Ring - Koji Suzuki - ebook

Ring ebook

Kōji Suzuki

5,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

Asakawa jest dziennikarzem dużego tokijskiego dziennika. Pewnego dnia trafia na sprawę zagadkowej śmierci czwórki nastolatków. Umarli o tej samej porze, w różnych częściach miasta. Przyczyny zgonu pozostają nieznane. Asakawa rozpoczyna prywatne śledztwo. Wkrótce trafia na trop tajemniczej kasety wideo, która okazuje się nośnikiem zabójczej klątwy. Osoba, która obejrzy film, ginie dokładnie siedem dni później. Wśród przypadkowych widzów śmiercionośnego nagrania znalazły się już żona i córeczka Asakawy. Czy uda się pokonać fatum? Czy młody dziennikarz zdoła zatrzymać łańcuch tragicznych wypadków? 
Krąg wciągniętych w śmiertelną zagadkę wciąż się powiększa. 
"Ring" jest powieścią grozy, choć czytelnik nie znajdzie tu krwawych scen. Fabuła wciąga od pierwszych akapitów, a temperatura wydarzeń niepokojąco wzrasta. Powieść napisana w 1990 roku szybko stała się lekturą kultową w Japonii, a dzięki dwóm ekranizacjom (japońskiej i hollywoodzkiej),jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych ikon popkultury początku XXI wieku. 
[Opis okładkowy] 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Ciechanowie 
Gminny Ośrodek Kultury w Domaniewicach 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy w Gostyniu (2) 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Jarocin (4) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu (3) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie 
Miejska Biblioteka Publiczna w Mińsku Mazowieckim (4) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (2) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim 
Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Wola m.st. Warszawy (4) 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Zagórów 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 333

Rok wydania: 2004

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Julia_mistrz

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra.
00

Popularność




 

 

Tytuł oryginału

The Ring

Projekt okładki

Przemysław Dębowski

Opieka redakcyjna

Barbara Grzemowska

Adiustacja

Beata Trebel

Korekta

Urszula Horecka

Kamila Zimnicka

Opracowanie typograficzne i łamanie

Irena Jagocha

 

Copyright © 2003 by Koji Suzuki

Copyright © for the translation by Katarzyna Jakubiak

ISBN 83-240-0499-8

Zamówienia: Dział Handlowy, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Bezpłatna infolinia: 0800-130-082

Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: www.znak.com.pl

Część pierwsza: JESIEŃ

1

5 września 1990, 22.49

Jokohama

Rząd czternastopiętrowych wieżowców rozciągał się wzdłuż północnego krańca nowego osiedla, w pobliżu ogrodów Sankeien. Chociaż wieżowce wybudowano stosunkowo niedawno, niemal wszystkie mieszkania były już w nich zajęte. W każdy wieżowiec wciśnięto prawie setkę mieszkań, ale ich lokatorzy nigdy nie widzieli twarzy swoich sąsiadów. Jedyny dowód na to, że ktoś tu mieszka, można było znaleźć o zmroku, kiedy w oknach zapalały się światła.

Na południe od bloków oleista powierzchnia oceanu odbijała migoczące światła fabryki. Labirynt rur i przewodów rozprzestrzeniał się po jej murach jak naczynia krwionośne w tkankach ciała. Niezliczone światełka igrały na frontonie fabryki jak robaczki świętojańskie i nawet ten groteskowy obraz miał w sobie coś pięknego. Fabryka rzucała bezgłośny cień na czarne morze.

Kilkaset metrów bliżej, pośród pustych działek budowlanych rozmieszczonych jedna obok drugiej w równiutkich odstępach stał jeden jedyny nowy, piętrowy dom. Jego frontowe drzwi wychodziły bezpośrednio na ulicę, która biegła z północy na południe, a tuż przy nich znajdował się mały garaż. Był to zwyczajny dom, jakich wiele można zobaczyć na japońskich osiedlach, tyle tylko że w jego sąsiedztwie nie było żadnych innych domów. Być może z powodu złego dostępu do środków komunikacji miejskiej działki w tej okolicy nie sprzedawały się dobrze i wzdłuż całej ulicy można było zobaczyć tablice z napisem „Na sprzedaż". W porównaniu z wieżowcami, których budowę ukończono mniej więcej w tym samym czasie i na które natychmiast rzucili się chętni, działki budowlane sprawiały wrażenie opuszczonych.

Strumień ostrego światła padał z otwartego okna na piętrze domu wprost na ciemny asfalt ulicy. To jedyne w całym domu światło paliło się w pokoju Tomoko Oishi. Ubrana w szorty i biały podkoszulek Tomoko rozwaliła się w fotelu i czytała szkolny podręcznik. Przyjęła przy tym dziwaczną, powykręcaną pozę, a nogi wyciągnęła w stronę elektrycznego wiatraka stojącego na podłodze. Wachlowała się rąbkiem podkoszulka, wystawiając ciało bezpośrednio na podmuchy wiatru. Mamrocząc coś pod nosem, narzekała na upał. Była uczennicą ostatniej klasy prywatnego żeńskiego liceum. Podczas wakacji trochę się rozleniwiła. Za dużo czasu straciła na rozrywkę, odkładając naukę na później. Teraz zrobiły jej się zaległości, ale Tomoko za wszystko winiła upał. A przecież lato nie było wcale takie gorące. Bezchmurnych dni było niewiele i Tomoko nie mogła chodzić na plażę tak często jak we wszystkie poprzednie wakacje. Jakby tego jeszcze było mało, kiedy tylko wakacje się skończyły, zrobiła się idealna pogoda - pięć dni z rzędu! To bezchmurne niebo działało Tomoko na nerwy.

Jak miała się uczyć w ten głupi upał?

Przeczesała ręką włosy, a potem sięgnęła do radia, żeby podkręcić głos. Ćma usiadła obok niej na moskitierze w oknie, ale zaraz odleciała, wypchnięta strumieniem powietrza z wiatraka. Moskitiera drżała jeszcze przez chwilę po tym, jak owad zniknął w ciemności.

Miała jutro klasówkę, ale nauka jej nie szła. Tomoko Oishi czuła, że nawet jeśli przesiedzi całą noc, nie będzie przygotowana.

Spojrzała na zegar. Prawie jedenasta. Przyszło jej do głowy, żeby obejrzeć wiadomości sportowe. Może zobaczy rodziców na widowni meczu bejsbolowego? Ale Tomoko martwiła się klasówką. Przecież tak bardzo chciała dostać się na studia. Wszystko jedno, na jakie, byleby to były studia! Ale nawet jeśli się dostanie, to i tak nic nie zmieni faktu, że miała zupełnie zepsute wakacje. Przez brzydką pogodę nie mogła się dobrze bawić, a z drugiej strony nieznośna duchota przeszkadzała jej w nauce.

„Rany, przecież to moje ostatnie lato! Chciałam się bawić jak nigdy, a teraz już za późno. Skończyło się".

Potrzebowała wyładować na czymś złość. Może na czymś bardziej konkretnym od pogody. Pomyślała o rodzicach.

„Gdzie oni się podziali? Zostawiają mnie samą z nauką w tej duchocie i idą się włóczyć po meczach. Chociaż raz mogliby o mnie pomyśleć!"

Niespodziewanie ojciec dostał od kogoś z pracy dwa bilety na mecz Gigantów, więc rodzice pojechali do Tokio, na stadion. Powinni już wracać, o ile nie poszli gdzieś po meczu. Tomoko była zupełnie sama w nowiutkim domu.

