Martwe zwierzęta - Marie Tierney - ebook + audiobook

Martwe zwierzęta ebook

Marie Tierney

0,0
52,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

„WYJĄTKOWE POD KAŻDYM WZGLĘDEM MARTWE ZWIERZĘTA TO SZOKUJĄCO PIĘKNY, RZADKI I ROZDZIERAJĄCY SERCE KLEJNOT. HISTORIA ZARÓWNO WSTRZĄSAJĄCA, JAK I ZNAKOMICIE OPOWIEDZIANA. NAPRAWDĘ NIE MOGĘ JEJ WYSTARCZAJĄCO POLECIĆ.” – CHRIS WHITAKER

Ava Bonney obsesyjnie interesuje się rozkładem zwierzęcych zwłok. Droga, przy której mieszka, regularnie dostarcza jej materiałów do badań, a nocą uwielbia zaciągać najnowsze znaleziska do swojej kryjówki niedaleko jezdni i tam je opisywać.

Pewnej nocy na swojej drodze odnajduje ciało kolegi, Mickey’a Granta. W obawie, że ktoś odkryje jej sekretny rytuał, wykonuje anonimowy telefon na policję. Gdy sprawa zostaje przekazana detektywowi Sethowi Delahayemu, Ava się nie wycofuje, bo z jej sennego miasteczka w południowym Birmingham znikają kolejni nastolatkowie.

Jak trudno jest namierzyć zabójcę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 425

Rok wydania: 2025

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Marie Tierney mieszka w The Fens z mężem,

synem i dwoma kotami.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mojemu mężowi Steve’owi oraz synowi Joe’owi

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W każdym z nas siedzi więcej niż jeden człowiek.

 

Margaret Atwood, Kocie oko

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

 

 

 

Rozdział 1

 

 

 

Połowa maja 1981 roku, Rubery, południe Birmingham

 

KIEDYWSZYSTKOZATOPIŁOSIĘWEŚNIE, Ava wiedziała, że nadszedł czas. Wysunęła się z łóżka i znieruchomiała po dotknięciu stopami podłogi. Jej młodsze siostry nawet nie drgnęły, słyszała tylko cichutkie chrapanie. W nocy chodziło właśnie o to, by przestać myśleć i pozwolić się prowadzić instynktom. Musiała działać błyskawicznie i zwinnie. Wczesne godziny upływały szybko, po czym nadchodził wschód słońca. Ciemność nie była absolutna, jedynie monochromatyczna, ale noc pozostawała jej sojuszniczką i nigdy nie wyrządziła jej krzywdy.

W ciemności jej źrenice były matowo czarne i rozszerzone. Przekrzywiła głowę na bok i nasłuchiwała. Docierało do niej tylko tykanie zegara. Mama spała w pokoju na końcu korytarza. Jedynie Ava nie pozostawała pogrążona we śnie.

Podreptała w stronę frontowych drzwi. Sięgnęła po płaszcz, ale postanowiła go nie wkładać: poliestrowa podszewka za bardzo szeleściła. Żadnych butów – te były nieelastyczne, hałaśliwe. Wsunęła nogawki spodni od piżamy w skarpetki. Grube skarpety pozwalały na ciche poruszanie się. Po odsunięciu kciukiem zasuwki powoli otworzyła drzwi.

Gdy wyszła na galerię, owiało ją zimne powietrze. Wsunęła kawałek papieru między drzwi a framugę. Choć zasuwka była odblokowana, Ava nie mogła ryzykować, że ktoś ją przyłapie albo że drzwi zostaną zamknięte. Żadnego księżyca ani mgły, a ziemia była sucha jak spieczona kość. Gdzieś w oddali pies szczekał na niewidocznego intruza. Ava poruszyła nosem – benzyna, ziemia, skały. Skóra ją mrowiła, a żołądek zaciskał się w oczekiwaniu i ekscytacji na myśl, że będzie sama, na zewnątrz i w ciemności.

Front zbudowanego w rowie galeriowca wychodził na Quar­ry. Skierowała się w stronę głównych schodów, gdzie śmierdziało papierosami i tłuszczem, a ciemność się pogłębiała. Nawet nie brała pod uwagę głośnej windy. Ava narzuciła na siebie płaszcz, wymacała w kieszeni naostrzony z dwóch stron niebieski ołówek, zza wielkiego metalowego kosza wyjęła swoją Czerwoną księgę i wyszła na plac przed budynkiem. Weszła pomiędzy gałęzie złotokapu, które otulały niski mur wokół posesji, a następnie zbliżyła się do luki, skąd miała widok na ulicę, cichą niczym opuszczony plan filmowy. Latarnie rzucały na otoczenie bladą poświatę, a w tym wszystkim czuć było dziwny spokój.

