Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Powrót z Francji do powojennej komunistycznej Polski okaże się największym błędem Marii i jej córki Agaty, która zapłaci za tę decyzję szczególnie wysoką cenę.
Bronek Basista potrzebuje pieniędzy na spłatę kredytu. Gdy okazuje się, że być może mógłby się starać o odszkodowanie za krzywdę rodziców, którzy przeżyli gehennę w komunistycznej Polsce, zaczyna interesować się historią własnej rodziny. Jego matka, Agata, urodziła się we Francji, dokąd babcia Maria wyemigrowała za chlebem. Po powojennych zmianach ustrojowych w Polsce, zaczadzone propagandą kobiety zdecydowały się reemigrować do ojczyzny. Jakież było ich zdziwienie, gdy zamiast oczekiwanego raju robotników, napotkały biedę i wszechobecne represje.
„Miłość za żelazną kurtyną” to dramatyczna wielowątkowa opowieść o czasach stalinowskich, oparta na dokumentach i relacjach świadków.
Maria uważała, że przecież Michał nie mógł się mylić. Uznała, że członkostwo w PPR nie było głosem akceptacji dla zbrodni funkcjonariuszy NKWD. Sprawa katyńska nie miała tu znaczenia. Chociaż widziała ekshumację polskich oficerów na kronice filmowej. I chociaż po wyjściu z kina nie zjadła obiadu, bo nie mogła nic przełknąć. Widok czaszek z otworami z tyłu prześladował ją, szczególnie w nocy. Przez kilka dni myślała tylko o tej zbrodni Sowietów.
– Komunizm jest wspaniały, tylko ludzie zawodzą – powtarzała to jak mantrę, gdy nie rozumiała polityki Stalina.
Agata wierzyła więc we wszystko, co mówiła jej matka i co potwierdzała Celina. Bo przecież tak myślał i ojciec. A on był wyrocznią, nie miało znaczenia, że już nie żył.
Grażyna Wosińska, elblążanka i dziennikarka. Autorka „Pożaru i szpiegów”, pierwszej książki o Sprawie Elbląskiej, oraz „Zbrodni czy wyrok na zdrajcy”, jedynej publikacji o organizacji KUL Zakon Krzyżacki. Stypendystka Marszałka Województwa Warmińsko-Mazurskiego oraz Prezydenta Elbląga.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 595
Rok wydania: 2018
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Bronek Basista rozmarza się. Niespodziewany spadek rozwiązałby jego ciągły problem z brakiem gotówki. Przecież z czegoś musi spłacić ten kredyt, bo inaczej zamieszka pod mostem, najlepiej Unii Europejskiej.
Ostry dzwonek telefonu przerywa jego rozmyślania. Ustawi inny, bo ten doprowadzi go kiedyś do szału.
– Proszę – burczy.
Słyszy nieznany mu kobiecy głos.
– Honorata Wyszomierska, dziennikarka – przedstawia się kobieta. – Piszę książkę o czasach stalinowskich. Pańska matka i ojciec niejedno przeżyli. Chciałabym się spotkać.
W pierwszej chwili mężczyzna o mało nie rzuca słuchawką. Co go obchodzą dawne czasy? Kasy z tego nie będzie. Powstrzymuje się jednak. Prawie wykrzykuje „eureka” – przecież ta kobieta może być początkiem drogi do otrzymania odszkodowania za ojca i matkę, jakkolwiek okropnie to brzmi.
– Skąd pani wie o historii mojej rodziny? – pyta.
– Z akt Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku i nie tylko – pada odpowiedź.
Bronek obiecuje przygotować dokumenty i zdjęcia. Umawia się na spotkanie, ale… za jakiś czas.
Irena, jego żona, jest zaskoczona, skąd w mężu ta zmiana. Pod koniec życia teściowa zwierzała się z bolesnych wspomnień tylko jej. Bronka nie bardzo to obchodziło. Było, minęło. Ona patrzyła z przerażeniem na teściową, która paliła w piecu dokumenty. Coś tam uratowała. A teraz jej mąż zaczytuje się w papierach, szpera w Internecie, ogląda na ekranie ulice Paryża, którymi mogli chodzić rodzice. Patrzy godzinami jak sroka w gnat na te stare zdjęcia. Od czasu do czasu rzuca jakieś pytanie.
– Nie wiesz? – dziwi się. – Przecież z nią rozmawiałaś.
Później Irena ma wrażenie, że to zainteresowanie gaśnie.
Słomiany zapał – pomyślała.
Po kilku miesiącach, gdy kłopoty z uciążliwymi sąsiadami i inne problemy stały się jakby mniejsze, dzwoni do dziennikarki. Na całe szczęście numeru w komórce nie wykasował.
Nie spodziewa się, że przegadają kilka godzin. Okazuje się, że nie wszystko wie o matce, ojcu, babci i dziadku. Ta kobieta coś mu uzmysławia, ale jeszcze nie do końca wie, co ma o tym myśleć, co czuć. Może dumę, że nie wziął się znikąd, ma jakąś przeszłość? Tylko czy tę przeszłość można przeliczyć na pieniądze z odszkodowania? Sto tysięcy za matkę i sto tysięcy za ojca. Ale w końcu ta kasa mu się należy. Rodzice swoje przeżyli w celach bezpieki. Ojciec zmarł cztery lata po wyjściu z więzienia. Tak naprawdę Bronek go nie pamiętał.
Znał go ze zdjęć. Na jednym stoi wysoki brunet w ciemnym garniturze, w kapeluszu przed jakimś budynkiem, jakby zabytkowym. To sanatorium. Potem ślubne zdjęcie z matką. Wyglądali na szczęśliwych. Patrzyli nie na siebie, ale w tę samą stronę. To znaczy, że łączyła ich miłość, a nie krótkotrwała fascynacja. Chyba przyjęli tę pozę nie tylko dlatego, że tak ich ustawił fotograf… Sięgnął jeszcze po inną ślubną pamiątkę. Taka laurka z zabawnymi obrazkami, mama w stroju pielęgniarki, z wielką strzykawką, tata ze łzami w oczach, ze strachu chowa się za szafę. Autorem był Zbigniew Chylarecki, znajomy plastyk. Dedykacja: „Agacie i Adamowi na nową drogę życia”.
Za to Bronek pamięta dobrze babcię Marię Karapińską, czyli matkę swojej mamy. Wie, że miała niełatwe życie, już od dzieciństwa. Patrząc na jej staroświecką metrykę, przypomina sobie opowieści, które ona sama snuła… a może to jej córka, czyli jego mama.
*
Maria przyszła na świat 3 lutego 1906 roku w Drozdowie, pod Lwowem. Matką jej była panna Jewdokia, czyli Ewa Karapińska, pokojówka. Jej chlebodawca nie zamierzał się z nią żenić. Przyjście na świat dziewczynki, niczego w tym względzie nie zmieniało. Żeby to chociaż był chłopak, przyszły dziedzic…
Na swój jednak sposób biologiczny ojciec był uczciwy. Znalazł kochance męża w Równem i dał jej maleńki posag. O całej sprawie szybko zapomniał. O córce również.
Babcia, wtedy mała Marysia, dorastała chyba w niezbyt rodzinnej atmosferze. Małżeństwo matki i ojczyma zawarte nie z miłości, ale z rozsądku było nieszczęśliwe. Dziecko było kulą u nogi, piątym kołem u wozu. Dziewczynka szybko zrozumiała, że jedyną jej szansą będzie samodzielność. Ale kto takiej kozie – tak wtedy nazywano nastolatki w jej wieku, które to się czerwienią i chichoczą z byle powodu – da pracę. Znacznie starsi też byli bezrobotni, szczególnie kobiety.
Dowiedziała się od koleżanki, że jej brat wyjechał do pracy do Francji.
– Marysiu, on dobrze zarabia i jest szczęśliwy – opowiadała. – Obiecuje, że mnie tam ściągnie.
Dziewczyna skontaktowała Marysię z pośrednikiem. Okazało się, że niepotrzebnie martwiła się o pieniądze na podróż do – jak się okazało – nie Francji, ale Belgii. Dostanie pracę w gospodarstwie rolnym i ratami będzie spłacała za bilet kolejowy i pośrednictwo. Pracować miała w ogrodzie, więc doświadczenie miała. Była już pełnoletnia; podpisała kontrakt. Trochę nieporadnie stawiała litery, umiała się tylko podpisać i wypełnić prosty formularz. Matka i ojczym nie zawracali sobie głowy jej edukacją. Po co kobiecie wykształcenie, nawet podstawowe?
Wreszcie przyszedł czas odjazdu. Nikt jej nie odprowadzał. Nie potrzebowała nikogo. Drewniany kuferek – lekki, bo prawie pusty. Nie bała się przyszłości, przecież nie ma nic gorszego niż codzienne upokorzenia, których ojczym jej nie szczędził. Pracy, nawet ciężkiej, nie lękała się.
Czekała na dworcu razem z innymi emigrantami za chlebem. Nadjechał pociąg. Gdy się zatrzymał, piegowaty, chyba dziesięciolatek, sylabizował: PA-RYŻ, BRUK-SE-LA. Pośrednik pilnował, by każdy zajął miejsce w wagonie trzeciej klasy.
