Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
43 osoby interesują się tą książką
Sztuka życia w PRL
Kiedyś to były czasy? Witajcie w PRL – kraju wiecznego niedoboru, gdzie nawet pieniądze są bez znaczenia, jeśli nie masz odpowiedniej legitymacji, talonu lub kartek. Tu wszystko trzeba upolować, wystać, zdobyć lub zorganizować. Łukasz Modelski, historyk i dziennikarz, zabiera nas w podróż do czasów, gdy półki sklepowe świeciły pustkami, a luksusem mogła się okazać... puszka śledzi.
Wejdź do świata „przejściowych trudności” pełnego niedoborów, przestojów, a nawet błędów i wypaczeń. Świata, w którym „eksport wewnętrzny” miał ratować przed bylejakością, a skargi można było wpisywać do specjalnej książki – choć nikt ich nie czytał.
Jak radzono sobie w rzeczywistości, w której absurd szedł pod rękę z propagandą? Przygotuj się na podróż do epoki, w której życie było sztuką przetrwania!
Łukasz Modelski w błyskotliwy i prowokujący sposób odsłania prawdziwy obraz PRL – takiego, jakim go pamiętamy, i takiego, jakim chciano, byśmy go zapamiętali. Ile z tamtego świata wciąż jest w nas?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 285
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Łukasz Modelski
Rok w PRL
Codzienność na kartki
Hołubiona po 1990 roku „ostalgia” pomagała w budowie mitu byłej NRD, pomaga nadal w budowie mitu PRL. Termin „szynka jak za Gierka” ma przywoływać wyobrażenie o czymś dawnym, o minionym dobrobycie, czasach na poły legendarnych, kiedy wędliny były uczciwe, zdrowe i smaczne. Symbolem zaś owych czasów jest postać Edwarda Gierka, I sekretarza rządzącej niegdyś w Polsce partii komunistycznej. Wielopoziomowość tej semantycznej pomyłki jest porażająca. Po pierwsze, czasy, o których mowa, daje się łatwo uchwycić, nadal żyją miliony ludzi, którzy je pamiętają. Mityczna szynka, o której mowa, była „kiedyś” „dawno”, ale jednak mnóstwo świadków historii pamięta jej smak. Po drugie, czasy owe miałyby się charakteryzować legendarną jakością artykułów spożywczych. Każdy, kto miał do czynienia z szarym mlekiem z foliowych toreb, twardymi, wysuszonymi śledziami czy niejadalnymi, znikającymi podczas gotowania serdelkami, ten wie, że to nieporozumienie. Po trzecie, Edward Gierek miałby być gwarantem jakości, symbolem Arkadii czy Kukanii? Nic podobnego, totalitarny model sprawowania władzy w gospodarce stałego niedoboru (wspólna cecha wszystkich krajów demokracji ludowej) dopuszczał rozpieszczanie obywateli najwyżej butelką coli czy kilogramem pomarańczy. Żeby doceniali system. Po czwarte i może najważniejsze, nazwa ta sugeruje, że „za Gierka” była jakaś szynka. Otóż nie, nie było. Bywała, jeśli się ją „upolowało”, „wystało”, „zdobyło” lub „zorganizowało”. Sam wokabulariusz ujawniający się tu w kontekście żywności po chwili namysłu musi budzić niepokój wojenno-łowczą frazeologią podlaną sugestią działań na pograniczu prawa.
W tym wypadku jednak mit powstaje na micie. Pamięć dzieciństwa i młodości płata figle, wiadomo. Jeszcze trudniej się z nią uporać, kiedy na naturalną idealizację „kiedyś-to-były-czasy” nakłada się matrix świata alternatywnego, kreowanego, w którym niegdyś żyliśmy. PRL był bowiem systemową ułudą, błękitną pigułką zapomnienia i nieświadomości, którą jednak, inaczej niż bohaterom filmu Matrix z 1999 roku, aplikowano tu przymusowo. Trzeba było dużo siły, żeby się oprzeć jej działaniu. „Bratni naród” (o Sowietach), „wyzwolenie Warszawy” (o wkroczeniu do zrujnowanego miasta, na którego zniszczenie się pozwoliło), „kongres zjednoczeniowy” (o zawłaszczeniu tradycji PPS-u przez partię, która zabijała jego członków), Milicja Obywatelska (o państwowym aparacie represji) nie tylko należą do retoryki Bułhakowskiego „jesiotra drugiej świeżości”, ale – więcej – są częścią konsekwentnie uprawianej przez komunistyczne władze mitografii. Polsko-sowieckie braterstwo broni, awans społeczny możliwy jedynie w PRL-u, reforma rolna czy sam „realny socjalizm” to niektóre mity założycielskie komunistycznej Polski. Mitów tych produkowano setki aż po 1989 rok. Część z nich zresztą przetrwała (że stan wojenny uchronił Polskę przed sowiecką interwencją), a część zrodziła kolejne (szynka jak za Gierka). To byli „oni”. „My” jednak nie pozostawaliśmy dłużni, potrzebowaliśmy własnej mitologii. Było nią na przykład idealizowane przedwojnie, szlachecki rodowód, zagranica, a nawet coca-cola.