W powietrzu panowała wilgoć, co było dość dziwne, bo już od dawna nie padało. Wilgoć ogarniała pokój, mieszając się z potem, który sączył się chyba ze wszystkich porów ciała Tomoko. Dziewczyna bezwiednie klasnęła ręką w udo, ale kiedy podniosła dłoń, nie zauważyła ani śladu komara. Poczuła swędzenie nad kolanem. Może to tylko siła sugestii? Usłyszała bzyczenie. Gwałtownie zamachała rękami nad głową. Mucha jak strzała wzleciała do góry, żeby uciec przed wiatrakiem i zniknęła z pola widzenia. Skąd się wzięła w pokoju mucha? Przecież drzwi były zamknięte. Tomoko przyjrzała się moskitierze, ale nigdzie nie zauważyła dziury na tyle dużej, żeby mogła przez nią wpaść mucha. Poczuła nagle, że chce jej się pić. A potem, że chce jej się sikać.

Ogarnęły ją duszności; nie tyle brakowało jej powietrza, ile czuła, że jakiś ciężar uciska ją w piersi. Przed chwilą w myślach narzekała na niesprawiedliwość losu, ale teraz przestała. Nagle stała się jakby całkiem inną osobą. Kiedy zrobiła na schodach pierwszy krok w dół, nie wiadomo dlaczego serce zaczęło jej walić jak oszalałe. Światła przejeżdżających samochodów ocierały się o ścianę u podnóża schodów i znikały. W miarę jak odgłosy samochodów cichły w oddali, mrok ogarniający dom stawał się coraz bardziej intensywny. Tomoko specjalnie narobiła hałasu, schodząc po schodach. Zapaliła światło w korytarzu na dole.

Kiedy się załatwiła, jeszcze długo siedziała w zamyśleniu na toalecie. Szalone bicie serca nie ustawało. Nigdy przedtem nie doświadczyła czegoś takiego. Co się dzieje? Odetchnęła głęboko kilka razy, żeby się uspokoić. Potem wstała i podciągnęła majtki i szorty.

„Mamo, tato, wracajcie szybko - powiedziała do siebie. Nagle jej głos zabrzmiał bardzo dziecinnie. - Łee, okropne. Do kogo ja mówię?"

Zdawało jej się, że nie mówi do rodziców, to nie ich prosi, żeby szybko wracali. Raczej zwraca się do kogoś innego...

„Hej. Przestań mnie straszyć. Proszę..."

Zanim się spostrzegła, przybrała bardzo uprzejmy ton głosu.

Umyła ręce w kuchennym zlewie. Mokrymi dłońmi wyjęła kilka kostek lodu z zamrażarki, wrzuciła je do szklanki i nalała coli. Wypiła wszystko jednym haustem i postawiła szklankę na stole. Kostki zakręciły się przez chwilę na dnie. Potem znieruchomiały. Tomoko przeszedł dreszcz. Nagle zrobiło się jej zimno. W gardle nadal czuła suchość. Wyjęła z lodówki wielką butelkę coli i ponownie napełniła szklankę. Ręce jej drżały. Miała wrażenie, że coś stoi za jej plecami. Coś - bo na pewno nie osoba. Kwaśny smród zgnilizny zlał się z ciepłym powietrzem, ogarnął ją ze wszystkich stron. To nie mogło być nic cielesnego.

- Przestań! Proszę! - błagała teraz już na cały głos.

Piętnastowatowa jarzeniówka nad kuchennym zlewem zapalała się i gasła jak szarpany oddech. Żarówka musiała być nowa, ale nie można było teraz polegać na jej mocy. Tomoko żałowała, że nie zapaliła wszystkich świateł w kuchni. Jednak nie mogła zdobyć się na to, żeby podejść do kontaktu. Nawet nie była w stanie się odwrócić. Wiedziała, co znajduje się za jej plecami: pokój w stylu japońskim z ośmioma matami tatami i przylegającą alkową, w której mieści się buddyjski ołtarz poświęcony pamięci dziadka. Jeśli się odwróci, przez szparę między zasłonami zobaczy jeszcze trawę na pustych działkach i wąski pas światła z wieżowców. To wszystko. Nie powinno tam być niczego innego.

Tomoko, kiedy skończyła pić drugą szklankę coli, bała się uczynić jakikolwiek ruch. Poczucie czyjejś obecności za plecami było zbyt silne. Niemożliwe, aby wywołała je jedynie wyobraźnia. Tomoko była pewna, że dokładnie w tej chwili coś wyciąga się w jej stronę, żeby złapać ją za szyję.

„A co, jeśli...?" Nie chciała o tym myśleć. Gdyby tylko raz wróciła myślami do tamtego wieczoru, wszystko by sobie przypomniała, a wtedy nie byłaby w stanie opanować przerażenia. To zdarzyło się tydzień temu, tak dawno. Zdążyła już o tym zapomnieć. Wszystko przez Shuichiego - nie powinien był mówić, że... A potem żadne z nich nie mogło się powstrzymać. Ale kiedy wrócili do miasta, te sceny, te zapadające głęboko w pamięć obrazy już nie wydawały im się wiarygodne. To był po prostu czyjś głupi żart. Tomoko próbowała pomyśleć o czymś weselszym. O czymkolwiek, tylko nie o tym. A jeśli to była... Jeśli to była prawda... przecież telefon zadzwonił.

„...mamo, tato, co robicie?"

- Wracajcie do domu! - wykrzyknęła głośno Tomoko.

Ale nawet po tym okrzyku straszliwy cień nie znikał. Stał za jej plecami, nieruchomo; obserwował i czekał. Czekał na odpowiedni moment.

Tomoko miała zaledwie siedemnaście lat i nie wiedziała jeszcze, co znaczy prawdziwy strach. Wiedziała za to, że istnieje rodzaj lęku, który rozwija się tylko wtedy, kiedy podsyca go wyobraźnia. „Tak, to na pewno to. Tylko to. To wszystko. Kiedy się odwrócę, nic tam nie będzie. Nic a nic".

Tomoko nagle ze wszystkich sił zapragnęła się odwrócić. Chciała się upewnić, że nic tam nie ma, i uwolnić się od strachu. Ale czy naprawdę tylko o to chodziło? Dreszcz wstrząsnął jej ramionami, przesunął się na plecy i pełzał w dół po kręgosłupie, coraz niżej i niżej. Podkoszulek przesiąkł zimnym potem. Reakcja jej ciała była zbyt silna - to nie mogła być tylko wyobraźnia.

„Ktoś kiedyś powiedział, że ciało prędzej mówi prawdę niż dusza".

Odezwał się jeszcze jakiś inny głos: Odwróć się, tam na pewno nic nie ma. Jeśli nie odstawisz tej coli i nie wrócisz do nauki, to jutro nie poradzisz sobie na klasówce.

W szklance trzasnął lód. Jakby w odpowiedzi na ten dźwięk, odruchowo, Tomoko odwróciła się.

5 września, 22.54

Tokio, skrzyżowanie przed dworcem Shinagawa

Światła zmieniły się na żółte. Kimura mógł dodać gazu i przejechać przez skrzyżowanie, ale zamiast tego nacisnął hamulec. Miał nadzieję, że trafi mu się kurs do Roppongi; wielu pasażerów, których stąd zabierał, jechało w stronę Akasaki lub Roppongi. Bardzo często ludzie wsiadali do jego taksówki właśnie wtedy, kiedy stał na światłach. Motocykl wcisnął się pomiędzy samochód Kimury a krawężnik i zatrzymał się przed samym przejściem dla pieszych. Kierowcą motocykla był młody mężczyzna w dżinsach. Motocykliści irytowali Kimurę. Lawirowali pomiędzy samochodami i przedzierali się przez miasto właśnie tak jak ten chłopak. A już najbardziej Kimura nie cierpiał sytuacji, kiedy czekał spokojnie na światłach i nagle nie wiadomo skąd wyrastał obok jakiś motocyklista i zatrzymywał się, tarasując mu drzwi. Akurat dzisiaj Kimura miał kilka nieprzyjemnych starć z klientami i był w podłym nastroju. Rzucił motocykliście zgorzkniałe spojrzenie. Twarz chłopaka zakrywał kask. Jedną nogę oparł na krawężniku, szeroko rozchylił kolana i kołysał się niedbale w przód i w tył.

