Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
28 osób interesuje się tą książką
Mieszko wyszedł z cienia i o włos uniknął śmierci z rąk skrytobójcy. Jakie ów atak przyniesie reperkusje tajemniczemu zleceniodawcy? A może zdoła pozostać w ukryciu?
Przyszły władca księstwa Piastów decyduje się wyruszyć po należny mu z urodzenia i woli ojca tron i nie myli się, że na drodze ku temu czeka na niego niejedna przeszkoda. Wrogowie nie śpią, czyhają tylko na jego pierwszy lepszy błąd, który może zaważyć na całej historii.
Na kogo Mieszko może liczyć? Na braci? Przyjaciół? Na kogo powinien uważać i komu wbrew wszystkiemu nie ufać? Jaki wpływ na plany następcy Siemomysła wywrze zaskakujący atak długoletniego sojusznika?
Wielka bitwa jakiej kraj Piastów nie widział, a w niej starcie trzech armii. Którą stronę konfliktu zajmie ostatnia i co to oznacza dla potomków kniazia? Czy braterskie więzy przetrwają brutalną wojnę i sieć spisków?
Krwawa historia, w której nie zabraknie miejsca dla miłości, przyjaźni i oddania. Stosy pogrzebowe, choć niekiedy druzgocące serca, mają moc oczyszczenia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 606
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Rodzicom
SŁOWO OD AUTORA
Mieszko II: W blasku chwały to drugi tom powieści historycznej o naszym księciu, zanim ten przyjął chrzest. Podczas prac nad powieścią towarzyszyły mi trudności, o których wspominałem już przy okazji pierwszego tomu, czyli skąpe źródła historyczne, do tego często wzajemnie się wykluczające i zawierające dużo niedopowiedzeń. Przypomnę, że w wielu kwestiach stawałem przed koniecznością wyboru jednej z kilku, czasem bardzo odmiennych dróg, dlatego proszę o wyrozumiałość, jeśli moja wizja na dany temat będzie różnić się od Waszej. Proszę o spojrzenie z przymrużeniem oka, kiedy będzie to konieczne i po prostu czerpanie przyjemności z lektury. Pisanie tej serii sprawiło mi ogromną radość i satysfakcję. Chciałem pokazać wszystkim, że nie tylko nacje wokół nas mają ciekawe historie i legendy. Na naszym rodzimym podwórku również wiele się działo i były to wydarzenia niezwykle zajmujące. Achilles? Aleksander Macedoński? A na co oni komu, skoro mamy naszego Mieszka? Zgodnie z powiedzeniem: „Cudze chwalicie, swego nie znacie” zapraszam. Usiądźcie wygodnie i dajcie się ponieść opowieści o Piastach.
Daniel Komorowski
1.
Siemirad klęczał nad swym przyjacielem i konungiem. Nie trzeba było długo czekać, aż doskoczyli także Harald Sinozęby z Palnatokim, równie zmartwieni, jak i zaskoczeni tym, co wydarzyło się przed chwilą. Doszło do ataku skrytobójcy na Dagome i mimo że ich druh uniknął śmierci, to zemdlał, opadając w ramiona wojów. Ci ostrożnie złożyli go na ziemi, a teraz zastanawiano się, co począć.
– Medyka wołać! – zagrzmiał donośnie król Danów, po czym rzekł pod nosem jakby do siebie: – On pewnikiem coś poradzi.
Siemirad poderwał się z ziemi i ruszył raptownie do Prokuja, jakby chciał rozszarpać go gołymi rękoma. Dopadł do niego, pochwycił za kołnierz i docisnął z całej siły do ściany, jakby chciał ją przebić ciałem Piasta.
– Na życie brata się targnąłeś, gnido! – wysyczał Siemirad. – I to czyimiś rękoma się wysłużyłeś. Nie wstyd ci? Macie wy tam honor w tym waszym księstwie czy sami u was tchórze, co wyręczają się innymi?
– Nie stoję za atakiem na Mieszka. Nie wiedziałem nic o zbóju i sam nie mogę uwierzyć w to, co się stało – wzbraniał się najmłodszy z synów Siemomysła z oczyma niepomiernie wybałuszonymi, że sprawiały wręcz wrażenie, iż zaraz mu wypadną. – Musisz mi wierzyć. Nie znam ani nigdy nie miałem do czynienia z tym człekiem – dodał naprędce, wskazując głową na skrytobójcę, który prawie zabił konunga Dagome.
Najemnik zaś siedział pod ścianą związany i w obstawie, przeskakując spojrzeniem z jednego wojownika na drugiego.
– Nic nie muszę. Potem się policzymy, gdy zadecyduję, co z tobą uczynić – wysapał mu Siemirad prosto w twarz. Nim wypuścił go ze stalowego uścisku, pchnął go silnie ku innym wojom. – Do lochu z nim, i jego ludzi tak samo – rzekł do nich i zaraz ponownie zwrócił do brata konunga: – A ty módl się do swych bogów, żeby Dagome wyżył, bo właśnie waży się twój los. Wiedz, że jak coś mu będzie, to sprawię, że pożałujesz, żeś w ogóle wylazł na ten świat z matczynej pochwy. Pamiętaj też, że nie mam w zwyczaju rzucać słów na wiatr i wielce się wycierpisz, nim przyjdzie ci sczeznąć.
Dwóch wojów chwyciło Prokuja pod ramiona i wzięli się za wyprowadzenie go z hali. Ten jednak nie zamierzał łatwo sprzedać skóry i szarpał się, chcąc się oswobodzić. Jakoś wyrwał jedną rękę, lecz drugi woj mocno trzymał i nie ustępował. Pierwszy natychmiast poprawił chwyt, po czym warknął ku młodemu Piastowi i zmierzył go groźnym spojrzeniem, jasno dając mu do zrozumienia, że następnym razem, gdy spróbuje uciekać, to inaczej będą rozmawiać.
– Nic nie zrobiłem! – krzyknął Prokuj, oddalając się posłusznie razem z wyprowadzającymi go wojami. Wymachiwał głową, próbując złapać wzrokiem chociażby Siemirada. – Nie targnąłbym się na życie brata. Nie po to przybyłem do Truso, a potem i tutaj, żeby go zabić. Tron kniaziowy po ojcu chciałem mu dać, a nie śmierć przynieść. Tron! – wykrzykiwał, lecz mało kto zwracał uwagę na jego słowa.
Najznamienitsi w hali czuwali przy Dagome, wyczekując jakichś oznak ocucenia. Mijani jeno wojowie przy stołach żałośnie spoglądali na ciągniętego Piasta i jego towarzyszy, a niejeden i splunął ku nim, nie skrywając wrogości i niechęci. Gdy zniknęli wszyscy przybysze, spojrzenia licznej gromady wojowników zwróciły się na niemowę, który zaatakował konunga. Każdy myślał, co to są za ceregiele, że człek nie ma jęzora, i brali to za zmyślny fortel zleceniodawcy ataku. Jak to teraz wywiedzieć się od pojmanego, kto go nasłał, jeśli nie ma żadnej tortury będącej w stanie wymusić zeznanie z człeka, który nie jest zdolny wydusić z siebie nawet jednego słowa, choćby i nawet chciał...? Zawgozdka to była tęga i każdy jak jeden był ciekaw jej rozwiązania.
Minął jakiś czas i medyk, którego wezwano, zaczął odprawiać swoje gusła, mające zwrócić konungowi przytomność i ratować jego zdrowie. Jeszcze przed chwilą doglądał wojów, którzy powrócili z wyprawy, a teraz wyciągał z miecha różne zioła. Włożył je do drewnianej czarki i zaczął rozgniatać. Wszyscy wgapiali się w to, co robi, lecz nikt nie ważył się mu przeszkadzać. Wiedzieli zawżdy, że medyk ma nielichy rozum i wie, co czynić.
Olvir, za którym wiosen było już tyle, że mało kto był w stanie wyliczyć, a niektórzy mówili, że i z sześć albo i nawet siedem dziesiątek – miał na głowie białe jak śnieg włosy. Rzadkie, bo rzadkie, lecz świadczyło to o jego mądrości, bo jak powiadali w Jomsborgu, przedniejszego człeka w sztuce leczenia próżno szukać, a o tym, ile żyć Olvirowi przyszło ocalić sztuczkami, to skaldowie powinni wznosić pieści. Wiedza medyka zaiste była wielka, to i nie dziwota, że głowa wyzbyła się większości włosów. Nie była zdolna pomieścić wszystkiego, to pozbywała się tego, co na wierzchu.
Sztukę leczenia Olvir przekazywał młodym, swoim uczniom. On był już stary, w krzyżu go łupało, a na to sztuczek nie znał. Nie sposób pozbyć się oznak starości w zużytych mięśniach, te bóle szło jedynie uśmierzyć ziołami i maścią z sadła niedźwiedziego, którymi codziennie ktoś go musiał nasmarować.
Do Dagome przybył we własnej osobie, przeto pomocy potrzebował sam konung i druh duńskiego króla.
Wygniatał Olvir zioła, którymi zamierzał cucić rannego i zaraz po tym opatrzyć jego ranę na głowie. Najpierw jednak chciał sprawdzić, jaka głęboka jest utrata przytomności, bo to pomoże określić powagę obrażeń. Zioła były mocne i gdyby nie przyniosły efektu, to... trzeba się martwić wielce o życie Dagome.
Miazga ziołowa była gotowa, w czym medyk upewnił się, samemu ją wąchając. Zrazu odsunął głowę, kiedy mocna i kwaśna woń podrażniła mu nozdrza. Teraz przysunął miseczkę ku twarzy konunga. W pierwszej chwili nie nastąpiła żadna reakcja, a zgromadzeni najbliżej poczuli nieprzyjemny zapach mikstury. Mijała chwila za chwilą. Olvir z obawą przełknął ślinę i odsunął czarkę. Gdybał, co teraz począć. Przeto uraz zdawał się poważny, choć już po uderzeniu Dagome normalnie chodził i rozmawiał, jak przekazał mu wojownik, który po niego pognał. Musiał Olvir zachować wszelką ostrożność, bo urazy głowy należą do iście skomplikowanych i nawet on, wielce doświadczony medyk, nie mógł być pewnym, co robić, żeby uleczyć. Wolał opatrywać rany od miecza czy topora, czyli to, co bardziej widoczne, a nie całkowicie skryte pod powłoką skóry, mięśni i kości.
Znowu sięgnął do miecha, wcześniej odłożywszy na bok czarkę. Wyciągnął z niego sukno i już miał kogoś zawołać, by przyniósł ciepłej wody do obmycia rany, aż tu z nagła konung się poruszył, oczy otworzył i jakby przestraszony we śnie, zamierzał poderwać się z miejsca.
– Leż, panie, w spokoju! Nie dla ciebie zrywy na razie – skarcił go Olvir, kładąc mu na piersi dłonie na powstrzymanie. – Daj głowie odpocząć, wzwyczaić się do powrotu w nasz świat, inaczej migiem znowu nam tu pośniesz.
– Co się stało? Omdlałem? – spytał rozkojarzony, mrużąc oczy.
– Tak było – potwierdził zrazu Siemirad. – Wezwaliśmy Olvira, żeby ci pomógł, i chyba dał radę.
– Powiedz, panie, jakże się czujesz. Co, gdzie i jakże boli? Jak z głową? – dopytywał medyk, nachylając się za Dagome, by zobaczyć ranę z bliska.
Delikatnie przekręcił mu głowę. Uderzone miejsce krwawiło, lecz na szczęście jucha nie sączyła się mocno.
– I bez dumy radzę – polecił, nim konung zdążył udzielić mu odpowiedzi. – Ona pewnikiem nie pozwala okazać słabości, ale niemądrze lekceważyć uraz głowy. Szczerze więc rzeknij, panie, jak się czujesz.
Piast rozejrzał się dookoła. Spoglądali na niego Siemirad, Harald, Palnatoki i inni. Nie wstydził się przy nich. Żadna ujma mówić o bólu. Tudzież zrazu szczerze wyznał, co mu dolega.
– Boli z tyłu. Musiałem mocno wyrżnąć o ziemię, to i nie ma się czemu dziwować.
– Spojrzy się na mnie, prosto w oczy – polecił medyk, przypatrując się konungowi już z przodu. – Dobrze mnie widzi? Jakieś majaki ma przed oczami, ciemnica jaka wychodzi? Albo i boli, gdy długo nie zamruga?
– Boli jeno, ale nie mocno. Bardziej jakby dopiero na hałas.
– To na moje strach był większy, niż co się w istocie zdarzyło. Opatrzę teraz i założę opatrunek, ale radzę uważać, coby się na wszelki wypadek na razie nie przeciążać. Teraz może nie jest źle, ale jak głowę się zaniedba, to potem może sprawiać kłopoty.
Kiedy Olvir skończył, konung podniósł się, ubezpieczany przez innych, i zasiadł przy ławie. Siemirad bez zwłoki zdał mu relację odnośnie do wtrącenia jego brata i towarzyszących mu ludzi do lochu. Dagome kazał przyprowadzić Prokuja z powrotem.
Młody Piast zareagował z przestrachem, gdy zjawili się po niego wojowie, a jego piastun Zdzierad chciał stawać w jego w obronie. Powstrzymał go jednak i mimo wielkiej niepewności, co może się zdarzyć i po co go wyciągają z lochu, posłusznie poszedł z nimi. Żaden nie zamierzał mu zdradzić, w jakim celu go prowadzą, ani że Mieszko odzyskał przytomność. Dowiedział się o tym, dopiero gdy ujrzał go siedzącego u stołu w hali pośród innych. Zrazu poczuł ogromną ulgę, ale i niepokój ścisnął mu serce. Może i bratu nic się nie stało, jest przytomny i w zdrowiu, a jednak doszło do ataku na jego życie. On zaś z kolei zostanie zapewne obarczony o to winą. Druh Mieszka wtrącił do lochu. Co zadecyduje sam Mieszko?
– Przysięgam, że nic nie wiem o tym zamachu. Zbój, co cię zaszedł, nie był ze mną, nie znam go. Moje oczy zobaczyły go po raz pierwszy wtedy, kiedy i twoje. Nie jestem zamieszany w jego atak – ozwał się zaraz Prokuj, gdy tylko stanął przed braterskim obliczem, dobre trzy, może cztery kroki od niego.
Dwaj woje stali przy więźniu i pilnowali go. Dagome z kolei jakby go wcale nie słuchał, tylko popijając miód, wpatrywał się przed siebie, skupiony na czymś. Prokuj nie wiedział, co ma myśleć. Bał się coraz bardziej, a jego niepewność nieprzerwanie rosła. Z czasem, gdy z ust Mieszka nie wychodziło żadne słowo, sam zdecydował jeszcze co nieco dodać do swojej przemowy:
– Nic nie...
– Pozwolił ci kto gębę otwierać? – wygarnął mu szorstko konung, wchodząc w środek zdania.
Młody Piast cały osłupiał. Czuł, że może być nawet gorzej, niż wydawało mu się do tej pory. Jego rodzony brat jest wielce rozeźlony, ale czy można mu się dziwić? Ktoś targnął się na jego życie i to nie otwarcie, a wyręczył się skrytobójcą. Jak on sam czułby się na miejscu Mieszka? Jak by zareagował? Czy nie podejrzewałby siebie, gdyby ów atak zgrał się nader pechowo w czasie z jego pojawieniem?
Słowem się już nie odezwał, czekając na to, co nastąpi, a przeczuwał, że nic dobrego w Jomsborgu go nie czeka. Czcibor wysłał go z ważką misją, a on, zamiast ją wypełnić, narobił jeno problemów a problemów.
Czas płynął. Nikt nic nie mówił. Milczeli wszyscy co do jednego. Każdy wiedział, oprócz młodego Piasta, że konung stara się zbudować napięcie i wyprowadzić więźnia z równowagi. Pewnikiem już rad byłby go przesłuchiwać, lecz najpierw chciał go złamać, co miało później wszystko ułatwić.
W końcu nadszedł wyczekiwany moment i Mieszko przemówił do niego:
– Po co cię Czcibor do mnie wysłał? Nawet nie będę ci radzić, byś mówił prawdę. Nie jesteś już otrokiem, żeby ci mówić, co trzeba robić, a czego nie. Masz swój rozum i powinieneś się domyślić, że jak tylko się dowiem, żeś próbował mnie okłamać, to poniesiesz karę. Znasz mnie czy nie, moje czyny są ci znajome czy obce, lecz miej świadomość, że taki ból ci mogę sprawić, jaki ci się nawet nie śnił. Cierpień ci przysporzę a cierpień, a i twoich towarzyszy potraktuję nie lżej – oznajmił zimno, a rzec by można, że nawet lodowato.
Prokuj słuchał go w skupieniu. Brat zdawał się przekonany co do jego winy. W jego głowie taki powstał mętlik, jakby znikąd zjawiło się w niej stado pszczół czy os. Wielki harmider myśli i wszechobecne zamieszanie. Nie zrobił niczego złego, ale broniąc prawdy, może sprowadzić na siebie tortury... Co więc miał mówić? Czy Mieszko mu uwierzy?
Zdecydował się zaryzykować.
– Bracie – zaczął, z całych sił wysilając się na spokój, co zgoła wcale nie było łatwe. – Mogę przysiąc, na co tylko chcesz, że niczemu nie jestem winien, a i Czcibor niczego mi nie kazał zrobić poza dostarczeniem wieści, żeś został wybrany przez ojca na nowego kniazia. Zbój, który nastał na twoje życie, nie jest od nas.
– Co, jeśli Czcibor nie uprzedził cię o swych zamiarach, a jeno w pułapkę wpędził, żebyś odpowiedział za to, co miało mnie spotkać? – rzucił Dagome.
Prokuja aż przeszedł dreszcz na ciele całym. Z tej strony nawet nie przyszłoby mu do głowy spojrzeć na sprawę, lecz zrazu odrzucił pomysł.
– Za nic w to nie uwierzę. Nasz brat miał i ciągle ma dobre zamiary, tak jak i ja. Chce cię w Gnieźnie za kniazia, a nie mordować w skryciu.
– Azali nie możesz wiedzieć, czy jego zamiary były takie, jak mówisz, lecz tylko na wierzchu, a prawdziwe skrywane przed tobą. Życie mnie nauczyło, że mało jest człeków na świecie, którym można w pełni ufać, a i nierzadko można się zdziwić, kiedy nawet najbardziej zaufany wbije w plecy nóż czy inne ostrze – odrzekł konung, wpatrując się w brata.
Wciąż mierzył go czujnym spojrzeniem, badawczo, chcąc wyczytać z niego, czy jest prawy, jak zapewnia, czy jednak zgoła przeciwnie.
– Jeśli przeżyjesz dzisiejszy dzień i kolejne, to prędzej czy później posmakujesz takowej zdrady, sam zobaczysz – dodał i zamyślił się na moment krótki. Po chwili dodał: – Abo i właśnie teraz tego zaznajesz. Poczekać nam tylko trzeba, żeby zdobyć dowody na podstęp Czcibora. Jak dobrze pójdzie, a z kolei dla ciebie niepomyślnie, to zostanę ostatnim żyjącym synem Siemomysła. Nie chciałem przelewać braterskiej krwi, lecz pochopne i bezmyślne działania mogą przynieść zgubę tobie i Czciborowi.
– Kiedy mówię, że my nic...
– Wyprowadzić go i znowu zamknąć w lochu – polecił wojom konung, tym samym wchodząc bratu w słowo.
– Nie my stoimy za atakiem! – krzyknął Prokuj w ślepej nadziei, że coś wskóra. – Nie my! Mówię, że dobrze chcieliśmy... – Ostatniego zdania nie dokończył, zniknął za drzwiami.
– Co myślicie? – ozwał się z kolei Dagome do towarzyszy.
Pierwszy swą opinie zdał mu Harald Sinozęby, nie pozwalając, by kto inny zabrał przed nim głos. Przeto też nikt królowi nie zamierzał wchodzić w paradę.
– Na moje obaj zdrajcy. Żaden przypadek w tym, że zbój cię napadł, kiedy twój brat przybył. Wszystko dzieje się z jakiegoś powodu, a nie samo z się. Zabić cię próbowano akurat dzisiaj i za nic nie dam wiary, że twoi bracia, no albo chociaż jeden z nich, za tym nie stoją.
Dagome słuchał słów duńskiego władcy i zaświtała mu w głowie jedna myśl. Nie podzielił się nią jednak z nikim. Nasunęło mu się pewne podejrzenie wobec możliwego czynu braci.
Teraz chciał zabrać głos Siemirad. Konung spojrzał na niego i jak to zwykle już między nimi było, zrozumieli się bez słów, to i w zasadzie druh nic już nie musiał mówić. Dagome doskonale wiedział, co ten myśli, a myśli podobnie jak Harald. Niemniej Siemirad przemówił:
– Król dobrze prawi. Niby tron chcieli ci dać, ale według mnie to była jeno pułapka, nic więcej. Zbliżyć się chcieli do ciebie i udało im się. Odwrócili twoją uwagę i mało brakło, a zmierzałbyś właśnie do Valhalli. A może nawet już byś siedział pośród bogów, jeśli walkirie pośpieszyłyby po ciebie prędko na swych koniach.
– A jeśli nie wszystko jest takie, jak się może zdawać na pierwsze spojrzenie?
– Co masz na myśli? – wyrzekł Sinozęby.
– A to, że mam licznych wrogów i moi bracia, którym może nie być po myśli moje kniaziowanie po naszym ojcu, nie są jedynymi, którzy mogą mi źle życzyć.
– Prawisz, że wierzysz Prokujowi? – dziwował się król.
– Nie od razu, że wierzę, jeno mówię, że istnieje wiele możliwości. Głównie braci podejrzewam, co wcale nie jest dziwne, przeto tak tobie, jak i mnie wrogów nie brakuje.
Sinozęby w odpowiedzi przewrócił oczyma, bo Dagome miał rację. Dan mógł wymieniać swych wrogów i wymieniać. Prawdą życiową było, że kto im większy się staje i jego potęga rośnie, temu z czasem i nieprzyjaciół przybywa.
Konung bez słowa podszedł do niemowy, który ciągle siedział w tym samym miejscu. Skrytobójcy różne myśli kłębiły się w głowie, lecz był pogodzony ze swym losem, odkąd tylko trafił do Jomsborga. Miał zabić konunga Dagome, znanego również jako Mieszko, a owo zadanie już z samego początku było równoznaczne z tym, że niezależnie od powodzenia, od tego czy podoła, czy nie, nie wyjdzie z tego cało. Godził się na to i nie żałował. Z góry dostał połowę zapłaty za samo przyjęcie zlecenia, co i tak było już sowitym wynagrodzeniem. Tak sowitym, że czy ucieknie śmierci, czy nie, jego żona i dzieci będą miały za co żyć, i to w dostatku większym, niż dotychczas im zapewniał.
Teraz ujrzał przed sobą człeka, którego nie udało mu się zabić, i splunął w jego kierunku ze złością. Mało brakło, by pozbawił go życia, a wtedy jego rodzina otrzymałaby drugą połowę wypłaty. Nic to jednak. Za późno na gdybanie. Nie powiodło mu się i koniec, a jego bliscy, tak czy inaczej, długo nie będą narzekać na głód i martwić się, co włożyć do ust. Mógł więc być z siebie zadowolony. Wszystko to dzięki niemu.
Dagome wpatrywał się w swego niedoszłego zabójcę, a z jego oblicza biły pewność oraz... spokój. Zdziwiło to związanego zabójcę. Czyżby wiedział, kto go nasłał? Ale niby skąd? Domyślił się? Oby nie. Kto może wiedzieć, jak zareagowałby zleceniodawca, gdyby wydało się jego imię... Czy odwiedziłby jego rodzinę i ukarał ją za to? Za niego? Poczuł strach w sercu na tę myśl, lecz przecież nie zawinił, a zleceniodawca wiedział przecież, że go nie zdradzi, bo niby jak miałby to uczynić bez języka? To z tego powodu dostał to zadanie – żeby niczego nie powiedzieć w razie porażki.
Imienia płacącego zresztą też nie poznał. Przeto najął go jego człek, a i on się nie przedstawił. Krótko opowiedział o zadaniu, zaproponował warunki tak dobre, że nawet nie przyszłoby mu do głowy się targować. Skinął jeno głową na zgodę, uścisnęli sobie dłonie i z miechem wypełnionym połową należności oddalił się zadowolony, by już w najbliższych dniach wziąć się do pracy.
Gdybał tak sobie, zastanawiając się, jakie kroki przedsięweźmie konung, by czegoś się dowiedzieć. Zarówno on, jak i Dagome zdawali sobie sprawę z niemożności wyciągnięcia z niego czegokolwiek – po dobroci czy siłą, bez różnicy. Nawet gdyby coś wiedział, to nic mu nie jest w stanie powiedzieć, a magicznej sztuki pisania nigdy nie przyszło mu poznać. Podziwiał człeków, którzy umieli pisać i czytać. Sam raz przed laty przez chwilę widział kawałek materiału zwany pergaminem, prawie cały zapełniony tajemniczymi znakami o różnych kształtach i wielkościach. Jeno przez kilka uderzeń serca wpatrywał się w niezrozumiałą mowę, lecz to wystarczyło, żeby tak go zmroczyło, że przez jakiś czas musiał przecierać oczy, by wróciły do sprawności.
Niemowa niemalże miał pewność, że choćby nie wiedzieć jak konung by próbował i jak bardzo chciał, to nic nie wymyśli, żeby dowiedzieć się imienia człeka, który opłacił próbę jego morderstwa. Słyszał, że Dagome to człek nader rozumny, co potrafi sobie poradzić z różnej maści problemami, lecz na ten nie znajdzie sposobu. Niemniej jego niezmącony spokój coraz bardziej go dziwował.
– Mówić nie potrafisz – zagadnął go w końcu po dłuższej chwili konung. – Na takiego, co pisać by potrafił, nie wyglądasz, ale na moje pokazywać chyba podołasz – dodał tajemniczo.
Wynajęty zabójca wyraźnie wzmógł czujność. Nie domyślał się, co Dagome ma na myśli, lecz ten zaraz oznajmił mu swój pomysł:
– Będę mówić imię, a ty masz tylko ruszać łbem na znak, czy odgadłem tego, co cię opłacił, czy nie – zakomunikował.
Zgromadzeni w hali osłupieli. Niedoszły morderca zaś ani drgnął, jeno wgapiał się i wgapiał.
– Pomysł dobry, ale co z niego, jeśli zbój nie rozumie, co do niego prawisz? Uszy może i ma, nie jak z jęzorem, ale może należy do niego prawić w innej mowie? – zasugerował wnikliwie Palnatoki, jarl Jomsborga.
– Rozumie, rozumie – odrzekł Dagome pewnie, ze spojrzeniem bez przerwy skierowanym w ślepia pojmanego. – Widzę w jego oczach, że zrozumiał każde me słowo. Udawać jeno próbuje, a i strachem zaczyna cuchnąć.
Na te słowa usta zabójcy wykrzywiły się w złowrogim grymasie. Był to jasny dowód, że wszystko zrozumiał.
– Wysłał cię Czcibor z księstwa Piastów? – padło pierwsze pytanie Dagome.
Związany nie poruszył niczym nic a nic. Jego głowa jak trwała w bezruchu, tak nie zmieniła położenia nawet na moment.
– Rusz łepetyną, bo może i torturami nie wyciągnę od ciebie słowa, ale jak mnie zdenerwujesz, to dla przyjemności poprzypalam cię ogniem, a wtedy tak zaczniesz łbem machać, że jakaś pieśń z tego powstanie. Twój wybór.
Kilku wojów zaśmiało się na groźbę konunga. Może i nie było w niej niczego zabawnego, ale znaleźli się tacy, co użyli wyobraźni i zobaczyli, jak pojmany trzęsie głową jak szalony, a ta wytwarza zgrabną melodię. Niezłą stałby się nieszczęśnik konkurencją dla skaldów.
– Daj jakiś znak, bo wrzucę zaraz metal w palenisko i zostanie jeno czekać, jak przyjdzie ci się szarpać z boleści. Czcibor z Prokujem cię na mnie nasłali?
Znowu brak odpowiedzi. Dagome nie czekał dłużej. Dobył swojego miecza i położył go przy palenisku, ostrzem do ognia.
W oczach skrytobójcy rósł strach. Gołym okiem dało się to dostrzec. Pytanie, czy i kiedy ulęknie się na tyle, żeby ruszyć głową na tak lub nie?
Póki miecz się nie nagrzał, konung nie kontynuował przesłuchania. Stał jeno i czekał, a inni towarzyszyli mu z pewnością, że pojmany, choć nie ma jęzora, to zaraz zacznie mówić łepetyną, i to więcej niźli ochoczo, byleby tylko Dagome przestał go okładać parzącym ostrzem.
Konung sięgnął po miecz i zbliżył się do niemowy. Skinął wojom, by ściągnęli mu kubrak. Gdy to uczynili, bez żadnej zwłoki ani kolejnych pytań przytknął czerwone z gorąca ostrze do piersi zabójcy. Ten zrazu wykrzywił twarz w grymasie straszliwego bólu, a choć był niemy, to puste i głębokie mruczenie zaczęło wydobywać mu się z ust.
Piast oderwał klingę od ciała. Skrytobójca sapał niczym koń po długim i niemal niekończącym się galopie. Zaiste mocno był styrany, a wszelako tortura w zasadzie ledwie co się rozpoczęła...
– Moi bracia cię nasłali? – ozwał się Dagome, powtarzając pytanie w nieco zmienionej formie.
Na odpowiedź czekał ledwie jedno uderzenie serca, po czym natychmiast skierował ostrze do brzucha pojmanego człeka. Pokręcił nosem, ponieważ swąd palonej skóry stawał się coraz mocniejszy. Rozchodził się po całej hali i drażnił też zmysły innych. Siemiradowi zaś przeszło przez myśl, że woń to wcale nie gorsza od Olvirowych ziół, którymi medyk cucił mu druha.
Niedoszły morderca szarpał się z bólu, na czoło wystąpiły mu krople potu. Dagome dał mu odsapnąć. Przyciągnął do siebie miecz i zapytał:
– Zaczniesz współpracować?
Tym razem otrzymał odpowiedź. Pojmany poruszył nerwowo głową, lecz nie sposób było ocenić, czy potwierdza, a może zaprzecza. Piast ponownie zadał pytanie o swych braci i niemowa zaczął ruszać głową, a ruszał nią raz w te, raz we w te i tak w kółko.
Dagome poczuł niemałe znużenie. Nie uszło to uwadze skrytobójcy i zastygł w bezruchu. Konung zmrużył oczy.
– Naigrywa się z ciebie – rzucił Sinozęby.
Dagome nie był tego taki pewien i raz jeszcze zagadnął pojmanego.
– Czcibor? – spytał krótko i obserwował czujnie, starając się coś dojrzeć. Odniósł wrażenie, że niemowa waha się, jakby nie był pewien. – Czcibor? – powtórzył i odpowiedź nie inna była. Dagome chciał już wypowiedzieć inne imię, lecz poruszył sprawę z innej strony. Rzekł tak: – Przybyłeś z kraju Piastów? To tam cię ktoś opłacił?
Usta skrytobójcy wygięły się w grymasie niczym podkowa skierowana ramionami w dół. Miecz Dagome drgnął i wtedy natychmiast pojmany skinął głową. Twierdząco.
A więc konung wyciągnął coś z niemowy, a wieść ta słuszne uczyniła na wszystkich wrażenie.
Następca Siemomysła wymienił się spojrzeniami z Siemiradem, Haraldem i Palnatokim. Ktoś z jego rodzimych ziem chciał jego śmierci. To potwierdzone. Należało teraz uściślić, kto dokładnie i czy Czcibor i Prokuj są niewinni.
– Stoi za tym ktoś inny niż moi bracia? – ozwał się ponownie do niemowy.
Ten zerknął mu prosto w oczy i po krótkim zastanowieniu wzruszył żałośnie ramionami. Dagome westchnął zniecierpliwiony.
– Znasz imię tego, co cię opłacił, czy nie?
Skrytobójca od razu zaprzeczył ruchem głowy.
– Kłamie – zawyrokował Sinozęby z przekonaniem. – Nie wyda nikogo. Dobrze mu zapłacił, to będzie mu wierny. Bardziej trzeba by podpiec... Jak dzika na rożnie albo i co innego. Zaraz wykwiczy odpowiedź.
– Słyszałeś, co mi król radzi – zwrócił się do pojmanego Dagome. – Chcesz zostać upieczony? Skąd mam mieć pewność, że nie kłamiesz?
– Na moje, jeśli mówi prawdę, to mógł nie widzieć twarzy zleceniodawcy. Albo i tamten kogoś przysłał, by nie zdradzić swego lica – odezwał się przemyślnie jarl Jomsborga.
– I mnie to przyszło do głowy – przyznał konung.
Wtedy niemowa zaczął żwawo kiwać głową na potwierdzenie. Zaiste była to prawda, że nie widział twarzy zleceniodawcy, i poczuł ulgę, że do tego doszli. Miał nadzieje, że Dagome da temu wiarę i zakończy na tym przesłuchanie. Teraz pozostałoby mu zgadnąć, kto z księstwa mógłby się targnąć na jego życie, komu wadzi i przeszkadza? Może to naprawdę jego bracia? Na ziemiach Piastów zapewne nie brakuje ludzi, którzy nie chcą go na tronie. Słyszał niemowa o niepewnej sytuacji, jaka zapanowała w tamtych stronach po śmierci Siemomysła. Zewsząd dochodziły głosy, że tych, co godzą się z ostatnią wolą nieżyjącego kniazia o Mieszkowym następstwie, prawie że było pół na pół z przeciwnikami takowego rozwiązania. O wrogów zaś pośród takich, skorych do najęcia skrytobójcy, nie było trudno.
Niemowa jakiś czas temu został wyprowadzony z hali i zamknięty w jednym z licznych lochów Jomsborga. Dagome nie wyciągnął więcej z przesłuchiwanego. Przypalił go aby jeszcze kilka razy to po piersi, to ramionach, lecz jedyną odpowiedzią, jaką wyrzucał z siebie szarpany w spazmach cierpień i boleści, były wściekłe kiwania, z których niczego nie można było wywnioskować. Gdy skrytobójca uspokoił się nieco i był w stanie zdobyć się na porządne kiwnięcie, wywnioskowano z niego ni mniej, ni więcej, niż to, czego dowiedziano się wcześniej – że nie zna imienia zleceniodawcy.
W końcu zniechęcony konung odpuścił. Musiał odpocząć i zebrać myśli, niemniej skłaniał się nieznacznie ku możliwości, że niemowa nie kłamie i nie widział tego, który zlecił mu morderstwo. Niestety, poznanie imienia tegoż tajemniczego człeka odwlecze się w czasie.
– Co zamierzasz zrobić? – ozwał się do druha Siemirad, gdy tamten akurat obgryzał kurakowego gnata. – Obmyśliłeś już jakiś plan?
Konung popił mięsiwo miodem i zastanowił się z krótka, nim wyrzekł odpowiedź.
– Jak wcalem nie chciał ruszać do Gniezna po stolec, bo kniaziowanie po ojcu nie moim było zamiarem, tak mierzić mnie zaczyna, żeby udać się tam i temu ścierwu, co tchórzliwie zlecił moje morderstwo, zamiast samemu stanąć otwarcie do walki, spojrzeć w oczy, splunąć w gębę, nadziać na miecz i patrzeć, jak uchodzi z niego nędzny żywot. Taka myśl kotłuje mi się w głowie i zda mi się, że tak uczynimy.
– Według mnie to dobra decyzja, ale nie pojmuję, czemu wyraz twarzy masz taki, jakbyś najadł się zepsutego mięsiwa czy opił niemieckiego piwa. – Wierny przyjaciel zaśmiał się rozbrajająco.
Obydwaj nie raz i nie dwa przyrównywali wspomniany trunek do szczyn, więc liczył na to, że rozbawi Dagome. On jednak nie miał nastroju do śmiania.
– Ech, no patrzeć nie mogę, jakiś ty skwaszony... Zostaniesz kniaziem, wytropimy gnidę i zaczniemy nowy żywot. Co w tym złego, bo wiem, że właśnie to cię mierzi? – zagadnął zrazu wnikliwie Siemirad, nachylając się bliżej przyjaciela. – Rzeknij czemu, bo nie pojmuję... Co ci aż tak w kniaziowaniu wadzi? Przeto jesteś konungiem już kilka wiosen, poznałeś władanie i jeśli było ci z nim źle chociaż przez jeden dzień, to ja pewnikiem ślepy jestem abo jaki słabo rozwinięty na umyśle. Władanie masz we krwi, a jeśli powiesz mi zaraz, że strach cię obleciał, bo księstwo twego ojca jest większe niźli Truso i boisz się wyzwania, to krew mnie jaka zaraz zaleje albo ze śmiechu przyjdzie mi się udławić. Sam nie wiem, co gorsze... Tyle wiosen cię znam i mimo że rozumiem cię jak nikt inny, tak czasem nie rozumiem wcale... – Siemirad zamilkł.
Nadszedł czas, by teraz konung coś rzekł. Jego druh w ciszy nalał sobie pełno miodu do kufla i opróżnił cały duszkiem, nim Dagome zabrał głos.
– Nie boję się niczego i dobrze o tym wiesz – powiedział po krótkim zamyśleniu, ważąc w głowie wiele, a nim podjął, zrobił chwilową przerwę, co Siemirad znużony jego powolnym mówieniem, skomentował westchnięciem. – Duma mi przeszkadza, ot co.
– Duma? – dziwował się Siemirad. – Co ona ma tu wspólnego? – dopytywał, poruszywszy gwałtownie ramionami, tak że omal nie wytrącił służce z rąk dzbanów z dolewką miodu.
Zmierzył ją wzrokiem. Ta, przestraszona, uśmiechnęła się blado w nadziei, że uniknie nagany i... rzeczywiście upiekło się jej, odeszła w spokoju. Druh zwrócił się do konunga:
– Jakimże to sposobem duma może powstrzymywać cię przed objęciem wielkiego władztwa?
– Takim, że ojciec mnie wygnał – odparł zrazu zasępiony i ze spojrzeniem jakby skupionym w innym świecie, daleko stąd, a pewnikiem nie w hali, gdzie siedzieli. – Czemu nagle sobie o mnie przypomniał, jak z niego życie na łożu śmierci poczęło uciekać? Czemu wcześniej nie spróbował mnie sprowadzić z wygnania? Myślał że co? Że ci, przez których musiał mnie wygnać, będą się burzyć? A mniej będą burzyć się teraz, gdybym powrócił, kiedy już nie żyje? – dopytywał Dagome, omawiając myśli kłębiące mu się w umyśle i niedające spokoju. – Trwogę jaką poczuł i dlatego po mnie posłał? Czcibor byłby takim miernym kniaziem czy o co się tutaj rozchodzi? – spytał druha, spoglądając na niego wyczekująco.
Ten zastanowił się niedługą chwilę.
– Aby to takie ważne? – odparł, po czym ciągnął bez żadnych ogródek, jak to miał w zwyczaju: – Według mnie za dużo myślisz. Powinieneś machnąć ręką na to, co kierowało twoim ojcem, i tyle. Po co ci się nad tym tak rozwodzić? Pamiętaj, żeś dopiero co obił sobie głowę, więc dobrze byłoby jej nie nadwerężać, bo jeszcze nie raz ci się przyda. No chyba że jak zdobędziemy Gniezno, to mi przekażesz kniaziostwo. Wtedy możesz czynić, co ci się podoba. Ja z radością pokniaziuję ziemiom twego ojca – zakomunikował z powagą Siemirad i zaśmiali się obaj z Dagome.
Konung poklepał druha po plecach i przynajmniej na razie odegnał na bok myśli o Siemomyśle. Zdawał sobie sprawę z tego, że Siemirad dobrze prawi. Być może zbliża się czas, by objąć to, co przez długie lata sądził, że nie będzie jego. To, co uważał, że przypadnie Czciborowi, zbliżało się ku niemu wielkimi krokami.
2.
Czcibor leżał w łożu, zbierając siły, lecz szło to opornie. Ciągle słabował, choć w niewielkim stopniu czuł się lepiej niźli z początku, kiedy wraz z niedobitkami swej zmiażdżonej przez buntowników Strogomira armii powrócił do Gniezna z przegranej z kretesem bitwy. Wydobrzeć kniaziowemu synowi z obrażeń na ciele nie pomagał zawżdy stan jego umysłu – ciągle i bez końca nader niespokojny i niepomiernie strapiony. Jeno gdy spał, zaznawał nieco ukojenia, lecz onegdaj kończyło się ono, gdy nachodziły koszmarne sny. Wtedy ulga znikała szybciej, niż się zjawiła.
Co nieprzerwanie gnębiło Czcibora, to wątpliwości, niezadowolenie i nieskończona niepewność na temat tego, co było, jest i będzie, czyli można rzec, że na temat wszystkiego bez wyjątku. Po bitwie bolało go nie tylko poważnie ranne ciało, ale i duma, że potężnie przegrał i zawiódł poddanych. Ich i siebie. Mierziły go los Prokuja i wielka niewiadoma, jak przebiega jego podróż. Dotarł do Mieszka i przekazał mu wieści? A może ciągle jest w drodze, nie daj bogowie, usłanej niepowodzeniami? Któż to może wiedzieć?
Kolejnym problemem była drzazga boleśnie napierająca mu na serce, a na imię jej Gosława. Co z nią się dzieje? Pewnikiem musiała słyszeć o nieudanej wyprawie i o odniesionej przez niego ranie. Musi się pewnikiem głęboko martwić, a niewiedza i niemożność zobaczenia się z nim doskwierają jej. Żałował, że nie postawił się wcześniej ojcu i zamiast Lutosławy właśnie Gosławy nie pojął za żonę. Siemomysł jednak przekonał go do córy Mściwoja, motywując decyzję poszerzeniem wpływów. Co jednak by przeszkadzało, żeby miał dwie żony? Wielu człeków u władzy posiada kilka żon, a do tego kochanice, i nikt się nie skarży. Tak już było, jest i będzie. Czemu ojcu zawadzało, że syn miałby dwie kobiety? Azali jeno chodziło o to, jak mówił, że synowie od dwóch kobiet to same kłopoty, bo kiedyś będą się bić między sobą o ojcowiznę? A to nie takie samo ryzyko jak w przypadku, gdy synowie są z jednego łona? A może to samego Mściwoja się lękał, jakoby ten oddałby Lutosławę i tym samym wpływy wynikające z ożenku komu innemu? Nie zapyta o to już ojca i teraz jeno może gdybać. Przed bitwą ze Strogomirem jednak Czcibor wbrew wszystkiemu zdecydował się ożenić z Gosławą. Obiecał jej to. Lutki nie zamierzał zostawiać, wszak dobra z niej młódka i nie chciał porzuceniem skazywać jej na hańbę. Nie zasługiwała na to. Przeto miała być jedną z dwóch i koniec końców każdy miał być zadowolony. No chyba że Mściwojowi cosik miałoby przeszkadzać, lecz prawda jest taka, że teść nie miał już nic do gadania. Wydał córkę i jego rola w tej kwestii skończona.
Teraz jednak żal ścisnął Czcibora, ponieważ jakby... przestało mu zależeć. Był zrezygnowany ze wszech miar i druga żeniaczka mu nie w głowie. Czy to się zmieni? Nie wiedział. Kochać Gosławę – kochał, tego był pewien. Ze wszystkim jednak należało poczekać, aż stanie całkowicie na nogi. Do tego zaś czasu wiele mogło się wydarzyć...
Czcibora więc uwierało wszystko: od dumy i ran począwszy, przez braci, na sprawach sercowych kończąc, i miał już tego wszystkiego dość.
Do izby, w której wypoczywał, wszedł właśnie nie kto inny jak jego żona. Piękna, ze ślicznym licem i ponętnym ciałem, choć zależy, co kto lubi. Dla jednego miła będzie pulchna młódka o potężnych piersiach, dla innego taka Lutka – szczupła, drobna, a z przodu nie za mało i nie za dużo, a w sam raz. Ogromnie podobała się Czciborowi, lecz odkąd wrócił, nie okazywał jej tego, wszystko zrzucając na karb rany i zmęczenia. Nie tknął jej nawet. Faktycznie wielce słabował, lecz co istotne, niemal żadnego kontaktu z nim nie było, ani myślał choćby musnąć dłoń czy ucałować żonę, by sprawić jej przyjemność i wywołać uśmiech na licu. Była mu obojętna i wiedział, że rani ją tym, lecz to było silniejsze od niego. Ciągle albo myślał o Gosławie, by do niej gnać, albo z kolei jak przed chwilą, czuł, że nie chce żadnej. Sam już się w tym wszystkim gubił i irytował tym, a złe emocje odbijały się na Lutce.
Żona zapytała go, jak się czuje, lecz nic jej nie odpowiedział. Zapowiedziała, że niedługo powinien zjawić się medyk, by zmienić opatrunek i obejrzeć ranę, na co zawołał:
– Obydwoje zostawcie mnie w spokoju!
Ostry ton zaskoczył Lutosławę. Opiekowała się mężem, usługiwała, najlepiej jak potrafiła, a on do niej z agresją... Smutek chwycił ją za serce i bez słowa wybiegła z izby. Zaszlochała i... spotkało ją kolejne zdziwienie. Otóż korytarzem zmierzała do syna matka i natknęły się na siebie. Ludmiła zapytała, co się stało, i gdy Lutka zdradziła jej co i jak, kniazini obiecała pomówić o tym z Czciborem. Lutosława zlękła się, że mąż odbierze to, jakoby poszła do jego matki na skargę, lecz ta ją uspokoiła i prosiła, żeby o nic się nie bała.
Wkrótce weszła do izby i w oczach syna dojrzała nieprzebraną udrękę. Głęboki smutek ją powziął na ów widok. Podeszła bliżej bez słowa i zasiadła na stołku przy łożu.
– Co cię trapi, synu? Tak źle się czujesz po ranie czy bitwa o Rozprzę tak cię martwi? – zapytała z uczuciem, na co Czcibor zmierzył ją jeno znaczącym spojrzeniem, co samo wystarczyło za odpowiedź. – Myślisz, że twój ojciec, a mój mąż, nigdy nie przegrał żadnej bitwy? Abo to jednej zaznał porażki? Jego żywot był wypełniony sukcesami, ale te były poprzeplatane niepowodzeniami. Może rzadko się zdarzały, ale zdarzały.
Czcibor przewrócił oczyma. Nie było mu w smak, że rodzicielka przyszła go pouczać. Nie jest już podrostkiem, a dorosłym mężem. Co to być miało, że gada z nim, jakby dziecko pocieszała? Chciał ją już w złości odprawić, lecz uświadomił sobie, iż dopiero co sprawił przykrość Lutce, a teraz i matce zamierzał? Z tego też powodu zaniechał przegonienia jej.
– Straciłem w Rozprzy wielu dobrych ludzi, a i mężnych wojów – burknął. – Nie praw mi jeno, żebym się nie przejmował, bo każde ich jedno życie jest mi drogie i czuję się winien. Myślę czasem, że ojciec słusznie postąpił, naznaczając Mieszka na nowego kniazia. Mądry był z niego człek, musiał wiedzieć, że mój brat bardziej nadaje się na następcę niż ja.
– Z obydwu was byliby dobrzy i wielcy kniazie. Tylko jeden może nim zostać, lecz każdy z was godnie zastąpiłby Siemomysła. A że straciłeś wielu wojów, niestety taki żywot, a twój ból i żal to jeno oznaki, że dobry z ciebie przywódca, bo zależy ci na poddanych. Niech ci to służy za dowód, żeś godzien kniaziowania, bo nie każdy władca widzi w wojach ludzi, a jeno siły do walk. Twój żal dobrze o tobie świadczy, kochany synu – prawiła Ludmiła z wolna.
Czcibor słuchał uważnie jej słów. Mimo że z początku irytował się na matczyne rady, tak z czasem zaczęły mu przynosić delikatną ulgę.
– Nie trap się ciągle, bo może ci to tylko wyjść na złe. Zamiast ciągle się dręczyć, myśl o tym, co będzie, synu. To lepsza droga niż ta, którą teraz podążasz. Tego, co się wydarzyło, już nie cofniesz, liczy się tylko przyszłość.