Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Ikona popkultury, seksbomba, modelka, aktorka wszechczasów. Zarazem osoba, która większość swego dzieciństwa spędziła w sierocińcach i rodzinach zastępczych. Gdy miała osiem lat, padła ofiarą molestowania seksualnego. Była nieśmiała, jąkała się i nic nie zwiastowało, że ta skromna dziewczyna spełni swoje największe marzenie o byciu gwiazdą filmową.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 279
Widzę obiekt moich marzeń. Rozpościera się nade mną niczym krajobraz czegoś, co jest w oddali tak dalekiej, że nigdy tego nie sięgnę.
Mam jedenaście lat. Stoję na dachu sierocińca i patrzę na wytwórnię filmową. Myślę nad tym, co będzie w przyszłości. Chcę zdobyć świat. Chcę zostać kimś. Mam dość bycia samotną, niechcianą, brzydką dziewczyną, której nikt nie chce i nie pamięta.
Może i nie zasługuję na miłość. Na szczęście. Los już wiele razy pokazał mi, że to, co jest dla mnie dobre, trwa sekundę. A potem nadchodzą minuty, godziny, dni i tygodnie rozpaczy. Głuchej pustki.
Mam jedenaście lat. W mojej głowie nie ma myśli związanych z zabawą, beztroską. Myślę tylko o tym, jak podbić Hollywood. Jak udowodnić wszystkim, że coś znaczę, że nie zasługuje na to wszystko, co mi przynosi los.
Może i ostatecznie okaże się, że jestem skazana na samotność i cierpienie. Ale ja się nie poddam. Będę robić wszystko, by o mnie usłyszeli. Będę robić wszystko, by sekundy mojej radości trwały długo… A może i wiecznie?
Kiedyś o mnie usłyszycie.
Obiecuję.
Norma Jeane Mortenson(znana jako Marilyn Monroe)Los Angeles, 1937 rok
Ostatnia prośba Marilyn
Jest piękny lipcowy dzień 1962 roku. Widzę moją przyjaciółkę z uśmiechem na ustach, witającą mnie po długiej podróży. Jest piękna. Zmieniła się, widać na jej twarzy ból i troskę, ale nadal jest piękna. Trochę schudła, ma poszarzałą cerę, nie ma makijażu i nowej fryzury. Wygląda tak niewinnie i krucho. Tak za nią tęskniłam.
Musiałam przyjechać do niej, bo wiem, że ostatnio ma gorszy czas. Jest załamana. Chciałam ją wesprzeć, a w czasie rozmowy telefonicznej nie zawsze jest to możliwe. Na odległość łatwiej jest oszukiwać, udawać. W bezpośredniej rozmowie jest to trudniejsze. A że miałam akurat kilka dni wolnego od pracy… Żal byłoby nie skorzystać. Marilyn na początku nie była zbyt entuzjastyczna, ale ostatecznie zgodziła się i widzę, że naprawdę cieszy się na mój widok.
– Jak dobrze cię widzieć, Normo1!
– Dobrze, że jesteś. Dam ci coś zaraz, ale nie pytaj na razie o nic.
Marilyn zaczyna od konkretów, nie czeka, aż się rozgoszczę.
– Mam przeczucie, że zdarzy się coś złego. Dlatego masz ten dyktafon. Nagrywaj wszystko w czasie naszych rozmów, a potem to spisz i ukaż światu, gdy nadejdzie odpowiedni moment. Wiesz, jak lubię pisać wiersze, wspomnienia… Ale ostatnio czuję, że mnie to wszystko przerasta… Nie mogę skupić myśli, zebrać się w sobie. Ciężko mi to idzie… Pomyślałam więc, że opowiem ci historię mojego życia. Chcę, żeby świat ją poznał w mojej wersji.
– Zupełnie mnie zaskoczyłaś. Dlaczego? Nic z tego nie rozumiem, mam mętlik w głowie… Marilyn, jesteś pewna?
– Nie wiem, dlaczego… Czuję, że muszę zrobić podsumowanie. Muszę powiedzieć prawdę. Świat musi ją poznać. Wiesz, ostatnio często bywam w szpitalu. Zwolnili mnie z pracy… Ludzie gadają. To wszystko mnie boli. Gadają, a nie wiedzą, jak jest. Nie znają mnie! To musi się zmienić. Ja mam dość tego, że nikt mnie nie rozumie!
– Ale dlaczego ja?!
– Jesteś moją przyjaciółką, Mario. Tobie mogę powierzyć to, co mam w sercu. Nie wstydzę się. Chciałabym, żeby świat dowiedział się o mnie wszystkiego, a nie tylko tego, co jest sensacyjne. Chcę, żeby poznali nie tylko Marilyn Monroe, ale również Normę. Mario, czas przestać udawać. Mam dość udawania, że jest dobrze. Jestem sama. Zawsze w głębi duszy taka byłam. Proszę cię, nie odmawiaj mi…
Nie mogłam jej odmówić. Marilyn to cudowna osoba. Może czasami zbyt emocjonalna i kapryśna, ale ma złote serce. Bardzo boi się samotności i odrzucenia, a jej kariera pokazuje, jaka jest pracowita i ambitna. Należy pokazać jej prawdziwą twarz. I ja to zrobię. Myśląc, że znacie ją z ekranu, bardzo się mylicie…
Samotna od urodzenia
#porzucona przez matkę, #zagadka ojcostwa Marilyn Monroe, #smutne dzieciństwo Marilyn, #jedenaście rodzin adopcyjnych, #przyjaciel Tippy i jego tragiczna śmierć, #matka Marilyn ląduje w szpitalu psychiatrycznym, #pobyt Marilyn w sierocińcu, #jak zaczęła się miłość Monroe do wielkiego ekranu, #Norma jąkała!
Marilyn obudziła się dzisiaj w wyjątkowo dobrym nastroju. Była uśmiechnięta, a kiedy mnie zobaczyła, puściła do mnie oczko. Zjadła porządne śniadanie, była miła dla swojej gosposi. Nie mówiła nic o zwolnieniu w studiu, którym ostatnio żyła. Jakby nic się nie stało. Zaczęłam zastanawiać się, czy może zażyła coś, by polepszyć sobie nastrój, albo czy piła o świcie szampana… A może… Czyżby to była moja zasługa? Czyżby moja kochana Marilyn po prostu tak cieszyła się z tego, że ją odwiedziłam?
Moja obecność przy jej boku jest dla niej z pewnością bardzo ważna, szczególnie teraz, gdy przechodzi złe chwile, a na jej twarzy można zwykle dostrzec jeszcze więcej smutku niż dotychczas. Marilyn jest bardzo wrażliwa, lecz często udaje twardą. Trudno ją rozgryźć, nigdy nie mam pewności, czy na pewno jest dobrze, czy tylko chce mi to wmówić. Martwię się o nią, dlatego ucieszyłam się, kiedy zaproponowała mi spacer. Kazała mi zabrać dyktafon. Zdziwiłam się, zatem Marilyn nie żartowała poprzedniego dnia…
– O, tu jesteś! Mario, pośpiesz się! Zaraz ucieknie nam ta piękna pogoda!
Przyjaciółka wołała do mnie, machając ręką na powitanie.
– Już pędzę! Ależ ty jesteś niecierpliwa!
Marilyn objęła mnie w pasie, chichocząc. Szybko wsiadłyśmy do forda i pojechałyśmy za miasto w jedno z ulubionych miejsc Marilyn. Bliskość jeziora, lasy, to wszystko było tak urokliwe, że nie dziwię się, że lubi ona wypady właśnie tutaj. Zapatrzona w krajobraz aż podskoczyłam, kiedy moja przyjaciółka zwróciła się do mnie:
– Ładnie tu, prawda? Pomyślałam, że to idealne miejsce na to, by zacząć.
– Zacząć?
– Oj, już daj spokój. Niektórzy uważają, że jestem infantylna, ale widzę, że ty też jesteś niezła! Nie udawaj, że nie wiesz, o co chodzi, tylko włączaj ten cholerny dyktafon.
– Ale mi tak niezręcznie. Mam cię przepytywać jak policjant?
– Albo jak najlepsza dziennikarka. Nie rób mi tego, błagam cię. Wiesz, jak mnie to dręczy? Wiesz, jak bardzo mnie to dotyka, gdy słyszę kolejne plotki na mój temat?! Ludzie tak łatwo oceniają, nie znając, ba, nawet nie chcąc znać prawdy. Sensacyjne, negatywne ploteczki są takie chodliwe… A ja zaraz oszaleję! Muszę sama opowiedzieć, jak było. Mam dość tych historii wyssanych z palca!
– Dobrze. Masz rację. Pamiętaj, jestem tu i będę zawsze. Będę cię wspierać. Jeśli więc taka twoja decyzja, to zrobię to najlepiej jak umiem, Marilyn.
– Dzisiaj nie jestem Marilyn. Dziś rozmawiasz z Normą.
– Normo, zatem o co powinnam cię najpierw zapytać? Od czego chcesz zacząć?
– Od początku, kochanie. Tam wszystko się zaczęło. Zacznijmy od początku…
Marilyn miała łzy w oczach. Natychmiast objęłam ją, włączyłam dyktafon i powolnym krokiem zaczęłyśmy iść przed siebie. Ścisnęłam ją mocniej, dając znak, że jestem gotowa i Marilyn może w końcu to wszystko z siebie wyrzucić. Zauważyłam, że wzięła ukradkiem tabletkę, którą miała w kieszeni. Pewnie to był lek na uspokojenie. Przez te wszystkie lata nosiła ogromny ciężar w sobie, czas, by zdjęła ten balast. Jeśli ma jej to pomóc, zrobię wszystko co w mojej mocy, by tak się stało.
– Pierwszego czerwca 1926 roku…
Marilyn wyszepnęła, wypuszczając z płuc ciężki oddech.
– To dzień twoich urodzin.
– I wtedy to się wszystko zaczęło. Moja matka Gladys urodziła mnie tego dnia w szpitalu w Los Angeles, na oddziale dla biednych osób. Kiedy wydała mnie na świat, miała już dwójkę dzieci z pierwszego małżeństwa z panem Bakerem. Ale nie zajmowała się nimi. Dzieci mieszkały z rodziną byłego męża.
– Twoja matka miała z nimi dobry kontakt?
– Tak szczerze to nie wiem, ale mogę się domyślać, że niezbyt. Trochę mnie to zawsze dziwiło, w końcu je urodziła i wydawałoby się, że powinna dążyć do nawiązania z nimi dobrych relacji. Matka jednak była chwilami dość… beztroska.
– Ile miała lat, kiedy cię urodziła?
– Dwadzieścia cztery. Miała wtedy na koncie jedno małżeństwo, dwójkę dzieci, rozwód, drugie małżeństwo i drugi rozwód. Nie wiem, czy wiesz, ale nie miała pieniędzy na mój poród. Koledzy z pracy musieli złożyć się, by mogła mnie urodzić. To jeszcze nic. Oddała mnie do adopcji. Dwa tygodnie po porodzie. I to chyba najlepiej pokazuje, jaki matka miała stosunek do życia, do mnie, do dzieci…
– Masz do niej żal?
– A dziwisz się? Zostawiła mnie, kiedy najbardziej jej potrzebowałam. Kiedy jako maleńkie dziecko chciałam poczuć jej zapach, usłyszeć bicie serca… A ona była niewzruszona.
– Byłaś samotna od narodzin…
– I tak pozostało w dużej mierze do dziś…
– A co z twoim ojcem?
– Tu też sprawa jest pogmatwana. Do szesnastego roku życia myślałam, że moim ojcem jest pierwszy mąż mojej matki o nazwisku Baker. Tak miałam napisane w metryce chrztu. Ale nagle okazało się, że mój ojciec to inny mężczyzna o nazwisku Mortensen. Takie nazwisko widniało w moim akcie urodzenia.
– Jak to?!
– Zapytaj mojej matki. Ona nie chciała w ogóle rozmawiać ze mną na ten temat, ale w moich dokumentach jest napisane, że moim ojcem jest Martin Edward Mortensen, z którym przez parę miesięcy miała romans zakończony ślubem i szybkim rozwodem w 1928 roku. Mortensen był piekarzem i zostawił ją rok przed moimi narodzinami. Ja z kolei długo byłam przekonana, że moim ojcem jest jej pierwszy mąż. Ale dokumenty pokazują co innego.
– Co Gladys mówiła na temat twojego ojca?
– Właściwie nic. Kiedyś powiedziała, że kochanków miała wielu, więc nie wie, kto jest moim ojcem. Na tym temat urwała i nie chciała do niego wracać.
– Spotkaliście się kiedyś z ojcem, to znaczy z tym, którego uważałaś za ojca?
– Ale kto miał się spotkać?
– Ty z tym Mortensenem!
– A coś ty! Nawet gdybym chciała, to nie miałam jak… W dokumentach nie ma jego adresu. Wyobrażasz to sobie? Moja matka nie podała go. Myślę, że po prostu nie wiedziała, gdzie go szukać…, sama widzisz. Tak, moja matka nie była zainteresowana tym, jak się wychowam bez ojca. Nie dała mi szansy go poznać. Czasami mam wrażenie, że mogła tam wpisać nazwisko znanego aktora i wyszłoby na to samo. Nie wiem, dlaczego tak zrobiła… Zdradzę ci coś jeszcze.
– Co takiego?
– Jakiś czas temu miałam nawet pewne podejrzenia, że moim ojcem nie jest ani Mortensen, ani Baker, tylko Stanley Gifford, czyli kolega z pracy mamy.
– Dlaczego?
– Bo dowiedziałam się, że mieszkał on z moją matką po drugim rozwodzie i zostawił ją przed moimi narodzinami. Matka też kiedyś pokazała mi jego zdjęcie i powiedziała, że to jest mój ojciec. Pamiętam, że był on przystojny i wyglądał jak Clark Gable2. Powiem tak, nie wiem, kto jest moim ojcem i nie mam pewności, czy moja matka wie… Ale ta wersja z Gable’em mi pasowała, dlatego niekiedy żartowałam, że moim ojcem jest Clark Gable. Ale przyjmijmy w tej rozmowie, że moim ojcem jest Martin Edward Mortensen, skoro tak wynika z mojego aktu urodzenia.
– Czym zajmowali się twoi rodzice?
– Moja matka pracowała w laboratorium filmowym i zajmowała się montażem, a ojciec… sama nie wiem. Jak mówiłam, nie poznałam go nigdy. Z tego, co wiem, to Mortensen zginął, gdy miałam trzy lata3 w jakimś wypadku motocyklowym.
– A rodzeństwo?
– Niestety nie poznałam też mojego przyrodniego rodzeństwa. Wiem, że je mam i to tyle. Nie widzieliśmy się nigdy.
– Skąd to rodzeństwo? To dzieci ze związku Gladys z panem Bakerem?
– Dokładnie. Wiem, że mieli dwójkę dzieci. Wiem też, że moja matka po rozwodzie nie bardzo o nie zabiegała i kiedy sąd przyznał opiekę nad nimi Bakerowi, to była zadowolona. Mogła dalej się bawić i żyć swoim życiem. Znalazła pracę w Hollywood, w laboratorium filmowym. Poznała też tam ciotkę Grace, z którą zamieszkała i z którą odnalazła wspólny język – obie lubiły tak samo zabawę i randkowanie.
– Marilyn, tak mi ciebie żal. Miałaś rodzinę, a jednocześnie jej nie miałaś…
– Mówiłam ci, byłam skazana na samotność od początku. Nie mam szans z takim przeznaczeniem…
Marilyn głęboko westchnęła.
– Masz mnie!
– Całe szczęście! Wiesz, strasznie trudno się żyje, nie wiedząc nawet, jak wyglądał twój ojciec…
– Wyobrażam sobie, od zawsze mówiłaś mi, że od urodzenia byłaś samotna…
– Tak czuję.
Przypuszczalnie byłam pomyłką. Moja matka nie chciała mnie. Prawdopodobnie stanęłam jej na drodze, i to, że w ogóle istniałam, było dla niej hańbą.
Christa Maerker, Marilyn Monroe i Arthur Miller, Kraków 1998, s. 86.
– A co z dziadkami?
– Moi dziadkowie to Otis Elmer Monroe i Della May Hogan. Mówię tylko o dziadkach ze strony matki, bo wiesz, jak to z ojcem jest… Wracając do tematu. Otis Monroe zmarł młodo, chorował na kiłę i przed śmiercią nie było z nim kontaktu. Della po jego śmierci szukała miłości, jednak nie znalazła jej. Miała kochanków, często pijaków. Moja matka Gladys podobno była do niej bardzo podobna. Na pewno z babką miała wspólne to, że miała wielu kochanków. Lubiły się zabawić, korzystać z życia. Wiele osób twierdziło, że były lekkomyślne i beztroskie.
– Ta beztroska nie pomagała w wychowywaniu dziecka…
– Jak już wspomniałam, matka oddała mnie do adopcji, kiedy miałam dwa tygodnie. Oddała mnie, bo musiała wrócić do pracy, do wytwórni. Moja babka Della popierała ten pomysł. Nie byłam im chyba potrzebna w życiu…
– A do tego na jednej rodzinie adopcyjnej się nie skończyło…
– To prawda. Wychowywało mnie jedenaście rodzin adopcyjnych. Byłam też w sierocińcu… Ale od początku. Moja pierwsza rodzina zastępcza mieszkała poza Los Angeles. Mieszkałam u nich dość długo, bo około siedem lat. To znaczy pamiętam, że miałam siedem lat, gdy opuściłam ich dom. Szmat czasu…
– I jak wspominasz ten czas u pierwszej rodziny zastępczej?
– Niezbyt dobrze…
Marilyn posmutniała, widać było, że ten temat wciąż jest dla niej żywy.
– Nie mogłam u nich zachowywać się jak dziecko i bawić się beztrosko, śpiewać, tańczyć. Mogłam jedynie nucić psalmy. Życie u Bolenderów toczyło się przewidywalnie, według powtarzającego się schematu dnia, a więc nudno, wszystko było podporządkowane życiu religijnemu. Miałam dużo obowiązków w domu, na szczęście polubiłam w miarę mycie naczyń i zabawę z pianą. Rodzice byli bardzo surowi, stanowczy. Byli też bardzo pobożni. Nawet chodzenie do kina uznawali za coś grzesznego, według nich cały ten show-biznes był jaskinią lwa, sodomą i gomorą, uosobieniem zła. Straszyli mnie, że jak pójdę do kina, to zginę w grzechu.
– Powiedziałaś, że byli surowi? Co to znaczy? Co robili?
– Pewnie się domyślasz… Na naganach słownych się nie kończyło. Bolenderowie bili mnie pasem, kiedy ich zdaniem zasłużyłam na karę. Byłam wtedy bardzo nieszczęśliwa. W tych chwilach płakałam w poduszkę i przeklinałam dzień swoich narodzin. Do tego nikt nie nazywał mnie córką, czułam się w tym domu jak obca. Nie przytulali mnie. Nie mogłam do pani Bolender mówić mamo, musiałam ją nazywać ciotką Idą, co udowadniało mi w każdej sekundzie życia, że jestem sama jak palec i nie mam nawet mamy. Każde dziecko powinno mieć mamę…Usłyszałam, że nie jesteśmy krewnymi, a ja tylko mieszkam z nimi. To jeszcze nie wszystko! Nie dostawałam prezentów przy różnych okazjach, mimo że dzieci biologiczne moich adopcyjnych rodziców takowe dostawały… Jako dziecko byłam taka samotna i nieszczęśliwa. Nie miałam ani trochę radości. Czułam żal do matki, że mnie oddała w takie ręce. Żal do ojca, że mnie zostawił. Chciałam uciec, ale nie miałam gdzie.
Kiedy byłam małą dziewczynką, nikt nigdy nie powiedział mi, że jestem ładna. Wszystkim małym dziewczynkom powinno się mówić, że są ładne, nawet gdyby nie były. (…)
Nikt nigdy nie nazwał mnie córką. Nikt nie całował. Oni mieli własne dzieci i na Boże Narodzenie była tam wielka choinka i wszystkie dzieci w domu dostawały prezenty, tylko nie ja. Jedno z tych dzieci dało mi pomarańczę. Pamiętam to Boże Narodzenie, jadłam tę pomarańczę zupełnie sama.
Krzysztof Żywczak, Marilyn Monroe. Życie bez happy endu, Warszawa 2014, s. 6 i 8.
– Jak sobie radziłaś w domu Bolenderów?
– Najprościej jak się da, czyli w głowie wymyśliłam sobie świat, w którym chciałabym żyć. Tworzyłam różne scenariusze, w których jestem szczęśliwa i kochana, a potem udawałam, że to nie jest fikcja. Żyłam w swoim świecie. Do dziś czasami wymyślam różne historie i mówię komuś, że tak było, takie kłamstwo pozwala mi zatuszować to, co na przykład jest bolesne. Niestety czasami w nocy budziłam się z płaczem, albo nie mogłam wcale spać. Już od wczesnego dzieciństwa miałam problem z bezsennością…
– Od wieku dziecięcego żyłaś światem filmu, takiego filmu, który jako mała dziewczynka, sama sobie wymyśliłaś…
– Dobrze powiedziane, Mario. Musiałam gdzieś uciec, gdzieś, gdzie byłam sobą. Tylko to mi przyszło do głowy. A, zapomniałabym! Przez moment miałam jednak przyjaciela o imieniu Tippy. Byłam już starsza, miałam około sześciu, siedmiu lat.
– Kto to taki?
– Kiedyś znalazłam na ulicy małego pieska. Nazwałam go Tippy. Bałam się, że Bolenderowie zabronią mi go przynieść do domu, ale na szczęście – co mnie zdziwiło – zgodzili się, jeśli oni nie będą mieli tego psa na głowie. Obiecałam im, że to ja będę się nim opiekować. Postanowiłam, że zostaniemy przyjaciółmi. Tippy był szczęśliwy, bo naprawdę pokochał mnie z wzajemnością. Jak gdzieś szłam, to szedł za mną i czekał na mnie, aż wrócę. Szybko się do mnie przywiązał. Jednak pewnego dnia Tippy strasznie szczekał. Ku mojej rozpaczy sąsiad zastrzelił4 go wtedy, bo mu przeszkadzał. Nie pytaj, ale byłam wtedy tak załamana, że myślałam, że świat się skończy. To była wielka trauma dla małej dziewczynki.
– Czy w czasie, kiedy mieszkałaś u Bolenderów, miałaś kontakt ze swoją rodziną?
– Matka odwiedzała mnie. Nieczęsto, ale czasami to robiła.
Marilyn zamilkła na moment, zwiesiła głowę i kontynuowała.
– Dobrze, prawdę mówiąc, matka bardzo rzadko mnie odwiedzała. Myślę, że byłam jej obojętna, nie interesowała się mną i moim życiem, problemami. Ja zaś wyczekiwałam tych momentów, ale były one niezręczne. W sumie nie miałam z matką żadnej więzi. Chwilami czułam, że jest obcym człowiekiem. Jako dziecko byłam wystraszona, zachowywałam dystans. Ale pamiętam, że ona też. Nigdy nie uśmiechnęła się do mnie, nie przytuliła mnie… A ja o tym marzyłam… Matka nie okazała mi czułości. Znowu czułam się odtrącona, a może i nawet niechciana? Zastanawiałam się, czy Gladys odwiedzała mnie, bo tak wypadało, bo nie mogłam dostrzec na jej twarzy żadnej ekscytacji moją osobą.
– Ale rozmawiała z tobą? Była ciekawa tego, jak żyjesz, jak się czujesz?
– Nasze kontakty były marne. Rozmowa nie kleiła się.
– Gladys chciała cię odzyskać?
– Nie wiem, czy chciała. Domyślam się, że chyba wolała, bym nie mieszkała z nią. Takie odniosłam wrażenie również kiedy przez krótki czas zamieszkałam z nią w Hollywood, gdy miałam siedem lat. To było zaraz po śmierci Tippiego. Wiem, że pani Bolender wtedy sprowadziła moją matkę, by zabrała mnie od nich. Matka nie miała wyjścia i wzięła mnie od nich.
– I jaka była wtedy matka? Jak ją zapamiętałaś?
– Była dalej lekkomyślna, ale nie znałam jej dobrze, bo przecież nie miałyśmy kontaktu… Ona już wtedy zachowywała się dość dziwnie. Jako dziecko tego nie rozumiałam, momentami się jej bałam.
– Mówisz jej o chorobie?
– Nie wiem, czy już wtedy miała schizofrenię. Ale wiem, że długo przed tym, gdy trafiła do szpitala psychiatrycznego, miała ataki agresji. Były momenty, kiedy była nieszczęśliwa, płakała całymi dniami, miała depresję. Potem budziła się pewnego dnia i jak gdyby nigdy nic skakała z radości z byle powodu. Łatwo się także denerwowała. Była też bardzo religijna, uznawała, że Bóg ją ciągle karze.
– Jak to się stało, że trafiła do szpitala psychiatrycznego?
– Zaatakowała swoją koleżankę nożem. W styczniu 1934 roku, a więc gdy miałam siedem lat, uznano ją za niepoczytalną. Została umieszczona w szpitalu psychiatrycznym w Los Angeles. Powiedzieli mi, że jest chora na schizofrenię paranoidalną. To straszna choroba. Od tego czasu nasz kontakt był sporadyczny. Prawdę mówiąc, bałam się, że choroba mojej matki jest dziedziczna, że to samo przytrafi się i mnie. Tym bardziej, że nie tylko w mojej rodzinie matka była chora.
– Co masz na myśli?
– Moja babka w chwili śmierci znajdowała się w ośrodku dla obłąkanych, miała psychozę. Kiedyś babka nawet próbowała mnie udusić poduszką…
– Kiedy?!
– Miałam wtedy coś około roku.
– Niemożliwe, że to pamiętasz…
– Oj, Mario. Nie musisz mi wierzyć, ale takie wspomnienie mam w głowie. Pamiętam, że babka mówiła, że uśpi mnie, ale na wieki. Że nie będę już płakać ani nikomu przeszkadzać.
– To straszne. Lepiej wróćmy więc do czasów, kiedy miałaś siedem lat i zamieszkałaś z matką. I jak ci się żyło z Gladys?
– Muszę przyznać, że na początku odczułam ulgę, czując zmianę w wychowaniu. Bolenderowie trzymali mnie krótko. A u matki? W sumie robiłam, co chciałam, więc często zwiedzałam na przykład Hollywood. Na szczęście matka uwielbiała kino, pracowała w tej branży, dlatego mogłam oglądać filmy. Z chęcią chodziłam do kina, kiedy mogłam. Jednakże nie zawsze było kolorowo. Widziałam, jak matka się bawi z ciotką Grace, z którą nadal mieszkała. Piły alkohol, rozmawiały o romansach. W domu często były potańcówki, na które przychodzili obcy ludzie, mężczyźni. Wtedy bałam się, że coś się stanie. Było głośno, czasami słyszałam jakieś tłuczenia, dziwne odgłosy, krzyki… Bolenderowie tak mnie kiedyś nastraszyli, że myślałam, że to jakieś odgłosy niemal jak z piekła, więc w tych chwilach modliłam się, płacząc ze strachu.
– Ile mieszkałaś u matki?
– Trwało to krótko, bo kilka miesięcy. Potem, jak już wiesz, matkę umieszczono w szpitalu.
– Co się stało z tobą, kiedy Gladys umieszczono w szpitalu psychiatrycznym?
– Jak mówiłam, miałam siedem lat. Zaopiekowała się mną przyjaciółka mamy, Grace McKee. Pamiętasz, to ta kobieta, z którą matka mieszkała w Hollywood. Grace, tak samo jak matka, uwielbiała kino, ale też i zabawę. Dużo opowiadała mi o aktorach, którzy byli dla niej wzorami, autorytetami. Zaraziła mnie miłością do aktorki Jean Harlow, która szybko stała się również moją idolką. Chciałam być jak ona. Poza tym Grace ciągle mówiła mi, że też mogę być aktorką i ciągle namawiała mnie do tego, bym nią została! Grace często zabierała mnie swojej do pracy w Hollywood, przedstawiała mnie tam jako przyszłą gwiazdę kina.
Normo Jeane, odwróć się i pokaż temu miłemu panu, jaką masz dużą kokardę z tyłu na sukience. A teraz przejdź tędy i odwróć się dookoła. Świetnie, teraz wróć tutaj… Och, a oto Ella, Normo Jeane! Poznałaś Ellę w zeszłym miesiącu. Powiedz jej jeszcze raz… ona pewnie już zapomniała, ale ty nie zapomniałaś! Powiedz Elli, kim chcesz być, kiedy dorośniesz. Powiedz „gwiazdą filmową”, kochanie! Powiedz jej, że będziesz gwiazdą filmową!.
Agata Łysakowska, Damy wielkiego ekranu. Gwiazdy Hollywood od Audrey Hepburn do Elizabeth Taylor, e-book, Promohistoria
– Ciotka Grace zaraziła cię miłością do kina już w dzieciństwie.
– Można tak powiedzieć, ona miała obsesję na punkcie filmu i właśnie Jean Harlow. W pewnym momencie Grace podjęła nawet kroki, by mnie zaadoptować. Do czasu dopełnienia formalności musiałam się przenieść do sierocińca. Niestety w tym czasie Grace zmieniła zdanie i plany co do mnie, bo się zakochała. Jej serce zaczęło bić dla kogoś innego. Dlatego we wrześniu 1935 roku, kiedy miałam dziewięć lat, trafiłam do sierocińca w Los Angeles, który opuściłam w wieku jedenastu lat.
– Pamiętasz ten dzień, kiedy dowiedziałaś się, że tam trafisz?
– Oczywiście. To się stało nagle, to nie było tak, że ja o tym wiedziałam z wyprzedzeniem. Pewnego dnia przyjechał samochód z logo placówki, a ja od razu wiedziałam, co się stanie. Domyśliłam się, że przyjechali po mnie. Wpadłam w histerię i panikę, zapomniałam, jak się oddycha. Pamiętam, że ze łzami w oczach przekonywałam się na głos, że nie jestem sierotą, że mam matkę, mam Grace. Za wszelką cenę nie chciałam tam się znaleźć.
– Dlaczego nagle musiałaś znaleźć się w sierocińcu?
– Jeden powód znasz. To kwestia Grace i tego, że nie była skłonna, by mnie zaadoptować. Poza tym nikt inny się do tego też nie kwapił – Bolenderowie czy jakaś dalsza moja rodzina. Nikt mnie nie chciał, byłam jak kula u nogi. Drugi powód dotyczył finansów. Moja matka, kiedy trafiła do szpitala psychiatrycznego, nie mogła pracować, więc nie zarabiała już i z biegiem czasu nie mogła opłacać mi pobytu u rodzin adopcyjnych. Poza tym miała długi. To wszystko spowodowało, że we wrześniu 1935 roku przeniesiono mnie do sierocińca – Children’s Aid Society Orphanage, mieszczącego się w Los Angeles, w pobliżu wytwórni filmowej, którą można było widzieć z okien.
– W sierocińcu spędziłaś trochę czasu. Jak tam było?
– Z jednej strony warunki były dobre, bo to był prywatny ośrodek. Pamiętam wielką salę, bibliotekę, pola gier, boiska. W środku, w jednym z salonów, znajdował się fortepian, na którym czasami grałam. Zostałam członkiem drużyny softballu i całkiem nieźle tam sobie radziłam. Szczególnie wspominam plac zabaw, który znajdował się na terenie sierocińca. Szczęśliwe chwile, beztroskie dziecięce śmiechy…
Marilyn zamyśliła się na moment.
– Nadal mam w głowie te odgłosy, udawaliśmy, że wiedziemy życie typowych dzieciaków. Ale tak nie było. Poza tym inne dzieci często śmiały się ze mnie, nazywały mnie wariatką. Wszyscy wiedzieli, że moja matka i babka były chore psychicznie oraz to, że moja rodzina mnie nie odwiedza. Wypominając to, inne dzieci pastwiły się nade mną. Byłam tam nowa, więc często starsze dzieci kazały mi sprzątać i przy tym mnie obrażały. Pewnie myślały, że nikt mnie nie obroni, że jestem sama, słaba i można nade mną mieć władzę. Nie nawiązałam w sierocińcu przyjaźni, wspominam ten czas jako walkę, pasmo smutku i łez. Już bez tych wyzwisk czułam się wystarczająco nieszczęśliwa – samotna i opuszczona.
– Wtedy zaczęłaś się jąkać?
– Myślę, że mogło to być już przed sierocińcem, ale owszem, w sierocińcu jąkałam się z nerwów i dzieci też krzyczały za mną „Norma jąkała, wariatka!”. Nie znosiłam także świąt, bo wtedy dzieci wyjeżdżały do krewnych, dostawały prezenty. A ja? Nawet nie chciałam na to liczyć…Pamiętam, że po takim trudnym dniu, kiedy zasypiałam już w łóżku, to pytałam się w modlitwie, dlaczego akurat mnie to spotyka i dlaczego jestem niekochana i opuszczona przez rodziców. Dzieci powinny być szczęśliwe. A ja nie byłam.
– Czy ktoś z sierocińca zauważył, że jesteś nieszczęśliwa?
– W 1936 roku, więc rok po tym jak tam się zjawiłam, wiem, że było jakieś zamieszanie w związku z moim samopoczuciem psychicznym. Wychowawcy widzieli, że płaczę zbyt często, nie radzę sobie, trzymam się na uboczu i jestem jakby cały czas zdenerwowana.
– I co? Otrzymałaś jakąś pomoc psychologiczną?
– Nie, wówczas psycholog dla dziecka to chyba było coś zbyt kosztownego lub zarezerwowanego do skrajnych przypadków. Wiem, że pojawił się też problem z pieniędzmi, że nie było środków na opłacenie jakiejś pomocy dla mnie. Matka w końcu nie zostawiła mi wiele… Ostatecznie zostałam ze swoimi problemami sama, mimo że stało się jasne, iż coś się dzieje ze mną nie tak…
Rodzice wszystkich dzieci w sierocińcu umarli. Ja miałam co najmniej jednego rodzica – matkę, ale ona mnie nie chciała. Zbyt się wstydziłam, aby próbować wyjaśnić to innym dzieciom. Szczęśliwa byłam tylko wtedy, gdy zabierano nas do kina.
Zuzanna Ducka-Lubas, Jak narodziła się Marilyn Monroe, „Nowy Dziennik”, 23.05.2014.
– Grace McKee odwiedzała cię w sierocińcu? Albo matka?
– Grace czasami mnie odwiedzała i nawet zabierała do kina. Temat Jean Harlow był dla niej wciąż żywy. Jednak Grace nie nosiła już nazwiska McKee, bo wyszła za mąż i przyjęła nazwisko Goddard. Jej wizyty były dla mnie zbawienne, czekałam na nie każdego dnia. Czas spędzony razem z nią spowodował, że stała się mi bliska. Doceniałam to, że nie zostawiła mnie, kiedy trafiłam do sierocińca. Przynosiła mi różne rzeczy, widziałam, że zależy jej, bym była zadowolona.
– Opuściłaś sierociniec w wieku jedenastu lat, czyli spędziłaś w nim dwa lata. Co się działo dalej?
– Opuściłam sierociniec w czerwcu 1937 roku. Każde dziecko w sierocińcu czeka na ten moment. To jeden z najważniejszych dni w życiu, oznaczający zmianę, nadzieję, ale też zazdrość i tragedię pozostałych, którzy pozostają w tym miejscu. Kiedy nastał mój szczęśliwy dzień, to skakałam z radości na myśl, że niedługo pożegnam się z tym, co było dla mnie tutaj bolesne. Byłam wtedy niepełnoletnia, więc musiałam być pod opieką rodziny zastępczej. Na początku miałam zamieszkać z Grace i jej nową rodziną. Pamiętam te chwile. Byłam pełna nadziei, bardzo podekscytowana. Czułam się wyjątkowo, jakbym dostała od życia nową szansę, nowy początek. Wmawiałam sobie, że najgorsze chwile mojego dzieciństwa mam za sobą.
– Długo mieszkałaś u Grace po opuszczeniu sierocińca?
– Mieszkałam u niej krótko. Miałam nieprzyjemne doświadczenia z jej mężem, Ervinem Sillimanem Goddardem. On był mną zainteresowany, chwilami chyba aż za bardzo…
– Co masz na myśli?
– Ech, nic konkretnego!
Marilyn speszyła się i zawstydziła.
– W każdym razie stało się jasne, że muszę zmienić dom. Najpierw Grace próbowała mnie ulokować gdzieś u krewnych. Na pierwszy ogień Grace zawiozła mnie do krewnych matki koło Los Angeles. Tam jednak nie byłam zbyt długo, gdyż miałam problemy z kuzynem.
– Jakie problemy?
– On mnie chyba za bardzo polubił i jego rodzina postanowiła, że lepiej będzie, jak wyjadę. Więc Grace znowu szukała mi innej rodziny… I tak to się zaczęło. Miałam może dwanaście lat i nie mogłam znaleźć miejsca na świecie. Kolejne miesiące i lata spędzałam u wielu rodzin adopcyjnych, łącznie było ich chyba jedenaście. Byłam nieszczęśliwa. Często mnie bito, nie miałam prawdziwych przyjaciół. Za zabawki często służyły mi śmieci, na przykład jakieś zużyte butelki, kartony. Starałam się być dzieckiem, ale los znacznie mi to utrudnił. Do tego często surowo mnie karano. U jednej z rodzin musiałam nawet obiecać, że nigdy nie będę pić alkoholu, palić czy przeklinać.
– Dla dziecka takie ciągłe przeprowadzki nie są zbyt dobre…
– To prawda. Teraz wiem, że w takiej sytuacji dziecko nie ma poczucia bezpieczeństwa, stałości, boi się odrzucenia, samotności. Ja jestem tego najlepszym przykładem. Codziennie budziłam się i myślałam, czy dziś pożegnam się z tym domem. Nie miałam siły do kogoś się mocno przywiązywać, bo wiedziałam, że to chwilowe, ale z drugiej strony pragnęłam miłości i rodziny. To się kłóciło, w moim sercu trwała wieczna walka: strach i tęsknota z ciepłem rodzinnym. Marzyłam o tym, że znajdę kiedyś prawdziwy dom na dłużej, że ktoś mnie pokocha. Ale życie pisało inny scenariusz… Nieustannie przenosiłam się do innego domu, zmieniałam pokoje, koleżanki, szkoły, nauczycieli… To było takie trudne! Ciągle jesteś nowa w otoczeniu, ludzie patrzą na ciebie jak na odludka, nie masz nikogo, komu ufasz. Jako dziecko byłam taka zagubiona, a strach, że ktoś mnie zrani, odrzuci czy opuści był ogromny.
– Czy wszystkie rodziny adopcyjne wspominasz tak samo smutno?
– Jedna rodzina Atkinsonów, para aktorów z Hollywood, zapadła mi w pamięci bardziej pozytywnie. To chyba u nich rozwinęła się moja ciekawość świata filmu. Pasjonowały mnie rozmowy o aktorach, uwielbiałam z nimi śpiewać, tańczyć. U nich oglądałam wiele filmów, chodziłam do kina. Poza tym dobrze też wspominam ciotkę Annę.
– Kto to taki?
– To była ciotka Grace, mieszkała w Los Angeles. Dokładnie to nazywała się Ana Lower. Zgodziła się mną zaopiekować przez jakiś czas. Ciotka Anna była już starszą, siwą panią i nie doczekała się własnych dzieci. Miała za to ogromny wpływ na moje życie. To było chodzące dobro. Kochałam ciotkę Annę bardzo i wiem, że ona mnie też. Wiele jej zawdzięczam. Ona wyprowadziła mnie z myślenia, że nie zasługuję na dobro. Wpoiła mi, ile jestem warta, podnosiła mnie na duchu. Dzięki niej jestem dzisiaj tu, gdzie jestem. Ona nauczyła mnie ciężkiej pracy i motywowała do spełniania swoich celów, marzeń. Przy niej rozwinęłam skrzydła i byłam sobą. Nie wstydziłam się przy niej płakać, śmiać się. Ciotka Anna była dla mnie wszystkim, a ja dla niej. Niestety, gdy miałam czternaście lat, ciotka zachorowała i Grace znowu musiała mi szukać nowego domu.
– Jak znosiłaś te wszystkie zmiany w swoim życiu? Jak znosiłaś to, że chyba z nikim nie miałaś wtedy szansy zbudować więzi, głębokiej relacji rodzice–dziecko?
– Wiesz, jaka jestem. W środku wrażliwa, na zewnątrz umiem udawać, że jest dobrze. I tak też robiłam jako dziecko. Nie narzekałam, nie chciałam pokazywać, że płaczę. Uśmiechałam się, kiedy trzeba. Ale rodziców mi brakowało. Trudno jest iść przez życie w pojedynkę, szczególnie jako dziecko. Wtedy uważałam, że tak musi być, bo nie zasługuję na miłość. Jakoś musiałam sobie wyjaśnić to, jak potoczyło się moje dzieciństwo.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Norma Jeane (lub Jean według odmiennej pisowni) Mortenson to prawdziwe imię i nazwisko Marilyn Monroe. [wróć]
2. Amerykański aktor. [wróć]
3. Według innych wersji Marilyn uważała, że jej ojciec zginął, gdy miała sześć miesięcy. W rzeczywistości zmarł dopiero w 1981 roku. [wróć]
4. Inna wersja mówi o tym, że Tippy został zabity łopatą. [wróć]