Tajemnica Broken Bayou - Jennifer Moorhead - ebook + audiobook

Tajemnica Broken Bayou ebook i audiobook

Jennifer Moorhead

4,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów w stałej cenie, by naprzemiennie czytać i słuchać. Tak, jak lubisz.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.

Dowiedz się więcej.
Opis

PRZESZŁOŚĆ, KTÓRA MIAŁA ZOSTAĆ ZAPOMNIANA. CIAŁO, KTÓRE MIAŁO NIGDY SIĘ NIE ODNALEŹĆ.

MROCZNE WODY SKRYWAJĄ WIĘCEJ NIŻ TYLKO WSPOMNIENIA.

Ceniona psycholog dziecięca, dr Willa Watters, po skandalu zawodowym, wraca do małego miasteczka w Luizjanie, Broken Bayou, by ukryć swoje tajemnice.

W starym domu odkrywa rzeczy swojej matki, skrywające mroczne sekrety z przeszłości. Tymczasem w wyniku suszy wody bagien odsłaniają tajemnicze beczki zawierające ludzkie szczątki – a także coś, czego Willa nigdy nie miała zobaczyć ponownie. Kiedy w miasteczku pojawiają się policja, media i dawny ukochany, kobieta musi stawić czoła mrocznym tajemnicom i walczyć o przetrwanie.

Los Willi wydaje się nierozerwalnie spleciony z brutalnymi morderstwami. Sama, bez nikogo, komu mogłaby zaufać, musi polegać na własnym sprycie, by wyjść z tego cało.

Tajemnica Broken Bayou to mistrzowsko skonstruowany thriller, który trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, ukazując jednocześnie piękno i grozę południowych Stanów Zjednoczonych.

 

BAGNA MILCZĄ, ALE GDY ZACZYNAJĄ MÓWIĆ – NIE DA SIĘ ICH UCISZYĆ

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 354

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 17 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Olga Żmuda

Oceny
4,0 (7 ocen)
3
2
1
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Olastas

Nie oderwiesz się od lektury

Porywająca historia
00
Malwi68

Całkiem niezła

Sięgając po "Tajemnicę Broken Bayou" Jennifer Moorhead, liczyłam na trzymający w napięciu thriller z duszną atmosferą Luizjany i intrygującą tajemnicą z przeszłości. Powieść rzeczywiście dostarcza tego wszystkiego, choć nie zawsze w równym stopniu. Na początku byłam oczarowana – klimat bagiennych terenów, mroczna historia rodzinna i postać dr Willi Watters, która musi zmierzyć się nie tylko z tajemnicą sprzed lat, ale i własnymi demonami, wydawały się receptą na idealny thriller. Willa to bohaterka, której nie sposób nie kibicować – zraniona, zagubiona, ale jednocześnie zdeterminowana, by odkryć prawdę. Od momentu, gdy wody bagien odsłaniają przerażającą zawartość beczek, wiedziałam, że nie odłożę tej książki, dopóki nie dowiem się, co się wydarzyło. Niestety, po obiecującym początku książka zaczyna nieco tracić tempo. O ile fabuła jest naprawdę oryginalna, to jej rozwój nie zawsze trzymał mnie w napięciu tak, jakbym tego oczekiwała. Momentami miałam wrażenie, że autorka wprowadza wą...
00
zksiazkaprzykawie

Nie oderwiesz się od lektury

Bagna nigdy nie zapominają… „Tajemnica Broken Bayou” to książka, która od pierwszych stron oplata czytelnika duszną atmosferą południowej Luizjany. Wciąga jak gęste bagna, gdzie przeszłość nie tonie bez śladu, przeciwnie, czeka na odpowiedni moment, by wypłynąć na powierzchnię. Historia dr Willi Watters to nie tylko kryminał, sensacja i thriller w jednym, ale także opowieść o ucieczce przed samą sobą i sekretach, które nigdy nie zostają pogrzebane na zawsze. Każda strona tej powieści jest jak krok po śliskim, niepewnym gruncie, wciąga, ale jednocześnie budzi niepokój. Im bardziej zagłębiamy się w tajemnice Broken Bayou, tym trudniej się oderwać. Jennifer Moorhead stworzyła intrygującą narrację, pełną napięcia, retrospekcji i psychologicznej głębi. Podczas lektury miałam wrażenie, że wilgotne powietrze bagien wręcz lepi się do skóry, a dźwięki nocnych stworzeń przyprawiają o dreszcze. To historia, która nie tylko trzyma w napięciu, ale i sprawia, że odczuwamy samotność bohaterki, jej l...
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Mike’a, Mackenzie i Mii.

Jesteście moim słońcem, księżycem i gwiazdami.

 

Styczeń 2002

 

 

 

 

 

 

Suzy Weatherton miała absolutnie dość wszystkich ludzi w kasynie wrzeszczących „Do boju Tygrysy!!!”. Drużyna Uniwersytetu Stanowego Luizjany wygrała rozgrywki Sugar Bowl[1]. Wielkie mi co. Pokonali Illinois. Ale Suzy, nawet ze swoim sprawiającym problemy kolanem, też by z nimi wygrała. Gdyby Tygrysi musieli stawić czoła drużynie jej uczelni, dzisiaj w kasynie byłoby trochę ciszej. Wiedziała jednak, że wśród tego fioletowo-złotego tłumu nie należy wykrzykiwać „Tide Mistrzami[2]!”.

