Błękitne złoto - Clive Cussler, Paul Kemprecos - ebook

Błękitne złoto ebook

Clive Cussler; Paul Kemprecos

3,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 
Rok 1991. Brazylijska uczona dokonuje epokowego, nieocenionego dla ludzkości odkrycia. Ale samolot, którym podróżuje, przepada gdzieś nad Ameryką Południową... Rok 2001. Kurt Austin i członkowie NUMA napotykają u wybrzeży Kalifornii stado martwych wielorybów. Przyczyna śmierci zwierząt jest wręcz niewiarygodna. Trop prowadzi do tajnego podwodnego laboratorium, opuszczonej bazy lotniczej na Alasce, a wreszcie do serca wenezuelskiej dżungli. I do zbrodniczej korporacji, która już wkrótce może zdobyć panowanie nad światem.... 
[Opis okładkowy] 

 

Cykl: Kurt Austin, t. 2 

 

/Błękitne złoto, Clive Cussler, Paul Kemprecos, 2001 rok, ISBN 8372456097, wydanie I, Amber/ 

  

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Bielsku Podlaskim (2) 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Barcin im. Jakuba Wojciechowskiego (3) 
Gminny Ośrodek Kultury w Domaniewicach 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu 
Gminna Biblioteka Publiczna w Komorowie Żuławskim 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie (2) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim (2) 
Gminna Biblioteka w Pruszczu (2) 
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Słupcy (2) 
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Zagórów (2) 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 459

Rok wydania: 2001

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



BŁĘKITNEZŁOTO

Powieści CLIVE'A CUSSLERA

w Wydawnictwie Amber

Afera śródziemnomorska

Atlantyda odnaleziona

Błękitne złoto

Cyklop

Lodowa pułapka

Na dno nocy

Operacja „HF”

Podwodni łowcy

Potop

Sahara

Skarb

Smok

Vixen 03

Wąż

Wir Pacyfiku

Wydobyć „Titanica”

Zabójcze wibracje

Złoto Inków

CLIVE CUSSLER

BŁĘKITNE ZŁOTO

Przekład

ANDRZEJ GRABOWSKI

 

Tytuł oryginału

BLUE GOLD

Redaktorzy serii

MAŁGORZATA CEBO-FONIOK

ZBIGNIEW FONIOK

Redakcja stylistyczna

EUGENIUSZ MELECH

Redakcja techniczna

ANDRZEJ WITKOWSKI

Korekta

IRENA BULASIŃSKA

ANNA MARIA POTARSKA

Ilustracja na okładce

DANILO DUCAK

KSIĘGARNIA INTERNETOWA WYDAWNICTWA AMBER

Tu znajdziesz informacje o nowościach i wszystkich naszych książkach! Tu kupisz wszystkie nasze książki! http://www.amber.supermedia.pl

Copyright © 2000 by Clive Cussler Enterprises, Inc.

All rights are reserved by the Author throughout the world.

Published by arrangement with Peter Lampack Agency, Inc.

551 Fifth Avenue, Suite 1613

New York, NY 10176-0187 USA.

For the Polish edition

Copyright © 2001 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 83-7245-609-7

Prolog

Lotnisko w Sao Paulo, Brazylia, rok 1991

Napędzany dwoma silnikami turbinowymi elegancki prywatny odrzutowiec oderwał się od pasa startowego i wystrzelił w nieboskłon nad Sao Paulo. Wspinając się szybko nad największym miastem Ameryki Południowej, wkrótce osiągnął wysokość podróżną dwunastu tysięcy metrów i z prędkością ośmiuset kilometrów na godzinę pomknął na północny zachód. Siedząca w wygodnym fotelu z tyłu kabiny, plecami do kierunku lotu, profesor Francesca Cabral przyglądała się w zadumie kłębiastym chmurom za oknem, tęskniąc już za kipiącym energią rodzinnym miastem i jego spowitymi smogiem ulicami. Z zamyślenia wyrwało ją ciche chrapanie. Spojrzała na ubranego w pomięty garnitur mężczyznę w średnim wieku, śpiącego po drugiej stronie przejścia, i pokręciła głową. Czym się kierował ojciec, przydzielając jej do ochrony Philippa Rodriquesa?

Wyjęła z aktówki dokumenty i zaczęła nanosić uwagi na marginesach referatu, który przygotowała na międzynarodową konferencję sozologów w Kairze. Mimo że czytała go już wiele razy, ciągle znajdowała coś do poprawienia. Francesca była wprawdzie doskonałym inżynierem i poważanym profesorem, lecz w środowisku zdominowanym przez mężczyzn od kobiety naukowca oczekiwano czegoś więcej niż doskonałości.

Słowa tekstu zaczęły jej się zlewać przed oczami. Zeszłego wieczoru do późna pakowała się i porządkowała dokumentację. Była zbyt podniecona, żeby spać. Zerknęła na śpiącego ochroniarza i postanowiła również się zdrzemnąć. Odłożyła referat, ustawiła oparcie miękkiego fotela w pozycji półleżącej i zamknęła oczy. Ukołysana monotonnym mruczeniem turbin, zasnęła.

Wkrótce zaczęło jej się coś śnić. Płynęła po morzu, łagodnie unosząc się i opadając jak meduza na miękkich falach. Było to bardzo miłe uczucie, lecz wtem została porwana wysoko w górę przez wielką falę, a potem opadła tak nagle jak urwana winda. Trzepocząc powiekami, Francesca otworzyła oczy i rozejrzała się po kabinie. Czuła się tak dziwnie, jakby ktoś ścisnął jej serce. Ale wszystko wyglądało normalnie. Przez głośniki sączyły się ciche dźwięki natrętnej Samby na jednej nucie Antonia Carlosa Jobima. Philippo jeszcze się nie zbudził. Nie mogła jednak pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak. Wychyliła się z fotela i delikatnie potrząsnęła za ramię śpiącego mężczyznę.

- Philippo, niech się pan obudzi - powiedziała.

Ochroniarz sięgnął do kabury pod marynarką i natychmiast oprzytomniał. Na widok Franceski uspokoił się.

- Przepraszam, senhora - rzekł, ziewając. - Zasnąłem.
- Ja też. - Urwała, nasłuchując. - Coś jest nie tak.
- To znaczy?

Zaśmiała się nerwowo.

- Nie wiem.

Philippo uśmiechnął się ze zrozumieniem, jak mąż, którego żona usłyszała w nocy włamywaczy, i poklepał Franceskę po ręce.

- Pójdę sprawdzić - powiedział.

Wstał, przeciągnął się, podszedł do kabiny pilotów, zapukał, a kiedy otworzyły się drzwi, wetknął przez nie głowę. Do Franceski dotarły ściszone odgłosy rozmowy i śmiech.

- Piloci twierdzą, że wszystko w porządku, senhora - oznajmił po powrocie promiennie uśmiechnięty Rodriques.

Francesca podziękowała ochroniarzowi, usadowiła się w fotelu i odetchnęła głęboko. Jej obawy były niemądre. Widać denerwowała się na samą myśl o tym, że po dwóch latach wyczerpującej harówki może wreszcie wyrwać się z tego kieratu. Projekt, nad którym pracowała, pochłonął ją całkowicie, kradnąc godziny snu i rujnując życie towarzyskie. Spojrzała na kanapę z tyłu kabiny i z trudem oparła się pokusie sprawdzenia, czyjej metalowa walizeczka wciąż bezpiecznie tkwi za poduszkami. Lubiła myśleć o niej jako o przeciwieństwie puszki Pandory. O tym, że po otwarciu wylecą z niej nie złe, lecz same dobre rzeczy. A także o swoim odkryciu, które przyniesie milionom ludzi zdrowie i dobrobyt, odmieni świat.

Philippo przyniósł butelkę zimnego soku pomarańczowego. Dziękując mu, pomyślała, że szybko polubiła tego ochroniarza. Szpakowaty, łysiejący, z cienkim wąsikiem, w okrągłych okularach i wymiętym brązowym garniturze wyglądał jak roztargniony naukowiec. Nie wiedziała, że rolę nieśmiałego safanduły doskonalił przez lata. Troskliwie pielęgnowana przez niego umiejętność wtapiania się w tło niczym spłowiała tapeta stawiała go w rządzie najlepszych agentów brazylijskich tajnych służb.

Rodriquesa wybrał do tego zadania ojciec Franceski. Z początku nie chciała się zgodzić, by towarzyszył jej ochroniarz. Nie potrzebowała niańki, ale widząc, że ojciec nalega na to ze szczerej troski o nią, w końcu uległa. Podejrzewała jednak, że bardziej niż o jej bezpieczeństwo ojciec obawia się przystojnych łowców posagów.