Upolować, wystać, zdobyć. Tłumy oczekujące na uroczyste otwarcie Spółdzielczego Domu Handlowego „Sezam” w Warszawie, październik 1969
Powszechny problem z uwikłaniem w PRL polegał jednak i na tym, że mnóstwo legend i mitów stanowiło płaszczyznę spotkania i współpracy społeczeństwa i władz. Czasem nawet te ostatnie nie musiały się szczególnie trudzić ich podsycaniem.
Od końca PRL-u minęło 36 lat, tyle samo, ile dzieli Manifest PKWN od Sierpnia ’80, koniec wojny od wprowadzenia stanu wojennego czy śmierć Stalina od czerwcowych wyborów 1989 roku. Za każdym razem to inna epoka. A jednak strajkujący stoczniowcy (nadal) domagali się „socjalizmu z ludzką twarzą”, Wojciech Jaruzelski „zwracał się [do obywateli] jako żołnierz”, a sowieckie wojska opuściły Polskę dopiero w 1993 roku. Ostatnią (choć w gruncie rzeczy – pierwszą) kampanię wyborczą partii komunistycznej współkoordynował zaś powołany przez Biuro Polityczne KC PZPR Aleksander Kwaśniewski.
Mit żyje własnym życiem, ukorzenia się w przekonaniach, łączy wspomnienia ze skojarzeniami. Żywi się świętami, liturgiami, mieszka w języku i obyczaju, narzuca własną rachubę czasu. Nowe ab urbe condita to czas liczony od założenia Republiki lub kolejny rok trwania rewolucji. Tak było też w PRL-u z jego założycielskim 22 lipca i kalendarzami wyznaczającymi kolejne nowe święta, jak godziny apeli w najweselszym baraku w obozie. Ile z nich w nas zostało?
1
stycznia
1945
powołanie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego
Polska Rzeczpospolita Ludowa była państwem zarządzanym centralnie. Z centralnego rozdzielnika nakazywano również budowanie pomników. Pomniki upamiętniały to, co upamiętniać kazano – szczególnie rozpowszechnione były „pomniki wdzięczności Armii Czerwonej” stojące na głównym skwerku niemal każdego miasteczka, mające formę tablic, obelisków lub alegorycznych, a czasami realistycznych przedstawień figuralnych (często też w funkcji pomnika wdzięczności występował radziecki czołg). Były niemal tak powszechne, jak we Francji pomniki poległych w Wielkiej Wojnie.
Innym tematem, zresztą znacznie bardziej widowiskowym i kontrowersyjnym, było upamiętnienie tzw. utrwalaczy. Ten termin ze słownika analogowej fotografii (utrwalacz to chemiczna kąpiel, do której trafia naświetlona pod powiększalnikiem i wywołana odbitka) stanowił nieoficjalną, za to powszechnie stosowaną nazwę „poległych w walce o utrwalanie władzy ludowej”, a zatem bohaterów Urzędu Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa przede wszystkim z czasów stalinowskich, kiedy terror bezpieki był najbardziej krwawy. Pomniki utrwalaczy stały w licznych polskich miastach i miasteczkach, łącznie ze stolicą. W Warszawie pomnik nosił nazwę „Poległym w służbie i obronie Polski Ludowej” i został wzniesiony stosunkowo późno, dopiero w lipcu 1985 roku, na jubileusz 40-lecia PRL. Honorowym (?) przewodniczącym budowy pomnika został marszałek Michał Rola-Żymierski, łączący PRL z wyobrażeniami na temat Polski przedwojennej. Pomnik postał lat zaledwie sześć, rozebrano go w 1991 roku. Sześćdziesiąt ton granitu i brązu przydało się do innych celów. Pozostałości pomnika utrwalaczy z placu Żelaznej Bramy w Warszawie trafiły do muzeum w Rudzie Śląskiej.
Pomnikiem utrwalaczy jest również lubiany przez historyków sztuki monument „Poległym w walce o utrwalenie władzy ludowej na Podhalu” Władysława Hasiora, czyli tzw. Organy na przełęczy Snozka koło Czorsztyna. W monumentalnej żelaznej konstrukcji z 1966 roku artysta zamontował piszczałki organowe, gongi, flety i dzwonki po to, by wiatr komponował monumentalną muzykę poświęconą poległym ubekom. Ludność Czorsztyna i okolic, nie mogąc usunąć pomnika, doprowadziła jednak szybko do usunięcia piszczałek, gongów i fletów, motywując swoją prośbę tym, że w rejonie pasterskim szkodzą one dobrostanowi owiec. „Organy” ciągle stoją pomimo nieprzerwanych protestów. Rdzewiejące przez dekady, w 2010 roku zostały odnowione. Miejsca piszczałek i gongów zajęły pasterskie dzwonki. Artysta chciał podobno po latach zmienić nazwę pomnika, ale jego prośby pozostały bez odpowiedzi.
W całej Polsce pozostało dość dużo pomników utrwalaczy. Gdzieniegdzie można je nadal zobaczyć. Wprawdzie lata świetności mają już za sobą, jednak samych monumentów nadal nie rozebrano. W zależności od tego, jak sprawna była lokalna organizacja partyjna, liczba pomników mogła się zwiększać lub zmniejszać. W Zabłociu koło Kodnia na Podlasiu, a więc tam, gdzie działalność UB była najbardziej krwawa, postawiono w niewielkiej odległości dwa pomniki Armii Czerwonej, a w niedalekim ich sąsiedztwie – wzniesiono pomnik z inskrypcją „Funkcjonariuszom MO i SB poległym w walce o utrwalenie władzy ludowej”. Decyzją rady gminy w 2012 roku pomnik ten… odnowiono.
Pomniki wdzięczności Armii Czerwonej można było w PRL znaleźć na skwerze każdego miasteczka – Łowicz, 1972
Najciekawsze losy miał pomnik utrwalaczy w Koszalinie. Wzniesiony, podobnie jak warszawski, w 1985 roku z inicjatywy szefa Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych, został w wolnej Polsce rozebrany. Jego żyjący autor postanowił dokonać twórczego recyklingu elementów monumentu, wykorzystując jego elementy do budowy nowego, tzw. Martyrologium Katyńskiego, czyli tablicy na ścianie koszalińskiego kościoła Świętego Ducha.
Ostatnim bodaj pomnikiem utrwalaczy usuniętym (jak dotąd) w wolnej Polsce był monument w Rykach. Obelisk, powszechnie nazywany „ubeliskiem”, usunięto dopiero w 2013 roku. A decyzja o tym wcale nie była jednoznaczna.
Zbrojne podziemie antykomunistyczne, owszem, istniało. W wymiarze propagandowym było jednak szczególnym obszarem szczególnej troski komunistycznych władz. Oficjalna retoryka tworzyła do opisywania poakowskiej partyzantki osobny język. Podziemie antykomunistyczne, którego ostatni żołnierz został zabity w roku 1963, nie składało się więc z oddziałów, ale z „band”, nie służyli w nim żołnierze, ale „bandyci” lub w najlepszym razie „członkowie grup”. Typowe dla języka PRL-u nagromadzenie przymiotników czyniło z leśnych oddziałów „zbrojne bandy reakcyjnego podziemia”, faszystów, reakcjonistów, rewanżystów, wrogów Polski Ludowej i współpracowników SS. Walka w obronie władzy ludowej doczekała się osobnego odznaczenia, a żołnierze podziemia w licznych karykaturach noszą na ramionach opaski ze swastyką. Historycznym paradoksem jest zwrot „zapluty karzeł reakcji”, określający w komunistycznej propagandzie żołnierzy antykomunistycznego podziemia, spopularyzowany przez socrealistycznego malarza i plakacistę Włodzimierza Zakrzewskiego.
Zwrot ten nawiązuje bowiem wprost do słynnego przemówienia Józefa Piłsudskiego, który w 1922 roku określił tak polityków Narodowej Demokracji, a konkretnie Stanisława Strońskiego. Podziemie niepodległościowe, masowo prześladowane przez Armię Czerwoną, NKWD, Smiersz, Ludowe Wojsko Polskie oraz Milicję Obywatelską, pozwala nawet, jak czynią to niektórzy publicyści i historycy, mówić o powojennym powstaniu antykomunistycznym. Właśnie w celu rozprawy z antykomunistycznym podziemiem na prośbę Bolesława Bieruta wstrzymano po wojnie wycofywanie z Polski wojsk sowieckich. Nad Wisłą pozostała do dyspozycji towarzyszy polskich 64. Dywizja NKWD, a o obławie augustowskiej w 1945 roku milczano uparcie do końca PRL-u. Ukryta po lasach „reakcja” była używanym przez władze straszakiem nawet w latach 70. – komiks o „bandach” napadających na transport z pieniędzmi dla ludzi pracy pojawił się nawet w kultowym zbiorze komiksów „Relax” z końca liberalnej dekady Gierka. A tysiące polskich domów skrywały „leśne” historie, o których głośno się nie mówiło, tworząc inne oblicze legendy.
1
stycznia
1974
otwarcie pierwszego sklepu sieci Pewex
Zagranica w PRL-u stanowiła tajemniczą krainę podobną nieznanym ziemiom rysowanym na średniowiecznych mapach. Była w tamtych czasach postrzegana na sposób sowiecki – „bliska” i „daleka”. Ludzie uwięzieni we własnym kraju, którzy musieli otrzymywać każdorazowo zgodę władz, by wyjechać choćby na chwilę, musieli zagranicę mitologizować. Choć „zagraniczność” oznaczała pierwotnie „zachodniość”, to bliska zagranica również się liczyła. Za granicą bowiem, może z wyjątkiem Rumunii i Albanii, było zawsze lepiej niż w PRL-u. W Bułgarii były pachnące mydełka i wołowe ćevapčići (a pod koniec epoki komunizmu w tej części Europy także napoje Schweppes). W Czechosłowackiej Republice Socjalistycznej – kolorowe obuwie i nieznane nad Wisłą niewielkie, nowoczesne plecaczki wycieczkowe. NRD płynęło niedostępnym w PRL-u piwem, Węgry stały niemal nieobecną w Polsce wówczas papryką i egzotycznymi smakami. Nawet Związek Radziecki miał swój urok, ponieważ w zimie nadal sprzedawano tam lody.
Gdy nie udało się załapać na odrzut z eksportu, pozostawały resztki i czwarty gatunek
Zagraniczność bliskiej zagranicy nie była jednak tak zagraniczna jak zagraniczność Zachodu. To w odniesieniu do zachodnich dóbr i towarów stosowano wszystko mówiący przymiotnik „zagraniczny”. A więc – lepszy, bogatszy, ładniejszy, bardziej udany. Zagraniczny mógł być samochód, z oczywistych względów bardziej atrakcyjny od krajowej syrenki. Zagraniczne były gumy do żucia i dżinsy. Oraz niedostępne dobra z Peweksu. Wiadomo było, że zagraniczność to coś, co trzyma zupełnie inne standardy niż w PRL-u. Jest atrakcyjne, kolorowe, niewybrakowane i nie w drugim czy trzecim gatunku.
Mocną pozycję zagraniczności wzmacniała PRL-owska polityka eksportowa. Towary przeznaczone na eksport, wiadomo, były wykonane lepiej. W PRL-u najpowszechniej poszukiwaną namiastką zagraniczności były właśnie odrzuty z eksportu, czyli coś, co nie spełniało zagranicznych standardów, ale dalece wykraczało poza standardy obowiązujące w PRL-u. Odrzuty z eksportu sprzedawano często po znajomości, spod lady, traktując to jako akt specjalnej uprzejmości. Symbolicznego znaczenia nabiera fakt, że produkowany w Polsce fiat 126p, na zakup którego i tak trzeba było się zapisywać i czekać latami, w wersji eksportowej był samochodem dużo lepszej jakości niż ten produkowany na rynek krajowy. Prowadziło to do oczywistych poszukiwań egzemplarzy będących odrzutami z eksportu, a nawet do desperackich aktów kupowania „malucha” za granicą, by mieć pewność, że będzie mniej zawodny niż ten nabyty w Polsce.
Zagraniczność, starannie limitowana przez komunistyczne władze, stała się przedmiotem pożądania tak silnym, że przed sklepami gospodarki uspołecznionej sprzedawano plastikowe torby, tzw. reklamówki, z reklamami zagranicznych firm. Młodzi pisali do firm samochodowych na świecie, błagając o darmowe foldery, a obiektami kolekcjonerskimi stawały się pudełka po zagranicznych papierosach i puszki po zagranicznych napojach.
Te wszystkie zagraniczności sumowały się w pewien ogromny obszar pożądania. Nie miało wielkiego znaczenia, z jakiego kraju pochodzi owa zagraniczna rzecz. Rozróżnienie pomiędzy Francją, Holandią czy Wielką Brytanią pod tym względem nie istniało. PRL jako fabryka narodowych kompleksów zrobił swoje. Niektóre polskie produkty do dziś nie mogą się przebić do życzliwej świadomości rodaków.
Zagranica miała także jedną zasadniczą cechę i z tego punktu widzenia rzeczywiście nie było istotne, który kraj ową zagranicę reprezentuje. Za granicą, tą daleką, po prostu nie było komunizmu, a przebywając za granicą, po prostu nie było się w PRL-u.
8
stycznia
1967
śmierć Zbigniewa Cybulskiego
Aktor o najmocniejszej legendzie, nie tylko w PRL-u, ale jak dotąd także w historii polskiej kinematografii. Nazywany polskim Jamesem Deanem, wielokrotnie przewyższał go talentem. Zbigniew Cybulski stał się legendą jeszcze za życia, a już z pewnością natychmiast po przedwczesnej śmierci pod kołami pociągu.
Cybulski żył zbyt krótko, by uwolnić się od wizerunku Maćka Chełmickiego, pokoleniowego bohatera filmu Popiół i diament Andrzeja Wajdy, ekranizacji powieści Jerzego Andrzejewskiego. Kreacja z 1958 roku towarzyszyła mu na co dzień przez ostatnią dekadę życia. Przyciemniane okulary, w których zagrał, zyskały status kultowych (nosił je już zawsze, zdjął jedynie, by zagrać Alfonsa van Wordena w Rękopisie znalezionym w Saragossie Wojciecha Jerzego Hasa), podobnie zresztą jak strój Cybulskiego: wojskowa kurtka, dżinsy i chlebak. Mit Zbyszka był tak potężny, że jeszcze kilkakrotnie w karierze grywał znanego aktora, poniekąd siebie jako ikonę.
Choć Zbigniew Cybulski starał się grać role różnorodne (wielka kreacja w filmie Hasa sąsiadowała z nieco lżejszą rolą w komedii Giuseppe w Warszawie), żadna z kolejnych nie miała takiego znaczenia i ciężaru jak ta reprezentująca polskie lost generation. Zdaje się zresztą, że Cybulski tyle oddał Maćkowi Chełmickiemu, ile Maciek Chełmicki dał jemu.
Zarówno Pociąg Kawalerowicza, jak przede wszystkim Do widzenia, do jutra Morgensterna umocniły obraz Zbigniewa Cybulskiego jako aktora wszechstronnego, mogącego zagrać każdą rolę. Zresztą film Morgensterna wzmocnił wizerunek kruchego chłopca, którego chciała przytulić cała żeńska część widowni widząca siebie w jednym z licznych romansów aktora (a może i w nowej wielkiej miłości zwieńczonej małżeństwem, jak to z koleżanką z gdańskiego kabaretu Bim-Bom).
Zbigniew Cybulski stał być może u progu wielkiej międzynarodowej kariery. Miał występować w Tramwaju zwanym pożądaniem w Stanach Zjednoczonych, zagrać w filmie z Marleną Dietrich. Skok do jadącego pociągu był jego znanym w środowisku numerem popisowym, ogranym w kilku filmach, w których występował. Figurą Cybulskiego jest również główny bohater Przypadku Krzysztofa Kieślowskiego. Jednak nawet kreacja wszechstronnego wówczas Bogusława Lindy, postaci także dla polskiej kinematografii mitycznej, nie osiągnęła poziomu legendy. Zbigniew Cybulski, wszechstronny, pracowity i pożądany, splótł się z przepotężnym w Polsce mitem Armii Krajowej. Trudno to przebić.
10
stycznia
1976
nowelizacja konstytucji PRL
Łatwiej powiedzieć, czym nie był socjalizm w PRL-u, niż czym był. Pojałtańska Polska prześladowała socjalistów, najlepszym przykładem jest zamęczony w stalinowskim więzieniu Kazimierz Pużak. Socjalizm w PRL był eufemistyczną nazwą komunizmu, z drugiej jednak strony nie był to na pewno komunizm wojenny. Socjalizm krajów demokracji ludowej był więc miękką formą komunizmu, całkowicie scentralizowanym systemem nakazowo-rozdzielczym, w którym całość środków produkcji, by rzec po marksistowsku, znajdowała się w rękach państwa.
Socjalizm to nie był tylko system gospodarczy, wiązało się z nim wiele pojęć, na przykład „socjalistyczne współzawodnictwo pracy”, czyli praca ponad siły w imię niejasnych zasad ustrojowych. Była też „socjalistyczna moralność”, pojęcie dość mgliste, sprowadzające się głównie do tego, żeby Kalina Jędrusik, znana aktorka i piosenkarka, ówczesna seksbomba, zbytnio się nie obnażała. Równie ważny był „socjalistyczny realizm”, czyli centralnie określony, triumfalny komunistyczny monumentalizm narzucony w Polsce po 1947 roku (sztuka miała być „realistyczna w formie, socjalistyczna w treści”). Socjalizm to także jednak „socjalistyczna ojczyzna” i „praca socjalistyczna”, która miała swoich bohaterów, a przede wszystkim to „państwa socjalistyczne”, czyli te pozostające w orbicie wpływów ZSRR. Socjalizm był wszechobecnym pojęciem wytrychem, terminem obowiązującym w każdej dziedzinie życia. Przeciwników określano mianem „elementu antysocjalistycznego” albo oskarżano o chęć zmiany ustroju (socjalistycznego, wiadomo). Oskarżenia te miały coś z ekskomuniki, były najsilniejszym z zaklęć używanych przez władze. Dlatego obywatele domagający się wolności nakładali sobie kaganiec autocenzury, wznosząc hasła w rodzaju „socjalizm tak – wypaczenia nie”, lub domagając się „socjalizmu z ludzką twarzą” zamiast po prostu wolności. „Socjalizm z ludzką twarzą” zresztą w tamtych warunkach sam w sobie był oksymoronem, ponieważ ów socjalizm, jako się rzekło, nie był socjalizmem. A jednak nie mówiło się o komunizmie. Choć sowiecka partia była „komunistyczna” (Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego – taka nazwa obowiązywała w Polsce), to rewolucja październikowa była wprawdzie „wielka”, ale już „socjalistyczna”, podobnie jak republiki ZSRR. Był Komintern i Komsomoł, i Pik Kommunizma, ale w Polsce działało Socjalistyczne Zrzeszenie Studentów Polskich i chętnie przywoływano „socjalistyczną ojczyznę ”, jak wyżej. Komunizm w ówczesnym języku oznaczał minione czasy stalinizmu, okres błędów i wypaczeń. W PRL-u socjalizm miał być wspólną płaszczyzną, na której wszyscy Polacy mogli się spotkać. W tym semantycznym zamieszaniu bojowiec Józef Piłsudski, więzień Łubianki Władysław Broniewski czy syberyjski zesłaniec Aleksander Wat byli socjalistami, tak samo jak Władysław Gomułka.
Socjalizm to także bezpłatna edukacja, opieka medyczna, a nawet bezpłatne mieszkania, które się „dostawało”. Żadna z tych zdobyczy socjalizmu nie funkcjonowała jednak należycie. Edukacja była narzędziem indoktrynacji. PRL-owska szkoła nie goniła za jakością. Jak w wielu dziedzinach gospodarki socjalistycznej tak i tu wyższą jakość wykształcenia zawdzięczało się przede wszystkim dobrej woli i przyzwoitości (już wówczas źle opłacanych) nauczycieli. Niewydolny system opieki medycznej, którego do dziś nie udało się wybić z ugruntowanego wówczas paradygmatu, czy nieudany eksperyment z darmowymi mieszkaniami – od ich dystrybucji począwszy („Ja w 97 miałem mieszkanie dostać!” – wykrzykuje z żalem bohater Seksmisji Juliusza Machulskiego), na architekturze skończywszy, dowodzą kompromitacji ówczesnej PRL-owskiej, czy szerzej – sowieckiej wersji socjalizmu. A jednak bezpłatne szkolnictwo wyższe istotnie było bezpłatne, bezpłatna była opieka medyczna, choć niedostępna dla każdego potrzebującego, i choć wszyscy zrzucali się na niewydolne ubezpieczenia społeczne, pozwalano szczęśliwcom korzystać z nawet najbardziej skomplikowanych operacji.
Irytująca niewydolność rozwiązań systemowych wprowadzanych po 1989 roku każe czasem spoglądać z nostalgią wstecz („kiedyś było lepiej”). Istotą realnego socjalizmu była pozorna równość przy zupełnie prawdziwym braku wyboru. „Bezpłatny”, wspólny i równościowy PRL to jeden z najstaranniej ugruntowanych (i perfidnych) mitów tamtej epoki, którego długie trwanie zadziwia. „Wujku, / co wy robicie tu, / wszyscy wujkowie duzi?/ Co? / Socjalizm: / swobodny trud / swobodnie / zrzeszonych ludzi” – wyjaśniał Włodzimierz Majakowski, uczciwie stwierdzając wcześniej, że „Roboty tej / nie odrobić w mig, / nie zarobić / przy niej / kopiejek”. Mit lepszej przyszłości, szczęścia przyszłych pokoleń i wspólnego trudu czynił z socjalizmu obiekt kultu religijnego. W socjalizm trzeba było „wierzyć”, „bronić” go, „budować”, dążyć do niego, nigdy go nie osiągając. „Socjalizmu nie można zadekretować. Rodzi się on i rodzić się może tylko w wolnym działaniu wolnych ludzi” – pisał na poły mistycznie w odważnym liście do Edwarda Gierka profesor Edward Lipiński. PRL nie znał i z oczywistych względów nie chciał znać socjalizmu niemarksowskiego, lecz i ten był zakorzeniony w jakiejś niesprecyzowanej przyszłości.
Konstytucja PRL w słynnej noweli z 1976 roku zmieniała pierwszy punkt z brzmienia „Polska Rzeczpospolita Ludowa jest państwem demokracji ludowej” na „Polska Rzeczpospolita Ludowa jest państwem socjalistycznym”, a „ochrona i rozwijanie socjalistycznych zdobyczy” oraz „urzeczywistnianie i rozwijanie demokracji socjalistycznej” były zapisane niewiele niżej. Na przymiotnik „socjalistyczny” wpadało się na każdym kroku, był on z jednej strony znaczeniowo nieokreślony, z drugiej – przeciwnie – pełen znaczeń, których można się było tylko domyślać lub je wyczuwać. „Czym różni się demokracja od demokracji socjalistycznej? – pytano. – Tym, czym krzesło do krzesła elektrycznego”. I wszystko było jasne.
17
stycznia
1945
wyzwolenie Warszawy
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
© Wydawnictwo WAM, 2025
© Łukasz Modelski, 2025
Opieka redakcyjna: Artur Wiśniewski
Redakcja: Anna Kopeć-Śledzikowska
Korekta: Magdalena Koch
Projekt okładki i makiety: Karolina Korbut
Fot. na pierwszej stronie okładki: Andrzej Rybczyński
Źródła i autorzy fotografii zamieszczonych w książce:
Narodowe Archiwum Cyfrowe
fot. Grażyna Rutkowska/Narodowe Archiwum Cyfrowe
fot. Lech Zielaskowski/Narodowe Archiwum Cyfrowe
fot. Zbyszko Siemaszko/Narodowe Archiwum Cyfrowe
PAP/Jan Morek
ISBN 978-83-277-4470-8
MANDO
ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków
tel. 12 62 93 200
www.mando.pl
DZIAŁ HANDLOWY
tel. 12 62 93 254-255
e-mail: [email protected]
Opracowanie ebooka: Katarzyna Rek