Ava się rozejrzała i nie dostrzegła żadnych ludzi ani zwierząt. Przeskoczyła mur, kucnęła, po czym pobiegła do schronienia w budce telefonicznej stojącej na rogu następnej ulicy. Zarzuciła kaptur na głowę. Była ciemnością w ciemności, co czyniło ją niewidzialną.

Zakradła się do szarych apartamentów, a konkretnie do ostatniego budynku, z którego po zeszłorocznym pożarze została zaledwie wypalona skorupa. Miał być wyburzony, nadal jednak stał, a jego ściany podparto rusztowaniami. Najbliższy obszar odgrodzono zaś wysokim, drewnianym płotem. Dzieci unikały tego miejsca, bo myślały, że jest nawiedzone, a dorośli trzymali się z daleka, bo było tu po prostu niebezpiecznie. W ogrodzeniu, blisko fragmentu, gdzie niegdyś znajdowało się wejście, widniała dziura, a Ava się przez nią przecisnęła. Popędziła przez skorupę budynku w stronę podwórka, gdzie powietrze wypełniały zapach ściółki i łagodniejsza wersja smrodu odczuwalnego przez ostatni tydzień w całej dzielnicy. Znajdował się tam mały kawałek trawnika, otoczony stertami gruzu i popiołu. Żółte światła dolatujące z drogi A38 nadawały ogrodowi odcień sepii.

Na ziemi dało się dostrzec sierpowaty kształt stworzony z szeroko porozkładanych gałęzi, przy niektórych leżały przedmioty: małe kartonowe pudełko, kawałek drewna oraz metalowa miska. Wszystkie te rzeczy całkowicie albo częściowo przykrywały szczątki martwych zwierząt. Pozostałe, w pełni odsłonięte, były wystawione na działanie żywiołów. Kilka lat temu, by zaspokoić swoją ciekawość martwymi istotami, Ava stworzyła tajną farmę zwierzęcych trupów, które zginęły na drodze. To było jednocześnie cmentarzysko i laboratorium, a ten konkretny obszar został całkowicie odgrodzony, bo gdyby miejscowe dzieciaki odnalazły poukładane tak blisko siebie kości, w dodatku z etykietkami zrobionymi na patyczkach po lizakach, wywołałoby to wielkie poruszenie. Właśnie dlatego większość została rozrzucona po całym terenie, a Ava układała je tak, by wyglądały, jakby zdechły naturalnie. Do każdego osobnika chodziła raz w tygodniu, by zapisywać wyniki obserwacji w swojej Czerwonej księdze. Notowała, jak rozkłada się mięso w wodzie, o ile szybciej dzieje się to na powietrzu, o ile wolniej pod ziemią; czy temperatura spowalniała proces, czy go przyspieszała; czy zwłoki rozkładały się szybciej pod betonem, czy pod kartonowym pudełkiem; pisała o wpływie warunków atmosferycznych oraz czasie aktywności insektów oraz jaką rolę odgrywały w rozkładaniu zwłok do samych kości. Na koniec każdego badania zawsze cytowała modlitwę królików z Wodnikowego wzgórza[1], bo według niej jako jedyna była stosowna do prośby, by każde z tych zwierząt mogło spocząć w pokoju.

W tym miejscu jej eksperymenty były bardziej skoncentrowane i prowadzone w odosobnieniu. Szybko przemieszczała się między gałęziami, była niczym ćma żywiąca się makabrycznym nektarem. Unosiła kolejno każdy przedmiot i sprawdzała, co znajdowało się pod spodem, by zanotować postęp. Nigdy nie widziała, jak śmierć zachowywała się w nocy, dlatego korzystała z tej okazji i obserwowała wszystko w nieruchomej ciszy przerywanej od czasu do czasu przez przejeżdżający drogą samochód. Siedziała plecami do światła, szybko notując swoje odkrycia w Czerwonej księdze.

Kilka tygodni wcześniej znalazła na Quarry martwą żmiję. Jeszcze nigdy nie miała pod obserwacją żadnego gada, dlatego zabrała ją do swojego dziwnego laboratorium. Pod wpływem powietrza w ciągu kilku tygodni skóra węża obeschła, złuszczyła się i została rozwiana przez wiatr, a reszta z czasem skostniała. Świeciła się niczym wyrzeźbiona w kości słoniowej wstęga Möbiusa[2].

Po ukończeniu zadania w odgrodzonej części, ze świadomością, że będzie musiała wrócić w ciągu dnia, by pochować obiekty swoich badań, Ava postanowiła przyjrzeć się swojemu wyjątkowemu okazowi, położonemu kilka metrów dalej. Zagłębiła się w krzewy jeżyn, których kolce drapały skórę na jej rękach. Wyjrzała z ukrycia na wzniesienie nasypu, za którym znajdowała się wielka droga. Czuła smród spalin i odór gnijącego mięsa. Znajdowała się blisko słabo widocznego miejsca, które odkryła zeszłej jesieni, gdzie nie zapuszczały się żadne dzieciaki, bo i po co? Było w rogu nasypu spotykającego się z ogrodzeniem zdziczałego ogrodu otaczającego opuszczony dom, schowane za krzewami jeżyn tuż koło głośnej drogi. To naprawdę dobre miejsce do ukrywania różnych rzeczy i właśnie dlatego tak bardzo ryzykowała, żeby zobaczyć swoje ostatnie znalezisko.

Była niezwykle wyczulona na subtelne zmiany ciśnienia, co przypominało jej, by zachować ostrożność. Sięgnęła do kieszeni, w której trzymała naostrzony niebieski ołówek, i to ją uspokoiło. Z położonych nieopodal szpitali psychiatrycznych nieustannie uciekali mityczni szaleńcy. Tylko dlatego, że dookoła nie widać ludzi, nie oznaczało, że ich tam nie ma. Ale nie czuła się obserwowana, nie miała wrażenia, jakby na plecach ciążyło jej oceniające spojrzenie.

A Ava się nie bała, bo niemożliwym było, by skrzywdziły ją jej obiekty badań. W końcu były martwe.

Wiadukt zabijał zwierzęta każdego dnia, tak samo jak droga Bristol Road South, którą się do niego dojeżdżało. Zwierzęta dzikie i domowe stawały się ofiarami nieustannego, intensywnego ruchu drogowego. Metalowe stwory wypluwały na bok futrzane zwłoki, zbyt szybko, by je wystarczająco przetrawić. Niektóre ginęły na oczach przerażonych pieszych, inne bardziej na obrzeżach. Ava zwykła płakać, gdy trafiała na zniekształcone szczątki, ale teraz jej wrodzona dociekliwość dusiła wszelkie dziecięce sentymenty.

W ciągu ostatnich miesięcy zwierząt ginęło jednak mniej. Ava wątpiła, że chodziło o słabszy ruch na drodze, bo ten się wręcz nasilił. Czasami gdzieniegdzie dostrzegała dowody śmierci – plamy krwi albo kępki futra – ale brakowało ciał. Właśnie dlatego jej ostatnie znalezisko było takie ważne.

Odkryła je dwa tygodnie temu i był to największy okaz, jaki widziała, odkąd zaczęła prowadzić badania: samiec lisa (vulpes vulpes – sto siedemdziesiąt kości, czterdzieści dwa zęby), porzucony w nienaruszonym stanie na nasypie. Ava znalazła go niedługo po jego śmierci.

Popędziła w stronę rogu z nisko pochyloną głową, bo nie chciała, by na jej bladą twarz padło jaskrawe światło. Skryła się pod łukiem utworzonym przez gałęzie i odnalazła lisa dokładnie tam, gdzie go zostawiła: rozciągniętego na ubitej ziemi, jakby wylegiwał się w słońcu. Smród był naprawdę mocny, miała wrażenie, jakby była w stanie go dotknąć. Zmarszczyła czoło. Owszem, w zeszłym tygodniu było ciepło, ale nie na tyle, by odór stał się aż tak intensywny. Lis to największe stworzenie, jakie kiedykolwiek odnalazła, ale fetor wydawał się zbyt dokuczliwy, by pochodził tylko z zapadających się zwłok.

Ava zauważyła, że brązowe kokony pozostawione po larwach są rozsiane po ziemi niczym łuski po nabojach. Tkanka na głowie i kończynach lisa była wysuszona, a w miejscach, gdzie ciało popękało, siedziały ćmy i chrząszcze. Dookoła widziała zbyt wiele zielonych padlinówek: owszem, zimno je spowalniało, ale jak na noc i poziom zaawansowania rozkładu zwłok było ich zwyczajnie za dużo. Błyszczące, zielone lucilia caesar nie interesowały się zmumifikowanymi resztkami, preferowały soczystszą ucztę, gdzie mogły składać jaja. Coś było nie tak.

Ava przeniosła ciężar ciała tak, by uniknąć skurczy w nogach, i właśnie wtedy doświadczyła najintensywniejszego uderzenia smrodu rozkładu. Jej oczy, które w końcu przywykły do półmroku, podążyły za pochodem grabarzy oraz chrząszczy z rodziny kusakowatych kierującym się w stronę ich manny z nieba. Wiodła spojrzeniem coraz dalej i wtedy go zobaczyła.

Mickey Grant.

Czternastoletni Mickey Grant zaginął dwa tygodnie temu. Jego szkolna fotografia pojawiała się w każdym programie informacyjnym, każdego dnia, w telewizji lokalnej i ogólnokrajowej. Zniknął tak nagle, jakby przestał istnieć. Podejrzewano, że może uciekł, w końcu nastoletni chłopcy czasami uciekali. Możliwe, że przebywał z rodziną za granicą. Dorośli mówili, że przecież to naprawdę rzadkie, żeby porywano chłopców, w końcu to dziewczynki były zawsze głównym celem kidnaperów. Rzecz w tym, że od dyskoteki w Deelands Hall, która odbyła się dwa piątki temu, nikt Mickeya nie widział. Ava znała go jako nieprzyjemnego chłopca, dręczyciela, obok którego nie można było przejść bez jakiegoś złośliwego komentarza. Gdy zaginął, Ava się tym nie przejęła.