Wreszcie pociąg ruszył. Głośno jak w ulu. Wszyscy rozentuzjazmowani, w końcu jechali po nowe, lepsze życie.
Maria była pewna jednego: do Równego, do matki, nigdy nie wróci. Będzie spała w psiej budzie, umrze z głodu, ale zostanie w tej Belgii. Śmieje się w duchu – no jak umrze, to zostanie. Potem rozmarzyła się. Widziała siebie, jak spaceruje z wysokim mężczyzną ulicami Paryża, chociaż nie bardzo wiedziała wówczas, jak te ulice wyglądają.
Ktoś szarpnął ją za ramię i wrzeszczał:
– Koniec spania, panienko, wysiadka. Czwarta rano.
Sięgnęła po kuferek i razem z innymi pchała się do wyjścia.
Przedstawiciel właściciela gospodarstwa, łysawy grubas, wymachiwał listą i coś krzyczał, ale co, nie wiadomo, chyba po francusku. W końcu przyszedł tłumacz. Maria odnalazła się na liście do pracy w majątku w okolicy miasta Mouscron[1], blisko granicy z Francją.
Zaczęło się samodzielne życie. Z Marysi w ciągu kilku dni przeistoczyła się w Marię. Wokół obcy ludzie. Rodziny z dziećmi, młodzi mężczyźni. Dziewczyn takich jak ona nie było. Z nikim się nie zaprzyjaźniła. Była zdana sama na siebie.
Dostała izbę, bez okna, gdzie tylko łóżko się mieści. O czwartej rano pobudka. Pomagała w oborze przy dojeniu krów. Za dwie godziny śniadanie i szybko w pole do pielenia buraków na cały dzień do wieczora. Obiad przyniosą na pole. Szkoda czasu na wędrówki.
Brygadzista – Polak, ale już chyba drugie pokolenie emigracji, bo z francuskim akcentem, ocenił, ironizując:
– Nawet na sól nie zarobiłaś.
Dziewczyna, zrozpaczona, grzbietu nie czuła, rąk nie mogła rozprostować. Na kolację nie poszła. Jakaś litościwa dusza przyniosła kubek kawy… zbożowej.
Maria wiedziała, że – jak mawiał jej ojczym – prywyknie lub padochnie. Wybrała to pierwsze. Zdała sobie sprawę, że jeśli sama sobie nie pomoże, nikt jej nie wesprze. Tylko jej zależy, by utrzymała się na powierzchni. Nie zmarła z głodu.
Potem przyszły żniwa w skwarze i spiekocie, jesienią zbiór buraków i wykopki ziemniaków. Wiosną siewy, znów pielenie, znów żniwa. Na drugie wykopki już się nie załapała. Kontrakt się kończył.
Dowiedziała się, że tuż za granicą, w Auxi-le-Château, region Nord-Pas-de-Calaise, była robota w fabryce. Lepiej płacą i po ośmiu godzinach fajrant, a nie od wschodu do zachodu słońca.
Pracę robotnika niewykwalifikowanego rozpoczęła 5 października 1925 roku. Po około pół roku nie była już potrzebna. Pierwszy raz – i nie ostatni – znalazła się na bruku. Nie wiedziała, za co opłaci czynsz.
Zrozpaczona szukała w miasteczku innej pracy. Nikt nie chciał jej zatrudnić. Dowiedziała się o zebraniu związkowym w jakimś opuszczonym domu na przedmieściu. Przemawiał wysoki szatyn. Porwały ją słowa o sprawiedliwości społecznej, szacunku do człowieka oraz niezgodzie na wyzysk przez kapitalistów. Zapamiętała jeszcze, że w Rosji Sowieckiej każdy ma pracę i mieszkanie, bo nie ma kapitalistów.
– Jak się podobało? – usłyszała jakby znajomy basowy głos, gdy już wychodziła.
Odwróciła się. Mówca. Niebieskie oczy mężczyzny były roziskrzone i śmiały się. Od razu wiedziała, że to te na całe życie. Nie zauważyła pogniecionej marynarki w słabym gatunku i burego swetra ani braku zębów. Ani tego, że szesnaście lat starszy. Później też nie zrobiło różnicy to, że był żonaty i miał dwoje dzieci. Na imię miał Michał – dla Marii było to najpiękniejsze imię na świecie… Nawet pomimo tego, że i jej ojczym miał na imię Michał.
Po kilku randkach zakochani zamieszkali razem w Douai, miasteczku w tym samym regionie co Auxi-le-Château. Michał pracował w kopalni węgla. Maria zajmowała się domem. Była szczęśliwa u boku ukochanego mężczyzny, nie bała się niczego, czuła się bezpieczna. Gdy spostrzegła, że będzie miała dziecko, była w euforii. Michał też się cieszył.
Wybierali razem imię. On, gdy będzie dziewczynka, chce, by miała na imię Agata. Na cześć pani Christi, autorki kryminałów o inspektorze Herkulesie Poirot. Ona, gdy chłopak – Michał.
W niedzielę 2 października 1927 roku Maria urodziła dziewczynkę. Michał zachwycał się, że jest prześliczna.
– Ale nie będzie pracowita – przekomarzał się.
Maria obiecała sobie, że Agatka nie zaharuje się jak ona sama. Jedno jest pewne: zawsze będzie ją kochała, choćby cały świat miał się przeciw nim sprzysiąc. Jeszcze nie mogła się domyślać, jakiej próbie podda ją życie.
W grudniu 1929 roku Michał zabrał rodzinę do Paryża. Odłożył trochę grosza i założył zakład szewski. Jeszcze w Polsce był czeladnikiem. Potrafił zrobić buty, nawet z cholewami. Od razu miał klientów, także bogatych.
Wynajęli trzypokojowe mieszkanie w jedenastej dzielnicy. Maria była szczęśliwa. Wszystkie marzenia się spełniły. Tak jak sobie wyśniła, spacerowała z Michałem po ulicach Paryża. W wózku gaworzyła Agatka. Czegóż trzeba więcej.
*
Zachowały się zdjęcia z tych szczęśliwych chwil: Marii i Michała przed kamienicą, gdzie mieszkali, oraz Marii i Agatki w wózku przed sklepem.
Bronek, parząc na swojego dziadka Michała na paryskim zdjęciu, zastanawia się, jaki był dla Marii… Chyba dobry. Babcia nigdy się już z nikim nie związała po jego śmierci. Bronek odkłada zdjęcia i patrzy na szklane wazony, karafki, kieliszki zdobione złotą farbą. To wyszło spod ręki jego babci.
*
Maria znalazła pracę w fabryce szkła. Najpierw sprzątała w magazynie. Potem udowodniła, że ma talent plastyczny. Zdobiła szklane przedmioty. Po około dwóch latach, 20 marca 1931 roku, została zwolniona. Michał nadal był szewcem.
Po okresie spędzonym w domu Maria, 26 czerwca 1933 roku, wróciła do fabryki szkła. Wprawdzie Michał miał więcej klientów i coraz bogatszych, ale Maria poznała go dobrze. Jej wybranek kierował się zasadą: jest, to szelest. Kawiarnie, kabarety, dobre trunki, wyprawy za miasto, za którymi Agatka przepadała. Lubiła też wesołe miasteczko z karuzelami. Michał, gdy zainkasował pieniądze za buty z cholewami dla syna znanego fabrykanta, kupił patefon. Był 1937 rok. Agatka na okrągło słuchała tylko piosenek Edith Piaf. Znała je na pamięć. Szczególnie upodobała sobie „Mój legionisto”. Jeszcze nie przypuszczała jak ta umiejętność jej się przypada. Zmieniła fryzurę na taką samą jak jej gwiazda.
Michał lubił życie ponad stan i nie myślał o tym, co będzie jutro. Ryzyko, adrenalina tego mu brakowało. Stabilizacja to nie dla niego. Maria nie wiedziała, że planował powrót do Polski. Sam. Znikał czasem wieczorem pod pretekstem spotkania z kumplami, którzy przyjechali do Francji za pracą, lub z klientami, którym miarę robił w ich domu wieczorem.
W rzeczywistości czas pochłaniały mu zebrania partyjne. Marii mówił, że z działalnością zerwał, by nie dopytywała się i nie chodziła z nim na zebrania. Wieści z Polski były fatalne. W sierpniu 1938 roku Komintern[2]rozwiązał KPP[3]. Niektórych kumpli pochłonęła sowiecka czystka, czyli kara śmierci lub łagry. Ich żony żyły w nędzy. Ci, co mieli więcej szczęścia, trafiali… do polskiego więzienia, jak jego przyjaciel Andrzej. Było jeszcze coś.
Ostatnio w ulubionej knajpce komunistów spotkał się z byłymi kapepowcami: z Antkiem z Kazimierzy Wielkiej i Romkiem z Sosnowca.
Antek pochodził z jego rodzinnych stron. Znali się od dzieciaka. Wysłał go do Paryża Franciszek – zwany Starym Frankiem[4], były już sekretarz komórki KPP – by namawiał takich jak on do powrotu, bo w kraju ludzi brakowało. Byli w więzieniach lub się bali i nie zamierzali nosa z domu wyściubiać.