Sięgnęła do plastikowego kubeczka z monetami, który trzymała na kolanach, wsunęła pieniążek do maszyny i pociągnęła za dźwignię. Modliła się o to, aby tej nocy wisienki wreszcie ustawiły się dla niej w pięknym potrójnym rządku. Siedziała tu już od kilku godzin i nic. W zeszłym tygodniu Fortuna również nie była jej przychylna. Podczas czterogodzinnej podróży z Houston Suzy obiecała sobie, że będzie to jej ostatnia tego typu wycieczka. Sławetne luizjańskie kasyna na rzece chyba nie przynoszą tak łatwych wygranych, jak to reklamowano. W każdym razie Cajun Belle była na stałe przycumowana do nabrzeża. Dzięki dziurom w luizjańskich przepisach, Suzy nie musiała się martwić o napad choroby morskiej.

Zapaliła kolejnego papierosa i skinęła na młodą kelnerkę, która z uśmiechem odbierała ostatnie trzy zamówienia Suzy na drinki. Wsunęła do szczeliny kolejną monetę.

– Proszę cię, słoneczko.

I nagle się udało. Rozbrzmiały dzwonki, światło nad maszyną zaczęło migotać i wyć jak syrena. Suzy podskoczyła, klaszcząc w ręce z radości i rozsypując pozostałe drobniaki.

– To chyba pani szczęśliwa noc – powiedział ktoś obok.

Może rzeczywiście będzie to jej ostatnia wycieczka na łodzie. Wygrana pomoże jej i córce płacić rachunki przez jakiś czas i przyda się też po przyjściu dziecka na świat. Jej pierwszy wnuk.

Suzy zgarnęła nagrodę i zeszła z łodzi, ruszając na parking. Jedną ręką szukała kluczyka do samochodu, ostatecznie upuszczając go tuż przy drzwiach wozu. Nachylając się, usłyszała głos za swoimi plecami:

– Pani pozwoli, że pomogę.

Podskoczyła przestraszona, kiedy silny rozbłysk światła poraził ją w oczy. Chwilę potem usłyszała dźwięk, który kojarzył się jej z trzaskiem migawki w starym polaroidzie.

– Co to? Czy ktoś mi zrobił zdjęcie? – spytała zaskoczona i zdezorientowana, w czym nie pomagał również fakt, iż była lekko wstawiona.

– Proszę o uśmiech.

Światło rozbłysło ponownie i była to ostatnia rzecz, którą Suzy pamiętała.

 

 

 

[1] Coroczny mecz futbolu amerykańskiego rozgrywany w Nowym Orleanie w Luizjanie (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

[2] Odniesienie do drużyny Alabama Crimson Tide.

 

Rozdział pierwszy

 

Broken Bayou, Luizjana

sierpień 2018

 

 

 

 

 

 

Moja dłoń zawisa nad klamką po wewnętrznej stronie drzwi samochodu, ale odmawia ich otwarcia. Przez przednią szybę przyglądam się budynkowi z jasnej cegły, w którego brudnej witrynie wisi reklama promocji kaszanki. Porwana markiza nad frontem sklepu trzepocze na wietrze. Wymalowany nad nią chabrowymi literami szyld oznajmia: WSZYS KO CO UNIESIESZ: ARTYKUŁY SPOŻYWCZE. Można by pomyśleć, że w ciągu dwudziestu lat ktoś w końcu pokusiłby się o domalowanie brakującego T, ale w sumie brzmi podobnie, więc w zasadzie po co się trudzić? Zastanawiam się, czy pan Bendel nadal stoi przy kasie, czy ściany sklepu wciąż przesiąknięte są zapachem papierosów Virginia Slims i czy wyjście z zaplecza w dalszym ciągu prowadzi do alejki, którą z łatwością zdołałby uciec każdy złodziej sklepowy.

Wczoraj, kiedy wyświetlacz mojego telefonu zaczęły bombardować nieustające powiadomienia, przyjazd tutaj wydawał mi się dobrym pomysłem. Teraz jednak, po wymknięciu się z mojego wieżowca mieszkalnego w Fort Worth niczym złodziej, z workiem marynarskim pełnym spódnic ołówkowych i bluzek koszulowych, które były zdecydowanie zbyt formalnym odzieniem jak na to małe, senne miasteczko na terenie zalewowym, chyba straciłam początkowy zapał.

Skwarne popołudniowe słońce przypieka mnie nawet przez szybę. Podkręcam klimatyzację.

Mój wzrok wędruje w kierunku dużego termosu z kawą, stojącego na siedzeniu obok. Leży tam również list – kremowy papier i mocno odbijający się tekst zawiadomienia z biura prawnego LaSalle, LaSalle i Landry. Serce trzepocze mi nagle w piersi. Wpatrywałam się w to pismo całymi tygodniami, od kiedy wręczyła mi je mama. Kilkakrotnie wyrzucałam je do śmieci, a potem wygrzebywałam z kosza. Jest to powiadomienie o tym, że na strychu w starym domu moich ciotecznych babek znaleziono kilka rzeczy będących własnością mojej mamy. Rzeczy, które być może będziemy chciały odzyskać. Rzeczy pozostawionych tam wiele lat temu. Zapomnianych. Celowo.

A potem wydarzył się ten feralny wywiad telewizyjny i nagle zareagowanie na list wydało się znacznie lepszą opcją niż pozostanie w Fort Worth. Nie chcę ryzykować, że jeden z ukrytych przedmiotów wpadnie w niewłaściwe ręce.

Komórka wsunięta w uchwyt na kubki obok mnie nagle ćwierka. Gdzieś w trakcie przemierzania długiego mostu nad bagnami Atchafalayi uznałam, że dobrze by było ponownie włączyć dzwonek: częściowo jako karę za moją głupotę, a częściowo jako motywację do kontynuowania podróży.

Komórka znów się odzywa. I jeszcze raz. Wreszcie biorę ją do ręki. Kolejne powiadomienia. Najnowsze trendy w mediach społecznościowych: #Rozrywka nr 1, Dr Willa Watters, Fort Worth Live z hasztagiem „naprawdę gorący temat”. Gwiazda telewizji dokumentalnej z Dallas zacytowała wpis z tym filmikiem i mnie oznaczyła. Hasztag „chcę być na twojej kanapie”. Czuję w ustach kwaśny posmak. Wiem jednak, że tego typu wzmianki dość szybko ucichną. To komentarze dotyczące mojej stabilności emocjonalnej sprawiają, że zbiera mi się na wymioty.

Zapracowałam sobie na pełne stypendium w Baylor, przebrnęłam z mozołem przez pięć lat nauki na studiach doktoranckich i obroniłam tytuł dysertacją dotyczącą integracji dzieci ze spektrum zaburzeń w nieprzystosowanym szkolnictwie. Napisałam cholerną książkę. Prowadziłam popularny podkast, do diabła ciężkiego. A teraz siedzę w samochodzie, w tym marniejącym miasteczku, zredukowana do tematu rozrywki i hasztagów w mediach społecznościowych, próbując zebrać się na odwagę i zrobić zakupy w cholernym spożywczaku z wyprzedażą.

Wyłączam silnik. Idę. Kupię wszystko, czego będzie mi potrzeba przez te kilka dni pobytu tutaj: kilka przekąsek, multum Community Coffee i może trochę wina. To wszystko. Tylko że wcale się na tym nie skończy. Nie tutaj. Ktoś na pewno mnie zapamięta. W momencie gdy się tam pojawię, całe miasto dowie się, że najstarsza córka Krystal Lynn Watters wróciła na domowe pielesze i że może ma modne ciuchy i jest ważniaczką w Teksasie, ale w Luizjanie nadal pozostała tą samą żałosną, wiecznie rozczochraną dziewczynką, która zawsze próbowała zwrócić wszystko, co ukradła jej mama, trzymając kurczowo rączkę młodszej siostrzyczki, jakby ta w każdej chwili mogła gdzieś odlecieć. Ludzie w małych miasteczkach nie zapominają. Ludzie w małych miasteczkach zadają pytania. Dlaczego przestałaś odwiedzać Broken Bayou? Dlaczego nie było cię na pogrzebie twoich ciotecznych babek? Dlaczego uciekłyście stąd tak szybko tamtego lata?

Oddycham głęboko i otwieram drzwi samochodu. Uderza we mnie żar tysiąca słońc. Tu jest goręcej niż w Teksasie. Mimo że ziemia wygląda na boleśnie wysuszoną, powietrze wydaje się przesiąknięte wilgocią. Nie zdziwiłabym się, gdyby miejscowi w końcu wyhodowali sobie skrzela. Wyczuwam zapach słonej wody z zatoki i mojej przeszłości. Mam wrażenie, że powinnam mieć tu ze sobą paszport, chociaż przecież przekroczyłam tylko jedną granicę stanową.

Skóra na ramionach schowanych pod długimi rękawami zaczyna mnie swędzieć. Krople potu spływają mi po plecach. Szyta na miarę garsonka z żakietem być może nie była najlepszym wyborem do wykonania tej… misji. Ale to zestaw, do którego się przyzwyczaiłam: całkowite przeciwieństwo obcisłych topów bez ramiączek, jak u Krystal Lynn, dżinsów z szerokimi nogawkami i jaskrawych plastikowych bransoletek. Widziałam, co można osiągnąć dzięki tego typu zestawowi i zdecydowanie poszłam w przeciwną stronę.

Wspomnienia niczym pnącza trującego bluszczu zaciskają się wokół mojego gardła, kiedy ruszam chwiejnie po nierównej powierzchni parkingu w moich butach na wysokich obcasach: wycieczki do tego miasteczka w każde letnie wakacje z moją młodszą siostrą Mabry i mamą, by odwiedzić cioteczne babki z jej strony. Na miejscu zawsze jakiś dzieciak pytał mnie, ze względu na mój akcent, skąd przyjechałam – zupełnie jakbym pochodziła z jakiegoś odległego lądu. Cóż, może w pewnym sensie tak było. W Greenhill, w naszym północno-zachodnim zakątku stanu skracaliśmy wyrazy i nie świętowaliśmy Mardi Gras, dopóki nie pojawiły się kasyna na rzece. Miejscowe wiadomości podawały nowiny z Teksasu i Arkansas. „Przybranie” oznaczało przystrojenie czegoś, a nie zestaw dodatków do bułki z mięsem, serem i warzywami. Jednak to miasto, to miejsce mama nazywała naszą ucieczką – a to, od czego uciekałyśmy, zmieniało się każdego lata: czasem chodziło o jej pracę polegającą na nakładaniu rozciapkanych kulek ziemniaczanych Tater Tots i steków z sosem pieczeniowym na plastikowe tacki serwowane niewdzięcznym licealistom z Greenhill High. Innym razem o jej najnowszego chłopaka. O nakazy doprowadzenia do sądu. Kiedy przychodziło lato, pakowałyśmy wszystko do naszego kombi i ruszałyśmy na południe, do domu ciotecznych babek, Shadow Bluff, naszego schronienia.

Może powinnam sobie darować ten przystanek tutaj i pojechać od razu na miejsce. Tylko że tam pojawią się wspomnienia gorsze niż w tym sklepie. Jeśli nie jestem w stanie poradzić sobie tutaj, jak ja przeżyję wizytę w tamtym starym domu? Jak sprostam wyzwaniu czekającemu na mnie na jego strychu?

Zatrzymuję się tuż przy oszklonych drzwiach wejściowych. Kątem oka dostrzegam coś w odległej części parkingu. Moja dłoń ześlizguje się z klamki, a puls przyspiesza. Widzę białą półciężarówkę wiadomości telewizyjnych, stojącą samotnie na końcu płyty. To nie o ciebie chodzi, tłumaczę sobie, wycierając spocone dłonie o żakiet. Skoncentruj się. Wejście, zakupy i wyjście. Nic wielkiego.

Jak powiedziałaby Krystal Lynn, czas wziąć byka za rogi.

 

***

 

Wewnątrz sklepu trzymam głowę opuszczoną. Chwytam koszyk i ruszam do najbliższej alejki.

– A niech mnie! Patrzcie, kogo wiatry przywiały.

Nie minęły nawet cztery sekundy od mojego wejścia do środka, a już zza lady wysuwa się kobieta w szerokiej dżinsowej sukience, z szarymi, skręconymi trwałą ondulacją włosami, i rusza w moim kierunku. To chyba musi być jakiś rekord.

– Willamena Pearl – mówi.

Krzywię się, słysząc jak wypowiada moje pełne imię. Zawsze tak jest. Powinnam dożyć co najmniej dziewięćdziesiątki, wtedy może jakoś do niego dojrzeję.

Kobieta obejmuje mnie mięsistymi ramionami, a potem odsuwa się, jakby czekała na mnie od nie wiadomo kiedy. Stoję nieruchomo.

– To znaczy teraz już doktor Willa. – Uśmiecha się promiennie, a potem nagle kąciki jej ust zjeżdżają nieco do dołu. – Kochaniutka, to ja, Johnette. Johnette Bendel. Pan Bendel to mój papa. Znałam również Cioteczki.

Próbuję przypomnieć sobie, kim jest ta kobieta, ale nie potrafię jej umiejscowić we wspomnieniach.

– Naturalnie – kłamię z uśmiechem na ustach. – Cieszę się, że cię widzę.

– W ogóle się nie zmieniłaś. To znaczy poza tymi swoimi szpanerskimi ubraniami. – Mierzy mnie wzrokiem. – Musisz się gotować w tej garsonce.

Potakuję, znów się uśmiechając. W tej chwili bardziej niż kawy potrzebuję wina. Po sklepie kręci się kilku klientów, udając, że przyglądają się puszkom z groszkiem i wystawie farszów instant firmy Stove Top. Ja jednak wiem, że w rzeczywistości wszyscy nas słuchają. Ludzie zawsze podsłuchują.

– Nie pamiętasz mnie, prawda? – rzuca Johnette z coraz bardziej zanikającym uśmiechem.

Przełykam głośno. Jestem rozproszona i podenerwowana po długiej podróży i nie mogę wymyślić właściwej odpowiedzi. W końcu decyduję się na:

– Minęło sporo czasu.

– No tak – odpowiada, jej szczery uśmiech zastępuje denerwujący złośliwy półuśmieszek. Szpanerka z wielkiego miasta ją obraziła. Niechcący powiedziałam jej, że nie jest na tyle ważna, aby ją pamiętać.

– Jak się czuje twoja mama? – pyta, a błysk w jej niebieskich oczach podpowiada mi, że to drobna prowokacja z jej strony. Czapki z głów. Temat mamy rzeczywiście jest najlepszym sposobem na wytrącenie mnie z równowagi.

– Dobrze – odpowiadam, ponieważ wyjaśnienie w stylu „w ciągu ostatnich trzech miesięcy upadła czterokrotnie, miała złamane oba biodra i obojczyk, do tego jeszcze choruje na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc, a mimo to nadal udało jej się ukraść papierosy pielęgniarkom z centrum rehabilitacji Texas Rose” wydaje się nieco zbyt szczegółowe. Lista przypadłości mamy jest godna osiemdziesięciolatki, a nie kobiety niespełna siedemdziesięcioletniej. Krystal Lynn jednak prowadziła tak intensywne życie, że aż dziw, iż udało się jej dożyć tego wieku. Siedemdziesiątka wydaje się w jej przypadku wielkim osiągnięciem.

– To dobrze, dobrze – odpowiada Johnette na moją jednowyrazową wypowiedź. – Słuchaj, a co ty w ogóle tutaj robisz? – dodaje, a jej prawa brew podjeżdża nieznacznie do góry.

O co ci tak naprawdę chodzi, Johnette?

– Przyjechałam do Broken Bayou na kilka dni, żeby się rozluźnić i zrelaksować. – Zdaję sobie sprawę, że brzmi to idiotycznie, ale idiotyzm ostatnio stał się moją nową specjalnością.

Johnette przechyla głowę na bok.

– Rozluźnić? Naprawdę?

Sztywnieję.

Kobieta wzrusza ramionami.

– Trochę to dziwny moment na przyjazd tutaj, ale pewnie potrzebujesz nieco spokoju po tym twoim wczorajszym wywiadzie. To dopiero było coś.

No i stało się.

Cholera. Jakim cudem ta kobieta, w tym miasteczku, widziała mój wywiad? Jak bardzo jest rozpowszechniony? A jeśli zobaczyła go Johnette Bendel, to kto jeszcze? Mogłam się nieco przeliczyć, myśląc, że to miejsce będzie cmentarzyskiem mediów społecznościowych.

– Cóż… – zaczynam, a potem szybko kończę. – Lepiej będzie, jak zrobię już moje zakupy.

– Jasne, kochaniutka. Daj mi znać, jeśli czegoś nie będziesz mogła znaleźć. Sprawdzę na zapleczu.

Nic w jej głosie nie wskazuje na to, że zrobiłaby dla mnie coś takiego.

Popycham koszyk w kierunku najbliższej alejki. Jedno z jego kółek terkocze, co w połączeniu ze stukaniem moich absurdalnych obcasów na linoleum sprawia, że robi się niezły hałas. Przystaję i spoglądam za siebie. Johnette już sobie poszła, ale jej słowa nadal dźwięczą w mojej głowie. Co miała na myśli, mówiąc, że to dziwny moment na przyjazd tutaj?

– O mój Boże! – rozlega się głośny kobiecy okrzyk.

Podskakuję i szybko spoglądam na drugi koniec alejki. Nikogo tam nie ma. Żaden człowiek nie wytyka mnie palcami, wyśmiewając się ze mnie. Oddycham głęboko. Jestem zbyt nerwowa. Muszę posłuchać własnej rady i znaleźć zdrowy sposób na opanowanie swoich stanów lękowych. Kosztująca siedem dolarów butelka chardonnay, którą właśnie wkładam do koszyka, najprawdopodobniej nie jest najlepszą metodą.

Wtedy właśnie słyszę głośny, piskliwy krzyk, od którego bolą mnie zęby. Zdecydowanie dziecko.

– Nie, odłożymy to teraz na półkę! – krzyczy kobieta w sąsiedniej alejce.

Dzieciak zaczyna wrzeszczeć jeszcze głośniej. Popycham wózek w kierunku źródła hałasu. W tym momencie zza regału wynurzają się dwie kobiety.

– Rozpuszczony bachor – szepcze jedna.

– Przydałoby mu się stare dobre lanie – odpowiada druga.

Kiedy jednak widzę przed sobą podmiot ich komentarza, wiem, że nie mają racji. Chłopiec ma około siedmiu lub ośmiu lat. Siedzi na podłodze, machając rękami i krzycząc. Jest to tak specyficzny dźwięk, że jeśli czyjeś uszy nie są wytrenowane do rozpoznawania go, można z łatwością pomylić jego przyczynę.

Na końcu alejki pojawia się dwóch magazynierów i wygląda na to, że jeden z nich wszystko nagrywa. Idioci.

– Kochanie, proszę, przestań – mówi kobieta łamiącym się głosem, czerwona z zażenowania.

Próbuje bezskutecznie powstrzymać syna przed uderzaniem głową o podłogę. Dziecko zaczyna nagle gryźć własne ramię. Jego matka chwyta je i próbuje odciągnąć, ale chłopiec tylko mocniej wbija zęby w skórę.

Widziałam takie zachowanie więcej razy, niż mogłabym zliczyć, kiedy pracowałam w prywatnej klinice. Z tego właśnie powodu zawsze miałam pod ręką zestaw sensoryczny, pomagający w deeskalacji tego typu sytuacji: miękkie przedmioty, lśniące drobiazgi i kule śnieżne.

Zaglądam do torebki, ale nie widzę tam niczego, czego mogłabym użyć do przekierowania uwagi chłopca. Przelatuję wzrokiem po półkach i zatrzymuję go na puszkach z groszkiem. Porzucam koszyk i chwytam jedną z nich, a potem przykucam obok dziecka i pokazuję mu ją, potrząsając. Natychmiast jednak zdaję sobie sprawę ze swojego błędu, kiedy dziecko zaczyna wyć. No tak, puszka nie jest wystarczająco lśniąca i przy potrząsaniu nie wydaje żadnych odgłosów. Powinnam od razu to wiedzieć. A teraz matka dziecka przygląda się tej dziwnej kobiecie potrząsającej puszkowanymi warzywami przed nosem jej dziecka. Słyszę śmiech jednego z magazynierów za moimi plecami.

– Co pani robi? – pyta mama chłopca.

Na półce za nią dostrzegam nagle przezroczystą butelkę z włoskim sosem do sałatek.

– Chwileczkę – mówię. Chwytam butelkę, zrywam z niej naklejkę i znów przykucam przy chłopcu, potrząsając nią tak, że zioła, olej i ocet zaczynają się mieszać i zmieniać kolor.

Dziecko przestaje krzyczeć i przekrzywia głowę. Znów potrząsam butelką. Chłopiec wyciąga po nią rękę, więc mu ją wręczam.

– O mój Boże. Jak pani to zrobiła? – Mama spogląda na swojego synka, który potrząsa butelką i uważnie przygląda się nowym kolorom powstającym podczas mieszania.

Wstaję.

– To moja praca – odpowiadam. – Pani syn po prostu potrzebował odwrócenia uwagi.

Jej oczy wypełniają się łzami. Widzę w nich lata stresu, strachu nawet przed tak zwyczajną czynnością jak zrobienie zakupów. Dostrzegam w nich również miłość do synka.

– Za chwilę wrócę – mówię.

Wybiegam w upał, ruszając do samochodu i otwieram tylne drzwi. Wyciągam ze stojącego tam na podłodze pudełka jedną z moich książek i truchcikiem wracam do sklepu. Mały chłopiec nadal w ciszy bawi się butelką.

– Proszę. – Wręczam książkę jego matce. – To może pomóc.

Kobieta bierze ją ode mnie i odczytuje tytuł.

– Dziękuję. – Zgarnia syna i rusza do kasy.

Wracam do mojego koszyka i zaczynam wrzucać pozostałe rzeczy, których będę potrzebowała podczas mojego krótkiego pobytu tutaj. To naprawdę ożywcze, spotkać potrzebujące dziecko, które nie zostało zignorowane, tak jak wiele z nich w całym kraju.

Dlatego właśnie chciałam połączyć z nimi moje życie zawodowe: by zostać ich adwokatką. Cóż, był jeszcze jeden powód: koszmarna praca na posadzie asystentki naukowej w czasie studiów, kiedy to zgłosiłam się do pomocy w nakazanej przez sąd terapii grupowej dla przestępców seksualnych i pedofili. Miałam wtedy dziewiętnaście lat. Dzwoniłam do pacjentów, pisałam sprawozdania dla kuratorów sądowych i obserwowałam. Pewnego dnia zadzwoniłam do skazanego przestępcy seksualnego, który akurat przebywał na wolności za kaucją, aby przypomnieć mu o terapii grupowej. Powiedział mi, że nie może przyjść. Był w pracy. Jako trener dzieciaków. Po tym roku wiedziałam, gdzie znajduje się moja nieprzekraczalna granica i z kim nie dam rady pracować jako terapeutka. Poza tym chciałam pomagać młodzieży.

Mam już wszystkie potrzebne rzeczy. W sklepie nie ma rzędu tradycyjnych kas ani tych samoobsługowych. Za ladą stoi tylko stara dobra Johnette, w tej chwili wyraźnie zajęta. Wokół niej tłoczy się grupka ludzi, wszyscy są nachyleni i najwyraźniej czemuś się przyglądają. Zatrzymuję się za nimi.

– Och, biedaczka – mówi jedna z kobiet.

Czuję, jak jeżą mi się włosy na karku.

– Nie mogłam uwierzyć, kiedy to zobaczyłam – mówi Johnette, nachylając się nad ladą i wskazując na coś, co po chwili rozpoznaję jako wyświetlacz telefonu. – Pamiętacie ją? Kiedyś tu przyjeżdżała latem.

Cholera. Znów zaczynam się zastanawiać, czy tylne wyjście ze sklepu nadal istnieje, a jeśli tak, to czy nadal bywa otwarte.

– Owszem, pamiętam ją – mówi inna kobieta. – Miała młodszą siostrzyczkę, słodką bidulkę.

– Cóż, mogę wam powiedzieć jedno – rzuca Johnette. – Ona na pewno nie pamięta nikogo z nas.

Na wyświetlaczu telefonu startuje właśnie filmik z YouTube’a. Słyszę mój głos na nagraniu i zawsze ożywioną prowadzącą Harper Beaumont.

– Dzień dobry, Fort Worth. Witam w Fort Worth Live – mówi. – Mamy dziś w studiu specjalnego gościa, który opowie nam o swojej książce Szczere uzdrawianie: wychowanie dziecka ze spektrum autyzmu. Zyskała ona popularność, wspinając się na szczyt listy bestsellerów New York Times po tym, jak znana influencerka Charlotte Dalton opowiedziała na Instagramie o ogromnej pomocy, jaką była owa publikacja dla jej rodziny. Od tego czasu wyrażenie „szczere uzdrawianie” nabrało ogromnej popularności, nie tylko lokalnie, ale w całym kraju. Witam serdecznie, doktor Willo Watters.

Cholera. Cholera jasna. Mogłabym uciec. Pojechać do Shadow Bluff i ukryć się tam. Ale ostatnie dwa dni koszmarnie się ciągnęły i jestem zbyt zmęczona na bieganie.

Stoję więc nadal w tym samym miejscu i, jak to mawia Krystal Lynn, zbieram cięgi w dużej rozdzielczości ekranu, na ladzie sklepu spożywczego z przecenami.

Oglądałam fragmenty programu Fort Worth Live z Amy, moją najlepszą przyjaciółką i producentką audycji, żeby przygotować się do wywiadu. Stylizacja studia była bardziej swojska niż lśniąco-pretensjonalna – dokładnie tak jak miasto, które wybrałam na miejsce zamieszkania w porównaniu z jego siostrzanym Dallas. Właśnie dlatego Amy wybrała ten program.

– To idealna audycja dla ciebie – powiedziała, chociaż ja się zastanawiałam, czy to rzeczywiście prawda. Ubiór, na jaki się zdecydowałam tamtego dnia aż krzyczał lśniącą pretensjonalnością: ołówkowa spódnica, buty na niewysokich obcasach i jedwabna koszula.

Wczoraj Amy kręciła się zbyt blisko w studiu telewizyjnym KTFW. Wyczuwała moje zdenerwowanie. Chociaż może nie do końca zdenerwowanie, ale coś innego. Byłam nieswoja i to z dwóch powodów: uczuć, które obudził we mnie list, oraz kaca wywołanego zbyt wieloma „teksańskimi twisterami” (jak nazwał je barman) wypitymi poprzedniej nocy. Tego poranka wyszłam z mojego mieszkania na trzydziestym piątym piętrze wraz z moim… gościem na jedną noc. Pokazałam mu kciuki w górę, kiedy rozstawaliśmy się w lobby mojego apartamentowca. Jego klapki plaskały o marmurową podłogę foyer. Klapki.

Upicie się i sprowadzenie sobie na noc obcego gościa w wieczór przed moim pierwszym wywiadem telewizyjnym było klasycznym aktem autosabotażu. Willamena Pearl w młodości może tego nie rozumiała, ale trzydziestokilkuletnia doktor Willa z całą pewnością zdawała sobie z tego sprawę… A mimo to…

Wizażystka zrobiła, co w jej mocy, żeby ukryć wysypkę, jakiej się nabawiłam po całowaniu z brodaczem, a Amy przekonywała mnie, że wszystko pójdzie gładko. I rzeczywiście tak było. Na początku. Dźwiękowiec przełożył kabelek mikrofonu pomiędzy guzikami mojej koszuli i przyczepił go do mojego stanika, a potem wetknął drugą końcówkę kabla do baterii, którą miałam przyczepioną rzepem do tyłu sukienki. Harper trzymała się ustalonego scenariusza, zadając mi cudownie prozaiczne pytania.

– A zatem po kilku latach pracy jako psycholog dziecięcy przerzuciła się pani na pisanie kolumny dla gazety, a potem na prowadzenie audycji radiowej – dodała z głupawym chichotem. – Niektórzy z naszych widzów zapewne nawet nie wiedzą, czym są gazety lub radio.

Roześmiałam się uprzejmie w odpowiedzi, chociaż nie potrafiłam sobie wyobrazić, aby chociaż jeden z wielbicieli jej programów nie wychował się na tych mediach. Właśnie dlatego tu byłam. Program Harper oglądali ludzie, którzy, miejmy nadzieję, zechcą kupić moją książkę. Bez zbytniego wdawania się w szczegóły na temat mojej osoby, wyjaśniłam, że problemy z ubezpieczeniem sprawiły, iż utrzymanie prywatnej praktyki stało się za trudne; że czułam, iż będę w stanie dotrzeć do większej liczby osób, jeśli poszerzę swój zakres działania. Dlatego zaczęłam pisać kolumnę dla Fort Worth Tribune, a następnie skontaktowali się ze mną kierownicy wykonawczy z radiostacji KWKP w sprawie poprowadzenia audycji. To był początek. Podkast Szczere uzdrawianie powstał naturalnie, jako sposób bycia „na bieżąco”.

Harper kiwała głową, uśmiechała się i prowadziła mnie miłą i bezpieczną ścieżką. Pokrótce przedyskutowałyśmy kwestię tego, że sama nie posiadam dzieci, ale to dla mnie nic nowego. Moje wyjaśnienie było proste i szczere: wychowałam młodszą siostrę, co było wyczerpującym i pełnym wyzwań zadaniem. Dlatego zamiast zostać matką, wybrałam karierę, dzięki której mogłam się skupić wyłącznie na pomaganiu dzieciom.

– Aaach – mówi kobieta w krótkich spodenkach zrobionych z obciętych dżinsów. Reszta gromadki kiwa głowami, ale żadne z nich nie patrzy na mnie. Na prawdziwą mnie. Są wsłuchani w głos mnie z ekranu.

Nie oglądałam jeszcze tego wywiadu. Jeszcze za wcześnie. Czekałam na odpowiedni moment. To byłoby na tyle w kwestii moich założeń.

Słyszę, jak Harper na ekranie telefonu mówi:

– Słyszałam, że następnym pani przystankiem jest Good Morning America. Cieszę się, że udało się nam panią tu ściągnąć, zanim stanie się pani zbyt dużą gwiazdą na nasz mały programik.

Zaśmiałam się uprzejmie.

Och, to dźwięk pełen samozadowolenia.

Pocieram dłonią twarz. Na ekranie Harper mówi:

– No dobrze, może teraz wysłuchamy kilku pytań naszych odbiorców?

Było to coś, czego się nie spodziewałam. Nie przewidziano tego w scenariuszu.

Na początku rozmowy toczyły się dość typowo. Zrozpaczona matka odcięta od własnego syna, potem pełna urazy kobieta, której mąż nie zgadzał się na zrobienie testów ich dziecku. Odwoływałam się w odpowiedziach do rozdziałów mojej książki i mówiłam pytającym to, co powtarzałam wcześniej tak wielu osobom: „Dacie sobie radę. Wasze dziecko potrzebuje ochrony i wsparcia. Zawsze”.

Słyszę głos dobiegający z telefonu Johnette i nagle przenoszę się znów do tamtego studia, oślepiona reflektorami. Harper wpatruje się we mnie. Tym razem rozmówczynią jest dziewczynka.

Może tyle już wystarczy? Zaczynam powoli się wycofywać, ale chybotliwe kółko koszyka zdradza moją obecność.

– O ja pierniczę – rzuca kobieta w szortach, dostrzegając mnie. W jej wzroku nie ma krytyki. Gorzej, widzę w nim współczucie. – Jaki nieprawdopodobny zbieg okoliczności.

Nigdy nie byłam zbyt mocna w matematyce, ale sytuacja jawiła się jako dość jasna: dla nich, wpatrzonych we mnie na ekranie telefonu Johnette, nagłe zobaczenie mnie na żywo w sklepie wydawało się mało prawdopodobne. Dla mnie jednak trafienie na grupkę przypadkowych osób oglądających na nagraniu, jak robię z siebie absolutną idiotkę w telewizji na żywo, w tej chwili jest bardzo możliwym scenariuszem. Johnette mogła chociaż poczekać, aż wyjdę ze sklepu – tylko wtedy nie bawiłaby się tak dobrze.

Uśmiecham się do grupki zgromadzonych. Po prostu się do nich, kurwa, uśmiecham. Czy ja jestem chora?

– Potrzebuję pani pomocy – mówi dziewczyna na ekranie telefonu Johnette.

Jej dziecięcy i pełen bezradności głos wydaje się całkiem znajomy. Widzę, że grupka ludzi w sklepie rozważa swoje opcje, teraz, kiedy już są świadomi mojej obecności.

– Doktor Willo? – mówi na ekranie pytająco Harper Beaumont.

Wszyscy odwracają się w stronę telefonu. Decyzja została podjęta.

– Mogłabyś powtórzyć? – zwracam się do swojej rozmówczyni.

– Pomoże mi pani ją odszukać? – pyta dziewczynka.

Widzę na ekranie własną twarz, zastygłą w wyrazie szoku. W tamtej chwili usłyszałam „Pomoże mi pani ją oszukać?”.

– Słucham? – powiedziałam.

– Potrzebuję pomocy, żeby ją odszukać.

I w tamtej chwili znów się przesłyszałam.

– Przepraszam – powiedziałam. – Czy prosisz mnie o pomoc w odszukaniu kogoś?

Harper przekrzywiła głowę i zamrugała swoimi długimi rzęsami, uśmiechając się sztywno.

– Nasza rozmówczyni pyta o pani książkę.

– Moją książkę?

Dziewczyna wymówiła jedno słowo, jedną sylabę:

– Okhem…

W tamtej chwili byłam już zupełnie pogubiona we własnych myślach i kiedy dziewczyna przemówiła, usłyszałam słowo ze swojej przeszłości. Powiedziane przez jedno dziecko drugiemu. Bezpieczne słowo. Słowo, które w dorosłej osobie – a taką właśnie byłam – powinno wywołać śmiech, ale tymczasem sprawiło, że nagle zapiekło mnie w płucach, jakby ktoś raptownie wsadził w nie rozżarzony pręt.

– Czy ona powiedziała „okra”? – zwróciłam się do Harper.

Kobieta roześmiała się niezręcznie, próbując zachować spokój, ale jej głos nieco się załamał, kiedy spytała:

– Słucham?

– Okra. Czy ona powiedziała słowo „okra”?

Harper spojrzała na mnie jak na totalną wariatkę.

– Skąd znasz to słowo? – spytałam moją rozmówczynię.

– Emm. – Harper rozejrzała się nerwowo po studiu. Po raz pierwszy wyglądała na swój wiek. – Może, emm… chyba właśnie zabrakło nam czasu… – plątała się.

Zerwałam się na równe nogi i pociągnęłam za kabel mikrofonu.

– Przepraszam, ale nie mogę już dłużej rozmawiać. Muszę iść. – Udało mi się odczepić baterię przytwierdzoną do paska mojej spódnicy, ale miałam trudności z odłączeniem mikrofonu i kabelka od bluzki. W końcu wszystko to z siebie zerwałam. Razem z guzikami bluzki.

Stałam tak, w programie na żywo, w staniku, z zadrapaniami pozostawionymi na mojej piersi przez własne wymanikiurowane paznokcie.

Spojrzałam w dół.

– Kurwa – rzuciłam i wybiegłam ze studia.

Na tym film na YouTubie się skończył. Gromadka obcych stojąca przede mną spogląda na mnie w milczeniu. Czuję, jak twarz płonie mi z gorąca. Przełykam gorzką pigułkę.

– Czy teraz mogę zapłacić za zakupy?

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

Tytuł oryginału: Broken Bayou

 

Copyright © 2024 by Jennifer Moorhead

This edition is made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing, www.apub.com, in collaboration with Graal, sp. z o.o.

Copyright for the Polish edition © 2025 by Grupa Wydawnicza FILIA

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2025

 

Okładka: © David Drummond

 

Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio

 

PR & marketing: Magdalena Drogoś-Kraszewska

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

eISBN: 978-83-8402-222-1

 

 

 

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl