Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Inkwizycja w imię króla!
Do Kazimierza Wielkiego docierają pogłoski o krwawym rozboju Maćka Borkowica. Król wysyła dwóch śledczych – kasztelana Jurę oraz wojewodę Imrama. Borkowic i jego rębacze przygotowują jednak nową intrygę – chcą zamordować posłów. Misterny plan bierze w łeb za sprawą rannego syna Maćka… Wydarzenia te są zarazem szansą dla Bolecha, któremu zdobycie rycerskiego pasa może pomóc skraść serce pięknej Kaśki.
Czy można przetrwać cios toporem w głowę?
Czy Jura i Imram przechytrzą morderców?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 277
W serii „Szabla i Miecz”
Wydawnictwo REPLIKA poleca także:
Włodzimierz Sulima Popiel
W sidłach Diabła
Copyright © Wydawnictwo Replika, 2024
Wszelkie prawa zastrzeżone
Koncepcja i opracowanie serii:
Rafał Jurkowski
Redakcja:
Aleksandra Zok-Smoła
Korekta:
Izabela Durasiewicz
Lidia Ryś
Skład i łamanie:
Dariusz Nowacki
Projekt okładki:
Mikołaj Piotrowicz
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:
Dariusz Nowacki
Wydanie I w tej edycji
opracowane na podstawie wydania z 1914 r. pt.
Mąż krwawy. Powieść z czasów Kazimierza Wielkiego
eISBN: 978-83-68135-16-9
Wydawnictwo Replika
ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań
www.replika.eu
Rozdział I
Ciężko było w tych czasach przedzierać się przez bory i lasy wielkopolskiej ziemi naszej. Gdzie tylko okiem sięgnąłeś, widziałeś tylko grube pnie drzew, okryte baldachimem zieleni a wyziewami oparów błotnych podszyte, wolne zaś przestrzenie zalewały jeziora bezdenne. Rzeki i rzeczki, strumienie i bystre potoki wiązały się ze sobą wiecznie ruchomymi ramionami wód żywych i zataczały pląs kolisty, tak że jeździec przygodny, brodów i przepraw nieświadomy, zabłąkałby się łatwo w tych ostępach dzikich, nie wiedząc sam, jak by to sobie z tymi trudnościami poradził. Dobrze jeszcze, gdy zabłąkał się wśród sieci rzek i ruczajów; gdy jasnym jeziorem zawaliła się droga przed nim: niejedną pławicę albo łódź mógłby dopatrzeć i huknąć na spotkanego rybaka, niewody albo potrestnice[1] nastawiającego – wtedy za „Bóg zapłać!” przedostawał się na brzeg drugi, rozpytując się o gościniec zmylony. Nieraz i koń rycerski nie zawahał się w toń przezroczystą skoczyć i zetrzeć się z falami rozbujanymi; unosiły go nurty bystre, biała zalewała fala; ale niebezpieczeństwom tym poradził i fale gniewne i nurty rozdąsane precz za sobą zostawił.
Gorzej było, gdy się zabłąkał w krainę błot i trzęsawisk.
Tu już na nic odwaga rycerska ani sprawność rumaka: zżyć się potrzeba z moczarami tymi, po barwie pleśni, okrywającej wody nieruchome, grząskość dna rozpoznawać, po mchach i błot zapachu głębiny zdradliwe, nieraz kępami zielonymi nęcące stopę przechodnia. Ominąłeś jedno i drugie niebezpieczeństwo, wykaraskałeś się z trzęsawisk i bagien, uważaj teraz, by nie zawaliło ci gościńca kosmate cielsko niedźwiedzie, złe wilczysko drogi nie przecięło albo i zbój jakiś do kalety się twojej nie dobrał i pałką w łeb nie zajechał. Człowiek, w lasach takich osadzony, nabierał zupełnie zwierzęcego instynktu: wyostrzony słuch chronił go od nagłego napadu zbója i bestii leśnej, wydoskonalony węch wskazywał mu stronę, gdzie ludzka znajdowała się sadyba, którą rozpoznawał po zapachu przyniesionego przez wiatr dymu, po ciepłej woni oddychających gnojowiskami obór wiejskich.
Przez takie to wywroty[2] i bagna lepkie przesuwało się dwóch jeźdźców. Rozglądali się uważnie dookoła, rozdętymi nozdrzami chwytali wiatr, a raczej lekkie jego podmuchy w przedwieczornej godzinie, bo i cisza była głęboka, i żaden liść się na drzewie nie poruszył, żaden szelest nie przerwał milczenia, chyba szmer kopyt końskich, roztrząsających bagna grząskie. Komary tylko grały w powietrzu na skrzypkach swoich, a widocznie nęcił je opar zgrzanych ciał zwierzęcych, bo na spocone karki siadały, aż konie wstrząsały się gwałtownie, a jadący panowie klęli brzydko.
Nie byli to młodzi ludzie, ale i starość nie przywoływała ich jeszcze ku sobie. Jeden z nich, który jako prowodyr o pół kroku przodem jechał, do czterdziestu lat sięgał; twarz ogorzałą miał i rudym zarośniętą włosiem, spojrzenie niemiłe, wargi tłuste i ruchliwe; drugi, młodszy o lat parę, brody nie nosił, tylko ciemnym i bujnym wąsem się chwalił, łeb podgolony miał i cielska więcej na sobie. Z uzbrojenia widać było, że do rycerskiego należeli rodu, bo i kołczany strzał pełne chwiały się za ich plecami, i szable migotały, nie byle jakimi klejnotami wysadzane. Nie brakło i tarcz, i toporów, które to żelaziwo pod lewą nogą każdy rycerz mieć musiał. Nie byle jakie i konie unosiły na grzbietach swoich panów podróżnych: rosłe, osadziste, pełne fantazji i ognia. Dwóch pachołków krok w krok posuwało się za nimi, uważając na każde skinienie pańskie, szczególnie pierwszego z nich, który nieco naprzód od towarzysza swojego się wysunął i dookoła się rozglądał, na lewo, to na prawo skręcając, omijając topiele zdradliwe i trzęsawiska, nęcącą, gęstą trawą porosłe, a to wszystko z taką pewnością siebie czynił, że towarzysz drugi pokręcił głową i rzekł:
– Jak widzę, to nie ma błota, z którego nie wylazłbyś, mości panie!…
– W tym rzecz i mądrość cała – odpowiedział zagadnięty.
– Nie raz i nie dwa musiałeś przez te puszcze obłędne przejeżdżać.
– Bóg świadkiem, że po raz pierwszy w lasy te się wybrałem!
– Nie farbuj[3], Piotrze!
– Niech sczeznę, jeżeli kłamstwem język swój zbłaźniłem!
– Jakże to tak?… Na lewo, na prawo – nie zatrzymując się na chwilę, by koń gruntu pomacał, pędzisz naprzód w bród, w bok się odsadzasz, co i my czynić musimy, za twoim przewodem idąc – i to tak, tych miejsc nieznający?
– Wprawiło się.
– Litwą przewodząc? – jakoś przekąśliwie pierwszy rzucił.
– Pewnie!
– A nie zasypiesz się?…
– Nie od parady kark noszę na głowie.
– Nie stawaj do góry nogami – zaśmiał się towarzysz.
– Tfu! – Splątało się!… Głowę na karku, rzec chciałem…
– Widzę, że jak rzep muszę przylgnąć do ciebie i wprawy nabrać…
– Nabierzesz…
Tu nagle konie wstrzymał.
– Co tam? – zapytał pierwszy.
– Okowita pachnie.
– Bodaj cię z węchem takim – zaśmiał się towarzysz Piotra. – W sam raz zaleciało mi to pachnidło do nosa, bo już mi od głodu kiszki grać zaczynają. Czuję, że do Maćkowego dworu się zbliżamy…
– Maćko z Napiwów jest rodu, to łatwiej by ci piwo zapachniało niż okowita.
– I nią Borkowic nie gardzi – odparł Piotr. – Zresztą jeżeli nie dwór Maćkowy, to jego karczma noclegiem nas dziś przyjmie. Szarzeje okrutnie – dodał, rozglądając się dookoła. – Może gdzieś słońce i kołysze się nad krańcem ziemi, ale mur leśny blask nam jego kradnie. Chwalić Pana Boga, że pod nogami końskimi grunt stwardniał. Spieszyć trzeba i zapachem okowity się kierować.
Z rozmowy tej widać było, że po raz pierwszy przedzierali się owi podróżni przez lasy Wielkiej Polski. Nawet strój ich mówił, że byli innej okolicy mieszkańcami, gdzie gleba większy plon dawała niż lesista ziemia poznańska; gdzie kożuch barani nie okrywał pleców pańskich, jak to w ubogiej Wielkopolsce się praktykowało. I rzeczywiście, byli to dwaj rycerze z ziemi lubelskiej: pierwszy Otto ze Szczekarzowic herbu Topór, drugi – Piotr Pszonka z Babina i Radowca, pieczętujący się herbem Janina. Zamożni to byli panowie, tylko chodziły plotki, że psie dusze w nich się kołatały i w psi sposób do zamożności doszli.
Ciemno już było, gdy wybrali się na uczęszczany gościniec, choć las im zawsze towarzyszył. Teraz i pan ze Szczekarzowic poruszył się w kulbace i, wciągając powietrze nosem, odezwał się:
– Czuję już i ja okowitę!…
Ujechali jeszcze kroków z pięćdziesiąt… I błonami okien zaświeciła karczma przydrożna, przy której kilka wozów kmiecich stało i kapicami okryte rumaki wierzchowe, przez pacholików pilnowane.
Wesoła widocznie kompania nawiedziła karczemkę, do włości Maćkowej należącą, bo raz po raz pobrzękiwały szklanice[4], co chwila rozmowę głośną i bezładną szeroki śmiech przerywał, nad wszystkim górował głos gruby i sapiący nieco, jakby nie z piersi ludzkiej wychodził, tylko ze sfelerowanej dudy organowej.
– Maćko! – odezwał się imci pan Pszonka – dalipan, Maćko!… A z kompanami, jak zwykle!…
– Dlaczegóż nie w dworze swoim druhów przyjmuje, jeno w karczmie żydowskiej? – spytał Otto.
– Bo widzisz, Ottuś – odparł Pszonka – każdy dwór, choćby nawet ubogi, ale chędogi, zawżdy jakąś powagą patrzy i przemawia głosami, zbytnią wesołość miarkującymi. Jak chcesz, a nie pozbędziesz się szeptań i wzdychań różnych po węgłach dworu takiego siedzących. Tam dusza pokutująca o pacierz prosi, tu coś cię zatrzymuje, gdy chcesz folgi pasji swojej uczynić, na ścianach izby biesiadnej srogiego pana ojca portrecisko zamajaczy i dąsem spojrzy, mruczydło stare, że na nic poszły nauki jego; tam znów w czepcu białym, we wdowiej dostojności swojej wysunie się matka zgorszona, iż przez dziewięć miesięcy noszony płód pod sercem nie udał się jej, a już nie mówię nic o pradziadkach, którzy kiwać głowami zaczną i w szable trzaskać; o prababkach, przesuwających paciorki różańcowe i wzdychających ciężko, co wszystko taki szelest i zaniepokojenie uczyni, że niemiłą ci będzie biesiada najweselsza, a dziewka najpiękniejsza obmierznie. Że zaś Maćko na wszelkie bakalie jest łasy i nie wszystkich przykazań Boskich się trzyma, woli z kompanią dobraną w izbie karczemnej zasiąść, na której progu wesoły bies siedzi i namawia – nie odmawia, nie usuwa – lecz przysuwa szklanice, a pamiętać każe o tym, co jest, nie – co ma być. Ale, ale – dodał, podnosząc się w kulbace – na wozach widzę rogacze ubite, odyńców łby i cielsko niemrawe niedźwiedzia… Niezwykła to więc jest pohulanka Maćkowa, jeno po łowach udanych spoczynek. O, błogosławionyś ty, zapachu okowity i nosie mój na węch czuły, coście mnie przywiodły nie do pustego dworu Maćkowego, lecz do roześmianej karczmy żydowskiej.
Z tymi słowami zbliżył się do karczemki „Wygodą” zwanej i zaczął przypatrywać się dostrzeżonym już z dala przedmiotom.
Nie pomylił się.
Wozów było więcej nawet, niż na razie mógł dojrzeć o zmroku, zapadającym w lesie gęstym. Na każdym z nich widniało cielsko ubitego rogacza lub dzika, a na jednym niedźwiedzisko kosmate rozkrzyżowało łapy swoje. Pomiędzy wozami wałęsały się psy gończe, raz po raz wpadając do otwartych drzwi karczmy, to wybiegając z nich ze zdobyczą kościstego gnata jakiegoś, czemu towarzyszyły warki psów mniej szczęśliwych, ujadanie i szarpanie się za uszy, uśmierzane przez pilnujących ładu pacholików.
Wewnątrz karczmiska, do którego weszli nasi podróżni, panował gwar okrutny, połączony ze śmiechem i dźwiękami przerywanej co chwila piosenki jakiejś pijackiej, a zaduch panował tak wielki, aż mdliło od potu ludzkiego i słodkiego zapachu piwa i okowity. Smolne drzazgi, w gliniane zasadzone jabłka, kopciły okrutnie, a choć drzwi stały otworem i okna wysadzone z ram były, niewiele pomagał przepływający świeży prąd powietrza i piersi biesiadników pracowały jak miechy kowalskie.
Nie od razu rozpoznać mogli panowie nowo przybyli, kto był w kompanii Maćkowej. Najpierwszy dostrzegł ich Maćko i porwał się z rumorem wielkim. Zamlaskały wnet gęby całujące się, ci, co znali panów Ottona i Pszonkę: „Ho, ho!”, „Niespodzianka!” zaczęli wykrzykiwać, inni zaś, panów tych nieznający, do których wprawdzie należeli dwaj tylko – Jura, kasztelan krakowski, i Imram, wojewoda – połową postaci nie wstając z ławy, zwrócili się ku przybyłym, przedstawienia ich sobie przez pana Maćka oczekując. Obaj ci mężowie postawą całą i szlachetnością oblicza wyróżniali się znacząco od całej drużyny Maćkowej i gości tak mile przezeń witanych. Byli to już rycerze leciwi, kasztelan w wieku podeszłym nawet i jak gołąb bielutki, czym odróżniał się od pana wojewody, który jakkolwiek za sześćdziesiątkę już zabiegł, szronem siwizny bujnej jeszcze nie osypał czupryny i patrzył tą piękną, młodą starością, która mówi o żywocie zacnie spędzonym i spokojności duszy, nieznającej przewiny żadnej.
Słusznej a suchej postaci był kasztelan Jura, o dumnym wyrazie, oczach nieco przygasłych, mlecznej i długiej brodzie, sięgającej do pasa niemal, którą ruchem powolnym dłoni gładził i przesypywał przez palce; wojewoda zaś Imram barczysty był, o ciemnym zaroście oblicza, oczach bystrych, ruchliwych, sypiących skrami jak w rękach wprawnych krzesiwo. Z obu patrzyła rycerskość i powaga szlachecka, a tak nie licowali z resztą otoczenia Maćkowego, że mimo woli mogło się rodzić pytanie: skąd się tu oni wzięli, w tej karczmie żydowskiej, wśród owej myśliwskiej drużyny Borkowica, nieochędożnej w ruchach i słowach?… Prawda to, że Maćko ani rodem, ani majętnością może nie bardzo ustępował wojewodzie i kasztelanowi, ale kompania go otaczająca draniowato jakoś wyglądała, a wiadomo, że jaki kram, taki pan być musi.
Nie można powiedzieć, by Maćko z Borkowic na urodzie szwankował. Wzrostem wszystkich obecnych przewyższał, z wyjątkiem może kmiecia jednego, na osobnej ławie i przy osobnym stole wśród swoich siedzącego, którego zwano Bolechem z Jastrańca vel Jastrańskim, a który pięknością twarzy, młodością swoją i hardym spojrzeniem zwracał uwagę biesiadników, choć się do ich rozmów ani kłótni nie mieszał, tylko półszeptem z siermiężną bracią swoją rozmawiał, a zamiast „śmierdziuchy” słodkiego popijał miodu, odleżałym zagryzając serem.
Maćko Borkowic był w pełni lat męskich, otyły trochę, a twarz miał obrzękłą, jak to zwykle u tych bywa, co piją za dużo i tłustym mięsem się karmią. Sumiasty i pozłocisty wąs spadał ku dołowi, dotykał piersi wypukłej, nos czerwienił się na twarzy opiłej, złe oczy skrzyły się pod brwiami, splątanymi w kosmy duże, czoło zaś miał gładkie jak tablica, zorane jedną podłużną zmarszczką tylko, kark gruby, podgolony, włos bujny, kolisto dookoła podcięty, że zdawało się na pierwsze spojrzenie, iż czapę w kształcie miednicy na głowie swojej nosił. Jak wszyscy z wyjątkiem kmieci odziany był w strój myśliwski, więc w spodnie łosiowe, buty długie, palone i ciemnozielony żupan z wyłogami żółtymi; jak wszyscy z wyjątkiem kmieci miał szablę przy boku, a dwa kordelasy za pasem, jeden tylko pan kasztelan posługiwał się laseczką o główce złoconej, na której, chodząc czy wstając, opierać się lubił, choć bez pomocy stołka na koń siadał i więcej z przyzwyczajenia niż z potrzeby oparcie to nosił.
Mimo postawy rosłej, wąsa pokrętnego i hardej wyniosłości odpychający jednak był wyraz twarzy Borkowica. Coś złego patrzyło mu z oczu, a gdy się uśmiechnął, to zdawało się, że żmija przebiegała przez ust krzywiznę i jad swój zostawiała. Nie szlachetną dumę rycerską widziałeś w nim, lecz jakąś zaciętość pyszną; nie wolę silną, lecz złość uporu; nie męską odwagę, lecz dzikość niepohamowaną. Toteż kto bliżej go znał, nierad był z nim obcować, a naród kmiecy z drogi mu ustępował, bo nietrudno było na pokrzywdzenie zasłużyć i niewinną obrazę dobytkiem swoim albo żywotem zapłacić. A Pan Bóg wysoko, a król daleko… Zanim głos pokrzywdzonych do stolicy pańskiej dopłynie, stłumią go lasy głębokie, powietrze wilgotne wypije, łzy wsiąkną w ziemię, a tymczasem dola ludzka zmarnieje, za bory, za góry pójdzie szczęście człowieka.
Po przywitaniu się z gośćmi niespodziewanymi, którzy z ziemi dalekiej w odwiedziny do pana Borkowica przybyli, Maćko pod ramiona Piotrusia i Ottusia ujął i zbliżył się z nimi do stołu, by panom koronnym ich przedstawić. Z fantazją i pewnością siebie, jako bywalcy znający się na ceregielach dworskich, postąpili naprzód. Nazwisko Imrama wojewody nie bardzo im zaimponowało, ale gdy Maćko na pana krakowskiego wskazał i rzekł:
– Kasztelan Jura…
Zrzedła czemuś fizjonomia Pszonki i Ottona, hardość zmalała, pewność siebie w pięty poszła, wyciągnięte zaś do powitań prawice osunęły się na dół i jakieś pomieszanie widać było i kłopotliwe oczekiwanie, jak to ich ukłon przyjmie pan krakowski. Maćko wymienił raz i drugi nazwiska swych przyjaciół i głową przekręcił, patrząc niespokojnymi oczyma na wciąż milczącego pana kasztelana, który nie odejmował dłoni od złoconej gałki swej laski bukszpanowej, na której się wsparł; z miejsca się nie poruszył, tylko brwi lekko ściągnął i siwe oczy utkwiwszy w stojących przed sobą, wycedził powoli przez zęby:
– Imć pan Pszonka… Z Babina?… A-ha!… A waść… Otto ze Szczekarzowic u – hm!…
I tyle…
Popłynęły znów palce po brodzie mlecznej, a powitani tak przez pana krakowskiego usunęli się dosyć pokornie i zajęli wskazane przez Maćka miejsca przy stole, przy misie parującego jadła i sporej czaszy okowity.
Tak izba karczemna na dwie rozdzieliła się połowy. Przy dwóch odrębnych stołach, w bliskości, choć na osobności, usiedli herbowni i nieherbowni, szlachta i kmiecie, zewnętrznym tylko strojem odróżniający się od siebie, bo z oblicza każdy by poznał, że jedna ich zrodziła macierz, ziemia polska, tylko że ci żywot rycerski, a tamci pracę cichą przy roli umiłowali. Prawda, że z czasem rycerze ci, wzbogaceni łupami wojennymi, obdarowani przez królów wdzięcznych za niejeden pogrom na wrogach dokonany, gdzie pokos śmierci był obfity i walił rycerskie szeregi niby wicher łany zboża; że wynagradzani sowicie dużymi obszarami ziemi, odłogiem leżącej, budowali dwory przestronne i zamki obronne, przy których skupiał się lud bezorężny, potrzebujący opieki przed napadami Niemców, Tatarów i Litwy, pogańskiej wówczas; prawda, że z czasem owi kmiecie-rycerze miano stanu szlacheckiego a znamiona wojenne za znaki rodowe przybrawszy, wysadzili się nad lud siermiężny, zajęty pracą przy cepie i pługu, dającą mniej zysku, choć więcej spokoju niż zawód rycerski. Mimo to z krwi jednej, z nasienia jednego urośli – i niech tam sobie co chcą, pyszałki gadają: ojcami wojewodów, hetmanów i królów z krwi piastowskiej nie kto inny, tylko kmiecie byli, ci sławni Mieczysławów i Bolesławów rycerze. Z ich to lędźwi Czarnieccy i Sobiescy wyrośli i oni to stworzyli dzieje Polski, zwycięstwami swoimi napełnili świat podziwem i nie mogą rzec, że bez ich udziału potoczyło się koło historii, że nie obchodzi ich nic ta dawna Polska szlachecka, bo oni byli solą tej ziemi – i są, i będą jej solą. Tak chwała Polski jest ich chwałą, dobro jej ich dobrem, jak i niedola jej – wspólną naszą niedolą. I źle się ten zasługuje macierzy swojej, który różni pomiędzy sobą braci rodzonych, a jednym w oczy chamstwem, a drugim szlachectwem ćwika; bo jedno tylko szlachectwo jest – to duszy szlachetność, i jedno chamstwo – to gęba na wiecheć rozpuszczona i wysadzanie siebie nad innych bez zasług rzeczywistych, bez prawa do tej wyższości.
Już za panowania pierwszych Piastów wytworzył się stan rycerski, a pomiędzy braćmi rodzonymi pewna różnica społeczna zaszła. Pamiętał jednak kmieć-wojownik, że do mienia i imienia osobistymi zasługami doszedł, że gdy pod wodzą królów swoich i wojewodów żelazną piersią nagabywaczy dobra cudzego odpierał, brat jego bory wytrzebiał i lasy, lemieszem zaperzoną ziemię krajał, zbożem napełniał spichrze swoje i bratnie. Była to wymiana pracy, podział trudów:
– Daję ci spokój, bracie siermiężny, sam noce bezsenne na rubieżach ziemi ojczystej spędzając, nie żałując krwi i żywota – ty zaś mój zagon orz, plony zbieraj, bym miał za co w wojenny rynsztunek się zaopatrzyć, bronić ciebie i siebie.
Tak było na samym początku tworzenia się państwa polskiego.
Ale z upływem lat oddalali się bracia od siebie. Topór lasy wycinał, pług ziemię orał, a miecz rósł w chwałę i znaczenie, strażą stał przy tronie królewskim, dawał zamożność i powagę rodom rycerskim. Syn rycerza-ziemianina rycerzem i ziemianinem pozostać już musiał i nie wyrzekał się swojej tarczy herbowej, do której przywiązany był obowiązek bronienia ziemi ojczystej i nieżałowania krwi swojej dla niej. Nie wstydził się jednak rycerz taki, pan już możny, z gospodarzem wsi swojej przy jednym stole usiąść i o różnych sprawach pogadać, lecz już wieś, nienależąca do niego, obca mu się wydała, a sutsza kaleta rycerska zaciężyła nieraz nad wiotkim trzosem włościanina. Zapanowała siła nad niemocą, rycerski miecz nad pługiem. Różnica ta przy dziejów coraz większym rozwoju znaczna już była za panowania króla Kazimierza. Toteż król dbał, by rosnący w znaczenie stan rycerski młodszego brata nie krzywdził, a tak umiłował lud swój siermiężny, że „króla chłopów” nazwę mu dano.
Mówią, że przydomek ów wymyślił Maćko z Borkowic, który w cichości drwił z tego lgnięcia króla Kazimierza do chłopskiej kapoty, a że się pysznił nadmiernie z rycerskiego urodzenia swojego i dóbr odziedziczonych po przodkach, nierad był ocierać się o kmiecą sukmanę, choć kmiecianki lubił i – wolą, niewolą – niejednej krzywdę wyrządził.
Po łowach udanych, a wyprawionych hucznie i buńczucznie dla wojewody Imrama i kasztelana Jury, którzy z pocztem rycerzy nawiedzili dwór Borkowica, gdy z gośćmi krakowskimi i swoimi kompanami wszedł do izby karczemnej a kmieci przy stołach tam zastał, kazał im wnet stół jeden oczyścić, przy drugim zasiąść, a to tak podniesionym głosem czynił, że nikt najmniejszego oporu nie stawiał: zabrali wnet misy i szklanice, nawet ławy połami od sukman zamietli i na osobności usiedli. Nie spodobało się kasztelanowi staremu takie gwałtowne rozkazywanie Maćkowe, ale że gościem u niego był, nie rzekł nic na to, tylko uprzejmym pochyleniem głowy powitał ustępujących kmieci przed bezceremonialnym rozkazem Borkowica, jakby za posłuch dziękował, a może i przepraszał za Maćka postępek. Powaga kasztelana, sędziwy wiek jego i to powitanie uprzejme do żadnych nie dopuściły swarów, tylko Bolech Jastrański spode łba na Maćka spojrzał; znać było, że żółć w nim zakipiała, ale nie czuł się mocny przeciwko takiemu władyce wystąpić.
A oto pan ze Szczekarzowic i drugi z Radowca powiększyli kompanię Maćkową, która po sutej libacji już była, a zmiatała wszystko, co tylko Josel Zojze na szynkwasie stawiał. Przybycie panów tych aż z dalekiej ziemi lubelskiej wzmogło wesołość Maćka, tylko coś nagle zakneblowało im gęby, że niby okradzeni stół zasiedli, pili cicho, jedli w milczeniu, nie mogąc czy nie umiejąc w wesołości sekundować Maćkowi, tak że gwarniej było przy stole kmiecym niż wśród tej Borkowica kompanii.
Po chwili dał się słyszeć głos Bolecha:
– Na dobre już mrok zapadł, a ojca Prokopa jak nie widać, tak nie widać. A słowo mi dał, że zaraz po nieszporach przybędzie.
Nie skończył tych słów jeszcze, gdy w drzwiach zarysowała się malutka oczekiwanego postać, ubrana w zakonną, bernardyńską szatkę, wątła, sucha, z wianuszkiem białych włosów na głowie i tak marnym zarostem na licach, iż zdawać się mogło, że je śnieg rzadki osypał i stajać nie mógł, przylgnąwszy do zimnej, żółtej skóry twarzy zakonnika. Na początku w drzwiach się zatrzymał jakby odtrącony zaduchem izby, a może widokiem panów niespodziewanych, ale po chwili „Niech będzie pochwalony!” cichym odezwał się głosem i stosowną otrzymawszy odpowiedź, zwrócił się do stołu kmiecego. Bolech wnet powstał z radosnym uśmiechem na twarzy, ale w tej chwili dźwignął się i Maćko, a widząc, że ksiądz nie ku jego kompanii zmierza, ochrypłym nieco od przepicia głosem zawołał:
– Dokąd? Dokąd kierujesz kroczki swoje, dziadku kościany?… Do zacniejszej kompanii zapraszam ciebie.
I kiwnął głową.
Ksiądz się zatrzymał, skłonił się i rzekł:
– Właśnie tam idę…
Maćko za wąs się targnął.
– Słuchaj ty, kukło w kapturze – zgrzytnął. – Co ma znaczyć to twoje właśnie?
Tu Bolech zwrócił się do Borkowica:
– Że idzie do nas, panie Maćku, jako przez nas proszony i oczekiwany… A pozwolimy sobie zrobić uwagę miłości waszej, że do ojca Prokopa, co święty człowiek jest, ludzie nie mówią: ty, twoje i kukło!…
Z oczu Borkowica skry wypadły. Za pas się ujął, a zwracając się do Bolecha, rzekł wyniośle:
– Komu to robisz uwagi, chłopie?
– Przecież do miłości waszej mówię.
– A wiesz, kto ja jestem?
– Was nie znać? Com ratował młyn Zagonia przez was podpalony?
– Tak, tak! – tu i tam się odezwało.
– Ja wam potaknę, aż wióry z was polecą, hołoto chłopska!… – huknął Maciek. – He, słyszycie!… – do swej kompanii się zwrócił – jak to do szlachty przemawia!…
– Nie było szlachty, chłopy były, nie będzie szlachty, chłopy będą – odpowiedział spokojnie Bolech.
– Hardo powiedziano! – zamruczał Maćko.
– Nie tak może hardo, jak twardo, ale sprawiedliwie.
– Stul pysk! – wrzasnął Borkowic i porwał się na Bolecha.
Ten nie drgnął, tylko powoli rękę wyciągnął i stojący na stole duży miedziany dzban ujął za ucho, jakby chciał sobie miodu nalać albo i w łeb nim trzasnąć Maćkowi, gdyby do tego już przyszło.
Może by Maćko i skoczył, ale niełatwo mu było spoza ławy się wysunąć, bo ścianę za sobą miał, stół przed sobą, po lewicy Imrama, a kasztelana po prawicy, który widząc, iż się na burdę zanosi, drogę Borkowicowi laseczką swoją przegrodził i bystro w oczy spojrzał – a ksiądz-zakonnik pochylił się kornie i rzekł, do Maćka się zwracając:
– Jam to jest ukarania godzien za niepolityczne odezwanie się moje, za co najpokorniej przepraszam miłość waszą. Rad bym gościnę u was przyjął, ale w ważnej sprawie z Jastrańskim pogadać muszę, który mnie przed wami do stołu swojego zaprosił. Żeby zaś nieporozumień żadnych już nie było i boskiej obrazy, wraz z Bolechem usuwam się sprzed oczu waszych, miłościwi panowie, obiecując dyscypliną stare plecy swoje obić za niepokój, jaki się mimo chęci wywołało.
Pokłonił się raz jeszcze i ująwszy za rękę wzdragającego się trochę Bolecha, za próg z nim wyszedł.
Po chwili cicho, bez szelestu prawie, jakby ukradkiem, kmiecie, jeden za drugim, zaczęli się wysuwać z izby, w której jakieś głuche milczenie zapanowało, przerywane tylko charkotaniem wzburzonej piersi Borkowica, który powstrzymywany wzrokiem kasztelana gniew swój hamował.
– Psubrat! – wybuchnął nagle, nie mogąc dłużej zdzierżyć waru kotłującej się w nim złości.
Kasztelan podniósł palec do góry i rzekł:
– Nierozważny okrzyk, panie pańciu – nierozważny!… Zapominamy coraz bardziej, o czym nam ten Jastrański przypomniał, że kłonice przed szablami były, że z lemieszów miecze wykute zostały, panie pańciu!… Ja, dziewięćdziesięciu lat żywota dobiegający, pamiętam, panie pańciu, jak król Łoktek[5] tron krakowski odzyskał siłami kmiecymi. Niejeden z nich rycerski pas dziś nosi, o murowańcu myśli i herb swój graweruje na bramie, a brat jego barci w lesie podbiera i cepem wali w klepisko. Dobrze powiedział Jastrański: nie było szlachty, chłopy były – jeno dokończenie sentencji tej w ład mu nie poszło, bo jakże to, panie pańciu, szlachty ma zabraknąć, gdy wojen nie brak, a dużo rycerstwa zacnego król potrzebuje?… Ale krzyknięciem swoim: „Psubrat!”, panie pańciu – toś pił do siebie i do nas…
Przedłużyły się nosy szlacheckie, bo to niejeden dziadka, a może i ojca pamiętał chodzącego w sukmanie kmiecej.
– Rozpuścił król to chłopstwo niechlujne, jako że sam człowiek nierycerski – mruknął Borkowic. – Szkoda nam Łoktka!…
– To inna rzecz, że szkoda – odezwał się wojewoda Imram – ale ty, panie Maćku, w gorącej wodzie kąpany jesteś!…
– No, tak – odezwał się milczący dotąd pan Pszonka – ale gdy ochłonie, do rany go przyłożyć można, a wnet się zasklepi.
Maćko się uśmiechnął.
– Znają mnie przyjaciele moi – rzekł. – Grom ze mnie, ale po wytrzaskaniu się złości już we mnie nie ma i dłużej Jastrański o sporze naszym pamiętać będzie niż ja, który nikomu krzywdy nie czynię i już zapomniałem, dlaczego się tak mocno rozsierdziłem na niego.
– Tak, tak! – odezwała się Maćkowa kompania cała. – Nie ma tu skrzywdzonych przez was, choć sami przez złe języki skrzywdzeni nieraz jesteście.
Maćko westchnął.
– Gdyby nie ta krew, co mi zaraz w łeb bije, to z gołębiem mógłbym się pobratać.
O mało śmiechem szerokim nie ryknęła tłuszcza cała, tak Maćko nic a nic do gołąbka podobny nie był, ale przez wzgląd na wojewodę, który oczyma dookoła rzucił, i na kasztelana, kiwającego głową poważnie, śmiech w piersi swojej stłumiła.
Kasztelan zmrużył powieki, dłoń na złoconej głowie laseczki swojej położył i rzekł:
– O jakim to Zagoniu i młynie spalonym przez was Jastrański mówił?
Zatchnął się pan Maciek, a kompani jego łypnęli powiekami, ale rezonu nie stracił, westchnął, pokiwał głową i tak rzekł:
– Minionej zimy ten wypadek się przytrafił, a jeszcze mi nim w oczy kłują. Noc była, zamieć i śnieżyca okrutna, a mróz taki, że język do podniebienia przymarzał. Wracałem z paroma kompanami swoimi z dorocznego jarmarku z Poznania, a gościńca zmyliwszy, kopałem się przez śniegi, nie wiedząc, dokąd jechałem. Noc, wicher, wilki wyją, konie się słupią, mróz dech zapiera, a tu ani chałupy, ani drzazgi żadnej nie ma, by ogień rozniecić i ogrzać się jako tako. Znikąd ratunku. Jeżeli wilk nie zeżre, to mróz zabije; jeżeli mróz nie zabije, to wilk poradzi. Zacząłem pacierze mówić i przygotowywać się na śmierć niechybną, aż tu jeden z kompanów moich natknął się na coś. „Co tam?” „Młyn, ale na pustce stoi”. „Jest w nim kto?” – pytam. – „Kto by był! Bez drzwi, bez okien – rudera jakaś!”– ten na to.– „Podpal go, bo mi łapy skościały, a nóg nie czuję!” – Trzasnęło krzesiwo o krzemień, skry się sypnęły, wicher płacheć słomy rozdmuchał, młyn do cna się spalił, ale sześć żywotów naszych się uratowało. Wiadomo, że gdzie ogień, tam łuna; gdzie łuna, tam i strach; a gdzie strach, tam wielkie oczy i bajdy ludzkie niestworzone. W bliskości wieś była, ale kto ją w czas takiej zamieci mógł dojrzeć!… Siedzimy sobie, radujący się, a tu gwałt, rwetes – zawyły psy, obudzony kościelny w dzwon walnął. Wrzask słyszę: „Gorze młyn Zagonia!”, tłum ludu bieży i kupą na nas, grzejących się pod łotokami[6], gdzie woda kipieć zaczęła, w której wnet ugotowaliśmy udziec barani, kupiony przez jednego z kompanów moich na jarmarku poznańskim. Dostrzegł mnie Jastrański i zaczął wykrzykiwać: „Toście wy podpalili młyn Zagonia?”. „A ja” – rzekłem. Nie zapierałem się i nie zapieram – ale wytłumacz chłopskiej hołocie, że przymuszony głodem i chłodem ten młyn spaliłem. I Bóg wie, jaka gadka urosła, aż mi wstyd powtórzyć przed wami, mości panowie, bo to niby z wiosną było i nibym to ja do młynarzowej się zabierał, a młynarz… Niby to mnie pod łotokami ułapił i… Niby… W grzbiet kłonicą zajechał, za co się mściłem i niby młyn mu spaliłem. Ale co dziwne, że sam Zagoń temu wszystkiemu uwierzył i zapytany: „Kiedy to było?” „Z wiosną” – odpowiada. – „Gdzie?” „Pod łotokami”. – I wciąż małżonce swojej Borkowicem doskwiera, który Bogu ducha winien, pod tymi łotokami jeno w udźcu baranim smakował, a co panu młynarzowi grosiwa nasypał, to mógłby takie dwa młyny postawić. Tymczasem dziś jeszcze Jastrański w oczy mi młynem tym zakłuł i dlatego się zbiesiłem!…
Dużo prawdy i dużo nieprawdy w tym opowiadaniu Maćkowym było. Prawda, że młyn Zagonia spalił, nieprawda, że zimą, bo się ku wiośnie już miało; prawda, że pod łotokami Zagoń go przydybał, ale nieprawda, że tylko tam w udźcu baranim smakował. Słowem, wszystkie niby Maćka odrzucić trzeba by było, by móc prawdy się szczerej doszukać. Zdawało się jednak, że kasztelan uwierzył słowom Maćkowym, tak jakoś rzecz całą gładko a bez zająknienia się opowiedział, tylko głową poruszył, palcami zagrał na głowie laseczki swojej i do wiadomości wszystkich zebranych podał, że o tym Zagoniu i o tym młynie wieść już do dworu wawelskiego doszła, ale choć król uwierzył, że Maćko przez zemstę jakąś młyn ten spalił, amory pod łotokami nie trafiły do przekonania królewskiego, jako że miejsce nie było ku temu wygodne. Tak zakończyła się rzecz cała i choć król jegomość zapisał w notatniku swoim: niepewne, i do skarg waloru wielkiego nie przykładał – wyjaśnień prawdy czeka.
– Teraz, panie pańciu – kończył kasztelan – wcale inaczej rzecz mu przedstawię i z notatnika królewskiego nazwisko wasze usunę.
Maćko poruszył się i rzekł:
– Wolałby król jegomość o Pomorzu w notatniku swoim zapisać!…
Przypomnienie Pomorza, przez króla Krzyżakom oddanego, które sądem papieskim pod grozą klątwy miał zakon Koronie Polskiej zwrócić, wstrząsnęło wszystkimi obecnymi i oniemiło usta.
Po chwili wojewoda trzasnął w szablę i rzekł z mocą:
– Odbierzemy!…
– A umowa, podpisana przez króla i panów radnych? – rzucił Maćko.
– Nie podpisał się kler polski – ani biskupi, ani arcybiskup gnieźnieński pieczęci swojej nie położyli – a Rzym za nami!…
– Którego się Niemcy nie boją, a których się boi nasz król Kazimierz, Maćków i Zagoniów w notatniku swoim zapisujący – mruknął Borkowic.
Znowu milczenie i ogromny wzdych piersi rycerskich i gdy kasztelan zorane wiekiem czoło na gałce złoconej oparł, gdy wojewoda w posępnych dumaniach się zanurzył, a towarzysze rycerscy tych mężów dostojnych gładzili miecze nieczynne – Maćko i jego kompani uśmiechali się zjadliwie, a w oczach panów na Szczekarzowicach i Radowcu złe ognie błysnęły.
Nie potrzeba było być wielkim serc ludzkich znawcą, by poznać, że myśli kasztelana i wojewody pobiegły w przeszłość daleką, w piękne, niepowrócone lata młodości rycerskiej; że przed zamglonymi ich oczyma przesunęła się harda, dumna, choć mała postać króla-rycerza, który po trzykroć wyganiany z kraju, po trzykroć do niego wracał, ostrzem miecza drogę sobie na tron krakowski torując. I zdobył tron, koronę Piastów z rąk kmiecych w grotach Ojcowa przyjąwszy, i Albertów bunt niemiecki w stolicy swojej uśmierzył, i Czechów precz z królewskiego wygnał grodu, i pod Płowcami żelazne zastępy wojsk krzyżackich rozgromił. Przez ogień szedł i miecz, bo ogień i miecz ciskano mu pod stopy. Krwawiła się nieraz pierś Imrama, ledwie tchu mogła ułapić pierś Jury, gdy na nieprzeliczone wrogów szeregi po zwycięstwo rzucali się lub śmierć. I przypomniał im się Florian Szary, który wypływające jelita ręką własną zatrzymywał, a gdy król Łoktek, objeżdżający pobojowisko, widząc męczarnię rycerza, rzekł: „Jak ten człowiek cierpieć musi!”, „Gorzej boli od języka niż od miecza” – ten odparł, o złym sąsiedzie swoim mówiąc, który mu spokoju nie dawał i oczerniał niegodnie. Król do siebie go wziął i leczyć kazał. Złego sąsiada precz wygonił, a rycerzowi nadał herb Jelita – trzy strzały w środku związane, którym to znamieniem dotąd się pieczętuje ród Zamoyskich. Polska mieczem rosła, żywiła się mieczem, jakże teraz będzie, gdy na tronie Piastowym siadł „król chłopów”, który oddaje ziemię, byleby tylko w miecz nie szczęknąć?… Ciężko oddycha pierś wojewody, ciężko się chwieje siwa głowa kasztelana – tylko Maćko był rad, że zapomnieli o nim, o młynie i Zagoniu.
– Jak jest, tak jest – odezwał się po chwili kasztelan – ale widocznie król jegomość niemocny się czuje, kupi się, a wewnątrz się wzmaga i złotem skarbiec krakowski napełnia.
– Mamy murowańce, to prawda! – rzucił wojewoda przez zęby.
– Kościoły z cegły i kamienia – ktoś dodał.
– Zamki obronne i mosty ściągające się – gdzieś padło.
– Wszędzie mury, mury! – tu i tam się odezwało.
– Widać król twardości piersi naszej nie wierzy, mur mu bardziej krzepki się zdaje – rzekł Imram.
– Teraz, słyszałem – dodał Maćko – że w Kazimierzu nad Wisłą przestronne spichrze stawia, aby je zbożem na czas głodowy wypełnić i chłopom rozdać w latach nieurodzaju.
– Ja mu tam ani garnca pszenicy nie poślę – odezwał się wojewoda – a gdy mnie niewolić zechce, rzeknę: „Gdybyś to, panie mój miłościwy, miecze zbierał i kopie, trzy szkuty nimi bym wypełnił… Ale tak – nie!…”.
– Powoli, panie pańciu, powoli – pan kasztelan się odezwie. – Czasem nie wie człowiek, co ma w zanadrzu, a jak mu poznać, co w głowie królewskiej siedzi? Prawda, że oddał Pomorze, ale Czerwoną Ruś do Korony przyłączył; prawda, że wojny nie lubi, ale gdy do niej przyszło, to i Litwę poraził i ziemię włodzimierską wraz z zamkami jej zabrał, a w bitwie osobnej, bez pomocy Węgrów już stoczonej, w której sam przewodził, wielkiego księcia Kiejstuta do niewoli wziął. Że Żydów polubił, to mu się nie bardzo chwali, ale myśli, że dobrych obywateli z nich porobi, którzy widząc, że kraje wszystkie bez miłosierdzia ich gnają, ziemię polską pokochają jak swoją własną.
Tu Josel Zojne, który za szynkwasem oparty o szafę stał i pejsy gładził, przysłuchując się rozmowie panów, kiwnął się, poruszył i rzekł:
– Un tak myśli? To un bardzo dobrze myśli, bo mi tak do waszego Królestwa prziczipimy się, co potem nie można poznać będzie, gdzie Żid, a gdzie nie-Żid.
Kasztelan obrócił się powoli i popatrzył na mówiącego.
– Przipraszam jasnego pana – szepnął Josel, kłaniając się nisko, i schował się za szynkwas.
– Nie sądzę ja pana swojego – kończył kasztelan. – Wielkiego umysłu to mąż, a żadna nieprawość w kraju nie ukryje się przed jego okiem królewskim.
Maćko Pszonkę w bok trącił, a Maćka Szczekarzowicki.
– Wierzcie mi, panie pańciu, że tak!…
– To i notatnik mu niepotrzebny – rzekł Borkowic.
– Dla lepszej pamięci, dla lepszej pamięci!… No – dodał, podnosząc się z siedzenia, kasztelan. – Mnie czas na spoczynek.
– Proszę was, mili panowie moi – Borkowic się odezwał – na konie siadać, a wozom z pobitą zwierzyną prosto do dworu się mojego kierować. Nie opatrzycie się, jak z Joslem rachunek załatwię i będę przy was.
Wyszli tedy na dwór Jura z Imramem i pocztem swoich rycerzy, a wtedy pozostała kompania Maćkowa szerokim śmiechem parsknęła.
– Widzi, widzi – śmiał się pan na Szczekarzowicach – a już dwukrotnie Litwę na niego przez brody i bagna przeprawiłem.
– Widzi, widzi – powtarzał Borkowic – a łotokom uwierzyć nie chce.
Tu zwrócił się do Żyda i za brodę go biorąc, a silnie w pięści ściskając, spytał:
– Ile ci się należy?
– Już jasny pan mnie zapłacił – wykrztusił Zojne, krzywiąc się jak nieboże stworzenie.
– Wszystkich was biorę na świadków, że pokwitował mnie z należności – rzekł Maćko. – A król jegomość inaczej może w notatniku swoim napisze – dodał.
Po chwili las się odezwał tętentem koni, wozów skrzypieniem – i kawalkada cała ruszyła do niedalekiego dworu Maćka Borkowica.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[1] Rodzaj sieci (przyp. red.).
[2] Drzewo przewrócone przez wiatr (przyp. red.).
[3] Nie kłam (przyp. red.).
[4] Duża, zdobiona szklanka (przyp. red.).
[5] Jedna z wersji przydomka króla Władysława Łokietka (przyp. red.).
[6] Drewniane koryto, którym woda spływa na młyńskie koła (przyp. red.).