– Sytuacja beznadziejna. Nie dziwię się – zauważył Michał.
– Nie jest beznadziejna – ripostował Antek. – Działamy legalnie w Stronnictwie Ludowym. Przeczekamy. Franek chce mieć tam grupę swoich kumpli, „prawdziwych” komunistów.
– Farbowany lis – skomentował Michał. – No, może ma rację – dodał pojednawczo, widząc minę kwaśną kumpla. – Moi rodzice byli chłopami, ale ja jestem robotnikiem. Pojechałbym na Śląsk.
Romek się ożywił.
– Potrzebujemy ludzi do agitacji – zaczął. – Rozwiązanie KPP niczego nie zmienia. Przeczekamy trudny czas. Gdy przyjdzie pora, będziemy gotowi do walki o państwo proletariackie, takie jak w Sowietach.
– Masz rację – przyznał Michał.
– Dam ci kontakty – obiecał Romek. – Tylko szybko się decyduj.
– Jadę! – krzyknął Michał.
Romek spojrzał na kelnera. Natychmiast pojawiła się następna butelka wódki. Po kilku głębszych panowie byli pewni, że zmienią podły świat na sowiecki raj.
Michał, nawet gdy wytrzeźwiał, nie zmienił decyzji. Uznał, że partii, lub raczej temu, co z niej zostało, się nie odmawia. Wyjedzie. Postanowione. Nie chciał Marii martwić ani słuchać jej wymówek. Nic więc nie powiedział jej o swoich planach. Kochał wprawdzie ją i Agatkę, ale bardzo tęsknił za dwójką swoich dzieci w Kazimierzy Wielkiej.
Tymczasem Agatka dorastała, rozpieszczana przez rodziców. W domu rozmawiali po polsku, ale po kilku latach we francuskiej szkole dziewczynka coraz częściej zapominała niektórych słów.
Wszystko, co dobre, szybko się kończy. Przyszedł dzień, gdy Michał nie mógł już zwlekać.
– Wyjeżdżam 12 sierpnia – oznajmił stanowczo. – Rozstanie niczego nie zmieni. Kocham cię i wrócę – zapewniał.
Maria rozpaczała na wieść o wyjeździe ukochanego do kraju. Czuła, że nigdy go już nie zobaczy – mówią, że wybuchnie wojna. Michał bagatelizował jej przypuszczenia.
Agata również nie wyobrażała sobie życia bez ojca. Z tyłu jego fotografii zanotowała: „Michel Jedynak 30 – 12 – 1890 Hołdowiec, Gabułtów. Nationalite Polonais. Milowice, Saturnowska Nr 3, mieszkanie 6, Sosnowiec”[5].
Pisała z trudem, nie znała dobrze polskiego. Wolała po francusku. Na papier kapały łzy.
Michał wziął ją na kolana i przytulił.
Mężczyzna obawiał się scen na dworcu kolejowym, więc z Marią i Agatką pożegnał się w domu. Jakoś to wszystko swoim paniom przetłumaczył.
Maria, gdy Michał wyjechał, nie miała w Paryżu nikogo bliskiego. Na brata i kuzyna ukochanego nie mogła liczyć. Na ich żony też nie. Zachorowała. Lekarze uznali, że bez pobytu w szpitalu i operacji się nie obejdzie. Nie bała się, czy przeżyje, ale tego, że jeśli umrze, córeczka zostanie sama. Ma tylko dwanaście lat. Jak to zniesie? – zamartwiała się. Choć nie miała siły, odwiedziła kilka sierocińców. Przyjrzała się wychowawczyniom. Jedna z nich przytulała pięcioletnią dziewczynkę i ocierała jej łzy. A jeszcze przed chwilą mała krzyczała: „Ja chcę do mamy!”. Maria od razu się zdecydowała. Złożyła podanie w sekretariacie. Gdy przyszedł czas jej operacji, odprowadziła Agatkę.
– Za miesiąc wrócę – zapewniała, całując dziewczynkę. Wydawało jej się, że serce jej pęknie i za chwilę zaniesie się płaczem. Wytrzymała. Rozpłakała się dopiero, gdy była już sama na korytarzu.
Dziewczynka została sama. Pierwszy raz w życiu. Wokół obcy ludzie. Cały miesiąc. To bardzo długo. Dostała od mamy kalendarz. Będzie wykreślała każdy dzień, gdy tylko minie.
Na początku ciągle płakała. W szkole przestała uważać na lekcjach. Pierwsza pała z matmy przywróciła ją jednak do porządku. Mama się zmartwi, gdy się dowie. Przecież jak wyjdzie ze szpitala, będzie słaba. Tata kazał się mamą opiekować, a tu dwóje.
Okazało się, że mamę zobaczy jeszcze przed operacją. Niestety jedynie zobaczy. Ale i tak się cieszyła, gdy wychowawczyni jej to oznajmiła. Agatka pierwszy raz była w szpitalu. Pielęgniarki w białych strojach wywarły na niej wielkie wrażenie. To one pomagają mamie, zajmują się nią.
Będę pielęgniarką – postanowiła. – Nic mnie od tego nie odwiedzie.
Dziewczynka, gdy było jej smutno, planowała, jak przywita mamę po jej powrocie. Co jej powie. Szykowała też prezenty. Zrobiła kwiaty z bibułki i napisała wierszyk na cześć mamy. Wyrecytuje go na powitanie. Codziennie ćwiczyła przed lustrem.
Gdy jednak przyszła ta upragniona chwila, zapomniała o swych przygotowaniach. Przytuliła się po prostu mocno do mamy. Obie nie kryły łez. Kwiatki, pogniecione, leżały na podłodze. Radość przyćmił matce niepokój o ojca Agatki. Od dwóch tygodni trwała w Polsce wojna.
– Nie ma szans na zwycięstwo – usłyszała od sąsiada, Francuza. – Kapitulacja Polski pewna. Nasz rząd dobrze robi, że się nie miesza do tej wojny – dodał. – Nie będziemy umierali za Gdańsk. Wprawdzie wojnę wypowiedzieliśmy, ale tylko formalnie.
Za kilka dni Maria przeczytała w gazecie o wkroczeniu wojsk sowieckich do Polski. Wszelkie złudzenia prysły. Niepokój o Michała był coraz większy. Pod koniec września – Warszawa w rękach Niemców, a wcześniej Kraków i Sosnowiec, w którym mieszkał Michał. Maria nie miała żadnych wiadomości. Po kapitulacji słała list za listem. Wyglądała listonosza, czekając nań jak na zbawienie. Przynosił tylko rachunki. Agatka ciągle pytała, kiedy tatuś wróci.
Patron jej kamienicy, gdy płaciła czynsz, powiedział, że Niemcy mordują Polaków.
– Straszne rzeczy się dzieją w tym pani kraju – usłyszała.
Wróciła do siebie przybita. Strach o Michała, strach, że zwolnią ją z pracy. Już gadają, ilu to ludzi pójdzie na bruk. Francja była w stanie wojny z Niemcami, wprawdzie na razie tylko teoretycznie, ale na złocone szklane cudeńka nie było zapotrzebowania.
Co będzie, gdy zostanie bez pieniędzy. Gdyby jeszcze była sama – ale jest Agatka.
Tak jak przypuszczała, zwolnienie wręczają jej jako jednej z pierwszych. Była długo chora, takich nie chcą. Majster pociesza, że jak nadejdą zamówienia, przyjmą ją znowu. Czekaj tatka-latka. Jeszcze dwa miesiące będzie na czynsz, gdy na jedzeniu zaoszczędzą. Co dalej, tego Maria nie wiedziała.
Szukała zajęcia cały dzień. Nóg nie czuła. Nigdzie nikogo nie zatrudniają. Przy załatwianiu zasiłku jakaś kobieta poradziła jej, że na halach targowych potrzebują osób do noszenia skrzynek z owocami. Zachwalała, że nie są takie ciężkie. Poszły razem. Nie załapały się, ale spostrzegły, że na koniec dnia nieco tylko popsute owoce i inne „smakołyki” trafiają na pobliski śmietnik. Maria znalazła baranią głowę. Trochę się przestraszyła, ale znajoma krzyczała z radości. Za chwilę wróciła z piłką do metalu i jakimiś gazetami. Wprawnie wydobyła, co się nadawało do jedzenia, i sprawiedliwie podzieliła. Obwąchała. Zapakowała.
– Do jutra. Przynosisz mi szczęście – rzekła na pożegnanie.
Maria przypomniała sobie, jak ponad rok nie miała pracy, ale wtedy Michał zarabiał. Teraz mogła liczyć tylko na siebie.
Za miesiąc Boże Narodzenie. Maria była u kresu sił i w ciągłej niepewności. Płakała. Dobrze, że Agatka w szkole.
Pukanie.
– Pani Mario – krzyczał od samego progu kolega z byłej pracy – przyjmują w Matra sporo ludzi! Od razu jedźmy!
– Gdzie to? – pytała Maria.
– W La Courneuve, niedaleko Paryża – usłyszała w odpowiedzi. – Mechanika, lotnictwo, napęd.
Radość niesamowita. Ma pracę. Na trzy zmiany, w huku i pyle. Nie szkodzi. Nie wyrzucą jej z mieszkania. Będzie na czynsz i na prezent dla Agatki.
19 grudnia przyszedł wreszcie list. Maria czytała i milczała. Córka zaglądała jej przez ramię. Wreszcie przekazała list małej.
„Kochana Mario i Agatko, ze mną wszystko dobrze. Nigdy o was nie zapomnę. Czekajcie, choćby nie było listów. Gdy się wojna skończy, znów będziemy razem. Wesołych Świąt
Wasz Michał”.
List leżał podczas Wigilii na dodatkowym, pustym talerzu. W rogu gałęzie świerkowe wstawione do wazonu. Obok prezenty. Dla mamy szalik, a dla Agatki książeczka o legendach Krakowa. Tam przecież niedaleko urodził się i mieszkał tatuś.
Przyszły znów szare i monotonne dni. Maria długo nie przyzwyczajała się do nowej pracy pomocnika ślusarza. Przeklinała robotę, hałas, huk i zapylenie. Zrywaj się z samego rana, bo trzeba dojechać.
W maju 1940 roku Maria i Agata w osłupieniu słuchały, jak gazeciarze wrzeszczą: „Wojna!”. Niemcy wkroczyli do Francji. Maria wierzyła w potęgę tego kraju. Wyrzuci wrogów. Niektórzy Francuzi nie wierzyli. Kobieta obserwowała, jak ładują, co się da, na samochody i hajda na południe, gdzie Szwabów jeszcze nie ma. Co dnia takich gagatków było coraz więcej, szczególnie po pierwszym bombardowaniu i pierwszych ofiarach. Maria policzyła, że minęły zaledwie trzy tygodnie, a na stolicę „niezwyciężonej” Francji bezkarnie spadały bomby z niemieckich samolotów. A tak się żabojady w 1939 roku śmiały z Polaków, że Niemcy wchodzą do Polski jak w masło.
Okazuje się, że jej fabryka z robotnikami ma być ewakuowana. Kiedy, tego jeszcze nikt nie wie. Za dziesięć dni, 11 czerwca, godzinę po północy wsiadła z Agatką do wagonu z polskimi robotnikami. Mieli szczęście. Ich przewodnik z fabryki, Polak, na co dzień radca prawny, w drodze do pociągu przeprowadził ich zgrabnie przez kordon policji oraz kolejarzy. Na dworcu widziały mnóstwo ludzi czekających na poranny odjazd. Większość spała na peronach. Wokół dworca tłumy z pakunkami, wózkami, materacami – i z nadzieją, że uciekną przed Niemcami. Władzy już prawie nie było w Paryżu. Zwiała. Zwykły człowiek też tak chciał.
Maria nasłuchała się podczas drogi plotek, że obcokrajowców Francuzi będą internowali. Z pracy to już na pewno zwolnią. Żabojadom to zapłacą, co im się należy, a Polakom nie. Jeszcze do tego jak wojna, to żywności mało i droga. W końcu zasnęła, tuląc do siebie Agatkę.
Obudziły się skoro świt. W przedziale zaduch nie do wytrzymania. Upał, a słońce ledwo wzeszło. Marii bardzo chciało się pić. Wiedziała już, że z nieznanych jej powodów kierowca firmy nie dowiózł zapasu wody na dworzec w Paryżu. A tak ją majster zapewniał, iż o tym dyrekcja pomyślała. Szef ich transportu miał mały zapas drogocennego płynu i wydawał tylko małym dzieciom. Dowiedziała się od niego, że na najbliższej stacji mają zaopatrzyć się w wodę do picia.
– Jest woda! – krzyczała Agata. – Wnoszą butelki do wagonów.
Maria obierała jajka na twardo, wyjęła chleb. Agata przyniosła dwie butelki wody. Opróżniły je w kilka sekund.
– Jedz – Maria wtykała córce kanapkę.
– Nie jestem głodna – marudziła dziewczyna.
– Teraz takie czasy, że jesz, kiedy jest – tłumaczyła matka. Jeszcze pamiętała swoją rodzicielkę, jak szykowała zapasy, gdy tylko usłyszała słowo wojna.
Pociąg ruszył szybciej, niż się spodziewały. Ktoś biegł. Wskoczył w ostatniej chwili.
Maria znów słuchała narzekania i czarnych scenariuszy. Tylko jeden niepoprawny optymista przekonywał: Francja pogoni tych Szwabów aż do Berlina.
Wieczorem dotarli do Carcassone. Maria i Agata czuły się zmęczone, ale spostrzegły, że miasteczko było przepiękne. Po drugiej stronie rzeki zamek z warownią.
– Jak z bajki – zachwycała się Agatka. Ta eskapada na południe coraz bardziej jej się podobała.
Maria zastanawiała się, z czego będą żyły. Poszła z towarzyszami podróży do hotelu. Nawet nie przeczytała, jak się nazywa, tak była zmęczona. Urzędnicy z fabryki zapisywali na wypłatę zaległych poborów oraz zasiłku ewakuacyjnego. Jutro lub pojutrze będą płacili. Maria wątpiła.
– Jak zobaczę franki, to uwierzę – zarzekała się.
Wypłacili. Polakom też. Tego ewakuacyjnego dwadzieścia trzy franki za dzień. To wystarczy na jedzenie i hotel, a nawet trochę zostanie.
Agatka była w siódmym niebie. Miała cudowne wakacje. Maria wiedziała, że niebawem się skończą. Choć jak patrzyła na zamek i rzekę, miała wrażenie, że żadnej wojny nie było. W hotelu wróciła do rzeczywistości. Patrzyła na pakunki z żywnością na czarną godzinę. Poprawiała sznurki, by się nic nie wysypało.
Następnego dnia już wiadomo. Koniec „wakacji”. Wojna przegrana.
– Wracamy do Paryża – oznajmiła córce, gdy ta wróciła znad rzeki.
Dziewczyna posmutniała.
Jechały do domu w nie najweselszych humorach. Maria nie wiedziała, jak będzie z pracą. Niemcy przejmą fabrykę. Kto do zwolnienia pierwszy? Wiadomo: Polak… Kto jest najlepszym żołnierzem? Polak. Jeszcze niedawno taka odpowiedź Francuza byłaby niemożliwa.
Maria zauważyła, że Francuzki bez pardonu kpią ze swoich mężczyzn.
– Nie tylko walczyć, ale nawet uciekać im się nie chciało – wypominały. – Polacy to co innego. Niemcy nie mieli tam łatwego zadania.
Maria w piekarni dostała chleba bez kartek. Jeszcze usłyszała od właściciela, że Polacy to ho, ho jacy żołnierze.
– Nasi – wydął wargi – do niczego. Wie pani, dowódca mojego szwagra poddał się Niemcom telefonicznie. Ci kazali mu czekać, bo są osiemdziesiąt kilometrów od nich. Więc trochę potrwa, zanim przyjadą. Gdybym nie znał swojego szwagra, nie uwierzyłbym.
Maria popracowała tylko miesiąc. Dostała zasiłek – taki, że za dużo, by umrzeć, za mało, by żyć. Znów te dorywcze prace, chodzenie do śmietników przy targu, może wyrzucą co „zjadliwego”. Przez dwa lata nie mogła znaleźć stałego zajęcia. Do domu zaglądała bieda, nie wystarczało nawet na jedzenie, którego ceny rosły w zastraszającym tempie. Codziennie brukiew i ziemniaki. Chleba na kartki tyle, co kot napłakał. Za fałszywe winszują sobie sto pięćdziesiąt franków. To dla Marii zawrotna suma. Mleko i masło to już zapomniała, jak wyglądają. Była bliska sprzedaży roweru. Bez niego teraz ani rusz, więc dotąd jakoś go remontowała. Ale gdy opony szlag trafi, to koniec – za grosze będzie go musiała oddać, a teraz jeszcze by coś dostała.
W lecie było nieco lżej. Pojechała na kilka dni na wieś do kuzyna Michała do Normandii. Tam jakby wojny nie było. Żadnych kartek. Jedzenia w bród i w miarę tanie. Wróciła obładowana. Strachu się najadła na dworcu w Paryżu. Ale jakoś się udało wszystko zachować.
Wreszcie 17 września 1942 roku rozpoczęła pracę jako ślusarz. Wróciła na stare śmieci do przedsiębiorstwa „MATRA – Mechanika, Lotnictwo, Napęd” w La Courneuve, niedaleko Paryża.
Było jej bardzo ciężko. Ślusarz w fabryce zbrojeniowej to zajęcie nie dla kobiety. Do tego dochodził niepokój o córkę, o to, żeby zapewnić jej byt. Pracowała na trzy zmiany.
*
Bronek przygląda się zaświadczeniu ze ZBoWiD-u[6]. „Ob. Karapińska Maria jest byłą działaczką Ruchu Oporu we Francji przeciwko okupantowi hitlerowskiemu. Wymieniona w okresie II wojny światowej brała udział w walce przeciwko okupantowi hitlerowskiemu i przeciwko faszystom francuskim (kolaborantom rządu Vichy) w szeregach organizacji Francuskiego Ruchu Oporu”[7].
Bronek wie, że jakiś znajomy dziadka Michała ufał Marii i wprowadził ją do konspiracji. Babcia przekazywała informacje, co się dzieje w fabryce. Bronek chciałby wiedzieć więcej, ale chyba za późno. Świadkowie nie żyją.
*
Agata po szkole powszechnej w 1941 roku zdała do gimnazjum handlowego w Bellville, dzielnicy Paryża. Ukończyła tylko dwie klasy. Przerwała naukę, by zdobyć konkretny fach. W prywatnej szkole handlowej nauczyła się pisać na maszynie i stenotypii. Tej szkoły również jednak nie ukończyła, tym razem z powodu braku pieniędzy. Pracy nie znalazła, choć bardzo chciała pomóc matce. Ta harowała, ale zarabiała tylko na mniej niż skromne utrzymanie dwóch osób.
To były trudne lata, ale między matką a córką zawiązała się silna więź, która za kilka lat zostanie poddana trudnej, ale zwycięskiej próbie.
Co działo się z dziadkiem po wyjeździe z Francji, Bronek wie z tylko z jego trzech listów do babci. Pierwszy przyszedł przed Bożym Narodzeniem w 1939 roku. Czyta ze wzruszeniem zapewnienia o miłości. Wierzy, że jego dziadek Michał naprawdę kochał babcię Marię. Szczerze planował, że wróci do niej i córki, gdy skończy się wojna.
Drugi jest bardzo krótki. „Żyję i jestem zdrowy”. Pisał go, gdy był przymusowym robotnikiem w Opolu. Trzeci, ostatni, wysłał z Kazimierzy Wielkiej w 1945 roku, w dniu zakończenia wojny. „Niedługo się spotkamy. Przyjadę po Was. Zamieszkamy w domku z ogródkiem w Polsce”. Bronek wie, że tak się nie stanie. Maria i Agata po rozstaniu w Paryżu, już nie zobaczyły Michała. One marzyły tylko o nim, a on przede wszystkim o władzy – komunistycznej władzy.
*
Michał po powrocie do Polski nie zdążył nic osiągnąć. Nikogo nie zaagitował i nie przekonał do komunizmu. Mało tego, nie wiedział, co jest grane. Hitler i Stalin z wrogów stali się przyjaciółmi. Było lato 1939 r. i wojna wisiała na włosku.
– Ty sowiecki szpion – zaczepił go Jerzy Kot, kumpel ze szkolnej ławki. – A jak sowiecki, to i hitlerowski – dowalił.
– Nieprawda! – wrzasnął Michał.
– Prawda, prawda – usłyszał, gdy był już odwrócony plecami.
Michał nie miał wiele czasu na myślenie. 1 września niemieckie wojska wkroczyły do Polski. Pierwsi zabici i ranni, także cywile.
– A więc wojna – oznajmił głos z radia. – Wszystkie zagadnienia schodzą na plan dalszy. Wszyscy jesteśmy żołnierzami.
Michał nie zabił żadnego Niemca, bo Wojsko Polskie nie zmobilizowało go. Z wdzięczności okupanci zabrali go na roboty przymusowe do Opola. Wysłał do Marii list, a właściwie ocenzurowaną kartkę z banalnym zdaniem. Tylko takie było do przełknięcia przez niemiecką cenzurę.
Najpierw pracował w fabryce amunicji, potem trafił do gospodarstwa rolnego (właściwie było to latyfundium, chyba z tysiącem hektarów). Tam poznał Jakuba, komunistę z Łodzi, który zaproponował mu ucieczkę. Był kolejarzem. W jaki sposób załatwił dokumenty i ubrania, Michał nie wiedział. On sam był odpowiedzialny za wałówkę na drogę.
Na początku wszystko układało się świetnie. Gdy jeszcze było ciemno, nad ranem wymknęli się z gospodarstwa. Do stacji było około pięciu kilometrów. Wsiedli do środkowego wagonu. W pociągu głośno rozmawiali robotnicy niemieccy dojeżdżający do pobliskiej fabryki. Żadnej kontroli. Kłopoty zaczęły się, gdy dojechali na pierwszą większą stację.
– Od teraz się nie znamy, ale mamy się na oku – rozkazał Michałowi wspólnik ucieczki.
Mężczyźni mieli szczęście. Kontrolerzy, jeden w mundurze, drugi po cywilnemu, wsiedli razem od czoła pociągu. Kumple przepchnęli się na koniec składu. Zdążyli przed przyjazdem na najbliższą stację.
– A co będzie, gdy nie da się uniknąć kontroli – pytał Michał, gdy znaleźli się w bezpiecznym miejscu.
– Chowam się w toalecie, ale drzwi zostawiam otwarte – z miną znawcy odpowiadał Kuba. – Zwykle zerkną, że nikogo nie ma, i przechodzą dalej. Gdy mało ludzi, wychodzę na zewnątrz, staję na schodkach i zamykam drzwi.
– A co, gdy jedno i drugie niemożliwe? – dociekał Michał.
– Wtedy skaczę z pociągu – ripostował Kuba.
– Na złamanie karku – ironizował Michał. – Bo przecież hamulca awaryjnego nie włączysz.
– Pod wagonami jest rura parowego hamulca – wyjaśniał. – Biegnie ona do kotła lokomotywy. Przekręcam lekko rączkę, jest przy tej rurze, na zewnątrz, tam, gdzie stykają się wagony. Pociąg za jakiś czas zwolni. Przed samym skokiem rączkę przekręcam w poprzednie położenie.
Michał wyraził wątpliwość, że jak skoczą, będą za nimi strzelać i zatrzymają pociąg.
– Rzadko się zdarza. Dają znać swoim ludziom w terenie i zwykle łapią uciekinierów. – Kuba śmiał się.
– No to mnie pocieszyłeś – wtórował Michał. Był jednak dla wspólnika pełen uznania.
Na całe szczęście ucieczka z pędzącego pociągu nie była konieczna. Kuba na prawie każdej stacji miał znajomego kolejarza. Nieraz ktoś taki ratował im skórę, użyczając schronienia, dopóki niebezpieczeństwo nie minęło. Kolejarze informowali też zawczasu o kontrolach.
Pod koniec sierpnia 1943 roku Michał znalazł się w Pińczowie. Kuba pożegnał się z nim i wyruszył do Łodzi. Michał szybko odnalazł Antka, który miał go wprowadzić do PPR i Gwardii Ludowej. Zanim nagrał spotkanie ze „Starym Frankiem”, szefem Gwardii Ludowej na Pinczów, minęły trzy tygodnie. Michał nie tracił tego czasu; dowiedział się od kumpli sprzed wojny, co w trawie piszczy. Oczywiście zdobył tę wiedzę przy bimbrze. Nic tak nie rozwiązuje języka.
– Człowieku, jakie akcje przeciw Niemcom! – mówił Jędrek, kolega ze szkolnej ławki. – Zbyt duże ryzyko, zysku żadnego. Na pańskich majątkach dziedziców, bogatych chłopów, to można się dopiero obłowić. Zobacz, jaki mam zegarek – uchylił rękaw.
– Omega – z podziwem zauważył Michał. – O, jeszcze złoty sygnet masz – dodał z ironicznym uśmiechem. Nie to, żeby zazdrościł, ale te bogactwa do czarnych obwódek za paznokciami nie bardzo pasowały.
– Gdy zostaną dziedzice w jednej koszulinie – tłumaczył – łatwiej im władzę odbierzemy po wojnie. Nie będą się stawiali. Z dziedziczkami się zabawimy – zarechotał, dumny, jaki to on dowcipny.
– Co na to „Stary Franek”? – zapytał Michał.
– Jest z nas zadowolony – odparł tamten. – Przecież my walczymy z wrogami Związku Radzieckiego. Ten jest patriotą, co popiera sojusz polsko-sowiecki. – Na dowód wyjął zmiętą gazetkę. Pokazał brudnym paluchem podkreślony ołówkiem tekst.
Michał zauważył, że Jędrek nauczył się go na pamięć. Był oburzony, gdy dowiedział się, że mężczyzna nie widział niczego złego w tym, iż w oddziale są złodzieje i bandyci skazani przed wojną.
– Niczego się nie boją. Zbirów z AK też nie – odciął się rozmówca. – A ci z Gestapo współpracują, naszych wydają. „Siekierę” i jego oddział wybili prawie do nogi. Był przecież pierwszym komendantem GL na naszym terenie.
Michał przyznał rację Jędrkowi.
– Za niezwyciężoną Armię Czerwoną – wzniósł toast. – Oby jak najszybciej dotarła do nas.
Michał wiedział, kim jest „Siekiera”. Jan Szwaja, zwykły bandzior. Gdy wszystko przemyślał, uznał jednak, że nieważny jest sposób, byleby wreszcie w Polsce było jak w Związku Radzieckim. Władza w ręce robotników.
Na koniec wysłuchał, jakich to bohaterskich czynów dokonał Jędrek, rabując dwory, mleczarnie, gorzelnie i polskie gospodarstwa.
Już pierwszego dnia w Kazimierzy Wielkiej spotkał swoją daleką krewną. Wyrzekała na tego Szwaję, ile wlezie. Wyliczała, co komu ukradł i zniszczył.
– Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy – powiedziała na pożegnanie. – Akowcy go pogonili. Łba już nie podniesie.
Wreszcie „Stary Franek” zaprosił Michała na spotkanie w konspiracyjnym mieszkaniu.
– Już jesienią 1940 roku skompletowałem grupę chłopaków z KPP, NPCh i SL[8] – pochwalił się. Gdy Michał uśmiechnął się znacząco, mężczyzna dodał: – Nie zmieniłem poglądów. Organizuję PPR w okolicach Pińczowa, a dokładnie w Miechowie, od 1942 roku. Zostałem szefem Gwardii Ludowej na powiat pińczowski.
Michał pytał o liczebność i uzbrojenie. Uzyskał jakieś mętne odpowiedzi. „Stary Franek” ożywił się dopiero pytany o akowską konkurencję sanacyjnych oficerów. Nie zaprzeczał, że zaczęli w październiku 1939 roku, ale lekceważył ich ówczesne działania.
– Ten major „Łukasz”, potem major „Karol” też nie miał wyników – kpił. – „Nie oddamy guzika”, krzyczeli w sierpniu 1939 roku. Teraz też mocni w gębie.
Ktoś ripostował, że obecnie jest ich znacznie więcej.
– W samym powiecie pińczowskim, ponad tysiąc ludzi – oceniał. – A my ilu? Dobrze jak stu.
– Potem nastał major „Bolko” – „Stary Franek” kontynuował niezrażony. – Fama niesie, że awansował za produkcję broni, stenów i granatów. Wprowadził nowe porządki i dyscyplinę jak w wojsku sanacyjnym, a nie jak w partyzantce. Zwolennik wyroków śmierci na naszych. Komunistów nie znosi. Ale zawsze lepszy niż ci z NSZ.
– Czy już mamy się bać? – pytał ironicznie Michał.
– Nie, ale musimy być ostrożni. Uważać na ich wywiad – przestrzegał „Stary Franek”. – Natomiast cenna jest każda informacja o nich. Przydadzą się, jak wejdzie Armia Czerwona i NKWD[9]. Co do ich liczby, jest ich więcej od nas. Nie ma wątpliwości – przyznawał.
– Nie możemy być gorsi – przerwał Michał. – Na razie nie mamy poparcia wśród ludzi. Na słowo komunista odwracają się plecami. Klecha to dla nich autorytet. Nawet biedota woli AK.
– Przesadzacie – oponował „Stary Franek”. – Znam takich niekomunistów, którzy byli wściekli na akowców. Oni też czasem, na boku, bawią się w bandytów. Jak ten Krzan.
– Dociekałem, dlaczego – tłumaczył niezrażony Michał. – Wyliczali mi, jakie znane w okolicy bandziory są w naszej partyzantce. Kradną więcej, niż im potrzeba. Taka jest czasem nienawiść, że co bardziej krewcy na dobre słowo o Sowietach wyciągają nóż z kieszeni. Gdy im mówię, że tylko Armia Czerwona wykurzy Niemców, spuszczają głowy. Jeden mi wykrzyczał, że najpierw wykurzy, a potem zrobi drugi Katyń. Co mam robić w tej sytuacji?
„Stary Franek” milczał. Zapalił papierosa.
– Katyń to Niemcy, zapamiętaj raz na zawsze – wykrztusił ze złością, już w kłębach dymu. – Jeszcze jedno. Nie staraj się, chłopcze, ich przekonywać, tylko zdobywaj zaufanie. Wiedza o nich nam się przyda. Szczególnie gdy po wojnie władza przejdzie w ręce ludu pracującego. Wygnieciemy jak pchły tych sanacyjnych oficerów.
– Póki trwa wojna i Armia Czerwona daleko od nas, mogą być potrzebni – zauważył Michał. – Jednak ci sprzyjający AK są wściekli na nasze rekwizycje. Widzą, że bierzemy więcej, niż nam potrzeba. Niektóre nasze bojówki przesadzają. Ludzie nas nienawidzą.
– Naiwny jesteś. Im więcej dla nas, tym mniej dla nich – zauważył „Stary Franek”. – Dzięki temu jesteśmy silniejsi, a oni słabsi.
– Na razie oni są górą – nie dawał za wygraną Michał.
– Będziemy lepsi – zapewniał „Stary Franek”. – Gdy nasi przyjaciele ze Wschodu przyjdą wykurzyć Niemców, będziemy dysponowali dywizją – przechwalał się. – Ze zrzutów dostaniemy niezłe uzbrojenie.
Michał zapamiętał, że nawet gdy „Stary Franek” ich krytykował, czuł respekt przed tymi z AK. Przyznał, że do nich garnęli się młodzi mężczyźni, a do GL oprócz starych komunistów i zastraszonych młodzików nikt nie chce przyjść.
Gdy Michał wdrożył się w nowe życie w konspiracji, wziął się za swoje życie prywatne. Do żony Amelii i dzieci przyszedł w nocy. Stuknął trzy razy w okiennicę. Tak robił jeszcze przed ślubem. Otworzyła. Wszedł przez okno. Chciał pocałować ją w policzek, ale się odsunęła. Zauważył na kredensie zdjęcie mężczyzny. Więc już kogoś ma. Zabolało.
– Chcę zobaczyć Kamila i Ewę – poprosił. – Długo ich nie widziałem.
– Nic z tego! – krzyknęła. – Kamil jest w jakimś oddziale Gwardii Ludowej. Wpadnie czasem. Mnie, matce, nic nie mówi. Zbywa półsłówkami. Umieram z niepokoju.
– Ma dwadzieścia trzy lata, w domu go nie utrzymasz – wyjaśniał Michał. – To nie chłopak, to już mężczyzna. Przywyknij. Najwyższa pora.
– Nie znasz prawdy – odparła – więc nie gadaj.
– Zachciało mu się wojaczki i poszedł – przekonywał Michał.
– Nie chciał. Przyszli tacy z bronią. Szukali, co by tu ukraść – wspominała. – Zobaczyli Kamila. Ten ich dowódca zagadał, że taki niby chłop, a w domu siedzi jak baba. Nasz syn do nich, że do bandziorów nie pójdzie. Mało nie zemdlałam. Przystawili mu pistolet do głowy. Jeszcze w uszach mam te słowa: „Wybieraj: albo przystaniesz do oddziału, albo chałupę puścimy z dymem, a z matką i siostrą się zabawimy. Kto by pomyślał, że synowi komunisty o jego obowiązkach trzeba przypominać” – dodali na koniec.
Zapadło długie milczenie. Przerwał je Michał. Chciał zobaczyć córkę. Amelia była stanowcza. Po dłuższej dyskusji ojciec popatrzył tylko na śpiącą dziewczynę. Wyszli do kuchni.
– Zostawiłeś nas na pastwę losu – zaatakowała, gdy tylko usiedli przy stole. – Sama z dwójką małych dzieci. Nie wiesz, co przeżyłam. Teraz zakradasz się jak złodziej w nocy.
– Przesyłałem ci pieniądze – bronił się. – Przywiozłem też, jak wróciłem w sierpniu 1939 roku.
– Tyle co kot napłakał – odparła, sięgając po chusteczkę. – Teraz też z pustymi rękami. Jeśli liczysz na to, że cię będę gościć, to się mylisz.
– Uzgodnijmy, co z dziećmi będzie – poprosił nieśmiało.
– Tobie nic do tego! – krzyknęła. – Ponadto są dorosłe. Nie kontaktuj się z Kamilem. On cię nienawidzi. Komunistów też.
– Nastawiłaś go! – po raz pierwszy podniósł głos.
– Samo życie go nastawiło – ripostowała niby spokojnie, ale nerwowo miętosiła chusteczkę. – Nie wiesz nawet, kim jest jego dziewczyna.
– Na pewno mi powiesz, bo i tak się dowiem – odparł.
– To Gosia, pokojówka u dziedzica – zdradziła.
Michał skrzywił się, ale milczał. Jak będzie chciała, wszystko mu powie bez dopytywania.
– Klacza, szef GL u nas w Kazimierzy, zastraszał ją, a potem pobił – wyjaśniła. – Próbował wymusić, by mu donosiła, co się dzieje we dworze. Gdzie dziedzic trzyma cenne rzeczy. Ledwie powstrzymałam Kamila od zemsty. Gosia też prosiła. Potem szukał kontaktu z AK, ale nie chcieli z nim gadać.
– To dobrze – ucieszył się. – A co do Klaczy, to mu przecież rodziców Niemcy rozstrzelali. Będzie się na nich mścił za to.
– Niby tak. Jednak woli cenne rzeczy niż zemstę – zauważyła.
– Nie wierzę ci – zaprotestował. – Wszystko to nieprawda.
– Dobrze wiesz, że prawda – twardo stała przy swoim. – Jak mi syna zabiją, oczy ci wydrapię. Córki nigdy nie zobaczysz.
– Nikt Kamila nie tknie – zapewnił. – Przysięgam. Niech się tylko z akowcami nie kuma.
– Już mi przysięgałeś przy ołtarzu – śmiała się sarkastycznie. – Co z tego wyszło? Młodsza „żona” i córka w tej Francji. Miałeś wrócić z pieniędzmi na nowy dom i zakład szewski. A biedę klepiesz.
Michał, cały czerwony, nie mógł wydobyć z siebie głosu. Znów więc zapadło milczenie.
Amelia nienawidziła męża, ale w tej chwili dotarło do niej, że przed ołtarzem to jej ślubował, a nie tej „Francuzce”. Ma z nim dwójkę dzieci, więc nic tego nie zmieni, choćby wyjechała do Ameryki. Gdyby od niego miało zależeć życie Kamila, zrobiłaby, co by kazał, nawet niańczyłaby dzieci tej jego paryskiej kochanki.
– Obronisz naszego syna – postawiła sprawę jasno. – Komunizmem głowy mu nie zawracaj.
– My, komuniści, walczymy o sprawiedliwość i godne życie dla robotnika – przekonywał.
– Mnie agitki nie zakładaj – zaperzyła się. – Naczytałam się tych mądrości. Podrzucają czasem „Gwardzistę”. Nie jestem głupia. Na ten lep nie dam się wziąć. Widzę, co się dzieje.
– A co się dzieje? – zapytał ironicznie.
– Nie w głowie wam walka z Niemcami, ale napady bandyckie – zaatakowała.
– Nieprawda – zaprotestował.
– Żyję tu na co dzień, więc wiem – upierała się. – Najważniejszy u nas to Klacza. Znasz go przecież i wiesz, kto zacz. Pomaga mu rządzić dwóch bolszewików o tatarskich gębach. Paraduje, a jakże, w polskim mundurze oficera, w butach z cholewami i kradzionym kożuchu. Ma ze czterdziestu ludzi, nie tylko z Kazimierzy, przeważnie komunistów. Jego przyjaciel to Kura, skazany za bandytyzm jeszcze przed wojną. Dobrali się: klacz z kurą – ironicznie wydęła wargi.
Michał milczał. Spuścił głowę. Nie dał jednak za wygraną.
– Jakie to sukcesy ma ta twoja Armia Krajowa? – zapytał ironicznie.
– Niszczą akta gminne, spisy zakolczykowanego bydła i kontyngentów – wyliczała. – Zabierają Niemcom zboże, konie, zapasy masła z mleczarni i wódkę. Ty może nie wiesz, ale szwaby gorzałą płacą za odstawione obowiązkowe dostawy zboża. A jeszcze ile bimbrowni powstało. Słyszałam, że w jednej wsi osiemnaście. Akowcy je niszczą. Wódka same nieszczęścia sprowadza.
– Ale bez niej tego koszmaru nie przeżyjesz – przerwał żonie. – Wracając do tej twojej AK: nawet jeśli jest groźniejsza, niż mówisz, to i tak Niemców nie wykurzy.
– Gwardia Ludowa też nie – odparła.
– Ale z pomocą Armii Czerwonej, która jak burza coraz szybciej zbliża się do naszej Kazimierzy, na pewno tak. – Michał był zadowolony z siebie.
Amelia podparła się pod boki.
– Bywa u mnie taki ich agitator od siedmiu boleści – gadała dalej. – Zawsze przyjdzie z jakimś prezentem. – Na jej twarzy pojawił się uśmiech. – Chwalił się, że jak przyjaciele ze Wschodu przyjdą, to jaśnie państwo nie będzie hardo głów nosić. Bo się im je obetnie. Pewnie mnie i moim dzieciom też, w końcu mój ojciec był ze szlachty, wprawdzie szaraczkowej, ale ze szlachty. On, co się ledwo podpisać umie, będzie rządził. Wypytywał mnie o akowców i dziedzica.
Michał znów zaczął przekonywać, że będzie wreszcie sprawiedliwość po nędzy przedwojennej.
– Idź już – powiedziała prawie łagodnie. Miała dosyć tej rozmowy, która do niczego nie prowadziła. – Wyjdź przez okno. Lepiej, by cię nikt nie widział. Nie przychodź tu więcej. Niemcy szukali cię, jak tylko uciekłeś z robót.
Wiedział, że miała rację. Rodzinny dom to ostatnie miejsce, gdzie tacy jak on powinni się pojawiać.
*
„Stary Franek” zlecił Michałowi organizację struktur PPR w Kazimierzy Wielkiej.
Michał uznał to za dowód wielkiego zaufania. Starał się nie zawieść. Chętnych nie było za wielu. Jedni się bali, inni nienawidzili komunistów. Na początek miał trzech pewnych kumpli, jeszcze sprzed wojny. Pierwszym zadaniem było roznoszenie ulotek. Trochę się zdziwił, że nie ma w nich mowy o PPR i komunizmie.
– Wystraszysz tylko ludzi – wyjaśniał „Stary Franek”. – Sam się przekonałeś, jak reagują na słowo Armia Czerwona. Natomiast Niemców mają dosyć wszyscy. Gdy już kogoś zwerbujemy, to nie wypuścimy. Mamy swoje sposoby.
Przyznał szefowi rację. Ponadto „Stary Franek” był otoczony legendą. Mówili o nim, że drugie pokolenie komunistów wychowuje.
Michał znów czytał ulotki, ale z innym nastawieniem.
„Do robotników, chłopów, inteligencji! Do wszystkich patriotów polskich! Popierajcie ze wszystkich sił zbrojne wystąpienia przeciw armii faszystowskich zaborców. Twórzcie oddziały partyzantki. Niech drugi front powstanie na tyłach niemieckich”.
Mężczyzna zrozumiał, że ulotka jest taka, jak trzeba. Zdziwił się, że ludzie nie dawali się oszukać. Byli nieufni, nawet koledzy ze szkolnej ławy.
– Wiadomo, o co chodzi komunistom – ripostował Jerzy Kot, żołnierz AK, gdy Michał wręczył mu ulotkę. – Na własnej skórze przekonaliśmy się w 1920 roku.
– Z Niemcami nie będziesz walczył? – zapytał Michał z ironią w głosie.
– Drugi front, czyli z motyką na słońce – odpalił Jerzy. – Jak to takie proste, to wypędźcie Niemców. Na razie tylko bandytyzm wam w głowie.
Michał zaprzeczył bez przekonania.
Nadal podrzucał pisemka do domów. Raz nawet rozdawał, gdy ludzie wychodzili z kościoła. Dostrzegł to niemiecki żandarm. Michał miał jeszcze charakter w nogach, zwiał przez cmentarz. Teraz wiedział, że już nie może zostać w Kazimierzy Wielkiej.
Major Bolesław Nieczuja-Ostrowski „Bolko”, dowódca 106 Dywizji Piechoty AK, kończył pisanie rozkazu dziennego, gdy goniec przyniósł raport wywiadu, od „Wigury”. Mężczyzna już wiedział, że chodzi o napady bandy „Józefa”, komunisty, który przybył ze swoimi ludźmi z Zagłębia Śląsko-Dąbrowskiego. Dołączyli do niego miejscowi. Miało być też coś o bandzie „Augusta II” i Klaczy.
Tragiczna wyliczanka nie miała końca:
„Napad na dwór i czworaki, kradzież sołtysowi Wysocic 1750 zł, a sołtysowi Czapli Wielkich 1000 zł, okradli majątek w Ściborzycach, bo właściciel Polak nie zapłacił kontrybucji 30 tys. zł, spalili zabudowania w gminie Minoga, bo mieszkańcy sprzyjają AK.
Informacja o odprawie u Augusta II. Ich plany: «Zwalczajmy wrogów PPR, przede wszystkim AK i NSZ, podrywajmy autorytet ziemiaństwa i księży, zwiększajmy kontrybucję dworom i młynom». Cztery dni po ich odprawie zagroziliśmy śmiercią dwóm z bandy Augusta II, w razie akcji PPR.
Banda liczy ponad 60 ludzi. Mają broń krótką i granaty”[10].
Major sięgnął po następną kartkę.
„Likwidacja bandytów
30 kwietnia 44 roku oddział dywizji AK na terenie miejscowości Zielenice zlikwidował bandytów: dwaj bracia Belscy, Krzanowski Tadeusz, Dupak Władysław, będący plagą tamtego terenu. Raportowani poprzednio.
29 kwietnia 1944 roku «Jaksa» i «Wierzba» zlikwidowali dwóch bandytów: Gołębia Stanisława i Szczepańczyka”.
– Nie podali imienia – zauważył major.
„Powód: wymienieni kilkakrotnie nachodzili proboszcza, by wyłudzić od niego pieniądze.
Madeka Zygmunt, konfident PPR, zabity za zdradę. Jeden z żołnierzy AK przedstawił się, że jest z Kripo. Zapytał o tajne organizacje. Madeka bez wahania podał pięć nazwisk żołnierzy Armii Krajowej”.
Major „Bolko” przypomniał sobie podporucznika „Kmicica”, który opowiadał, że peperowcy też mają kłopoty. „Białego Tadka” co rusz ktoś chce zlikwidować i zająć jego miejsce szefa oddziału GL.
„Na postoju zawsze odpoczywał boso. Jak poczuł, że w grupie ferment, wiał na bosaka. Zostawiał buty jako dowód, że nie odchodzi daleko. Po paru dniach wracał, ale już w innych butach. Robił to na skutek częstych likwidacji dowódców przez członków oddziałów”.
Nieczuja-Ostrowski zamyślił się. Rozmyślania przerwał następny goniec z pilnym raportem od „Jarzęba”.
„Melduję, że na terenie Woli Kalinowskiej grasuje trzech mężczyzn. Dokonują napadów z bronią w ręku. Zabierają pieniądze i biżuterię. Podają się za żołnierzy AK. Wiem, że należą do PPR. Ich meliną jest dom Kazimierza Zychowicza. Ludzie nienawidzą nas. Potrzebna szybka interwencja”.
Majorowi puchła głowa od tych wieści. Pisał rozkazy, z którymi wyruszali gońcy i łącznicy.
Żadnych wieści o Klaczy. Dlaczego? – zastanawiał się. – Nie potrafią się z nim rozprawić. Staje się coraz bezczelniejszy. PPR-owcy go kryją.
Wbiegł zdyszany łącznik. Oddał meldunek i wybiegł.
– O Klaczy – ucieszył się major „Bolko”. Ale zaraz mina mu zrzedła.
„Zorganizowaliśmy zasadzkę. W starciu koło Książnic między bandą Klaczy, około 30 ludzi, a patrolem AK zginęło z rąk bandytów trzech żołnierzy. Patrol był słabo uzbrojony”.
„Bolko” zaklął. Postanowił osobiście zająć się sprawą. Słowa wkrótce dotrzyma. Bandyta zginie, a banda się rozproszy.
Niemcy, największy wróg, także nie pozwalali o sobie zapomnieć.
„«Mściwy» zdołał uciec z poczty w Miechowie przed Gestapo. Został dowódcą drużyny w «Kasztanie»[11]”. Wielka szkoda – pomyślał major. – Ryzykował, gdy zerwał połączenie z Berlinem. To było ważne zadanie. Mało brakowało, rozstrzelaliby go. Tylko zwolnili z pracy. Jednak on nadal często zachodził na pocztę. Wiele ważnych informacji zdobył. Teraz koniec.
To jednak nie był ostatni tego dnia cios:
„Dyrektor cukrowni w Kazimierzy Wielkiej został zabity podczas próby ucieczki”.
– Cholera jasna! – wrzasnął na całe gardło. Nigdy mu się to nie zdarzało. Jak mogli go zabić, to był taki ważny nasz niemiecki jeniec, krewny Himmlera. Była szansa wymienić go na aresztowanego szefa okręgu AK. A tak wszystko diabli wzięli.
„Bolce” dawali się we znaki nie tylko Niemcy i ci z PPR, ale też Narodowe Siły Zbrojne. Por. „Żbik”[12], szef oddziału NSZ, znów zalazł mu za skórę. Działał wprawdzie w Kieleckiem, ale zapuszczał się w północne rejony jego terenów. Uwziął się na grupę Aelowców kapitana „Adama”[13]. Wydał jej bezpardonową walkę. Oddział „Żbika” deptał komunistom po piętach, nie dawał żyć. Wielu zabił, ale nie osaczył grupy i nie zlikwidował. Nękani poszli w rozsypkę.
Major był wściekły. Nie to, by specjalnie żałował tego kapitana „Adama”. Ale zawsze przestrzegał zasady: zabija tylko bandytów, po zbadaniu sprawy, nie wystarcza sama przynależność do AL. Swojemu koledze z NSZ przesłał ostrzeżenie. Przekonywał, że tylko Armia Krajowa jest siłą zbrojną podległą legalnemu rządowi Polski, a nie jednej partii.
Tymczasem, tak jak major podejrzewał, akcja „Żbika” poszła na konto jego oddziału AK. Tłumaczył się w komendzie okręgu w Krakowie, że to nie jego ludzie, ale NSZ.
– Nie zdaje pan sobie sprawy, majorze, z powagi sytuacji – usłyszał na początek od „Kruka II”. – To nie była walka z bandytyzmem, ale z pepeerowcami. Wykorzysta to Stalin. Będzie znów twierdził, że nie tylko walczymy z Niemcami, ale z nimi współpracujemy. I co gorsza, prowadzimy bratobójczą walkę. Czym to grozi, dobrze pan wie. Alianci się od nas odwrócą. Wycofają poparcie. Stanie się tak jak w Jugosławii[14]. Albo gorzej, bo my graniczymy z Sowietami i nic tego nie zmieni.
– Rozumiem, ale na NSZ wpływu nie mam – tłumaczył się dalej „Bolko”. – Przekazałem porucznikowi „Żbikowi” ostrzeżenie, by nie wkraczał do nas bez mojej zgody. Ten twierdził, że nie będzie tolerował komunistów i ich napadów na Polaków. Dodał jeszcze, że dobry komunista to martwy komunista.
– Odpowiada pan, panie majorze, za swój teren – ripostował przełożony. – Nikt z pana tej odpowiedzialności nie zdejmie. Ze swej strony z szefami NSZ będziemy rozmawiali.
– Tak jest, zdaję sobie z tego sprawę – potwierdził. – Jestem gotowy ponieść odpowiedzialność.
– Mam nadzieję, że moje pouczenie wystarczy, majorze „Bolko” – podsumował przełożony. – Doszły mnie słuchy, że pojedynczy akowcy pomagali tym z NSZ, ośmieleni ich działaniem.
– Nie byli to moi podwładni – zapewniał. – Natomiast kapitan „Żbik” przechwalał się, że NSZ wyręcza AK w zwalczaniu peperowskich bandytów. Tak jak PPR, robią, co mogą, by psuć nam opinię.
[1] Mouscron – miasto w Belgii, w Regionie Walońskim, w prowincji Hainaut (południowo-zachodnia Belgia), położone dziesięć kilometrów od francuskiego Lille.
[2] Komintern, czyli Międzynarodówka Komunistyczna – powstał 6 marca 1919 w Moskwie. Podporządkowany władzom sowieckim miał na celu dokonanie światowej rewolucji. W 1938 Komintern zdecydował o rozwiązaniu KPP. Uznano ją za zinfiltrowaną przez polską policję polityczną, a członków jej kierownictwa określono jako wrogów klasowych. Zostali oni w większości zamordowani w Związku Sowieckim. (Źródło: www.dzieje.pl).
[3] KPP – Komunistyczna Partia Polski.
[4] Stary Franek to Franciszek Kucybała, ur. w 1908. Po rozwiązaniu KPP w 1939 wstąpił do Stronnictwa Ludowego. Jesienią 1940 utworzył konspiracyjną grupę byłych działaczy KPP, NPCh (Niezależna Partia Chłopska) i SL. Od maja 1942 organizował Polską Partię Robotniczą w okolicach Pińczowa. Od lipca 1942 członek Miechowskiego Komitetu Podokręgowego PPR. We wrześniu 1942 współorganizował oddział partyzancki GL w powiecie pińczowskim, potem został dowódcą Podokręgu GL Pińczów. (Źródło: Wikipedia).
[5] Opis wykonany przez Agatę Karapińską w 1939 na odwrocie zdjęcia ojca. Kopia zrobiona za zgodą syna Agaty Karapińskiej – w posiadaniu autorki.
[6] Związek Bojowników o Wolność i Demokrację.
[7] Autentyczne zaświadczenie. Kopia wykonana za zgodą wnuka Marii Karapińskiej – w posiadaniu autorki.
[8] NPCh – Niezależna Partia Chłopska (współdziałała z KPP). SL – Stronnictwo Ludowe.
[9] NKWD – Narodnyj Komissariat Wnutriennych Dieł (Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych).
[10] Źródło: Dokumenty 106 Dywizji Piechoty AK, w aktach sprawy Bolesława Nieczuja-Ostrowskiego. (Źródło: Archiwum IPN Kraków). Kolejne fragmenty w tym rozdziale zapisane kursywą pochodzą z tego samego źródła.
[11] Placówka AK w Kazimierzy Wielkiej.
[12] Por. Władysław Kaniewski-Kołaciński.
[13] Kpt. Zygmunt Bieszczanin.
[14] Tam Wielka Brytania pomagała tylko komunistycznej partyzantce.
Po dwóch stronach barykady. Miłość za żelazną kurtyną
Wydanie pierwsze, ISBN 978-83-8083-875-8
© Grażyna Wosińska i Wydawnictwo Novae Res 2018
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.
KONSULTACJA NAUKOWA: dr Andrzej Szczypka
REDAKCJA: Paweł Pomianek
KOREKTA: Elżbieta Zasempa
OKŁADKA: Paulina Radomska-Skierkowska
KONWERSJA DO EPUB/MOBI:InkPad.pl
WYDAWNICTWO NOVAE RES
al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia
tel.: 58 698 21 61, e-mail: [email protected], http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.
Wydawnictwo Novae Res jest partnerem
Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.