Świetny Mikołaj - Helena Leblanc - ebook

Świetny Mikołaj ebook

Leblanc Helena

4,3

Opis

„Możecie nazwać mnie Grinchem albo Scrooge'em, ale żadne z tych określeń nie zrobi na mnie wrażenia. Przywykłem do inwektyw. Jestem prawnikiem.”

 

Radca prawny Michał Myszkowski prowadzi własną kancelarię i musi zmierzyć się z pierwszym poważnym problemem w swojej karierze: skandalem wywołanym przez zaginionego biznesmena, z którym współpracował. To dla niego nie tylko sprawa honorowa, ale i kwestia zawodowej reputacji.

Poza sferą zawodową mężczyzna koncentruje całe życie wokół własnych potrzeb. Traktuje kobiety instrumentalnie i nie ma ochoty na związki.

Michał nie lubi końca roku. Wzdryga się na myśl o świątecznych piosenkach, płynących z głośników. Nie widzi w świętach nic dobrego. Irytują go zaproszenia na jasełka i ignoruje każdą prośbę o pomoc. Samolubny prawnik mógłby podać sobie rękę i z Grinchem, i ze Scrooge’em.

Niespodziewanie jednak w jego życiu pojawia się tajemnicza Tilda, która żąda od niego niemożliwego. Jest tak niezwykła, że pierwszy raz w życiu Michał czuje się… bezbronny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 252

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (236 ocen)
136
52
25
18
5
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Martaczytanie

Z braku laku…

nie rozumiem skąd te wysokie noty
20
zysa1

Nie oderwiesz się od lektury

Mała uwaga, jak się pisze książkę o prawniku, to powinno się wiedzieć, że policjant zatrzymuje osobę, a nie aresztuje - to może tylko sąd na posiedzeniu aresztowym
10
Sikora294

Nie oderwiesz się od lektury

No cóż myślałam, jeszcze jeden lekki romans świąteczny, jak ja się myliłam, jak mnie się to podobało ♥️ wzruszyło, zaskoczyło a na koniec zachwyciło.Polecam serdecznie
10
EwaET1958

Dobrze spędzony czas

Całkiem fajna, dobrze się czytało. Polecam!
00
Patrycja_Szlachta1

Dobrze spędzony czas

Nietypowa świąteczna książka ale bardzo fajnie się ją czytało
00

Popularność




Co­py­ri­ght ©2024 by He­le­na Le­blanc

Co­py­ri­ght ©2024 by Li­te­ra In­ven­ta

Wy­da­nie pierw­sze, 2024

Re­dak­cja: Klau­dia Jo­va­no­vska

Pierw­sza ko­rek­ta: Jo­an­na Kry­sty­na Ra­dosz

Dru­ga ko­rek­ta: Re­na­ta No­wak

Skład, ła­ma­nie i przy­go­to­wa­nie ebo­oka: Mi­chał Bog­da­ński

Pro­jekt okład­ki: Agniesz­ka Ma­kow­ska

Ilu­stra­cje: Au­re­lia Ba­ra­niec­ka

ISBN: 978-83-67355-21-6

© Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ksi­ążka ani jej frag­men­ty nie mogą być prze­dru­ko­wy­wa­ne ani w ża­den inny spo­sób re­pro­du­ko­wa­ne lub od­czy­ty­wa­ne w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu bez pi­sem­nej zgo­dy au­to­ra lub wy­daw­cy.

© All ri­ghts re­se­rved

stu­dio­_li­te­ra.in­ven­ta@outlo­ok.com

Prolog

Jin­gle bell, jin­gle bell, jin­gle bell rock

Jin­gle bells swing and jin­gle bells ring

Sno­win’ and blo­win’ up bu­shels of fun

Now the jin­gle hop has be­gun1

Nie wie­rzę, że już to pusz­cza­ją. Prze­cież mamy do­pie­ro ko­niec li­sto­pa­da! – po­my­śla­łem zgor­szo­ny nad­gor­li­wo­ścią cen­trów han­dlo­wych. Dla mnie świ­ęta za­czy­na­ły się dwu­dzie­ste­go czwar­te­go grud­nia wie­czo­rem i ko­ńczy­ły dwu­dzie­ste­go szó­ste­go. Nie było po­trze­by wy­dłu­żać ich bar­dziej, a już na pew­no nie o mie­si­ąc wprzód. Daw­no wy­ro­słem z pre­zen­tów i ra­do­sne­go ocze­ki­wa­nia na Mi­ko­ła­ja. Po co to komu?

Wy­sze­dłem ze skle­pu, ale ta prze­klęta pio­sen­ka przy­cze­pi­ła się do mnie tak, że mu­sia­łem ją nu­cić po­tem przez cały dzień.

Głu­pie świ­ątecz­ne pio­sen­ki! – po­msto­wa­łem na te me­lo­die, któ­re wże­ra­ją się w mózg tak, że nie mo­żna się od nich od­pędzić. Czy kie­dyś lu­bi­łem świ­ęta? Może tak, ale to mu­sia­ło być daw­no temu. Trzy­dzie­stocz­te­ro­let­ni sin­giel nie ma po­wo­dów, żeby je lu­bić. Spędza­ne z ro­dzi­ca­mi, star­szą sio­strą i jej mężem były dla mnie kosz­ma­rem. Na szczęście zo­stał jesz­cze cały mie­si­ąc, żeby przy­go­to­wać się psy­chicz­nie do tych trzech dni męki.

Jin­gle bell, jin­gle bell, jin­gle bell rock

Jin­gle bells chi­me in jin­gle bell time

Dan­cin’ and pran­cin’ in Jin­gle Bell Squ­are

In the fro­sty air2

Wyj­dź mi wresz­cie z gło­wy, siło nie­czy­sta! Ile mo­żna? A naj­gor­sze by­wa­ją ta­kie mo­men­ty, kie­dy jed­ną iry­tu­jącą me­lo­dię za­stępu­je dru­ga. I za­miast nu­cić Bob­by’ego Helm­sa, za­czy­na się piać jak Ma­riah Ca­rey. O nie! Tego już za wie­le! Ja w tym roku nie chcę świ­ąt! Czy ktoś mó­głby je dla mnie od­wo­łać?

– Co tam nu­cisz pod no­sem, Mi­cha­łku? – usły­sza­łem głos mamy i uzna­łem, że naj­wy­ższy czas ewa­ku­ować się do sie­bie.

– Nic ta­kie­go. Coś tam le­cia­ło w ra­diu. – Zi­gno­ro­wa­łem te­mat i ucie­kłem. Po­trze­bo­wa­łem po­być sam, w ci­szy. Ha­łas mnie męczył, nad­miar lu­dzi też. Tyl­ko w pra­cy mo­głem być sobą. Albo w swo­im po­ko­ju.

Mo­że­cie na­zwać mnie Grin­chem albo Scro­oge'em, ale żad­ne z tych okre­śleń nie zro­bi na mnie wra­że­nia. Przy­wy­kłem do in­wek­tyw. Je­stem praw­ni­kiem.

Rozdział I – Niechciane zaproszenie

poniedziałek, 25 listopada

– Pa­nie me­ce­na­sie, do­stał pan całą masę za­pro­szeń na gru­dzień, co mam z nimi zro­bić? – spy­tał mój asy­stent i apli­kant w jed­nym Igor Kraw­czyk. Za­sta­wił mi prze­jście i pa­trzył na mnie wzro­kiem spa­nie­la, sta­ra­jąc się tym zmu­sić do re­ak­cji. Że­nu­jące. I ktoś taki chce być rad­cą praw­nym?

Od kie­dy otwo­rzy­łem wła­sną kan­ce­la­rię rad­cy praw­ne­go czte­ry lata temu, to był mój pierw­szy apli­kant. I, kur­de, chy­ba ostat­ni. Nie mia­łem cier­pli­wo­ści do ucze­nia ko­go­kol­wiek, na­wet je­śli mło­dy ogar­niał mi pa­pie­ro­lo­gię. Po pro­stu, w pra­cy by­łem sa­mot­ni­kiem i fakt obec­no­ści dru­giej oso­by w tym sa­mym po­miesz­cze­niu zwy­kle mi prze­szka­dzał. A jed­nak nie mo­żna wszyst­kie­go ro­bić sa­me­mu i po­moc była mi po­trzeb­na, dla­te­go w ko­ńcu się zgo­dzi­łem.

In­dy­wi­du­al­na prak­ty­ka mia­ła swo­je za­le­ty i wady. Wia­do­mo, że nie mu­sia­łem ha­ro­wać na ko­goś, ale też od­po­wia­da­łem oso­bi­ście za wszyst­kie pro­wa­dzo­ne spra­wy. Igor przy­naj­mniej po­ma­gał mi je ka­ta­lo­go­wać. Był apli­kan­tem, kan­ce­li­stą i se­kre­tar­ką w jed­nym. Czło­wiek-or­kie­stra i pra­cow­nik-ide­ał, zwłasz­cza dla tych, któ­rzy nie chcie­li sta­wiać na pe­łne za­trud­nie­nie. Czy­li ta­kich opor­tu­ni­stów jak ja. Jed­nak to był je­den z tych mo­men­tów, w któ­rych po­tra­fi­łem prze­kli­nać jego obec­no­ść i pa­skud­nie mi­ęk­kie, do­bre ser­ce. Jak taki mi­ęczak chce być praw­ni­kiem? Prze­cież go zje­dzą… I jesz­cze po­wie­dzą, że to ja go nie na­uczy­łem za­wo­du.

Zmie­rzy­łem znu­dzo­nym wzro­kiem ster­tę ko­lo­ro­wych kar­tek, a po­tem spoj­rza­łem na Igo­ra. Szcze­ni­ęcy wzrok nie znik­nął, więc znów rzu­ci­łem okiem na kart­ki. Nor­mal­nie ster­ta ma­ku­la­tu­ry. Od kie­dy pod­jąłem wspó­łpra­cę z urzędem mia­sta w Le­gni­cy w ra­mach rządo­we­go pro­gra­mu za­pew­nia­jące­go bez­płat­ne po­ra­dy praw­ne dla lud­no­ści, by­łem wprost za­rzu­ca­ny wszel­kie­go ro­dza­ju za­pro­sze­nia­mi na kon­fe­ren­cje, spo­tka­nia, even­ty i szkol­ne ja­se­łka. Mia­łem tego ser­decz­nie dość. Czy tym lu­dziom nie szko­da pa­pie­ru?

– Py­tasz mnie, co masz zro­bić? To, co za­wsze się robi ze spa­mem – od­po­wie­dzia­łem w ko­ńcu ze śmie­chem. – Do ko­sza.

– Nie chce pan na­wet przej­rzeć? – Igor zmie­nił stra­te­gię i zro­bił oczy jak kot ze „Shre­ka”. Gdy­by nie te jego śmiesz­ne oku­la­ry, któ­re psu­ły cały efekt, na­wet bym się wzru­szył.

– Nie mam cza­su, Igo­rze, przej­rzyj je za mnie i je­śli uznasz ja­kieś za war­te za­cho­du, to daj znać. Mam te­raz na gło­wie tę spra­wę z ro­dzi­ną Ża­bic­kie­go. Mu­szę wy­my­ślić, jak z nich ści­ągnąć kasę. Nie mogę się roz­pra­szać.

Sam nie wie­rzy­łem, że od­po­wie­dzia­łem tak mi­ęk­ko, za­miast go zru­gać. To się jesz­cze na mnie ze­mści, je­stem pe­wien. Igor po­ki­wał tyl­ko gło­wą i wzi­ął się za wy­ci­ąga­nie za­pro­szeń z ko­pert, a po­tem prze­gląda­nie ich. Po­my­śla­łem jesz­cze, że nie pła­cę mu za za­ba­wę, ale osta­tecz­nie mach­nąłem na to ręką. Zbli­ża się ty­dzień do­bro­ci dla zwie­rząt, niech ma – po­my­śla­łem z roz­ba­wie­niem. To był sta­ry żart, jesz­cze z cza­sów, kie­dy sam by­łem na apli­ka­cji u ta­kie­go jed­ne­go sta­re­go ch… no, rad­cy. Tak, na­wet ja by­łem kie­dyś apli­kan­tem. Na pew­no nie ta­kim ża­ło­snym jak Kraw­czyk, ale jed­nak. Wte­dy mój los za­le­żał od czy­je­goś zda­nia i nie­ja­ko po­zo­sta­wa­łem na ła­sce sze­fa. Te­raz jest ina­czej. To Igor ma słu­chać mnie. Mimo wszyst­ko po­czu­łem się nie­swo­jo na wspo­mnie­nie tam­tych cza­sów.

Szyb­ko za­po­mnia­łem jed­nak o mo­jej nie­kom­for­to­wej sy­tu­acji z od­le­głej prze­szło­ści. Co in­ne­go mnie te­raz zaj­mo­wa­ło. Rok temu wpa­ko­wa­łem się w nie­cie­ka­wą spra­wę. Zwa­bio­ny nie­złą kasą pod­pi­sa­łem umo­wę o wspó­łpra­cy z fir­mą Ry­szar­da Ża­bic­kie­go, któ­ra mia­ła ugrun­to­wa­ną po­zy­cję na ryn­ku. Ża­bic­ki pro­wa­dził dużą dru­kar­nię i cie­szył się w na­szej oko­li­cy opi­nią świet­ne­go kon­tra­hen­ta. Za­wsze w ter­mi­nie wy­wi­ązy­wał się ze zle­ceń i ro­bił to z naj­wy­ższą sta­ran­no­ścią. Kie­dy przy­sze­dł do mo­jej kan­ce­la­rii, po­my­śla­łem na­wet, że to dar od losu. Ka­żdy chcia­łby mieć ta­kie­go klien­ta, tyl­ko spraw­dzać mu umo­wy i brać za to co mie­si­ąc okrągłą sumę. Tak było.

Trzy mie­si­ące temu oka­za­ło się, że Ża­bic­ki znik­nął, ale wcze­śniej zde­frau­do­wał dużą, jak na lo­kal­ne wa­run­ki, sumę pie­ni­ędzy kon­tra­hen­tów, bo po­nad trzy­sta ty­si­ęcy zło­tych. Mnie też za­le­gał kil­ka ty­si­ęcy za trzy mie­si­ące pra­cy, ale nie by­łem pierw­szym wie­rzy­cie­lem w ko­lej­ce. Szczęście w nie­szczęściu, Ża­bic­ki zo­sta­wił w jed­nej z pod­le­gnic­kich miej­sco­wo­ści dom o war­to­ści pół mi­lio­na, z wy­po­sa­że­niem, któ­re mo­żna by spie­ni­ężyć. Cze­mu w nie­szczęściu? Bo w domu zo­sta­wił żonę, któ­ra za­rze­ka­ła się, że nie ma po­jęcia, co się sta­ło z jej mężem, i trój­kę dzie­ci, w tym jed­no nie­pe­łno­spraw­ne. Jak nie­fart, to nie­fart.

Chło­piec Ża­bic­kich chy­ba miał au­tyzm. Przy­po­mnia­łem so­bie, że Ry­szard kie­dyś mi o nim opo­wia­dał. To je­den z po­wo­dów, dla któ­rych jego żona nie pra­co­wa­ła. Dru­gi był pro­za­icz­ny. Po pro­stu mąż świet­nie za­ra­biał i nie mu­sia­ła mar­twić się o byt. Z opo­wie­ści klien­ta wy­wnio­sko­wa­łem, że miał szczęśli­wą ro­dzi­nę mimo cho­ro­by syna. A jed­nak ich opu­ścił i zwiał z kasą, zo­sta­wia­jąc żonę i dzie­ci na pa­stwę ko­mor­ni­ka. Oj­ciec roku.

To była naj­trud­niej­sza spra­wa, z jaką mia­łem do­tąd do czy­nie­nia, bo nie­chcący zo­sta­łem za­an­ga­żo­wa­ny w prze­kręt, któ­ry wy­my­ślił Ża­bic­ki. Na wszyst­kich za­war­tych przez nie­go przez ostat­ni rok umo­wach wid­niał mój pod­pis i pie­cząt­ka rad­cy, co sta­wia­ło mnie w nie naj­ko­rzyst­niej­szym świe­tle w oczach jego kon­tra­hen­tów, na­wet je­śli umo­wy były bez za­rzu­tu pod względem praw­nym (co po­twier­dza­łem swo­im pod­pi­sem wła­śnie). A oszu­stwo po­le­ga­ło na nie­za­pła­ce­niu fak­tur do­staw­com, po­bra­niu na­le­żno­ści od klien­tów i ulot­nie­niu się z kasą.

Jak­by się tak nad tym za­sta­no­wić, to nie mia­ło sen­su. Komu opła­ca­ło się ucie­kać w Pol­skę, a tym bar­dziej w Eu­ro­pę czy świat, z tak małą kwo­tą jak nie­ca­łe osiem­dzie­si­ąt ty­si­ęcy euro? Za to nie dało się za­cząć no­we­go ży­cia. Fakt jed­nak po­zo­sta­wał nie­za­prze­czal­ny. Ża­bic­ki wy­pła­cił kasę z kon­ta oso­bi­ście (co po­twier­dził ban­ko­wy mo­ni­to­ring), wy­sze­dł z bu­dyn­ku i ślad po nim za­gi­nął. Co wi­ęcej, mu­siał to pla­no­wać wcze­śniej, bo prze­cież nie mo­żna ot tak wy­brać so­bie z ban­ku tak du­żej kwo­ty w go­tów­ce. Wi­ęk­sze wy­pła­ty trze­ba po pro­stu wcze­śniej zgła­szać. To do­wo­dzi­ło, że dzia­ła­nie Ża­bic­kie­go nie było spon­ta­nicz­ne i nie­prze­my­śla­ne. Inna spra­wa, czy dzia­łał pod pre­sją, czy z wła­snej woli, ale to niech usta­la po­li­cja.

Po­dob­nie jak wi­ęk­szo­ść po­krzyw­dzo­nych sku­pi­łem się ra­czej na spo­so­bach od­zy­ska­nia swo­ich pie­ni­ędzy. Na­tu­ral­nym kro­kiem dla mnie jako praw­ni­ka było zgło­sze­nie rosz­cze­nia do sądu, żeby uzy­skać ty­tuł wy­ko­nal­no­ści. Kon­tra­hen­ci Ża­bic­kie­go sami zgła­sza­li się do mnie, a ja zor­ga­ni­zo­wa­łem spo­tka­nie i za­pro­po­no­wa­łem im, że przy­go­tu­ję po­zew zbio­ro­wy. Wzi­ąłem od nich za to po sym­bo­licz­ne sto zło­tych oraz je­den pro­cent od kwo­ty, któ­rą uda się od­zy­skać. Wiem. Za­wsze mia­łem za mi­ęk­kie ser­ce.

Po­li­cja oczy­wi­ście przy­jęła zgło­sze­nie za­gi­ni­ęcia Ża­bic­kie­go od jego żony oraz za­wia­do­mie­nie o po­pe­łnie­niu prze­stęp­stwa wy­łu­dze­nia ode mnie, w imie­niu moim i kon­tra­hen­tów. To było dwa mie­si­ące temu. Śled­czy ka­za­li wszyst­kim uzbro­ić się w cier­pli­wo­ść. Na szczęście sąd był kon­kret­niej­szy i dość szyb­ko wy­sta­wił ty­tuł eg­ze­ku­cyj­ny. Cier­pli­wo­ść to cno­ta, któ­rej ni­g­dy nie po­sia­dłem.

Jak­by się tak do­brze za­sta­no­wić, nie po­sia­dłem żad­nej. Mój oj­ciec za­wsze po­wta­rzał, że w za­wo­dzie praw­ni­ka je­dy­ną cno­tą jest ich brak. On był pierw­szym przed­sta­wi­cie­lem ro­dzi­ny w tej bra­nży, z tym że wy­brał jed­ną z naj­trud­niej­szych spe­cja­li­za­cji – ko­mor­ni­czą. Moja star­sza sio­stra była sędzią ro­dzin­nym w sądzie re­jo­no­wym we Wro­cła­wiu, ale nie­dłu­go mia­ła awan­so­wać do sądu okręgo­we­go. A ja zo­sta­łem rad­cą. Lu­bi­łem swo­ją pra­cę, a poza tym da­wa­ła mi ona na­praw­dę nie­złe pie­ni­ądze.

Tyl­ko moja mama nie mia­ła nic wspól­ne­go z na­szym za­wo­dem. Od wie­lu lat z po­wo­dze­niem pro­wa­dzi­ła sklep z za­baw­ka­mi, któ­ry za­ło­ży­ła, kie­dy ja i Mar­ta by­li­śmy jesz­cze mali. Choć w dzi­siej­szych cza­sach ten biz­nes opła­cał się co­raz mniej – mama ro­bi­ła to głów­nie dla­te­go, że lu­bi­ła to za­jęcie i kon­takt z ma­ły­mi klien­ta­mi. Od kil­ku lat pi­ło­wa­ła też cza­chę mo­jej sio­strze, że chcia­ła­by już mieć wnu­ki.

Mar­ta mia­ła trzy­dzie­ści sze­ść lat i na­wet była mężat­ką, ale ro­bi­ła ka­rie­rę i twier­dzi­ła, że na dzie­ci kie­dyś przyj­dzie czas. Ja uwa­ża­łem, że to jej spra­wa, oj­ciec też, ale mama nie od­pusz­cza­ła swo­jej cór­ce do tego stop­nia, że Mar­ta ogra­ni­czy­ła wi­zy­ty w domu ro­dzi­ców do mi­ni­mum. Nic dziw­ne­go.

Do tej pory śmia­łem się z tego, ale od nie­daw­na za­częły się też dziw­ne uwa­gi w moją stro­nę. Mama twier­dzi­ła, że trzy­dzie­stocz­te­ro­let­ni ka­wa­ler to ob­ra­za ma­je­sta­tu. Co??? Gdy­by tak na to pa­trzeć, trze­ba by ska­zać za ob­ra­zę ma­je­sta­tu po­ło­wę dzi­siej­szych trzy­dzie­sto­pa­ro­lat­ków. Jak do­brze, że nie mamy w Pol­sce mo­nar­chii.

Ja nie ogra­ni­cza­łem jed­nak wi­zyt w domu ro­dzi­ców z pro­ste­go względu. Miesz­ka­łem u nich. Było mi zbyt wy­god­nie, żeby szu­kać so­bie wła­sne­go miesz­ka­nia, ko­goś, kto by mi je ogar­nął, ugo­to­wał coś i nie za­da­wał zbyt wie­lu py­tań. Mama była naj­wa­żniej­szą ko­bie­tą w moim ży­ciu. Je­dy­ną, któ­rą na­praw­dę ko­cha­łem. Mo­głem jej więc wy­ba­czyć to ma­ru­dze­nie.

* * *

Tego dnia po pra­cy spo­tka­łem się z moim kum­plem Łu­ka­szem, któ­ry od trzech lat był bur­mi­strzem jed­nej z pod­le­gnic­kich dziur, zu­pe­łnie bez po­wo­du zwa­nych uro­czo „ma­ły­mi mia­stecz­ka­mi”. Bo uro­cze­go nie było w nich nic. Łu­kasz jed­nak zda­wał się lu­bić swo­je za­jęcie.

Ale dziś umó­wi­li­śmy się na kręgle.

– Wy­glądasz na zmar­no­wa­ne­go, Mic­key – po­wie­dział już od we­jścia. – Prze­cież do­pie­ro mi­nął po­nie­dzia­łek. Zno­wu me­la­nżo­wa­łeś cały week­end? – Spoj­rzał na mnie po­bła­żli­wie, wło­żył buty i wy­brał dla nas tor. Do­go­ni­łem go szyb­ko.

– W ży­ciu – za­pro­te­sto­wa­łem. – Wiesz, że te­raz mu­szę dbać o opi­nię, bo hie­ny dzien­ni­kar­skie szu­ka­ją na mnie haka po tej spra­wie z Ża­bic­kim. A prze­cież mnie też oszu­kał.

– No to o co cho­dzi?

– Cały czas pró­bu­ję ugry­źć tę ro­dzin­kę. Moim zda­niem jego żona musi coś wie­dzieć, ina­czej nie ży­ła­by so­bie tak spo­koj­nie. Mam na nich ty­tuł eg­ze­ku­cyj­ny. To musi bo­leć.

– Ale nie mo­żesz wy­rzu­cić na bruk ko­bie­ty z dzie­ćmi w se­zo­nie od pa­ździer­ni­ka do ko­ńca mar­ca – przy­po­mniał mi, bio­rąc dużą kulę i wa­żąc ją w ręce.

Prze­cież wiem, że nie mogę.

– Ej, roz­ma­wiasz z praw­ni­kiem, bra­chu. I to jed­nym z naj­lep­szych.

Łu­kasz zi­gno­ro­wał moje prze­chwa­łki i rzu­cił kulą. Ład­nie, ale i tak nie zbił wszyst­kich kręgli. Zo­stał mu je­den. Mój kum­pel za­klął szpet­nie, jed­nak ro­zej­rzał się za­raz, czy w po­miesz­cze­niu nie ma żad­nych jego wy­bor­ców. A niby jak mia­łby ich roz­po­znać? Po gębie? Rzu­cił dru­gi raz i tym ra­zem zbił ostat­nie­go kręgla.

– Yes, yes, yes! – Ucie­szył się wy­mow­nie.

– Ten cy­tat jest już ob­jęty pra­wem au­tor­skim przez jed­ne­go po­li­ty­ka na szcze­blu cen­tral­nym, a na­wet eu­ro­pej­skim – przy­po­mnia­łem mu. Za­chi­cho­tał. – Je­steś za cien­ki w uszach, Łu­kasz.

– Ja się do­pie­ro roz­kręcam – od­gry­zł się. – Ty mi le­piej po­wiedz, Mic­key, jak chcesz od­zy­skać trzy­sta czter­dzie­ści ty­si­ęcy plus kosz­ty ko­mor­ni­cze z domu, w któ­rym miesz­ka mat­ka z trój­ką dzie­ci. I to na te­re­nie mo­jej gmi­ny. Mu­sisz wie­dzieć, że będę pil­no­wał tej spra­wy.

– Mogę zle­cić ko­mor­ni­ko­wi spie­ni­ęże­nie wszyst­kich sprzętów do­mo­wych, któ­re nie są nie­zbęd­ne do eg­zy­sten­cji. A wierz mi, spo­ro tego mają.

– Co cię po­wstrzy­mu­je?

– Nic. Ju­tro się za to za­bio­rę – od­po­wie­dzia­łem, ci­ska­jąc kulą w stro­nę kręgli. Zbi­łem wszyst­kie. Stri­ke! Jest szan­sa na bo­nus!

– Mic­key Mo­use, Mic­key Mo­use… – za­czął skan­do­wać Łu­kasz, wie­dząc, jak mnie wku­rzyć.

Nie­na­wi­dzi­łem tej ksyw­ki. Zna­ło ją tyl­ko kil­ka osób, z któ­ry­mi ko­le­go­wa­łem się w dzie­ci­ństwie. Wszyst­ko przez mamę, któ­ra cze­sa­ła mnie tak, że eks­po­no­wa­ła ząbek ukła­da­jący się z wło­sów na czo­le. Jak u Mysz­ki Miki. A po­nie­waż na­zy­wam się Mi­chał Mysz­kow­ski… Sami ro­zu­mie­cie.

Kie­dy tyl­ko za­cząłem mieć ja­ki­kol­wiek wpływ na swo­ją fry­zu­rę, za­pu­ści­łem grzyw­kę i za­cze­sy­wa­łem ją na bok. Dzi­ęki temu, że wło­sy były dłu­ższe, nikt nie wi­dział już tego pie­przo­ne­go ząb­ka. Wie­dział o nim Łu­kasz. Wie­dzia­ła też Ma­tyl­da, na­sza przy­ja­ció­łka z dzie­ci­ństwa. Ma­tyl­da… ile to już lat?

Mati, młod­sza od nas o trzy lata, za­wsze była zbyt wy­so­ka jak na swój wiek, no­si­ła krót­kie wło­sy i ubie­ra­ła się jak chło­pak. Po­zna­li­śmy się, kie­dy za­cze­pi­ła mnie i Łu­ka­sza, jak by­li­śmy na bo­isku. My mie­li­śmy wte­dy może dwa­na­ście lat, a ona dzie­wi­ęć. Zaj­mo­wa­li­śmy się swo­imi spra­wa­mi, gdy na­gle ktoś za­czął w nas rzu­cać pia­skiem i pa­ty­ka­mi; dzie­ciak o po­tar­ga­nych wło­sach i w znisz­czo­nym ubra­niu. Zła­pa­li­śmy gnoj­ka, chcąc mu prze­trze­pać skó­rę, ale oka­za­ło się, że to dziew­czy­na i da­li­śmy so­bie z tym spo­kój. Za to samo ja­koś tak wy­szło, że za­częli­śmy się ra­zem ba­wić. Ma­tyl­da mia­ła naj­lep­sze po­my­sły, ale żad­nych przy­ja­ciół poza nami. By­li­śmy nie­roz­łącz­ni do ko­ńca na­szej pod­sta­wów­ki, bo po­tem Mati wy­je­cha­ła z Le­gni­cy i po­szła do gim­na­zjum w ja­kie­jś dziu­rze, a ja za­cząłem na­ukę w li­ceum z Łu­ka­szem, zwa­nym przez nas… Już wiem, jak mu do­ku­czyć!

– Ku­lecz­ka! – po­wie­dzia­łem z naj­słod­szym wred­nym uśmie­chem, na jaki mo­głem się zdo­być. Łu­kasz zro­bił się czer­wo­ny na twa­rzy.

– To był cios po­ni­żej pasa, bra­chu! – za­pro­te­sto­wał.

Łu­kasz nie lu­bił, jak mu się wy­po­mi­na­ło, że był dość gru­by w dzie­ci­ństwie. Ksyw­kę „Ku­lecz­ka” też wy­my­śli­ła mu Ma­tyl­da, żeby nie było. Ta dziew­czy­na wy­wie­ra­ła na nas ogrom­ny i zgub­ny wpływ. Mia­ła szel­mow­skie po­my­sły, na któ­re my by­śmy nie wpa­dli. Na­ma­wia­ła nas do ta­kich rze­czy, na któ­re nor­mal­nie by­śmy się nie od­wa­ży­li. Wie­le razy mu­sie­li­śmy ją kryć i brać winę na sie­bie, bo Mati mia­ła bar­dzo su­ro­we­go ojca, któ­ry prał ją za ka­żde prze­wi­nie­nie… nie­raz przy­cho­dzi­ła do szko­ły albo na bo­isko z si­nia­ka­mi. Te­raz jako do­ro­sły fa­cet i praw­nik wiem, że ktoś po­wi­nien za­re­ago­wać, ale wte­dy by­łem tyl­ko dzie­cia­kiem. Nie mie­ści­ło mi się w gło­wie, że oj­ciec krzyw­dzi swo­je dziec­ko.

Dzi­siaj wy­so­ki i wy­spor­to­wa­ny Łu­kasz z ja­sny­mi ku­dła­mi i błękit­ny­mi ocza­mi był, jak to się mówi, ucie­le­śnie­niem dam­skich pra­gnień, ale wte­dy spra­wa wy­gląda­ła zgo­ła ina­czej. Jako na­sto­la­tek miał kom­plek­sy. Ku­lecz­ka… Jako do­ro­sły fa­cet Łu­kasz mógł mieć ko­biet na pęcz­ki. Na­wet ja się nie umy­wa­łem. On jed­nak da­wał so­bie jesz­cze rok. Po­sta­no­wił kie­dyś, że ko­bie­tę swo­je­go ży­cia po­zna naj­pó­źniej w wie­ku trzy­dzie­stu pi­ęciu lat. Fan­ta­zję ma uła­ńską, jak na po­li­ty­ka przy­sta­ło, trze­ba mu przy­znać.

– Cóż, Ku­lecz­ko, cze­go się nie robi, żeby roz­pro­szyć prze­ciw­ni­ka… – Pu­ści­łem oko do przy­ja­cie­la i rzu­ci­łem zno­wu dzie­si­ąt­kę. Po­dwój­ny stri­ke!

– Nie wiem, po co ja w ogó­le cho­dzę z tobą na kręgle – wes­tchnął Łu­kasz.

– Bo masz w so­bie coś z ma­so­chi­sty – od­pa­rłem. – Lu­bisz do­sta­wać po du­pie.

– Wy­bo­ry ja­koś wy­gra­łem – żach­nął się mój kum­pel.

– Wspó­ło­by­wa­te­le się na to­bie po­zna­li. Je­steś łeb­ski fa­cet, na­wet je­śli masz kom­plek­sy jak stąd na Ha­iti, a prze­cież od daw­na już nie przy­po­mi­nasz ku­lecz­ki.

– No, nie przy­po­mi­nam. – Łu­kasz po­ta­rł bro­dę ręką i za­my­ślił się. Chy­ba na­wet wie­dzia­łem, o kim. – Cie­ka­we, co się sta­ło z Ma­tyl­dą? – wes­tchnął wte­dy zno­wu, jak­by od­czy­tu­jąc moje wcze­śniej­sze my­śli.

– Też bym chciał wie­dzieć, ale nie wi­dzie­li­śmy jej od pra­wie dwu­dzie­stu lat…

– Ale ten czas za­pier­da­la.

– Za szyb­ko. Do­ro­słe ży­cie jest do bani! – żach­nąłem się.

– I to mówi wiel­ki pan me­ce­nas? – za­śmiał się Łu­kasz.

– Tak, wiel­ki pa­nie bur­mi­strzu. Mama każe mi szu­kać żony – za­śmia­łem się.

– Co ona, li­to­ści dla ko­biet nie ma? Żad­na by z tobą nie wy­trzy­ma­ła – za­re­cho­tał Łu­kasz.

– Do­brze, że cho­ciaż ty to za­uwa­żasz.

Kum­pel znał mnie jak nikt.

– Do­brze, że da­łeś się roz­pro­szyć – za­chi­cho­tał Łu­kasz, któ­ry wła­śnie wy­ko­nał świet­ny rzut i zdo­był pierw­sze­go stri­ke’a.

– O ty szu­jo! Ty się na­zy­wasz przy­ja­cie­lem? – Uda­łem obu­rze­nie, po czym za­cząłem wy­da­wać z sie­bie głu­pie dźwi­ęki.

Wie­dzia­łem, że tego nie zno­sił. Sku­sił od razu. W na­stęp­nej ko­lej­ce za­li­czył tyl­ko po­ło­wę kręgli. Sko­rzy­sta­łem z oka­zji i rzu­ci­łem ko­lej­ne­go stri­ke’a.

Nie wiem, o któ­rej wró­ci­łem do domu, ale te kil­ka go­dzin w to­wa­rzy­stwie Łu­ka­sza do­brze mi zro­bi­ło. Taki emo­cjo­nal­ny re­set po dziw­nym po­cząt­ku ty­go­dnia. Do­brze mieć przy­ja­cie­la. By­łem pe­wien, że w ka­żdej sy­tu­acji Łu­kasz sta­nie po mo­jej stro­nie. A ja bym sta­nął po jego. By­li­śmy dru­ży­ną pew­nia­ków. Od za­wsze i na za­wsze.

wtorek, 26 listopada

– Sze­fie, nie wy­rzu­ci­łem tego za­pro­sze­nia – stwier­dził Igor z sa­me­go rana, po­da­jąc mi ja­kąś ko­lo­ro­wą kart­kę.

– Jak to? – zdzi­wi­łem się. Nie wy­ko­nał mo­je­go po­le­ce­nia?!

– Bo wi­dać, że jest ręcz­nie wy­ko­na­ne. Pew­nie przez ja­kieś dziec­ko. Niech pan zo­ba­czy – za­chęcił mnie.

– Jezu, Igor, ty chy­ba chcesz mnie wy­ko­ńczyć – jęk­nąłem. – Po co mi ja­kieś dur­ne za­pro­sze­nie?

– Niech pan zer­k­nie – na­le­gał mój apli­kant.

Ni­g­dy nie był tak upar­ty i ni­g­dy wcze­śniej nie pod­wa­żał mo­je­go zda­nia. Wy­ra­bia się czy co?

– Do­bra, ale za­raz po­tem je wrzu­cisz do nisz­czar­ki – za­rządzi­łem.

– Okej. – Igor unió­sł dło­nie w ge­ście ka­pi­tu­la­cji, ale zo­sta­wił mi to ko­lo­ro­we coś na biur­ku i wy­sze­dł z mo­je­go ga­bi­ne­tu.

Za­jąłem się pra­cą i do­pie­ro po po­łud­niu zno­wu zwró­ci­łem uwa­gę na ten świ­stek. Już mia­łem go ci­snąć do ko­sza, kie­dy mój wzrok przy­ci­ągnął je­den sym­bol. Trzy małe li­te­ry „i” obok sie­bie, „iii” w pra­wym dol­nym rogu kart­ki. Otwo­rzy­łem za­pro­sze­nie i prze­czy­ta­łem tre­ść ze zdzi­wie­niem. „Sto­wa­rzy­sze­nie Przy­ja­ciół Dzie­ci z Au­ty­zmem i Ich Ro­dzin za­pra­sza ser­decz­nie na spo­tka­nie mi­ko­łaj­ko­we, któ­re od­będzie się 6 grud­nia 2019 roku o go­dzi­nie 10:00 w sie­dzi­bie Sto­wa­rzy­sze­nia w Ja­wo­ro­wie. Je­śli ży­czą so­bie Pa­ństwo za­an­ga­żo­wać się w or­ga­ni­za­cję pa­czek mi­ko­łaj­ko­wych dla dzie­ci, pro­szę o kon­takt pod nu­me­rem 662-266-878. Pre­zes Sto­wa­rzy­sze­nia…”. Pod­pis był nie­czy­tel­ny. I po co mi Igor zno­si te śmie­ci? – wku­rzy­łem się tyl­ko. Wrzu­ci­łem nie­bie­ską kar­tecz­kę z wy­kle­ja­nym Mi­ko­ła­jem do ko­sza. Kto w ogó­le robi nie­bie­skie kart­ki mi­ko­łaj­ko­we?

Wy­łączy­łem kom­pu­ter, po­in­for­mo­wa­łem Igo­ra, że mu­szę od­wie­dzić ko­mor­ni­ka i już nie wró­cę, a po­tem wy­sze­dłem. W spra­wie Ża­bic­kie­go nie mo­głem udać się do kan­ce­la­rii mo­je­go ojca, bo spra­wa mu­sia­ła być czy­sta i nie no­sić żad­nych zna­mion ne­po­ty­zmu. Oj­ciec po­le­cił mi swo­ją ko­le­żan­kę po fa­chu Eli­zę Słod­kow­ską, ko­bie­tę w jego wie­ku. Cie­szy­łem się, że będę wspó­łpra­co­wał z do­świad­czo­nym ko­mor­ni­kiem, ale pani Eli­za chy­ba po­my­li­ła stu­le­cia, bo po­trak­to­wa­ła mnie tro­chę pro­tek­cjo­nal­nie.

– Mi­cha­łku, oczy­wi­ście, że ci po­mo­gę – od­po­wie­dzia­ła naj­słod­szym gło­sem, kie­dy wy­łusz­czy­łem jej spra­wę. – Je­steś taki po­dob­ny do taty, kie­dy był mło­dy. No, cały Mi­rek. – Spoj­rza­ła na mnie z roz­czu­le­niem.

Jesz­cze bra­ku­je tyl­ko, żeby mnie po­gła­ska­ła po gło­wie – po­my­śla­łem znie­sma­czo­ny.

– Dzi­ęku­ję – od­po­wie­dzia­łem jed­nak uprzej­mie. To taka pra­ca. Je­steś uprzej­my, bo mu­sisz, na­wet jak cza­sem bar­dzo nie chcesz. Resz­ta pro­ce­su dzie­je się w środ­ku.

Umó­wi­li­śmy się na na­stęp­ny czwar­tek, pi­ąte­go grud­nia, na dzie­si­ątą w jej kan­ce­la­rii. Wy­sze­dłem z biu­ra przy­ja­ció­łki mo­je­go ojca usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny. Mia­łem szan­sę tro­chę po­pchnąć do przo­du tę spra­wę, żeby oszu­ka­ni kon­tra­hen­ci i wspó­łpra­cow­ni­cy Ża­bic­kie­go, w tym ja, otrzy­ma­li zwrot choć części swo­ich pie­ni­ędzy przed świ­ęta­mi.

Wró­ci­łem do domu aku­rat na obiad. Mama wła­śnie sta­wia­ła na sto­le pach­nącą zupę po­mi­do­ro­wą, któ­rą uwiel­bia­łem i mo­głem spo­ży­wać w ka­żdej po­sta­ci i ilo­ści. Po­dob­no w dzie­ci­ństwie nie chcia­łem jeść nic in­ne­go. Nie obej­dzie się bez do­kład­ki. Już by­łem pe­wien, że po­zo­sta­nie z ro­dzi­ca­mi było do­brą de­cy­zją. Dla mnie nie­wa­żne, czy po­mi­do­rów­ka była z ca­ły­mi wa­rzy­wa­mi, czy zmik­so­wa­na do po­sta­ci zupy kre­mu, czy była ła­god­na, kla­sycz­na, czy pi­kant­na, a naj­bar­dziej lu­bi­łem aro­mat ba­zy­lii. I dziś wła­śnie mama zro­bi­ła po­mi­do­ro­wy krem z list­kiem ba­zy­lii, chy­ba spe­cjal­nie dla mnie. Jak tu jej nie ko­chać?

– Mamo, coś wspa­nia­łe­go – po­wie­dzia­łem, kie­dy za­nu­rzy­łem ły­żkę w gęstej zu­pie, a po­tem łap­czy­wie ją ob­li­za­łem. Ni­g­dy do ko­ńca nie po­zby­łem się tego ge­stu, choć w miej­scach pu­blicz­nych bar­dzo się pil­no­wa­łem. Bo­ski smak.

– Cie­szę się. Smacz­ne­go, syn­ku – od­po­wie­dzia­ła z ra­do­ścią, uśmie­cha­jąc się pro­mien­nie.

Moja mama była tak ser­decz­ną i do­brą oso­bą, że cza­sem za­sta­na­wia­łem się, jak mo­gła wy­jść za mąż za mo­je­go ojca i uro­dzić mu dwój­kę dzie­ci ta­kich sa­mych jak on. Wie­dzia­łem, że ona, w ta­jem­ni­cy przed oj­cem, co roku od­da­wa­ła za­baw­ki ze swo­je­go skle­pu dla pod­opiecz­nych z domu dziec­ka. Ni­g­dy nie wy­da­łem mamy przed tatą, ale nie do ko­ńca ro­zu­mia­łem jej po­stępo­wa­nie. Prze­cież to pew­nie wła­śnie dla­te­go skle­pik nie przy­no­sił pra­wie w ogó­le zy­sków. Ma­mie le­d­wo star­cza­ło na pen­sję dla pra­cow­ni­cy, ale upar­cie pro­wa­dzi­ła ten sklep i za­trud­nia­ła tę samą ko­bie­tę od wie­lu lat, choć rów­nie do­brze obie mo­gły już prze­jść na eme­ry­tu­rę.

Ojcu było wszyst­ko jed­no, o ile miał mamę z gło­wy. Sko­ro dzi­ęki skle­po­wi była za­jęta i za­do­wo­lo­na, ma­chał ręką na jego nie­ren­tow­no­ść. Cie­szył się tyl­ko, że nie mu­siał do­kła­dać do jej in­te­re­su. Pa­trząc na ro­dzaj re­la­cji, jaki łączył mo­ich ro­dzi­ców, nie mia­łem ocho­ty na po­wta­rza­nie sche­ma­tu. Na co mi żona? Żeby się chwa­lić przed ko­le­ga­mi ro­dzi­ną jak oj­ciec? Prze­cież ja na­wet nie mam ko­le­gów poza Łu­ka­szem. Wca­le nie chcia­łem się że­nić, a już tym bar­dziej mul­ti­pli­ko­wać ego­istycz­nych ge­nów Mysz­kow­skich. Praw­do­po­do­bie­ństwo po­wo­ła­nia na świat ko­goś po­dob­ne­go do mo­je­go sta­re­go sku­tecz­nie znie­chęca­ło mnie do ro­dzi­ciel­stwa.

Ale nie tyl­ko brak względów prak­tycz­nych prze­ma­wiał za tą de­cy­zją. Nie spo­tka­łem do­tąd ko­bie­ty, dla któ­rej by­ło­by war­to zmie­nić stan cy­wil­ny. Ta­kiej, któ­ra by mnie ak­cep­to­wa­ła, a przy tym po­wo­do­wa­ła, że za­wsze bym chciał wra­cać do domu, tyl­ko do niej.

Czy mia­łem swój ide­ał? A kto go nie ma? Wy­obra­ża­łem so­bie po­ten­cjal­ną kan­dy­dat­kę na tę je­dy­ną jako pi­ęk­ną i do­brą blon­dyn­kę, taką jak moja mama. I ko­niecz­nie mu­sia­ła­by się na­uczyć go­to­wać dla mnie po­mi­do­ro­wą. Ale na tym po­do­bie­ństwa do mo­jej ro­dzi­ciel­ki mia­ły się ko­ńczyć. Moja wy­bran­ka mu­sia­ła być ko­bie­tą tak sek­sow­ną, że­bym nie chciał oglądać się na inne. Poza tym Łu­kasz miał ra­cję. Chęt­nych może i by nie bra­ko­wa­ło, ale któ­ra by ze mną wy­trzy­ma­ła? Wi­dząc względ­nie uda­ne ma­łże­ństwo mo­ich ro­dzi­ców, wo­la­łem być wiecz­nym sin­glem. Co in­ne­go nie­zo­bo­wi­ązu­jące spo­tka­nia…

Wie­czor­ne wy­obra­że­nia o ko­bie­cie mo­ich ma­rzeń nie wy­szły mi jed­nak na do­bre. Trud­ne do po­wstrzy­ma­nia na­pi­ęcie nie po­zwa­la­ło my­śleć sen­sow­nie. Nie lu­bi­łem tego sta­nu nie­za­spo­ko­je­nia. Wy­bra­łem więc nu­mer Aśki.

Jo­an­na była w moim wie­ku. Stu­dio­wa­li­śmy ra­zem i ko­le­go­wa­li­śmy się, po­tem ona wy­bra­ła spe­cja­li­za­cję ko­mor­ni­czą. Za­ła­twi­łem jej apli­ka­cję u mo­je­go ojca i to nas do sie­bie zbli­ży­ło na tyle, że zo­sta­li­śmy „przy­ja­ció­łmi do łó­żka”. Zna­jąc ży­cie, Aśka mia­ła ta­kie re­la­cje z po­ło­wą kan­ce­la­rii mo­je­go sta­re­go, ale to nie była moja spra­wa. Łączył nas układ, któ­ry za­do­wa­lał obo­je. Do­bry seks, tro­chę spędzo­ne­go wspól­nie cza­su i… ro­bi­li­śmy so­bie na­wza­jem za przy­kryw­kę przed ro­dzi­na­mi. Jo­aśka też nie za­mie­rza­ła wy­cho­dzić za mąż ani ro­dzić dzie­ci. Twier­dzi­ła, że to jej za­szko­dzi na fi­gu­rę, a ja mo­głem tyl­ko przy­kla­snąć, bo fi­gu­rę mia­ła rze­czy­wi­ście fan­ta­stycz­ną.

Aśka nie ode­bra­ła, ale po chwi­li wy­sła­ła mi SMS-a:

Od­dzwo­nię, kot­ku :-*.

Aha, czy­li jesz­cze jest w pra­cy – po­my­śla­łem i sfru­stro­wa­ny za­cząłem roz­wa­żać inne for­my roz­ła­do­wa­nia na­pi­ęcia. Nota bene, nie­na­wi­dzi­łem być na­zy­wa­ny „kot­kiem” i Jo­aśka do­sko­na­le o tym wie­dzia­ła. Zna­czy, ce­lo­wo mnie pro­wo­ko­wa­ła, że­bym po­tem ze­rżnął jej ty­łek na ostro. Kur­wa, po­my­śl o czy­mś in­nym, idio­to! – skar­ci­łem się w my­ślach, czu­jąc ból w pod­brzu­szu z po­wo­du tego na­pi­ęcia.

Już mia­łem iść do baru i wy­rwać ko­go­kol­wiek, kie­dy ko­le­żan­ka od­dzwo­ni­ła.

– Mi­siacz­ku, co tam? – spy­ta­ła. „Mi­siacz­ka” też nie­na­wi­dzi­łem. Chy­ba jesz­cze bar­dziej niż wszyst­kich in­nych mi­lu­sich zwie­rzątek, bo ja­koś na­wi­ązy­wał do mo­je­go imie­nia.

– Nie wku­rzaj mnie, Aśka. Wpad­nę dziś po cie­bie, pój­dzie­my na ko­la­cję, okej?

– Je­stem na die­cie – od­po­wie­dzia­ła, choć było sły­chać, że mó­wi­ła to z pe­łną bu­zią.

Ja­sne. Chęt­nie bym ją ina­czej wy­pe­łnił. – Wy­obra­źnia pod­su­nęła mi od razu al­ter­na­tyw­ny spo­sób na­kar­mie­nia jej.

– No to ja będę jadł, a ty po­pa­trzysz – za­żar­to­wa­łem so­bie.

– Wal się. Sa­łat­ka może być. O któ­rej po mnie przy­je­dziesz?

Jak zgłod­nie­jesz – po­my­śla­łem zło­śli­wie, ale nie mo­głem tego po­wie­dzieć, nie tra­cąc przy tym oka­zji na wie­czor­ne bzy­kan­ko.

– Osiem­na­sta trzy­dzie­ści pa­su­je?

– Je­ste­śmy umó­wie­ni. Kot­ku. – Aśka się roz­łączy­ła, za­nim zdąży­łem za­re­ago­wać. Ale cel osi­ągnąłem. Mo­głem już od­li­czać czas do spe­łnie­nia swo­ich pa­lących żądz.

* * *

Po osiem­na­stej le­cia­łem jak na skrzy­dłach, żeby zdążyć na umó­wio­ną go­dzi­nę. Mama tyl­ko uśmiech­nęła się po­bła­żli­wie, ale nic nie po­wie­dzia­ła. Oj­ciec jak zwy­kle ma­chał ręką, jak­by od­ga­niał nie­przy­jem­ne my­śli. Ostat­nio ci­ągle nią ma­chał, jak­by na­gle wszyst­ko zro­bi­ło mu się obo­jęt­ne. A może po pro­stu pró­bo­wał mnie prze­go­nić z domu, jak na­tręt­ną mu­chę, któ­ra nie chce sama wy­le­cieć? Mo­żli­we, ale nie mia­łem cza­su tego ana­li­zo­wać. Grunt, że nie mó­wił tego gło­śno, bo wte­dy mu­sia­łbym się od­nie­ść do jego uwag. A tak… mo­głem iść.

Mu­sia­łem we­jść po scho­dach na czwar­te pi­ętro ka­mie­ni­cy, bo Jo­aśka ni­g­dy nie mo­gła się przy­go­to­wać na czas. Pin­drzy­ła się za­wsze z go­dzi­nę, dla­te­go uma­wia­łem się z nią wcze­śniej, niż na­praw­dę chcia­łem wy­jść, a po­tem i tak mu­sia­łem ją po­ga­niać.

– Go­to­wa? – spy­ta­łem re­to­rycz­nie, kie­dy mi otwo­rzy­ła w szla­fro­ku. Było ja­sne jak sło­ńce, że go­to­wa nie była.

– Daj mi dzie­si­ęć mi­nut – od­po­wie­dzia­ła, cmo­ka­jąc w po­wie­trze za­miast w mój po­li­czek. I do­brze, bo na ustach mia­ła już szmin­kę, któ­ra wy­gląda­ła na zo­sta­wia­jącą śla­dy, a ja śla­dów nie lu­bi­łem.

Tak, ja­sne, dzie­si­ęć mi­nut – za­śmia­łem się w du­chu.

Wsze­dłem do jej miesz­ka­nia i za­mknąłem za sobą drzwi. Skie­ro­wa­łem się pro­sto do sa­lo­nu, gdzie cze­kał na mnie wy­god­ny fo­tel. Aśka mia­ła faj­ne, kom­for­to­wo urządzo­ne miesz­ka­nie. Sta­now­czo, mój oj­ciec do­brze pła­cił swo­im pra­cow­ni­kom, sko­ro na­dal u nie­go pra­co­wa­ła, za­miast otwo­rzyć wła­sną kan­ce­la­rię.

– Po­cze­kam tyle, ile trze­ba – od­po­wie­dzia­łem spo­koj­nie, kie­dy zni­ka­ła za drzwia­mi ła­zien­ki. Na­wet je­śli nie­na­wi­dzi­łem jej spó­źnial­stwa, nie mo­głem te­raz tego oka­zać zbyt osten­ta­cyj­nie.

Jo­aśka do­ko­ńczy­ła ma­ki­jaż, a po­tem prze­mknęła jesz­cze do swo­jej sy­pial­ni, żeby się ubrać. Przez chwi­lę wy­obra­ża­łem so­bie, że idę tam za nią, zry­wam z niej ten szla­frok i bio­rę ją od tyłu przy łó­żku, ale szyb­ko zo­rien­to­wa­łem się, że wte­dy nie wy­szli­by­śmy z jej miesz­ka­nia, a ja by­łbym głod­ny. Ona pew­nie nie mia­ła w domu nic poza tym we­ga­ńskim chła­mem. Któ­ry fa­cet naje się ro­śli­na­mi?

Moja ko­le­żan­ka do łó­żka nie była we­gan­ką z prze­ko­na­nia. Wpie­prza­ła fast fo­ody i sło­dy­cze, a kie­dy przy­bie­ra­ła tro­chę na wa­dze, prze­cho­dzi­ła na die­tę wege i pró­bo­wa­ła zba­wić swo­ją fi­gu­rę. In­te­li­gen­cję wy­ko­rzy­sty­wa­ła chy­ba tyl­ko w pra­cy, bo poza nią nie zdra­dza­ła jej ob­ja­wów. Je­dy­ną jej za­le­tą było cia­ło wła­śnie. Ty­łek. No do­brze, cyc­ki też mia­ła nie­złe, ale ty­łek był pierw­sza kla­sa. Chy­ba tyl­ko dla­te­go w ogó­le jesz­cze się z nią za­da­wa­łem. Bądźmy szcze­rzy, któ­ry fa­cet my­śli w łó­żku o tym, jaka mądra jest ko­bie­ta? Zwłasz­cza kie­dy ob­ró­ci się ty­łem i wy­pnie.

Aśka ubra­ła się szyb­ko, jak na nią, i już po dwu­dzie­stu mi­nu­tach wy­szła z sy­pial­ni w obłęd­nie krót­kiej czer­wo­nej kiec­ce, któ­ra od­sła­nia­ła ko­ron­kę od czar­nych po­ńczoch, i szpil­kach, któ­re przy­pra­wi­ły­by o za­wrót gło­wy nie­jed­ne­go fa­ce­ta. Ja aku­rat się przy­zwy­cza­iłem, a poza tym nie było ta­kich bu­tów, w któ­rych ona do­rów­na­ła­by mi wzro­stem. Po­dej­rze­wa­łem, że nikt nie po­zna­łby pani ko­mor­nik w tej od­sło­nie. A może to i do­brze dla jej ka­rie­ry i re­pu­ta­cji.

– Go­to­wa? – spy­ta­łem już dru­gi raz tego wie­czo­ru.

– Tak, kró­licz­ku – od­po­wie­dzia­ła Jo­aśka, zbie­ra­jąc za to ode mnie klap­sa. Z obo­pól­ną przy­jem­no­ścią. Strze­li­ła tyl­ko ocza­mi w moim kie­run­ku i wska­za­ła mi drzwi. – Wy­cho­dzi­my.

Nie przy­kła­da­łem wagi do ko­la­cji. Chcia­łem jak naj­szyb­ciej coś zje­ść i wró­cić z Aśką do jej miesz­ka­nia, ale ona naj­wy­ra­źniej wo­la­ła po­sie­dzieć w re­stau­ra­cji. Ja­dła swo­ją małą por­cję sa­łat­ki dwa razy dłu­żej niż ja du­że­go bur­ge­ra z fryt­ka­mi i su­rów­ka­mi. Rzu­ca­ła mi przy tym tak pe­łne obu­rze­nia spoj­rze­nia, że w ko­ńcu ją spy­ta­łem, czy może chcia­ła­by spró­bo­wać bur­ge­ra. Chcia­ła. I wy­szło szy­dło z wor­ka. Die­ta. Tak, ja­sne.

W ko­ńcu się do­cze­ka­łem. Jo­aśka uzna­ła, że jest na­je­dzo­na.

– Na­stęp­nym ra­zem za­mów ham­bur­ge­ra – za­żar­to­wa­łem so­bie.

– Na­stęp­nym ra­zem nie będzie na­stęp­ne­go razu – po­gro­zi­ła mi Aśka, ale też ze śmie­chem.

– Będzie, będzie – od­po­wie­dzia­łem pew­nie, obej­mu­jąc ją w pa­sie. – I dziś też będzie na­stęp­ny – do­da­łem jej pro­sto do ucha, wy­wo­łu­jąc w niej dreszcz.

Obo­je wie­dzie­li­śmy, jak ten wie­czór miał się sko­ńczyć, więc za­pła­ci­łem ra­chu­nek (w ko­ńcu to ja ją za­pro­si­łem) i wy­szli­śmy. Aśka była jed­nak inna niż za­wsze. Tro­chę za­my­ślo­na, mniej bez­czel­na niż zwy­kle. Tak jak­by coś ją gry­zło.

Szyb­ko po­mi­nąłem jed­nak spo­strze­że­nia do­ty­czące jej sa­mo­po­czu­cia, kie­dy za­mknęła za nami drzwi swo­je­go miesz­ka­nia. Przy­ci­ągnąłem ją do sie­bie, zła­pa­łem jed­ną ręką w ta­lii, a dru­gą zje­cha­łem na ty­łek, a po­tem wsu­nąłem dłoń pod su­kien­kę. Mia­ła na so­bie tyl­ko strin­gi.

– Asiu, masz dziś bar­dzo prze­ko­nu­jące ar­gu­men­ty – za­mru­cza­łem, wgry­za­jąc się za­raz w jej szy­ję. Po­tem ob­ró­ci­łem ją ty­łem do sie­bie, pod­ci­ągnąłem jej su­kien­kę i prze­je­cha­łem dło­ńmi po po­ślad­kach. W ko­ńcu wło­ży­łem obie dło­nie pod sznu­recz­ki uda­jące bie­li­znę i po­wo­li je zsu­nąłem z jej ty­łka. Pal­cem spraw­dzi­łem jej go­to­wo­ść. Mu­sia­ła być po­bu­dzo­na, bo była wil­got­na i re­ago­wa­ła na mój do­tyk in­ten­syw­nie. Ale ja chcia­łem się tro­chę po­ba­wić, za­nim ją ze­rżnę.

– Nie znęcaj się, Mi­chał!

Uuu, uży­ła mo­je­go pe­łne­go imie­nia, chy­ba się wku­rzy­ła – za­uwa­ży­łem.

– A znęcam się?

– Tak, jak cho­le­ra!

– Do­brze, Jo­an­no, po­wiedz mi, cze­go chcesz – po­pro­si­łem, dra­żni­ąc ją da­lej.

– Wej­dź we mnie i mnie rżnij – wy­jęcza­ła.

– We­dle ży­cze­nia – od­po­wie­dzia­łem, wcho­dząc w nią do ko­ńca. Tego mi było trze­ba.

Aśka opa­rła dło­nie o ścia­nę w przed­po­ko­ju, wy­pi­ęła się do mnie, a ja, trzy­ma­jąc ją za bio­dra, nada­wa­łem nam co­raz szyb­sze tem­po. Na­gle po­czu­łem zbli­ża­jący się or­gazm, a prze­cież wi­dzia­łem, że ona jesz­cze mnie po­trze­bo­wa­ła. W pierw­szej chwi­li po­my­śla­łem, żeby zwol­nić i dać jej do­jść, ale za­raz ode­zwał się mój dia­beł, któ­ry stwier­dził, że wła­sna przy­jem­no­ść jest naj­wa­żniej­sza. Tak!

– Hej, co to było? – spy­ta­ła, uda­jąc obu­rze­nie.

– Pierw­sza run­da. A nie mó­wi­łem ci, że będzie dziś po­wtór­ka? – za­śmia­łem się.

– Nie wie­dzia­łam, że by­łeś taki na­pa­lo­ny – stwier­dzi­ła, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Cho­dź pod prysz­nic. Zo­sta­niesz chy­ba, co?

– Jesz­cze na je­den raz na pew­no.

– Oby ci star­czy­ło cier­pli­wo­ści dla mnie, sa­mo­lu­bie – burk­nęła Aśka, ci­ągnąc mnie do swo­jej ła­zien­ki. Jej ar­gu­men­ty po raz ko­lej­ny mnie prze­ko­na­ły. Po­wtór­kę za­częli­śmy już tam, a do­ko­ńczy­li­śmy w jej sy­pial­ni.

Tym ra­zem za­do­wo­li­łem też Aśkę. Na­le­ża­ło jej się. Na­wet zo­sta­łem na noc i po­pra­wi­li­śmy jesz­cze rano. No, nie mo­głem prze­cież zi­gno­ro­wać tego ty­łecz­ka wy­pi­ęte­go do mnie w za­chęca­jącej po­zie. Kto nor­mal­ny by o tym za­po­mniał?

Kie­dy pa­trzy­łem po­tem, jak Jo­aśka ubie­ra się do pra­cy, po­my­śla­łem so­bie, że taki układ jest dla nas ide­al­ny. Też się ubra­łem i wy­szli­śmy ra­zem. Ona mu­sia­ła być w biu­rze przed dzie­wi­ątą. Ja mo­głem so­bie po­zwo­lić na przy­jście do pra­cy pó­źniej. W ko­ńcu sam by­łem swo­im sze­fem. Po­je­cha­łem więc naj­pierw do domu, gdzie wy­pi­łem kawę i zja­dłem śnia­da­nie zo­sta­wio­ne przez mamę. W kan­ce­la­rii po­ja­wi­łem się do­pie­ro o dzie­si­ątej.

Igor przy­wi­tał mnie z uśmie­chem.

– Dzień do­bry, pa­nie me­ce­na­sie.

– A to­bie co się sta­ło? – zdzi­wi­łem się, wi­dząc jego do­bry hu­mor.

– Wczo­raj, za­raz po tym, jak pan wy­sze­dł, była tu taka ko­bie­ta… – Igor zro­bił bło­gi uśmiech. – Nor­mal­nie anioł w czer­wo­nych wło­sach.

– Co???

– No, wy­gląda­ła jak mo­del­ka. Ślicz­na jak anioł, ubra­na jak sza­tan, a wło­sy mia­ła tak wście­kle czer­wo­ne, że pa­rzy­ły w oczy jak pło­mie­nie.

Je­zus Ma­ria, pew­nie ja­kaś wa­riat­ka.

– Mam na­dzie­ję, że ją od­pra­wi­łeś? – spy­ta­łem przy­tom­nie.

– Tak, po­wie­dzia­łem, że sze­fa nie ma i już nie będzie. Ale żal mi było, bo taka pi­ęk­no­ść to rzad­ki wi­dok.

– A mó­wi­ła, cze­go chcia­ła?