Mieszko. W blasku chwały - Daniel Komorowski - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Mieszko. W blasku chwały ebook i audiobook

Komorowski Daniel

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

28 osób interesuje się tą książką

Opis

Mieszko wyszedł z cienia i o włos uniknął śmierci z rąk skrytobójcy. Jakie ów atak przyniesie reperkusje tajemniczemu zleceniodawcy? A może zdoła pozostać w ukryciu?

Przyszły władca księstwa Piastów decyduje się wyruszyć po należny mu z urodzenia i woli ojca tron i nie myli się, że na drodze ku temu czeka na niego niejedna przeszkoda. Wrogowie nie śpią, czyhają tylko na jego pierwszy lepszy błąd, który może zaważyć na całej historii.

Na kogo Mieszko może liczyć? Na braci? Przyjaciół? Na kogo powinien uważać i komu wbrew wszystkiemu nie ufać? Jaki wpływ na plany następcy Siemomysła wywrze zaskakujący atak długoletniego sojusznika?

Wielka bitwa jakiej kraj Piastów nie widział, a w niej starcie trzech armii. Którą stronę konfliktu zajmie ostatnia i co to oznacza dla potomków kniazia? Czy braterskie więzy przetrwają brutalną wojnę i sieć spisków?

Krwawa historia, w której nie zabraknie miejsca dla miłości, przyjaźni i oddania. Stosy pogrzebowe, choć niekiedy druzgocące serca, mają moc oczyszczenia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 606

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 32 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Tomasz Ignaczak

Oceny
4,4 (90 ocen)
51
27
7
3
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Sigmatonadkotek

Nie polecam

Akcja i fabuła może jest spoko, i historia Mieszka na pewno warta jest tego, by zrobić z niej fabularną powieść historyczną. ALE. Styl tej powieści to nieporozumienie. Już w 1. części kłuł w oczy, ale tutaj po kolejnym "azali", "zawżdy" i "przeto" wsadzonym w losowym miejscu, po prostu mi się odechciało. Dziwne składnie zdań, bezsensowne synonimy mające udawać archaizmy (człeków i młódek od zatrzęsienia) sprawiają, że świetna fabuła została wybebeszona niczym jeden z tych biednych wojów, co padają jak muchy w toku akcji. I zwykle powstrzymuję się od wystawiania 1/5, ale tutaj naprawdę autor na to zasłużył, bo zwyczajnie zamordował własną powieść i ciekawą historię Mieszka tragicznym stylem pisania.
10
anet66

Z braku laku…

Momentami wciąga, ale strasznie przegadana. No i wpadki językowe... Mimo wszystko raczej przeczytam kolejny tom, bo ...No bo Mieszko😍
10
BabaDziwo

Z braku laku…

Niestety, rozczarowuje nawet bardziej niż tom pierwszy. Wikingów nie czytałam, więc o nich wypowiadać się nie będę. Natomiast oba tomy Mieszka wywołały bardzo mieszane uczucia. Przede wszystkim język - po co używać archaizmów, jeśli nie zna się ich znaczenia? Tę wszystkie azali, atoli, zrazu itp. na ogół użyte bez pojęcia, strasznie są denerwujące. A tak łatwo w internecie znaleźć poprawne ich użycie... Poza tym książce przydałaby się porządna redakcja i korekta. Sama historia opowiedziana w książce byłaby niezła, gdyby było w niej nieco mniej opisów bitew. W zasadzie poza bitwami, ucztami i chędożeniem młódek mało co się tu dzieje. Przykro mi, ale po trzeci tom raczej nie sięgnę.
00
yokuss

Dobrze spędzony czas

ok
00
Marlen1314

Nie oderwiesz się od lektury

polecam,
00

Popularność




Re­dak­cjaBar­bara Ka­szu­bow­ska
Ko­rektaDo­rota Ho­nek-Sac
Skład i ła­ma­nieMar­cin La­bus
Pro­jekt gra­ficzny okładkiDa­wid Bol­dys
© Co­py­ri­ght by Skarpa War­szaw­ska, War­szawa 2025 © Co­py­ri­ght by Da­niel Ko­mo­row­ski, War­szawa 2025
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie.
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-83297-38-5
Wy­dawca Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o.o. ul. K.K. Ba­czyń­skiego 1 lok. 2 00-036 War­szawa tel. 22 416 15 81re­dak­cja@skar­pa­war­szaw­ska.plwww.skar­pa­war­szaw­ska.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Ro­dzi­com

SŁOWO OD AU­TORA

Mieszko II: W bla­sku chwały to drugi tom po­wie­ści hi­sto­rycz­nej o na­szym księ­ciu, za­nim ten przy­jął chrzest. Pod­czas prac nad po­wie­ścią to­wa­rzy­szyły mi trud­no­ści, o któ­rych wspo­mi­na­łem już przy oka­zji pierw­szego tomu, czyli skąpe źró­dła hi­sto­ryczne, do tego czę­sto wza­jem­nie się wy­klu­cza­jące i za­wie­ra­jące dużo nie­do­po­wie­dzeń. Przy­po­mnę, że w wielu kwe­stiach sta­wa­łem przed ko­niecz­no­ścią wy­boru jed­nej z kilku, cza­sem bar­dzo od­mien­nych dróg, dla­tego pro­szę o wy­ro­zu­mia­łość, je­śli moja wi­zja na dany te­mat bę­dzie róż­nić się od Wa­szej. Pro­szę o spoj­rze­nie z przy­mru­że­niem oka, kiedy bę­dzie to ko­nieczne i po pro­stu czer­pa­nie przy­jem­no­ści z lek­tury. Pi­sa­nie tej se­rii spra­wiło mi ogromną ra­dość i sa­tys­fak­cję. Chcia­łem po­ka­zać wszyst­kim, że nie tylko na­cje wo­kół nas mają cie­kawe hi­sto­rie i le­gendy. Na na­szym ro­dzi­mym po­dwórku rów­nież wiele się działo i były to wy­da­rze­nia nie­zwy­kle zaj­mu­jące. Achil­les? Alek­san­der Ma­ce­doń­ski? A na co oni komu, skoro mamy na­szego Mieszka? Zgod­nie z po­wie­dze­niem: „Cu­dze chwa­li­cie, swego nie zna­cie” za­pra­szam. Usiądź­cie wy­god­nie i daj­cie się po­nieść opo­wie­ści o Pia­stach.

Da­niel Ko­mo­row­ski

1.

Sie­mi­rad klę­czał nad swym przy­ja­cie­lem i ko­nun­giem. Nie trzeba było długo cze­kać, aż do­sko­czyli także Ha­rald Si­no­zęby z Pal­na­to­kim, rów­nie zmar­twieni, jak i za­sko­czeni tym, co wy­da­rzyło się przed chwilą. Do­szło do ataku skry­to­bójcy na Da­gome i mimo że ich druh unik­nął śmierci, to ze­mdlał, opa­da­jąc w ra­miona wo­jów. Ci ostroż­nie zło­żyli go na ziemi, a te­raz za­sta­na­wiano się, co po­cząć.

– Me­dyka wo­łać! – za­grzmiał do­no­śnie król Da­nów, po czym rzekł pod no­sem jakby do sie­bie: – On pew­ni­kiem coś po­ra­dzi.

Sie­mi­rad po­de­rwał się z ziemi i ru­szył rap­tow­nie do Pro­kuja, jakby chciał roz­szar­pać go go­łymi rę­koma. Do­padł do niego, po­chwy­cił za koł­nierz i do­ci­snął z ca­łej siły do ściany, jakby chciał ją prze­bić cia­łem Pia­sta.

– Na ży­cie brata się tar­gną­łeś, gnido! – wy­sy­czał Sie­mi­rad. – I to czy­imiś rę­koma się wy­słu­ży­łeś. Nie wstyd ci? Ma­cie wy tam ho­nor w tym wa­szym księ­stwie czy sami u was tchó­rze, co wy­rę­czają się in­nymi?

– Nie stoję za ata­kiem na Mieszka. Nie wie­dzia­łem nic o zbóju i sam nie mogę uwie­rzyć w to, co się stało – wzbra­niał się naj­młod­szy z sy­nów Sie­mo­my­sła z oczyma nie­po­mier­nie wy­ba­łu­szo­nymi, że spra­wiały wręcz wra­że­nie, iż za­raz mu wy­padną. – Mu­sisz mi wie­rzyć. Nie znam ani ni­gdy nie mia­łem do czy­nie­nia z tym człe­kiem – do­dał na­prędce, wska­zu­jąc głową na skry­to­bójcę, który pra­wie za­bił ko­nunga Da­gome.