Nawet i bez rodowej fortuny Francesca przyciągała uwagę mężczyzn. W kraju śniadoskórych brunetek była rzadkim zjawiskiem. Ciemnoniebieskie oczy w kształcie migdałów, długie rzęsy i piękne usta odziedziczyła po japońskim dziadku, a po niemieckiej babce płowe włosy, wysoki wzrost i germańską stanowczość widoczną na twarzy. Dawno temu doszła do wniosku, że kształtną figurę zawdzięcza temu, iż żyje w Brazylii. Ciała Brazylijek zdawały się wprost stworzone do samby, narodowego tańca tego kraju. Do udoskonalenia sylwetki Franceski przyczyniły się godziny ćwiczeń w sali gimnastycznej, do której chodziła, by pozbyć się stresów związanych z pracą.

Po tym, jak dwa atomowe grzyby położyły kres japońskiemu imperium, jej dziadek, dyplomata niskiej rangi, pozostał w Brazylii, poślubił córkę równie bezrobotnego jak on ambasadora Trzeciej Rzeszy i oddał się swojej pierwszej namiętności w życiu - ogrodnictwu. Potem przeniósł się wraz z rodziną do Sao Paulo, gdzie jego firma, zajmująca się architekturą krajobrazu, świadczyła usługi bogatym ludziom. Za ich pośrednictwem nawiązał bliskie stosunki z wpływowymi osobami ze sfer wojskowych i rządowych. Dzięki tym koneksjom jego syn, ojciec Franceski, bez trudu zdobył wysokie stanowisko w ministerstwie handlu. Jej matka, wybitnie zdolna studentka, zrezygnowała z kariery naukowej, wybierając macierzyństwo i rolę żony. Nigdy nie żałowała tej decyzji, a w każdym razie nie czyniła tego otwarcie, była jednak uszczęśliwiona, kiedy córka wybrała karierę naukową.

Ojciec zaproponował, żeby przed podróżą rejsowym samolotem do Kairu poleciała jego prywatnym odrzutowcem do Nowego Jorku i spotkała się z urzędnikami Organizacji Narodów Zjednoczonych. Francesca ucieszyła się, że znów odwiedzi Stany. Z lat studiów na Uniwersytecie Stanforda w Kalifornii wyniosła bardzo miłe wspomnienia. Wyjrzała przez okno i stwierdziła, że nie ma zielonego pojęcia, gdzie są w tej chwili. Od startu w Sao Paulo piloci nie informowali jej o przebiegu lotu. Przeprosiła Philippa, podeszła do ich kabiny i wsadziła głowę do środka.

- Bom dia, senhores - powiedziała. - Ciekawa jestem, gdzie się znajdujemy i jak długo jeszcze będziemy w powietrzu.

Samolot pilotował kapitan Riordan, ostrzyżony najeża, blondyn, kościsty Amerykanin, mówiący z teksaskim akcentem. Nie znała go, ale nic dziwnego. Choć odrzutowiec był prywatny, obsługiwała go lokalna linia lotnicza, która dostarczała pilotów.

- Bounis dijas - odparł z krzywym uśmiechem kulawą portugalszczyzną. - Przepraszam, że nie informowałem pani. Spała pani, więc nie chciałem przeszkadzać.

Mrugnął do drugiego pilota, krępego Brazylijczyka, który najwyraźniej dużo czasu spędzał w siłowni. Brazylijczyk przyjrzał się jej z bezczelnym uśmiechem. Poczuła się tak, jakby przyłapała dwóch urwisów na chwilę przed spłataniem jakiejś psoty.

- Jak wygląda plan lotu? - spytała rzeczowo.
- Przelatujemy nad Wenezuelą. Za jakieś trzy godziny powinniśmy być w Miami. Zatankujemy tam paliwo, na chwilę rozprostujemy nogi, a po następnych trzech godzinach wylądujemy w Nowym Jorku.

Okiem naukowca spojrzała na tablicę przyrządów. Widząc jej zainteresowanie, drugi pilot nie oparł się pokusie, by wywrzeć wrażenie na pięknej kobiecie.

- Ten samolot jest taki mądry, że leci sam, a my oglądamy w tym czasie w telewizji mecze piłki nożnej - pochwalił się, odsłaniając duże zęby.
- Carlos opowiada pani głodne kawałki - rzekł pilot. - To EFIS, elektroniczny system kontroli lotu. A te ekrany zastępują dawne przyrządy pomiarowe.
- Dziękuję - odparła uprzejmie Francesca i wskazała na inny przyrząd. - To kompas?
- Sim, sim - potwierdził drugi pilot, dumny, że tak dobrze wywiązał się z roli belfra.
- To dlaczego pokazuje, że lecimy niemal wprost na północ? - spytała, marszcząc czoło. - Czy Miami nie leży bardziej na zachód?

Piloci wymienili spojrzenia.

- Bardzo pani spostrzegawcza, senhora - odparł Teksańczyk. - Faktycznie. Ale nie zawsze leci się najszybciej po linii prostej. Ma to związek z krzywizną Ziemi. Na przykład najkrótsza trasa ze Stanów do Europy wiedzie w górę, a później opada wielkim łukiem. Musimy się też liczyć z kubańską przestrzenią powietrzną. Po co wnerwiać starego Fidela?

Jeszcze raz puścił oko i bezczelnie się uśmiechnął.

Francesca skinęła głową.

- Bardzo dużo dowiedziałam się od panów - odparła. - Dziękuję.
- Nie ma za co, szanowna pani. Zawsze do usług.

Siadając w fotelu, gotowała się ze złości. Bęcwały! Mają ją za idiotkę? Krzywizna Ziemi, akurat!

- Wszystko w porządku? - zapytał Philippo, podnosząc wzrok znad czytanego czasopisma.
- Nie, wprost przeciwnie. Myślę, że samolot zboczył z kursu. - Nachyliła się w jego stronę i cichym głosem poinformowała go, co zobaczyła na kompasie. - We śnie poczułam coś dziwnego. Prawdopodobnie właśnie wtedy zmienili kierunek lotu.
- Może się pani myli.
- Może. Ale wątpię.
- Poprosiła pani pilotów o wyjaśnienie?
- Tak. Poczęstowali mnie idiotyczną historyjką, że z powodu krzywizny Ziemi najkrótszą odległością pomiędzy dwoma punktami nie jest linia prosta.

Najwyraźniej zaskoczony tym wyjaśnieniem, lecz wciąż nie przekonany ochroniarz uniósł brwi.

- Bo ja wiem...
- A przypomina pan sobie, co powiedzieli po wejściu do samolotu? - spytała.
- Oczywiście. Powiedzieli, że tamtym pilotom zlecono inne zadanie i mają tu ich zastąpić.
- Dziwne. - Francesca pokręciła głową. - Po co w ogóle o tym wspomnieli? Jakby chcieli uniknąć jakichkolwiek pytań z mojej strony. Dlaczego?
- Znam się trochę na nawigacji. Sprawdzę to - odrzekł zamyślony Philippo i po raz drugi poszedł do kabiny pilotów.

Francesca słyszała, jak rozmawiają tam ze sobą, głośno się śmiejąc. Kiedy po kilku minutach ochroniarz wrócił, twarz miał bardzo poważną.

- Jest tam przyrząd, pokazujący pierwotny plan lotu - oznajmił. - Nie lecimy wzdłuż niebieskiej linii, którą tam zaznaczono. Z kompasem też miała pani rację. Zboczyliśmy z kursu.
- Boże, o co tutaj chodzi?!

Philippo spochmurniał.

- Jest coś, o czym ojciec nie powiedział pani - odparł.
- Nie rozumiem.

Philippo zerknął w stronę zamkniętej kabiny.

- Docierały do niego różne pogłoski. Nic takiego, co przekonałoby go, że grozi pani niebezpieczeństwo, ale wolał mieć pewność, że będę pod ręką, gdyby jednak potrzebowała pani pomocy.
- Widzę, że pomoc przydałaby się nam obojgu.
- Sim, senhora. Niestety musimy liczyć tylko na siebie.
- Ma pan broń? - spytała wprost.
- Oczywiście - odparł, lekko rozbawiony tak rzeczowym pytaniem w ustach pięknej, kulturalnej kobiety. - Mam ich zabić?
- Nie chciałam... skądże - odparła przygnębiona. - Ma pan jakieś pomysły?
- Z broni nie tylko się strzela. Można nią zastraszyć, sterroryzować ludzi, zmusić ich do robienia tego, czego nie chcą.
- Na przykład, żeby skierowali samolot we właściwą stronę?
- Mam nadzieję, senhora. Pójdę do nich i grzecznie poproszę, żeby na pani prośbę wylądowali na najbliższym lotnisku. W razie odmowy pokażę im pistolet i zaznaczę, że nie chciałbym go użyć.
- Pan nie może go użyć! - przestraszyła się. - Przedziurawienie samolotu na tej wysokości oznacza dekompresję kabiny i śmierć nas wszystkich w kilka sekund.
- Doskonały argument. Jeszcze bardziej się przestraszą. - Philippo uścisnął jej rękę. - Przyrzekłem pani ojcu, że będę pani strzegł, senhora.
- A jeżeli się mylę? - spytała. - Jeżeli są to Bogu ducha winni piloci, którzy robią, co do nich należy?
- Skontaktujemy się przez radio z najbliższym lotniskiem, wylądujemy, wezwiemy policję, wszystko wyjaśnimy i polecimy dalej.

