Królowa kłamstw - Reiss Catherine - ebook
NOWOŚĆ

Królowa kłamstw ebook

Reiss Catherine

3,3

124 osoby interesują się tą książką

Opis

Perfekcyjna niania. Idealna rodzina. Niebezpieczna gra.

Laura i Adam Hallerowie wydają się mieć wszystko – bogactwo, prestiż i piękny dom. Brakuje im tylko idealnej opiekunki dla ukochanego syna. Gdy w ich życiu pojawia się Asha, młoda, hipnotyzująco piękna dziewczyna, wszystko się zmienia. Z pozoru doskonała niania szybko staje się kimś więcej – katalizatorem namiętności i intryg. Między trójką bohaterów wywiązuje się niebezpieczna gra pożądania i manipulacji. Kto wyjdzie z niej zwycięsko, a kto straci wszystko?

Wciągający thriller domestic noir, który udowadnia, że czasem to, czego najbardziej się pragnie, może stać się największym zagrożeniem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 367

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (3 oceny)
1
1
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
ANIATwiggy

Nie polecam

Strasznie napisana.
00
Malwi68

Dobrze spędzony czas

Zaczynając czytać "Królową kłamstw" spodziewałam się klasycznego thrillera domestic noir, ale szybko zrozumiałam, że Katherine Reiss ma w zanadrzu coś więcej. Ta książka to prawdziwa uczta dla wielbicieli nieoczywistych intryg, psychologicznych napięć i bohaterów, którzy balansują na granicy prawdy i kłamstwa. Laura i Adam Hallerowie to para, która teoretycznie ma wszystko – bogactwo, prestiż, dom niczym z katalogu. Jednak już od pierwszych stron czuć, że za tą fasadą kryje się coś więcej, że to idealne życie ma rysy, które czekają na odpowiedni moment, by pęknąć. Wtedy wkracza Asha – piękna, tajemnicza, hipnotyzująca. Jej pojawienie się jest jak zapalnik w tej i tak już niestabilnej konstrukcji. Autorka mistrzowsko buduje napięcie – niby wszystko rozwija się powoli, ale pod powierzchnią buzują emocje, które w każdej chwili mogą eksplodować. Relacje między bohaterami są tak skomplikowane, że do samego końca trudno przewidzieć, kto naprawdę pociąga za sznurki. Każda postać skrywa sekr...
00
Lewan86

Nie oderwiesz się od lektury

mocna pozycja
00



Dla Ke­wina, z po­dzię­ko­wa­niem za mi­łość i wspar­cie

Pro­log

– No da­lej. Nie ocią­gaj się! – roz­legł się do­no­śny głos Lili.

Dziew­czyna zrzu­ciła z sie­bie ubra­nia, a te opa­dły na wy­soką, pach­nącą trawę. Wzięła głę­boki wdech i ubrana je­dy­nie w sta­nik i pół­prze­zro­czy­ste majtki sze­roko roz­ło­żyła ra­miona. Za­darła głowę i spoj­rzała w niebo.

Na tle spo­koj­nego błę­kitu chmury su­nęły po­woli, nie­sione le­ni­wym po­dmu­chem wia­tru.

Gdy tak stała nad urwi­skiem, czuła się praw­dzi­wie wolna. Pod­nie­ce­nie wi­bro­wało w jej wnę­trzu. Była pewna swo­jej de­cy­zji. Nie miała choćby krztyny wąt­pli­wo­ści.

– Mu­simy to zro­bić – wy­szep­tała drżą­cym z eks­cy­ta­cji gło­sem.

Asha nie od­po­wia­dała. Do­brze wie­działa, że ja­kie­kol­wiek słowa by­łyby da­remne. Ona po pro­stu nie miała wy­boru. Była zmu­szona zro­bić to samo. Zdą­żyła się na­uczyć, że ze star­szą od niej o kilka mie­sięcy przy­ja­ciółką się nie dys­ku­tuje. Wszystko, co wy­my­śli Lila, nie­ważne, jak bar­dzo sza­lone i nie­bez­pieczne, prę­dzej czy póź­niej musi zo­stać zre­ali­zo­wane.

Po pal­cach Ashy na­tręt­nie ska­py­wała resztka wa­ni­lio­wego loda. Obie ku­piły po jed­nej gałce w budce po dro­dze, z tym że Lila swoją por­cję po­chło­nęła w za­le­d­wie dwa­dzie­ścia se­kund, a Asha po­li­zała góra dwa razy, a póź­niej już tylko nie­zręcz­nie krę­ciła wa­fel­kiem w dłoni.

Gdzieś w od­le­głych za­ka­mar­kach jej mó­zgu echem od­biły się słowa Antka z ósmej klasy: „Po­dobno ciało ko­biety, która w ze­szłym mie­siącu sko­czyła z urwi­ska, wciąż nie zo­stało wy­ło­wione”. Za­raz po­tem w miej­sce tych słów wdarło się motto Lili: „Im bar­dziej prze­ra­ża­jące wy­zwa­nia po­dej­mu­jemy, tym moc­niej ży­jemy”. A o to prze­cież w tym wszyst­kim cho­dziło, aby żyć. Za­chły­sty­wać się każ­dym dniem, igrać ze śmier­cią. Sta­wać na kra­wę­dzi, a w ostat­niej se­kun­dzie za­wra­cać.

To nie był ich pierw­szy raz. Lila i Asha czę­sto pod­du­szały się wza­jem­nie aż do utraty przy­tom­no­ści. Ashę ogar­niała pa­nika, ile­kroć gwiazdki za­czy­nały tań­czyć przed jej oczyma, ale mimo to nie pro­siła przy­ja­ciółki, aby ta prze­stała. Wy­trzy­my­wała tak długo, aż bra­ko­wało jej tchu, aż skro­nie pul­so­wały, a pole wi­dze­nia zwę­żało się do jed­nego ja­snego punk­cika. „To tylko taka za­bawa” – zwy­kła tłu­ma­czyć Lila ich opie­kunce z sie­ro­cińca, kiedy ta co ja­kiś czas do­py­ty­wała o pręgi na szyi mło­dziut­kiej Ashy, o si­niaki na jej no­gach i po­cią­głe bor­dowe sznyty na jej prze­gu­bach.

Za­bawa. Wol­ność. Ży­cie tak na­prawdę… – Asha wy­li­czyła w du­chu wszyst­kie te war­to­ści, które wpo­iła jej Lila w ciągu za­le­d­wie kilku mie­sięcy ich in­ten­syw­nej zna­jo­mo­ści. Roz­luź­niła dłoń, upusz­cza­jąc wa­fe­lek na trawę. Zwin­nie ścią­gnęła z sie­bie spodenki i T-shirt, nie zwa­ża­jąc na to, że rzuca je w lepką, pach­nącą wa­ni­lią maź. Nie mu­siała się tym przej­mo­wać, skoro nie miała pew­no­ści, czy wróci. Do tej pory za­wsze się uda­wało, ale te­raz jest ina­czej. To, że wcze­śniej pa­sek na jej szyi się roz­luź­niał, ga­łę­zie roz­ci­na­jące jej plecy i nogi prze­sta­wały na­pie­rać, a krwa­wiące rany na dło­niach na­gle zo­sta­wały opa­trzone ka­wał­kiem ko­szulki, nie ozna­czało, że i tym ra­zem wy­wi­nie się śmierci. Nie ma­jąc pew­no­ści, czy wróci, nie mo­gła za­przą­tać so­bie głowy ta­kimi bła­host­kami jak po­kle­jone lo­dem spodenki.

Asha po­de­szła kilka kro­ków w kie­runku Lili. Chwy­ciła za jej dłoń. Spoj­rzały na sie­bie po­ro­zu­mie­waw­czo, a star­sza z dziew­cząt po­słała do młod­szej po­godny, pe­łen wspar­cia uśmiech.

– Na trzy… – za­po­wie­działa Lila i wspól­nie gło­śno za­częły od­li­czać:

– Je­den.

Nogi Ashy drżały, po­si­nia­czone ko­lana sta­wały się co­raz bar­dziej gięt­kie.

– Dwa.

Sierp­niowy wiatr wkra­dał się w jej gę­ste włosy i sma­gał nimi ni­czym bicz po po­ra­nio­nych ple­cach. W końcu nad­szedł ten mo­ment, de­cy­du­jąca chwila.

– Trzy.

Świat za­marł. Za­pa­no­wała głę­boka, prze­ni­kliwa ci­sza. To była próba, którą Asha mu­siała przejść. Za­ci­snęła mocno po­wieki. Ze­brała w so­bie całą od­wagę i całą uf­ność, a po­tem… Po­tem był już tylko krótki lot oraz upa­dek w ob­ję­cia lo­do­wa­tej wody.

Se­kundę przed tym, nim ude­rzyła w twardą jak be­ton ta­flę, wy­mru­czała: „To tylko taka za­bawa”. Do ostat­niej chwili nie miała świa­do­mo­ści, że umiera. Nie mo­gła też wie­dzieć tego, że w tych de­cy­du­ją­cych se­kun­dach była zu­peł­nie sama.

Jej przy­ja­ciółka wciąż stała nie­ru­chomo nad urwi­skiem i pa­trzyła… Pa­trzyła na to wszystko z roz­ko­szą.

I

– Do­brze ro­zu­miem, że nie pra­co­wała pani ni­gdy z dziećmi? – upew­niała się Lori, bo do­prawdy nie mo­gła po­jąć, że agen­cja pod­syła do niej tak nie­wy­kwa­li­fi­ko­wane kan­dy­datki.

Mocno opa­lona blon­dynka w ku­sej spód­niczce, sie­dząca na ele­ganc­kiej ka­na­pie, za­ci­snęła usta, a jej drobne ra­miona nie­pew­nie za­częły drgać.

W końcu rzu­ciła znu­żo­nym to­nem:

– Tak, już mó­wi­łam – prze­wró­ciła oczami. – Wy­pro­wa­dza­łam psy. Kie­dyś kar­mi­łam koty są­siadki – wy­li­czała. – A to prze­cież pra­wie to samo – za­pew­niła i wy­god­niej uło­żyła się na ele­ganc­kiej, ciem­no­brą­zo­wej skó­rza­nej ka­na­pie.

Lori nie mo­gła po­wstrzy­mać wes­tchnie­nia.

– Nie­zu­peł­nie – od­parła su­cho.

Młoda blon­dynka z wiel­kim za­an­ga­żo­wa­niem żuła gumę o za­pa­chu ba­na­nów i tru­ska­wek.

Cał­ko­wity brak ma­nier i prze­jaw fa­tal­nego wy­cho­wa­nia – pod­su­mo­wała w du­chu Lori. Czy ko­muś ta­kiemu na­prawdę mo­głaby po­wie­rzyć opiekę nad swoim dziec­kiem? W ży­ciu!

– Wie pani co? My­ślę, że na tę chwilę nie mam wię­cej py­tań. Już wszystko wiem – oznaj­miła w końcu, wsta­jąc z fo­tela z na­dzieją, że dziew­czyna zrobi to samo.

– Czyli mam tę ro­botę? – do­py­ty­wała blon­dynka, nie ru­sza­jąc się ze skó­rza­nej ka­napy. – Tylko że na ju­tro mu­szę wziąć wolne, bo umó­wi­łam się z jed­nym go­ściem.

– Nie ma pro­blemu – prych­nęła Lori.

– No i to ja ro­zu­miem. Już pa­nią lu­bię – przy­znała gło­sem peł­nym sa­tys­fak­cji i do­piero wtedy nie­zgrab­nie pod­nio­sła się z sie­dze­nia, nie szczę­dząc przy tym wi­doku swo­ich ró­żo­wych strin­gów. – Czyli wi­dzimy się po­ju­trze, okiii? – Prze­cią­gnęła ostat­nią sa­mo­gło­skę, opla­ta­jąc przy tym gumą koń­cówkę ję­zyka.

– Za­dzwo­nimy – od­po­wie­działa Lori z lek­kim unie­sie­niem brwi, jed­no­cze­śnie pro­wa­dząc blon­dynkę w stronę drzwi.

– Za­pi­sać gdzieś mój nu­mer?

– Weź­miemy z CV.

– Ale ja nie przy­nio­słam. – Jej pla­ty­nowe, cien­kie włosy le­piły się do po­licz­ków i spły­wały po oboj­czy­kach aż do prze­rwy mię­dzy pier­siami.

– To nic, jak trzeba bę­dzie, to agen­cja nam poda kon­takt do pani – za­pew­niła Lori, po czym prze­pro­wa­dziła dziew­czynę przez ele­gancki prze­szklony ko­ry­tarz i de­li­kat­nie wy­pchnęła ją na ze­wnątrz.

– Mają pań­stwo ko­zacki ba­sen! – za­wo­łała, bę­dąc tuż za drzwiami.

Lori po­słała do niej nie­wy­raźny uśmiech, w który wło­żyła sporo wy­siłku, i jed­nym zwin­nym ru­chem za­trza­snęła drzwi.

– Za ja­kie grze­chy mnie to spo­tyka? – kwęk­nęła pół­szep­tem i pal­cami pra­wej dłoni prze­tarła pul­su­jące skro­nie. Do­brze wie­działa, że blon­dynka (tak jak po­przed­nie kan­dy­datki) jesz­cze przez do­bre kilka mi­nut bę­dzie ster­czała przed jej do­mem i wpa­try­wała się w oka­zały ba­sen.

Czuła się wy­koń­czona i co­raz bar­dziej wy­pruta z na­dziei, że kie­dy­kol­wiek znajdą do­brą i uczynną dziew­czynę, która bę­dzie w sta­nie za­jąć się ich naj­uko­chań­szym syn­kiem. Wierz­chem dłoni wy­gła­dziła ma­te­riał swo­jej ele­ganc­kiej, ołów­ko­wej spód­nicy i na wy­so­kich kre­mo­wych szpil­kach – które po­wo­do­wały pie­cze­nie stóp przy każ­dym kroku, ale spra­wiały, że jej syl­wetka pre­zen­to­wała się obłęd­nie – prze­szła do ja­snej, otwar­tej na sa­lon kuchni na par­te­rze. Naj­pierw otwo­rzyła szafkę nad głową i wy­cią­gnęła z niej szklany, wy­soki kie­li­szek, a póź­niej prze­szła z na­czy­niem dwa kroki i z dwu­drzwio­wej lo­dówki wy­cią­gnęła bu­telkę swo­jego ulu­bio­nego czer­wo­nego wina, które na­po­częła po­przed­niego wie­czoru. Na­lała so­bie dość dużą por­cję, a gdy unio­sła kie­li­szek do ust, roz­legł się dźwięk otwar­cia drzwi moc­nym szarp­nię­ciem.

– Mó­wi­łam, że za­dzwo­nimy! – za­wo­łała, czu­jąc, jak na­ra­stają w niej gniew i fru­stra­cja przez to, że blondynka za­mie­rza zmar­no­wać jesz­cze wię­cej jej cen­nego czasu. Z roz­cza­ro­wa­niem od­sta­wiła kie­li­szek na mar­mu­rowy blat i skie­ro­wała się w stronę holu.

Jej ob­casy ryt­micz­nie stu­kały, a krew mocno pul­so­wała w ży­łach. Nie­spo­dzie­wa­nie jęk­nęła, gdy wpa­dła na dużą po­stać, która po­ja­wiła się zni­kąd. Męż­czy­zna za­ci­snął bar­czy­ste ra­miona na jej wą­skiej ta­lii.

– Boże – wy­rwało się z jej ust. – Nie wie­dzia­łam, że dziś wró­cisz wcze­śniej – wy­du­kała i pró­bo­wała uspo­koić swój przy­spie­szony od­dech.

– Prze­pra­szam, nie chcia­łem cię prze­stra­szyć – za­pew­nił męż­czy­zna i na­chy­lił się do ust żony. Zło­żył na jej peł­nych war­gach na­miętny po­ca­łu­nek. – Gdzie Leon? – wy­chry­piał sek­sow­nym, ni­skim gło­sem, su­nąc dłońmi wzdłuż ple­ców ko­biety.

– Bawi się na gó­rze – zdą­żyła wy­ję­czeć mię­dzy ko­lej­nymi żar­li­wymi po­ca­łun­kami Adama.

– Ku­pi­łem mu coś – oznaj­mił dum­nie, błą­dząc już pal­cami pod ołów­kową spód­nicą żony.

– Cze­kaj – po­pro­siła i od­gro­dziła się od niego swo­imi drżą­cymi z pod­nie­ce­nia ra­mio­nami. – Wróćmy do tego wie­czo­rem.

– Mó­wisz o pre­zen­tach dla Le­ona? Do­brze, dam mu je po ko­la­cji.

– Nie – za­pro­te­sto­wała ostro. – Mó­wię o mig­da­le­niu się.

W ułamku se­kundy zdo­łała spra­wić, że Adam po­czuł, jakby ktoś w jego spodnie wlał pełną szklankę lo­do­wa­tej wody.

– I cze­kaj… Znowu ku­pi­łeś Le­onowi ja­kąś pier­dołę?

– O, co to, to nie. Nie ja-ką-ś pier­dołę, tylko naj­now­szy mo­del naj­więk­szej lo­ko­mo­tywy w dzie­jach ludz­ko­ści.

– To ona tak huk­nęła? My­śla­łam, że to ktoś drzwi wy­rywa z za­wia­sów.

– Pu­dło jest cał­kiem spore. Po­sta­wi­łem przed wej­ściem. Za­raz je przy­niosę – od­parł i od­wró­cił się w kie­runku drzwi.

– Za­cze­kaj. – Lori chwy­ciła za rę­kaw jego gład­kiej, przy­jem­nej w do­tyku ko­szuli. – Dasz mu po ko­la­cji, tak jak mó­wi­łeś, a te­raz usiądź.

Adam ob­da­rzył ją za­cie­ka­wio­nym spoj­rze­niem.

– W za­sa­dzie do­brze, że wró­ci­łeś wcze­śniej. Bę­dziesz mógł ra­zem ze mną przy­jąć ostat­nią kan­dy­datkę.

– Jesz­cze z tym nie skoń­czy­łaś? – Uniósł wy­soko brew. – My­śla­łem, że po wczo­raj­szej ba­bie, która przy­znała, że naj­lep­szą me­todą wy­cho­waw­czą jest bi­cie li­nijką, da­jemy so­bie z tym spo­kój.

– Bo da­jemy – za­pew­niła, gdy Adam opa­dał ciężko na miękką sofę, na któ­rej kilka mi­nut wcze­śniej nie­zgrab­nie sie­działa mocno opa­lona blon­dynka z obrzy­dliwą ma­nierą gło­śnego żu­cia gumy. – Dziś jest ostatni dzień, tak po­sta­no­wi­łam. Je­śli ko­lejna dziew­czyna nie bę­dzie po­rządną, cza­ru­jącą młodą damą, to koń­czymy z tym – oświad­czyła z pełną de­ter­mi­na­cją. – I oso­bi­ście za­dzwo­nię do agen­cji, by opie­przyć ich za po­ziom kan­dy­da­tek, które do nas pod­sy­łają. Dra­mat! Jak­byś tylko wi­dział blon­dynę, która wy­szła chwilę temu…

– Ja na­dal twier­dzę, że to nie bę­dzie nic strasz­nego, je­śli na ja­kiś czas wpro­wa­dzi się do nas moja mama. W końcu mó­wimy tylko o wa­ka­cjach. Od wrze­śnia Leon pój­dzie do przed­szkola. Na­wet nie za­uwa­ży­ła­byś jej obec­no­ści, gwa­ran­tuję.

– Twoja matka jest już w ta­kim wieku, że po­winna tylko opa­lać się na pięk­nej plaży i pić drinka z pa­lemką, a nie ga­niać za ener­gicz­nym pię­cio­lat­kiem – za­uwa­żyła, cho­wa­jąc do lo­dówki wino, które wcze­śniej z niej wy­jęła. – Poza tym… – za­wie­siła na mo­ment głos – ona mnie nie znosi – za­koń­czyła szep­tem.

– Nie­prawda! – za­wo­łał Adam, który naj­wy­raź­niej użył nad­ludz­kich mocy do wy­chwy­ce­nia szeptu żony. – Po pro­stu ciężko jej się po­go­dzić z tym, że nie je­steś taka, jaką so­bie cie­bie wy­ma­rzyła – przy­znał z cha­rak­te­ry­styczną dla sie­bie szcze­ro­ścią.

– Po­wiedz wprost – na­ka­zała, sta­wia­jąc na sto­liku przed nim kie­li­szek czer­wo­nego wina, ten sam, który wcze­śniej przy­go­to­wała dla sie­bie – że twoja matka nie może za­ak­cep­to­wać, iż zwią­za­łeś się ze star­szą od sie­bie ko­bietą.

– Co ty opo­wia­dasz, Lauro! Je­steś za­le­d­wie cztery lata star­sza ode mnie. Sia­daj. – Po­kle­pał miej­sce na ka­na­pie obok sie­bie i ujął w palce kie­li­szek. – Tego wła­śnie po­trze­bo­wa­łem, czy­tasz mi w my­ślach, aniele.

– Sama chęt­nie bym się na­piła – przy­znała z pewną nutą roz­cza­ro­wa­nia i usa­do­wiła się wy­god­nie tuż przy mężu.

– To­bie nie wolno. – Po­gro­ził jej pal­cem. – Mój syn jest za mały, żeby po­sma­ko­wać wina. – Palce wol­nej dłoni zbli­żył do brzu­cha Lori, ale ona gwał­tow­nie się od­su­nęła.

– Nie do­ty­kaj. Nie lu­bię tego. Nie pa­mię­tasz?

– Prze­stań – żach­nął się. – Nie­długo już w ogóle za­ka­żesz mi oka­zy­wa­nia ci uczuć.

– Moż­liwe. Zo­ba­czymy.

– Nie drocz się ze mną – wy­chry­piał, ni­skim, sek­sow­nym gło­sem. – Może ja chciał­bym po­gła­skać brzu­szek, w któ­rym mieszka mój syn, i może lu­bię do­ty­kać ciało mo­jej po­nęt­nej, star­szej żonki?

– Prze­stań – po­wtó­rzyła za nim i od­su­nęła się jesz­cze odro­binę, przez co zna­la­zła się już nie­mal na sa­mym krańcu ka­napy. – Skąd taka pew­ność, że to nie bę­dzie dziew­czynka?

– Czuję to. To bę­dzie duży i silny chło­pak. Taki jak Leon – za­pew­nił z prze­ko­na­niem i opróż­nił kie­li­szek.

Od­sta­wił go nie­dbale na blat szkla­nej ławy. Lori ką­tem oka wi­działa, że po ściance wciąż spływa duża czer­wona kro­pla, która wkrótce do­się­gnie stołu i zo­stawi na nim obrzy­dliwe pręgi. Co so­bie o nas po­my­śli ko­lejna kan­dy­datka? – za­sta­na­wiała się. Chciała wstać i po­sprzą­tać: od­sta­wić kie­li­szek do zmy­warki, a kro­plę po wi­nie ze­trzeć pa­pie­ro­wym ręcz­ni­kiem, ale było już za późno, bo w domu roz­legł się dźwięk dzwonka zwia­stu­jący przy­by­cie ko­lej­nej, ostat­niej już, kan­dy­datki.

– Usiądź nor­mal­nie. – Lori spio­ru­no­wała Adama wzro­kiem, na co ten tylko wy­giął usta w za­wa­diac­kim uśmie­chu.

– Do­brze, mamo – skwi­to­wał.

W in­nych oko­licz­no­ściach ko­bieta przy­po­mnia­łaby mu, że przez tego typu tek­sty od razu czuje się tak, jakby miała nie bli­sko czter­dzie­ści lat, lecz sześć­dzie­siąt, a róż­nica ich wieku na­gle zmie­niała się z czte­rech na dwa­dzie­ścia cztery. Za­miast tego tylko spoj­rzała na niego zło­śli­wie i szybko ru­szyła w kie­runku drzwi, aby wpu­ścić ostat­nią kan­dy­datkę.

Jej buty stu­kały po po­sadzce, a ołów­kowa spód­nica ukła­dała na ciele w spo­sób, który do­pro­wa­dzał ją na skraj wście­kło­ści.

Na mo­ni­to­rze przy drzwiach za­uwa­żyła dłu­gie zło­ci­ste włosy i lekko zgar­bione plecy, ukryte pod cien­kim bia­łym swe­ter­kiem.

Ko­lejna głu­pia blon­dynka, po­my­ślała i na­ci­snęła na klamkę.

– Za­pra­szam – oznaj­miła, si­ląc się na życz­li­wość w gło­sie.

W tej sa­mej chwili dziew­czyna, lekko prze­stra­szona, gwał­tow­nie się od­wró­ciła.

– Prze­pra­szam, pa­trzy­łam na pań­stwa ba­sen – po­wie­działa nie­śmiało.

– Tak, wiem. Na wszyst­kich robi wiel­kie wra­że­nie. Wcho­dzi pani czy re­zy­gnuje?

– Prze­pra­szam – po­wtó­rzyła i de­li­kat­nie pod­sko­czyła. – Oczy­wi­ście, że wcho­dzę. I jesz­cze raz przepra­szam – tłu­ma­czyła się jak dziecko przed sro­gim na­uczy­cie­lem, ale Lori zbyła jej pa­pla­ninę mach­nię­ciem dłoni.

– Zdaje się, że jest pani przed cza­sem. – Zer­k­nęła na swój ze­ga­rek na zło­tej bran­so­le­cie. – Nie ma jesz­cze szó­stej, ale to na­wet le­piej. Mój mąż wró­cił wcze­śniej z pracy, bę­dziemy mieli to szyb­ciej z głowy – za­po­wie­działa. – Nie, nie! Bu­tów niech pani nie zdej­muje – za­ko­mu­ni­ko­wała i wska­zała mło­dej dziew­czy­nie kie­ru­nek, gdzie znaj­do­wał się ich prze­stronny sa­lon.

– Dzień do­bry – ode­zwała się blon­dynka.

Do­piero w tej chwili Adam po­pra­wił swoją po­zy­cję z wy­god­nej pół­le­żą­cej na ele­gancki siad, a za­raz po­tem wstał.

– Adam Hal­ler, wi­tam – przed­sta­wił się i wy­cią­gnął w kie­runku dziew­czyny dłoń, a kan­dy­datka de­li­kat­nie ją uści­snęła. – A to moja naj­uko­chań­sza Laura. – Pu­ścił oczko do swo­jej sto­ją­cej pro­sto żony w prze­ko­na­niu, że jest mę­żem na me­dal, skoro już na pierw­szej wi­zy­cie pod­kre­śla przed obcą, atrak­cyjną ko­bietą fakt, że ko­cha swoją żonę.

– Asha – przed­sta­wiła się dziew­czyna. – Asha Za­wadzka.

– Asha? – zdzi­wiła się Lori i usia­dła na fo­telu, są­dząc, że to za­chęci resztę do za­ję­cia nieco bar­dziej wy­god­nych po­zy­cji. – To chyba nie jest pol­skie imię?

– Nie, czy to pro­blem? – od­parła, wciąż sto­jąc.

– Usiądźmy – po­le­cił Adam i do­piero wtedy i on, i mło­dziutka dziew­czyna za­jęli miej­sca.

Pan domu spo­czął tak jak po­przed­nio po pra­wej stro­nie ka­napy, a Asha, choć miała do wy­boru drugi, pu­sty fo­tel, rów­nież wy­brała ka­napę. Do­kład­nie to miej­sce, gdzie kilka mi­nut wcze­śniej spo­czy­wała Lori, a Adam do­bie­rał się do jej ma­łego, cią­żo­wego brzuszka.

– Imię Asha po­cho­dzi z In­dii i jest od­po­wied­ni­kiem pol­skiego imie­nia Anna. Je­śli tak bę­dzie pań­stwu wy­god­niej, to pro­szę zwra­cać się do mnie Anno.

– Nie, ab­so­lut­nie. Nie mamy żad­nego pro­blemu z twoim po­cho­dze­niem, ale nie wy­glą­dasz na ko­goś z In­dii. Te włosy…

– Nie po­cho­dzę z In­dii, chyba… – za­trzy­mała się na krótką chwilę, w któ­rej zer­k­nęła na re­ak­cję Adama. – Zdaje się, że moja mama lu­biła oglą­dać bo­oly­wo­odz­kie ro­manse. Asha ozna­cza osobę, która kie­ruje się ser­cem. Bie­rze od­po­wie­dzial­ność za swoje ży­cie. Jest skru­pu­latna i godna za­ufa­nia.

– Wła­śnie ko­goś ta­kiego szu­kamy – przy­znał Adam, który naj­wy­raź­niej na­gle uznał, że w domu Hal­le­rów jest po­trzebna nia­nia.

– Za­raz, za­raz – przy­sto­po­wała go Lori, gdy do­strze­gła jego de­li­katny, ło­bu­zer­ski uśmie­szek, który spra­wiał, że na­wet w wieku trzy­dzie­stu sze­ściu lat jej mąż miał aurę nie­grzecz­nego chło­paka z col­lege’u. – Bę­dziemy mieli do cie­bie około stu py­tań, mam tu­taj li­stę. – Po­stu­kała się pal­cem wska­zu­ją­cym w głowę. – Chyba ro­zu­miesz, że nie mo­żemy od­dać synka pod opiekę byle komu.

– Oczy­wi­ście. – Ski­nęła głową. – A więc mają pań­stwo syna. Ile on ma lat?

– Cztery – od­parł Adam, ale Lori za­raz we­szła mu w słowo:

– Pięć. Do­słow­nie za mo­ment skoń­czy pięć – do­pre­cy­zo­wała.

– Wspa­niały wiek, ale też bar­dzo trudny.

– Pra­co­wała już pani z pię­cio­lat­kami?

– Tak – przy­znała po­god­nie. – Ostatni chło­piec, któ­rym się opie­ko­wa­łam, skoń­czył w tam­tym mie­siącu sześć lat. Pra­co­wa­łam u jego ro­dzi­ców ład­nych parę lat.

– Dla­czego za­koń­czy­li­ście współ­pracę? – do­cie­kała Lori, nie do­wie­rza­jąc, że los się do nich uśmiech­nął.

– Nie­stety ro­dzina pań­stwa So­uerów się wy­pro­wa­dziła. Pan So­uer do­stał pro­po­zy­cję lep­szej pracy gdzieś za gra­nicą. Je­śli do­brze pa­mię­tam, to w Bo­sto­nie.

– Wspa­niale – wy­mknęło się Ada­mowi. Sie­dział pro­sto, wy­prę­żony, jakby wła­śnie tre­no­wał pozy przed za­wo­dami dla kul­tu­ry­stów. Ko­szula na jego klatce pier­sio­wej, choć była ide­al­nie do­pa­so­wana, to w tym mo­men­cie zda­wała się o je­den roz­miar za mała.

– Za­pro­po­no­wali mi wspólny wy­jazd – cią­gnęła – ale z przy­kro­ścią mu­sia­łam zre­zy­gno­wać. – Nie po­zwo­li­łyby mi na to moje stu­dia, a nie lu­bię nie koń­czyć cze­goś, co już za­czę­łam. Taka za­sada.

– Och, stu­diu­jesz? – do­py­tał Adam, ale Lori mu prze­rwała.

– A to już duży pro­blem. Jak za­mie­rzasz łą­czyć pracę z na­uką?

– Stu­diuję za­ocz­nie. Pe­da­go­gikę – uści­śliła, choć w za­sa­dzie nikt jej o to nie za­py­tał. Była jed­nak mą­drą dziew­czyną i do­brze wie­działa, że taki kie­ru­nek zrobi na ro­dzi­nie wra­że­nie.

– Stu­dia to nie pro­blem. – Adam sprze­ci­wił się żo­nie. – My szu­kamy po­mocy tylko na okres wa­ka­cji, więc je­śli za­li­czy­łaś eg­za­miny w pierw­szym ter­mi­nie, za­kła­dam, że masz te­raz dużo wol­nego czasu.

Po­mógł wy­brnąć dziew­czy­nie z opre­sji, a Lau­rze Hal­ler co­raz bar­dziej to się nie po­do­bało. Za­czy­nała ża­ło­wać, że jej mąż wcze­śniej wró­cił z pracy. Może ta kan­dy­datka rze­czy­wi­ście miała po­ten­cjał – po­rów­nu­jąc ją do dwóch ostat­nich bab: zwy­rod­nialca bi­ją­cego dzieci li­nijką i blon­dynki z umi­ło­wa­niem do żu­cia owo­co­wych gum i po­ka­zy­wa­nia maj­tek – ale dziwne ga­da­nie Adama, jego spoj­rze­nia i po­stawa spra­wiały, że Lori nie była w sta­nie po­czuć choćby cie­nia sym­pa­tii do Ashy.

– Tak, na szczę­ście nie czeka mnie żadna po­prawka. Przy­wią­zuję dużą wagę do ocen i za­li­cza­nia wszyst­kiego w pierw­szym ter­mi­nie. W in­nym wy­padku stra­ci­ła­bym sty­pen­dium, a ono, poza opieką nad dziećmi, jest moim głów­nym źró­dłem utrzy­ma­nia.

– A twoi ro­dzice? – za­in­te­re­so­wała się Laura.

– Nie żyją – od­parła bez żad­nego za­sta­no­wie­nia Asha.

– Prze­pra­szam. – Lori jedną dło­nią za­kryła usta, z któ­rych wy­do­było się to nie­tak­towne py­ta­nie, a drugą uło­żyła na brzu­chu.

– Wy­cho­wa­łam się w domu dziecka, stąd też mogę po­wie­dzieć, że choć mam dwa­dzie­ścia dwa lata, to po­sia­dam prze­szło dwu­dzie­sto­let­nie do­świad­cze­nie w opiece nad dziećmi – za­śmiała się de­li­kat­nie.

– Nie po­win­nam. Jesz­cze raz prze­pra­szam.

– Ach, nie. To nic. Nie mo­gła pani wie­dzieć, a ja nie mam żad­nego pro­blemu, aby o tym mó­wić. Wbrew po­zo­rom wy­cho­wa­nie się w ta­kim miej­scu uczy nas jesz­cze więk­szej po­kory, mi­ło­ści i życz­li­wo­ści niż ży­cie w peł­nej ro­dzi­nie. Nie mia­łam nic na wła­sność, nie dla­tego, że nie chcia­łam. Spra­wiało mi przy­jem­ność dzie­le­nie się i ob­da­ro­wy­wa­nie in­nych wszyst­kim, czym mo­głam. Te­raz da­lej po­ma­gam, z więk­szo­ścią tych dzie­cia­ków utrzy­muję re­la­cje, są dla mnie jak ro­dzeń­stwo. Dzia­łam rów­nież w aka­de­mic­kim wo­lon­ta­ria­cie – opo­wia­dała z wiel­kim za­an­ga­żo­wa­niem, a Laura co­raz sze­rzej otwie­rała oczy.

Miała wra­że­nie, że te­raz wi­dzi przed sobą zu­peł­nie inną dziew­czynę niż ta, któ­rej chwilę wcze­śniej otwo­rzyła drzwi.

– To może przy­niosę pa­niom le­mo­niady? – za­pro­po­no­wał Adam i bez cze­ka­nia na od­po­wiedź pod­niósł się z miej­sca.

Laura na­wet nie zwró­ciła uwagi na to, że idąc do kuchni, jej mąż nie za­brał ze sobą ubru­dzo­nego kie­liszka, który mógł prze­cież przy oka­zji wsta­wić do zmy­warki. Z wiel­kim za­cie­ka­wie­niem wpa­try­wała się w drob­niutką Ashę, która wró­ciła do snu­cia opo­wie­ści, kreu­jąc swój wi­ze­ru­nek na osobę pełną cie­pła, po­kory, skrom­no­ści…

Ema­no­wała de­li­kat­no­ścią. Jej obec­ność wy­peł­niła dom Lori po­czu­ciem spo­koju i na­dzieją, któ­rej wszy­scy do­mow­nicy tak bar­dzo po­trze­bo­wali. Ja­sne włosy dziew­czyny od­bi­jały pro­mie­nie świa­tła, two­rząc au­re­olę wo­kół jej głowy i pod­kre­śla­jąc mło­dzień­cze, jesz­cze nie­roz­bu­dzone na do­bre piękno. W bia­łym swe­terku i sza­rej pli­so­wa­nej spód­nicy wy­glą­dała dziew­częco i nie­win­nie. Trzy­mała uda mocno do­ci­śnięte do sie­bie. Jedną dło­nią pod­sku­by­wała kant spód­nicy, co zdra­dzało za­kło­po­ta­nie i stres. Jej pa­znok­cie były krótko ob­cięte i lekko błysz­czały, praw­do­po­dob­nie po­cią­gnęła je bez­barw­nym la­kie­rem. Niby po­wie­działa, że nie jest dla niej pro­ble­mem opo­wia­da­nie o so­bie i o swo­jej trud­nej prze­szło­ści, a jed­nak jej ner­wowe tiki zda­wały się cał­ko­wi­cie temu prze­czyć. Wy­cho­wała się w domu dziecka, od­trą­cona przez ro­dzi­ców, po­rzu­cona, po­zba­wiona mi­ło­ści, a mimo to tak wiele miała jej w so­bie, że zda­wało się, iż chciała ob­da­ro­wać nią wszyst­kich.

Nie­ocze­ki­wa­nie Lori za­trzę­sła się na swoim sie­dze­niu. Adam na ła­wie przed nią po­sta­wił dwie szklanki wy­peł­nione mocno zmro­żoną le­mo­niadą. Ko­bieta po­czuła się jak wy­bu­dzona z transu. Brzdęk szkla­nek o szklany blat wy­wo­łał na­głe wzdry­gnię­cie.

– Prze­pra­szam, nie chcia­łem prze­stra­szyć mo­jego synka – przy­znał ra­do­śnie i ko­niusz­kami pal­ców mu­snął brzuch Lori. – Pro­szę mó­wić da­lej – zwró­cił się do Ashy. – Żona już tak ja­koś ma, że wszystko ją prze­stra­sza.

– Och, pani jest w ciąży? – do­py­tała aspi­ru­jąca nia­nia. – W ogóle tego nie wi­dać. Ma pani taką do­pa­so­waną spód­nicę.

– Nie­długo już nie bę­dzie mo­gła no­sić ta­kich ob­ci­słych…

– Adam! – syk­nęła za­kło­po­tana Lori. – Mie­li­śmy jesz­cze ni­komu nie mó­wić.

– Ależ to wspa­niała no­wina, po­winni pań­stwo się chwa­lić.

– To świeża sprawa, do­piero szó­sty ty­dzień, a w moim wieku…

– W twoim wieku – te­raz to mąż wszedł jej w słowo – ro­dzi się wspa­nia­łych i sil­nych chłop­ców.

Lori spoj­rzała na szklankę z zim­nym na­po­jem, kro­ple wody spły­wały po ze­wnętrz­nej stro­nie szkła i osa­dzały się na ła­wie w od­le­gło­ści za­le­d­wie kilku cen­ty­me­trów od bor­do­wego śladu po wi­nie. Wkrótce krwawa kro­pla miała wy­mie­szać się z prze­zro­czy­stą, nie­winną kro­pelką orzeź­wia­ją­cej le­mo­niady.

Lori mocno chwy­ciła za szklankę, po­czuła pod pal­cami przej­mu­jący chłód. Za­częła pić łap­czy­wie, pró­bu­jąc w ten spo­sób uspo­koić pę­dzące my­śli. Wraz z każ­dym ły­kiem dźwięki oto­cze­nia za­częły zni­kać, jakby Lori była za­nu­rzona pod wodą. Sły­szała dal­szą roz­mowę Ashy i Adama, ale od­głosy do­cie­rały do niej stłu­mione i jakby od­dzie­lone od rze­czy­wi­sto­ści. Aż w końcu do jej świa­do­mo­ści sku­tecz­nie prze­biła się jedna, cie­niutka, wy­róż­nia­jąca się na tle in­nych nuta:

– Ta­tuś?

Lori do­piero te­raz z gło­śnym stuk­nię­ciem od­sta­wiła opróż­nioną szklankę. Do sa­lonu wbiegł pię­cio­letni Leon. Chło­piec od razu rzu­cił się w ra­miona ojca. Ob­jął go mocno swo­imi drob­nymi rącz­kami.

– Już je­steś?!

– Wró­ci­łem wcze­śniej – oznaj­mił Adam i jedną ręką zmierz­wił jego mięk­kie ciemne wło­ski. – Mia­łem do cie­bie pójść i za­nieść ci pre­zent – ostat­nią część tego zda­nia do­dał szep­tem i z uda­wa­nym prze­stra­chem zer­k­nął na Laurę; w końcu obie­cał, że da sy­nowi mo­del lo­ko­mo­tywy do­piero po ko­la­cji – ale ta miła pani przy­szła z nami po­roz­ma­wiać i nie zdą­ży­łem.

– A co to za pani? – Leon zer­k­nął prze­lot­nie w kie­runku Ashy, a kiedy ich spoj­rze­nia się spo­tkały, za­wsty­dzony szybko wtu­lił głowę w pierś ta­tu­sia.

– Mam na imię Asha – przed­sta­wiła się ła­god­nie. – A ty, mały ka­wa­le­rze? – Ob­da­ro­wała go ser­decz­nym uśmie­chem.

– Leoś – wy­du­kał, wciąż z twa­rzą w ko­szuli.

– Piękne imię – przy­znała. – A w co naj­bar­dziej lu­bisz się ba­wić? Lu­bisz ukła­dać klocki?

Na słowo „klocki” chłopcu od razu roz­bły­sły oczy. Dziew­czyna tra­fiła za pierw­szym ra­zem – przy­znała w du­chu Lori. Pię­cio­la­tek ko­chał klocki i wszel­kiego typu za­bawki, z któ­rych można było coś zbu­do­wać. Był uro­dzo­nym kon­struk­to­rem.

Leon, co­raz od­waż­niej po­zwa­lał so­bie zer­kać na Ashę. Zda­wało się, że jest nią za­cie­ka­wiony. W swo­jej ma­łej nie­win­nej główce szybko skla­sy­fi­ko­wał ją jako osobę miłą i przy­ja­zną.

– Na gó­rze mam ogromny za­mek. O taki! – Ze­sko­czył z ko­lan ojca, twardo sta­nął na pod­ło­dze w swo­ich kap­ciach ze Spi­der-Ma­nem i uno­sząc rękę po­nad li­nię swo­jej głowy, po­ka­zy­wał zgro­ma­dzo­nym, jak wielką wieżę udało mu się zbu­do­wać. – Ma mocne mury, przez które żadne po­twory nie mogą się prze­bić. Chcesz zo­ba­czyć?

– No pew­nie! – za­chwy­ciła się jego po­my­słem. – Ale wiesz, że tak na­prawdę żadne po­twory nie ist­nieją, prawda?

Są tylko po­tworni lu­dzie.

II

– Co o niej są­dzisz?

– O kim? – rzu­cił Adam z no­sem w książce, któ­rej treść cał­ko­wi­cie po­chło­nęła jego uwagę

– No o tej ca­łej As-hy. – Lori nie­na­tu­ral­nie za­in­to­no­wała jej imię.

Stała na progu mię­dzy ich sy­pial­nią a ła­zienką. Ubrana była w sa­ty­nową ko­szulę nocną, któ­rej ko­lor ide­al­nie pa­so­wał do ca­łego wy­stroju sy­pialni. Krótki ko­ron­kowy szla­fro­czek do­da­wał jej uroku i ko­bie­co­ści. Na­wet krem pod oczy wkle­py­wała z nie­zwy­kłą ele­gan­cją.

Adam wy­prę­żył się na du­żym, wy­god­nym łóżku. Trzy­maną w dłoni książkę po­ło­żył okładką do góry na je­dwab­nej koł­drze, która do wy­so­ko­ści mostka okry­wała jego do­brze zbu­do­wane ciało.

– My­ślę, że do­kład­nie ta­kiej niani szu­ka­li­śmy – przy­znał. – Ona jest taka jak Leon – do­dał zde­cy­do­wa­nie ci­szej.

– Nie mów tak – syk­nęła ostro Laura. – Leon jest taki jak my. Nie jak ta biedna dziew­czyna.

– Nie o to mi cho­dziło… – Prze­wró­cił oczami. – Po­win­ni­śmy dać jej szansę, bo wy­daje się wy­jąt­kowo miła i od­po­wie­dzialna. Może być świetną opie­kunką dla na­szego syna. – Spoj­rzał żo­nie pro­sto w oczy.

Laura szybko od­pu­ściła, zer­k­nęła w bok i za­wie­siła wzrok na lampce noc­nej o de­li­kat­nych, zło­co­nych wzo­rach.

– A może… – za­częła nie­pew­nie. Prze­stała wkle­py­wać krem i na mo­ment znowu znik­nęła za ścianą ła­zienki. – A może Asha wpa­dła ci w oko?

– Zwa­rio­wa­łaś! – Jej mąż za­re­ago­wał au­to­ma­tycz­nie. Wsparł się na ra­mio­nach, się­gnął po książkę i odło­żył ją na sto­lik nocny, po czym uklęk­nął na łóżku w sa­mych sli­pach. Jego spoj­rze­nie mó­wiło wię­cej niż ty­siąc słów. – Na ca­łym świe­cie po­doba mi się tylko jedna ko­bieta i je­stem wiel­kim szczę­ścia­rzem, że ona jest wła­śnie ze mną w tym po­koju. – Uśmiech­nął się, uno­sząc przy tym brwi, jakby był za­sko­czony tym, że Laura może mieć ja­kie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści co do jego uczuć.

– Za­py­ta­li­śmy, ile ona ma lat? Prze­cież to jesz­cze dziecko. Wła­śnie dla­tego zła­pała wspólny ję­zyk z Le­onem.

Prze­śli­zgnął spoj­rze­niem po smu­kłej syl­wetce żony, która w jego oczach ema­no­wała zmy­sło­wo­ścią.

– Ja zde­cy­do­wa­nie wolę doj­rzałe ko­biety. – Za­milkł do­słow­nie na se­kundę, ba­da­jąc re­ak­cję żony. – Chodź do mnie – wark­nął gar­dłowo. Wie­dział, jak to na nią działa.

Laura po­czuła, że serce za­biło jej moc­niej, gdy tylko usły­szała jego chryp­nię­cie.

– Po­wiedz to jesz­cze raz.

– Chodź do mnie. – Tym ra­zem po­sta­rał się jesz­cze moc­niej. Jego głos, choć gar­dłowy, brzmiał jak szept, który bu­dził ukryte pra­gnie­nia.

Oczy Laury błysz­czały, a usta drgnęły lekko, gdy wy­dała z sie­bie ci­chy, zmy­słowy od­dech. Wie­działa, że nie ma w so­bie aż tyle od­wagi, aby po­pro­sić go po raz trzeci. Nie wy­trzy­mała. Rzu­ciła się pro­sto w jego ra­miona, a Adam w ułamku se­kundy ścią­gnął z niej ko­ron­kowy szla­frok i pod­wi­nął sa­ty­nową pi­ża­mową su­kienkę.

– Cze­kaj – stęk­nęła pro­sto w jego usta.

– Co jest? – wzdry­gnął się, bo pod­nie­ce­nie bu­zo­wało już w jego ciele.

– Zgaś świa­tło. Mu­simy iść już spać.

*

– Lo­dówka jest pełna, gdy­byś tylko miała na coś ochotę, czę­stuj się śmiało – oznaj­miła Laura, sze­roko otwie­ra­jąc dwu­drzwiową lo­dówkę tuż przed twa­rzą Ashy.

Świa­tło z jej wnę­trza rzu­cało ja­sne re­fleksy na twa­rze obu ko­biet, a przy­jemny chłód wy­do­by­wa­jący się z urzą­dze­nia mu­skał ich ciała, spra­wia­jąc, że Laura miała ochotę w ogóle jej nie za­my­kać.

– Wszystko w po­rządku? – za­py­tała, do­strze­ga­jąc, że blon­dynka na­gle spo­chmur­niała.

Nie­zręczna ci­sza wy­peł­niła kuch­nię.

– Tak, prze-pra­szam – wy­du­kała nie­śmiało dziew­czyna.

– Cią­gle za coś prze­pra­szasz. Je­śli cze­goś się oba­wiasz, po­wiedz, po­sta­ram się po­móc – za­chę­ciła ją Laura.

– Ja po pro­stu… – za­częła i na dłuż­szą chwilę za­wie­siła głos. – Cho­dzi o to – po­cią­gnęła no­sem – że mają pań­stwo taki piękny dom, ba­sen i pełną po brzegi lo­dówkę – wy­mie­niła na jed­nym wde­chu – a to dla mnie no­wość. – Le­ciutko za­drżała i spoj­rzała na swoje białe trampki, jakby w nich szu­kała wspar­cia.

Z bar­ków Laury na­gle spa­dło ja­kieś nie­spre­cy­zo­wane na­pię­cie, które ustą­piło miej­sca na­ra­sta­ją­cej mat­czy­nej tro­sce. Lori Hal­ler od tak dawna żyła w luk­su­sie, że za­czy­nała za­po­mi­nać, iż nie jest to tak oczy­wi­ste w ży­ciu in­nych. Być może wy­po­wiedź mło­dziut­kiej Ashy w pe­wien spo­sób otwo­rzyła jej oczy, które od wielu mie­sięcy pa­trzyły tylko na czu­bek jej wła­snego nosa.

– W ta­kim ra­zie po­pro­szę na­szą go­spo­się, aby przy­go­to­wała dziś naj­lep­szy obiad na świe­cie. Zjesz z nami, prawda? Mąż zwy­kle wraca o szó­stej, i o tej po­rze bę­dzie po­si­łek. Bę­dziemy mieli oka­zję, aby po­roz­ma­wiać o two­ich wra­że­niach po pierw­szym dniu pracy. Leon po­trafi dać w kość.

– Za­uwa­ży­łam, że jest bar­dzo ży­wio­łowy.

– Ha! Ży­wio­łowy? To istny wul­kan ener­gii – przy­znała z po­god­nym uśmie­chem matka chłopca. – Chodźmy – po­pro­siła i ru­szyła przo­dem.

Tego dnia Lori wło­żyła wy­jąt­kowo do­pa­so­waną li­liową su­kienkę ze sztyw­nego ma­te­riału. Grube ra­miączka ide­al­nie przy­le­gały do jej szczu­płych ra­mion, a de­li­katny de­kolt w kształ­cie li­tery „V”, pod­kre­ślał (ale nie w spo­sób na­chalny czy wul­garny) oka­zały biust, który uwa­żała za je­den ze swo­ich naj­więk­szych atu­tów. Może wła­śnie dla­tego dziś wło­żyła tę su­kienkę, nie chciała czuć się gor­sza, ma­jąc w mu­rach swo­jego domu młodą, atrak­cyjną dziew­czynę, nie­ska­laną choćby jedną zmarszczką. Pa­su­jące do sty­li­za­cji kre­mowe szpilki z fio­le­tową po­de­szwą do­peł­niały wi­ze­runku ide­al­nej, za­dba­nej ko­biety z wyż­szych sfer. Buty ryt­micz­nie stu­kały po po­sadzce, wy­zna­cza­jąc kie­ru­nek, w któ­rym po­dą­żała de­li­katna i nie­śmiała Asha.

– Po­każę ci jesz­cze, gdzie jest mój ga­bi­net. Będę cały dzień w domu. Je­śli w cza­sie two­jej pracy mia­ła­byś ja­kie­kol­wiek py­ta­nia albo gdy­byś uznała, że nie ra­dzisz so­bie z na­szym urwi­sem, bę­dziesz mo­gła od razu mi to zgło­sić.

– Czyli pani pra­cuje w domu? – do­py­tała nia­nia, a jej krok prze­mie­nił się w trucht.

Cho­ciaż sama była ubrana w wy­godne dżinsy i buty na pła­skiej po­de­szwie, le­dwo na­dą­żała za dziar­skim tem­pem pani Hal­ler. W do­datku po­sia­dłość jej pra­co­daw­ców była tak wielka, że za­nim prze­szły z prze­pięk­nej kuchni do drzwi ga­bi­netu pani domu, Asha zdą­żyła zła­pać lekką za­dyszkę. Wie­działa jed­nak, że nie bę­dzie to wy­glą­dało do­brze, szcze­gól­nie iż za­trud­niono ją na sta­no­wi­sko, na któ­rym przez cały dzień miała ga­niać za chłop­cem, który na­zy­wany jest „wul­ka­nem ener­gii”. Na jej bla­dej do­tąd twa­rzy po­ja­wił się lekki ru­mie­niec wska­zu­jący na jej za­wsty­dze­nie. Gło­śno prze­łknęła ślinę i w pełni sku­piła się na uspo­ko­je­niu swo­jego przy­spie­szo­nego od­de­chu.

– Za­pra­szam – oznaj­miła Laura, otwie­ra­jąc drzwi swo­jego ga­bi­netu, i ru­chem dłoni na­ka­zu­jąc, aby dziew­czyna we­szła do środka jako pierw­sza. – To wła­śnie moje kró­le­stwo. A w od­po­wie­dzi na twoje py­ta­nie: tak, zde­cy­do­waną więk­szość czasu mo­jej pracy spę­dzam w domu, w tym nie­wiel­kim ga­bi­ne­cie.

– Nie­wiel­kim! – wy­rwało się z ust Ashy i szybko tego po­ża­ło­wała. Może nie po­winna zdra­dzać, że w ogóle nie pa­suje do tego domu. – Jest cu­downy – do­dała, ma­rząc o tym, aby wy­ma­zać to pierw­sze nie­for­tunne wra­że­nie. Zbli­żyła się do jed­nej z szaf sto­ją­cych przy drzwiach i przyj­rzała się uważ­nie ko­lo­ro­wym przed­mio­tom w ga­blo­cie.

– Hmm, zdaje się, że je­steś wy­jąt­kowa, Asho. Każda osoba, którą do­tych­czas wpu­ści­łam do mo­jego ga­bi­netu, naj­pierw pod­cho­dziła do znaj­du­ją­cego się tu­taj in­stru­mentu – przy­znała życz­li­wie Laura.

– Prze­pra­szam. – Wzdry­gnęła się, zu­peł­nie igno­ru­jąc pierw­szą część zda­nia i okre­śle­nie jej mia­nem wy­jąt­ko­wej. W in­nym wy­padku mu­sia­łaby przy­znać, że nikt wcze­śniej tak o niej nie po­wie­dział.

– Na Boga! – za­śmiała się gło­śno Laura i w te­atralny spo­sób wznio­sła dło­nie wy­soko nad głowę. – Dziew­czyno, prze­stań już mnie prze­pra­szać, bła­gam. – Pani Hal­ler nie prze­sta­wała się śmiać, wła­śnie dla­tego na­wet Asha po­zwo­liła so­bie na gło­śniej­szy chi­chot.

– Wszystko tu­taj robi nie­by­wałe wra­że­nie i ta szafa, i for­te­pian, i to zdo­bione biurko – wy­mie­niała dziew­czyna.

W sercu ga­bi­netu stał im­po­nu­jący in­stru­ment. Nic dziw­nego, że do­tąd każdy, kto wcho­dził do tego po­miesz­cze­nia, za­chwy­cał się nim w pierw­szej ko­lej­no­ści. Jego kor­pus wy­ko­nany był z ciem­nego drewna dę­bo­wego o głę­bo­kim, lśnią­cym od­cie­niu. Miał wy­so­kie, błysz­czące kla­wi­sze z czar­nego i bia­łego drewna, uło­żone w cha­rak­te­ry­styczny dla for­te­pia­nów układ okta­wowy. Spo­glą­da­jąc w jego kie­runku, od razu można było so­bie wy­obra­zić, jak pani domu za­siada na do­łą­czo­nym do niego stołku, o ta­kim sa­mym pięk­nym, czar­nym wy­koń­cze­niu, i wy­peł­nia prze­strzeń wspa­niałą graną me­lo­dią.

Mimo wszystko, gdy Asha we­szła do po­koju, to nie for­te­pian jako pierw­szy przy­cią­gnął jej uwagę, a wy­so­kie szafy wy­peł­nione po brzegi książ­kami po­świę­co­nymi hi­sto­rii mu­zyki, od an­tycz­nych cza­sów po współ­cze­sność, a także pły­tami z róż­nych epok i z róż­no­rod­nymi ga­tun­kami mu­zycz­nymi. Wi­dok se­tek płyt wi­ny­lo­wych, CD i ka­set ma­gne­to­fo­no­wych ro­bił wra­że­nie na­wet na naj­bar­dziej nie­wraż­li­wych na sztukę i piękno ob­ser­wa­to­rach.

Obok for­te­pianu na ścia­nach wi­siały stare fo­to­gra­fie z kon­cer­tów oraz ta­kie, które upa­mięt­niały naj­bar­dziej zna­czą­cych w świe­cie mu­zyki ar­ty­stów. Po dru­giej stro­nie po­koju na wą­skim biurku pię­trzyły się ze­szyty. W ką­cie ga­bi­netu stał stary gra­mo­fon.

– A więc jest pani mu­zy­kiem… – za­ga­iła Asha. Nie po­tra­fiła jesz­cze zgad­nąć, jaką dzie­dziną sztuki zaj­muje się jej pra­co­daw­czyni.

Bio­rąc pod uwagę wy­po­sa­że­nie ga­bi­netu, rów­nie do­brze mo­gła być świa­to­wej klasy pia­nistką, znaw­czy­nią hi­sto­rii mu­zyki, która wy­kłada na uni­wer­sy­te­cie, lub za­go­rzałą ko­lek­cjo­nerką, zbi­ja­jącą for­tunę na wy­szu­ki­wa­niu i sprze­daży naj­rzad­szych, uni­ka­to­wych przed­mio­tów na­le­żą­cych do po­pu­lar­nych ar­ty­stów. Mo­gła być rów­nież każdą z tych trzech osób jed­no­cze­śnie. A bio­rąc pod uwagę ogromną for­tunę, ja­kiej do­ro­bili się pań­stwo Hal­le­ro­wie, wła­śnie ta opcja wy­da­wała się Ashy naj­bar­dziej praw­do­po­dobna.

– Nie na­zwa­ła­bym sie­bie mu­zy­kiem. Już bli­żej mi do pi­sarki niż do mu­zyka – po­wie­działa Laura i bacz­nie przy­glą­dała się re­ak­cji dziew­czyny. – Je­stem tek­ściarką, au­torką tek­stów pio­se­nek – przy­znała wresz­cie, od­sła­nia­jąc wszyst­kie karty. – Cza­sem też kom­po­nuję, ale ostat­nio o wiele rza­dziej niż kie­dyś. For­te­pian jest w za­sa­dzie tylko ta­kim szy­kow­nym do­dat­kiem, dzięki niemu mogę coś tam so­bie po­grać, żeby ła­twiej do­pa­so­wać słowa do me­lo­dii i struk­tury mu­zycz­nej.

– O rety – wy­mknęło się z ust Ashy. – Pro­szę wy­ba­czyć mi moją wścib­skość, ale jak to moż­liwe, że pi­sze pani tek­sty, ale nie na­zywa sie­bie mu­zy­kiem? Czyli nie śpiewa pani pio­se­nek, które na­pi­sze?

– Do­kład­nie. – Lori lekko ski­nęła głową. – In­nym wy­cho­dzi to o wiele le­piej. Poza tym nie zna­la­zła­bym w so­bie tyle od­wagi. Moja praca w rze­czy­wi­sto­ści jest mniej przy­jemna i fa­scy­nu­jąca, niż mo­głoby ci się wy­da­wać. Nie mam rze­szy fa­nów ani ko­chan­ków w każ­dym mie­ście.

– Nie, ja nic ta­kiego nie po­wie­dzia­łam. Na­wet przez myśl mi to nie prze­szło. Musi pani bar­dzo ciężko pra­co­wać i mieć ogromną wy­obraź­nię – za­uwa­żyła, ale Lori nie za­mie­rzała przy­znać jej ra­cji.

– Wy­obraź­nia to naj­mniej istotny aspekt tej pracy. – Pani domu opa­dła ciężko na sto­łek przed for­te­pia­nem, sta­wała się co­raz bar­dziej znu­żona. Jedną dłoń uło­żyła na brzu­chu i z przy­zwy­cza­je­nia dwu­krot­nie go po­gła­skała. – O wiele waż­niej­sze jest zro­zu­mie­nie struk­tury mu­zycz­nej, me­lo­dii i rytmu, tak by tekst pa­so­wał do kom­po­zy­cji. Każ­dego dnia mu­szę śle­dzić ak­tu­alne trendy, a wierz mi, one zmie­niają się jak w ka­lej­do­sko­pie.

Asha słu­chała uważ­nie. Zda­wała so­bie sprawę, że któ­re­goś dnia pra­co­daw­czyni może zwe­ry­fi­ko­wać jej pil­ność, ale w mię­dzy­cza­sie jej spoj­rze­nie cały czas ucie­kało na ol­brzy­mie zbiory płyt i ksią­żek. Te­raz, kiedy już wie­działa, czym zaj­muje się Laura Hal­ler, każdy z tych przed­mio­tów na­bie­rał więk­szego zna­cze­nia.

– Strasz­nie dużo tu­taj płyt Me­lody Rain. Dla niej też pani pi­sała? – ośmie­liła się za­py­tać.

– Je­steś fanką Me­lody? – za­śmiała się pani Hal­ler. – Oczy­wi­ście, że je­steś. Każda dziew­czyna w twoim wieku ją uwiel­bia.

Asha lekko się uśmiech­nęła. Wresz­cie po­czuła się swo­bod­nie w to­wa­rzy­stwie swo­jej pra­co­daw­czyni, za­uwa­ża­jąc, że może być bar­dziej wraż­liwą i em­pa­tyczną osobą, niż pier­wot­nie ją oce­niła.

– Uwiel­biam ją, a tek­sty jej pio­se­nek… są po pro­stu ge­nialne – od­po­wie­działa Asha.

– Jesz­cze kilka lat temu na pewno mia­łaś ko­szulkę z jej po­do­bi­zną albo ogromny pla­kat za­wie­szony nad łóż­kiem, prawda?

Asha nie­mal za­nie­mó­wiła.

– Tak, to prawda – przy­znała, czu­jąc ru­mie­niec roz­le­wa­jący się na jej po­licz­kach. – Nie są­dzi­łam, że tak ła­two mnie roz­szy­fro­wać.

– Nie przej­muj się, ja po pro­stu mam taki ta­lent. Gdy­bym go nie miała, to nie by­ła­bym w sta­nie tak ła­two od­czy­tać, co gra w du­szy Me­lody, i do­kład­nie o tym na­pi­sać dla niej tek­sty. A te­raz po­zwól, że prze­rwiemy tę bar­dzo miłą po­ga­wędkę. Mój ma­miny in­stynkt pod­po­wiada, że Leon za­raz się obu­dzi, więc je­śli nie masz na ten mo­ment żad­nych py­tań, pójdźmy się z nim przy­wi­tać.

– Czy chło­piec zo­stał uprze­dzony, że może się mnie spo­dzie­wać?

– Oczy­wi­ście – za­pew­niła Lori.

Jej ele­ganc­kie szpilki znowu ryt­micz­nie stu­kały w po­sadzkę, gdy wy­szły z po­miesz­cze­nia. Po rozmowie w ga­bi­ne­cie Asha za­częła po­dej­rze­wać, że Laura spe­cjal­nie wy­biera wła­śnie ta­kie obu­wie.

To ar­tystka, cały czas jest w pracy, za­uwa­żyła w my­ślach dziew­czyna.

– Cho­ciaż sama wiesz, jak to jest z dziećmi w jego wieku. Wczo­raj długo z nim o tym roz­ma­wia­łam, ale dziś może już o ni­czym nie pa­mię­tać – ode­zwała się na­gle Lori.

*

– Szkra­bie – szep­nęła Laura, ostroż­nie uchy­la­jąc drzwi do chło­pię­cego po­koju miesz­czą­cego się na pię­trze.

– Je­steś! – Źre­nice Le­ona się roz­sze­rzyły. Szybko ze­sko­czył z łóżka i pod­szedł do obu ko­biet.

– Oczy­wi­ście, za­wsze będę przy to… – za­częła i za­marła.

Nie ro­zu­miała, co wła­śnie się dzieje.

Pię­cio­la­tek, jakby zu­peł­nie jej nie za­uwa­ża­jąc, mocno chwy­cił Ashę za rękę i po­cią­gnął w kie­runku jed­nego ze sto­ją­cych na sza­fie pu­deł.

– Zbu­du­jemy wielki za­mek, a póź­niej wspól­nie wy­my­ślimy plan, jak obro­nić go przed na­wet naj­groź­niej­szymi po­two­rami, tak? – za­py­tał pe­łen en­tu­zja­zmu, a wy­raz twa­rzy Ashy zdra­dzał, że jest rów­nie za­sko­czona po­zy­tywną re­ak­cją chłopca, co jego matka.

Pani Hal­ler gło­śno prze­łknęła ślinę, a wraz z nią miała wra­że­nie, że po­łyka pęcz­nie­jącą w jej gar­dle gulę.

– Naj­pierw trzeba umyć rączki i bu­zię, tak jak cię uczy­łam. Póź­niej zjeść śnia­da­nie – po­le­ciła syn­kowi.

To prze­cież ja je­stem twoją mamą – po­my­ślała. To mnie po­wi­nie­neś uści­snąć jako pierw­szą.

W jej gło­wie z całą mocą za­pa­liła się czer­wona lampka. Lori za­czy­nała mieć co­raz po­waż­niej­sze wąt­pli­wo­ści, czy tak szyb­kie za­trud­nia­nie niani to był do­bry po­mysł. Może po­winna po­słu­chać Adama i zgo­dzić się na krótką po­moc jego matki? Może wy­kań­cza­łaby ich psy­chicz­nie, ale cho­ciaż chło­piec z całą pew­no­ścią by ro­zu­miał, że to Laura jest naj­uko­chań­szą i naj­wspa­nial­szą ko­bietą na ziemi.

Leon spoj­rzał na matkę spod byka, ale Asha szybko to wy­chwy­ciła.

– My­cie rą­czek i buzi to wspa­niała sprawa. Na­uczę cię pio­senki o chłopcu czy­ścioszku, do­brze?

Ja­sne! Jesz­cze niech się okaże, że ta cała Asha pi­sze lep­sze tek­sty pio­se­nek ode mnie.

– Świetny po­mysł, ko­chana! – za­wo­łała Laura wbrew temu, co na­prawdę od­zy­wało się w jej gło­wie. – Zo­sta­wię was już sa­mych. W ra­zie czego wiesz, gdzie mnie szu­kać.

Asha lekko kiw­nęła głową.

– Ży­czę ci mi­łego dnia, synku. Gdy­byś tę­sk­nił za ma­mu­sią, to od razu do mnie przy­bie­gnij. – Po­słała Le­onowi pro­mienny uśmiech.

Na szczę­ście chło­piec go od­wza­jem­nił. Może jesz­cze nie wszystko było stra­cone.

– Je­śli ca­łość bę­dzie się ukła­dać, to wi­dzimy się o szó­stej. Za­pro­sze­nie na obia­do­ko­la­cję wciąż jest ak­tu­alne – oznaj­miła i po ci­chu wy­szła. Na­wet jej ob­casy nie po­wo­do­wały już tak gło­śnego stu­kotu, kiedy scho­dziła po scho­dach.

Po­woli sta­wała się ci­szą. Nie­wi­dzialną, za­po­mnianą istotą.

Po paru chwi­lach twardo opa­dła na wy­godny ob­ro­towy fo­tel w swo­jej pra­cowni. Chwy­ciła za je­den z ze­szy­tów pię­trzą­cych się na jej biurku. Otwo­rzyła go mniej wię­cej w po­ło­wie i spoj­rzała w pu­stą kartkę.

Czas na nową pio­senkę.

Re­dak­cja: Mag­da­lena Gonta-Bier­natKo­rekta: Alek­san­dra Wroń­skaPro­jekt okładki: To­masz Bier­natSkład: To­masz Bier­nat

Co­py­ri­ght by Ca­the­rine Re­iss 2025Co­py­ri­ght for the Po­lish Edi­tion by Wy­daw­nic­two Nocą,War­szawa 2025

Druk i oprawa:Abe­dik S.A.

ISBN: 978-83-68037-69-2

WYDAW­NIC­TWO NOCĄul. Fi­li­piny Pła­sko­wic­kiej 46/8902-778 War­szawaNIP: 9512496374www.wy­daw­nic­two­noca.ple-mail: kon­takt@wy­daw­nictwonoca.pl