Młoda kobieta o zgrabnych nogach przeszła obok po chodniku. Motocyklista odwrócił głowę, żeby się jej przyjrzeć. Ale nie odprowadził jej wzrokiem do samego końca. Niespodziewanie przechylił głowę prawie o 90 stopni i utkwił wzrok w szybie wystawy, którą mijała. Kobieta zniknęła z pola widzenia, ale motocyklista nie ruszał się, uporczywie w coś wpatrzony. Zielone światło dla pieszych zaczęło mrugać, a potem zgasło. Ludzie, których czerwone światło zastało w połowie jezdni, zaczęli się spieszyć, przechodzili na drugą stronę tuż przed maską samochodu Kimury. Nikt nie wezwał taksówki gestem ręki ani nie zbliżył się do jej drzwi. Kimura przygazował i czekał na zielone światło.

Właśnie wtedy motocyklista wzdrygnął się, uniósł obie ręce i zwalił się na ziemię, uderzając głośno o drzwi samochodu.

„Dupek".

Chłopak pewnie stracił równowagę i przewrócił się, myślał Kimura, włączając światła awaryjne i wysiadając z samochodu. Jeśli uszkodził drzwi, to będzie musiał za to zapłacić. Zapaliło się zielone światło i samochody stojące za Kimurą zaczęły przejeżdżać przez skrzyżowanie. Motocyklista leżał na wznak na jezdni. Machał zawzięcie nogami, a obiema rękami próbował ściągnąć kask. Zanim Kimura pochylił się nad chłopakiem, sprawdził najpierw stan swojej „żywicielki". Dokładnie tak, jak się spodziewał, na drzwiach taksówki rozciągała się długa, zakrzywiona rysa.

- Cholera! - Kimura pokręcił głową z obrzydzeniem i podszedł do leżącego. Pomimo że miał pasek zapięty pod brodą, chłopak rozpaczliwie próbował ściągnąć kask. Wydawał się tak zdesperowany, że gotów był urwać sobie głowę.

„Aż tak go boli?"

Dopiero teraz Kimura zorientował się, że coś jest nie w porządku. Przykucnął przy motocykliście i zapytał: „Co panu jest?". Przez zaciemnioną szybkę kasku trudno było dojrzeć twarz. Motocyklista chwycił Kimurę za ramię, jakby go o coś błagał. Nie mógł się od niego odczepić, ale nic nie mówił. Nawet nie próbował unieść szybki. Kimura ruszył do akcji.

- Poczekaj, wezwę karetkę.

Biegnąc do telefonu, Kimura zastanawiał się, jak zwykły upadek z pozycji stojącej mógł doprowadzić do czegoś takiego. Chłopak musiał uderzyć się w głowę w najbardziej wrażliwe miejsce.

„Ale nie bądź głupi. Przecież ten idiota miał na głowie kask, no nie? I nie złamał ręki ani nogi. Mam nadzieję, że nie będzie z tego jakichś cholernych kłopotów. Nie wyszłoby mi na dobre, gdyby chłopak coś sobie zrobił, uderzając o mój samochód".

Kimura miał złe przeczucie.

„A jeśli naprawdę coś sobie zrobił, to czy odnotują to w mojej polisie ubezpieczeniowej? Trzeba będzie złożyć zeznanie o wypadku, a to oznacza policję..."

Kiedy skończył rozmawiać i wrócił na miejsce wypadku, chłopak leżał bez ruchu, trzymając się dłońmi za gardło. Kilkoro przechodniów zatrzymało się przy leżącym. Przyglądali mu się zaniepokojeni. Kimura przedarł się przez ludzi, dając wszystkim do zrozumienia, że to właśnie on zadzwonił po karetkę.

- Hej! Hej! Wytrzymaj jeszcze. Karetka już jedzie. - Kimura odpiął pasek pod brodą chłopca. Kask zszedł bez problemu. Kimura dziwił się, dlaczego chłopak tak się z nim wcześniej mocował. Na twarzy motocyklisty malowało się jakieś niesamowite uczucie. Można je opisać chyba tylko jednym słowem: zdumienie. Oczy miał wytrzeszczone, jasnoczerwony język zatykał mu gardło, a z kącików ust sączyła się ślina. Już za późno na karetkę. Kiedy, zdejmując kask, Kimura dotknął ręką szyi chłopaka, nie wyczuł tętna. Zadrżał. Przez chwilę nie wiedział, czy to wszystko dzieje się naprawdę.

Jedno koło przewróconego motocykla ciągle jeszcze obracało się powoli; z silnika kapał olej, zbierał się w kałużę na jezdni i płynął do kanału. Noc była bezchmurna, nie wiał wiatr; tuż nad ich głowami światła znów zmieniły się na czerwone. Kimura wstał, nogi mu drżały. Uchwycił się barierki ustawionej na chodniku. Stamtąd jeszcze raz spojrzał na chłopaka. Głowę, opartą o kask, miał wygiętą prawie pod kątem prostym. Jakkolwiek by się na niego spojrzało, wyglądał nienaturalnie.

„Ja go tak ułożyłem? To ja podłożyłem mu ten kask pod głowę? Zupełnie jak poduszkę? Ale dlaczego?"

Kimura nie mógł sobie przypomnieć, co zdarzyło się w ciągu ostatnich kilku sekund. Wytrzeszczone oczy chłopaka patrzyły na niego. Przebiegł go złowieszczy dreszcz. Chłodne powietrze owiało mu ramiona. To była tropikalna noc, ale Kimura zaczął nagle trząść się z zimna.

2

Wczesnoporanne światło jesieni odbijało się w zielonej powierzchni fosy wokół Pałacu Cesarskiego. Duszny wrześniowy upał wreszcie ustawał. Kazuyuki Asakawa był już w połowie schodów prowadzących do metra, kiedy nagle zmienił zdanie: chciał bliżej przyjrzeć się wodzie, którą obserwował wcześniej z dziewiątego piętra. Miał wrażenie, że stęchłe powietrze redakcyjnego biura przeniknęło aż tutaj, do podziemi, jak fusy, które osiadają na dnie szklanki. Chciał odetchnąć świeżym powietrzem. Schodami w górę wyszedł na ulicę. Zieleń ogrodów pałacowych sprawiała, że zapach spalin dochodzący z pobliskiej autostrady numer 5 i z obwodnicy był mniej dokuczliwy. Niebo jaśniało powoli w przyjemnym chłodzie poranka.

Po nieprzespanej nocy Asakawa był fizycznie zmęczony, ale niezbyt śpiący. Cieszył się, że udało mu się dokończyć artykuł. To zadowolenie pobudzało go i stymulowało szare komórki. Od dwóch tygodni nie miał ani dnia wolnego i obiecywał sobie, że dwa następne dni poświęci w całości na odpoczynek - w domu. Nie będzie się spieszył ze zleceniami od naczelnego.

Zobaczył, że od strony Kudanshity nadjeżdża wolna taksówka, i odruchowo podniósł rękę. Dwa dni temu skończył mu się bilet miesięczny z Takebashi do Shinbaby i nie kupił jeszcze nowego. Przejazd metrem stąd do Kity Shinagawy, gdzie mieszkał, kosztował czterysta jenów. Natomiast taksówka kosztowała prawie dwa tysiące. Szkoda mu było tracić ponad tysiąc pięćset jenów, ale kiedy pomyślał o trzech przesiadkach, jakie czekały go w metrze, i o tym, że właśnie dostał wypłatę, pozbył się skrupułów. Stwierdził, iż ten jeden jedyny raz może sobie pozwolić na luksus.