Przerwali rozmowę, bo z kabiny pilotów wyszedł kapitan i spokojnym krokiem ruszył w ich stronę.

- Przed chwilą opowiedział nam pan dowcip. Zna pan jeszcze jakiś? - spytał z krzywym uśmiechem.
- Niestety nie, senhor - odparł Philippo.
- No to ja mam coś dla pana.

Z opadającymi, ciężkimi powiekami Riordan miał senny wygląd, ale w ruchu, jakim sięgnął za plecy po pistolet, nie było nic ospałego.

- Oddaj broń - rozkazał Philippowi. - Tylko wolno.

Ostrożnie odsunąwszy połę marynarki, Philippo koniuszkami palców wydobył z kabury pistolet. Riordan zatknął jego broń za pas.

- Gracijas, amigo - powiedział. - Grunt to mieć do czynienia z zawodowcem. - Usiadł na poręczy fotela i wolną ręką zapalił cygaro. - Pogadałem z kolegą i wykombinowaliśmy, że chcesz nas załatwić. Kiedy przyszedłeś drugi raz, pomyśleliśmy, że nas sprawdzasz, dlatego dla uniknięcia nieporozumień postanowiliśmy pozbyć się kłopotu.
- O co chodzi, kapitanie? - spytała Francesca. - Dokąd nas wieziecie?
- Ostrzegali mnie, że jest pani sprytna. - Riordan zaśmiał się. - Kolega niepotrzebnie przechwalał się przed panią samolotem. - Wypuścił nosem dwie smugi dymu. - Ma pani rację. Nie lecimy do Miami, tylko na Trynidad.
- Trynidad?!
- To podobno bardzo przyjemna wyspa.
- Nie rozumiem.
- Na lotnisku będą na panią czekać ludzie. Proszę nie pytać, kim są, bo nie wiem. Wiem tylko tyle, że wynajęto nas, żebyśmy tam panią dostarczyli.

Miało pójść jak po maśle. Usłyszałaby pani od nas, że są kłopoty techniczne i musimy lądować.

- A co się stało z pilotami? - spytał Philippo.
- Mieli wypadek. - Riordan wzruszył ramionami i zadeptał na podłodze niedopałek. - Sytuacja wygląda tak: zostanie pani tutaj i wszystko będzie dobrze. Wybacz mi, cavaleiro, że przeze mnie podpadniesz szefom. Mógłbym was związać, ale chyba nie umiecie latać tą maszyną, więc nie wpadnie wam do głowy nic głupiego. I jeszcze jedno, kolego. Wstań i odwróć się.

Sądząc, że pilot chce go obszukać, Philippo bez sprzeciwu wykonał polecenie. Ostrzeżenie Franceski przyszło za późno. Lufa pistoletu opadła srebrzystą smugą w dół i uderzyła Rodriguesa ponad prawym uchem. Ochroniarz z bolesnym krzykiem zgiął się wpół i runął na podłogę.

- Dlaczego pan to zrobił?! - krzyknęła Francesca, zrywając się z fotela. - Ma pan jego pistolet. Jak mógł panu zagrozić?
- Wolę zadbać o swoje bezpieczeństwo - Riordan przestąpił przez powalonego Philippa, jakby to był wór kartofli. - Nic tak nie powstrzymuje człowieka przed robieniem głupstw jak rozwalona głowa. Na ścianie wisi apteczka. Opieka nad nim zajmie pani czas aż do lądowania.

Przytknął dłoń do czapki, wrócił do kabiny pilotów i zamknął drzwi.

Francesca uklękła przy rannym ochroniarzu. Nasączyła płócienne serwetki wodą mineralną, przemyła ranę i, stosując ucisk, zatamowała krwawienie. Posmarowała rozcięcie i zsiniałą skórę wokół niego środkiem odkażającym, a potem żeby zapobiec spuchnięciu, przyłożyła do głowy Philippa serwetkę z lodem.

Usiadła przy nim i zaczęła dopasowywać do siebie elementy zagadki. Wykluczyła porwanie dla pieniędzy. Porywacze mogli zadać sobie tyle trudu tylko z jednego powodu - żeby poznać to, co odkryła. Ktokolwiek stał za tą szaloną intrygą, zależało mu nie tylko na zdobyciu miniaturowego modelu odsalarni i referatu, objaśniającego jej metodę. Mogli się przecież włamać do laboratorium lub wyrwać jej bagaż na lotnisku. Była im jednak sama potrzebna do objaśnienia dokonanych odkryć. Wymyśliła bowiem coś, na co nikt przed nią nie wpadł, tylko ona znała tajemnicę procesu wykraczającego poza aktualne naukowe osiągnięcia w tej dziedzinie.

Niemniej jej porwanie nie miało sensu. Za dzień, dwa zamierzała przecież podarować swoje odkrycie wszystkim krajom świata. Bez patentów. Bez praw i tantiem autorskich. Całkiem darmo. Tymczasem jacyś bezwzględni łajdacy próbowali jej w tym przeszkodzić.

Philippo jęknął. Odzyskiwał świadomość. Zamrugał oczami i po chwili spojrzał przytomnie.

- Jak się pan czuje? - spytała.
- Na pewno żyję, bo boli jak diabli. Niech mi pani pomoże usiąść.

Francesca objęła go ramieniem, podźwignęła i posadziła tak, że oparł się plecami o fotel, a potem przystawiła mu do ust butelkę rumu, którą wyjęła z barku. Philippo pociągnął kilka łyków. Siedział chwilę, czekając, czy go nie zemdli. Kiedy nic się nie stało, uśmiechnął się.

- Nic mi nie będzie - zapewnił. - Dziękuję.

Podała mu okulary.

- Niestety stłukły się, kiedy pana uderzył - powiedziała.

Odrzucił je na bok.

- Są ze zwykłego szkła. Dobrze widzę bez nich - wyjaśnił, wpatrując się w nią oczami, w których nie było strachu. Spojrzał na zamknięte drzwi kabiny pilotów. - Jak długo byłem nieprzytomny? - spytał.
- Chyba dwadzieścia minut.
- To dobrze, jeszcze nie jest za późno.
- Za późno na co?

Philippo sięgnął ręką do kostki i wyłuskał rewolwer z krótką lufą.

- Gdyby naszemu znajomemu nie zależało aż tak bardzo, żeby rozbolała mnie głowa, to by go znalazł - rzekł z cierpkim uśmiechem.

Nie przypominał już rozmemłanego, roztargnionego naukowca.

- I co pan zrobi? - spytała Francesca. - Tamci mają co najmniej dwa pistolety, a my nie umiemy pilotować samolotu.
- Wybaczy pani, senhora Cabral. Znów nie byłem z panią szczery. Zapomniałem wspomnieć, że przed wstąpieniem do tajnych służb służyłem w brazylijskim lotnictwie. Proszę mi pomóc.

Franceska zaniemówiła. Jakie jeszcze króliki ukrywał w kapeluszu ten mężczyzna? Pomogła mu wstać na niepewne, uginające się nogi. Szybko odzyskał siły i determinację.

- Zaczeka pani tutaj, dopóki nie powiem, co robić dalej - oświadczył jak ktoś przyzwyczajony do tego, że słuchają jego poleceń.

Przeszedł przez kabinę i otworzył drzwi.

- Patrzcie no, kto powrócił z zaświatów - przywitał go pilot, zerkając przez ramię. - Widać za słabo cię walnąłem.
- Nie będziesz miał drugiej okazji - zapewnił Philippo i wbił lufę rewolweru pod ucho Teksańczyka tak mocno, że aż jęknął on z bólu. - Teraz zabiję jednego z was, a drugi poprowadzi samolot.
- Cholera! - zaklął Carlos. - Powiedziałeś, że zabrałeś mu pistolet!
- A kto będzie pilotował samolot, jeśli zastrzelisz nas obu? - spytał spokojnie Riordan.
- Ja, cavaleiro. Niestety nie zabrałem licencji pilota. Musisz mi więc uwierzyć na słowo.

Pilot zerknął za siebie i zobaczył na twarzy ochroniarza zimny uśmiech.

- Cofam to, że dobrze jest mieć do czynienia z zawodowcem - powiedział. - I co dalej, kolego?
- Oddasz mi pistolety. Po jednym, kolejno.

Riordan oddał Rodriquesowi najpierw swój pistolet, a potem ten, który mu zabrał. Philippo zaś przekazał oba Francesce, która zdążyła podejść i stała za nim.

- Wstań z fotela - polecił pilotowi, wycofując się do kabiny pasażerskiej. - Powoli.

Riordan pochwycił spojrzenie drugiego pilota. Wstając z fotela ruchem dłoni dał mu znak niewidoczny dla ochroniarza. Carlos ledwie dostrzegalnie skinął głową.

Riordan podążył za cofającym się Philippem.