Na­jem­nik zaś sie­dział pod ścianą zwią­zany i w ob­sta­wie, prze­ska­ku­jąc spoj­rze­niem z jed­nego wo­jow­nika na dru­giego.

– Nic nie mu­szę. Po­tem się po­li­czymy, gdy za­de­cy­duję, co z tobą uczy­nić – wy­sa­pał mu Sie­mi­rad pro­sto w twarz. Nim wy­pu­ścił go ze sta­lo­wego uści­sku, pchnął go sil­nie ku in­nym wo­jom. – Do lo­chu z nim, i jego lu­dzi tak samo – rzekł do nich i za­raz po­now­nie zwró­cił do brata ko­nunga: – A ty módl się do swych bo­gów, żeby Da­gome wy­żył, bo wła­śnie waży się twój los. Wiedz, że jak coś mu bę­dzie, to spra­wię, że po­ża­łu­jesz, żeś w ogóle wy­lazł na ten świat z mat­czy­nej po­chwy. Pa­mię­taj też, że nie mam w zwy­czaju rzu­cać słów na wiatr i wielce się wy­cier­pisz, nim przyj­dzie ci scze­znąć.

Dwóch wo­jów chwy­ciło Pro­kuja pod ra­miona i wzięli się za wy­pro­wa­dze­nie go z hali. Ten jed­nak nie za­mie­rzał ła­two sprze­dać skóry i szar­pał się, chcąc się oswo­bo­dzić. Ja­koś wy­rwał jedną rękę, lecz drugi woj mocno trzy­mał i nie ustę­po­wał. Pierw­szy na­tych­miast po­pra­wił chwyt, po czym wark­nął ku mło­demu Pia­stowi i zmie­rzył go groź­nym spoj­rze­niem, ja­sno da­jąc mu do zro­zu­mie­nia, że na­stęp­nym ra­zem, gdy spró­buje ucie­kać, to ina­czej będą roz­ma­wiać.

– Nic nie zro­bi­łem! – krzyk­nął Pro­kuj, od­da­la­jąc się po­słusz­nie ra­zem z wy­pro­wa­dza­ją­cymi go wo­jami. Wy­ma­chi­wał głową, pró­bu­jąc zła­pać wzro­kiem cho­ciażby Sie­mi­rada. – Nie tar­gnął­bym się na ży­cie brata. Nie po to przy­by­łem do Truso, a po­tem i tu­taj, żeby go za­bić. Tron knia­ziowy po ojcu chcia­łem mu dać, a nie śmierć przy­nieść. Tron! – wy­krzy­ki­wał, lecz mało kto zwra­cał uwagę na jego słowa.

Naj­zna­mie­nitsi w hali czu­wali przy Da­gome, wy­cze­ku­jąc ja­kichś oznak ocu­ce­nia. Mi­jani jeno wo­jo­wie przy sto­łach ża­ło­śnie spo­glą­dali na cią­gnię­tego Pia­sta i jego to­wa­rzy­szy, a nie­je­den i splu­nął ku nim, nie skry­wa­jąc wro­go­ści i nie­chęci. Gdy znik­nęli wszy­scy przy­by­sze, spoj­rze­nia licz­nej gro­mady wo­jow­ni­ków zwró­ciły się na nie­mowę, który za­ata­ko­wał ko­nunga. Każdy my­ślał, co to są za ce­re­giele, że człek nie ma ję­zora, i brali to za zmyślny for­tel zle­ce­nio­dawcy ataku. Jak to te­raz wy­wie­dzieć się od poj­ma­nego, kto go na­słał, je­śli nie ma żad­nej tor­tury bę­dą­cej w sta­nie wy­mu­sić ze­zna­nie z człeka, który nie jest zdolny wy­du­sić z sie­bie na­wet jed­nego słowa, choćby i na­wet chciał...? Za­wgozdka to była tęga i każdy jak je­den był cie­kaw jej roz­wią­za­nia.

***

Mi­nął ja­kiś czas i me­dyk, któ­rego we­zwano, za­czął od­pra­wiać swoje gu­sła, ma­jące zwró­cić ko­nun­gowi przy­tom­ność i ra­to­wać jego zdro­wie. Jesz­cze przed chwilą do­glą­dał wo­jów, któ­rzy po­wró­cili z wy­prawy, a te­raz wy­cią­gał z mie­cha różne zioła. Wło­żył je do drew­nia­nej czarki i za­czął roz­gnia­tać. Wszy­scy wga­piali się w to, co robi, lecz nikt nie wa­żył się mu prze­szka­dzać. Wie­dzieli za­wżdy, że me­dyk ma nie­li­chy ro­zum i wie, co czy­nić.

Olvir, za któ­rym wio­sen było już tyle, że mało kto był w sta­nie wy­li­czyć, a nie­któ­rzy mó­wili, że i z sześć albo i na­wet sie­dem dzie­sią­tek – miał na gło­wie białe jak śnieg włosy. Rzad­kie, bo rzad­kie, lecz świad­czyło to o jego mą­dro­ści, bo jak po­wia­dali w Joms­borgu, przed­niej­szego człeka w sztuce le­cze­nia próżno szu­kać, a o tym, ile żyć Olvi­rowi przy­szło oca­lić sztucz­kami, to skal­do­wie po­winni wzno­sić pie­ści. Wie­dza me­dyka za­iste była wielka, to i nie dzi­wota, że głowa wy­zbyła się więk­szo­ści wło­sów. Nie była zdolna po­mie­ścić wszyst­kiego, to po­zby­wała się tego, co na wierz­chu.

Sztukę le­cze­nia Olvir prze­ka­zy­wał mło­dym, swoim uczniom. On był już stary, w krzyżu go łu­pało, a na to sztu­czek nie znał. Nie spo­sób po­zbyć się oznak sta­ro­ści w zu­ży­tych mię­śniach, te bóle szło je­dy­nie uśmie­rzyć zio­łami i ma­ścią z sa­dła niedź­wie­dziego, któ­rymi co­dzien­nie ktoś go mu­siał na­sma­ro­wać.

Do Da­gome przy­był we wła­snej oso­bie, przeto po­mocy po­trze­bo­wał sam ko­nung i druh duń­skiego króla.

Wy­gnia­tał Olvir zioła, któ­rymi za­mie­rzał cu­cić ran­nego i za­raz po tym opa­trzyć jego ranę na gło­wie. Naj­pierw jed­nak chciał spraw­dzić, jaka głę­boka jest utrata przy­tom­no­ści, bo to po­może okre­ślić po­wagę ob­ra­żeń. Zioła były mocne i gdyby nie przy­nio­sły efektu, to... trzeba się mar­twić wielce o ży­cie Da­gome.

Mia­zga zio­łowa była go­towa, w czym me­dyk upew­nił się, sa­memu ją wą­cha­jąc. Zrazu od­su­nął głowę, kiedy mocna i kwa­śna woń po­draż­niła mu noz­drza. Te­raz przy­su­nął mi­seczkę ku twa­rzy ko­nunga. W pierw­szej chwili nie na­stą­piła żadna re­ak­cja, a zgro­ma­dzeni naj­bli­żej po­czuli nie­przy­jemny za­pach mik­stury. Mi­jała chwila za chwilą. Olvir z obawą prze­łknął ślinę i od­su­nął czarkę. Gdy­bał, co te­raz po­cząć. Przeto uraz zda­wał się po­ważny, choć już po ude­rze­niu Da­gome nor­mal­nie cho­dził i roz­ma­wiał, jak prze­ka­zał mu wo­jow­nik, który po niego po­gnał. Mu­siał Olvir za­cho­wać wszelką ostroż­ność, bo urazy głowy na­leżą do iście skom­pli­ko­wa­nych i na­wet on, wielce do­świad­czony me­dyk, nie mógł być pew­nym, co ro­bić, żeby ule­czyć. Wo­lał opa­try­wać rany od mie­cza czy to­pora, czyli to, co bar­dziej wi­doczne, a nie cał­ko­wi­cie skryte pod po­włoką skóry, mię­śni i ko­ści.