Decyzja, żeby wziąć taksówkę dokładnie w tym miejscu i czasie, była jedynie zachcianką Asakawy, wynikiem łańcuszka innych nieszkodliwych bodźców. Nie wyszedł z metra z zamiarem zatrzymania taksówki. Skusiło go świeże powietrze na zewnątrz i akurat wtedy nadjechała taksówka z zapalonym czerwonym znakiem „Wolna". I właśnie w tej chwili zadanie kupienia biletu i przesiadki na trzech różnych stacjach wydało mu się wysiłkiem ponad jego siły. Gdyby Asakawa pojechał do domu metrem, pewnie nikt nigdy nie powiązałby ze sobą pewnych dwóch wydarzeń. Każda ciekawa historia zaczyna się od takiego zbiegu okoliczności.

Taksówka zatrzymała się przed jednym z pałacowych budynków. Kierowcą był drobny mężczyzna około czterdziestki. Z jego zaczerwienionych oczu można było wyczytać, że też miał za sobą nieprzespaną noc. Na tablicy rozdzielczej tkwiło przyklejone kolorowe zdjęcie kierowcy podpisane imieniem i nazwiskiem: Mikio Kimura.

- Kita Shinagawa, proszę.

Kiedy Kimura to usłyszał, miał ochotę zatańczyć. Kita Shinagawa znajdowała się tuż za garażami jego firmy w Higashi Gotanda. Ponieważ kończyła mu się zmiana, i tak jechał w tym kierunku. W takich chwilach, kiedy wszystko szło po jego myśli, Kimura zdawał sobie sprawę, że jednak lubi być taksówkarzem. Nagle nabrał ochoty na pogawędkę:

- Pisze pan artykuł?

Zmęczonymi oczami Asakawa obserwował zmieniające się widoki za oknem i pozwalał myślom błąkać się, gdzie tylko chcą. Na pytanie kierowcy nagle oprzytomniał:

- Słucham? - odpowiedział, dziwiąc się, skąd taksówkarz wie, czym się zajmuje.
- Jest pan dziennikarzem, prawda? Pracuje pan w gazecie.
- Tak, w tygodniku. Skąd pan wie?

Kimura jeździł taksówką już prawie dwadzieścia lat i przeważnie potrafił odgadnąć profesję klienta, w zależności od tego, gdzie wsiadł, w co był ubrany i jak się wyrażał. Jeśli ktoś miał dobrą pracę, z której był dumny, zawsze chętnie o niej opowiadał.

- Pewnie panu ciężko iść do pracy tak wcześnie rano?
- Nie, wręcz przeciwnie. Jadę właśnie do domu, spać.
- A, to tak jak ja. Też niedługo kończę pracę.

Asakawa raczej nie szczycił się tym, co robił. Jednak tego

ranka odczuwał satysfakcję podobną do tej, jaką czuł, kiedy po raz pierwszy zobaczył swój artykuł wydrukowany w gazecie. Dziś właśnie zakończył cykl artykułów, które wzbudziły dość duże zainteresowanie.

- Ma pan ciekawą pracę?
- Taak, chyba tak - odpowiedział Asakawa wymijająco. Czasem była ciekawa, a czasem nie, ale w tej chwili nie miał ochoty zagłębiać się w szczegóły. Nie zapomniał jeszcze o fatalnej porażce, jaka go spotkała przed dwoma laty. Nadal miał przed oczami tytuł artykułu, nad którym wtedy pracował: „Bogowie nowoczesności".

Pamiętał dobrze, w jak strasznym był stanie, kiedy zjawił się w pokoju naczelnego, żeby mu oznajmić, że musi zrezygnować z pracy dziennikarza.

Przez jakiś czas w taksówce panowała cisza. Na lewo od Wieży Tokijskiej weszli w zakręt z dość dużą prędkością.

- Przepraszam - powiedział Kimura - mam jechać przez kanał czy jedynką na Keihin?

W zależności od tego, gdzie mieli dotrzeć w Kicie Shinagawie, jedna z tych dróg mogła być dogodniejsza.

- Niech pan leci autostradą. Wysiądę zaraz przed Shinbabą.

Kiedy taksówkarz wie, gdzie dokładnie jedzie jego klient, może się rozluźnić. Kimura skręcił w prawo przy Fuda-no-tsuji.

Zbliżali się właśnie do skrzyżowania, którego Kimura już od miesiąca nie mógł wyrzucić z pamięci. Kimura był inny niż Asakawa. Zawodowe porażki nie dręczyły go jak zmory. Potrafił już myśleć o wypadku całkiem obiektywnie. W końcu nie ponosił za niego odpowiedzialności. Nie musiał robić rachunków sumienia. Cała wina leżała po stronie tamtego i choćby Kimura jechał nie wiem jak ostrożnie, nie zapobiegłby temu, co się stało. Udało mu się już całkowicie przezwyciężyć lęk, który go wtedy ogarnął. Od tamtego czasu minął miesiąc... czy to długo? Asakawę ciągle jeszcze przeszywał strach, którego doświadczył dwa lata temu.

Kimura nie potrafił wytłumaczyć tylko jednego - dlaczego za każdym razem, kiedy przejeżdżał obok miejsca tamtego wypadku, czuł niepohamowaną potrzebę opowiadania ludziom o tym, co się stało. Spoglądał w lusterko i jeśli zobaczył, że pasażer śpi, rezygnował. Ale jeśli klient nie spał, Kimura opowiadał mu całe zdarzenie ze wszystkimi szczegółami. To był jakiś wewnętrzny przymus. Za każdym razem, przejeżdżając przez to skrzyżowanie, Kimura czuł, że musi o tym opowiadać.

- Miesiąc temu dokładnie w tym miejscu zdarzyła mi się diabelnie dziwna historia...

Światła na skrzyżowaniu zmieniły się z żółtych na czerwone, jakby tylko czekały, aż Kimura zacznie opowiadać.

- Wie pan, zdarzają się czasem na tym świecie niezwykłe rzeczy.

Kimura próbował wzbudzić zainteresowanie pasażera, napomykając, że było to zdarzenie z gatunku niesamowitych. Asakawa prawie już zasypiał, ale nagle podniósł głowę i rozejrzał się wokół siebie w popłochu. Przestraszył go dźwięk głosu Kimury i próbował się teraz zorientować, gdzie są.

- Czy przypadki nagłej śmierci ostatnio często się zdarzają? To znaczy, wśród młodych ludzi?
- Co? - Asakawa wzdrygnął się na słowa „nagła śmierć". Rozbrzmiały mu w uszach znajomym echem. Kimura mówił dalej.
- Hmm... więc... to było chyba miesiąc temu. Stoję dokładnie tam, taksówką, i czekam, aż zmieni się światło, a tu nagle przewraca mi się na samochód jakiś motocyklista. Nie żeby chłopak jechał i nagle stracił równowagę. Nie! Po prostu stoi sobie spokojnie na światłach i nagle: bach! I wie pan, co się potem stało? Ten chłopak umarł, głupek jeden. Młody - dziewiętnastolatek, student szkoły przygotowawczej. Potwornie mnie zaskoczył, mówię panu. Przyjeżdża karetka, policja, a moja taksówka - walnął w nią, wie pan? Niezła scena, mówię panu.

Asakawa słuchał w milczeniu. Jako dziennikarz z dziesięcioletnim stażem miał pewną intuicję w tych sprawach. Instynktownie zanotował sobie w pamięci nazwisko taksówkarza i nazwę jego firmy.

- I umarł też dość dziwacznie. Z całej siły próbował zedrzeć sobie z głowy kask. Jakby głowę chciał sobie urwać. Leżał na wznak i się miotał. Poszedłem wezwać karetkę, a kiedy wróciłem, był już sztywny.
- I gdzie, pan mówi, to się stało? - Asakawa całkowicie oprzytomniał.
- Tam, dokładnie. Widzi pan? - Kimura wskazał przejście dla pieszych przed dworcem. Dworzec Shinagawa znajdował się w rejonie Takanawa w okręgu Minato. Asakawa zanotował sobie ten fakt w pamięci. Wypadek, który zdarzył się w tym miejscu, będzie podlegał pod sądownictwo rejonu Takanawa. W myślach szybko rozstrzygnął, które z jego kontaktów mogłyby mu pomóc w dotarciu do policjantów z komisariatu w Takanawie. To był właśnie jeden z plusów pracy dla wysokonakładowego tygodnika: wszędzie miał wejścia i dzięki nim nieraz łatwiej było zdobyć informacje niż przez biuro śledcze.

- I powiedzieli, że to „nagła śmierć"? - Asakawa nie miał pewności, czy to właściwy termin medyczny. Zapytał pospiesznie, nawet nie zdając sobie sprawy, dlaczego opowieść o tym wypadku trąca jakąś znajomą strunę...

- Jakiś absurd, prawda? Stałem na światłach i w ogóle się nie ruszałem. A on po prostu się na mnie przewrócił. Jego wina. Ale musiałem złożyć zeznanie i o mało mi tego nie odnotowali w ubezpieczeniu. Mówię panu, co za nieszczęście, i to ni stąd, ni zowąd.

- A pamięta pan dokładnie, w jaki dzień i o której godzinie to się stało?
- He, he, artykulik się panu szykuje, co? We wrześniu, zaraz, zaraz, czwartego albo piątego. A godzina chyba koło jedenastej wieczorem.

Kiedy tylko Kimura to powiedział, jeszcze raz stanęła mu przed oczami tamta scena. Duszna, parna noc, czarny jak smoła olej kapiący z motocykla. Olej wyglądał jak jakieś żywe stworzenie, które pełznie w stronę kanału. Formował się w lepkie krople, które bezgłośnie spadały przez kratki do ścieku. Od jego powierzchni odbijały się światła samochodów. Przez chwilę Kimurze wydawało się, że zawiodły go wszystkie zmysły A potem zobaczył wyraz zdumienia na twarzy nieboszczyka, jego głowę opartą o kask jak o poduszkę. Co mogło go tak zaskoczyć?

Zapaliło się zielone światło. Kimura wcisnął gaz. Z tylnego siedzenia dobiegł go odgłos długopisu skrobiącego po papierze. Asakawa robił notatki. Kimurze zrobiło się niedobrze. Dlaczego pamiętał to wszystko tak wyraźnie? Przełknął żółć, która zebrała mu się w ustach, i próbował pokonać mdłości.

- A jaka była w końcu przyczyna śmierci? - zapytał Asakawa.
- Atak serca.

Atak serca? Naprawdę taka była diagnoza koronera? Asakawa myślał, że ten termin wyszedł już z użycia.

- Muszę to sprawdzić, datę i godzinę też - mruknął Asakawa znad notatnika. - Czyli nie było w ogóle żadnych zewnętrznych obrażeń?
- Tak, dokładnie. Nic a nic. To było właśnie najdziwniejsze. Znaczy... to ja powinienem być zdziwiony, prawda?
- Co proszę?
- Chodzi mi o to..., no, ten sztywny miał strasznie zdziwioną minę.

W umyśle Asakawy coś zaskoczyło. Jednocześnie jakiś wewnętrzny głos zaprzeczał, że pomiędzy dwoma zdarzeniami może być jakiś związek. „To tylko zbieg okoliczności, nic więcej".

W pewnej odległości przed nimi wyrosła stacja Shinbaba na linii wąskotorówki do Keihin Kyuko.

- Proszę skręcić w lewo na następnych światłach i zatrzymać się.

Taksówka stanęła. Asakawa wręczył kierowcy dwa banknoty po tysiąc jenów, razem ze swoją wizytówką.

- Nazywam się Asakawa. Pracuję dla grupy „Daily News". Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, chętnie porozmawiałbym jeszcze o tym wypadku.
- W porządku - powiedział Kimura, zadowolony z siebie. Miał niewytłumaczalne poczucie spełnionej misji.
- Zadzwonię do pana jutro albo pojutrze.
- Dać panu mój numer?
- Nie trzeba. Zapisałem sobie nazwę pańskiej firmy. Widzę, że to niedaleko.

Asakawa wysiadł z taksówki i miał już zatrzasnąć drzwi, ale zawahał się przez chwilę. Chciał upewnić się co do jednego szczegółu tej opowieści, a jednocześnie na samą myśl o tym odczuwał nieokreślony lęk. „Może lepiej nie wtykać nosa w tę śliską historię. Nie chcę znowu przeżywać tego co dwa lata temu". Ale świeżo wzbudzona ciekawość nie pozwoliła mu tak po prostu sobie odejść. Jeszcze raz zapytał Kimurę: - Mówi pan, że ten chłopak rozpaczliwie próbował zerwać sobie kask z głowy, tak?

3

Oguri, redaktor naczelny, krzywił się, słuchając sprawozdania Asakawy. Przypomniał sobie, co działo się z Asakawą dwa lata temu. Dzień i noc pochylony nad klawiaturą komputera, jak nawiedzony pisał biografię guru Shoko Kageyamy, wykorzystując do tego nie tylko książkową wiedzę. Coś mu się wtedy poprzestawiało w głowie. Sprawa tak obsesyjnie go pochłonęła, że Oguri zastanawiał się nawet, czy nie wysłać go do psychiatry.

Problem polegał częściowo na tym, że przytrafiło mu się to właśnie wtedy. Dwa lata temu cała branża wydawnicza padła ofiarą bezprecedensowego boomu okultyzmu. Zdjęcia „duchów" zasypały redakcje. Wszyscy wydawcy w kraju tonęli w fotografiach i opowieściach o nadprzyrodzonych zjawiskach, z których ani jedna nie była prawdziwa. Oguri miał wrażenie, że cały świat zwariował. Do tej pory ufał swoim osądom na temat działania mechanizmów świata, ale dla tego zjawiska nie potrafił znaleźć żadnego przekonującego wytłumaczenia. Jakaś niedorzeczna liczba osób zapragnęła nagle „współpracować" z prasą. Redakcję trzeba było codziennie dosłownie odkopywać spod stosów przesyłek, z których każda miała związek z okultyzmem. Ta lawina poczty nie spadała tylko na „Daily News"; wszystkich ważniejszych wydawców w Japonii porwał prąd tej niezrozumiałej mody Z żalem, że muszą marnować czas na takie głupstwa, redaktorzy dokonali wstępnego szacunku nadesłanych materiałów. Jak można było przypuszczać, większość materiałów została wysłana anonimowo, ale wykluczono możliwość, że wszystkie przesyłki nadała jedna osoba, kryjąca się pod wieloma pseudonimami. Przybliżone rachunki wykazały, że około dziesięciu milionów różnych osób przysłało listy do tego czy innego wydawnictwa. Dziesięć milionów ludzi! Co za oszałamiająca liczba! Opowieści same w sobie nie były tak przerażające jak liczba ludzi, którzy je rozesłali. Wynikało z tego, że jedna na dziesięć osób w Japonii coś gdzieś wysłała. A jednak stwierdzono też, że absolutnie nikt z branży wydawniczej, ani nawet nikt z ich rodzin czy przyjaciół nie miał żadnego związku z tą sprawą. Co się za tym kryło? Skąd wzięły się te góry przesyłek? Redaktorzy w całym kraju bezradnie drapali się po głowach, próbując rozwiązać zagadkę. I nagle, zanim cokolwiek zdołano wyjaśnić, nastąpił odpływ. Dziwne zjawisko trwało jeszcze przez jakieś sześć miesięcy, a potem, jakby to był tylko sen, pokoje redakcyjne powróciły do normalnego stanu. Stopniowo przestały dostawać materiały tego typu.

Oguriemu przypadło w udziale podjęcie decyzji, jak tygodnik, należący do jednego z najważniejszych wydawnictw prasowych, ma zareagować w takiej sytuacji. Doszedł do wniosku, że najlepiej będzie konsekwentnie lekceważyć przesyłki. Oguri podejrzewał, że ogniskiem zapalnym całego zjawiska była grupa czasopism, które zazwyczaj określał mianem „tych szmat". Zamieszczając zdjęcia i opowieści czytelników, czasopisma te wywołały ogólną gorączkę okultyzmu i doprowadziły do tego potwornego stanu. Oczywiście Oguri wiedział, że ta teoria nie tłumaczy wszystkiego, ale musiał przecież znaleźć jakiekolwiek logiczne wyjaśnienie.

Wreszcie cała redakcja z Ogurim włącznie zaczęła zanosić wszystkie te przesyłki, nawet ich nie otwierając, do spalenia. Kontynuowali przy tym pracę tak, jakby nie spotkały ich żadne niedogodności. Mocno trzymali się postanowienia, aby nie publikować niczego związanego z okultyzmem, aby nie zwracać najmniejszej uwagi na anonimowe źródła. Nie wiadomo, czy ta polityka odniosła skutek, czy też nie, jednak faktem jest, że bezprecedensowa fala materiałów zaczęła się cofać. I akurat wtedy, kiedy wszystko zaczęło wracać do normy, Asakawie coś odbiło i zaczął nierozważnie dolewać oliwy do gasnącego ognia.

Oguri spojrzał na Asakawę surowym wzrokiem. Czy po raz drugi chciał popełnić ten sam błąd?

- Posłuchaj no ty... - Zawsze, kiedy Oguri nie wiedział, co powiedzieć, zaczynał od tej frazy. Posłuchaj no ty.
- Wiem, o czym pan myśli, panie redaktorze.
- Nie mówię, że to nie jest interesująca sprawa. Nie wiemy jeszcze, co z tego wyniknie. Ale słuchaj: jeśli to, co znajdziesz, będzie choć trochę podobne do tego, co ostatnio, nie będę zadowolony.

„Ostatnio". Oguri nadal wierzył, że boom okultyzmu dwa lata temu został sfabrykowany. Z całego serca nienawidził okultyzmu za kłopoty, jakich mu wtedy przysporzył. Pomimo upływu czasu jego awersja wcale nie malała.

- Ale ja nie twierdzę, że jest w tym coś nadprzyrodzonego. Mówię tylko, że to nie może być zbieg okoliczności.
- Zbieg okoliczności. Hmm... - Oguri oparł głowę na łokciu i jeszcze raz przemyślał fakty, które przedstawił mu Asakawa.

Siostrzenica żony Asakawy, Tomoko Oishi, zmarła w swoim domu w Honmoku 5 września, około jedenastej wieczorem. Przyczyną śmierci była „nagła niewydolność serca". Dziewczyna chodziła do ostatniej klasy liceum, miała zaledwie siedemnaście lat. Tego samego dnia, o tej samej godzinie dziewiętnastoletni student na motocyklu zmarł, także z powodu niewydolności serca, kiedy stał na światłach w pobliżu dworca Shinagawa.

- Dla mnie to wygląda na całkowity zbieg okoliczności. Taksówkarz opowiada ci o wypadku, a tobie przychodzi do głowy śmierć siostrzenicy żony. To naturalne, prawda?
- Wręcz przeciwnie - oznajmił Asakawa i zrobił pełną napięcia pauzę, żeby wywrzeć na Ogurim większe wrażenie. - W chwili śmierci chłopak na motocyklu rozpaczliwie próbował ściągnąć z głowy kask.

- I co z tego?

- Tomoko też, kiedy ją znaleziono, wyglądała, jakby szarpała się za włosy. Palce miała mocno wplecione w pukle włosów.

Asakawa widywał Tomoko na wielu rodzinnych spotkaniach. Jak każda siedemnastolatka Tomoko bardzo dbała o włosy, myła je codziennie i tak dalej. Dlaczego miałaby sobie te piękne włosy wyrywać? Nie wiedział, co naprawdę skłoniło Tomoko do takiego aktu, ale za każdym razem, kiedy wyobrażał sobie, jak rozpaczliwie dziewczyna szarpała się za włosy, miał przed oczami jeszcze jakąś niewidzialną istotę. Być może to ona była powodem nieopisanego przerażenia, jakie ogarnęło Tomoko.

- Nie wiem... Posłuchaj no ty. A może po prostu narzucasz tym zdarzeniom swoją osobistą, nieobiektywną interpretację? Przecież jeśli weźmiesz jakiekolwiek dwa zdarzenia, zawsze, jeśli chcesz, znajdziesz między nimi jakieś podobieństwa. Powiedziałeś, że oboje umarli na atak serca. Więc musiało ich bardzo boleć. W związku z tym ona szarpie się za włosy, on szamocze się z kaskiem... To mi się wydaje całkiem normalne.

Choć Asakawa wiedział, że takie wytłumaczenie jest prawdopodobne, potrząsnął głową. Nie chciał się tak szybko poddać.

- Ale panie redaktorze, przecież musieli czuć ból w piersiach. Dlaczego szarpali się za głowę?
- Posłuchaj no ty. Miałeś kiedy atak serca?
- No cóż... nie.
- A zapytałeś lekarza?
- O co?
- O to, czy często się zdarza, że osoby umierające na atak serca szarpią się za głowę?

Asakawa zamilkł. Mówiąc szczerze, zapytał lekarza. Lekarz odpowiedział: „Nie mogę tego wykluczyć". Ta odpowiedź niczego nie rozwiązywała. „W końcu czasem występuje reakcja odwrotna. Czasem przy krwotoku mózgowym osoba odczuwa dolegliwości żołądkowe i ból głowy jednocześnie".

- Więc to zależy od osoby. Kiedy ludzie rozwiązują jakieś trudne zadanie matematyczne, niektórzy drapią się po głowie, niektórzy palą. Niektórzy mogą nawet klepać się po brzuchu - mówiąc to, Oguri obracał się na krześle. - Chodzi o to, że na tym etapie nie możemy wyciągać żadnych pochopnych wniosków, prawda? Szkoda miejsca na takie historie. Pamiętasz, co się zdarzyło dwa lata temu. Nie możemy podchodzić do tych rzeczy powierzchownie. Gdybyśmy mogli sobie snuć przypuszczenia na łamach tygodnika, wtedy wszystko byłoby w porządku.

Być może. Może naczelny miał rację: to tylko przerażający zbieg okoliczności. A jednak pod koniec rozmowy lekarz w końcu zaprzeczył. Asakawa nalegał: „Czy osoby umierające na atak serca naprawdę wyrywają sobie włosy z głowy?". Lekarz zmarszczył brwi i mruknął: „Hmmm". Jego mina mówiła wszystko: nie zdarzyło się to żadnemu z pacjentów, z którymi o n miał do czynienia.

- Rozumiem, panie doktorze.

Jedyne, co mu teraz pozostawało, to potulnie się wycofać. Jeśli nie uda mu się znaleźć bardziej obiektywnych powiązań pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami, trudno będzie przekonać naczelnego. Asakawa obiecał sobie, że jeśli nie zdoła odkryć niczego konkretniejszego, da spokój całej sprawie.

4

Asakawa odłożył słuchawkę i stał przez chwilę bez ruchu, z ręką na telefonie. Nadal słyszał dźwięk swojego przesadnie radosnego głosu, który co jakiś czas cichł w napięciu, czekając na reakcję osoby po drugiej stronie. Czuł, że nie będzie w stanie zająć się tym zadaniem. Kiedy połączyła ich sekretarka, rozmówca Asakawy odpowiedział na pozdrowienie tonem ważnej osoby, ale słuchając propozycji tygodnika, złagodniał. Może na początku myślał, że Asakawa dzwoni w sprawie reklam. Potem dokonał szybkich obliczeń i doszedł dc wniosku, że artykuł na temat jego osoby może mu przynieść zyski.

Cykl „Rozmowy na szczycie" ukazywał się przez cały wrzesień. Pomysł był prosty: trzeba przedstawić czytelnikom dyrektorów naczelnych firm, którzy tworzyli swój biznes sami, od podstaw. Rozmówcy mieli opowiadać przede wszystkim o tym, jakie przeszkody napotkali na swojej drodze i w jaki sposób je pokonali. Asakawa powinien odczuwać większą satysfakcję. W końcu udało mu się umówić na wywiad! A jednak coś go niepokoiło. Od wszystkich biznesmenów słyszał zawsze to samo: opowieści o wojnie korporacji, przechwałki, jakim geniuszem byt sam rozmówca, jak potrafił wykorzystać możliwości i wspiąć się na szczyt i tak dalej, i tak dalej. Gdyby nie to, że Asakawa w którymś momencie dziękował swoim rozmówcom i zbierał się do wyjścia, te pieśni o wielkich zasługach ciągnęłyby się bez końca. Miał tego dość. W duchu przeklinał osobę, która wpadła na pomysł tego cyklu. Asakawa wiedział, że aby przetrwać, tygodnik musi sprzedawać miejsce na reklamę. Artykuły tego typu pomagały przyciągnąć firmy. Jednak prywatnie Asakawy nie obchodziło, ile pieniędzy zarobi czy straci jego wydawca. Zależało mu tylko na tym, aby praca była zajmująca. Mógł otrzymać nie wiem jak proste zadanie - jeśli sprawie brakowało polotu, okropnie się przy niej męczył.

Asakawa ruszył w stronę archiwum na czwartym piętrze. Musiał przygotować się do jutrzejszego wywiadu, ale przede wszystkim chciał zbadać coś, co cały czas go dręczyło. Absorbowała go myśl, że musi znaleźć jakiś obiektywny, przyczynowo-skutkowy związek pomiędzy dwoma zdarzeniami. Nagle coś sobie przypomniał. Kiedy rozmawiał z biznesmenem, jego myśli uwolniły się na chwilę spod władzy świata korporacji i do głowy przyszło mu pewne pytanie: Czy poza tymi dwoma niewytłumaczalnymi przypadkami śmierci 5 września o 23.00 zdarzyły się jeszcze jakieś inne?

Jeśli tak - jeśli były jeszcze inne, podobne przypadki - to prawdopodobieństwo zwykłego zbiegu okoliczności jest właściwie równe zeru. Asakawa postanowił przejrzeć gazety z początku września. Jego praca polegała częściowo właśnie na uważnym czytaniu gazet. Jednak z wiadomości lokalnych czytał tylko nagłówki, więc bardzo możliwe, że coś mu umknęło. Miał wrażenie, że jakaś podobna sprawa mignęła mu niedawno przed oczami. Jakiś miesiąc temu na stronie z wiadomościami lokalnymi widział chyba taki dziwny nagłówek. To była krótka wzmianka, w lewym dolnym rogu strony... Właściwie pamiętał tylko, gdzie się ukazała. Pamiętał, że przeczytał nagłówek i pomyślał sobie, „hej", ale zaraz potem zawołał go ktoś z redakcji i obowiązki zajęły go tak bardzo, że nie wrócił już do tego artykułu.

Podekscytowany jak dziecko, które bawi się w poszukiwacza skarbów, Asakawa sięgnął po poranne wydanie gazety z 6 września. Był pewien, że wpadnie na jakiś trop. Lektura gazet sprzed miesiąca w mrocznym archiwum dodawała mu energii. Czuł się o wiele lepiej niż podczas rozmowy z biznesmenem. Właśnie do takiej pracy był stworzony, nie do biegania na zawołanie szefa i zajmowania się nieciekawymi ludźmi.

Wieczorne wydanie z 7 września - to tu właśnie ukazała się wzmianka, dokładnie w tym miejscu, które zapamiętał. Była nawet krótsza, niż mu się wydawało - wciśnięta w kącik, obok artykułu o katastrofie statku, w której zginęły trzydzieści cztery osoby. Nic dziwnego, że ją pominął! Asakawa zdjął okulary w srebrnych oprawkach i pochylił się nisko nad gazetą.

NAGŁA ŚMIERĆ DWOJGA NASTOLATKÓW

7 września o 6.15 rano na niezabudowanej parceli przy drodze prefekturalnej w Ashinie, Yokosuka, znaleziono samochód ze zwłokami dwojga młodych ludzi. Zwłoki zauważył kierowca ciężarówki, który przejeżdżał obok i który następnie powiadomił o zdarzeniu posterunek policji w Yokosuce.

Dzięki numerom rejestracyjnym samochodu udało się ustalić tożsamość zmarłych: dziewiętnastoletniego studenta ze szkoły przygotowawczej w Shibuya, Tokio, i siedemnastoletniej uczennicy prywatnego żeńskiego liceum w Isogo, Jokohama. Dwa dni wcześniej dziewiętnastoletni student wypożyczył samochód z agencji w Shibuya.

Kiedy znaleziono samochód, jego drzwi były zamknięte, a kluczyk tkwił w stacyjce. Ocenia się, że śmierć nastąpiła w późnych godzinach wieczornych 5 września lub wczesnych godzinach porannych 6 września. Ponieważ okna były zamknięte, przypuszcza się, że młodzi ludzie zasnęli i ulegli zaczadzeniu, nie wyklucza się jednak wspólnego samobójstwa przez przedawkowanie narkotyków. Dokładna przyczyna śmierci nie została jeszcze ustalona. Jak na razie, nie ma podejrzenia zabójstwa.

Tylko tyle mówił artykuł, ale dla Asakawy była to prawdziwa kopalnia informacji. Po pierwsze, dziewczyna, która zmarła, miała siedemnaście lat i uczęszczała do prywatnej żeńskiej szkoły w Jokohamie, dokładnie tak samo jak jego siostrzenica Tomoko. Po drugie, chłopak, który wypożyczył samochód, miał dziewiętnaście lat i był studentem szkoły przygotowawczej, tak samo jak ten dzieciak, który zginął koło dworca Shinagawa. Przypuszczalna data i godzina śmierci były prawie identyczne. Przyczyna śmierci również nieznana.

Te cztery przypadki śmierci muszą mieć ze sobą jakiś związek. Na pewno wkrótce uda mu się znaleźć jakieś konkretne punkty wspólne. Przecież pracuje dla jednej z największych organizacji zajmujących się zbieraniem informacji - nie może narzekać na brak źródeł. Zrobił ksero artykułu i ruszył z powrotem do pokoju redakcyjnego. Czuł się, jakby trafił na żyłę złota; bezwiednie przyspieszył kroku. Nie mógł doczekać się windy.

Yoshino siedział przy biurku w klubie prasowym w ratuszu w Yokosuce i notował coś energicznie na kartce. Jeśli nie było tłoku na autostradzie, z głównego biura w Tokio można było tu dojechać w godzinę. Asakawa stanął za plecami Yoshiny i zawołał go:

- Hej, Yoshino.

Nie widział Yoshiny od półtora roku.

- O! Cześć, Asakawa. Co cię sprowadza do Yokosuki? Siadaj, proszę.

Yoshino przysunął do biurka drugie krzesło i nalegał, aby Asakawa usiadł. Yoshino nie golił się i przez to wyglądał dość niechlujnie, ale emanowała z niego wielka życzliwość dla ludzi.

- Masz dużo pracy?
- Można tak powiedzieć.

Yoshino i Asakawa znali się jeszcze z czasów, kiedy Asakawa pracował w dziale wiadomości lokalnych. Yoshino rozpoczął pracę w tym dziale trzy lata przed nim. Teraz Yoshino miał trzydzieści pięć lat.

- Zadzwoniłem do biura w Yokosuce. Powiedzieli, że cię tu znajdę.
- Tak? Potrzebujesz mojej pomocy?

Asakawa wręczył mu kopię artykułu. Yoshino wpatrywał się w nią niemożliwie długo. Ponieważ sam napisał ten artykuł, już na pierwszy rzut oka powinien był przypomnieć sobie, co zawiera. Mimo to siedział nieruchomo, jakby skupiał na gazecie wszystkie zmysły; ręka, ściskająca słony orzeszek, zastygła mu w połowie drogi do ust. Zdawało się, że przeżuwa te informacje, a potem je trawi.

- Czemu mi to pokazujesz? - zapytał Yoshino z powagą.
- Tak tylko. Chciałem zapytać cię o szczegóły.

Yoshino wstał.

- Dobrze. Chodźmy tu obok. Pogadamy przy herbacie albo kawie.
- Masz teraz czas? Nie przeszkadzam ci?
- Nie przejmuj się. Ta sprawa jest ciekawsza od tego, co robiłem.

Obok ratusza znajdowała się mała kawiarnia, gdzie można było dostać kawę za dwieście jenów. Yoshino usiadł, odwrócił się w stronę kontuaru i zawołał: „Dwie kawy". Potem spojrzał na Asakawę i pochylił się ku niemu konspiracyjnie.

- Słuchaj, pracuję w wiadomościach lokalnych już prawie dwanaście lat. Sporo w tym czasie widziałem. Ale nigdy nie natknąłem się na nic tak dziwnego jak to.

Yoshino zamilkł, żeby napić się wody. Potem ciągnął dalej:

- Widzisz, Asakawa. Chciałbym, żeby to była sprawiedliwa wymiana informacji. Dlaczego ktoś z głównego biura interesuje się tą sprawą?

Asakawa nie chciał jeszcze odsłaniać kart. Wolał zachować asa dla siebie. Gdyby taki profesjonalista jak Yoshino coś wywęszył, natychmiast przystąpiłby do wyścigu i zgarnąłby mu nagrodę sprzed nosa. Asakawa szybko wymyślił jakieś kłamstwo.

- Nie mam żadnych szczególnych powodów. Ta zmarła dziewczyna przyjaźniła się z moją siostrzenicą. Męczy mnie, żebym się czegoś dowiedział, no wiesz, o wypadku. Więc skoro już tędy przejeżdżałem...

To było kiepskie kłamstwo. Asakawa dostrzegł błysk podejrzliwości w oczach Yoshino. Poruszył się nerwowo na krześle.

- Naprawdę?
- No wiesz, to licealistka, no nie? Nie dość, że przyjaciółka jej zmarła, to jeszcze wszystko się stało w jakichś tajemniczych okolicznościach. Ona mnie po prostu zadręcza. Błagam cię. Zdradź mi szczegóły.
- To co chcesz wiedzieć?
- Ustalili wreszcie przyczynę śmierci?

Yoshino pokręcił głową.

- Mówią tylko, że serca im nagle przestały bić. Tak po prostu. Nikt nie ma pojęcia, dlaczego.
- Czy to mogło być zabójstwo? Może ktoś ich udusił?
- Niemożliwe. Nie było żadnych śladów na szyi.
- Narkotyki?
- Sekcja nie wykazała ich obecności.
- Innymi słowy, nie rozstrzygnięto jeszcze tej sprawy?
- No jasne, że nie. Nie ma tu co rozstrzygać. To nie morderstwo ani nawet jakieś poważne zajście. Umarli na jakąś chorobę albo może to był wypadek. I tyle. Koniec, kropka. Nie ma nawet żadnego śledztwa.

Yoshino nie owijał w bawełnę. Skończył mówić i odchylił się w tył na krześle.

- To dlaczego nie ujawniono nazwisk zmarłych?
- Byli niepełnoletni. Poza tym istnieje podejrzenie, że to wspólne samobójstwo - z miłości.

Mówiąc to, Yoshino uśmiechnął się, jakby nagle coś sobie przypomniał. Znowu przysunął się do Asakawy.

- Ten chłopak, wiesz? Miał spuszczone dżinsy i majtki. Dziewczyna też miała majtki spuszczone do kolan.
- Czyli to byłcoitus interruptus?
- Nie mówię, że to robili. Tylko się szykowali. Mała rozgrzewka przed dobrą zabawą i nagle, trach! Stało się. - Yoshino klasnął w dłonie, żeby zrobić większe wrażenie.
- Ale co się stało?

Yoshino z rozmysłem opowiadał tę historię tak, żeby rozbudzić ciekawość Asakawy.

- No dobra, Asakawa, bądź ze mną szczery. Ty coś masz. To znaczy masz coś, co się wiąże z tą sprawą, prawda?

Asakawa nie odpowiedział.

- Potrafię dochować tajemnicy. I nie ukradnę ci informacji. Po prostu mnie to interesuje.

Asakawa dalej milczał.

- Jak długo będziesz mnie trzymał w napięciu?

„Mam powiedzieć?... Ale przecież nie mogę. Nie wolno mi na razie nic ujawnić. Tyle że kłamstwem nic nie zdziałam".

- Przepraszam, Yoshino. Mógłbyś poczekać jeszcze trochę? Nie mogę ci teraz nic powiedzieć. Ale zrobię to za dwa-trzy dni. Obiecuję.

Rozczarowanie zasnuło twarz Yoshino.

- Skoro tak mówisz, stary...

Asakawa rzucił mu błagalne spojrzenie, żeby opowiadał dalej.

- Dobra, możemy przypuszczać, że zaszło tu coś niezwykłego. Dwoje nastolatków pojechało się kochać i nagle się udusili? To bez sensu. Możliwe, że wcześniej wzięli truciznę, która dopiero wtedy zaczęła działać, ale przecież nie wykryto w żołądku żadnych śladów obecności trucizny. Jasne, że są takie trucizny, które nie zostawiają śladów, ale skąd niby dwoje biednych uczniów mogło mieć coś takiego?

Yoshino pomyślał o miejscu, w którym znaleziono samochód. Widział je wyraźnie w pamięci, bo sam tam pojechał. Samochód stał na porośniętym drzewami i trawą kawałku pustej parceli, w niewielkim parowie, w pobliżu piaszczystej drogi prowadzącej z Ashiny na górę Okusu. Dla innych samochodów przejeżdżających tą drogą widoczne były jedynie światła jego tylnych reflektorów. Nietrudno zrozumieć, dlaczego student postanowił tu właśnie zaparkować. O zmroku ruch był tutaj mały, a gąszcz drzew stanowił doskonałą osłonę: idealne miejsce dla dwojga nastolatków, których nie stać na bardziej luksusową kryjówkę.

- Chłopak miał głowę wciśniętą między kierownicę a boczną szybę. A dziewczyna chowała głowę między siedzenie a drzwi. Tak umarli. Na własne oczy widziałem, jak ich wyciągali z samochodu. Jak tylko otworzono drzwi, ciała wypadły. Tak jakby w chwili śmierci napierała na nich w samochodzie jakaś siła i nie przestała nawet wtedy, kiedy już nie żyli, tylko dalej parła przez trzydzieści godzin, rozsadzała samochód, dopóki policjanci nie otworzyli drzwi. Dopiero wtedy wybuchła. Łapiesz? I słuchaj jeszcze. To był dwudrzwiowy samochód, taki, w którym nie da się zablokować drzwi, jeśli kluczyk jest w stacyjce. No i kluczyk był w stacyjce, ale drzwi... nie uwierzysz! Samochód był jak zaplombowany! Niemożliwe, żeby podziałała na nich jakaś siła z zewnątrz. A wiesz, jakie mieli miny? Jakby ich coś przeraziło nie na żarty. Mieli twarze wykrzywione strachem.