- Połóż się na kanapie, twarzą w dół - polecił Rodriques, mierząc z pistoletu w jego pierś.
- To miło z twojej strony - zakpił Riordan. - Marzyłem o małej drzemce.

Francesca wycofała się z przejścia między fotelami, by ich przepuścić. Philippo poprosił ją, by spod przedniego fotela wyjęła plastikowe torby na śmieci. Chciał skrępować nimi Riordana, by mieć już potem do czynienia tylko z drugim pilotem.

W ciasnej kabinie musiał usunąć się w bok, żeby przepuścić Riordana. Ponownie ostrzegł go, by nie próbował żadnych sztuczek, bo z bliska trudno chybić. Riordan skinął głową. W chwili gdy dzieliły ich centymetry, drugi pilot przechylił samolot na lewą burtę.

Riordan spodziewał się tego manewru, lecz nie wiedział, kiedy nastąpi i że będzie aż tak gwałtowny. Stracił równowagę, wyrżnął głową we wręgę i wpadł na fotel. Philippa zbiło z nóg, przeleciał przez kabinę i wylądował na Amerykaninie.

Pilot oswobodził prawą rękę i wielką pięścią rąbnął go w szczękę. Philippo zobaczył wszystkie gwiazdy, ale z kurczowo zaciśniętej dłoni nie wypuścił pistoletu. Gdy Riordan cofnął rękę, by zadać następny cios, zasłonił się łokciem.

Obaj byli zaprawieni w ulicznych bójkach. Philippo sięgnął palcami do oczu Amerykanina, a ten wgryzł się zębami w jego dłoń. Wówczas Philippo wbił mu kolano w krocze, uderzył głową i złamał mu nos. Wziąłby nad nim górę, gdyby nie to, że w tej samej chwili drugi pilot gwałtownie skręcił samolotem w prawo.

Walczący przelecieli przez przejście, padając na fotel po przeciwnej stronie. Tym razem na wierzchu znalazł się Riordan. Rodriques próbował zdzielić go lufą pistoletu, ale Amerykanin schwycił go oburącz za przegub, wykręcił mu dłoń i przydusił. Philippo był wprawdzie silny, lecz nie na tyle, by podołać napastnikom. Lufa przesunęła się w stronę jego brzucha.

Próbujący odzyskać kontrolę nad bronią Philippo pewnie by ją utrzymał, gdyby nie to, że kolba śliska była od krwi z rozbitego nosa Amerykanina. Riordan gwałtownym szarpnięciem wyrwał mu pistolet z dłoni, namacał spust i nacisnął. Rozległ się stłumiony huk. Kula wbiła się w pierś Philippa, a jego ciało podskoczyło i zwiotczało.

Drugi pilot wyrównał lot samolotu. Riordan wstał i chwiejnie ruszył do kabiny pilotów, ale po chwili zatrzymał się i odwrócił, tknięty poczuciem, że coś jest nie w porządku.

Nad piersią leżącego ochroniarza zobaczył wzniesiony pistolet, który tam zostawił. Amerykanin zaatakował jak ranny nosorożec. Huknął strzał. Pierwsza kula trafiła go w ramię. Mózg Philippa już umarł, ale palec na spuście drgnął jeszcze dwukrotnie. Druga kula trafiła Teksańczyka w serce i zabiła. Trzecia chybiła. Riordan zwalił się na podłogę w tej samej chwili, gdy z dłoni Rodriquesa wypadł pistolet.

Walka w kabinie trwała tylko kilka sekund. Wciśnięta między fotele Francesca, która siedziała jak trusia, gdy zakrwawiony Riordan wracał do kabiny pilotów, na odgłos strzałów znów przywarła do podłogi.

Po chwili ostrożnie wysunęła głowę zza fotela i zobaczyła nieruchome ciało pilota. Podczołgała się do Philippa, wyłuskała pistolet spod jego zakrwawionej dłoni i podeszła do drzwi kabiny pilotów, zbyt wściekła, by się bać. Ale jej gniew szybko zmienił się w konsternację.

Drugi pilot siedział bezwładnie w fotelu, pochylony do przodu, a w pozycji tej utrzymywały go jedynie pasy. W ściance oddzielającej kabinę pilotów od pasażerskiej i w oparciu fotela widać było dziury po kuli Philippa, która nie trafiła do celu.

Francesca posadziła Carlosa prosto. Jęknął, a więc żył.

- Może pan mówić? - spytała.

Carlos otworzył oczy.

- Tak - wychrypiał.
- To dobrze. Postrzelono pana, ale rana nie jest poważna - skłamała. - Zatamuję krwawienie.

Odnalazła apteczkę. O mało nie zemdlała, widząc na podłodze kałużę krwi, która wypłynęła z rany w jego plecach. Tampon, który założyła, natychmiast zrobił się czerwony. Nie miała wątpliwości, że ten człowiek umrze.

Z lękiem spojrzała na rozjarzoną tablicę przyrządów. Od tego umierającego pilota zależało jej ocalenie. Musiała utrzymać go przy życiu.

Odnalazła butelkę rumu i przytknęła mu do ust. Przełknął trochę i zakaszlał się. Poprosił o więcej. Mocny alkohol zaróżowił jego blade policzki i na powrót zapalił iskrę życia w przygasłych oczach.

Przysunęła usta do jego ucha.

- Musisz lecieć - powiedziała spokojnym głosem. - To nasza jedyna szansa.

Bliskość pięknej kobiety zdawała się go pokrzepiać. Spojrzenie miał wprawdzie szkliste, ale czujne. Skinął głową i drżącą ręką sięgnął do radia, łączącego go z kontrolą lotów w Rio. Francesca usiadła w fotelu pierwszego pilota, włożyła na głowę słuchawki i usłyszała w nich głos kontrolera lotów. Carlos oczami poprosił ją o pomoc. Zaczęła mówić, wyjaśniając ich trudną sytuację.

- Co pan nam radzi? - zapytała.
- Natychmiast lećcie do Caracas - usłyszała w słuchawkach po trudnej do zniesienia pauzie.
- Caracas jest za daleko - wycharczał Carlos, wytężając wszystkie siły.

Znów minęło kilka długich sekund.

- Trzysta kilometrów od was, w San Pedro - odezwał się ponownie kontroler - jest małe lotnisko. Podejście do lądowania bez przyrządów, ale pogoda wyśmienita. Dacie radę?
- Tak - odparła Francesca.

Gmerając niezdarnie przy klawiaturze komputera pokładowego, drugi pilot resztkami sił wywołał międzynarodowy identyfikator lotniska w San Pedro i wprowadził go do komputera.

Prowadzony przez komputer samolot zaczął zawracać.

Na twarzy Carlosa pojawił się słaby uśmiech.

- A nie mówiłem, że ten samolot leci sam, senhora? - spytał urywanym głosem.

Najwyraźniej słabł z utraty krwi. To, że straci przytomność, było tylko kwestią czasu.

- Nie obchodzi mnie, kto go prowadzi - odparła ostrym tonem. - Tylko nim wy ląduj. Carlos skinął głową i ustawił w komputerze pokładowym automatyczny program zmniejszenia wysokości do pułapu sześciuset metrów. Odrzutowiec zaczął opadać wśród chmur, przez które prześwitywały długie pasy zieleni. Widok ziemi pokrzepił, a jednocześnie przestraszył Franceskę. Ale jeszcze bardziej przeraziła się, kiedy Carlos zadygotał, jakby przeszył go prąd elektryczny. Konwulsyjnie chwycił ją za rękę.
- Nie dolecę do San Pedro - wyrzęził.
- Musisz! - powiedziała Francesca.
- Nie mogę.
- A niech cię diabli, Carlos, to ty wpędziłeś nas w te tarapaty, więc musisz nas z nich wydobyć!

Uśmiechnął się apatycznie.

- Co pani zrobi, senhora, zastrzeli mnie pani? - spytał.
- Jeżeli nie wylądujesz, pożałujesz, że tego nie zrobiłam - odparła z płonącym wzrokiem.

Potrząsnął głową.

- Naszą jedyną szansą jest lądowanie awaryjne. Niech pani znajdzie odpowiednie miejsce.

Z okna w kabinie pilotów rozciągał się widok na gęstą dżunglę. Francesca miała wrażenie, że przelatuje nad ogromnym polem brokułów. Jeszcze raz przesunęła wzrokiem po morzu zieleni. Beznadziejna sprawa. Ale zaraz! W dole coś zalśniło.

- Co to jest? - spytała, wskazując ręką.

Carlos wyłączył autopilota i automatyczną przepustnicę. Ująwszy ster, skierował samolot w stronę ogromnego wodospadu. Wzdłuż rzeki ciągnęła się nieregularna polana, porosła żółtą i brązową roślinnością.

Carlos przeleciał nad otwartym terenem i pochylił samolot w ostrym wirażu, skręcając w prawo. Wysunął klapy szykując się do lądowania. Znajdowali się na wysokości pięciuset metrów, schodząc w dół łagodnym ślizgiem.

- Za nisko! - mruknął.