Znowu się­gnął do mie­cha, wcze­śniej odło­żyw­szy na bok czarkę. Wy­cią­gnął z niego sukno i już miał ko­goś za­wo­łać, by przy­niósł cie­płej wody do ob­my­cia rany, aż tu z na­gła ko­nung się po­ru­szył, oczy otwo­rzył i jakby prze­stra­szony we śnie, za­mie­rzał po­de­rwać się z miej­sca.

– Leż, pa­nie, w spo­koju! Nie dla cie­bie zrywy na ra­zie – skar­cił go Olvir, kła­dąc mu na piersi dło­nie na po­wstrzy­ma­nie. – Daj gło­wie od­po­cząć, wzwy­czaić się do po­wrotu w nasz świat, ina­czej mi­giem znowu nam tu po­śniesz.

– Co się stało? Omdla­łem? – spy­tał roz­ko­ja­rzony, mru­żąc oczy.

– Tak było – po­twier­dził zrazu Sie­mi­rad. – We­zwa­li­śmy Olvira, żeby ci po­mógł, i chyba dał radę.

– Po­wiedz, pa­nie, jakże się czu­jesz. Co, gdzie i jakże boli? Jak z głową? – do­py­ty­wał me­dyk, na­chy­la­jąc się za Da­gome, by zo­ba­czyć ranę z bli­ska.

De­li­kat­nie prze­krę­cił mu głowę. Ude­rzone miej­sce krwa­wiło, lecz na szczę­ście ju­cha nie są­czyła się mocno.

– I bez dumy ra­dzę – po­le­cił, nim ko­nung zdą­żył udzie­lić mu od­po­wie­dzi. – Ona pew­ni­kiem nie po­zwala oka­zać sła­bo­ści, ale nie­mą­drze lek­ce­wa­żyć uraz głowy. Szcze­rze więc rzek­nij, pa­nie, jak się czu­jesz.

Piast ro­zej­rzał się do­okoła. Spo­glą­dali na niego Sie­mi­rad, Ha­rald, Pal­na­toki i inni. Nie wsty­dził się przy nich. Żadna ujma mó­wić o bólu. Tu­dzież zrazu szcze­rze wy­znał, co mu do­lega.

– Boli z tyłu. Mu­sia­łem mocno wy­rżnąć o zie­mię, to i nie ma się czemu dzi­wo­wać.

– Spoj­rzy się na mnie, pro­sto w oczy – po­le­cił me­dyk, przy­pa­tru­jąc się ko­nun­gowi już z przodu. – Do­brze mnie wi­dzi? Ja­kieś ma­jaki ma przed oczami, ciem­nica jaka wy­cho­dzi? Albo i boli, gdy długo nie za­mruga?

– Boli jeno, ale nie mocno. Bar­dziej jakby do­piero na ha­łas.

– To na moje strach był więk­szy, niż co się w isto­cie zda­rzyło. Opa­trzę te­raz i za­łożę opa­tru­nek, ale ra­dzę uwa­żać, coby się na wszelki wy­pa­dek na ra­zie nie prze­cią­żać. Te­raz może nie jest źle, ale jak głowę się za­nie­dba, to po­tem może spra­wiać kło­poty.

Kiedy Olvir skoń­czył, ko­nung pod­niósł się, ubez­pie­czany przez in­nych, i za­siadł przy ła­wie. Sie­mi­rad bez zwłoki zdał mu re­la­cję od­no­śnie do wtrą­ce­nia jego brata i to­wa­rzy­szą­cych mu lu­dzi do lo­chu. Da­gome ka­zał przy­pro­wa­dzić Pro­kuja z po­wro­tem.

Młody Piast za­re­ago­wał z prze­stra­chem, gdy zja­wili się po niego wo­jo­wie, a jego pia­stun Zdzie­rad chciał sta­wać w jego w obro­nie. Po­wstrzy­mał go jed­nak i mimo wiel­kiej nie­pew­no­ści, co może się zda­rzyć i po co go wy­cią­gają z lo­chu, po­słusz­nie po­szedł z nimi. Ża­den nie za­mie­rzał mu zdra­dzić, w ja­kim celu go pro­wa­dzą, ani że Mieszko od­zy­skał przy­tom­ność. Do­wie­dział się o tym, do­piero gdy uj­rzał go sie­dzą­cego u stołu w hali po­śród in­nych. Zrazu po­czuł ogromną ulgę, ale i nie­po­kój ści­snął mu serce. Może i bratu nic się nie stało, jest przy­tomny i w zdro­wiu, a jed­nak do­szło do ataku na jego ży­cie. On zaś z ko­lei zo­sta­nie za­pewne obar­czony o to winą. Druh Mieszka wtrą­cił do lo­chu. Co za­de­cy­duje sam Mieszko?

– Przy­się­gam, że nic nie wiem o tym za­ma­chu. Zbój, co cię za­szedł, nie był ze mną, nie znam go. Moje oczy zo­ba­czyły go po raz pierw­szy wtedy, kiedy i twoje. Nie je­stem za­mie­szany w jego atak – ozwał się za­raz Pro­kuj, gdy tylko sta­nął przed bra­ter­skim ob­li­czem, do­bre trzy, może cztery kroki od niego.

Dwaj woje stali przy więź­niu i pil­no­wali go. Da­gome z ko­lei jakby go wcale nie słu­chał, tylko po­pi­ja­jąc miód, wpa­try­wał się przed sie­bie, sku­piony na czymś. Pro­kuj nie wie­dział, co ma my­śleć. Bał się co­raz bar­dziej, a jego nie­pew­ność nie­prze­rwa­nie ro­sła. Z cza­sem, gdy z ust Mieszka nie wy­cho­dziło żadne słowo, sam zde­cy­do­wał jesz­cze co nieco do­dać do swo­jej prze­mowy:

– Nic nie...

– Po­zwo­lił ci kto gębę otwie­rać? – wy­gar­nął mu szorstko ko­nung, wcho­dząc w śro­dek zda­nia.

Młody Piast cały osłu­piał. Czuł, że może być na­wet go­rzej, niż wy­da­wało mu się do tej pory. Jego ro­dzony brat jest wielce ro­ze­źlony, ale czy można mu się dzi­wić? Ktoś tar­gnął się na jego ży­cie i to nie otwar­cie, a wy­rę­czył się skry­to­bójcą. Jak on sam czułby się na miej­scu Mieszka? Jak by za­re­ago­wał? Czy nie po­dej­rze­wałby sie­bie, gdyby ów atak zgrał się na­der pe­chowo w cza­sie z jego po­ja­wie­niem?

Sło­wem się już nie ode­zwał, cze­ka­jąc na to, co na­stąpi, a prze­czu­wał, że nic do­brego w Joms­borgu go nie czeka. Czci­bor wy­słał go z ważką mi­sją, a on, za­miast ją wy­peł­nić, na­ro­bił jeno pro­ble­mów a pro­ble­mów.

Czas pły­nął. Nikt nic nie mó­wił. Mil­czeli wszy­scy co do jed­nego. Każdy wie­dział, oprócz mło­dego Pia­sta, że ko­nung stara się zbu­do­wać na­pię­cie i wy­pro­wa­dzić więź­nia z rów­no­wagi. Pew­ni­kiem już rad byłby go prze­słu­chi­wać, lecz naj­pierw chciał go zła­mać, co miało póź­niej wszystko uła­twić.

W końcu nad­szedł wy­cze­ki­wany mo­ment i Mieszko prze­mó­wił do niego:

– Po co cię Czci­bor do mnie wy­słał? Na­wet nie będę ci ra­dzić, byś mó­wił prawdę. Nie je­steś już otro­kiem, żeby ci mó­wić, co trzeba ro­bić, a czego nie. Masz swój ro­zum i po­wi­nie­neś się do­my­ślić, że jak tylko się do­wiem, żeś pró­bo­wał mnie okła­mać, to po­nie­siesz karę. Znasz mnie czy nie, moje czyny są ci zna­jome czy obce, lecz miej świa­do­mość, że taki ból ci mogę spra­wić, jaki ci się na­wet nie śnił. Cier­pień ci przy­spo­rzę a cier­pień, a i two­ich to­wa­rzy­szy po­trak­tuję nie lżej – oznaj­mił zimno, a rzec by można, że na­wet lo­do­wato.

Pro­kuj słu­chał go w sku­pie­niu. Brat zda­wał się prze­ko­nany co do jego winy. W jego gło­wie taki po­wstał mę­tlik, jakby zni­kąd zja­wiło się w niej stado psz­czół czy os. Wielki har­mi­der my­śli i wszech­obecne za­mie­sza­nie. Nie zro­bił ni­czego złego, ale bro­niąc prawdy, może spro­wa­dzić na sie­bie tor­tury... Co więc miał mó­wić? Czy Mieszko mu uwie­rzy?

Zde­cy­do­wał się za­ry­zy­ko­wać.

– Bra­cie – za­czął, z ca­łych sił wy­si­la­jąc się na spo­kój, co zgoła wcale nie było ła­twe. – Mogę przy­siąc, na co tylko chcesz, że ni­czemu nie je­stem wi­nien, a i Czci­bor ni­czego mi nie ka­zał zro­bić poza do­star­cze­niem wie­ści, żeś zo­stał wy­brany przez ojca na no­wego knia­zia. Zbój, który na­stał na twoje ży­cie, nie jest od nas.

– Co, je­śli Czci­bor nie uprze­dził cię o swych za­mia­rach, a jeno w pu­łapkę wpę­dził, że­byś od­po­wie­dział za to, co miało mnie spo­tkać? – rzu­cił Da­gome.

Pro­kuja aż prze­szedł dreszcz na ciele ca­łym. Z tej strony na­wet nie przy­szłoby mu do głowy spoj­rzeć na sprawę, lecz zrazu od­rzu­cił po­mysł.

– Za nic w to nie uwie­rzę. Nasz brat miał i cią­gle ma do­bre za­miary, tak jak i ja. Chce cię w Gnieź­nie za knia­zia, a nie mor­do­wać w skry­ciu.

– Azali nie mo­żesz wie­dzieć, czy jego za­miary były ta­kie, jak mó­wisz, lecz tylko na wierz­chu, a praw­dziwe skry­wane przed tobą. Ży­cie mnie na­uczyło, że mało jest człe­ków na świe­cie, któ­rym można w pełni ufać, a i nie­rzadko można się zdzi­wić, kiedy na­wet naj­bar­dziej za­ufany wbije w plecy nóż czy inne ostrze – od­rzekł ko­nung, wpa­tru­jąc się w brata.

Wciąż mie­rzył go czuj­nym spoj­rze­niem, ba­daw­czo, chcąc wy­czy­tać z niego, czy jest prawy, jak za­pew­nia, czy jed­nak zgoła prze­ciw­nie.

– Je­śli prze­ży­jesz dzi­siej­szy dzień i ko­lejne, to prę­dzej czy póź­niej po­sma­ku­jesz ta­ko­wej zdrady, sam zo­ba­czysz – do­dał i za­my­ślił się na mo­ment krótki. Po chwili do­dał: – Abo i wła­śnie te­raz tego za­zna­jesz. Po­cze­kać nam tylko trzeba, żeby zdo­być do­wody na pod­stęp Czci­bora. Jak do­brze pój­dzie, a z ko­lei dla cie­bie nie­po­myśl­nie, to zo­stanę ostat­nim ży­ją­cym sy­nem Sie­mo­my­sła. Nie chcia­łem prze­le­wać bra­ter­skiej krwi, lecz po­chopne i bez­myślne dzia­ła­nia mogą przy­nieść zgubę to­bie i Czci­bo­rowi.

– Kiedy mó­wię, że my nic...

– Wy­pro­wa­dzić go i znowu za­mknąć w lo­chu – po­le­cił wo­jom ko­nung, tym sa­mym wcho­dząc bratu w słowo.

– Nie my sto­imy za ata­kiem! – krzyk­nął Pro­kuj w śle­pej na­dziei, że coś wskóra. – Nie my! Mó­wię, że do­brze chcie­li­śmy... – Ostat­niego zda­nia nie do­koń­czył, znik­nął za drzwiami.

– Co my­śli­cie? – ozwał się z ko­lei Da­gome do to­wa­rzy­szy.

Pierw­szy swą opi­nie zdał mu Ha­rald Si­no­zęby, nie po­zwa­la­jąc, by kto inny za­brał przed nim głos. Przeto też nikt kró­lowi nie za­mie­rzał wcho­dzić w pa­radę.

– Na moje obaj zdrajcy. Ża­den przy­pa­dek w tym, że zbój cię na­padł, kiedy twój brat przy­był. Wszystko dzieje się z ja­kie­goś po­wodu, a nie samo z się. Za­bić cię pró­bo­wano aku­rat dzi­siaj i za nic nie dam wiary, że twoi bra­cia, no albo cho­ciaż je­den z nich, za tym nie stoją.

Da­gome słu­chał słów duń­skiego władcy i za­świ­tała mu w gło­wie jedna myśl. Nie po­dzie­lił się nią jed­nak z ni­kim. Na­su­nęło mu się pewne po­dej­rze­nie wo­bec moż­li­wego czynu braci.

Te­raz chciał za­brać głos Sie­mi­rad. Ko­nung spoj­rzał na niego i jak to zwy­kle już mię­dzy nimi było, zro­zu­mieli się bez słów, to i w za­sa­dzie druh nic już nie mu­siał mó­wić. Da­gome do­sko­nale wie­dział, co ten my­śli, a my­śli po­dob­nie jak Ha­rald. Nie­mniej Sie­mi­rad prze­mó­wił:

– Król do­brze prawi. Niby tron chcieli ci dać, ale we­dług mnie to była jeno pu­łapka, nic wię­cej. Zbli­żyć się chcieli do cie­bie i udało im się. Od­wró­cili twoją uwagę i mało bra­kło, a zmie­rzał­byś wła­śnie do Val­halli. A może na­wet już byś sie­dział po­śród bo­gów, je­śli wal­ki­rie po­śpie­szy­łyby po cie­bie prędko na swych ko­niach.

– A je­śli nie wszystko jest ta­kie, jak się może zda­wać na pierw­sze spoj­rze­nie?

– Co masz na my­śli? – wy­rzekł Si­no­zęby.

– A to, że mam licz­nych wro­gów i moi bra­cia, któ­rym może nie być po my­śli moje knia­zio­wa­nie po na­szym ojcu, nie są je­dy­nymi, któ­rzy mogą mi źle ży­czyć.

– Pra­wisz, że wie­rzysz Pro­ku­jowi? – dzi­wo­wał się król.

– Nie od razu, że wie­rzę, jeno mó­wię, że ist­nieje wiele moż­li­wo­ści. Głów­nie braci po­dej­rze­wam, co wcale nie jest dziwne, przeto tak to­bie, jak i mnie wro­gów nie bra­kuje.

Si­no­zęby w od­po­wie­dzi prze­wró­cił oczyma, bo Da­gome miał ra­cję. Dan mógł wy­mie­niać swych wro­gów i wy­mie­niać. Prawdą ży­ciową było, że kto im więk­szy się staje i jego po­tęga ro­śnie, temu z cza­sem i nie­przy­ja­ciół przy­bywa.

Ko­nung bez słowa pod­szedł do nie­mowy, który cią­gle sie­dział w tym sa­mym miej­scu. Skry­to­bójcy różne my­śli kłę­biły się w gło­wie, lecz był po­go­dzony ze swym lo­sem, od­kąd tylko tra­fił do Joms­borga. Miał za­bić ko­nunga Da­gome, zna­nego rów­nież jako Mieszko, a owo za­da­nie już z sa­mego po­czątku było rów­no­znaczne z tym, że nie­za­leż­nie od po­wo­dze­nia, od tego czy po­doła, czy nie, nie wyj­dzie z tego cało. Go­dził się na to i nie ża­ło­wał. Z góry do­stał po­łowę za­płaty za samo przy­ję­cie zle­ce­nia, co i tak było już so­wi­tym wy­na­gro­dze­niem. Tak so­wi­tym, że czy uciek­nie śmierci, czy nie, jego żona i dzieci będą miały za co żyć, i to w do­statku więk­szym, niż do­tych­czas im za­pew­niał.

Te­raz uj­rzał przed sobą człeka, któ­rego nie udało mu się za­bić, i splu­nął w jego kie­runku ze zło­ścią. Mało bra­kło, by po­zba­wił go ży­cia, a wtedy jego ro­dzina otrzy­ma­łaby drugą po­łowę wy­płaty. Nic to jed­nak. Za późno na gdy­ba­nie. Nie po­wio­dło mu się i ko­niec, a jego bli­scy, tak czy ina­czej, długo nie będą na­rze­kać na głód i mar­twić się, co wło­żyć do ust. Mógł więc być z sie­bie za­do­wo­lony. Wszystko to dzięki niemu.

Da­gome wpa­try­wał się w swego nie­do­szłego za­bójcę, a z jego ob­li­cza biły pew­ność oraz... spo­kój. Zdzi­wiło to zwią­za­nego za­bójcę. Czyżby wie­dział, kto go na­słał? Ale niby skąd? Do­my­ślił się? Oby nie. Kto może wie­dzieć, jak za­re­ago­wałby zle­ce­nio­dawca, gdyby wy­dało się jego imię... Czy od­wie­dziłby jego ro­dzinę i uka­rał ją za to? Za niego? Po­czuł strach w sercu na tę myśl, lecz prze­cież nie za­wi­nił, a zle­ce­nio­dawca wie­dział prze­cież, że go nie zdra­dzi, bo niby jak miałby to uczy­nić bez ję­zyka? To z tego po­wodu do­stał to za­da­nie – żeby ni­czego nie po­wie­dzieć w ra­zie po­rażki.

Imie­nia pła­cą­cego zresztą też nie po­znał. Przeto na­jął go jego człek, a i on się nie przed­sta­wił. Krótko opo­wie­dział o za­da­niu, za­pro­po­no­wał wa­runki tak do­bre, że na­wet nie przy­szłoby mu do głowy się tar­go­wać. Ski­nął jeno głową na zgodę, uści­snęli so­bie dło­nie i z mie­chem wy­peł­nio­nym po­łową na­leż­no­ści od­da­lił się za­do­wo­lony, by już w naj­bliż­szych dniach wziąć się do pracy.

Gdy­bał tak so­bie, za­sta­na­wia­jąc się, ja­kie kroki przed­się­weź­mie ko­nung, by cze­goś się do­wie­dzieć. Za­równo on, jak i Da­gome zda­wali so­bie sprawę z nie­moż­no­ści wy­cią­gnię­cia z niego cze­go­kol­wiek – po do­broci czy siłą, bez róż­nicy. Na­wet gdyby coś wie­dział, to nic mu nie jest w sta­nie po­wie­dzieć, a ma­gicz­nej sztuki pi­sa­nia ni­gdy nie przy­szło mu po­znać. Po­dzi­wiał człe­ków, któ­rzy umieli pi­sać i czy­tać. Sam raz przed laty przez chwilę wi­dział ka­wa­łek ma­te­riału zwany per­ga­mi­nem, pra­wie cały za­peł­niony ta­jem­ni­czymi zna­kami o róż­nych kształ­tach i wiel­ko­ściach. Jeno przez kilka ude­rzeń serca wpa­try­wał się w nie­zro­zu­miałą mowę, lecz to wy­star­czyło, żeby tak go zmro­czyło, że przez ja­kiś czas mu­siał prze­cie­rać oczy, by wró­ciły do spraw­no­ści.

Nie­mowa nie­malże miał pew­ność, że choćby nie wie­dzieć jak ko­nung by pró­bo­wał i jak bar­dzo chciał, to nic nie wy­my­śli, żeby do­wie­dzieć się imie­nia człeka, który opła­cił próbę jego mor­der­stwa. Sły­szał, że Da­gome to człek na­der ro­zumny, co po­trafi so­bie po­ra­dzić z róż­nej ma­ści pro­ble­mami, lecz na ten nie znaj­dzie spo­sobu. Nie­mniej jego nie­zmą­cony spo­kój co­raz bar­dziej go dzi­wo­wał.

– Mó­wić nie po­tra­fisz – za­gad­nął go w końcu po dłuż­szej chwili ko­nung. – Na ta­kiego, co pi­sać by po­tra­fił, nie wy­glą­dasz, ale na moje po­ka­zy­wać chyba po­do­łasz – do­dał ta­jem­ni­czo.

Wy­na­jęty za­bójca wy­raź­nie wzmógł czuj­ność. Nie do­my­ślał się, co Da­gome ma na my­śli, lecz ten za­raz oznaj­mił mu swój po­mysł:

– Będę mó­wić imię, a ty masz tylko ru­szać łbem na znak, czy od­ga­dłem tego, co cię opła­cił, czy nie – za­ko­mu­ni­ko­wał.

Zgro­ma­dzeni w hali osłu­pieli. Nie­do­szły mor­derca zaś ani drgnął, jeno wga­piał się i wga­piał.

– Po­mysł do­bry, ale co z niego, je­śli zbój nie ro­zu­mie, co do niego pra­wisz? Uszy może i ma, nie jak z ję­zo­rem, ale może na­leży do niego pra­wić w in­nej mo­wie? – za­su­ge­ro­wał wni­kli­wie Pal­na­toki, jarl Joms­borga.

– Ro­zu­mie, ro­zu­mie – od­rzekł Da­gome pew­nie, ze spoj­rze­niem bez prze­rwy skie­ro­wa­nym w śle­pia poj­ma­nego. – Wi­dzę w jego oczach, że zro­zu­miał każde me słowo. Uda­wać jeno pró­buje, a i stra­chem za­czyna cuch­nąć.

Na te słowa usta za­bójcy wy­krzy­wiły się w zło­wro­gim gry­ma­sie. Był to ja­sny do­wód, że wszystko zro­zu­miał.

– Wy­słał cię Czci­bor z księ­stwa Pia­stów? – pa­dło pierw­sze py­ta­nie Da­gome.

Zwią­zany nie po­ru­szył ni­czym nic a nic. Jego głowa jak trwała w bez­ru­chu, tak nie zmie­niła po­ło­że­nia na­wet na mo­ment.

– Rusz łe­pe­tyną, bo może i tor­tu­rami nie wy­cią­gnę od cie­bie słowa, ale jak mnie zde­ner­wu­jesz, to dla przy­jem­no­ści po­przy­pa­lam cię ogniem, a wtedy tak za­czniesz łbem ma­chać, że ja­kaś pieśń z tego po­wsta­nie. Twój wy­bór.

Kilku wo­jów za­śmiało się na groźbę ko­nunga. Może i nie było w niej ni­czego za­baw­nego, ale zna­leźli się tacy, co użyli wy­obraźni i zo­ba­czyli, jak poj­many trzę­sie głową jak sza­lony, a ta wy­twa­rza zgrabną me­lo­dię. Nie­złą stałby się nie­szczę­śnik kon­ku­ren­cją dla skal­dów.

– Daj ja­kiś znak, bo wrzucę za­raz me­tal w pa­le­ni­sko i zo­sta­nie jeno cze­kać, jak przyj­dzie ci się szar­pać z bo­le­ści. Czci­bor z Pro­ku­jem cię na mnie na­słali?

Znowu brak od­po­wie­dzi. Da­gome nie cze­kał dłu­żej. Do­był swo­jego mie­cza i po­ło­żył go przy pa­le­ni­sku, ostrzem do ognia.

W oczach skry­to­bójcy rósł strach. Go­łym okiem dało się to do­strzec. Py­ta­nie, czy i kiedy ulęk­nie się na tyle, żeby ru­szyć głową na tak lub nie?

Póki miecz się nie na­grzał, ko­nung nie kon­ty­nu­ował prze­słu­cha­nia. Stał jeno i cze­kał, a inni to­wa­rzy­szyli mu z pew­no­ścią, że poj­many, choć nie ma ję­zora, to za­raz za­cznie mó­wić łe­pe­tyną, i to wię­cej niźli ocho­czo, by­leby tylko Da­gome prze­stał go okła­dać pa­rzą­cym ostrzem.

Ko­nung się­gnął po miecz i zbli­żył się do nie­mowy. Ski­nął wo­jom, by ścią­gnęli mu ku­brak. Gdy to uczy­nili, bez żad­nej zwłoki ani ko­lej­nych py­tań przy­tknął czer­wone z go­rąca ostrze do piersi za­bójcy. Ten zrazu wy­krzy­wił twarz w gry­ma­sie strasz­li­wego bólu, a choć był niemy, to pu­ste i głę­bo­kie mru­cze­nie za­częło wy­do­by­wać mu się z ust.

Piast ode­rwał klingę od ciała. Skry­to­bójca sa­pał ni­czym koń po dłu­gim i nie­mal nie­koń­czą­cym się ga­lo­pie. Za­iste mocno był sty­rany, a wsze­lako tor­tura w za­sa­dzie le­d­wie co się roz­po­częła...

– Moi bra­cia cię na­słali? – ozwał się Da­gome, po­wta­rza­jąc py­ta­nie w nieco zmie­nio­nej for­mie.

Na od­po­wiedź cze­kał le­d­wie jedno ude­rze­nie serca, po czym na­tych­miast skie­ro­wał ostrze do brzu­cha poj­ma­nego człeka. Po­krę­cił no­sem, po­nie­waż swąd pa­lo­nej skóry sta­wał się co­raz moc­niej­szy. Roz­cho­dził się po ca­łej hali i draż­nił też zmy­sły in­nych. Sie­mi­ra­dowi zaś prze­szło przez myśl, że woń to wcale nie gor­sza od Olvi­ro­wych ziół, któ­rymi me­dyk cu­cił mu druha.

Nie­do­szły mor­derca szar­pał się z bólu, na czoło wy­stą­piły mu kro­ple potu. Da­gome dał mu od­sap­nąć. Przy­cią­gnął do sie­bie miecz i za­py­tał:

– Za­czniesz współ­pra­co­wać?

Tym ra­zem otrzy­mał od­po­wiedź. Poj­many po­ru­szył ner­wowo głową, lecz nie spo­sób było oce­nić, czy po­twier­dza, a może za­prze­cza. Piast po­now­nie za­dał py­ta­nie o swych braci i nie­mowa za­czął ru­szać głową, a ru­szał nią raz w te, raz we w te i tak w kółko.

Da­gome po­czuł nie­małe znu­że­nie. Nie uszło to uwa­dze skry­to­bójcy i za­stygł w bez­ru­chu. Ko­nung zmru­żył oczy.

– Na­igrywa się z cie­bie – rzu­cił Si­no­zęby.

Da­gome nie był tego taki pe­wien i raz jesz­cze za­gad­nął poj­ma­nego.

– Czci­bor? – spy­tał krótko i ob­ser­wo­wał czuj­nie, sta­ra­jąc się coś doj­rzeć. Od­niósł wra­że­nie, że nie­mowa waha się, jakby nie był pe­wien. – Czci­bor? – po­wtó­rzył i od­po­wiedź nie inna była. Da­gome chciał już wy­po­wie­dzieć inne imię, lecz po­ru­szył sprawę z in­nej strony. Rzekł tak: – Przy­by­łeś z kraju Pia­stów? To tam cię ktoś opła­cił?

Usta skry­to­bójcy wy­gięły się w gry­ma­sie ni­czym pod­kowa skie­ro­wana ra­mio­nami w dół. Miecz Da­gome drgnął i wtedy na­tych­miast poj­many ski­nął głową. Twier­dząco.

A więc ko­nung wy­cią­gnął coś z nie­mowy, a wieść ta słuszne uczy­niła na wszyst­kich wra­że­nie.

Na­stępca Sie­mo­my­sła wy­mie­nił się spoj­rze­niami z Sie­mi­ra­dem, Ha­ral­dem i Pal­na­to­kim. Ktoś z jego ro­dzi­mych ziem chciał jego śmierci. To po­twier­dzone. Na­le­żało te­raz uści­ślić, kto do­kład­nie i czy Czci­bor i Pro­kuj są nie­winni.

– Stoi za tym ktoś inny niż moi bra­cia? – ozwał się po­now­nie do nie­mowy.

Ten zer­k­nął mu pro­sto w oczy i po krót­kim za­sta­no­wie­niu wzru­szył ża­ło­śnie ra­mio­nami. Da­gome wes­tchnął znie­cier­pli­wiony.

– Znasz imię tego, co cię opła­cił, czy nie?

Skry­to­bójca od razu za­prze­czył ru­chem głowy.

– Kła­mie – za­wy­ro­ko­wał Si­no­zęby z prze­ko­na­niem. – Nie wyda ni­kogo. Do­brze mu za­pła­cił, to bę­dzie mu wierny. Bar­dziej trzeba by pod­piec... Jak dzika na roż­nie albo i co in­nego. Za­raz wy­kwi­czy od­po­wiedź.

– Sły­sza­łeś, co mi król ra­dzi – zwró­cił się do poj­ma­nego Da­gome. – Chcesz zo­stać upie­czony? Skąd mam mieć pew­ność, że nie kła­miesz?

– Na moje, je­śli mówi prawdę, to mógł nie wi­dzieć twa­rzy zle­ce­nio­dawcy. Albo i tam­ten ko­goś przy­słał, by nie zdra­dzić swego lica – ode­zwał się prze­myśl­nie jarl Joms­borga.

– I mnie to przy­szło do głowy – przy­znał ko­nung.

Wtedy nie­mowa za­czął żwawo ki­wać głową na po­twier­dze­nie. Za­iste była to prawda, że nie wi­dział twa­rzy zle­ce­nio­dawcy, i po­czuł ulgę, że do tego do­szli. Miał na­dzieje, że Da­gome da temu wiarę i za­koń­czy na tym prze­słu­cha­nie. Te­raz po­zo­sta­łoby mu zgad­nąć, kto z księ­stwa mógłby się tar­gnąć na jego ży­cie, komu wa­dzi i prze­szka­dza? Może to na­prawdę jego bra­cia? Na zie­miach Pia­stów za­pewne nie bra­kuje lu­dzi, któ­rzy nie chcą go na tro­nie. Sły­szał nie­mowa o nie­pew­nej sy­tu­acji, jaka za­pa­no­wała w tam­tych stro­nach po śmierci Sie­mo­my­sła. Ze­wsząd do­cho­dziły głosy, że tych, co go­dzą się z ostat­nią wolą nie­ży­ją­cego knia­zia o Miesz­ko­wym na­stęp­stwie, pra­wie że było pół na pół z prze­ciw­ni­kami ta­ko­wego roz­wią­za­nia. O wro­gów zaś po­śród ta­kich, sko­rych do na­ję­cia skry­to­bójcy, nie było trudno.

***

Nie­mowa ja­kiś czas temu zo­stał wy­pro­wa­dzony z hali i za­mknięty w jed­nym z licz­nych lo­chów Joms­borga. Da­gome nie wy­cią­gnął wię­cej z prze­słu­chi­wa­nego. Przy­pa­lił go aby jesz­cze kilka razy to po piersi, to ra­mio­nach, lecz je­dyną od­po­wie­dzią, jaką wy­rzu­cał z sie­bie szar­pany w spa­zmach cier­pień i bo­le­ści, były wście­kłe ki­wa­nia, z któ­rych ni­czego nie można było wy­wnio­sko­wać. Gdy skry­to­bójca uspo­koił się nieco i był w sta­nie zdo­być się na po­rządne kiw­nię­cie, wy­wnio­sko­wano z niego ni mniej, ni wię­cej, niż to, czego do­wie­dziano się wcze­śniej – że nie zna imie­nia zle­ce­nio­dawcy.

W końcu znie­chę­cony ko­nung od­pu­ścił. Mu­siał od­po­cząć i ze­brać my­śli, nie­mniej skła­niał się nie­znacz­nie ku moż­li­wo­ści, że nie­mowa nie kła­mie i nie wi­dział tego, który zle­cił mu mor­der­stwo. Nie­stety, po­zna­nie imie­nia te­goż ta­jem­ni­czego człeka od­wle­cze się w cza­sie.

– Co za­mie­rzasz zro­bić? – ozwał się do druha Sie­mi­rad, gdy tam­ten aku­rat ob­gry­zał ku­ra­ko­wego gnata. – Ob­my­śli­łeś już ja­kiś plan?

Ko­nung po­pił mię­siwo mio­dem i za­sta­no­wił się z krótka, nim wy­rzekł od­po­wiedź.

– Jak wca­lem nie chciał ru­szać do Gnie­zna po sto­lec, bo knia­zio­wa­nie po ojcu nie moim było za­mia­rem, tak mier­zić mnie za­czyna, żeby udać się tam i temu ścierwu, co tchórz­li­wie zle­cił moje mor­der­stwo, za­miast sa­memu sta­nąć otwar­cie do walki, spoj­rzeć w oczy, splu­nąć w gębę, na­dziać na miecz i pa­trzeć, jak ucho­dzi z niego nędzny ży­wot. Taka myśl ko­tłuje mi się w gło­wie i zda mi się, że tak uczy­nimy.

– We­dług mnie to do­bra de­cy­zja, ale nie poj­muję, czemu wy­raz twa­rzy masz taki, jak­byś najadł się ze­psu­tego mię­siwa czy opił nie­miec­kiego piwa. – Wierny przy­ja­ciel za­śmiał się roz­bra­ja­jąco.

Oby­dwaj nie raz i nie dwa przy­rów­ny­wali wspo­mniany tru­nek do szczyn, więc li­czył na to, że roz­bawi Da­gome. On jed­nak nie miał na­stroju do śmia­nia.

– Ech, no pa­trzeć nie mogę, ja­kiś ty skwa­szony... Zo­sta­niesz knia­ziem, wy­tro­pimy gnidę i za­czniemy nowy ży­wot. Co w tym złego, bo wiem, że wła­śnie to cię mierzi? – za­gad­nął zrazu wni­kli­wie Sie­mi­rad, na­chy­la­jąc się bli­żej przy­ja­ciela. – Rzek­nij czemu, bo nie poj­muję... Co ci aż tak w knia­zio­wa­niu wa­dzi? Przeto je­steś ko­nun­giem już kilka wio­sen, po­zna­łeś wła­da­nie i je­śli było ci z nim źle cho­ciaż przez je­den dzień, to ja pew­ni­kiem ślepy je­stem abo jaki słabo roz­wi­nięty na umy­śle. Wła­da­nie masz we krwi, a je­śli po­wiesz mi za­raz, że strach cię ob­le­ciał, bo księ­stwo twego ojca jest więk­sze niźli Truso i bo­isz się wy­zwa­nia, to krew mnie jaka za­raz za­leje albo ze śmie­chu przyj­dzie mi się udła­wić. Sam nie wiem, co gor­sze... Tyle wio­sen cię znam i mimo że ro­zu­miem cię jak nikt inny, tak cza­sem nie ro­zu­miem wcale... – Sie­mi­rad za­milkł.

Nad­szedł czas, by te­raz ko­nung coś rzekł. Jego druh w ci­szy na­lał so­bie pełno miodu do ku­fla i opróż­nił cały dusz­kiem, nim Da­gome za­brał głos.

– Nie boję się ni­czego i do­brze o tym wiesz – po­wie­dział po krót­kim za­my­śle­niu, wa­żąc w gło­wie wiele, a nim pod­jął, zro­bił chwi­lową prze­rwę, co Sie­mi­rad znu­żony jego po­wol­nym mó­wie­niem, sko­men­to­wał wes­tchnię­ciem. – Duma mi prze­szka­dza, ot co.

– Duma? – dzi­wo­wał się Sie­mi­rad. – Co ona ma tu wspól­nego? – do­py­ty­wał, po­ru­szyw­szy gwał­tow­nie ra­mio­nami, tak że omal nie wy­trą­cił służce z rąk dzba­nów z do­lewką miodu.

Zmie­rzył ją wzro­kiem. Ta, prze­stra­szona, uśmiech­nęła się blado w na­dziei, że unik­nie na­gany i... rze­czy­wi­ście upie­kło się jej, ode­szła w spo­koju. Druh zwró­cił się do ko­nunga:

– Ja­kimże to spo­so­bem duma może po­wstrzy­my­wać cię przed ob­ję­ciem wiel­kiego władz­twa?

– Ta­kim, że oj­ciec mnie wy­gnał – od­parł zrazu za­sę­piony i ze spoj­rze­niem jakby sku­pio­nym w in­nym świe­cie, da­leko stąd, a pew­ni­kiem nie w hali, gdzie sie­dzieli. – Czemu na­gle so­bie o mnie przy­po­mniał, jak z niego ży­cie na łożu śmierci po­częło ucie­kać? Czemu wcze­śniej nie spró­bo­wał mnie spro­wa­dzić z wy­gna­nia? My­ślał że co? Że ci, przez któ­rych mu­siał mnie wy­gnać, będą się bu­rzyć? A mniej będą bu­rzyć się te­raz, gdy­bym po­wró­cił, kiedy już nie żyje? – do­py­ty­wał Da­gome, oma­wia­jąc my­śli kłę­biące mu się w umy­śle i nie­da­jące spo­koju. – Trwogę jaką po­czuł i dla­tego po mnie po­słał? Czci­bor byłby ta­kim mier­nym knia­ziem czy o co się tu­taj roz­cho­dzi? – spy­tał druha, spo­glą­da­jąc na niego wy­cze­ku­jąco.

Ten za­sta­no­wił się nie­długą chwilę.

– Aby to ta­kie ważne? – od­parł, po czym cią­gnął bez żad­nych ogró­dek, jak to miał w zwy­czaju: – We­dług mnie za dużo my­ślisz. Po­wi­nie­neś mach­nąć ręką na to, co kie­ro­wało twoim oj­cem, i tyle. Po co ci się nad tym tak roz­wo­dzić? Pa­mię­taj, żeś do­piero co obił so­bie głowę, więc do­brze by­łoby jej nie nad­we­rę­żać, bo jesz­cze nie raz ci się przyda. No chyba że jak zdo­bę­dziemy Gnie­zno, to mi prze­ka­żesz knia­zio­stwo. Wtedy mo­żesz czy­nić, co ci się po­doba. Ja z ra­do­ścią po­knia­ziuję zie­miom twego ojca – za­ko­mu­ni­ko­wał z po­wagą Sie­mi­rad i za­śmiali się obaj z Da­gome.

Ko­nung po­kle­pał druha po ple­cach i przy­naj­mniej na ra­zie ode­gnał na bok my­śli o Sie­mo­my­śle. Zda­wał so­bie sprawę z tego, że Sie­mi­rad do­brze prawi. Być może zbliża się czas, by ob­jąć to, co przez dłu­gie lata są­dził, że nie bę­dzie jego. To, co uwa­żał, że przy­pad­nie Czci­bo­rowi, zbli­żało się ku niemu wiel­kimi kro­kami.

2.

Czci­bor le­żał w łożu, zbie­ra­jąc siły, lecz szło to opor­nie. Cią­gle sła­bo­wał, choć w nie­wiel­kim stop­niu czuł się le­piej niźli z po­czątku, kiedy wraz z nie­do­bit­kami swej zmiaż­dżo­nej przez bun­tow­ni­ków Stro­go­mira ar­mii po­wró­cił do Gnie­zna z prze­gra­nej z kre­te­sem bi­twy. Wy­do­brzeć knia­zio­wemu sy­nowi z ob­ra­żeń na ciele nie po­ma­gał za­wżdy stan jego umy­słu – cią­gle i bez końca na­der nie­spo­kojny i nie­po­mier­nie stra­piony. Jeno gdy spał, za­zna­wał nieco uko­je­nia, lecz oneg­daj koń­czyło się ono, gdy na­cho­dziły kosz­marne sny. Wtedy ulga zni­kała szyb­ciej, niż się zja­wiła.

Co nie­prze­rwa­nie gnę­biło Czci­bora, to wąt­pli­wo­ści, nie­za­do­wo­le­nie i nie­skoń­czona nie­pew­ność na te­mat tego, co było, jest i bę­dzie, czyli można rzec, że na te­mat wszyst­kiego bez wy­jątku. Po bi­twie bo­lało go nie tylko po­waż­nie ranne ciało, ale i duma, że po­tęż­nie prze­grał i za­wiódł pod­da­nych. Ich i sie­bie. Mier­ziły go los Pro­kuja i wielka nie­wia­doma, jak prze­biega jego po­dróż. Do­tarł do Mieszka i prze­ka­zał mu wie­ści? A może cią­gle jest w dro­dze, nie daj bo­go­wie, usła­nej nie­po­wo­dze­niami? Któż to może wie­dzieć?

Ko­lej­nym pro­ble­mem była drza­zga bo­le­śnie na­pie­ra­jąca mu na serce, a na imię jej Go­sława. Co z nią się dzieje? Pew­ni­kiem mu­siała sły­szeć o nie­uda­nej wy­pra­wie i o od­nie­sio­nej przez niego ra­nie. Musi się pew­ni­kiem głę­boko mar­twić, a nie­wie­dza i nie­moż­ność zo­ba­cze­nia się z nim do­skwie­rają jej. Ża­ło­wał, że nie po­sta­wił się wcze­śniej ojcu i za­miast Lu­to­sławy wła­śnie Go­sławy nie po­jął za żonę. Sie­mo­mysł jed­nak prze­ko­nał go do córy Mści­woja, mo­ty­wu­jąc de­cy­zję po­sze­rze­niem wpły­wów. Co jed­nak by prze­szka­dzało, żeby miał dwie żony? Wielu człe­ków u wła­dzy po­siada kilka żon, a do tego ko­cha­nice, i nikt się nie skarży. Tak już było, jest i bę­dzie. Czemu ojcu za­wa­dzało, że syn miałby dwie ko­biety? Azali jeno cho­dziło o to, jak mó­wił, że sy­no­wie od dwóch ko­biet to same kło­poty, bo kie­dyś będą się bić mię­dzy sobą o oj­co­wi­znę? A to nie ta­kie samo ry­zyko jak w przy­padku, gdy sy­no­wie są z jed­nego łona? A może to sa­mego Mści­woja się lę­kał, ja­koby ten od­dałby Lu­to­sławę i tym sa­mym wpływy wy­ni­ka­jące z ożenku komu in­nemu? Nie za­pyta o to już ojca i te­raz jeno może gdy­bać. Przed bi­twą ze Stro­go­mi­rem jed­nak Czci­bor wbrew wszyst­kiemu zde­cy­do­wał się oże­nić z Go­sławą. Obie­cał jej to. Lutki nie za­mie­rzał zo­sta­wiać, wszak do­bra z niej młódka i nie chciał po­rzu­ce­niem ska­zy­wać jej na hańbę. Nie za­słu­gi­wała na to. Przeto miała być jedną z dwóch i ko­niec koń­ców każdy miał być za­do­wo­lony. No chyba że Mści­wo­jowi co­sik mia­łoby prze­szka­dzać, lecz prawda jest taka, że teść nie miał już nic do ga­da­nia. Wy­dał córkę i jego rola w tej kwe­stii skoń­czona.

Te­raz jed­nak żal ści­snął Czci­bora, po­nie­waż jakby... prze­stało mu za­le­żeć. Był zre­zy­gno­wany ze wszech miar i druga że­niaczka mu nie w gło­wie. Czy to się zmieni? Nie wie­dział. Ko­chać Go­sławę – ko­chał, tego był pe­wien. Ze wszyst­kim jed­nak na­le­żało po­cze­kać, aż sta­nie cał­ko­wi­cie na nogi. Do tego zaś czasu wiele mo­gło się wy­da­rzyć...

Czci­bora więc uwie­rało wszystko: od dumy i ran po­cząw­szy, przez braci, na spra­wach ser­co­wych koń­cząc, i miał już tego wszyst­kiego dość.

Do izby, w któ­rej wy­po­czy­wał, wszedł wła­śnie nie kto inny jak jego żona. Piękna, ze ślicz­nym li­cem i po­nęt­nym cia­łem, choć za­leży, co kto lubi. Dla jed­nego miła bę­dzie pulchna młódka o po­tęż­nych pier­siach, dla in­nego taka Lutka – szczu­pła, drobna, a z przodu nie za mało i nie za dużo, a w sam raz. Ogrom­nie po­do­bała się Czci­bo­rowi, lecz od­kąd wró­cił, nie oka­zy­wał jej tego, wszystko zrzu­ca­jąc na karb rany i zmę­cze­nia. Nie tknął jej na­wet. Fak­tycz­nie wielce sła­bo­wał, lecz co istotne, nie­mal żad­nego kon­taktu z nim nie było, ani my­ślał choćby mu­snąć dłoń czy uca­ło­wać żonę, by spra­wić jej przy­jem­ność i wy­wo­łać uśmiech na licu. Była mu obo­jętna i wie­dział, że rani ją tym, lecz to było sil­niej­sze od niego. Cią­gle albo my­ślał o Go­sła­wie, by do niej gnać, albo z ko­lei jak przed chwilą, czuł, że nie chce żad­nej. Sam już się w tym wszyst­kim gu­bił i iry­to­wał tym, a złe emo­cje od­bi­jały się na Lutce.

Żona za­py­tała go, jak się czuje, lecz nic jej nie od­po­wie­dział. Za­po­wie­działa, że nie­długo po­wi­nien zja­wić się me­dyk, by zmie­nić opa­tru­nek i obej­rzeć ranę, na co za­wo­łał:

– Oby­dwoje zo­staw­cie mnie w spo­koju!

Ostry ton za­sko­czył Lu­to­sławę. Opie­ko­wała się mę­żem, usłu­gi­wała, naj­le­piej jak po­tra­fiła, a on do niej z agre­sją... Smu­tek chwy­cił ją za serce i bez słowa wy­bie­gła z izby. Za­szlo­chała i... spo­tkało ją ko­lejne zdzi­wie­nie. Otóż ko­ry­ta­rzem zmie­rzała do syna matka i na­tknęły się na sie­bie. Lud­miła za­py­tała, co się stało, i gdy Lutka zdra­dziła jej co i jak, knia­zini obie­cała po­mó­wić o tym z Czci­bo­rem. Lu­to­sława zlę­kła się, że mąż od­bie­rze to, ja­koby po­szła do jego matki na skargę, lecz ta ją uspo­ko­iła i pro­siła, żeby o nic się nie bała.

Wkrótce we­szła do izby i w oczach syna doj­rzała nie­prze­braną udrękę. Głę­boki smu­tek ją po­wziął na ów wi­dok. Po­de­szła bli­żej bez słowa i za­sia­dła na stołku przy łożu.

– Co cię trapi, synu? Tak źle się czu­jesz po ra­nie czy bi­twa o Roz­przę tak cię mar­twi? – za­py­tała z uczu­ciem, na co Czci­bor zmie­rzył ją jeno zna­czą­cym spoj­rze­niem, co samo wy­star­czyło za od­po­wiedź. – My­ślisz, że twój oj­ciec, a mój mąż, ni­gdy nie prze­grał żad­nej bi­twy? Abo to jed­nej za­znał po­rażki? Jego ży­wot był wy­peł­niony suk­ce­sami, ale te były po­prze­pla­tane nie­po­wo­dze­niami. Może rzadko się zda­rzały, ale zda­rzały.

Czci­bor prze­wró­cił oczyma. Nie było mu w smak, że ro­dzi­cielka przy­szła go po­uczać. Nie jest już pod­rost­kiem, a do­ro­słym mę­żem. Co to być miało, że gada z nim, jakby dziecko po­cie­szała? Chciał ją już w zło­ści od­pra­wić, lecz uświa­do­mił so­bie, iż do­piero co spra­wił przy­krość Lutce, a te­raz i matce za­mie­rzał? Z tego też po­wodu za­nie­chał prze­go­nie­nia jej.

– Stra­ci­łem w Roz­przy wielu do­brych lu­dzi, a i męż­nych wo­jów – burk­nął. – Nie praw mi jeno, że­bym się nie przej­mo­wał, bo każde ich jedno ży­cie jest mi dro­gie i czuję się wi­nien. My­ślę cza­sem, że oj­ciec słusz­nie po­stą­pił, na­zna­cza­jąc Mieszka na no­wego knia­zia. Mą­dry był z niego człek, mu­siał wie­dzieć, że mój brat bar­dziej na­daje się na na­stępcę niż ja.

– Z oby­dwu was by­liby do­brzy i wielcy knia­zie. Tylko je­den może nim zo­stać, lecz każdy z was god­nie za­stą­piłby Sie­mo­my­sła. A że stra­ci­łeś wielu wo­jów, nie­stety taki ży­wot, a twój ból i żal to jeno oznaki, że do­bry z cie­bie przy­wódca, bo za­leży ci na pod­da­nych. Niech ci to służy za do­wód, żeś go­dzien knia­zio­wa­nia, bo nie każdy władca wi­dzi w wo­jach lu­dzi, a jeno siły do walk. Twój żal do­brze o to­bie świad­czy, ko­chany synu – pra­wiła Lud­miła z wolna.

Czci­bor słu­chał uważ­nie jej słów. Mimo że z po­czątku iry­to­wał się na mat­czyne rady, tak z cza­sem za­częły mu przy­no­sić de­li­katną ulgę.

– Nie trap się cią­gle, bo może ci to tylko wyjść na złe. Za­miast cią­gle się drę­czyć, myśl o tym, co bę­dzie, synu. To lep­sza droga niż ta, którą te­raz po­dą­żasz. Tego, co się wy­da­rzyło, już nie cof­niesz, li­czy się tylko przy­szłość.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki