Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
124 osoby interesują się tą książką
Perfekcyjna niania. Idealna
Laura i Adam Hallerowie wydają się mieć wszystko – bogactwo, prestiż i piękny dom. Brakuje im tylko idealnej opiekunki dla ukochanego syna. Gdy w ich życiu pojawia się Asha, młoda, hipnotyzująco piękna dziewczyna, wszystko się zmienia. Z pozoru doskonała niania szybko staje się kimś więcej – katalizatorem namiętności i intryg. Między trójką bohaterów wywiązuje się niebezpieczna gra pożądania i manipulacji. Kto wyjdzie z niej zwycięsko, a kto straci wszystko?
Wciągający thriller domestic noir, który udowadnia, że czasem to, czego najbardziej się pragnie, może stać się największym zagrożeniem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 367
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla Kewina, z podziękowaniem za miłość i wsparcie
Prolog
– No dalej. Nie ociągaj się! – rozległ się donośny głos Lili.
Dziewczyna zrzuciła z siebie ubrania, a te opadły na wysoką, pachnącą trawę. Wzięła głęboki wdech i ubrana jedynie w stanik i półprzezroczyste majtki szeroko rozłożyła ramiona. Zadarła głowę i spojrzała w niebo.
Na tle spokojnego błękitu chmury sunęły powoli, niesione leniwym podmuchem wiatru.
Gdy tak stała nad urwiskiem, czuła się prawdziwie wolna. Podniecenie wibrowało w jej wnętrzu. Była pewna swojej decyzji. Nie miała choćby krztyny wątpliwości.
– Musimy to zrobić – wyszeptała drżącym z ekscytacji głosem.
Asha nie odpowiadała. Dobrze wiedziała, że jakiekolwiek słowa byłyby daremne. Ona po prostu nie miała wyboru. Była zmuszona zrobić to samo. Zdążyła się nauczyć, że ze starszą od niej o kilka miesięcy przyjaciółką się nie dyskutuje. Wszystko, co wymyśli Lila, nieważne, jak bardzo szalone i niebezpieczne, prędzej czy później musi zostać zrealizowane.
Po palcach Ashy natrętnie skapywała resztka waniliowego loda. Obie kupiły po jednej gałce w budce po drodze, z tym że Lila swoją porcję pochłonęła w zaledwie dwadzieścia sekund, a Asha polizała góra dwa razy, a później już tylko niezręcznie kręciła wafelkiem w dłoni.
Gdzieś w odległych zakamarkach jej mózgu echem odbiły się słowa Antka z ósmej klasy: „Podobno ciało kobiety, która w zeszłym miesiącu skoczyła z urwiska, wciąż nie zostało wyłowione”. Zaraz potem w miejsce tych słów wdarło się motto Lili: „Im bardziej przerażające wyzwania podejmujemy, tym mocniej żyjemy”. A o to przecież w tym wszystkim chodziło, aby żyć. Zachłystywać się każdym dniem, igrać ze śmiercią. Stawać na krawędzi, a w ostatniej sekundzie zawracać.
To nie był ich pierwszy raz. Lila i Asha często podduszały się wzajemnie aż do utraty przytomności. Ashę ogarniała panika, ilekroć gwiazdki zaczynały tańczyć przed jej oczyma, ale mimo to nie prosiła przyjaciółki, aby ta przestała. Wytrzymywała tak długo, aż brakowało jej tchu, aż skronie pulsowały, a pole widzenia zwężało się do jednego jasnego punkcika. „To tylko taka zabawa” – zwykła tłumaczyć Lila ich opiekunce z sierocińca, kiedy ta co jakiś czas dopytywała o pręgi na szyi młodziutkiej Ashy, o siniaki na jej nogach i pociągłe bordowe sznyty na jej przegubach.
Zabawa. Wolność. Życie tak naprawdę… – Asha wyliczyła w duchu wszystkie te wartości, które wpoiła jej Lila w ciągu zaledwie kilku miesięcy ich intensywnej znajomości. Rozluźniła dłoń, upuszczając wafelek na trawę. Zwinnie ściągnęła z siebie spodenki i T-shirt, nie zważając na to, że rzuca je w lepką, pachnącą wanilią maź. Nie musiała się tym przejmować, skoro nie miała pewności, czy wróci. Do tej pory zawsze się udawało, ale teraz jest inaczej. To, że wcześniej pasek na jej szyi się rozluźniał, gałęzie rozcinające jej plecy i nogi przestawały napierać, a krwawiące rany na dłoniach nagle zostawały opatrzone kawałkiem koszulki, nie oznaczało, że i tym razem wywinie się śmierci. Nie mając pewności, czy wróci, nie mogła zaprzątać sobie głowy takimi błahostkami jak poklejone lodem spodenki.
Asha podeszła kilka kroków w kierunku Lili. Chwyciła za jej dłoń. Spojrzały na siebie porozumiewawczo, a starsza z dziewcząt posłała do młodszej pogodny, pełen wsparcia uśmiech.
– Na trzy… – zapowiedziała Lila i wspólnie głośno zaczęły odliczać:
– Jeden.
Nogi Ashy drżały, posiniaczone kolana stawały się coraz bardziej giętkie.
– Dwa.
Sierpniowy wiatr wkradał się w jej gęste włosy i smagał nimi niczym bicz po poranionych plecach. W końcu nadszedł ten moment, decydująca chwila.
– Trzy.
Świat zamarł. Zapanowała głęboka, przenikliwa cisza. To była próba, którą Asha musiała przejść. Zacisnęła mocno powieki. Zebrała w sobie całą odwagę i całą ufność, a potem… Potem był już tylko krótki lot oraz upadek w objęcia lodowatej wody.
Sekundę przed tym, nim uderzyła w twardą jak beton taflę, wymruczała: „To tylko taka zabawa”. Do ostatniej chwili nie miała świadomości, że umiera. Nie mogła też wiedzieć tego, że w tych decydujących sekundach była zupełnie sama.
Jej przyjaciółka wciąż stała nieruchomo nad urwiskiem i patrzyła… Patrzyła na to wszystko z rozkoszą.
I
– Dobrze rozumiem, że nie pracowała pani nigdy z dziećmi? – upewniała się Lori, bo doprawdy nie mogła pojąć, że agencja podsyła do niej tak niewykwalifikowane kandydatki.
Mocno opalona blondynka w kusej spódniczce, siedząca na eleganckiej kanapie, zacisnęła usta, a jej drobne ramiona niepewnie zaczęły drgać.
W końcu rzuciła znużonym tonem:
– Tak, już mówiłam – przewróciła oczami. – Wyprowadzałam psy. Kiedyś karmiłam koty sąsiadki – wyliczała. – A to przecież prawie to samo – zapewniła i wygodniej ułożyła się na eleganckiej, ciemnobrązowej skórzanej kanapie.
Lori nie mogła powstrzymać westchnienia.
– Niezupełnie – odparła sucho.
Młoda blondynka z wielkim zaangażowaniem żuła gumę o zapachu bananów i truskawek.
Całkowity brak manier i przejaw fatalnego wychowania – podsumowała w duchu Lori. Czy komuś takiemu naprawdę mogłaby powierzyć opiekę nad swoim dzieckiem? W życiu!
– Wie pani co? Myślę, że na tę chwilę nie mam więcej pytań. Już wszystko wiem – oznajmiła w końcu, wstając z fotela z nadzieją, że dziewczyna zrobi to samo.
– Czyli mam tę robotę? – dopytywała blondynka, nie ruszając się ze skórzanej kanapy. – Tylko że na jutro muszę wziąć wolne, bo umówiłam się z jednym gościem.
– Nie ma problemu – prychnęła Lori.
– No i to ja rozumiem. Już panią lubię – przyznała głosem pełnym satysfakcji i dopiero wtedy niezgrabnie podniosła się z siedzenia, nie szczędząc przy tym widoku swoich różowych stringów. – Czyli widzimy się pojutrze, okiii? – Przeciągnęła ostatnią samogłoskę, oplatając przy tym gumą końcówkę języka.
– Zadzwonimy – odpowiedziała Lori z lekkim uniesieniem brwi, jednocześnie prowadząc blondynkę w stronę drzwi.
– Zapisać gdzieś mój numer?
– Weźmiemy z CV.
– Ale ja nie przyniosłam. – Jej platynowe, cienkie włosy lepiły się do policzków i spływały po obojczykach aż do przerwy między piersiami.
– To nic, jak trzeba będzie, to agencja nam poda kontakt do pani – zapewniła Lori, po czym przeprowadziła dziewczynę przez elegancki przeszklony korytarz i delikatnie wypchnęła ją na zewnątrz.
– Mają państwo kozacki basen! – zawołała, będąc tuż za drzwiami.
Lori posłała do niej niewyraźny uśmiech, w który włożyła sporo wysiłku, i jednym zwinnym ruchem zatrzasnęła drzwi.
– Za jakie grzechy mnie to spotyka? – kwęknęła półszeptem i palcami prawej dłoni przetarła pulsujące skronie. Dobrze wiedziała, że blondynka (tak jak poprzednie kandydatki) jeszcze przez dobre kilka minut będzie sterczała przed jej domem i wpatrywała się w okazały basen.
Czuła się wykończona i coraz bardziej wypruta z nadziei, że kiedykolwiek znajdą dobrą i uczynną dziewczynę, która będzie w stanie zająć się ich najukochańszym synkiem. Wierzchem dłoni wygładziła materiał swojej eleganckiej, ołówkowej spódnicy i na wysokich kremowych szpilkach – które powodowały pieczenie stóp przy każdym kroku, ale sprawiały, że jej sylwetka prezentowała się obłędnie – przeszła do jasnej, otwartej na salon kuchni na parterze. Najpierw otworzyła szafkę nad głową i wyciągnęła z niej szklany, wysoki kieliszek, a później przeszła z naczyniem dwa kroki i z dwudrzwiowej lodówki wyciągnęła butelkę swojego ulubionego czerwonego wina, które napoczęła poprzedniego wieczoru. Nalała sobie dość dużą porcję, a gdy uniosła kieliszek do ust, rozległ się dźwięk otwarcia drzwi mocnym szarpnięciem.
– Mówiłam, że zadzwonimy! – zawołała, czując, jak narastają w niej gniew i frustracja przez to, że blondynka zamierza zmarnować jeszcze więcej jej cennego czasu. Z rozczarowaniem odstawiła kieliszek na marmurowy blat i skierowała się w stronę holu.
Jej obcasy rytmicznie stukały, a krew mocno pulsowała w żyłach. Niespodziewanie jęknęła, gdy wpadła na dużą postać, która pojawiła się znikąd. Mężczyzna zacisnął barczyste ramiona na jej wąskiej talii.
– Boże – wyrwało się z jej ust. – Nie wiedziałam, że dziś wrócisz wcześniej – wydukała i próbowała uspokoić swój przyspieszony oddech.
– Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć – zapewnił mężczyzna i nachylił się do ust żony. Złożył na jej pełnych wargach namiętny pocałunek. – Gdzie Leon? – wychrypiał seksownym, niskim głosem, sunąc dłońmi wzdłuż pleców kobiety.
– Bawi się na górze – zdążyła wyjęczeć między kolejnymi żarliwymi pocałunkami Adama.
– Kupiłem mu coś – oznajmił dumnie, błądząc już palcami pod ołówkową spódnicą żony.
– Czekaj – poprosiła i odgrodziła się od niego swoimi drżącymi z podniecenia ramionami. – Wróćmy do tego wieczorem.
– Mówisz o prezentach dla Leona? Dobrze, dam mu je po kolacji.
– Nie – zaprotestowała ostro. – Mówię o migdaleniu się.
W ułamku sekundy zdołała sprawić, że Adam poczuł, jakby ktoś w jego spodnie wlał pełną szklankę lodowatej wody.
– I czekaj… Znowu kupiłeś Leonowi jakąś pierdołę?
– O, co to, to nie. Nie ja-ką-ś pierdołę, tylko najnowszy model największej lokomotywy w dziejach ludzkości.
– To ona tak huknęła? Myślałam, że to ktoś drzwi wyrywa z zawiasów.
– Pudło jest całkiem spore. Postawiłem przed wejściem. Zaraz je przyniosę – odparł i odwrócił się w kierunku drzwi.
– Zaczekaj. – Lori chwyciła za rękaw jego gładkiej, przyjemnej w dotyku koszuli. – Dasz mu po kolacji, tak jak mówiłeś, a teraz usiądź.
Adam obdarzył ją zaciekawionym spojrzeniem.
– W zasadzie dobrze, że wróciłeś wcześniej. Będziesz mógł razem ze mną przyjąć ostatnią kandydatkę.
– Jeszcze z tym nie skończyłaś? – Uniósł wysoko brew. – Myślałem, że po wczorajszej babie, która przyznała, że najlepszą metodą wychowawczą jest bicie linijką, dajemy sobie z tym spokój.
– Bo dajemy – zapewniła, gdy Adam opadał ciężko na miękką sofę, na której kilka minut wcześniej niezgrabnie siedziała mocno opalona blondynka z obrzydliwą manierą głośnego żucia gumy. – Dziś jest ostatni dzień, tak postanowiłam. Jeśli kolejna dziewczyna nie będzie porządną, czarującą młodą damą, to kończymy z tym – oświadczyła z pełną determinacją. – I osobiście zadzwonię do agencji, by opieprzyć ich za poziom kandydatek, które do nas podsyłają. Dramat! Jakbyś tylko widział blondynę, która wyszła chwilę temu…
– Ja nadal twierdzę, że to nie będzie nic strasznego, jeśli na jakiś czas wprowadzi się do nas moja mama. W końcu mówimy tylko o wakacjach. Od września Leon pójdzie do przedszkola. Nawet nie zauważyłabyś jej obecności, gwarantuję.
– Twoja matka jest już w takim wieku, że powinna tylko opalać się na pięknej plaży i pić drinka z palemką, a nie ganiać za energicznym pięciolatkiem – zauważyła, chowając do lodówki wino, które wcześniej z niej wyjęła. – Poza tym… – zawiesiła na moment głos – ona mnie nie znosi – zakończyła szeptem.
– Nieprawda! – zawołał Adam, który najwyraźniej użył nadludzkich mocy do wychwycenia szeptu żony. – Po prostu ciężko jej się pogodzić z tym, że nie jesteś taka, jaką sobie ciebie wymarzyła – przyznał z charakterystyczną dla siebie szczerością.
– Powiedz wprost – nakazała, stawiając na stoliku przed nim kieliszek czerwonego wina, ten sam, który wcześniej przygotowała dla siebie – że twoja matka nie może zaakceptować, iż związałeś się ze starszą od siebie kobietą.
– Co ty opowiadasz, Lauro! Jesteś zaledwie cztery lata starsza ode mnie. Siadaj. – Poklepał miejsce na kanapie obok siebie i ujął w palce kieliszek. – Tego właśnie potrzebowałem, czytasz mi w myślach, aniele.
– Sama chętnie bym się napiła – przyznała z pewną nutą rozczarowania i usadowiła się wygodnie tuż przy mężu.
– Tobie nie wolno. – Pogroził jej palcem. – Mój syn jest za mały, żeby posmakować wina. – Palce wolnej dłoni zbliżył do brzucha Lori, ale ona gwałtownie się odsunęła.
– Nie dotykaj. Nie lubię tego. Nie pamiętasz?
– Przestań – żachnął się. – Niedługo już w ogóle zakażesz mi okazywania ci uczuć.
– Możliwe. Zobaczymy.
– Nie drocz się ze mną – wychrypiał, niskim, seksownym głosem. – Może ja chciałbym pogłaskać brzuszek, w którym mieszka mój syn, i może lubię dotykać ciało mojej ponętnej, starszej żonki?
– Przestań – powtórzyła za nim i odsunęła się jeszcze odrobinę, przez co znalazła się już niemal na samym krańcu kanapy. – Skąd taka pewność, że to nie będzie dziewczynka?
– Czuję to. To będzie duży i silny chłopak. Taki jak Leon – zapewnił z przekonaniem i opróżnił kieliszek.
Odstawił go niedbale na blat szklanej ławy. Lori kątem oka widziała, że po ściance wciąż spływa duża czerwona kropla, która wkrótce dosięgnie stołu i zostawi na nim obrzydliwe pręgi. Co sobie o nas pomyśli kolejna kandydatka? – zastanawiała się. Chciała wstać i posprzątać: odstawić kieliszek do zmywarki, a kroplę po winie zetrzeć papierowym ręcznikiem, ale było już za późno, bo w domu rozległ się dźwięk dzwonka zwiastujący przybycie kolejnej, ostatniej już, kandydatki.
– Usiądź normalnie. – Lori spiorunowała Adama wzrokiem, na co ten tylko wygiął usta w zawadiackim uśmiechu.
– Dobrze, mamo – skwitował.
W innych okolicznościach kobieta przypomniałaby mu, że przez tego typu teksty od razu czuje się tak, jakby miała nie blisko czterdzieści lat, lecz sześćdziesiąt, a różnica ich wieku nagle zmieniała się z czterech na dwadzieścia cztery. Zamiast tego tylko spojrzała na niego złośliwie i szybko ruszyła w kierunku drzwi, aby wpuścić ostatnią kandydatkę.
Jej buty stukały po posadzce, a ołówkowa spódnica układała na ciele w sposób, który doprowadzał ją na skraj wściekłości.
Na monitorze przy drzwiach zauważyła długie złociste włosy i lekko zgarbione plecy, ukryte pod cienkim białym sweterkiem.
Kolejna głupia blondynka, pomyślała i nacisnęła na klamkę.
– Zapraszam – oznajmiła, siląc się na życzliwość w głosie.
W tej samej chwili dziewczyna, lekko przestraszona, gwałtownie się odwróciła.
– Przepraszam, patrzyłam na państwa basen – powiedziała nieśmiało.
– Tak, wiem. Na wszystkich robi wielkie wrażenie. Wchodzi pani czy rezygnuje?
– Przepraszam – powtórzyła i delikatnie podskoczyła. – Oczywiście, że wchodzę. I jeszcze raz przepraszam – tłumaczyła się jak dziecko przed srogim nauczycielem, ale Lori zbyła jej paplaninę machnięciem dłoni.
– Zdaje się, że jest pani przed czasem. – Zerknęła na swój zegarek na złotej bransolecie. – Nie ma jeszcze szóstej, ale to nawet lepiej. Mój mąż wrócił wcześniej z pracy, będziemy mieli to szybciej z głowy – zapowiedziała. – Nie, nie! Butów niech pani nie zdejmuje – zakomunikowała i wskazała młodej dziewczynie kierunek, gdzie znajdował się ich przestronny salon.
– Dzień dobry – odezwała się blondynka.
Dopiero w tej chwili Adam poprawił swoją pozycję z wygodnej półleżącej na elegancki siad, a zaraz potem wstał.
– Adam Haller, witam – przedstawił się i wyciągnął w kierunku dziewczyny dłoń, a kandydatka delikatnie ją uścisnęła. – A to moja najukochańsza Laura. – Puścił oczko do swojej stojącej prosto żony w przekonaniu, że jest mężem na medal, skoro już na pierwszej wizycie podkreśla przed obcą, atrakcyjną kobietą fakt, że kocha swoją żonę.
– Asha – przedstawiła się dziewczyna. – Asha Zawadzka.
– Asha? – zdziwiła się Lori i usiadła na fotelu, sądząc, że to zachęci resztę do zajęcia nieco bardziej wygodnych pozycji. – To chyba nie jest polskie imię?
– Nie, czy to problem? – odparła, wciąż stojąc.
– Usiądźmy – polecił Adam i dopiero wtedy i on, i młodziutka dziewczyna zajęli miejsca.
Pan domu spoczął tak jak poprzednio po prawej stronie kanapy, a Asha, choć miała do wyboru drugi, pusty fotel, również wybrała kanapę. Dokładnie to miejsce, gdzie kilka minut wcześniej spoczywała Lori, a Adam dobierał się do jej małego, ciążowego brzuszka.
– Imię Asha pochodzi z Indii i jest odpowiednikiem polskiego imienia Anna. Jeśli tak będzie państwu wygodniej, to proszę zwracać się do mnie Anno.
– Nie, absolutnie. Nie mamy żadnego problemu z twoim pochodzeniem, ale nie wyglądasz na kogoś z Indii. Te włosy…
– Nie pochodzę z Indii, chyba… – zatrzymała się na krótką chwilę, w której zerknęła na reakcję Adama. – Zdaje się, że moja mama lubiła oglądać boolywoodzkie romanse. Asha oznacza osobę, która kieruje się sercem. Bierze odpowiedzialność za swoje życie. Jest skrupulatna i godna zaufania.
– Właśnie kogoś takiego szukamy – przyznał Adam, który najwyraźniej nagle uznał, że w domu Hallerów jest potrzebna niania.
– Zaraz, zaraz – przystopowała go Lori, gdy dostrzegła jego delikatny, łobuzerski uśmieszek, który sprawiał, że nawet w wieku trzydziestu sześciu lat jej mąż miał aurę niegrzecznego chłopaka z college’u. – Będziemy mieli do ciebie około stu pytań, mam tutaj listę. – Postukała się palcem wskazującym w głowę. – Chyba rozumiesz, że nie możemy oddać synka pod opiekę byle komu.
– Oczywiście. – Skinęła głową. – A więc mają państwo syna. Ile on ma lat?
– Cztery – odparł Adam, ale Lori zaraz weszła mu w słowo:
– Pięć. Dosłownie za moment skończy pięć – doprecyzowała.
– Wspaniały wiek, ale też bardzo trudny.
– Pracowała już pani z pięciolatkami?
– Tak – przyznała pogodnie. – Ostatni chłopiec, którym się opiekowałam, skończył w tamtym miesiącu sześć lat. Pracowałam u jego rodziców ładnych parę lat.
– Dlaczego zakończyliście współpracę? – dociekała Lori, nie dowierzając, że los się do nich uśmiechnął.
– Niestety rodzina państwa Souerów się wyprowadziła. Pan Souer dostał propozycję lepszej pracy gdzieś za granicą. Jeśli dobrze pamiętam, to w Bostonie.
– Wspaniale – wymknęło się Adamowi. Siedział prosto, wyprężony, jakby właśnie trenował pozy przed zawodami dla kulturystów. Koszula na jego klatce piersiowej, choć była idealnie dopasowana, to w tym momencie zdawała się o jeden rozmiar za mała.
– Zaproponowali mi wspólny wyjazd – ciągnęła – ale z przykrością musiałam zrezygnować. – Nie pozwoliłyby mi na to moje studia, a nie lubię nie kończyć czegoś, co już zaczęłam. Taka zasada.
– Och, studiujesz? – dopytał Adam, ale Lori mu przerwała.
– A to już duży problem. Jak zamierzasz łączyć pracę z nauką?
– Studiuję zaocznie. Pedagogikę – uściśliła, choć w zasadzie nikt jej o to nie zapytał. Była jednak mądrą dziewczyną i dobrze wiedziała, że taki kierunek zrobi na rodzinie wrażenie.
– Studia to nie problem. – Adam sprzeciwił się żonie. – My szukamy pomocy tylko na okres wakacji, więc jeśli zaliczyłaś egzaminy w pierwszym terminie, zakładam, że masz teraz dużo wolnego czasu.
Pomógł wybrnąć dziewczynie z opresji, a Laurze Haller coraz bardziej to się nie podobało. Zaczynała żałować, że jej mąż wcześniej wrócił z pracy. Może ta kandydatka rzeczywiście miała potencjał – porównując ją do dwóch ostatnich bab: zwyrodnialca bijącego dzieci linijką i blondynki z umiłowaniem do żucia owocowych gum i pokazywania majtek – ale dziwne gadanie Adama, jego spojrzenia i postawa sprawiały, że Lori nie była w stanie poczuć choćby cienia sympatii do Ashy.
– Tak, na szczęście nie czeka mnie żadna poprawka. Przywiązuję dużą wagę do ocen i zaliczania wszystkiego w pierwszym terminie. W innym wypadku straciłabym stypendium, a ono, poza opieką nad dziećmi, jest moim głównym źródłem utrzymania.
– A twoi rodzice? – zainteresowała się Laura.
– Nie żyją – odparła bez żadnego zastanowienia Asha.
– Przepraszam. – Lori jedną dłonią zakryła usta, z których wydobyło się to nietaktowne pytanie, a drugą ułożyła na brzuchu.
– Wychowałam się w domu dziecka, stąd też mogę powiedzieć, że choć mam dwadzieścia dwa lata, to posiadam przeszło dwudziestoletnie doświadczenie w opiece nad dziećmi – zaśmiała się delikatnie.
– Nie powinnam. Jeszcze raz przepraszam.
– Ach, nie. To nic. Nie mogła pani wiedzieć, a ja nie mam żadnego problemu, aby o tym mówić. Wbrew pozorom wychowanie się w takim miejscu uczy nas jeszcze większej pokory, miłości i życzliwości niż życie w pełnej rodzinie. Nie miałam nic na własność, nie dlatego, że nie chciałam. Sprawiało mi przyjemność dzielenie się i obdarowywanie innych wszystkim, czym mogłam. Teraz dalej pomagam, z większością tych dzieciaków utrzymuję relacje, są dla mnie jak rodzeństwo. Działam również w akademickim wolontariacie – opowiadała z wielkim zaangażowaniem, a Laura coraz szerzej otwierała oczy.
Miała wrażenie, że teraz widzi przed sobą zupełnie inną dziewczynę niż ta, której chwilę wcześniej otworzyła drzwi.
– To może przyniosę paniom lemoniady? – zaproponował Adam i bez czekania na odpowiedź podniósł się z miejsca.
Laura nawet nie zwróciła uwagi na to, że idąc do kuchni, jej mąż nie zabrał ze sobą ubrudzonego kieliszka, który mógł przecież przy okazji wstawić do zmywarki. Z wielkim zaciekawieniem wpatrywała się w drobniutką Ashę, która wróciła do snucia opowieści, kreując swój wizerunek na osobę pełną ciepła, pokory, skromności…
Emanowała delikatnością. Jej obecność wypełniła dom Lori poczuciem spokoju i nadzieją, której wszyscy domownicy tak bardzo potrzebowali. Jasne włosy dziewczyny odbijały promienie światła, tworząc aureolę wokół jej głowy i podkreślając młodzieńcze, jeszcze nierozbudzone na dobre piękno. W białym sweterku i szarej plisowanej spódnicy wyglądała dziewczęco i niewinnie. Trzymała uda mocno dociśnięte do siebie. Jedną dłonią podskubywała kant spódnicy, co zdradzało zakłopotanie i stres. Jej paznokcie były krótko obcięte i lekko błyszczały, prawdopodobnie pociągnęła je bezbarwnym lakierem. Niby powiedziała, że nie jest dla niej problemem opowiadanie o sobie i o swojej trudnej przeszłości, a jednak jej nerwowe tiki zdawały się całkowicie temu przeczyć. Wychowała się w domu dziecka, odtrącona przez rodziców, porzucona, pozbawiona miłości, a mimo to tak wiele miała jej w sobie, że zdawało się, iż chciała obdarować nią wszystkich.
Nieoczekiwanie Lori zatrzęsła się na swoim siedzeniu. Adam na ławie przed nią postawił dwie szklanki wypełnione mocno zmrożoną lemoniadą. Kobieta poczuła się jak wybudzona z transu. Brzdęk szklanek o szklany blat wywołał nagłe wzdrygnięcie.
– Przepraszam, nie chciałem przestraszyć mojego synka – przyznał radośnie i koniuszkami palców musnął brzuch Lori. – Proszę mówić dalej – zwrócił się do Ashy. – Żona już tak jakoś ma, że wszystko ją przestrasza.
– Och, pani jest w ciąży? – dopytała aspirująca niania. – W ogóle tego nie widać. Ma pani taką dopasowaną spódnicę.
– Niedługo już nie będzie mogła nosić takich obcisłych…
– Adam! – syknęła zakłopotana Lori. – Mieliśmy jeszcze nikomu nie mówić.
– Ależ to wspaniała nowina, powinni państwo się chwalić.
– To świeża sprawa, dopiero szósty tydzień, a w moim wieku…
– W twoim wieku – teraz to mąż wszedł jej w słowo – rodzi się wspaniałych i silnych chłopców.
Lori spojrzała na szklankę z zimnym napojem, krople wody spływały po zewnętrznej stronie szkła i osadzały się na ławie w odległości zaledwie kilku centymetrów od bordowego śladu po winie. Wkrótce krwawa kropla miała wymieszać się z przezroczystą, niewinną kropelką orzeźwiającej lemoniady.
Lori mocno chwyciła za szklankę, poczuła pod palcami przejmujący chłód. Zaczęła pić łapczywie, próbując w ten sposób uspokoić pędzące myśli. Wraz z każdym łykiem dźwięki otoczenia zaczęły znikać, jakby Lori była zanurzona pod wodą. Słyszała dalszą rozmowę Ashy i Adama, ale odgłosy docierały do niej stłumione i jakby oddzielone od rzeczywistości. Aż w końcu do jej świadomości skutecznie przebiła się jedna, cieniutka, wyróżniająca się na tle innych nuta:
– Tatuś?
Lori dopiero teraz z głośnym stuknięciem odstawiła opróżnioną szklankę. Do salonu wbiegł pięcioletni Leon. Chłopiec od razu rzucił się w ramiona ojca. Objął go mocno swoimi drobnymi rączkami.
– Już jesteś?!
– Wróciłem wcześniej – oznajmił Adam i jedną ręką zmierzwił jego miękkie ciemne włoski. – Miałem do ciebie pójść i zanieść ci prezent – ostatnią część tego zdania dodał szeptem i z udawanym przestrachem zerknął na Laurę; w końcu obiecał, że da synowi model lokomotywy dopiero po kolacji – ale ta miła pani przyszła z nami porozmawiać i nie zdążyłem.
– A co to za pani? – Leon zerknął przelotnie w kierunku Ashy, a kiedy ich spojrzenia się spotkały, zawstydzony szybko wtulił głowę w pierś tatusia.
– Mam na imię Asha – przedstawiła się łagodnie. – A ty, mały kawalerze? – Obdarowała go serdecznym uśmiechem.
– Leoś – wydukał, wciąż z twarzą w koszuli.
– Piękne imię – przyznała. – A w co najbardziej lubisz się bawić? Lubisz układać klocki?
Na słowo „klocki” chłopcu od razu rozbłysły oczy. Dziewczyna trafiła za pierwszym razem – przyznała w duchu Lori. Pięciolatek kochał klocki i wszelkiego typu zabawki, z których można było coś zbudować. Był urodzonym konstruktorem.
Leon, coraz odważniej pozwalał sobie zerkać na Ashę. Zdawało się, że jest nią zaciekawiony. W swojej małej niewinnej główce szybko sklasyfikował ją jako osobę miłą i przyjazną.
– Na górze mam ogromny zamek. O taki! – Zeskoczył z kolan ojca, twardo stanął na podłodze w swoich kapciach ze Spider-Manem i unosząc rękę ponad linię swojej głowy, pokazywał zgromadzonym, jak wielką wieżę udało mu się zbudować. – Ma mocne mury, przez które żadne potwory nie mogą się przebić. Chcesz zobaczyć?
– No pewnie! – zachwyciła się jego pomysłem. – Ale wiesz, że tak naprawdę żadne potwory nie istnieją, prawda?
Są tylko potworni ludzie.
II
– Co o niej sądzisz?
– O kim? – rzucił Adam z nosem w książce, której treść całkowicie pochłonęła jego uwagę
– No o tej całej As-hy. – Lori nienaturalnie zaintonowała jej imię.
Stała na progu między ich sypialnią a łazienką. Ubrana była w satynową koszulę nocną, której kolor idealnie pasował do całego wystroju sypialni. Krótki koronkowy szlafroczek dodawał jej uroku i kobiecości. Nawet krem pod oczy wklepywała z niezwykłą elegancją.
Adam wyprężył się na dużym, wygodnym łóżku. Trzymaną w dłoni książkę położył okładką do góry na jedwabnej kołdrze, która do wysokości mostka okrywała jego dobrze zbudowane ciało.
– Myślę, że dokładnie takiej niani szukaliśmy – przyznał. – Ona jest taka jak Leon – dodał zdecydowanie ciszej.
– Nie mów tak – syknęła ostro Laura. – Leon jest taki jak my. Nie jak ta biedna dziewczyna.
– Nie o to mi chodziło… – Przewrócił oczami. – Powinniśmy dać jej szansę, bo wydaje się wyjątkowo miła i odpowiedzialna. Może być świetną opiekunką dla naszego syna. – Spojrzał żonie prosto w oczy.
Laura szybko odpuściła, zerknęła w bok i zawiesiła wzrok na lampce nocnej o delikatnych, złoconych wzorach.
– A może… – zaczęła niepewnie. Przestała wklepywać krem i na moment znowu zniknęła za ścianą łazienki. – A może Asha wpadła ci w oko?
– Zwariowałaś! – Jej mąż zareagował automatycznie. Wsparł się na ramionach, sięgnął po książkę i odłożył ją na stolik nocny, po czym uklęknął na łóżku w samych slipach. Jego spojrzenie mówiło więcej niż tysiąc słów. – Na całym świecie podoba mi się tylko jedna kobieta i jestem wielkim szczęściarzem, że ona jest właśnie ze mną w tym pokoju. – Uśmiechnął się, unosząc przy tym brwi, jakby był zaskoczony tym, że Laura może mieć jakiekolwiek wątpliwości co do jego uczuć.
– Zapytaliśmy, ile ona ma lat? Przecież to jeszcze dziecko. Właśnie dlatego złapała wspólny język z Leonem.
Prześlizgnął spojrzeniem po smukłej sylwetce żony, która w jego oczach emanowała zmysłowością.
– Ja zdecydowanie wolę dojrzałe kobiety. – Zamilkł dosłownie na sekundę, badając reakcję żony. – Chodź do mnie – warknął gardłowo. Wiedział, jak to na nią działa.
Laura poczuła, że serce zabiło jej mocniej, gdy tylko usłyszała jego chrypnięcie.
– Powiedz to jeszcze raz.
– Chodź do mnie. – Tym razem postarał się jeszcze mocniej. Jego głos, choć gardłowy, brzmiał jak szept, który budził ukryte pragnienia.
Oczy Laury błyszczały, a usta drgnęły lekko, gdy wydała z siebie cichy, zmysłowy oddech. Wiedziała, że nie ma w sobie aż tyle odwagi, aby poprosić go po raz trzeci. Nie wytrzymała. Rzuciła się prosto w jego ramiona, a Adam w ułamku sekundy ściągnął z niej koronkowy szlafrok i podwinął satynową piżamową sukienkę.
– Czekaj – stęknęła prosto w jego usta.
– Co jest? – wzdrygnął się, bo podniecenie buzowało już w jego ciele.
– Zgaś światło. Musimy iść już spać.
*
– Lodówka jest pełna, gdybyś tylko miała na coś ochotę, częstuj się śmiało – oznajmiła Laura, szeroko otwierając dwudrzwiową lodówkę tuż przed twarzą Ashy.
Światło z jej wnętrza rzucało jasne refleksy na twarze obu kobiet, a przyjemny chłód wydobywający się z urządzenia muskał ich ciała, sprawiając, że Laura miała ochotę w ogóle jej nie zamykać.
– Wszystko w porządku? – zapytała, dostrzegając, że blondynka nagle spochmurniała.
Niezręczna cisza wypełniła kuchnię.
– Tak, prze-praszam – wydukała nieśmiało dziewczyna.
– Ciągle za coś przepraszasz. Jeśli czegoś się obawiasz, powiedz, postaram się pomóc – zachęciła ją Laura.
– Ja po prostu… – zaczęła i na dłuższą chwilę zawiesiła głos. – Chodzi o to – pociągnęła nosem – że mają państwo taki piękny dom, basen i pełną po brzegi lodówkę – wymieniła na jednym wdechu – a to dla mnie nowość. – Leciutko zadrżała i spojrzała na swoje białe trampki, jakby w nich szukała wsparcia.
Z barków Laury nagle spadło jakieś niesprecyzowane napięcie, które ustąpiło miejsca narastającej matczynej trosce. Lori Haller od tak dawna żyła w luksusie, że zaczynała zapominać, iż nie jest to tak oczywiste w życiu innych. Być może wypowiedź młodziutkiej Ashy w pewien sposób otworzyła jej oczy, które od wielu miesięcy patrzyły tylko na czubek jej własnego nosa.
– W takim razie poproszę naszą gosposię, aby przygotowała dziś najlepszy obiad na świecie. Zjesz z nami, prawda? Mąż zwykle wraca o szóstej, i o tej porze będzie posiłek. Będziemy mieli okazję, aby porozmawiać o twoich wrażeniach po pierwszym dniu pracy. Leon potrafi dać w kość.
– Zauważyłam, że jest bardzo żywiołowy.
– Ha! Żywiołowy? To istny wulkan energii – przyznała z pogodnym uśmiechem matka chłopca. – Chodźmy – poprosiła i ruszyła przodem.
Tego dnia Lori włożyła wyjątkowo dopasowaną liliową sukienkę ze sztywnego materiału. Grube ramiączka idealnie przylegały do jej szczupłych ramion, a delikatny dekolt w kształcie litery „V”, podkreślał (ale nie w sposób nachalny czy wulgarny) okazały biust, który uważała za jeden ze swoich największych atutów. Może właśnie dlatego dziś włożyła tę sukienkę, nie chciała czuć się gorsza, mając w murach swojego domu młodą, atrakcyjną dziewczynę, nieskalaną choćby jedną zmarszczką. Pasujące do stylizacji kremowe szpilki z fioletową podeszwą dopełniały wizerunku idealnej, zadbanej kobiety z wyższych sfer. Buty rytmicznie stukały po posadzce, wyznaczając kierunek, w którym podążała delikatna i nieśmiała Asha.
– Pokażę ci jeszcze, gdzie jest mój gabinet. Będę cały dzień w domu. Jeśli w czasie twojej pracy miałabyś jakiekolwiek pytania albo gdybyś uznała, że nie radzisz sobie z naszym urwisem, będziesz mogła od razu mi to zgłosić.
– Czyli pani pracuje w domu? – dopytała niania, a jej krok przemienił się w trucht.
Chociaż sama była ubrana w wygodne dżinsy i buty na płaskiej podeszwie, ledwo nadążała za dziarskim tempem pani Haller. W dodatku posiadłość jej pracodawców była tak wielka, że zanim przeszły z przepięknej kuchni do drzwi gabinetu pani domu, Asha zdążyła złapać lekką zadyszkę. Wiedziała jednak, że nie będzie to wyglądało dobrze, szczególnie iż zatrudniono ją na stanowisko, na którym przez cały dzień miała ganiać za chłopcem, który nazywany jest „wulkanem energii”. Na jej bladej dotąd twarzy pojawił się lekki rumieniec wskazujący na jej zawstydzenie. Głośno przełknęła ślinę i w pełni skupiła się na uspokojeniu swojego przyspieszonego oddechu.
– Zapraszam – oznajmiła Laura, otwierając drzwi swojego gabinetu, i ruchem dłoni nakazując, aby dziewczyna weszła do środka jako pierwsza. – To właśnie moje królestwo. A w odpowiedzi na twoje pytanie: tak, zdecydowaną większość czasu mojej pracy spędzam w domu, w tym niewielkim gabinecie.
– Niewielkim! – wyrwało się z ust Ashy i szybko tego pożałowała. Może nie powinna zdradzać, że w ogóle nie pasuje do tego domu. – Jest cudowny – dodała, marząc o tym, aby wymazać to pierwsze niefortunne wrażenie. Zbliżyła się do jednej z szaf stojących przy drzwiach i przyjrzała się uważnie kolorowym przedmiotom w gablocie.
– Hmm, zdaje się, że jesteś wyjątkowa, Asho. Każda osoba, którą dotychczas wpuściłam do mojego gabinetu, najpierw podchodziła do znajdującego się tutaj instrumentu – przyznała życzliwie Laura.
– Przepraszam. – Wzdrygnęła się, zupełnie ignorując pierwszą część zdania i określenie jej mianem wyjątkowej. W innym wypadku musiałaby przyznać, że nikt wcześniej tak o niej nie powiedział.
– Na Boga! – zaśmiała się głośno Laura i w teatralny sposób wzniosła dłonie wysoko nad głowę. – Dziewczyno, przestań już mnie przepraszać, błagam. – Pani Haller nie przestawała się śmiać, właśnie dlatego nawet Asha pozwoliła sobie na głośniejszy chichot.
– Wszystko tutaj robi niebywałe wrażenie i ta szafa, i fortepian, i to zdobione biurko – wymieniała dziewczyna.
W sercu gabinetu stał imponujący instrument. Nic dziwnego, że dotąd każdy, kto wchodził do tego pomieszczenia, zachwycał się nim w pierwszej kolejności. Jego korpus wykonany był z ciemnego drewna dębowego o głębokim, lśniącym odcieniu. Miał wysokie, błyszczące klawisze z czarnego i białego drewna, ułożone w charakterystyczny dla fortepianów układ oktawowy. Spoglądając w jego kierunku, od razu można było sobie wyobrazić, jak pani domu zasiada na dołączonym do niego stołku, o takim samym pięknym, czarnym wykończeniu, i wypełnia przestrzeń wspaniałą graną melodią.
Mimo wszystko, gdy Asha weszła do pokoju, to nie fortepian jako pierwszy przyciągnął jej uwagę, a wysokie szafy wypełnione po brzegi książkami poświęconymi historii muzyki, od antycznych czasów po współczesność, a także płytami z różnych epok i z różnorodnymi gatunkami muzycznymi. Widok setek płyt winylowych, CD i kaset magnetofonowych robił wrażenie nawet na najbardziej niewrażliwych na sztukę i piękno obserwatorach.
Obok fortepianu na ścianach wisiały stare fotografie z koncertów oraz takie, które upamiętniały najbardziej znaczących w świecie muzyki artystów. Po drugiej stronie pokoju na wąskim biurku piętrzyły się zeszyty. W kącie gabinetu stał stary gramofon.
– A więc jest pani muzykiem… – zagaiła Asha. Nie potrafiła jeszcze zgadnąć, jaką dziedziną sztuki zajmuje się jej pracodawczyni.
Biorąc pod uwagę wyposażenie gabinetu, równie dobrze mogła być światowej klasy pianistką, znawczynią historii muzyki, która wykłada na uniwersytecie, lub zagorzałą kolekcjonerką, zbijającą fortunę na wyszukiwaniu i sprzedaży najrzadszych, unikatowych przedmiotów należących do popularnych artystów. Mogła być również każdą z tych trzech osób jednocześnie. A biorąc pod uwagę ogromną fortunę, jakiej dorobili się państwo Hallerowie, właśnie ta opcja wydawała się Ashy najbardziej prawdopodobna.
– Nie nazwałabym siebie muzykiem. Już bliżej mi do pisarki niż do muzyka – powiedziała Laura i bacznie przyglądała się reakcji dziewczyny. – Jestem tekściarką, autorką tekstów piosenek – przyznała wreszcie, odsłaniając wszystkie karty. – Czasem też komponuję, ale ostatnio o wiele rzadziej niż kiedyś. Fortepian jest w zasadzie tylko takim szykownym dodatkiem, dzięki niemu mogę coś tam sobie pograć, żeby łatwiej dopasować słowa do melodii i struktury muzycznej.
– O rety – wymknęło się z ust Ashy. – Proszę wybaczyć mi moją wścibskość, ale jak to możliwe, że pisze pani teksty, ale nie nazywa siebie muzykiem? Czyli nie śpiewa pani piosenek, które napisze?
– Dokładnie. – Lori lekko skinęła głową. – Innym wychodzi to o wiele lepiej. Poza tym nie znalazłabym w sobie tyle odwagi. Moja praca w rzeczywistości jest mniej przyjemna i fascynująca, niż mogłoby ci się wydawać. Nie mam rzeszy fanów ani kochanków w każdym mieście.
– Nie, ja nic takiego nie powiedziałam. Nawet przez myśl mi to nie przeszło. Musi pani bardzo ciężko pracować i mieć ogromną wyobraźnię – zauważyła, ale Lori nie zamierzała przyznać jej racji.
– Wyobraźnia to najmniej istotny aspekt tej pracy. – Pani domu opadła ciężko na stołek przed fortepianem, stawała się coraz bardziej znużona. Jedną dłoń ułożyła na brzuchu i z przyzwyczajenia dwukrotnie go pogłaskała. – O wiele ważniejsze jest zrozumienie struktury muzycznej, melodii i rytmu, tak by tekst pasował do kompozycji. Każdego dnia muszę śledzić aktualne trendy, a wierz mi, one zmieniają się jak w kalejdoskopie.
Asha słuchała uważnie. Zdawała sobie sprawę, że któregoś dnia pracodawczyni może zweryfikować jej pilność, ale w międzyczasie jej spojrzenie cały czas uciekało na olbrzymie zbiory płyt i książek. Teraz, kiedy już wiedziała, czym zajmuje się Laura Haller, każdy z tych przedmiotów nabierał większego znaczenia.
– Strasznie dużo tutaj płyt Melody Rain. Dla niej też pani pisała? – ośmieliła się zapytać.
– Jesteś fanką Melody? – zaśmiała się pani Haller. – Oczywiście, że jesteś. Każda dziewczyna w twoim wieku ją uwielbia.
Asha lekko się uśmiechnęła. Wreszcie poczuła się swobodnie w towarzystwie swojej pracodawczyni, zauważając, że może być bardziej wrażliwą i empatyczną osobą, niż pierwotnie ją oceniła.
– Uwielbiam ją, a teksty jej piosenek… są po prostu genialne – odpowiedziała Asha.
– Jeszcze kilka lat temu na pewno miałaś koszulkę z jej podobizną albo ogromny plakat zawieszony nad łóżkiem, prawda?
Asha niemal zaniemówiła.
– Tak, to prawda – przyznała, czując rumieniec rozlewający się na jej policzkach. – Nie sądziłam, że tak łatwo mnie rozszyfrować.
– Nie przejmuj się, ja po prostu mam taki talent. Gdybym go nie miała, to nie byłabym w stanie tak łatwo odczytać, co gra w duszy Melody, i dokładnie o tym napisać dla niej teksty. A teraz pozwól, że przerwiemy tę bardzo miłą pogawędkę. Mój maminy instynkt podpowiada, że Leon zaraz się obudzi, więc jeśli nie masz na ten moment żadnych pytań, pójdźmy się z nim przywitać.
– Czy chłopiec został uprzedzony, że może się mnie spodziewać?
– Oczywiście – zapewniła Lori.
Jej eleganckie szpilki znowu rytmicznie stukały w posadzkę, gdy wyszły z pomieszczenia. Po rozmowie w gabinecie Asha zaczęła podejrzewać, że Laura specjalnie wybiera właśnie takie obuwie.
To artystka, cały czas jest w pracy, zauważyła w myślach dziewczyna.
– Chociaż sama wiesz, jak to jest z dziećmi w jego wieku. Wczoraj długo z nim o tym rozmawiałam, ale dziś może już o niczym nie pamiętać – odezwała się nagle Lori.
*
– Szkrabie – szepnęła Laura, ostrożnie uchylając drzwi do chłopięcego pokoju mieszczącego się na piętrze.
– Jesteś! – Źrenice Leona się rozszerzyły. Szybko zeskoczył z łóżka i podszedł do obu kobiet.
– Oczywiście, zawsze będę przy to… – zaczęła i zamarła.
Nie rozumiała, co właśnie się dzieje.
Pięciolatek, jakby zupełnie jej nie zauważając, mocno chwycił Ashę za rękę i pociągnął w kierunku jednego ze stojących na szafie pudeł.
– Zbudujemy wielki zamek, a później wspólnie wymyślimy plan, jak obronić go przed nawet najgroźniejszymi potworami, tak? – zapytał pełen entuzjazmu, a wyraz twarzy Ashy zdradzał, że jest równie zaskoczona pozytywną reakcją chłopca, co jego matka.
Pani Haller głośno przełknęła ślinę, a wraz z nią miała wrażenie, że połyka pęczniejącą w jej gardle gulę.
– Najpierw trzeba umyć rączki i buzię, tak jak cię uczyłam. Później zjeść śniadanie – poleciła synkowi.
To przecież ja jestem twoją mamą – pomyślała. To mnie powinieneś uścisnąć jako pierwszą.
W jej głowie z całą mocą zapaliła się czerwona lampka. Lori zaczynała mieć coraz poważniejsze wątpliwości, czy tak szybkie zatrudnianie niani to był dobry pomysł. Może powinna posłuchać Adama i zgodzić się na krótką pomoc jego matki? Może wykańczałaby ich psychicznie, ale chociaż chłopiec z całą pewnością by rozumiał, że to Laura jest najukochańszą i najwspanialszą kobietą na ziemi.
Leon spojrzał na matkę spod byka, ale Asha szybko to wychwyciła.
– Mycie rączek i buzi to wspaniała sprawa. Nauczę cię piosenki o chłopcu czyścioszku, dobrze?
Jasne! Jeszcze niech się okaże, że ta cała Asha pisze lepsze teksty piosenek ode mnie.
– Świetny pomysł, kochana! – zawołała Laura wbrew temu, co naprawdę odzywało się w jej głowie. – Zostawię was już samych. W razie czego wiesz, gdzie mnie szukać.
Asha lekko kiwnęła głową.
– Życzę ci miłego dnia, synku. Gdybyś tęsknił za mamusią, to od razu do mnie przybiegnij. – Posłała Leonowi promienny uśmiech.
Na szczęście chłopiec go odwzajemnił. Może jeszcze nie wszystko było stracone.
– Jeśli całość będzie się układać, to widzimy się o szóstej. Zaproszenie na obiadokolację wciąż jest aktualne – oznajmiła i po cichu wyszła. Nawet jej obcasy nie powodowały już tak głośnego stukotu, kiedy schodziła po schodach.
Powoli stawała się ciszą. Niewidzialną, zapomnianą istotą.
Po paru chwilach twardo opadła na wygodny obrotowy fotel w swojej pracowni. Chwyciła za jeden z zeszytów piętrzących się na jej biurku. Otworzyła go mniej więcej w połowie i spojrzała w pustą kartkę.
Czas na nową piosenkę.
Redakcja: Magdalena Gonta-BiernatKorekta: Aleksandra WrońskaProjekt okładki: Tomasz BiernatSkład: Tomasz Biernat
Copyright by Catherine Reiss 2025Copyright for the Polish Edition by Wydawnictwo Nocą,Warszawa 2025
Druk i oprawa:Abedik S.A.
ISBN: 978-83-68037-69-2
WYDAWNICTWO NOCĄul. Filipiny Płaskowickiej 46/8902-778 WarszawaNIP: 9512496374www.wydawnictwonoca.ple-mail: kontakt@wydawnictwonoca.pl