Spowiedź Marilyn Monroe - Anna Lerke - ebook + książka

Spowiedź Marilyn Monroe ebook

Lerke Anna

4,0
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Ikona popkultury, seksbomba, modelka, aktorka wszechczasów. Zarazem osoba, która większość swego dzieciństwa spędziła w sierocińcach i rodzinach zastępczych. Gdy miała osiem lat, padła ofiarą molestowania seksualnego. Była nieśmiała, jąkała się i nic nie zwiastowało, że ta skromna dziewczyna spełni swoje największe marzenie o byciu gwiazdą filmową.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 279

Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:



Prolog

Widzę obiekt moich marzeń. Roz­po­ściera się nade mną niczym kra­jo­braz cze­goś, co jest w oddali tak dale­kiej, że ni­gdy tego nie się­gnę.

Mam jede­na­ście lat. Stoję na dachu sie­ro­cińca i patrzę na wytwór­nię fil­mową. Myślę nad tym, co będzie w przy­szło­ści. Chcę zdo­być świat. Chcę zostać kimś. Mam dość bycia samotną, nie­chcianą, brzydką dziew­czyną, któ­rej nikt nie chce i nie pamięta.

Może i nie zasłu­guję na miłość. Na szczę­ście. Los już wiele razy poka­zał mi, że to, co jest dla mnie dobre, trwa sekundę. A potem nad­cho­dzą minuty, godziny, dni i tygo­dnie roz­pa­czy. Głu­chej pustki.

Mam jede­na­ście lat. W mojej gło­wie nie ma myśli zwią­za­nych z zabawą, bez­tro­ską. Myślę tylko o tym, jak pod­bić Hol­ly­wood. Jak udo­wod­nić wszyst­kim, że coś zna­czę, że nie zasłu­guje na to wszystko, co mi przy­nosi los.

Może i osta­tecz­nie okaże się, że jestem ska­zana na samot­ność i cier­pie­nie. Ale ja się nie pod­dam. Będę robić wszystko, by o mnie usły­szeli. Będę robić wszystko, by sekundy mojej rado­ści trwały długo… A może i wiecz­nie?

Kie­dyś o mnie usły­szy­cie.

Obie­cuję.

Norma Jeane Mor­ten­son(znana jako Mari­lyn Mon­roe)Los Ange­les, 1937 rok

Rozdział 1

Ostat­nia prośba Mari­lyn

Jest piękny lip­cowy dzień 1962 roku. Widzę moją przy­ja­ciółkę z uśmie­chem na ustach, wita­jącą mnie po dłu­giej podróży. Jest piękna. Zmie­niła się, widać na jej twa­rzy ból i tro­skę, ale na­dal jest piękna. Tro­chę schu­dła, ma posza­rzałą cerę, nie ma maki­jażu i nowej fry­zury. Wygląda tak nie­win­nie i kru­cho. Tak za nią tęsk­ni­łam.

Musia­łam przy­je­chać do niej, bo wiem, że ostat­nio ma gor­szy czas. Jest zała­mana. Chcia­łam ją wes­przeć, a w cza­sie roz­mowy tele­fo­nicz­nej nie zawsze jest to moż­liwe. Na odle­głość łatwiej jest oszu­ki­wać, uda­wać. W bez­po­śred­niej roz­mo­wie jest to trud­niej­sze. A że mia­łam aku­rat kilka dni wol­nego od pracy… Żal byłoby nie sko­rzy­stać. Mari­lyn na początku nie była zbyt entu­zja­styczna, ale osta­tecz­nie zgo­dziła się i widzę, że naprawdę cie­szy się na mój widok.

– Jak dobrze cię widzieć, Normo1!

– Dobrze, że jesteś. Dam ci coś zaraz, ale nie pytaj na razie o nic.

Mari­lyn zaczyna od kon­kre­tów, nie czeka, aż się roz­gosz­czę.

– Mam prze­czu­cie, że zda­rzy się coś złego. Dla­tego masz ten dyk­ta­fon. Nagry­waj wszystko w cza­sie naszych roz­mów, a potem to spisz i ukaż światu, gdy nadej­dzie odpo­wiedni moment. Wiesz, jak lubię pisać wier­sze, wspo­mnie­nia… Ale ostat­nio czuję, że mnie to wszystko prze­ra­sta… Nie mogę sku­pić myśli, zebrać się w sobie. Ciężko mi to idzie… Pomy­śla­łam więc, że opo­wiem ci histo­rię mojego życia. Chcę, żeby świat ją poznał w mojej wer­sji.

– Zupeł­nie mnie zasko­czy­łaś. Dla­czego? Nic z tego nie rozu­miem, mam mętlik w gło­wie… Mari­lyn, jesteś pewna?

– Nie wiem, dla­czego… Czuję, że muszę zro­bić pod­su­mo­wa­nie. Muszę powie­dzieć prawdę. Świat musi ją poznać. Wiesz, ostat­nio czę­sto bywam w szpi­talu. Zwol­nili mnie z pracy… Ludzie gadają. To wszystko mnie boli. Gadają, a nie wie­dzą, jak jest. Nie znają mnie! To musi się zmie­nić. Ja mam dość tego, że nikt mnie nie rozu­mie!

Mari­lyn Mon­roe na plaży w Santa Monica w lipcu 1962 roku. Nie­spełna mie­siąc póź­niej już nie żyła…

– Ale dla­czego ja?!

– Jesteś moją przy­ja­ciółką, Mario. Tobie mogę powie­rzyć to, co mam w sercu. Nie wsty­dzę się. Chcia­ła­bym, żeby świat dowie­dział się o mnie wszyst­kiego, a nie tylko tego, co jest sen­sa­cyjne. Chcę, żeby poznali nie tylko Mari­lyn Mon­roe, ale rów­nież Normę. Mario, czas prze­stać uda­wać. Mam dość uda­wa­nia, że jest dobrze. Jestem sama. Zawsze w głębi duszy taka byłam. Pro­szę cię, nie odma­wiaj mi…

Nie mogłam jej odmó­wić. Mari­lyn to cudowna osoba. Może cza­sami zbyt emo­cjo­nalna i kapry­śna, ale ma złote serce. Bar­dzo boi się samot­no­ści i odrzu­ce­nia, a jej kariera poka­zuje, jaka jest pra­co­wita i ambitna. Należy poka­zać jej praw­dziwą twarz. I ja to zro­bię. Myśląc, że zna­cie ją z ekranu, bar­dzo się myli­cie…

Rozdział 2

Samotna od uro­dze­nia

#porzu­cona przez matkę, #zagadka ojco­stwa Mari­lyn Mon­roe, #smutne dzie­ciń­stwo Mari­lyn, #jede­na­ście rodzin adop­cyj­nych, #przy­ja­ciel Tippy i jego tra­giczna śmierć, #matka Mari­lyn ląduje w szpi­talu psy­chia­trycz­nym, #pobyt Mari­lyn w sie­ro­cińcu, #jak zaczęła się miłość Mon­roe do wiel­kiego ekranu, #Norma jąkała!

Mari­lyn obu­dziła się dzi­siaj w wyjąt­kowo dobrym nastroju. Była uśmiech­nięta, a kiedy mnie zoba­czyła, puściła do mnie oczko. Zja­dła porządne śnia­da­nie, była miła dla swo­jej gosposi. Nie mówiła nic o zwol­nie­niu w stu­diu, któ­rym ostat­nio żyła. Jakby nic się nie stało. Zaczę­łam zasta­na­wiać się, czy może zażyła coś, by polep­szyć sobie nastrój, albo czy piła o świ­cie szam­pana… A może… Czyżby to była moja zasługa? Czyżby moja kochana Mari­lyn po pro­stu tak cie­szyła się z tego, że ją odwie­dzi­łam?

Moja obec­ność przy jej boku jest dla niej z pew­no­ścią bar­dzo ważna, szcze­gól­nie teraz, gdy prze­cho­dzi złe chwile, a na jej twa­rzy można zwy­kle dostrzec jesz­cze wię­cej smutku niż dotych­czas. Mari­lyn jest bar­dzo wraż­liwa, lecz czę­sto udaje twardą. Trudno ją roz­gryźć, ni­gdy nie mam pew­no­ści, czy na pewno jest dobrze, czy tylko chce mi to wmó­wić. Mar­twię się o nią, dla­tego ucie­szy­łam się, kiedy zapro­po­no­wała mi spa­cer. Kazała mi zabrać dyk­ta­fon. Zdzi­wi­łam się, zatem Mari­lyn nie żar­to­wała poprzed­niego dnia…

– O, tu jesteś! Mario, pośpiesz się! Zaraz uciek­nie nam ta piękna pogoda!

Przy­ja­ciółka wołała do mnie, macha­jąc ręką na powi­ta­nie.

– Już pędzę! Ależ ty jesteś nie­cier­pliwa!

Mari­lyn objęła mnie w pasie, chi­cho­cząc. Szybko wsia­dły­śmy do forda i poje­cha­ły­śmy za mia­sto w jedno z ulu­bio­nych miejsc Mari­lyn. Bli­skość jeziora, lasy, to wszystko było tak uro­kliwe, że nie dzi­wię się, że lubi ona wypady wła­śnie tutaj. Zapa­trzona w kra­jo­braz aż pod­sko­czy­łam, kiedy moja przy­ja­ciółka zwró­ciła się do mnie:

– Ład­nie tu, prawda? Pomy­śla­łam, że to ide­alne miej­sce na to, by zacząć.

– Zacząć?

– Oj, już daj spo­kój. Nie­któ­rzy uwa­żają, że jestem infan­tylna, ale widzę, że ty też jesteś nie­zła! Nie uda­waj, że nie wiesz, o co cho­dzi, tylko włą­czaj ten cho­lerny dyk­ta­fon.

– Ale mi tak nie­zręcz­nie. Mam cię prze­py­ty­wać jak poli­cjant?

– Albo jak naj­lep­sza dzien­ni­karka. Nie rób mi tego, bła­gam cię. Wiesz, jak mnie to drę­czy? Wiesz, jak bar­dzo mnie to dotyka, gdy sły­szę kolejne plotki na mój temat?! Ludzie tak łatwo oce­niają, nie zna­jąc, ba, nawet nie chcąc znać prawdy. Sen­sa­cyjne, nega­tywne plo­teczki są takie cho­dliwe… A ja zaraz osza­leję! Muszę sama opo­wie­dzieć, jak było. Mam dość tych histo­rii wyssa­nych z palca!

– Dobrze. Masz rację. Pamię­taj, jestem tu i będę zawsze. Będę cię wspie­rać. Jeśli więc taka twoja decy­zja, to zro­bię to naj­le­piej jak umiem, Mari­lyn.

– Dzi­siaj nie jestem Mari­lyn. Dziś roz­ma­wiasz z Normą.

– Normo, zatem o co powin­nam cię naj­pierw zapy­tać? Od czego chcesz zacząć?

– Od początku, kocha­nie. Tam wszystko się zaczęło. Zacznijmy od początku…

Mari­lyn miała łzy w oczach. Natych­miast obję­łam ją, włą­czy­łam dyk­ta­fon i powol­nym kro­kiem zaczę­ły­śmy iść przed sie­bie. Ści­snę­łam ją moc­niej, dając znak, że jestem gotowa i Mari­lyn może w końcu to wszystko z sie­bie wyrzu­cić. Zauwa­ży­łam, że wzięła ukrad­kiem tabletkę, którą miała w kie­szeni. Pew­nie to był lek na uspo­ko­je­nie. Przez te wszyst­kie lata nosiła ogromny cię­żar w sobie, czas, by zdjęła ten balast. Jeśli ma jej to pomóc, zro­bię wszystko co w mojej mocy, by tak się stało.

– Pierw­szego czerwca 1926 roku…

Mari­lyn wyszep­nęła, wypusz­cza­jąc z płuc ciężki oddech.

– To dzień two­ich uro­dzin.

– I wtedy to się wszystko zaczęło. Moja matka Gla­dys uro­dziła mnie tego dnia w szpi­talu w Los Ange­les, na oddziale dla bied­nych osób. Kiedy wydała mnie na świat, miała już dwójkę dzieci z pierw­szego mał­żeń­stwa z panem Bake­rem. Ale nie zaj­mo­wała się nimi. Dzieci miesz­kały z rodziną byłego męża.

Norma Jeane Mor­ten­son jako roczne dziecko, 1927 rok

– Twoja matka miała z nimi dobry kon­takt?

– Tak szcze­rze to nie wiem, ale mogę się domy­ślać, że nie­zbyt. Tro­chę mnie to zawsze dzi­wiło, w końcu je uro­dziła i wyda­wa­łoby się, że powinna dążyć do nawią­za­nia z nimi dobrych rela­cji. Matka jed­nak była chwi­lami dość… bez­tro­ska.

– Ile miała lat, kiedy cię uro­dziła?

– Dwa­dzie­ścia cztery. Miała wtedy na kon­cie jedno mał­żeń­stwo, dwójkę dzieci, roz­wód, dru­gie mał­żeń­stwo i drugi roz­wód. Nie wiem, czy wiesz, ale nie miała pie­nię­dzy na mój poród. Kole­dzy z pracy musieli zło­żyć się, by mogła mnie uro­dzić. To jesz­cze nic. Oddała mnie do adop­cji. Dwa tygo­dnie po poro­dzie. I to chyba naj­le­piej poka­zuje, jaki matka miała sto­su­nek do życia, do mnie, do dzieci…

– Masz do niej żal?

– A dzi­wisz się? Zosta­wiła mnie, kiedy naj­bar­dziej jej potrze­bo­wa­łam. Kiedy jako maleń­kie dziecko chcia­łam poczuć jej zapach, usły­szeć bicie serca… A ona była nie­wzru­szona.

– Byłaś samotna od naro­dzin…

– I tak pozo­stało w dużej mie­rze do dziś…

– A co z twoim ojcem?

– Tu też sprawa jest pogma­twana. Do szes­na­stego roku życia myśla­łam, że moim ojcem jest pierw­szy mąż mojej matki o nazwi­sku Baker. Tak mia­łam napi­sane w metryce chrztu. Ale nagle oka­zało się, że mój ojciec to inny męż­czy­zna o nazwi­sku Mor­ten­sen. Takie nazwi­sko wid­niało w moim akcie uro­dze­nia.

– Jak to?!

– Zapy­taj mojej matki. Ona nie chciała w ogóle roz­ma­wiać ze mną na ten temat, ale w moich doku­men­tach jest napi­sane, że moim ojcem jest Mar­tin Edward Mor­ten­sen, z któ­rym przez parę mie­sięcy miała romans zakoń­czony ślu­bem i szyb­kim roz­wo­dem w 1928 roku. Mor­ten­sen był pie­ka­rzem i zosta­wił ją rok przed moimi naro­dzi­nami. Ja z kolei długo byłam prze­ko­nana, że moim ojcem jest jej pierw­szy mąż. Ale doku­menty poka­zują co innego.

– Co Gla­dys mówiła na temat two­jego ojca?

– Wła­ści­wie nic. Kie­dyś powie­działa, że kochan­ków miała wielu, więc nie wie, kto jest moim ojcem. Na tym temat urwała i nie chciała do niego wra­cać.

Urzę­dowy odpis aktu uro­dze­nia Normy Jeane Mor­ten­son wydany przez admi­ni­stra­cję hrab­stwa Los Ange­les. Aktorka przy­szła na świat 1 czerwca 1926 roku w Los Ange­les, a jej rodzi­cami byli Gla­dys Pearl Baker (z domu Mon­roe – jak tu podano) i Char­les Stan­ley Gif­ford. W doku­men­cie jako ojciec figu­ruje jed­nak ówcze­sny mąż Gla­dys – Mar­tin Edward Mor­ten­sen (tu wpi­sany jako Mor­ten­son), który roz­stał się z nią tuż przed naro­dzi­nami Normy

– Spo­tka­li­ście się kie­dyś z ojcem, to zna­czy z tym, któ­rego uwa­ża­łaś za ojca?

– Ale kto miał się spo­tkać?

– Ty z tym Mor­ten­se­nem!

– A coś ty! Nawet gdy­bym chciała, to nie mia­łam jak… W doku­men­tach nie ma jego adresu. Wyobra­żasz to sobie? Moja matka nie podała go. Myślę, że po pro­stu nie wie­działa, gdzie go szu­kać…, sama widzisz. Tak, moja matka nie była zain­te­re­so­wana tym, jak się wycho­wam bez ojca. Nie dała mi szansy go poznać. Cza­sami mam wra­że­nie, że mogła tam wpi­sać nazwi­sko zna­nego aktora i wyszłoby na to samo. Nie wiem, dla­czego tak zro­biła… Zdra­dzę ci coś jesz­cze.

– Co takiego?

– Jakiś czas temu mia­łam nawet pewne podej­rze­nia, że moim ojcem nie jest ani Mor­ten­sen, ani Baker, tylko Stan­ley Gif­ford, czyli kolega z pracy mamy.

– Dla­czego?

– Bo dowie­dzia­łam się, że miesz­kał on z moją matką po dru­gim roz­wo­dzie i zosta­wił ją przed moimi naro­dzi­nami. Matka też kie­dyś poka­zała mi jego zdję­cie i powie­działa, że to jest mój ojciec. Pamię­tam, że był on przy­stojny i wyglą­dał jak Clark Gable2. Powiem tak, nie wiem, kto jest moim ojcem i nie mam pew­no­ści, czy moja matka wie… Ale ta wer­sja z Gable’em mi paso­wała, dla­tego nie­kiedy żar­to­wa­łam, że moim ojcem jest Clark Gable. Ale przyj­mijmy w tej roz­mo­wie, że moim ojcem jest Mar­tin Edward Mor­ten­sen, skoro tak wynika z mojego aktu uro­dze­nia.

– Czym zaj­mo­wali się twoi rodzice?

– Moja matka pra­co­wała w labo­ra­to­rium fil­mo­wym i zaj­mo­wała się mon­ta­żem, a ojciec… sama nie wiem. Jak mówi­łam, nie pozna­łam go ni­gdy. Z tego, co wiem, to Mor­ten­sen zgi­nął, gdy mia­łam trzy lata3 w jakimś wypadku moto­cy­klo­wym.

– A rodzeń­stwo?

– Nie­stety nie pozna­łam też mojego przy­rod­niego rodzeń­stwa. Wiem, że je mam i to tyle. Nie widzie­li­śmy się ni­gdy.

– Skąd to rodzeń­stwo? To dzieci ze związku Gla­dys z panem Bake­rem?

– Dokład­nie. Wiem, że mieli dwójkę dzieci. Wiem też, że moja matka po roz­wo­dzie nie bar­dzo o nie zabie­gała i kiedy sąd przy­znał opiekę nad nimi Bake­rowi, to była zado­wo­lona. Mogła dalej się bawić i żyć swoim życiem. Zna­la­zła pracę w Hol­ly­wood, w labo­ra­to­rium fil­mo­wym. Poznała też tam ciotkę Grace, z którą zamiesz­kała i z którą odna­la­zła wspólny język – obie lubiły tak samo zabawę i rand­ko­wa­nie.

– Mari­lyn, tak mi cie­bie żal. Mia­łaś rodzinę, a jed­no­cze­śnie jej nie mia­łaś…

– Mówi­łam ci, byłam ska­zana na samot­ność od początku. Nie mam szans z takim prze­zna­cze­niem…

Mari­lyn głę­boko wes­tchnęła.

– Masz mnie!

– Całe szczę­ście! Wiesz, strasz­nie trudno się żyje, nie wie­dząc nawet, jak wyglą­dał twój ojciec…

Char­les Stan­ley Gif­ford, bio­lo­giczny ojciec Normy Jeane, na foto­gra­fii z początku lat dwu­dzie­stych

– Wyobra­żam sobie, od zawsze mówi­łaś mi, że od uro­dze­nia byłaś samotna…

– Tak czuję.

Marilyn Monroe o swojej matce i swoich narodzinach

Przy­pusz­czal­nie byłam pomyłką. Moja matka nie chciała mnie. Praw­do­po­dob­nie sta­nę­łam jej na dro­dze, i to, że w ogóle ist­nia­łam, było dla niej hańbą.

Chri­sta Maer­ker, Mari­lyn Mon­roe i Arthur Mil­ler, Kra­ków 1998, s. 86.

– A co z dziad­kami?

– Moi dziad­ko­wie to Otis Elmer Mon­roe i Della May Hogan. Mówię tylko o dziad­kach ze strony matki, bo wiesz, jak to z ojcem jest… Wra­ca­jąc do tematu. Otis Mon­roe zmarł młodo, cho­ro­wał na kiłę i przed śmier­cią nie było z nim kon­taktu. Della po jego śmierci szu­kała miło­ści, jed­nak nie zna­la­zła jej. Miała kochan­ków, czę­sto pija­ków. Moja matka Gla­dys podobno była do niej bar­dzo podobna. Na pewno z babką miała wspólne to, że miała wielu kochan­ków. Lubiły się zaba­wić, korzy­stać z życia. Wiele osób twier­dziło, że były lek­ko­myślne i bez­tro­skie.

– Ta bez­tro­ska nie poma­gała w wycho­wy­wa­niu dziecka…

– Jak już wspo­mnia­łam, matka oddała mnie do adop­cji, kiedy mia­łam dwa tygo­dnie. Oddała mnie, bo musiała wró­cić do pracy, do wytwórni. Moja babka Della popie­rała ten pomysł. Nie byłam im chyba potrzebna w życiu…

Trzy­let­nia Norma Jeane (na dole, po pra­wej) z matką Gla­dys (powy­żej) w towa­rzy­stwie innego dziecka i jego rodzi­cielki, 1929 rok

– A do tego na jed­nej rodzi­nie adop­cyj­nej się nie skoń­czyło…

– To prawda. Wycho­wy­wało mnie jede­na­ście rodzin adop­cyj­nych. Byłam też w sie­ro­cińcu… Ale od początku. Moja pierw­sza rodzina zastęp­cza miesz­kała poza Los Ange­les. Miesz­ka­łam u nich dość długo, bo około sie­dem lat. To zna­czy pamię­tam, że mia­łam sie­dem lat, gdy opu­ści­łam ich dom. Szmat czasu…

– I jak wspo­mi­nasz ten czas u pierw­szej rodziny zastęp­czej?

– Nie­zbyt dobrze…

Mari­lyn posmut­niała, widać było, że ten temat wciąż jest dla niej żywy.

– Nie mogłam u nich zacho­wy­wać się jak dziecko i bawić się bez­tro­sko, śpie­wać, tań­czyć. Mogłam jedy­nie nucić psalmy. Życie u Bolen­de­rów toczyło się prze­wi­dy­wal­nie, według powta­rza­ją­cego się sche­matu dnia, a więc nudno, wszystko było pod­po­rząd­ko­wane życiu reli­gij­nemu. Mia­łam dużo obo­wiąz­ków w domu, na szczę­ście polu­bi­łam w miarę mycie naczyń i zabawę z pianą. Rodzice byli bar­dzo surowi, sta­now­czy. Byli też bar­dzo pobożni. Nawet cho­dze­nie do kina uzna­wali za coś grzesz­nego, według nich cały ten show-biz­nes był jaski­nią lwa, sodomą i gomorą, uoso­bie­niem zła. Stra­szyli mnie, że jak pójdę do kina, to zginę w grze­chu.

– Powie­dzia­łaś, że byli surowi? Co to zna­czy? Co robili?

– Pew­nie się domy­ślasz… Na naga­nach słow­nych się nie koń­czyło. Bolen­de­ro­wie bili mnie pasem, kiedy ich zda­niem zasłu­ży­łam na karę. Byłam wtedy bar­dzo nie­szczę­śliwa. W tych chwi­lach pła­ka­łam w poduszkę i prze­kli­na­łam dzień swo­ich naro­dzin. Do tego nikt nie nazy­wał mnie córką, czu­łam się w tym domu jak obca. Nie przy­tu­lali mnie. Nie mogłam do pani Bolen­der mówić mamo, musia­łam ją nazy­wać ciotką Idą, co udo­wad­niało mi w każ­dej sekun­dzie życia, że jestem sama jak palec i nie mam nawet mamy. Każde dziecko powinno mieć mamę…Usły­sza­łam, że nie jeste­śmy krew­nymi, a ja tylko miesz­kam z nimi. To jesz­cze nie wszystko! Nie dosta­wa­łam pre­zen­tów przy róż­nych oka­zjach, mimo że dzieci bio­lo­giczne moich adop­cyj­nych rodzi­ców takowe dosta­wały… Jako dziecko byłam taka samotna i nie­szczę­śliwa. Nie mia­łam ani tro­chę rado­ści. Czu­łam żal do matki, że mnie oddała w takie ręce. Żal do ojca, że mnie zosta­wił. Chcia­łam uciec, ale nie mia­łam gdzie.

Marilyn Monroe o swoim dzieciństwie

Kiedy byłam małą dziew­czynką, nikt ni­gdy nie powie­dział mi, że jestem ładna. Wszyst­kim małym dziew­czyn­kom powinno się mówić, że są ładne, nawet gdyby nie były. (…)

Nikt ni­gdy nie nazwał mnie córką. Nikt nie cało­wał. Oni mieli wła­sne dzieci i na Boże Naro­dze­nie była tam wielka cho­inka i wszyst­kie dzieci w domu dosta­wały pre­zenty, tylko nie ja. Jedno z tych dzieci dało mi poma­rań­czę. Pamię­tam to Boże Naro­dze­nie, jadłam tę poma­rań­czę zupeł­nie sama.

Krzysz­tof Żyw­czak, Mari­lyn Mon­roe. Życie bez happy endu, War­szawa 2014, s. 6 i 8.

– Jak sobie radzi­łaś w domu Bolen­de­rów?

– Naj­pro­ściej jak się da, czyli w gło­wie wymy­śli­łam sobie świat, w któ­rym chcia­ła­bym żyć. Two­rzy­łam różne sce­na­riu­sze, w któ­rych jestem szczę­śliwa i kochana, a potem uda­wa­łam, że to nie jest fik­cja. Żyłam w swoim świe­cie. Do dziś cza­sami wymy­ślam różne histo­rie i mówię komuś, że tak było, takie kłam­stwo pozwala mi zatu­szo­wać to, co na przy­kład jest bole­sne. Nie­stety cza­sami w nocy budzi­łam się z pła­czem, albo nie mogłam wcale spać. Już od wcze­snego dzie­ciń­stwa mia­łam pro­blem z bez­sen­no­ścią…

– Od wieku dzie­cię­cego żyłaś świa­tem filmu, takiego filmu, który jako mała dziew­czynka, sama sobie wymy­śli­łaś…

– Dobrze powie­dziane, Mario. Musia­łam gdzieś uciec, gdzieś, gdzie byłam sobą. Tylko to mi przy­szło do głowy. A, zapo­mnia­ła­bym! Przez moment mia­łam jed­nak przy­ja­ciela o imie­niu Tippy. Byłam już star­sza, mia­łam około sze­ściu, sied­miu lat.

– Kto to taki?

– Kie­dyś zna­la­złam na ulicy małego pie­ska. Nazwa­łam go Tippy. Bałam się, że Bolen­de­ro­wie zabro­nią mi go przy­nieść do domu, ale na szczę­ście – co mnie zdzi­wiło – zgo­dzili się, jeśli oni nie będą mieli tego psa na gło­wie. Obie­ca­łam im, że to ja będę się nim opie­ko­wać. Posta­no­wi­łam, że zosta­niemy przy­ja­ciółmi. Tippy był szczę­śliwy, bo naprawdę poko­chał mnie z wza­jem­no­ścią. Jak gdzieś szłam, to szedł za mną i cze­kał na mnie, aż wrócę. Szybko się do mnie przy­wią­zał. Jed­nak pew­nego dnia Tippy strasz­nie szcze­kał. Ku mojej roz­pa­czy sąsiad zastrze­lił4 go wtedy, bo mu prze­szka­dzał. Nie pytaj, ale byłam wtedy tak zała­mana, że myśla­łam, że świat się skoń­czy. To była wielka trauma dla małej dziew­czynki.

– Czy w cza­sie, kiedy miesz­ka­łaś u Bolen­de­rów, mia­łaś kon­takt ze swoją rodziną?

– Matka odwie­dzała mnie. Nie­czę­sto, ale cza­sami to robiła.

Mari­lyn zamil­kła na moment, zwie­siła głowę i kon­ty­nu­owała.

– Dobrze, prawdę mówiąc, matka bar­dzo rzadko mnie odwie­dzała. Myślę, że byłam jej obo­jętna, nie inte­re­so­wała się mną i moim życiem, pro­ble­mami. Ja zaś wycze­ki­wa­łam tych momen­tów, ale były one nie­zręczne. W sumie nie mia­łam z matką żad­nej więzi. Chwi­lami czu­łam, że jest obcym czło­wie­kiem. Jako dziecko byłam wystra­szona, zacho­wy­wa­łam dystans. Ale pamię­tam, że ona też. Ni­gdy nie uśmiech­nęła się do mnie, nie przy­tu­liła mnie… A ja o tym marzy­łam… Matka nie oka­zała mi czu­ło­ści. Znowu czu­łam się odtrą­cona, a może i nawet nie­chciana? Zasta­na­wia­łam się, czy Gla­dys odwie­dzała mnie, bo tak wypa­dało, bo nie mogłam dostrzec na jej twa­rzy żad­nej eks­cy­ta­cji moją osobą.

– Ale roz­ma­wiała z tobą? Była cie­kawa tego, jak żyjesz, jak się czu­jesz?

– Nasze kon­takty były marne. Roz­mowa nie kle­iła się.

– Gla­dys chciała cię odzy­skać?

– Nie wiem, czy chciała. Domy­ślam się, że chyba wolała, bym nie miesz­kała z nią. Takie odnio­słam wra­że­nie rów­nież kiedy przez krótki czas zamiesz­kałam z nią w Hol­ly­wood, gdy mia­łam sie­dem lat. To było zaraz po śmierci Tip­piego. Wiem, że pani Bolen­der wtedy spro­wa­dziła moją matkę, by zabrała mnie od nich. Matka nie miała wyj­ścia i wzięła mnie od nich.

– I jaka była wtedy matka? Jak ją zapa­mię­ta­łaś?

– Była dalej lek­ko­myślna, ale nie zna­łam jej dobrze, bo prze­cież nie mia­ły­śmy kon­taktu… Ona już wtedy zacho­wy­wała się dość dziw­nie. Jako dziecko tego nie rozu­mia­łam, momen­tami się jej bałam.

– Mówisz jej o cho­ro­bie?

– Nie wiem, czy już wtedy miała schi­zo­fre­nię. Ale wiem, że długo przed tym, gdy tra­fiła do szpi­tala psy­chia­trycz­nego, miała ataki agre­sji. Były momenty, kiedy była nie­szczę­śliwa, pła­kała całymi dniami, miała depre­sję. Potem budziła się pew­nego dnia i jak gdyby ni­gdy nic ska­kała z rado­ści z byle powodu. Łatwo się także dener­wo­wała. Była też bar­dzo reli­gijna, uzna­wała, że Bóg ją cią­gle karze.

– Jak to się stało, że tra­fiła do szpi­tala psy­chia­trycz­nego?

– Zaata­ko­wała swoją kole­żankę nożem. W stycz­niu 1934 roku, a więc gdy mia­łam sie­dem lat, uznano ją za nie­po­czy­talną. Została umiesz­czona w szpi­talu psy­chia­trycz­nym w Los Ange­les. Powie­dzieli mi, że jest chora na schi­zo­fre­nię para­no­idalną. To straszna cho­roba. Od tego czasu nasz kon­takt był spo­ra­dyczny. Prawdę mówiąc, bałam się, że cho­roba mojej matki jest dzie­dziczna, że to samo przy­trafi się i mnie. Tym bar­dziej, że nie tylko w mojej rodzi­nie matka była chora.

– Co masz na myśli?

– Moja babka w chwili śmierci znaj­do­wała się w ośrodku dla obłą­ka­nych, miała psy­chozę. Kie­dyś babka nawet pró­bo­wała mnie udu­sić poduszką…

– Kiedy?!

– Mia­łam wtedy coś około roku.

– Nie­moż­liwe, że to pamię­tasz…

– Oj, Mario. Nie musisz mi wie­rzyć, ale takie wspo­mnie­nie mam w gło­wie. Pamię­tam, że babka mówiła, że uśpi mnie, ale na wieki. Że nie będę już pła­kać ani nikomu prze­szka­dzać.

– To straszne. Lepiej wróćmy więc do cza­sów, kiedy mia­łaś sie­dem lat i zamiesz­ka­łaś z matką. I jak ci się żyło z Gla­dys?

– Muszę przy­znać, że na początku odczu­łam ulgę, czu­jąc zmianę w wycho­wa­niu. Bolen­de­ro­wie trzy­mali mnie krótko. A u matki? W sumie robi­łam, co chcia­łam, więc czę­sto zwie­dza­łam na przy­kład Hol­ly­wood. Na szczę­ście matka uwiel­biała kino, pra­co­wała w tej branży, dla­tego mogłam oglą­dać filmy. Z chę­cią cho­dzi­łam do kina, kiedy mogłam. Jed­nakże nie zawsze było kolo­rowo. Widzia­łam, jak matka się bawi z ciotką Grace, z którą na­dal miesz­kała. Piły alko­hol, roz­ma­wiały o roman­sach. W domu czę­sto były potań­cówki, na które przy­cho­dzili obcy ludzie, męż­czyźni. Wtedy bałam się, że coś się sta­nie. Było gło­śno, cza­sami sły­sza­łam jakieś tłu­cze­nia, dziwne odgłosy, krzyki… Bolen­de­ro­wie tak mnie kie­dyś nastra­szyli, że myśla­łam, że to jakieś odgłosy nie­mal jak z pie­kła, więc w tych chwi­lach modli­łam się, pła­cząc ze stra­chu.

– Ile miesz­ka­łaś u matki?

– Trwało to krótko, bo kilka mie­sięcy. Potem, jak już wiesz, matkę umiesz­czono w szpi­talu.

– Co się stało z tobą, kiedy Gla­dys umiesz­czono w szpi­talu psy­chia­trycz­nym?

– Jak mówi­łam, mia­łam sie­dem lat. Zaopie­ko­wała się mną przy­ja­ciółka mamy, Grace McKee. Pamię­tasz, to ta kobieta, z którą matka miesz­kała w Hol­ly­wood. Grace, tak samo jak matka, uwiel­biała kino, ale też i zabawę. Dużo opo­wia­dała mi o akto­rach, któ­rzy byli dla niej wzo­rami, auto­ry­te­tami. Zara­ziła mnie miło­ścią do aktorki Jean Har­low, która szybko stała się rów­nież moją idolką. Chcia­łam być jak ona. Poza tym Grace cią­gle mówiła mi, że też mogę być aktorką i cią­gle nama­wiała mnie do tego, bym nią została! Grace czę­sto zabie­rała mnie swo­jej do pracy w Hol­ly­wood, przed­sta­wiała mnie tam jako przy­szłą gwiazdę kina.

Grace McKee namawia małą Marilyn do zostania aktorką

Normo Jeane, odwróć się i pokaż temu miłemu panu, jaką masz dużą kokardę z tyłu na sukience. A teraz przejdź tędy i odwróć się dookoła. Świet­nie, teraz wróć tutaj… Och, a oto Ella, Normo Jeane! Pozna­łaś Ellę w zeszłym mie­siącu. Powiedz jej jesz­cze raz… ona pew­nie już zapo­mniała, ale ty nie zapo­mniałaś! Powiedz Elli, kim chcesz być, kiedy doro­śniesz. Powiedz „gwiazdą fil­mową”, kocha­nie! Powiedz jej, że będziesz gwiazdą fil­mową!.

Agata Łysa­kow­ska, Damy wiel­kiego ekranu. Gwiazdy Hol­ly­wood od Audrey Hep­burn do Eli­za­beth Tay­lor, e-book, Pro­mo­hi­sto­ria

– Ciotka Grace zara­ziła cię miło­ścią do kina już w dzie­ciń­stwie.

– Można tak powie­dzieć, ona miała obse­sję na punk­cie filmu i wła­śnie Jean Har­low. W pew­nym momen­cie Grace pod­jęła nawet kroki, by mnie zaadop­to­wać. Do czasu dopeł­nie­nia for­mal­no­ści musia­łam się prze­nieść do sie­ro­cińca. Nie­stety w tym cza­sie Grace zmie­niła zda­nie i plany co do mnie, bo się zako­chała. Jej serce zaczęło bić dla kogoś innego. Dla­tego we wrze­śniu 1935 roku, kiedy mia­łam dzie­więć lat, tra­fi­łam do sie­ro­cińca w Los Ange­les, który opu­ści­łam w wieku jede­na­stu lat.

Grace McKee (póź­niej God­dard po mężu), przy­ja­ciółka matki, która poma­gała w opiece nad dziew­czynką i zara­ziła ją miło­ścią do filmu

– Pamię­tasz ten dzień, kiedy dowie­dzia­łaś się, że tam tra­fisz?

– Oczy­wi­ście. To się stało nagle, to nie było tak, że ja o tym wie­dzia­łam z wyprze­dze­niem. Pew­nego dnia przy­je­chał samo­chód z logo pla­cówki, a ja od razu wie­dzia­łam, co się sta­nie. Domy­śli­łam się, że przy­je­chali po mnie. Wpa­dłam w histe­rię i panikę, zapo­mnia­łam, jak się oddy­cha. Pamię­tam, że ze łzami w oczach prze­ko­ny­wa­łam się na głos, że nie jestem sie­rotą, że mam matkę, mam Grace. Za wszelką cenę nie chcia­łam tam się zna­leźć.

– Dla­czego nagle musia­łaś zna­leźć się w sie­ro­cińcu?

– Jeden powód znasz. To kwe­stia Grace i tego, że nie była skłonna, by mnie zaadop­to­wać. Poza tym nikt inny się do tego też nie kwa­pił – Bolen­de­ro­wie czy jakaś dal­sza moja rodzina. Nikt mnie nie chciał, byłam jak kula u nogi. Drugi powód doty­czył finan­sów. Moja matka, kiedy tra­fiła do szpi­tala psy­chia­trycz­nego, nie mogła pra­co­wać, więc nie zara­biała już i z bie­giem czasu nie mogła opła­cać mi pobytu u rodzin adop­cyj­nych. Poza tym miała długi. To wszystko spo­wo­do­wało, że we wrze­śniu 1935 roku prze­nie­siono mnie do sie­ro­cińca – Chil­dren’s Aid Society Orpha­nage, miesz­czą­cego się w Los Ange­les, w pobliżu wytwórni fil­mo­wej, którą można było widzieć z okien.

Norma Jeane (po lewej) z kole­żanką w dru­giej poło­wie lat trzy­dzie­stych

– W sie­ro­cińcu spę­dzi­łaś tro­chę czasu. Jak tam było?

– Z jed­nej strony warunki były dobre, bo to był pry­watny ośro­dek. Pamię­tam wielką salę, biblio­tekę, pola gier, boiska. W środku, w jed­nym z salo­nów, znaj­do­wał się for­te­pian, na któ­rym cza­sami gra­łam. Zosta­łam człon­kiem dru­żyny soft­ballu i cał­kiem nie­źle tam sobie radzi­łam. Szcze­gól­nie wspo­mi­nam plac zabaw, który znaj­do­wał się na tere­nie sie­ro­cińca. Szczę­śliwe chwile, bez­tro­skie dzie­cięce śmie­chy…

Mari­lyn zamy­śliła się na moment.

– Na­dal mam w gło­wie te odgłosy, uda­wa­li­śmy, że wie­dziemy życie typo­wych dzie­cia­ków. Ale tak nie było. Poza tym inne dzieci czę­sto śmiały się ze mnie, nazy­wały mnie wariatką. Wszy­scy wie­dzieli, że moja matka i babka były chore psy­chicz­nie oraz to, że moja rodzina mnie nie odwie­dza. Wypo­mi­na­jąc to, inne dzieci pastwiły się nade mną. Byłam tam nowa, więc czę­sto star­sze dzieci kazały mi sprzą­tać i przy tym mnie obra­żały. Pew­nie myślały, że nikt mnie nie obroni, że jestem sama, słaba i można nade mną mieć wła­dzę. Nie nawią­za­łam w sie­ro­cińcu przy­jaźni, wspo­mi­nam ten czas jako walkę, pasmo smutku i łez. Już bez tych wyzwisk czu­łam się wystar­cza­jąco nie­szczę­śliwa – samotna i opusz­czona.

– Wtedy zaczę­łaś się jąkać?

– Myślę, że mogło to być już przed sie­ro­ciń­cem, ale ow­szem, w sie­ro­cińcu jąka­łam się z ner­wów i dzieci też krzy­czały za mną „Norma jąkała, wariatka!”. Nie zno­si­łam także świąt, bo wtedy dzieci wyjeż­dżały do krew­nych, dosta­wały pre­zenty. A ja? Nawet nie chcia­łam na to liczyć…Pamię­tam, że po takim trud­nym dniu, kiedy zasy­pia­łam już w łóżku, to pyta­łam się w modli­twie, dla­czego aku­rat mnie to spo­tyka i dla­czego jestem nie­ko­chana i opusz­czona przez rodzi­ców. Dzieci powinny być szczę­śliwe. A ja nie byłam.

– Czy ktoś z sie­ro­cińca zauwa­żył, że jesteś nie­szczę­śliwa?

– W 1936 roku, więc rok po tym jak tam się zja­wi­łam, wiem, że było jakieś zamie­sza­nie w związku z moim samo­po­czu­ciem psy­chicz­nym. Wycho­wawcy widzieli, że pła­czę zbyt czę­sto, nie radzę sobie, trzy­mam się na ubo­czu i jestem jakby cały czas zde­ner­wo­wana.

– I co? Otrzy­ma­łaś jakąś pomoc psy­cho­lo­giczną?

– Nie, wów­czas psy­cho­log dla dziecka to chyba było coś zbyt kosz­tow­nego lub zare­zer­wo­wa­nego do skraj­nych przy­pad­ków. Wiem, że poja­wił się też pro­blem z pie­niędzmi, że nie było środ­ków na opła­ce­nie jakiejś pomocy dla mnie. Matka w końcu nie zosta­wiła mi wiele… Osta­tecz­nie zosta­łam ze swo­imi pro­blemami sama, mimo że stało się jasne, iż coś się dzieje ze mną nie tak…

Marilyn Monroe o pobycie w sierocińcu

Rodzice wszyst­kich dzieci w sie­ro­cińcu umarli. Ja mia­łam co naj­mniej jed­nego rodzica – matkę, ale ona mnie nie chciała. Zbyt się wsty­dzi­łam, aby pró­bo­wać wyja­śnić to innym dzie­ciom. Szczę­śliwa byłam tylko wtedy, gdy zabie­rano nas do kina.

Zuzanna Ducka-Lubas, Jak naro­dziła się Mari­lyn Mon­roe, „Nowy Dzien­nik”, 23.05.2014.

– Grace McKee odwie­dzała cię w sie­ro­cińcu? Albo matka?

– Grace cza­sami mnie odwie­dzała i nawet zabie­rała do kina. Temat Jean Har­low był dla niej wciąż żywy. Jed­nak Grace nie nosiła już nazwi­ska McKee, bo wyszła za mąż i przy­jęła nazwi­sko God­dard. Jej wizyty były dla mnie zba­wienne, cze­ka­łam na nie każ­dego dnia. Czas spę­dzony razem z nią spo­wo­do­wał, że stała się mi bli­ska. Doce­nia­łam to, że nie zosta­wiła mnie, kiedy tra­fi­łam do sie­ro­cińca. Przy­no­siła mi różne rze­czy, widzia­łam, że zależy jej, bym była zado­wo­lona.

– Opu­ści­łaś sie­ro­ci­niec w wieku jede­na­stu lat, czyli spę­dzi­łaś w nim dwa lata. Co się działo dalej?

– Opu­ści­łam sie­ro­ci­niec w czerwcu 1937 roku. Każde dziecko w sie­ro­cińcu czeka na ten moment. To jeden z naj­waż­niej­szych dni w życiu, ozna­cza­jący zmianę, nadzieję, ale też zazdrość i tra­ge­dię pozo­sta­łych, któ­rzy pozo­stają w tym miej­scu. Kiedy nastał mój szczę­śliwy dzień, to ska­ka­łam z rado­ści na myśl, że nie­długo poże­gnam się z tym, co było dla mnie tutaj bole­sne. Byłam wtedy nie­peł­no­let­nia, więc musia­łam być pod opieką rodziny zastęp­czej. Na początku mia­łam zamiesz­kać z Grace i jej nową rodziną. Pamię­tam te chwile. Byłam pełna nadziei, bar­dzo pod­eks­cy­to­wana. Czu­łam się wyjąt­kowo, jak­bym dostała od życia nową szansę, nowy począ­tek. Wma­wia­łam sobie, że naj­gor­sze chwile mojego dzie­ciń­stwa mam za sobą.

– Długo miesz­ka­łaś u Grace po opusz­cze­niu sie­ro­cińca?

– Miesz­ka­łam u niej krótko. Mia­łam nie­przy­jemne doświad­cze­nia z jej mężem, Ervi­nem Sil­li­ma­nem God­dar­dem. On był mną zain­te­re­so­wany, chwi­lami chyba aż za bar­dzo…

– Co masz na myśli?

– Ech, nic kon­kret­nego!

Mari­lyn spe­szyła się i zawsty­dziła.

– W każ­dym razie stało się jasne, że muszę zmie­nić dom. Naj­pierw Grace pró­bo­wała mnie ulo­ko­wać gdzieś u krew­nych. Na pierw­szy ogień Grace zawio­zła mnie do krew­nych matki koło Los Ange­les. Tam jed­nak nie byłam zbyt długo, gdyż mia­łam pro­blemy z kuzy­nem.

– Jakie pro­blemy?

– On mnie chyba za bar­dzo polu­bił i jego rodzina posta­no­wiła, że lepiej będzie, jak wyjadę. Więc Grace znowu szu­kała mi innej rodziny… I tak to się zaczęło. Mia­łam może dwa­na­ście lat i nie mogłam zna­leźć miej­sca na świe­cie. Kolejne mie­siące i lata spę­dza­łam u wielu rodzin adop­cyj­nych, łącz­nie było ich chyba jede­na­ście. Byłam nie­szczę­śliwa. Czę­sto mnie bito, nie mia­łam praw­dzi­wych przy­ja­ciół. Za zabawki czę­sto słu­żyły mi śmieci, na przy­kład jakieś zużyte butelki, kar­tony. Sta­ra­łam się być dziec­kiem, ale los znacz­nie mi to utrud­nił. Do tego czę­sto surowo mnie karano. U jed­nej z rodzin musia­łam nawet obie­cać, że ni­gdy nie będę pić alko­holu, palić czy prze­kli­nać.

– Dla dziecka takie cią­głe prze­pro­wadzki nie są zbyt dobre…

– To prawda. Teraz wiem, że w takiej sytu­acji dziecko nie ma poczu­cia bez­pie­czeń­stwa, sta­ło­ści, boi się odrzu­ce­nia, samot­no­ści. Ja jestem tego naj­lep­szym przy­kła­dem. Codzien­nie budzi­łam się i myśla­łam, czy dziś poże­gnam się z tym domem. Nie mia­łam siły do kogoś się mocno przy­wią­zy­wać, bo wie­dzia­łam, że to chwi­lowe, ale z dru­giej strony pra­gnę­łam miło­ści i rodziny. To się kłó­ciło, w moim sercu trwała wieczna walka: strach i tęsk­nota z cie­płem rodzin­nym. Marzy­łam o tym, że znajdę kie­dyś praw­dziwy dom na dłu­żej, że ktoś mnie poko­cha. Ale życie pisało inny sce­na­riusz… Nie­ustan­nie prze­no­si­łam się do innego domu, zmie­nia­łam pokoje, kole­żanki, szkoły, nauczy­cieli… To było takie trudne! Cią­gle jesteś nowa w oto­cze­niu, ludzie patrzą na cie­bie jak na odludka, nie masz nikogo, komu ufasz. Jako dziecko byłam taka zagu­biona, a strach, że ktoś mnie zrani, odrzuci czy opu­ści był ogromny.

– Czy wszyst­kie rodziny adop­cyjne wspo­mi­nasz tak samo smutno?

– Jedna rodzina Atkin­so­nów, para akto­rów z Hol­ly­wood, zapa­dła mi w pamięci bar­dziej pozy­tyw­nie. To chyba u nich roz­wi­nęła się moja cie­ka­wość świata filmu. Pasjo­no­wały mnie roz­mowy o akto­rach, uwiel­bia­łam z nimi śpie­wać, tań­czyć. U nich oglą­da­łam wiele fil­mów, cho­dzi­łam do kina. Poza tym dobrze też wspo­mi­nam ciotkę Annę.

– Kto to taki?

– To była ciotka Grace, miesz­kała w Los Ange­les. Dokład­nie to nazy­wała się Ana Lower. Zgo­dziła się mną zaopie­ko­wać przez jakiś czas. Ciotka Anna była już star­szą, siwą panią i nie docze­kała się wła­snych dzieci. Miała za to ogromny wpływ na moje życie. To było cho­dzące dobro. Kocha­łam ciotkę Annę bar­dzo i wiem, że ona mnie też. Wiele jej zawdzię­czam. Ona wypro­wa­dziła mnie z myśle­nia, że nie zasłu­guję na dobro. Wpo­iła mi, ile jestem warta, pod­no­siła mnie na duchu. Dzięki niej jestem dzi­siaj tu, gdzie jestem. Ona nauczyła mnie cięż­kiej pracy i moty­wo­wała do speł­nia­nia swo­ich celów, marzeń. Przy niej roz­wi­nę­łam skrzy­dła i byłam sobą. Nie wsty­dzi­łam się przy niej pła­kać, śmiać się. Ciotka Anna była dla mnie wszyst­kim, a ja dla niej. Nie­stety, gdy mia­łam czter­na­ście lat, ciotka zacho­ro­wała i Grace znowu musiała mi szu­kać nowego domu.

Norma Jeane z Aną Lower, u któ­rej prze­by­wała w rodzi­nie zastęp­czej, 1939 rok

– Jak zno­si­łaś te wszyst­kie zmiany w swoim życiu? Jak zno­si­łaś to, że chyba z nikim nie mia­łaś wtedy szansy zbu­do­wać więzi, głę­bo­kiej rela­cji rodzice–dziecko?

– Wiesz, jaka jestem. W środku wraż­liwa, na zewnątrz umiem uda­wać, że jest dobrze. I tak też robi­łam jako dziecko. Nie narze­ka­łam, nie chcia­łam poka­zy­wać, że pła­czę. Uśmie­cha­łam się, kiedy trzeba. Ale rodzi­ców mi bra­ko­wało. Trudno jest iść przez życie w poje­dynkę, szcze­gól­nie jako dziecko. Wtedy uwa­ża­łam, że tak musi być, bo nie zasłu­guję na miłość. Jakoś musia­łam sobie wyja­śnić to, jak poto­czyło się moje dzie­ciń­stwo.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Norma Jeane (lub Jean według odmien­nej pisowni) Mor­ten­son to praw­dziwe imię i nazwi­sko Mari­lyn Mon­roe. [wróć]

2. Ame­ry­kań­ski aktor. [wróć]

3. Według innych wer­sji Mari­lyn uwa­żała, że jej ojciec zgi­nął, gdy miała sześć mie­sięcy. W rze­czy­wi­sto­ści zmarł dopiero w 1981 roku. [wróć]

4. Inna wer­sja mówi o tym, że Tippy został zabity łopatą. [wróć]