Wierzchołki drzew pędziły na nich. Z nadludzką siłą Carlos sięgnął do przepustnicy i dodał gazu. Maszyna zaczęła się wznosić.

Zamglonym wzrokiem spojrzał tam, gdzie zamierzał lądować, i przeraził się. Była to mała, nierówna polanka, a oni lecieli z szybkością dwustu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Za szybko!

Głowa opadła mu bezwładnie na ramię. Z ust trysnęła krew. Palce zacisnęły się na sterownicy w śmiertelnym skurczu. Dzięki swoim umiejętnościom w ostatniej chwili idealnie ustawił maszynę. Samolot uderzył w ziemię i kilka razy podskoczył w górę jak kamień odbity od powierzchni wody.

Przy zetknięciu się kadłuba z gruntem przeraźliwie zazgrzytał metal. Tarcie zwolniło pęd odrzutowca, ale i tak sunął z-prędkością ponad stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, orząc ziemię jak pług. Stracił skrzydła i pędząc ku rzece przez następne trzysta metrów wlókł za sobą dwa czarno-pomarańczowe wachlarze ognia, bo wybuchły zbiorniki paliwa.

Rozpadłyby się na kawałki, gdyby nie to, że trawiasty grunt ustąpił miejsca miękkiemu, błotnistemu, nadrzecznemu mokradłu. Pozbawiony skrzydeł, opryskany błotem niebiesko-biały odrzutowiec przypominał wielkiego gada, próbującego zagrzebać się w mule. Przejechał jeszcze kawałek po błocie i wreszcie znieruchomiał. Francesca, siłą uderzenia rzucona na tablicę przyrządów, straciła przytomność.

Zapadła cisza, w której słychać było tylko trzask płonącej trawy, szmer rzeki i syk pary tam, gdzie gorący metal stykał się z wodą.

Niebawem z tropikalnego lasu wyłoniły się długie, widmowe cienie i cicho jak dym zbliżyły się do szczątków rozbitego samolotu.

1

San Diego, Kalifornia, rok 2001

Na zachód od miasta Encinitas na wybrzeżu Pacyfiku kołysał się na kotwicy elegancki jacht motorowy „Nepenthe”, najwspanialsza jednostka z zebranych tam licznie motorowców i żaglowców. Dzięki opływowej sylwetce, sterczącemu niczym włócznia bukszprytowi i rozszerzającemu się ku górze kadłubowi sześćdziesięciometrowy motorowiec wyglądał jak cacko z delikatnej białej porcelany na morzu niebieskim niczym fajans z Delft. Lśnił farbą odblaskową, jego metalowe i polakierowane drewniane części błyszczały w kalifornijskim słońcu, a od dziobu aż po rufę łopotały zawieszone na olinowaniu flagi. Co jakiś czas w bezchmurne niebo wzlatywały rozhuśtane balony, które zerwały się z uwięzi.

W przestronnym salonie w stylu Imperium Brytyjskiego kwartet smyczkowy grał Vivaldiego, a kłębiąca się wokół mahoniowego stołu z grubymi nogami zgraja hollywoodzkich typów w czerni, zażywnych polityków i zadbanych prezenterów telewizyjnych, z łapczywością pochłaniała pasztety, kawior z bieługi i krewetki.

Na zewnątrz, na rozsłonecznionych pokładach, tłum dzieciaków chodzących o kulach i siedzących w inwalidzkich wózkach zajadał hot dogi i hamburgery. Nad dziećmi niczym kwoka czuwała Gloria Ekhart, ładna kobieta po pięćdziesiątce, której pełne usta i chabrowe oczy znane były milionom widzów, oglądających popularne seriale telewizyjne. Wszyscy wielbiciele wiedzieli o córce aktorki, Elsie, ładnej, piegowatej dziewczynce, krążącej po pokładzie w wózku inwalidzkim. U szczytu kariery Gloria postanowiła poświęcić czas i pieniądze służbie takim dzieciom jak jej córeczka. Zamierzała teraz zaapelować do wpływowych i bogatych gości w salonie, pijących dom perignon, by dokonywali wpłat na rzecz Fundacji Ekhart.

Gloria wynajęła „Nepenthe” na to przyjęcie, bo umiała zadbać o reklamę. Kiedy w 1930 roku statek opuścił pochylnię stoczni G.L. Watsona w Glasgow, zaliczono go do najpiękniejszych jachtów motorowych świata. Pierwszy jego właściciel, angielski lord, stracił go, grając całą noc w pokera z hollywoodzkim potentatem, miłośnikiem kart, maratońskich bankietów i nieletnich aktoreczek. Po przejściu przez ręce wielu ludzi obojętnych na jego los, „Nepenthe” trafił do takiego człowieka, który chciał z niego zrobić statek rybacki. Porzucony w zapadłym kącie przystani, cuchnący rybami i przynętami murszejący jacht uratował magnat z Doliny Krzemowej, który miliony włożone w jego remont starał się później odzyskać, wypożyczając go na imprezy takie jak kwesta Glorii Ekhart.

Mężczyzna w granatowej marynarce z emblematem wyścigów motorowodnych na kieszonce, lustrujący przez lornetkę zieloną płaską połać Pacyfiku, przetarł oczy i mrużąc je ponownie zajął się obserwacją. W oddali, tam gdzie niebo stykało się z wodą, rysowały się białe grzywy fal. Opuścił lornetkę, wziął zaopatrzony w plastikową trąbkę pojemnik z gazem i trzy razy nacisnął przycisk.

Donośny dźwięk klaksonu poszybował nad wodą jak godowy zew olbrzymiego gąsiora. Kiedy sygnał ten dotarł do flotylli, powietrze wypełniła kocia muzyka dzwonków, gwizdków i trąbek, w której utonęły krzyki głodnych mew. Setki widzów w podnieceniu chwyciły za lornetki i kamery i przeniosły się na jedną burtę, powodując niebezpieczny przechył jachtów. Goście na „Nepenthe”, którzy zjedli już wszystko, popijając szampanem, gromadnie opuścili salon i osłaniając oczy przed słońcem spojrzeli w dal, w stronę grzywiastych fal. Wiatr niósł ze sobą dźwięk podobny do brzęczenia roju rozdrażnionych pszczół.

W helikopterze krążącym trzysta metrów nad „Nepenthe” krzepki włoski fotograf Carlo Pozzi klepnął pilota w ramię i wskazał na północny zachód. Wodę przecinały równolegle sunące białe bruzdy, jakby morze kroiły wielkie, niewidzialne lemiesze. Pozzi sprawdził zabezpieczającą uprząż, stanął jedną nogą na płozie i dźwignął ważącą ponad dwadzieścia kilo kamerę telewizyjną. Ustawiwszy się w pochylonej pozycji pod smagający wiatr, skierował potężny obiektyw na ruchome smugi, potem zaś przejechał nim z lewa w prawo, ukazując widzom na całym świecie panoramę kilkunastu łodzi wyścigowych, wycinających pręgi w morzu, a potem zaczął filmować dwie motorówki, wyprzedzające całą grupę o czterysta metrów.

Pędzące łodzie ślizgały się po grzbietach fal, a ich dwunastometrowe kadłuby szybowały ze wzniesionymi dziobami, jakby nic sobie nie robiąc z ciążenia. Motorówka na czele biła w oczy jaskrawą, strażacką czerwienią, a podążająca niespełna sto metrów za nią druga błyszczała jak złoty samorodek. Bardziej przypominały gwiezdnych wojowników niż jednostki pływające. Pod płaskimi pokładami miały dwa żyletkowate pływaki - jak w katamaranach - i aerodynamiczne skrzydła nad komorami silników. Bliżej ostro zakończonych dziobów umieszczono dwie osłony kabinowe, takie jak w myśliwcu F- I6.

Kurt Austin zaciskał zęby, gdy ośmiotonowa czerwona motorówka uderzała raz po raz w twardą jak beton wodę. W przeciwieństwie do pojazdów lądowych nie miała resorów łagodzących wstrząsy węglowo-kewlarowego kadłuba. Pomimo szerokich ramion, potężnych bicepsów i najnowszej pięciopunktowej uprzęży, utrzymującej w miejscu jego dziewięćdziesiąt kilo żywej wagi, Austin czuł się jakby był piłką kozłowaną przez Michaela Jordana. Całą siłę muskularnego ciała, mierzącego metr osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, wykorzystywał do kontroli trymu, a lewą stopą regulował ciąg w dwóch potężnych turbinach, z hukiem unoszących katamaran nad wodą.

Przy sterze pod osłoną z lewej strony siedział zgarbiony Jose „Joe” Zavala. Aż dziw, że tak małym kołem sterowym, na którym zaciskał dłonie w rękawiczkach, mógł utrzymać łódź na właściwym kursie. Mocno zaciskał usta, wypatrując przez przydymioną pleksiglasową osłonę kasku wszelkich zmian wiatru i wysokości fali. Podczas gdy Austin oceniał reakcję łodzi całym swoim ciałem, Jose wyczuwał grzbiety i doliny fal poprzez koło sterowe.

- Jaka prędkość? - spytał Austin przez łączący kabiny interkom.

Zavala zerknął na cyfrowy prędkościomierz.

- Sto dziewięćdziesiąt pięć - odparł, przenosząc wzrok na satelitarny odczyt ich pozycji i kompas. - Kurs właściwy.

Austin sprawdził godzinę i spojrzał na mapę przytwierdzoną do prawego uda. Licząca dwieście sześćdziesiąt kilometrów trasa wyścigu rozpoczętego w San Diego dwukrotnie okrążała wyspę Santa Catalina i wracała do punktu startu, dzięki czemu tysiące widzów na plażach mogło obejrzeć emocjonujący finisz. Za chwilę kończyli pierwsze okrążenie. Spoglądając zmrużonymi oczami przez zalewaną rozbryzgami osłonę kabiny, Austin dojrzał na prawo jedną, a potem drugą pionową linię. Maszty żaglowca! Trzymająca się z boku flotylla widzów zajmowała spory kawałek akwenu. Po przemknięciu obok niej zawodnicy mieli się skierować na zacumowany przy boi nawrotowej kuter straży przybrzeżnej i rozpocząć drugie, ostatnie koło. Zerknął szybko przez prawie ramię i dojrzał złoty refleks słońca.

- Podkręcam do dwustu dziesięciu - powiedział.

Przekazywane przez koło sterowe silne wstrząsy świadczyły, że fale są coraz większe. Białe smugi na wodzie i coraz bardziej marmurkowy kolor morza uświadomiły Zavali, że wiatr się wzmaga.

- Nie wiem, czy możemy gnać tak szybko! - zawołał, przekrzykując hałas silników. - Robi się niebezpieczna fala. Gdzie Ali Baba?
- Siedzi nam na ogonie!
- Tylko wariat próbowałby nas teraz wyprzedzić. Powinien trzymać się z tyłu i wyskoczyć przed samą metą.
- Ali nie lubi przegrywać.

Zavala chrząknął.

- Dobra - powiedział. - Dopakuj do dwustu. Może odpadnie.

Austin końcami palców pchnął przepustnicę i poczuł, jak wzrasta moc i prędkość.

- Dwieście trzy - zameldował po chwili Zavala. - Dobra nasza.

Złota łódź została w tyle, lecz po chwili przyśpieszyła, by dotrzymać im tempa. Austin dojrzał na jej burcie czarny napis „Latający dywan”. Sternika motorówki skrywało dymne szkło, ale Austin był pewien, że młody brodaty sobowtór Omara Sharifa uśmiecha się w tej chwili od ucha do ucha. Syn magnata hotelowego z Dubaju, Ali Bin Said, należał do najbardziej nieustępliwych rywali w jednym z najniebezpieczniejszych sportów na świecie, klasie pierwszej przybrzeżnych wyścigów łodzi motorowych.

Przed rokiem o mały włos nie pokonał Austina w regatach o Grand Prix Strefy Bezcłowej w Dubaju. Przegrana na własnym podwórku przed rodzimą publicznością była szczególnie dotkliwa. Teraz Ali zwiększył w „Dywanie” moc silników Lamborghiniego. W ocenie Austina motorówka Araba była równorzędną rywalką jego „Czerwonego atramentu”, w którym poprawił napęd i o kilkanaście kilometrów zwiększył prędkość.

Na konferencji prasowej przed zawodami Ali powiedział żartem, że Austin poprosił NUMA - Narodową Agencję Badań Morskich i Podwodnych - o uspokojenie morza na trasie jego łodzi. Jako dowódca jej ekipy do zadań specjalnych Austin istotnie dysponował szerokimi wpływami, ale do głowy by mu nie przyszło zgrywać się na Kanuta Wielkiego. Ali przegra nie z powodu mocy silnika, lecz dlatego, że Austin i jego partner z NUMA tworzyli tak zgrany zespół.

Zavala, śniady brunet z prostymi, zawsze zaczesanymi do tyłu włosami, wyglądał jak kierownik eleganckiego nadmorskiego hotelu w Acapulco. Jednak nie schodzący mu z ust lekki uśmiech maskował stalową wolę, wykutą w studenckich czasach, gdy boksował w wadze średniej, i zahartowaną podczas trudnych zadań wykonywanych dla NUMA. Ten towarzyski inżynier morski o łagodnym głosie, który wylatał tysiące godzin na helikopterach, małych odrzutowcach i samolotach z silnikami turbośmigłowymi, z łatwością przesiadał się do łodzi wyścigowych. Współdziałając z Austinem, jakby byli częściami precyzyjnego mechanizmu, objął prowadzenie w wyścigu w chwili, gdy sędzia uniósł zieloną chorągiewkę startową.

Wyszli z wody pod niemal idealnym kątem i przez linię startową przemknęli z szybkością dwustu dziesięciu kilometrów na godzinę. Wszystkie łodzie minęły ją na pełnym gazie. Na pierwszym okrążeniu dwóch zaciekłych rywali zatarło silniki, inny wywrócił się na zapewne najniebezpieczniejszym w każdych regatach pierwszym zakręcie, a dwaj prowadzący po prostu zdeklasowali resztę konkurentów. „Czerwony atrament” minął inne łodzie niczym rakieta. Tylko „Latający dywan” dotrzymał mu tempa. Przy pierwszym nawrocie za wyspą Zavala trzymał się tak blisko boi, że zmusił Alego do zatoczenia wielkiego łuku. Od tej chwili „Latający dywan” starał się ich doścignąć.

Właśnie przyśpieszył i zaczął się z nimi zrównywać. Austin wiedział, że rywal w ostatniej chwili wymienił śrubę na mniejszą, przydatniejszą na spienionym morzu. Żałował, że również sam tego nie uczynił. Ali był na tyle mądry, by polegać na własnym wyczuciu, a nie na prognozie pogody.

- Podkręcam o oczko! - krzyknął do Joego.
- Mamy na liczniku dwieście dwadzieścia pięć kilometrów na godzinę! - odkrzyknął Zavala. - Wiatr coraz silniejszy. Pofruniemy, jeśli nie zwolnimy.

Austin znał ryzyko nawrotu przy tak dużej szybkości. Dwa pływaki katamarana ślizgały się po powierzchni, niemal nie napotykając na opór wody. Konstrukcja, pozwalająca im sunąć z ogromną prędkością po grzbietach fal, groziła też tym, że wpadający pod kadłub wiatr uniesie łódź jak latawiec lub, co gorsza, obróci ją dnem do góry.

„Latający dywan” był coraz bliżej. Austin przebierał nerwowo palcami po dźwigniach przepustnic. Nienawidził przegrywać. Wojowniczość - wraz z posturą futbolisty i oczami koloru rafy koralowej - odziedziczył po ojcu. Ta cecha charakteru mogła go kiedyś zabić. Ale nie dziś. Zmniejszył szybkość, co być może ocaliło im życie.

Od dziobu z lewej strony pędziła na nich spieniona, ponad metrowa fala. Widząc, że zmienia kierunek, Zavala modlił się, by zdołali ją przeskoczyć, lecz szybko zorientował się, że nie zdążą. Fala zahaczyła jeden z pływaków i „Czerwony atrament” frunął w powietrze. Reagując natychmiast, jak kierowca, który wpadł w poślizg, Joe skręcił ster. Łódź zderzyła się bokiem z falą, zakołysała się tak, że osłony kabin zalała woda.

Ali zwolnił, ale gdy tylko zobaczył, że nic się im nie stało, lekceważąc niebezpieczeństwo dodał gazu. Chciał wygrać z jak największą przewagą nad Austinem. Nic sobie nie robiąc z przestróg swojego doświadczonego mechanika Hanka Smitha, rozpędził łódź do maksimum. Olbrzymi koguci ogon ciągnął się za nią trzydziestometrowym łukiem, a dwie śruby wyorywały dwakroć odeń dłuższe podwójne, szerokie skiby wody.

- Przepraszam! - zawołał Zavala. - Złapałem falę!
- Świetnie się wybroniłeś. Pędźmy po drugie miejsce.

Austin pchnął przepustnice i z rykiem silników puścili się w pogoń.

Wisząc wysoko nad trasą regat, włoski operator natychmiast dostrzegł zmianę na czele wyścigu. Helikopter zatoczył szeroki łuk i powrócił nad flotyllę statków. Pozzi chciał mieć widok na samotną łódź, która, mijając widzów, pędziła do boi nawrotowej ostatniego odcinka trasy do San Diego. Kiedy spojrzał na morze w dole, zauważył drobne falki okalające duży połyskliwy, szarawy przedmiot, wystający z wody. Gra świateł? Nie, tam na pewno coś było. Szturchnął pilota i wskazał w dół.

- Co za czort? - spytał pilot.

Pozzi skierował kamerę na przedmiot w wodzie i zrobił najazd obiektywem.

- To balena - oznajmił, gdy zobaczył go wyraźnie.
- Mów zrozumiale.
- Wieloryb.
- A, tak - odparł pilot. - Czasem pojawiają się tutaj. Bez obawy, da nura, jak tylko usłyszy łodzie. - Nie da. - Carlo pokręcił głową. - Myślę, że nie żyje. Nie rusza się.

Pilot lekko nachylił helikopter, by się lepiej przyjrzeć.

- O cholera, masz rację. Tam jest jeszcze jeden. Naliczyłem trzy... nie, cztery! Psiakrew! Są wszędzie. Przełączył się na kanał alarmowy.
- Straż Przybrzeżna San Diego, zgłoś się. Tu helikopter telewizyjny nad trasą regat. Nagły wypadek!
- Posterunek Straży Przybrzeżnej w Cabrillo Point. Mów.
- Na trasie regat widzę wieloryby.
- Wieloryby?!
- Tak, chyba z tuzin. Wygląda na to, że nie żyją.
- Przyjąłem. Zawiadomię nasz kuter, żeby sprawdzili.
- Za późno. Musicie przerwać wyścig.

Nastąpiła pełna napięcia cisza.

- Zrozumiałem - odezwał się głos. - Spróbujemy.

Chwilę później w odpowiedzi na wezwanie posterunku kuter Straży Przybrzeżnej opuścił pozycję przy boi nawrotowej. Na niebieskim niebie rozkwitły pąki pomarańczowych rakiet sygnałowych.

W tym samym czasie Ali zauważył unoszące się na wodzie wielkie, szare cielsko. Mocno szarpnął koło sterowe, omijając przeszkodę o centymetry, ominął też drugie zwierzę, ale nie mógł uniknąć zderzenia z trzecim. Zmieniając kierunek, krzyknął do Hanka, żeby zgasił silniki. Smith pociągnął dźwignię gazu i szybujący kadłub zanurzył się w wodzie. Mimo to „Latający dywan” uderzył w zwłoki wieloryba z prędkością osiemdziesięciu kilku kilometrów na godzinę. Śmierdzące padło podskoczyło w górę jak wielki napompowany balon. Katamaran przechylił się, zrobił salto i cudem wylądował na pływakach.

Alego i mechanika przed strzaskaniem czaszek uchroniły kaski. Z czarną mgłą przed oczami Ali sięgnął do koła sterowego, chcąc je obrócić, a gdy ster nie zareagował, zwrócił się do Smitha. Mechanik leżał bezwładnie na dźwigniach przepustnic.

Kapitan „Nepenthe” zszedł z mostka na pokład i właśnie rozmawiał z Glorią Ekhart, gdy nagle wychyliła się ona przez reling i wskazując ręką spytała:

- Kapitanie, co robi ta złota łódź?

„Latający dywan” zataczał się jak zamroczony bokser, szukający neutralnego narożnika, a potem, nabierając szybkości, ruszył prosto na ich jacht. Kapitan spodziewał się, że motorówka zaraz skręci, ale ona pędziła dalej. Zaniepokojony odszedł na bok i sięgnął po krótkofalówkę, którą nosił przy pasie. W myślach obliczał, za ile czasu złoty ślizgacz uderzy w nich.

- Mówi kapitan! - powiedział do mikrofonu. - Uruchomić statek!
- Teraz, panie kapitanie? W czasie wyścigu-?
- Głuchy jesteś?! Kotwica w górę i ruszaj! Natychmiast!
- Ruszać? Ale gdzie?

Nie dość, że mieli zerowe szanse na uratowanie jachtu, to jeszcze jego sternik okazał się idiotą.

- Naprzód!!! - wrzasnął. - Płyń!!!

Ale wykrzykując rozkaz wiedział, że jest za późno. Katamaran zdążył już przebyć połowę dzielącego ich dystansu. Kapitan zaczął więc kierować dzieci na drugą burtę. Garstce z nich mogło to ocalić życie, w co jednak wątpił, świadom, że drewniany kadłub rozleci się w drzazgi, od rozlanego paliwa wybuchnie pożar i statek w kilka minut pójdzie na dno. Chwyciwszy za wózek, w którym siedziała kaleka dziewczynka, pchnął go na drugą stronę pokładu i wezwał innych, by poszli w jego ślady. Gloria Ekhart, zmartwiała ze strachu, na widok pędzącej w ich stronę złotej torpedy zdobyła się tylko na to, co kazał jej instynkt - opiekuńczo otoczyła ręką wątłe ramiona córki i mocno ją przytuliła.

2

Austin wcale się nie zdziwił, że Ali stracił kontrolę nad łodzią. Sam się prosił, by go zarzuciło lub wywinął orła. Intrygujący był tylko charakter wypadku. „Latający dywan” zakręcił ostro w spienionym, rozpryskującym wodę ślizgu i z jednym uniesionym pływakiem wystrzelił w górę niczym samochód kaskadera, który ma wylądować na dwóch kołach po skoku z niskiej rampy. Katamaran przeleciał w powietrzu kilkanaście metrów i z potężnym rozbryzgiem wylądował w wodzie, na moment w niej znikając.

Austinowi i Zavali do utrzymania przewagi nad resztą stawki wystarczała prędkość poniżej stu siedemdziesięciu kilometrów, na tyle mała, by mogli się uporać z coraz trudniejszymi warunkami żeglugi. Morze pokrywały niezbyt wielkie fale, które trudno było uznać za sztormowe, ale nie należało ich lekceważyć. Dlatego obaj pilnie śledzili morze.

Zatoczywszy „Czerwonym atramentem” ostry łuk, Zavala skierował katamaran na „Latający dywan”, żeby sprawdzić, czy Ali nie potrzebuje pomocy. Kiedy wspiął się na falę i zjechał z niej w dół, musiał ostro skręcić, by nie wpaść na szary obiekt, dwakroć dłuższy od jego łodzi, a potem slalomem wyminąć trzy podobne przeszkody.

- Wieloryby! - wykrzyknął. - Pełno ich tutaj.

Austin o połowę zmniejszył prędkość. Minęli następne martwe zwierzę i kolejne, mniejsze, najprawdopodobniej młode.

- Wale - zdumiał się. - Całe stado.
- Kiepsko z nimi - stwierdził Zavala.
- Z nami też. - Austin cofnął dźwignie gazu. - Tu jest jak na polu minowym.

Łódź Alego stała niemal w miejscu, śrubami mieląc powietrze. Wtem jej rufa zanurzyła, skrzydła śrub łakomie wgryzły się w wodę i „Latający dywan” zerwał się raptownie jak zając spłoszony przez psa myśliwskiego. Gwałtownie przyśpieszając, szybko wszedł w poślizg i skierował się w stronę flotylli widzów.

- Macho hombre! - zawołał z podziwem Zavala. - Wpada na wieloryba, a potem pędzi przywitać się z kibicami.

Także Austin pomyślał, że Ali płynie zebrać oklaski. Jego łódź pędziła niczym złota strzała wystrzelona do tarczy. Kierowała się wprost na duży biały statek, zakotwiczony bokiem do trasy regat. Jego wdzięczna sylwetka świadczyła o tym, że to stary luksusowy jacht, w którym konstruktorzy piękno kadłuba połączyli z funkcjonalnością. Znów spojrzał na łódź Alego. Przyśpieszała nadal, pędząc prosto na biały jacht.

Dlaczego nie zatrzymali się ani nie skręcili?

Może mają unieruchomiony ster. Ale w takim razie wystarczyło zgasić silniki. Jeśli nie mógł ich wyłączyć mechanik, bez trudu zdołałby to uczynić sam sternik za pomocą linki. „Latający dywan” wpadł na wala z wielkim impetem, a potem z jeszcze większa siłą uderzył w wodę. To było tak, jakby rąbnął w beton. Ali i jego mechanik, choć w hełmach i zabezpieczeni uprzężą, z pewnością doznali wstrząsu, a może nawet utracili zdolność kierowania łodzią. Austin przeniósł wzrok na jacht i na jego pokładach ujrzał rzędy młodych twarzy. O Boże! Dzieci! Na tym statku jest pełno dzieci!

Na pokładach panował szalony ruch. Dostrzeżono pędzącą łódź. Właśnie wyciągano kotwicę, ale jeśli jacht chciał uniknąć kolizji, powinny mu wyrosnąć skrzydła.

- Zderzą się! - krzyknął Zavala, bardziej ze zdziwieniem niż z przestrachem.

Austin mechanicznie pchnął końcami palców dźwignie gazu. Silniki zaryczały i „Czerwony atrament” ruszył z kopyta niczym koń wyścigowy ucięty przez gza. Zaskoczony nagłym przyśpieszeniem Zavala natychmiast mocniej ścisnął kierownicę i skierował łódź na znarowiony „Latający dywan”. Wykonując zadania dla NUMA, już nieraz ocalili własną skórę dzięki intuicji, pozwalającej im odgadywać nawzajem swoje myśli. Austin pchnął mocno przepustnice. Katamaran wszedł w ślizg i pomknął po otwartej wodzie. Pędzili dwakroć szybciej od łodzi Alego, zbliżając się do niej pod kątem. Od „Latającego dywanu” dzieliły ich sekundy.