Ale Mickey nie uciekł i nie był bezpieczny z jakąś daleką rodziną z zagranicy. On nie żył. Leżał tu powyginany niczym porzucony strach na wróble. Jego ciało wiło się od robaków, które poruszały się na nim faliście, unosiły je, gdy zaczerpywały powietrza przed zanurzeniem się w śmierdzące zwłoki. Z ciała sączyły się gęste soki. Niegdyś blond włosy były nimi poplamione.

Ava się nie bała. Nie była dziewczyną, która krzyczała, nawet gdy ktoś ją uderzył. Teraz jednak szukała w sobie paniki, przerażenia albo obrzydzenia, a odnalazła jedynie bezużyteczne współczucie. Zapisała w głowie obraz jego ciała i zarejestrowała całą scenę, by odtworzyć wszystko w swojej Czerwonej księdze. Nie było go tu dwa tygodnie temu. Nie został tu zabity, jedynie porzucony.

Ciało było w zaawansowanym stanie gnicia, choć Ava oceniła, że wcześniej musiał być trzymany w stosunkowo chłodnym miejscu, nie miała jednak doświadczenia z tak dużymi i pozbawionymi futra okazami. Żałowała, że nie ma pochodni. Przesunęła się, by się oddalić od epicentrum odoru – gnijące ludzkie mięso cuchnęło bardzo intensywnie, smród niemal lepił się do ubrań i włosów. Po powrocie do domu nie zdołałaby zamaskować go perfumami mamy.

Była w stanie dostrzec znajome koliste rany na jego przedramieniu – wyraźne ślady po ugryzieniach przez człowieka. W powietrzu oprócz woni gnijących zwłok czuć było też morderstwo. Mickey Grant stał się padliną, taką samą jak leżący nieopodal lis. Cała trójka tworzyła ponury obraz. Jego rodzice będą załamani, pomyślała Ava, a wydawali się tacy sympatyczni. Został tu porzucony celowo, tak jakby osoba, która go zamordowała, wiedziała, że znajduje się tu kryjówka idealna do umieszczenia w niej najgorszych tajemnic. Martwe obiekty były ciężkie i niepomocne, gdy chodziło o zmianę ich lokalizacji. Dziewczyna się rozejrzała i nigdzie na trawiastym nasypie nie dostrzegła miejsca, w którym mógł się ukryć zabójca.

Choć zdrowy rozsądek podpowiadał jej, że sprawca dawno odszedł i na pewno nie obserwuje w środku nocy dziewczynki przebywającej w miejscu, gdzie nie powinno jej być, poczuła, że już czas na powrót do domu.

Ava szybko zmówiła znów modlitwę królików nad truchłem zwierzęcia i zwłokami Mickeya. Przypomniała sobie dobre rzeczy na jego temat – na przykład to, jak głaskał każdego kota na ulicy i uśmiechał się, wyprowadzając na spacer swojego psa, Starsky’ego.

Następnie wycofała się z dołu.

Zatarła swoje ślady gałązką. Odciski stóp nie oznaczały niczego dobrego, nawet jeśli jej były naprawdę małe jak na trzynastolatkę, a na świecie żyło sporo takich trzynastolatków. Uciekła z kryjówki, a dzięki adrenalinie nie myślała o niczym innym, dopóki nie zaczerpnęła oddechu, skrywając się za budką telefoniczną. Na numer alarmowy można było dzwonić za darmo i wiedziała, że jeśli zmieni głos, nikt nigdy się nie dowie, że to jakaś dziewczynka znalazła ciało zaginionego chłopca. Z jednej strony nie musiała dzwonić na policję, a z drugiej – była to jedyna właściwa opcja. Kiosk był mocno oświetlony, więc ryzykowała, że ktoś ją zobaczy, ale stał tyłem do ulicy, więc jeśli się pospieszy, za kilka minut wróci do łóżka. Ava otworzyła ciężkie drzwi, chwyciła lichą słuchawkę i zadzwoniła na 999, zanim zmieniłaby zdanie. Nie miała pojęcia, jaki głos padnie z jej ust, gdy je otworzy, ale zaraz po tym, jak dyspozytor po drugiej stronie słuchawki wygłosił swoje: „Służby ratownicze. W czym mogę pomóc?”, odpowiedziała mu Pani Wytworna Snobka.

– Halo? Tak! Proszę z policją – odezwała się, a po sekundzie zaznaczyła jeszcze: – Natychmiast. Mickey Grant, ten zaginiony chłopiec, leży w zaroślach na nasypie przy Rubery Flyover. – Pani Wytworna Snobka była kobietą o niskim głosie, nieskazitelnej dykcji, która nie znosiła słuchania bzdur. – Na tyłach opuszczonego ogrodu Homemead Grove.

Zapadła cisza, po której dyspozytor zapytał:

– Czy pani również potrzebuje ambulansu, pani…?

– Ambulansu? Nie, mój drogi! Chłopiec nie żyje.

– Eee… Kim pani jest?

– Proszęsię pospieszyć. Jego biedna matkamusi wiedzieć, gdzie jest jej syn.

– Czy ten telefon to jakiś żart, pani…?

– Naprawdę? Czy ja brzmię,jakbym żartowała? Doprawdy? O drugiej w nocy? Odnoszę wrażenie, że jest pan bystrym chłopcem, więc proszę się tym zająć. Byłam na spacerze z psem i znalazłam Mickeya Granta. – Po tych słowach się rozłączyła.

Ludzie zawsze znajdowali zwłoki podczas wyprowadzania psów, taka była po prostu zasada. Z jakiegoś powodu spacerowali z pupilami o najdziwniejszych nocnych godzinach. Przynajmniej zawsze tak to pokazywali w Police 5. Pomyślała jedynie, że to naprawdę dziwne, że żadne psy – ani padlinożercy – nie rozszarpały ciała Mickeya, a ugryzienia na ciele chłopca były ludzkie.

Gdy dotarła przed swój dom, uspokoiła się i spróbowała opanować głośny oddech, by móc wejść do środka i zamknąć za sobą drzwi. Po raz pierwszy w życiu widziała ludzkie zwłoki i nic jej nie dolegało; nie wymiotowała ani nie płakała. Serce biło w rytm tykania zegara. Zdjęła skarpetki i zwinęła je w kulkę. Postanowiła, że upierze je później i schowa, tak jakby dzisiejszy wypad w ogóle nie miał miejsca. Pachniały błotem, niczym więcej. Obwąchała skórę i końcówki włosów – tylko ona, ani śladu Mickeya. Szybko umyła ręce. Nie słyszała syren, więc straciła nadzieję. Policja nie przyjedzie, nie uwierzyli Pani Wytwornej Snobce. Była jednak za bardzo zmęczona, żeby w ogóle o tym myśleć, więc zdołała tylko położyć się do łóżka, by od razu zasnąć.

Akurat układała się pod kołdrą, gdy Veronica wymamrotała ze swojego łóżka:

– Pachniesz zimą, Avie.

Po tych słowach odwróciła się twarzą do ściany.

Ava zapadła w głęboki sen. W nogach łóżka leżały zwinięte skarpety. Dziewczyna oddychała miarowo i nic nie zakłóciło jej snu. Chyba nawet o niczym nie śniła.

 

 

 

[1]Wodnikowe wzgórze (Watership Down) – powieść fantastyczna brytyjskiego pisarza Richarda Adamsa

[2] Model wstęgi Möbiusa to prostokątny pasek papieru, sklejony końcami po uprzednim obróceniu jednego o 180° – dlatego jest ograniczona jedną krzywą zamkniętą (za: Encyklopedia PWN).

 

 

 

 

Rozdział 2

 

 

 

SETHDELAHAYENIENAWIDZIŁDNIWOLNYCH. Miał trudności z usiedzeniem w miejscu, byciem po prostu Sethem, a nie sierżantem z wydziału śledczego. Była noc, a on stał w oknie i wyglądał na zewnątrz.

Jego mieszkanie znajdowało się na Wheeley Road. Ulica ta miała mroczną historię – w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym dziewiątym roku młoda kobieta, Stephanie Baird, została okaleczona i zamordowana przez Patricka Byrne’a w hostelu YWCA, posiadłości przekształconej w miejsce, gdzie można było na krótko wynajmować pokoje. Morderstwo wstrząsnęło miastem – nie tylko ze względu na to, z jaką obojętnością sprawca uciekł autobusem, cały zakrwawiony. On odciął Stephanie głowę, a na miejscu zbrodni została znaleziona krótka notatka:

 

Myślałem, że to nigdy nie nadejdzie.

 

Byrne został wkrótce schwytany i zamknięty. Hostel zburzono, a na jego miejscu stanął nijaki apartamentowiec, którego fundamenty przesycone były jednak tragedią. Delahaye wątpił, by jego mieszkańcy mieli świadomość, że żyją na zbrukanej ziemi.

Delahaye uwielbiał Birmingham – nawet jego brutalistyczną architekturę wciśniętą między pokryte sadzą budynki w stylach georgiańskim oraz wiktoriańskim. Uwielbiał jego dumną historię przemysłu oraz szorstkich, uczciwych ludzi o zwariowanym, ironicznym poczuciu humoru. To miejsce różniło się od Londynu, tak jak Londyn różnił się od Lancaster, jego rodzinnego miasta.

W owej historii o trzech miastach Delahaye nie był w stanie znieść tylko jednego wątku – powrotu do Londynu. Morderstwa były tam bowiem równie ciągłe co nurt w Tamizie, z kolei w Birmingham ich częstotliwość wydawała się o wiele mniejsza. Za to gdy już do nich dochodziło, okazywały się o wiele brutalniejsze.

Delahaye popijał szkocką, pogrążony w myślach, którym przygrywał zespół Small Faces. Na kominku stały rodzinne fotografie, za nimi umieścił stare trofea bokserskie. Na półce, pośród książek, znajdował się jego dyplom ukończenia szkoły w Hendon wraz ze zdjęciem, na którym stał z kolegami z klasy. Wszyscy mieli na sobie mundurki. Żaden się nie uśmiechał. Seth nie miał pojęcia, gdzie podziewała się teraz większość z tych ludzi.

Był w domu, ale jego umysł błądził gdzieś indziej. Policyjna służba stanowiła powołanie, a bycie detektywem oznaczało, że pozostawał wiecznym studentem, uczącym się swojej pracy na uniwersytecie zwanym życie, gdzie nauczycielami byli ludzie, którzy ciągle zmieniali plan lekcji.

Właśnie wtedy, kiedy o tym rozmyślał, zadzwonił telefon.

 

 

 

 

Rozdział 3

 

 

 

SOBOTATOBYŁDZIEŃ TISWAS![3]

Ale także dzień z tatą. Ava zapomniała o tym w krótkim przebłysku radości. Przypomniała sobie na dźwięk głosu matki dobiegającego z łazienki, bo właśnie wtedy przed jej oczami ukazała się twarz Mickeya Granta w stanie rozkładu.

Chłopaka jej matki, Trevora, nie było w domu. Gdyby wczoraj w nim przebywał, Ava nigdy nie odważyłaby się wyjść, a wtedy nie odnalazłaby Mickeya. Chyba powinna o nim myśleć „biedny Mickey”, ale tak nie było. Nie uważała też oczywiście, że zasługiwał na swój los. W końcu miał czternaście lat, nie czterdzieści, a teraz nigdy nie będzie miał okazji, by stać się lepszym człowiekiem.

– Avo, znaleźli zaginionego chłopca – powiedziała matka, gdy dziewczyna weszła do kuchni. – Biedaczysko – dodała. – Mówią o tym we wszystkich wiadomościach.

Zanim Ava odpowiedziała, zaklekotała wrzutka na listy. Kobieta otworzyła drzwi z lekko zmarszczonym czołem i bladymuśmiechem – pewnie miała nadzieję, że to Trevor, co Ava wyczytała w jej myślach równie łatwo jak w dziecięcej książeczce. Okazało się, że to jedna z sąsiadek, Susan Shaw. Stała w koszuli nocnej, z papierosem w ręce. Colleen Bonney plotkowała z Susan o Mickeyu Grancie, a Ava słyszała w tle męskie głosy, zamykanie drzwi i nagły szept sąsiadki:

– Nie widziałam tu tyle policji od zeszłego roku, gdy zabito Gail. Biedne dziecko.

Miała na myśli ciężarną nastolatkę, Gail Kinchin, która została przypadkowo postrzelona w głowę przez policjanta, gdy jej chłopak użył jej jako ludzkiej tarczy. Do zdarzenia doszło ulicę dalej.

Veronica stała u boku Avy i trzymała ją za rękę, a Rita przepchnęła się obok nich, gotowa oczarować osobę, która pojawiła się w progu ich mieszkania.

– Czyli go znaleźni – wymamrotała Veronica.

– Hmm – mruknęła Ava.

Z radia mamy zaczęła lecieć piosenka The Passions. Obok zadzwonił dzwonek. Susan się cofnęła, strzepnęła popiół, na powrót zaciągnęła papierosem i odezwała do kogoś poza zasięgiem wzroku:

– Edna wyszła, kochanieńki.

– Dziękuję za informację – odezwał się męski głos z północnym akcentem, na co Ava nadstawiła uszu. – Jestem sierżant Seth Delahaye, policja West Midlands.

Pojawił się w drzwiach i pokazał odznakę. Detektyw był żylasty, wysoki jak tata, wyższy niż Trevor; wyglądał nieskazitelnie w dopasowanym granatowym garniturze i brązowej skórzanej kurtce, choć nogawki miał zabłocone. Do biodra miał przypiętą krótkofalówkę. Ava podeszła bliżej, żeby poczuć jego zapach – noc i ulotna woń wody kolońskiej, nic taniego. Miał krótkie, gęste włosy, wydatny nos i równo przystrzyżone wąsy. Spojrzenie odczytała jako stanowcze, widać było, że nie da się go oszukać. Był trochę starszy od Colleen i atrakcyjny w taki surowy, staromodny sposób, niepasujący do współczesnego garnituru. Mimo to jego obecność sprawiła, że Colleen stała się przyjemniejsza, choć zdecydowanie nie gustowała w atrakcyjnych mężczyznach, biorąc pod uwagę jej zauroczenie mopsowatym Trevorem.

– Chciałbym zadać paniom kilka pytań, panie…?

– Bonney – odpowiedziała Colleen. Przesunęła ręce tak, żeby obrączka, którą wciąż nosiła na palcu, była widoczna.

– I…?

– Shaw – przedstawiła się Susan, świadoma, że ma na sobie szlafrok, podczas gdy Colleen ubrana była w nowy sweter i obcisłe dżinsy.

– Czy chodzi o chłopca Grantów? – zapytała Colleen, utrzymując intensywny kontakt wzrokowy w wyczekiwaniu na podziw jej osobą.

– Tak – odpowiedział Delahaye.

– Nie chciałabym przekazywać takiej informacji jego matce – westchnęła Susan.

– Ja również! Trzeba być naprawdę twardym, żeby coś takiego robić. Rozumie pan? – Colleen założyła ręce na piersi.

Ava widziała, że detektyw już nie lubił jej matki, bo jakimś cudem Colleen swoją postawą sprawiała, jakby wszyscy byli gorsi od niej.

– Został zamordowany? – zapytała Susan.

– Oooch, nie chcę tego wiedzieć – wtrąciła Colleen, udając, że się wzdryga. A może wcale nie udawała… trudno powiedzieć.

– W tej chwili tego nie wiemy – odpowiedział sierżant.

Ava wiedziała, że przeprowadzą sekcję zwłok, choć niewiele zostało do badania.

– Kto go odnalazł? – Tym razem pytanie zadała jej matka.

– Ktoś, kto wyprowadzał psa – powiedział policjant.

– To zawsze „ktoś wyprowadzający psa”, prawda? – zauważyła Susan.

Bardzo mało osób w tej okolicy wyprowadzało psy na smyczy, bo większość puszczała je luzem. Właśnie dlatego dookoła walało się tyle psich odchodów. Detektyw zapytał, czy kobiety znały Mickeya, i obie zaprzeczyły. Ava niemal dotarła do otwartych drzwi, podczas gdy Veronica trzymała ją za rękę. Nadal czuły się onieśmielone, ale już nie tak bardzo.

Policjant skupił spojrzenie na Avie i Veronice, które stały za matką; Ava się zarumieniła, ale nie odwróciła wzroku. Miała świadomość, że jest ubrana w wyblakłą, workowatą piżamę, a pod bokiem ściska książkę The Plague Dogs, palcem wskazującym przytrzymując stronę, na której skończyła czytać. Siostra ścisnęła palce jej drugiej dłoni, Ava odpowiedziała tym samym. Detektyw nie pochylił się, lecz przerzucił kartę w notesie i powiedział:

– Młode damy, czy znałyście Mickeya Granta?

Ava znieruchomiała, zlękniona. Veronica chwyciła ją mocniej za rękę. Matka udała zaskoczoną, po czym rzuciła groźne spojrzenie. Nie było potrzeby, by się tak zachowywała, ale znajdował się wśród nich mężczyzna, więc może czuła, że musi coś udowodnić. Choć Ava nie miała pojęcia, co takiego.

– Och! Przysięgam, że Ava to mała przeklęta zakradaczka! – Colleen położyła rękę na piersi, jakby miała w ten sposób powstrzymać atak serca.

Zawsze irytowała Avę, bo próbowała zachowywać się z „klasą”, choć była zaledwie próżną laleczką z paskudnym temperamentem – trochę jak Marchpane z The Doll’s House autorstwa Rumer Godden.

– Tak, detektywie – powiedziała Ava. – Pachniał mydłem zest i gumą do żucia orbit. – Miała świadomość, że jej głos był zaskakująco niski jak na trzynastolatkę. Ludzie ciągle jej to mówili. – Lubił zwierzęta, zwłaszcza koty.

Veronica przytaknęła na zgodę. Policjant podszedł bliżej, tak że ich matka musiała się odsunąć na bok.

– Jak macie na imię, panienki…? – zapytał sierżant, zapisując jej odpowiedź w notesie, jakby to było coś ważnego.

– Jestem Ava Bonney – powiedziała. Ścisnęła siostrę za rękę. – To moja siostra Veronica.

– Dziękuj wam, Avo i Veronico – odrzekł Delahaye.

Najmłodsza siostra wybiegła na przód i oznajmiła głośno:

– Jestem Rita!

– Super! – odpowiedział policjant. Znowu przeniósł wzrok na Avę. – Jaki był Mickey, panno Bonney?

– Okropny. Pluł na nas – powiedziała bez wahania Ava. – Rzucał Veronice żwir w oczy… i mówił paskudne rzeczy.

Veronica pokiwała głową. Mickey naprawdę był troglodytą, brzydalem… dręczycielem.

– Nie mówcie źle o zmarłym! – warknęła Colleen, na co dziewczynki się wzdrygnęły, spodziewając się plaśnięcia w twarz.

Głos Delahaye’a był ostry.

– Pluł na pani córki, pani Bonney. Rzucał kamieniami i mówił paskudne rzeczy. Uważam, że takie zachowanie w stosunku do nich jest nie do przyjęcia.

Ava i Veronica nie mówiły matce o zachowaniu Mickeya Granta, bo nie była typem rodzica broniącego swoich dzieci. Colleen Bonney rzadko oddawała się autorefleksji, dlatego słowa policjanta spotkały się z milczeniem.

– Telefon na numer alarmowy wykonano z budki telefonicznej na roku Rubery Farm Grove o drugiej dwanaście tego ranka – dodał.

– Dziwna pora na wyprowadzanie psa, czyż nie? – powiedziała Susan. – Wręcz podejrzana.

Ava przewróciła oczami i dostrzegła, że policjant to zauważył. Prawie się uśmiechnął.

– Nagranie połączenia zostanie dzisiaj puszczone w wiadomościach – oznajmił.

– Czy ta osoba będzie miała kłopoty? – zapytała Veronica.

Detektyw się uśmiechnął.

– Nie, nie będzie. Chcemy tylko z nią porozmawiać, zapytać, co widziała, i podziękować za odnalezienie Mickeya.

– Mam nadzieję, że to nie jest jeden z tych masowych morderców – mruknęła z namysłem Susan.

– Cóż, jeśli zabija chłopców, nie będzie zainteresowany moimi dziewczynkami, prawda? – powiedziała Colleen.

– Mordercy z wrzosowisk – rzuciła Ava.

– No tak… Nic dziwnego, że właśnie ona o tym mówi – zwróciła się do policjanta Colleen.

Ava nie miała pojęcia, dlaczego jej matka to powiedziała: przecież nigdy nie rozmawiała z nią o takich rzeczach, jeśli już w ogóle o czymkolwiek rozmawiały. Dobre pytanie brzmiałoby: o czym Ava rozmawiała z matką? Nie było tego wiele.

Policjant zamknął notes i skupił spojrzenie na Avie. Jego oczy miały brudny niebieski kolor, były wielkie i przeszywające. Uśmiech rozbłysnął w nich, zanim jeszcze uniosły się kąciki jego ust. To zaś spowodowało, że w policzku zrobił mu się głęboki dołeczek.

– Avo, kontynuuj, proszę.

– Mordercy z wrzosowisk zabijali dziewczynki i chłopców – powiedziała i zamilkła. Mogła wspomnieć o Peterze Kurtenie, który mordował wszystko i wszystkich, ale powstrzymał ją instynkt samozachowawczy. Gdyby przygryzła wargę jeszcze mocniej, ta zaczęłaby krwawić, a to nie była odpowiednia chwila.

– To prawda, Avo – odpowiedział Delahaye. – Bardzo dobre spostrzeżenie. – W tle rozległa się znajoma melodia, co przykuło uwagę dziewczynek.

Veronica i Rita krzyknęły: „TISWAS!”, i pobiegły do salonu. Delahaye wyciągnął rękę, a Ava uścisnęła ją z poważaniem.

– Bardzo dziękuję, panno Bonney – powiedział. – Byłaś bardzo pomocna.

Ava skinęła głową, a potem dołączyła do sióstr i wgapiała się w telewizor, choć nie oglądała programu. Jej matka weszła do pokoju, skrzyżowała ręce na piersi i oparła się o framugę. Wpatrywała się w swoją najstarszą córkę. W powietrzu niemal dało się wyczuć, jak bardzo chciała ją uderzyć. Ava patrzyła na seksowną Sally James w kozakach, krążącą wśród publiczności, ale kątem oka dostrzegała postawę matki. Ta plecy miała napięte, a zęby zaciśnięte. Colleen odwróciła się jednak po chwili na pięcie i wyszła.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

[3] TISWAS – akronim słów „Today Is Saturday: Watch And Smile” [dziś sobota: oglądaj i się uśmiechaj], tytułu brytyjskiego serialu telewizyjnego dla dzieci, do 1982 roku emitowanego w sobotnie poranki

 

Tytuł oryginału: Deadly Animals

 

Text copyright © Marie Tierney, 2024

Originally published in the English language in the UK by Zaffre, an imprint of Bonnier Books UK Limited, London.

Copyright for the Polish edition © 2025 by Grupa Wydawnicza FILIA

Prawa moralne Autora zostały potwierdzone.

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2025

 

Projekt okładki: © by Bonnier Books UK Art Dept.

Zdjęcie na okładce: © Shutterstock.com

 

 

Redakcja: Kamila Recław

Korekta: Joanna Błakita

Skład i łamanie: Andrzej Owsiany

PR & marketing: Andżelika Wojtkiewicz

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

eISBN: 978-83-8402-228-3

 

 

 

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl