających, ale mnie to nie interesuje. Ja mam swoje zajęcie.

— To znaczy, że Wójcicki sam mieszkał. Nie miał żadnej rodziny?

— Przecież ja tego nie powiedziałem. Minęło chyba osiem, a może dziewięć lat, jak wyprowadziła się od niego żona. Zabrała ze sobą córkę. Z nim pozostał syn. Michał ma w tej chwili dwadzieścia lat i jest już na studiach. To bardzo spokojny i przyzwoity chłopak. Na ojca nie dał złego słowa powiedzieć.

— Ale wczoraj w nocy nikogo w domu nie było?

— Zgadza się. Michał wyjechał pod koniec czerwca na wakacje. Chyba na jakiś obóz studencki. Nie wiem dokładnie. Pan doktor został sam w mieszkaniu.

— To na razie byłoby wszystko. — Porucznik wstał zza biurka. — Chyba że ma pan coś do powiedzenia na temat wczorajszego wieczoru — dodał. — Czy ktoś przychodził do pana Wójcickiego albo czy on sam gdzieś wyjeżdżał?

— Przykro mi, ale wczoraj byłem u rodziny pod Płońskiem. Przywiozłem jajka, kaczkę i trochę owoców na przetwory.

— Do czasu przyjazdu syna opieczętujemy mieszkanie Wójcickich — porucznik zakończył rozmowę. — Ale gdyby ktoś się zjawił i pytał o pana Wójcickiego, to proszę zaraz nas zawiadomić.

— Będę o tym pamiętał — zapewnił Rogowski.

Ustalenie adresu Krystyny Pietrzak (tak nazywała się teraz była żona Henryka Wójcickiego) nie sprawiło zbyt wielu trudności. Mieszkała wraz z córką Renatą na Ochocie. Nie wyszła powtórnie za mąż, wróciła jedynie do panieńskiego nazwiska.

Skromne, dwupokojowe mieszkanie urządzone było przytulnie. Kilka gustownych, dość cennych bibelotów, widać dar od Wójcickiego, wpływało korzystnie na wystrój wnętrza. Do tego komplet jugosłowiańskich mebli, kameralne oświetlenie, mocna, aromatyczna herbata w oryginalnych filiżankach i porucznik Adam Wierzchowski, któremu przydzielono śledztwo w sprawie nagłej śmierci Wójcickiego, poczuł się dość swojsko.

Krystyna Pietrzak, niewysoka, lekko piegowata szatynka, o błyszczących zielonych oczach, przyglądała się z uwagą porucznikowi. Wierzchowski nie zauważył na jej twarzy oznak rozpaczy, ba, nawet śladów smutku czy zażenowania. Zachowywała się bardzo spokojnie, jakby wiadomość o śmierci byłego męża, przekazana jej przez porucznika, dotyczyła kogoś zupełnie obcego. A przecież chodziło o ojca jej dzieci. Niezły to musiał być numer, skoro nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia, pomyślał porucznik. Bądź co bądź żyli ze sobą kilkanaście lat.

— Byłam studentką na Wydziale Historii — zaczęła spokojnie, uznawszy widać, że porucznikowi należy się jakieś wyjaśnienie. — Wójcicki prowadził na moim roku zajęcia. Sam pan rozumie. Asystent, przystojny, imponujący wiedzą. Chciałam również, żeby zazdrościły mi koleżanki. I tak się zaczęło. Sprawiał wrażenie zakochanego. Wówczas był dla mnie bardzo dobry, troszczył się, opiekował, ale studia musiałam przerwać. Niedługo po ślubie urodził się Michał. Henryk bardzo się cieszył z syna, pomagał mi, często z nim chodził na spacer. Ja jednak czułam się jak uwiązana. Pogłębiło się to jeszcze po narodzinach Renaty, w dwa lata później. Stałam się typową kurą domową, a przecież byłam wówczas bardzo młoda. Dzisiaj uczę w ogólniaku historii. Podoba mi się praca z młodzieżą i chyba jestem przez uczniów łubiana... A najważniejsze, że czuję, iż jestem potrzebna. Nie mam już dwudziestu lat, ale myślę, że mogłabym sobie urządzić życie z jakimś przyzwoitym człowiekiem. Tylko że tego nie chcę. Nie mam ochoty wiązać się z nikim na stałe. Miałam kilka propozycji, nawet atrakcyjnych — uśmiechnęła się do swoich myśli.

— Bo i pani jest atrakcyjna — wtrącił szybko porucznik.

— Nie musi się pan silić na komplementy, ale dziękuję — zaczerwieniła się lekko. — O czym ja... Aha, wiem już. Dzieci chowały się dobrze, kłopotów finansowych nie mieliśmy, bo Henryk poza pracą zawodową zaczął handlować antykami. I może zaczęło się właśnie od tego? Coraz częściej przychodził późno do domu, coraz częściej wyjeżdżał w teren. Ale dzieci miały wszystko. Tylko mnie było jakoś smutno. „Życzliwe” koleżanki informowały mnie o przygodach miłosnych Henryka, ale myślałam, że to mu przejdzie, że to chwilowe. Nic z tego. Czułam, że oddala się ode mnie coraz bardziej. Dzieci zaczęły chodzić do szkoły i mogłam już pójść do pracy, ale każda rozmowa na ten temat kończyła się awanturą. Uważał, że wystarczająco dużo zarabia, a moje aspiracje zawodowe są co najmniej śmieszne. Jestem wprawdzie domatorką, ale nie odpowiadała mi jedynie rola gospodyni. Coraz bardziej denerwował mnie też prowadzony przez niego tryb życia. Jego kontakty pozamałżeńskie nie zawsze były, delikatnie mówiąc, na poziomie. Zdarzyło się, bodaj dwukrotnie, że musiał leczyć się w przychodni. Zrobiłam awanturę i zażądałam, żeby szanował chociaż nasz dom. Zrobiło to na nim niewielkie wrażenie. Od tego czasu stosunki w naszym domu bardzo się pogorszyły. Nie sypialiśmy ze sobą już dawno, od dawna też nie pomagał mi w wychowywaniu dzieci. Jedynie zaspokajał ich kaprysy. Nie rozumiał, że robi im krzywdę. Dla Michała wciąż był to ukochany tatuś, a Renata cieszyła się, że spełniał jej wszystkie zachcianki. Najpierw czułam do niego żal, później wstręt i niechęć, wreszcie przyszło zobojętnienie. Może dziwi się pan mojej postawie, ale zbyt wiele kosztowały mnie te lata. I wreszcie sprawa rozwodowa. Odbyła się spokojnie. Henryk wziął winę na siebie. Ja odeszłam z Renatą, a Michał został z ojcem. Widywaliśmy się od czasu do czasu, głównie chodziło o dzieci. Ja nic od niego nie chciałam, postanowiłam, że sama sobie poradzę. Natomiast Renata dalej korzystała z hojności tatusia. A Michał studiuje. Jest pracowity i poważny, Henryk nie miał z nim żadnych kłopotów. Przypuszczam, że nawet czasami strofował ojca, choć ten być może zdążył się już wyszumieć. Nie pytałam zresztą nigdy o to Michała. Rozwód był naszą sprawą osobistą i nie chciałam, żeby dzieci na tym ucierpiały. Nie mówiłam im nigdy nic złego o ojcu. On zresztą też zachowywał się przyzwoicie. Nie utrudniał mi kontaktów z Michałem, tak jak ja pozwalałam mu na spotkania z Renatą. Dzisiaj to już duża dziewczyna i o zgodę nie musi się pytać. Jest dobrze ubrana, ale to zasługa ojca. Ja nie byłabym w stanie spełniać jej kaprysów. Niestety, przerwała studia i to mi spędza sen z oczu. Może teraz, jak zabraknie finansowego oparcia w ojcu, zmądrzeje trochę. Proszę nie mieć mi za złe — spojrzała na porucznika — ale się rozgadałam.

— Nic nie szkodzi. Jestem pani bardzo wdzięczny za te szczegóły. Dowiedziałem się czegoś bliższego o panu Wójcickim.

— Ale jak on właściwie zginął? Tego mi pan jeszcze nie powiedział.

— Wprawdzie mógłbym odpowiedzieć: dla dobra śledztwa... i tak dalej, ale nie widzę powodu do robienia z tego tajemnicy. Wójcicki został zastrzelony. Nie wywarło to na pani specjalnego wrażenia?

— Michał kilka razy mi opowiadał, że ojciec utrzymuje stosunki z dziwnymi typami. Sądzę, że to jacyś handlarze. Wie pan, niektóre z tych antyków mają sporą wartość. Ale syn nie wtajemniczał mnie w szczegóły. Nie wiem też, czy Henryk mu o tym mówił. Prawdopodobnie sam się czegoś domyślał.

— I jeszcze jedno. — Porucznik wstał z wygodnego fotela. — Czy mogłaby pani zawiadomić Michała o śmierci ojca? Nie chodzi jedynie o pogrzeb. Chcielibyśmy z nim porozmawiać, a poza tym rozejrzeć się po mieszkaniu. Może pozostały jakieś ślady? Wprawdzie mógłbym otrzymać nakaz od prokuratora, ale skoro syn może tu być wkrótce...

— To żaden problem. Jeszcze dziś wyślę telegram. Jest wprawdzie z kolegami na Mazurach, ale zostawił mi adres.

— Dziękuję za herbatę. Była wspaniała — pożegnał się porucznik.

— Służę pomocą w razie potrzeby — zrewanżowała się gospodyni.

Krystyna Pietrzak dotrzymała słowa. Następnego ranka pojawił się w urzędzie Michał Wójcicki. Wysoki blondyn, o sympatycznej twarzy stał przed porucznikiem Wierzchowskim przestępując z nogi na nogę. Był wyraźnie zdenerwowany, zaczął lekko się zacinać.

— Przyjechałem od razu po otrzymaniu telegramu od mamy. Jak to się mogło stać? — Spojrzał zrozpaczony na oficera.

— Proszę, niech pan usiądzie. Nie będziemy długo pana męczyli. Chciałbym, żebyśmy najpierw pojechali do mieszkania. Kazałem je zaplombować, sam pan rozumie. Może w okresie, kiedy pański ojciec był sam, ktoś go odwiedzał. Może z mieszkania coś zginęło. Będziemy musieli poszukać śladów. Przykro mi, bo wiem, jak bardzo był pan przywiązany do ojca.

— Jestem już gotów. Możemy jechać. — Młody człowiek starał się opanować.

— Dobrze, proszę chwilę zaczekać. Zaraz zorganizuję transport. — Podniósł słuchawkę telefonu. — Szefie, jest u mnie Michał Wójcicki. Wezmę dwóch ludzi i jedziemy na Wczasową. Tak, technik już wie. Zamelduję się po powrocie.

Michał wstał bez słowa. Wierzchowski wziął go pod ramię i po chwili siedzieli już w zielonym fiacie.

Budynek na Wczasowej reprezentował stary, solidny i znacznie bardziej funkcjonalny od wielkiej płyty styl z końca lat trzydziestych. Na dole terakota, przestronna klatka schodowa i winda działająca jak dotąd bez zarzutu. Mieszkanie wprawdzie tylko trzypokojowe, ale o metrażu nie mieszczącym się w spółdzielnianych normach. Duża, jasna kuchnia z przylegającą do niej służbówką, reliktem minionej już epoki. Gabinet Wójcickiego, jak i całe mieszkanie, może poza pokojem Michała, niemiłosiernie zagracony. Wierzchowski odniósł wrażenie, że jest to skrzyżowanie Desy, antykwariatu i perskiego jarmarku.

W mieszkaniu było sporo cennych przedmiotów, ale jeden rzut oka wystarczył, aby zorientować się, że nie należy ono do prawdziwego kolekcjonera.. Wyglądało raczej na skład rzeczy o dużej niekiedy wartości. Wierzchowski — humanista z wykształcenia — nie pretendował wprawdzie do miana historyka sztuki, ale ocenić to potrafił. Nie oprawiony szkic Matejki wisiał obok zdobnego w złotą ramę gwaszu Franciszka Ejsmonda. Pastel Fałata obok olejnego obrazu Makowskiego, a rysunek Leona Wyczółkowskiego w pobliżu grafiki Salvadora Dali. Inkrustowany stolik do gry w szachy, a na nim piękny, wysmukły rosenthalowski wazon i dwie porcelanowe figurynki z manufaktury Stanisława Augusta. Dla odmiany na intarsjowanej sekreterze leżało bezładnie kilka pistoletów. Niczego tu nie brakowało. Poza obrazami, porcelaną, meblami i bronią były jeszcze klasery ze znaczkami i zbiory monet. Całości dopełniała biblioteka, w której Mc Lean sąsiadował ze starym Laroussem, a cenne ryciny z egzemplarzami Playboya.

Michał z zażenowaniem przyglądał się, jak milicjanci systematycznie i dokładnie wertowali dokumenty i notatki ojca. Natomiast Leon Rogowski, dozorca, wezwany na świadka przeszukania, stał skromnie z boku i z zainteresowaniem wodził oczami po wszystkich przedmiotach.

— Byłem tu kilkakrotnie, ale nigdy nie myślałem, że pan doktor tak dużo tego wszystkiego zebrał — mruczał do siebie po cichu.

Oddzielne miejsce w gabinecie Wójcickiego zajmował zbiór broni. Też nieusystematyzowany, chociaż zawierający interesujące okazy. Był buzdygan i koncerz z XVI wieku, skałkowa strzelba z końca siedemnastego stulecia, kusza, rohatyna, a także dwa pistolety skałkowe, rewolwer kapiszonowy Navy Colt z 1850 roku i wcześniejszy Walker Colt — kaliber 44.

Poza tym stare samowary z Tuły, kilka niewielkich gobelinów, kafelki z Delft, dwa małe perskie dywaniki i mnóstwo równie cennych drobiazgów.

Znalezienie klucza czy indeksu do tych zbiorów byłoby dla osoby nie wtajemniczonej nie lada problemem, natomiast Wójcicki — jak twierdził Michał — nie miał żadnych kłopotów z odszukaniem czegokolwiek.

Dokumenty, notatki i zapiski gospodarza znajdowały się w podobnym stanie. Notki biograficzne, własne uwagi, fragmenty artykułów czy dysertacji naukowych, a nawet adresy, telefony, korespondencja krajowa i zagraniczna leżały pomieszane pomiędzy starymi egzemplarzami czasopism, katalogów i broszur.

Jedno było pewne. Wójcicki utrzymywał kontakty z ogromną liczbą osób, a nawet instytucji. Potwierdził to zresztą na samym początku syn zmarłego, tłumacząc przy tym, iż większa część tych znajomości była wyłącznie sprawą, ojca, który z nikim nie dzielił się swoimi problemami. Michał szanował jego wolę i nie starał się wnikać w zawiłości ojcowskich interesów

Część dokumentów, szczególnie dotycząca kontaktów i znajomości Wójcickiego, została zabezpieczona. Z wielkim mozołem spisano także znajdujące się w mieszkaniu dzieła sztuki, podejrzewając, iż pasja Wójcickiego mogła mieć związek z jego śmiercią.

Michał, również dobrze orientujący się w zbiorach (czemu trudno było się dziwić, jeśli weźmie się pod uwagę kierunek jego studiów i fakt, że razem z ojcem mieszkał), stwierdził, iż w domu brakuje dwóch przedmiotów: klasera z wartościowymi znaczkami i rewolweru Camp Perry Colt z bocznym zapłonem.

Natomiast nie zauważył dodatkowego, poza normalnym, bałaganu. Według niego wszystko leżało na swoim miejscu.

Zamek u drzwi wejściowych był nienaruszony. Nic nie wskazywało na to, że w mieszkaniu Wójcickiego przebywali nieproszeni goście. Niemniej jednak porucznik Wierzchowski polecił przygotować całą dokumentację i zebrać odciski linii papilarnych z poszczególnych przedmiotów. Do końca nie był przekonany o celowości swego działania, chciał jednak mieć czyste sumienie.

Kilka godzin trwały czynności rutynowe w mieszkaniu przy Wczasowej i opuszczając je porucznik poprosił Michała, aby następnego dnia złożył wizytę w urzędzie.

Rozdział II

Wierzchowski żachnął się, gdy wchodząc do wyłożonego białymi kafelkami pomieszczenia w Zakładzie Medycyny Sądowej zauważył młodą, atrakcyjną dziewczynę w gumowym fartuchu.

— Nazywam się Julia Szymkiewicz. — Spojrzała kątem oka na porucznika. — To też jest zawód dla kobiet, panie kolego. Chyba nie zamierza się pan wycofać? — Uśmiechnęła się do zaskoczonego oficera. — Zaraz zaczynamy sekcję. Niech pan nie stoi jak żołnierz na warcie!

Wierzchowski z trudem opanował zmieszanie. Rzadko zdarzało mu się, aby stracił rezon, ale tym razem naprawdę zapomniał języka w gębie. Młoda kobieta onieśmieliła go. I swoim żywym charakterem, i rudymi, kręconymi włosami, i błyszczącymi, ciemnymi oczami, widocznymi zza modnej, gustownej oprawki okularów. Poza tym musiał przyznać, że w trakcie blisko dziesięcioletniej praktyki nie spotkał jeszcze młodej, ładnej dziewczyny przeprowadzającej sekcję.

Po chwili, patrząc na nią, jak pochylona nad zwłokami Wójcickiego szybko dyktowała dane do protokołu, nabrał również zaufania do jej wiedzy i doświadczenia.

Kilkakrotnie zwracała się z lekkim uśmiechem do porucznika, chcąc najwyraźniej udowodnić mu swą wyższość.

— Niech pan spojrzy! Brzegi otworu wlotowego dość wyraźnie zmiażdżone, strzał był oddany pod kątem ostrym, bo otwór jest owalny. Rąbek zabrudzenia bardzo wyraźny. Prawdopodobnie broń była długo nie używana albo właściciel nie dbał o nią specjalnie. To już będzie zmartwieniem pańskich kolegów z Zakładu Kryminalistyki. Poślemy im wycinki skóry z uszkodzeniami postrzałowymi. Proszę przygotować gazę z formaliną — rzuciła do asystenta.

Porucznik musiał mieć niezbyt mądrą minę, bo pospieszyła z wyjaśnieniem.

— Pocisk przechodząc przez lufę ściera z jej powierzchni brud, rdzę i sadzę powstałą po poprzednich strzałach i pozostawia na brzegu rany takie właśnie zabrudzenia. Samobójstwo praktycznie wykluczone. Strzał padł z odległości kilkudziesięciu centymetrów — dodała po chwili. — Brak przy tym jakichkolwiek śladów na rękach. Poza tym, o ile wiem, nie znaleziono broni przy zwłokach. Bardzo ciekawy przypadek — mruknęła tym razem do siebie. — Pocisk nie wyszedł z ciała. Znajduje się na końcu kanału postrzałowego. Odbił się przy tym dwukrotnie, wytwarzając kanał łamany. To się nazywa w medycynie postrzał tkwiący lub ślepy — odwróciła się do porucznika.

Wierzchowskiemu to wystarczyło. Początkowe obawy, a nawet ciche lekceważenie dziewczyny, przerodziły się w podziw. Wygląda jak anioł, a zachowuje się jak stary fachman, pomyślał z uznaniem.

Los jednak był dla niego bezwzględny i przyniósł niespodziewane upokorzenie. W trakcie badań odzieży doktor Julia zauważyła, że podeszwy butów denata są zupełnie czyste.

— A przecież, o ile pamiętam, ścieżka, na której znaleziono Wójcickiego, wysypana była czarnym żużlem? — zwróciła się z retorycznym w tej sytuacji pytaniem. — Czyżby to miało znaczyć, że miejsce znalezienia zwłok nie było miejscem śmierci? Przekażemy ubranie i obuwie do badań laboratoryjnych w waszym Zakładzie — postanowiła od razu. — Śmierć nastąpiła natychmiast po postrzale, ostatni posiłek około trzech, czterech godzin przed zgonem. Postaram się szybko sporządzić opinię — rzuciła na pożegnanie.

Po powrocie do urzędu Wierzchowski podzielił się swymi wrażeniami z kolegami.

— Nie ciebie pierwszego zaskoczyła ruda Julia — pocieszali go ci, którzy zetknęli się z nią wcześniej. — Ta dziewczyna jest na medal. Tylko nie próbuj jej podrywać, bo już kilku naszych wystawiła do wiatru.

— Nawet nie miałem takiego zamiaru — mruknął ze złością.

Pani doktor dotrzymała słowa. Dwa dni później przeglądał opinię dołączoną do protokołu sekcji. Jak na ironię do oficjalnej dokumentacji Julia przypięła małą karteczkę: „Z pozdrowieniami dla nieśmiałego porucznika”. Szef, któremu również nie zbywało na poczuciu humoru, dopisał: „Porucznik Wierzchowski. Proszę o wyjaśnienie pozasłużbowych kontaktów, bo postępów w śledztwie nie widać”.

Od tej pory koledzy spoglądali na Wierzchowskiego z uznaniem.

Opinia dołączona do protokołu wyjaśniała kilka podstawowych spraw związanych ze śmiercią kolekcjonera:

„Oględziny i sekcja zwłok Henryka Wójcickiego, lat pięćdziesiąt, wykazały ranę postrzałową głowy, przenikającą przez jamę czaszki i uszkadzającą mózgowie.

Badanie chemiczne wykazało, że denat w chwili śmierci znajdował się w stanie upojenia alkoholowego średniego stopnia.

Brak cech postrzału w pobliżu świadczy, że śmiertelny strzał padł z broni palnej o jednolitym typie pocisku, z nie dającej się ściśle określić odległości. Średnica przedziurawień kości czaszki świadczy, że broń ta miała kaliber nieco ponad 7 mm. W tym stanie rzeczy można przyjąć, że śmierć denata jest następstwem działania osoby drugiej”.

Tego samego dnia porucznik Wierzchowski spotkał się z Michałem Wójcickim. Podkrążone, zaczerwienione oczy, blada twarz i widoczny zarost świadczyły, że młodzieniec nie otrząsnął się jeszcze po doznanym wstrząsie. Wszedł powoli, rozejrzał się dokoła i z trudem usiadł na podsuniętym mu przez porucznika krześle.

— Zdaję sobie sprawę, że ciężko będzie panu mówić — zaczął spokojnie Wierzchowski — ale od pana w dużej mierze zależy, jak szybko uda się nam wyjaśnić zagadkę śmierci pańskiego ojca.

— Rozumiem, niech pan pyta. — Młody Wójcicki nie zmienił wyrazu twarzy.

— Chciałbym, żeby na razie sam pan coś opowiedział o ojcu — zaproponował Wierzchowski.

— Byłem do niego bardzo przywiązany — zaczął Michał. — Podejrzewam nawet, że byłem jedyną osobą, która naprawdę go kochała. O Renacie wolę nie wspominać, chociaż później będę pewnie musiał. Miał dalszą rodzinę, ale właściwie nie utrzymywał z nią kontaktów. Po odejściu mamy nie związał się też na stałe z żadną kobietą. Nie mówię o przelotnych miłostkach. Wiedziałem o nich i nie potępiałem go. Był przecież dorosłym mężczyzną.

Michał przerwał i siedział z posępną miną.

— Sam nie wiem, czy poradzę sobie bez ojca — podjął po chwili, patrząc bezradnie na Wierzchowskiego. — Czy potrafię ułożyć sobie życie? Ojciec był dla mnie taki dobry. Jeśli chodzi o rozstanie z mamą, to trudno mi tę sprawę ocenić. — Zmienił ton, widać zorientował się, że zaczął się rozklejać. — Byłem wtedy jeszcze chłopcem i wielu spraw nie rozumiałem. Dzisiaj też nie wszystko jest dla mnie jasne. Tata kochał mnie bardziej niż Renatę, ale matkę też darzył uczuciem. Nie pamiętam awantur w domu. To wszystko odbywało się w tajemnicy przed nami. Ojciec przyznawał, że ma trudny charakter, ale i mama nie uznawała kompromisów. Bardzo zależało jej na pracy zawodowej, a ojciec uważał, że stać go na utrzymanie całej rodziny. I faktycznie niczego nam nie brakowało. Mama miała żal do niego za przerwane studia, które zresztą później skończyła. Wprawdzie dopiero po odejściu z domu — skrzywił się z żalem. — Od czasu rozstania z matką ojciec jeszcze bardziej zamknął się w sobie. Zawsze był skryty, ale rozwód na pewno pogłębił ten stan. Z mamą spotykał się rzadko. Najczęściej chodziło o szkołę i nasze wakacje, prawie nigdy o pieniądze. Mama była bardzo honorowa. Wołała ojcu nic nie zawdzięczać. Chciała pokazać, że bez jego pomocy potrafi utrzymać siebie i Renatę. Trochę to inaczej wyszło... Ale o siostrze powiem później. Mamę denerwowały przyzwyczajenia ojca — kontynuował po zaczerpnięciu głębszego oddechu. — Jego żyłka kolekcjonerska, zamiłowanie do zabytków i dzieł sztuki.

Młody człowiek znów zamilkł. Spojrzał na Wierzchowskiego, jakby chciał sprawdzić, czy jego opowieść nie nudzi porucznika, widać jednak dostrzegł na jego twarzy oznaki zainteresowania, bo wrócił do przerwanej relacji.

— Ta zbieracka pasja ogarnęła ojca jeszcze w czasie studiów. Nie był on historykiem sztuki, nie specjalizował się w żadnej określonej dziedzinie i nie pogłębiał swoich wiadomości. W większości przypadków intuicyjnie wyczuwał wartość przedmiotów, mimo to uważał się za znawcę. Ja trochę się przy nim nauczyłem, chociaż, jak powiedziałem, nie jest to żadna usystematyzowana wiedza. Trudno ukryć, że ojcu głównie chodziło o wartość materialną przedmiotów, ale do niektórych zbiorów był bardzo przywiązany. Na temat jego źródeł zakupów właściwie nie potrafię nic powiedzieć. Cenne przedmioty kupował w różnych, sobie tylko znanych miejscach. Nie pytałem o to nigdy. Przypuszczam, że i tak by mi nic nie powiedział. Jak już mówiłem, był bardzo skryty. Wątpię, czy nawet mama wiedziała, skąd pochodzą te przedmioty. Nie wiem także, skąd brał środki na ich zakup. Prawdopodobnie przy okazji transakcji zawierał także różne znajomości. Sam pan porucznik się orientuje, że wśród zbieraczy grasują zawodowi handlarze i spekulanci, więc ojciec i z takimi typami musiał się stykać. Nie potrafię jednak wymienić żadnego nazwiska. Nie znałem tych ludzi. Ojciec traktował mnie jak młodszego kolegę, ale prosił, żebym nie wtrącał się do jego zawodowych i handlowych spraw. Kiedyś wspomniał, że jak będę starszy, to porozmawia ze mną na ten temat, a na razie miałem zająć się studiami. Trzy lata temu ojciec kupił mi małego fiata, nie żałował pieniędzy na moje ciuchy, dawał mi na drobne wydatki. Było mi z tym dobrze. Ze swojej strony starałem mu się odpłacać dobrą nauką, szacunkiem i posłuszeństwem. Nie pamiętam żadnej kłótni między nami. Nie dawałem mu zresztą żadnych powodów do niezadowolenia. Kochaliśmy się obaj, już panu o tym mówiłem — głos mu się załamał, wyraźnie starał się pohamować łzy. — Nie wiem, komu zależało na jego śmierci. Był dobrym człowiekiem. Jestem pewien, że nikogo nie oszukał. Mogli to zrobić zawistni ludzie. Przecież takich nie brakuje. — Spojrzał pytająco na porucznika.

Wierzchowski w milczeniu skinął głową.

— Jedno pamiętam. — Michał zdołał się nieco opanować. — Ojciec miał znajomego, może nawet kolegę. Nazywa się Jan Olszyna. Mieszka niedaleko nas, prowadzi warsztat samochodowy. Bardzo chciał kupić jeden z rewolwerów ojca. Stary Colt z bocznym zapłonem. Kilka razy wspominał o tym tacie, ale on nie chciał go sprzedać. I teraz, jak panowie byli w naszym mieszkaniu, zauważyłem, że tego rewolweru nie ma. To może być bez znaczenia, ale przecież chciał pan wiedzieć wszystko.

— Ma pan rację. To może być jakiś ślad — stwierdził porucznik. — Czy jeszcze pan coś pamięta?

— Nie sądzę. Zresztą gdybym sobie coś przypomniał, to zaraz się zgłoszę.

— Wspomniał pan również o zaginięciu klasera ze znaczkami.

— Nie wiem, co się z nim stało. Może w czasie mojej nieobecności ojciec go sprzedał? Chociaż to mało prawdopodobne, gdyż nigdy tego nie robił. Dlatego przypuszczam, że mógł go ktoś zabrać.

— Została jeszcze Renata — przypomniał Wierzchowski.

— Wiem. — Michał pokiwał głową. — Trudno mi o tym mówić. To przecież moja siostra. Nie chcę i chyba nie mam prawa jej oceniać. Może powodem był rozwód rodziców, a może mama nie potrafiła jej wychować, ale ja nie potrafię zaakceptować jej postępowania. Zresztą nigdy jej nie rozumiałem. Mama bardzo ją kocha, na pewno bardziej niż mnie. Ja zresztą też darzę ją uczuciem, ale ona tego nie odwzajemnia. Jest po prostu cyniczna. Rzuciła dopiero co rozpoczęte studia, a do pracy nie poszła, bo uważa, że robota jest dla głupich. Stale zmienia narzeczonych, z którymi włóczy się po kawiarniach i dyskotekach. Ubiera się w eleganckie ciuchy i ma wszystko gdzieś. Przypuszczam, że marna to widzi, ale nie ma na Renatę żadnego wpływu. Próbowałem kiedyś rozmawiać z nią na ten temat, ale zrobiła mi awanturę, że nie rozumiem Renaty. Tata pewnie też to widział, ale nigdy o tym nie mówił. Pozwalał się naciągać na kosztowne prezenty. Myślę, że wydatki ojca na Renatę przewyższały koszty mojego utrzymania, ale nie mam o to pretensji. Szkoda mi tylko siostry. Wspominała mi niejednokrotnie, że udało jej się skasować ojca na kilkadziesiąt kafli. Nie wiem, jak teraz będzie, bo mama nie zaspokoi jej wszystkich zachcianek. Ale to już nasze zmartwienie. Pana to przecież nie interesuje. — Michał uśmiechnął się blado. — Chciałem jej pomóc w nauce, zachęcić do studiów, ale nic z tego nie wyszło. Powiedziała, że mam umysł zgreda. Dodała też, że jestem zwykłym frajerem, bo nie potrafię wykorzystać ojca. Ona to potrafiła — dodał z lekką ironią w głosie. — Być może więcej o transakcjach ojca dowie się pan od naszego sąsiada, Andrzeja Morawskiego. — Michał wrócił do poprzedniego tematu, chcąc najwidoczniej zakończyć rozmowę o siostrze. — Oni utrzymywali dość zażyłe stosunki. Jeżeli pan pozwoli — Wójcicki podniósł się z krzesła — chciałbym pana pożegnać. Jestem bardzo zmęczony. Nie doszedłem do siebie po ostatnich przejściach.

— Naturalnie. Dziękuję za pomoc. Proszę jednak wybaczyć, że będę pana czasami niepokoił. Mamy wiele spraw do wyjaśnienia.

— To zrozumiałe. — Michał kiwnął na pożegnanie głową.

Andrzej Morawski, pięćdziesięcioletni stomatolog, okazał się być nie tylko sąsiadem, ale bliskim znajomym, a nawet przyjacielem zabitego. Wraz z czterdziestopięcioletnim Jerzym Mireckim, kolegą Wójcickiego z pracy w Polskiej Akademii Nauk, pięćdziesięciodwuletnim Piotrem Rudzikiem, kolegą ze studiów, i trzydziestoośmioletnim Janem Olszyną, właścicielem warsztatu samochodowego, stanowili stały komplet do brydża. Spotykali się raz lub dwa razy w tygodniu, zazwyczaj u Wójcickiego na Wczasowej, i grali do późnej nocy.

— Wysoko graliście? — zainteresował się Wierzchowski.

— Różnie z tym bywało. — Morawski cedził słowa, zastanawiał się nad każdym wypowiedzianym zdaniem. — Jeżeli chcieliśmy zrobić na złość Olszynie, to tak. On jest cholernie chytry — pospieszył z wyjaśnieniem. — Każdą przegraną musiał odchorować. Dla żadnego z nas brydż nie był źródłem dochodów. Jesteśmy nieźle sytuowani, ale Janek, to znaczy Olszyna, żałował każdej złotówki. Było to tematem wielu żartów. Kpiliśmy z niego dość często, ale on się już nie zmieni. Dlatego żaden z nas nie był właściwie jego klientem. Naprawialiśmy swoje wozy w innych warsztatach. Chyba że chodziło o jakąś pilną sprawę. Ostatnio Henryk często się z nim droczył. Morawski zniżył głos niemal do szeptu. — Olszyna jest również kolekcjonerem. Zbiera plastykowe imitacje współczesnej broni palnej, a także stare pistolety. Ma nawet dość bogatą literaturę przedmiotu. Bardzo mu się spodobał jeden z rewolwerów Wójcickiego, Camp Perry Colt z bocznym zapłonem. Uznał, że byłaby to ozdoba jego kolekcji, i od pewnego czasu namawiał Wójcickiego, aby mu go sprzedał. Henryk nie chciał o tym słyszeć. Czasami jednak zgadzał się, targował, kpił przy tym z chciwości Olszyny, a kiedy wyglądało na to, że dochodzą do porozumienia, wycofywał się z transakcji.

— Nie wiem, czy bym tak postępował z kolegą — wtrącił porucznik.

— Już panu mówiłem, że Olszyna właściwie nie był naszym kolegą. To tylko partner do brydża. Może z Henrykiem prowadził jakieś interesy, ale ja o tym nie wiem.

— A pańska znajomość z Wójcickim ograniczała się także wyłącznie do brydża?

— My to zupełnie co innego. Znamy się od

lat, byliśmy sąsiadami. Wszyscy leczyli u mnie zęby. Nawet Krystyna, była żona Henryka. A Michała i Renatę znam od dziecka. Wychowali się na moich oczach. I teraz cała rodzina rozpadła się doszczętnie — westchnął żałośnie. — Szkoda mi Michała. Ale to mądry chłopak i poradzi sobie w życiu. Muszę panu powiedzieć — Morawski starał się uprzedzić pytanie porucznika — że mimo wieloletniej zażyłości Henryk nigdy nie wtajemniczał mnie w swoje sprawy. Kiedyś pytałem go o kolekcję. W jaki sposób powiększa zbiory i co z nimi zamierza w przyszłości zrobić, ale niczego się nie dowiedziałem. Mało tego, przerwał rozmowę w dość obcesowy sposób. Muszę przyznać, że nie miał on łatwego charakteru, ale pomimo to byłem chyba jego najlepszym kolegą. Przeżywał ciężkie chwile po odejściu Krystyny, bał się odpowiedzialności za wychowanie Michała, ale starałem się mu pomóc.

— Co pan wie o kobietach Wójcickiego?

— Poznałem tę ostatnią, bo o tak zwanych przygodach nie ma co mówić. Ma na imię Maria. Jest urzędniczką w spółdzielni mieszkaniowej na Mokotowie. Mieszkała tu czasami, ale tylko wtedy, kiedy nie było Michała. Uchodziła za przyjaciółkę Henryka, ale o ponownym małżeństwie nie było mowy. Henryk był od niej starszy o dwanaście lat. Może Michał więcej powie na ten temat.

— A co pan wie o Renacie?

— Zupełnie niepodobna do brata. Całkowicie odmienny typ. Krystyna to przyzwoita kobieta. Pracowita i niegłupia, dbająca o dom. Henryk mimo wielu wad też był porządnym człowiekiem. A Renata? Zupełnie nieciekawy typ. Cyniczna i beztroska. Słyszałem, że zmienia mężczyzn jak rękawiczki. Nie sądzę, żeby matka była w stanie spełniać jej zachcianki. Choćby zapłacić za ciuchy, które nosi na sobie. O ile wiem, rzuciła studia. Henryk martwił się tym. Chciał mieć dzieci wykształcone. A Renata jest po prostu... dziwką. Jako dziecko była urocza.

— Proszę o podpisanie protokołu. — Wierzchowski zakończył rozmowę i podsunął Morawskiemu kilka stron maszynopisu.

— To wszystko, co pan chciał wiedzieć? — Morawski przerzucał kolejne strony tekstu.

— Chwilowo. Prawdopodobnie będę pana jeszcze potrzebował.

— Jestem do usług.

Wierzchowski skompletował zebrane dotychczas materiały, do których dołączył otrzymaną właśnie ekspertyzę z Zakładu Kryminalistyki.

Stwierdzono w niej, że Wójcicki został zastrzelony z pistoletu kaliber 7,65. Łuski nigdzie nie znaleziono, chociaż szukały jej specjalnie wyszkolone psy, a także zastosowano czujniki do wykrywania metalu. Natomiast na powierzchni wystrzelonego pocisku (wyjętego z czaszki denata) dostrzeżono charakterystyczne cechy przewodu lufy, umożliwiające identyfikację broni”. Na tej podstawie ekspert wysunął wniosek, że chodzi tu prawdopodobnie „o pistolet Mauser, z gwintowaną lufą, o sześciu bruzdach i sześciu polach skręconych w prawo”. Pistolet ten — o czym wiedział również porucznik — szeroko rozpowszechniony był w wojsku niemieckim. Pierwowzór tego modelu został wykonany bezpośrednio, przed pierwszą wojną światową.

Jednocześnie nie stwierdzono, aby broń ta była użyta do dokonania innych przestępstw, nie figurowała też w kartotece broni zagubionej lub utraconej przez Zakład Kryminalistyki.

Wierzchowski szukał zatem nowych informacji. Między innymi rozmawiał z sąsiadami i znajomymi Wójcickiego. Wszystkie dane, charakteryzujące tryb życia denata, jego kolekcjonerską pasję i stosunki rodzinne, w zasadzie nie odbiegały od wcześnej zebranych materiałów. Na ogół pytani o Wójcickiego podkreślali, że należał on do ludzi skrytych, że z nikim nie rozmawiał na temat zawieranych transakcji.

Michał pytany o znajomość ojca z Marią stwierdził, że nigdy nie miał ojcu za złe jego przygodnych stosunków z kobietami, ale tego związku nie pochwalał.

— Nie podobała mi się ta kobieta — oświadczył Wierzchowskiemu. — Chodziło jej tylko o pieniądze. Zresztą ojciec miał wkrótce z nią zerwać. Tak powiedział przed moim wyjazdem na obóz.

Natomiast nic nie wiedział o próbach transakcji Wójcickiego z Olszyną.

— Ojciec był bardzo przywiązany do tego dziewiętnastowiecznego Colta. Nie sądzę, żeby chciał się go pozbyć.

Nie potwierdził również ostatniej, dość interesującej informacji przekazanej Wierzchowskiemu przez Leona Rogowskiego. Otóż dozorca twierdził, że kilka tygodni temu w mieszkaniu Wójcickich doszło do gwałtownej awantury. W wyniku tej scysji Henryk Wójcicki miał wyrzucić z mieszkania dwóch podejrzanie wyglądających obdartusów i będącą razem z nimi kobietę o wyglądzie zapijaczonej prostytutki.

— Nie wiem, skąd Rogowski ma takie informacje — oburzył się Michał. — Nigdy nie widziałem lumpów w naszym mieszkaniu. Nie sądzę, żeby to byli kontrahenci ojca.

W każdym razie dozorca upierał się przy swoim i porucznik potraktował sprawę poważnie. Wypytywał o rysopisy, ale były one tak mgliste, że nie przypuszczał, aby na ich podstawie udało mu się znaleźć tych ludzi.

Porucznik Wierzchowski poprosił szefa o jednodniową zwłokę. Nie dokończył jeszcze planu śledztwa, a nie chciał zbyt pochopnie proponować poszczególnych wersji. Została mu rozmowa z Marią Popławską, przyjaciółką Wójcickiego i chyba przesłuchanie... Renaty, które porucznik chciał przeprowadzić na samym końcu.

Patrzył uważnie na Popławską i zgadzał się z Michałem. Ta kobieta reprezentowała wyjątkowo nieciekawy typ. Trzydziestoośmioletnia, średniego wzrostu, z kruczoczarnymi, ale dość rzadkimi włosami, z dużym złamanym nosem, z ledwo widocznym biustem i nieproporcjonalnie szerokimi biodrami. Małe, szare oczy, obciążone kapiącymi od tuszu rzęsami, lustrowały uważnie wszystkie przedmioty znajdujące się w pokoju. Nisko sklepione czoło nie pozwalało wierzyć w nagromadzony tam zapas intelektu.

Wierzchowski westchnął głęboko i pomyślał, że być może prawdziwe jej zalety znane były tylko Wójcickiemu.

Zaczęła dość szybko, o dziwo melodyjnym, przyjemnym głosem.

— Dowiedziałam się o śmierci Henryka. To straszne! Nikt przecież nie ma prawa pozbawiać życia drugiego człowieka. Dzwonił do mnie pan Morawski, wygrzebał gdzieś telefon do biura. Niepotrzebnie to zrobił, bo pracuję w jednym pokoju z koleżankami i zaraz będą plotki. Chyba pan rozumie? — zatrzepotała rzęsami. — Jestem samotną kobietą. Mam na wychowaniu syna i wszelkie sensacje są mi niepotrzebne. A koleżanki w pracy tylko na to czekają. Dobrze, że akurat nikt tego nie słyszał. Żal mi go. Niezły był człowiek. Kiedyś nawet mieliśmy się pobrać. Tylko Marcin się ucieszył. Powiedział, że spotkał go los, na jaki zasłużył. Impulsywne dziecko, ale nie można tak przecież o zmarłym.

— Kto to jest Marcin? — Porucznikowi udało się przerwać ten gwałtowny potok słów.