- Podpłyń do nich i ustaw się burta w burtę - polecił Austin. - Kiedy krzyknę, pchnij ich w prawo.

„Czerwony atrament” wspiął się na grzbiet fali, frunął w powietrze i opadł z hukiem, rozpryskując wodę. Biały jacht wolno ruszył z miejsca, co stwarzało niewielkie szanse na uniknięcie kolizji.

Dwie łodzie płynęły w tej chwili prawie burta w burtę. Pomimo coraz większej fali kilwateru Zavala, będąc doskonałym sternikiem, zdołał zbliżyć się do „Latającego dywanu”. Dopędzili katamaran Alego, minęli go, a potem zrównali się z nim prędkością. Dzieliły ich tylko metry.

W ogłuszającym grzmocie czterech potężnych silników trudno było o jakieś racjonalne myślenie. Austin stopił się w jedno z „Czerwonym atramentem”, stając się nieodłączną częścią jego mechanizmu. Austin dostosował prędkość do tempa „Latającego dywanu” tak, że płynęli obok jak para delfinów.

W górę.

W dół.

W górę.

- Teraz! - krzyknął.

Odległość pomiędzy łodziami zmalała do centymetrów. Zavala skręcił w prawo. Zrobił to łagodnie, gdyż ostry manewr groził tym, że szczepią się kadłubami i przekoziołkują w powietrzu. Z głuchym zgrzytem katamarany zderzyły się ze sobą i odskoczyły. Zavala utrzymał łódź na kursie, choć koło sterowe wyrywało się mu z dłoni.

Austin dodał gazu. Łodzie znów się zderzyły. Jakby próbowali okiełznać ogromnego, potężnego młodego wołu. Wreszcie „Latający dywan” zaczął zwalniać i skręcać w lewo. Zachęcony tym Zavala jeszcze raz uderzył burtą w łódź Araba.

- Odbij!

„Latający dywan” ominął rufę jachtu i pomknął w stronę flotylli. Statki rozpierzchły się przed nim niczym suche liście na wietrze. Austin dobrze wiedział, że uderzając bokiem w łódź Alego „Czerwony atrament” odbije się od niej jak kula bilardowa, nie przewidział jednak, że zajmie im to tyle czasu. Teraz pędzili prosto na ruszający jacht, od zderzenia z którym dzieliły ich tylko sekundy. Widzieli przerażone miny ludzi na pokładzie. Katamaran płynął z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę, co oznaczało, że nawet gdyby wyłączył silniki, będą ich zeskrobywać z drewnianych burt statku.

- Co teraz?! - krzyknął Zavala.
- Trzymaj kurs! - odkrzyknął Austin.

Zavala zaklął pod nosem. W pełni ufał swemu partnerowi, ale czasem jego zachowanie kłóciło się z logiką. Na przykład ten rozkaz równał się samobójstwu. Instynkt podpowiadał mu, by natychmiast obrócić ster, ratować życie, lecz wytrwale utrzymywał szaleńczy kurs, jak gdyby sześćdziesięciometrowy jacht, który niczym wielka biała ściana wyrósł mu przed oczyma, był jedynie zwidem. Zacisnął zęby i, szykując się do zderzenia, napiął wszystkie mięśnie.

- Skul się! - polecił Austin. - Głowa nisko. Przebijam się!

Schylił się, i dając gaz do dechy, ustawił trymery i lotki. Przebijania się należało w miarę możliwości unikać, a zdarzało się ono wówczas, gdy łódź, schodząc z jednej fali, zarywała się w drugą. Wtedy motorówka zamieniała się w łódź podwodną. Teraz Austin wręcz dążył do osiągnięcia tego efektu. Wstrzymał oddech. Zanurzywszy dzioby w wodzie, katamaran zanurkował pod ostrym kątem i, cały czas prąc naprzód, zakopał się w morzu. Napędzany pełną mocą silników, „Czerwony atrament” z łodzi nawodnej przedzierzgnął się w podwodną.

Przepłynął pod znajdującym się w ruchu jachtem zanurzony tak płytko, że urwało mu osłony kabin. Wirujące śruby jachtu o centymetry minęły głowy Zavali i Austina i chwilę potem katamaran wynurzył się po drugiej stronie. Wyskoczywszy z morza niczym ogromna, czerwona, latająca ryba, znieruchomiał w chmurze granatowego dymu unoszącego się z kaszlających, dławiących się silników.

Wbudowana w „Czerwony atrament” wewnętrzna klatka wytrzymałaby ciężar stada słoni. Ale mniej od niej odporne pleksiglasowe osłony dwóch kabin zostały zmiecione i kokpity kołyszącej się na falach łodzi zaczęły nabierać wody.

Zavala wykaszlał z ust morską wodę. Na śniadej, przystojnej twarzy widać było oszołomienie.

- Nic ci nie jest? - spytał.

Austin zdjął z głowy kask, odsłaniając jasne, niemal białe włosy. Zbadał uszkodzenia, jakich dokonała śruba, która przeszła tuż obok nich.

- Żyję - odrzekł - ale „Czerwony atrament” nie nadaje się na kabriolet.
- Czas opuścić statek - zdecydował Zavala, czując, że woda doszła mu do pasa.
- Traktuj to jak rozkaz - odparł Austin, rozpinając uprząż.

Wyskoczyli do wody. Od motorowodniaków wymagano zdania egzaminu z umiejętności opuszczania tonącej łodzi. Na kilka minut przed pójściem „Czerwonego atramentu” na dno do rozbitków podpłynęła kabinowa łódź motorowa i wyłowiła ich z morza.

- Co się stało ze złotym katamaranem? - spytał Austin właściciela łodzi, mężczyznę w średnim wieku, palącego fajkę, który przypłynął z San Diego obejrzeć regaty, a spotkały go dodatkowe atrakcje.
- Jest tam - odparł, cybuchem wskazując w dal. - Nie mam pojęcia, jak mu się udało ominąć tę całą flotyllę.
- Możemy tam popłynąć?
- Nie ma sprawy - odparł uprzejmie właściciel łodzi, obracając koło sterowe.

Wkrótce znaleźli się przy burcie „Latającego dywanu”. Gdy zsunięto osłony kabin Austin z ulgą stwierdził, że jego rywale żyją, choć z rozbitej głowy Alego spływała krew, a Hank miał taką minę, jakby zmagał się z potwornym kacem.

- Jesteś ranny? - zapytał Austin.
- Nie - odparł Ali z niezbyt pewną miną. - Co się stało?!
- Wpadliście na wieloryba.
- Na co?! - zdziwił się. - A więc nie wygraliśmy - dodał przygnębiony.
- Nie martw się. W końcu to nie twoja łódź leży na dnie morza.
- Przykro mi - odrzekł Ali ze smutkiem, lecz po chwili rozpromienił się. - A więc ty też nie wygrałeś!
- Wprost przeciwnie - zaprzeczył Austin. - Wszyscy czterej zdobyliśmy nagrodę dla największych szczęściarzy na ziemi.
- Chwała Allachowi! - powiedział Ali i chwilę później zemdlał.

3

Dżungla w Wenezueli

Baldachim zwisających gałęzi zasłaniał promienie słońca, przez co czarna woda w rzecznej zatoczce wydawała się głębsza. Żałując, że przeczytała o tym, jak to rząd Wenezueli postanowił zadbać o przywrócenie naturze krokodyli ludojadów z Orinoko, Gamay Morgan-Trout rzuciła się do wody i silnymi ruchami smukłych nóg zagłębiła się w styksowy mrok. Przyszło jej na myśl, że tak samo musiało się czuć prehistoryczne zwierzę, kiedy tonęło w mazi smolnych jeziorek Rancho La Brea w Kalifornii. Włączyła dwa halogenowe reflektorki przy kamerze wideo i zanurkowała na dno. Gdy przepływała nad falującymi lekko zaroślami, coś szturchnęło ją w pośladki.

Bardziej zaskoczona niż przestraszona natychmiast się odwróciła i z pochwy przy pasie wyciągnęła nóż. O centymetry od maski ujrzała długi, wąski pysk z czarnymi oczkami. Gamay odepchnęła go w bok.

- Nie pozwalaj sobie za dużo! - mruknęła, wypuszczając przez fajkę strumień bulgoczących baniek.

Cienki dziób rozwarł się w przyjacielskim uśmiechu. A potem rzeczny delfin odsunął się i spojrzał na nią z góry.

Gamay zaśmiała się, bulgocząc niczym gejzer Old Faithful tuż przed wybuchem. Naciśnięciem kciuka dopompowała kamizelkę wypornościową i po kilku sekundach jej głowa przebiła spokojną powierzchnię zatoczki. Gamay wyciągnęła spomiędzy zębów ustnik i uśmiechnęła się.

Paul Trout siedział kilka metrów dalej w trzymetrowym pontonie. Jako pomocnik nurka, śledził spienione bańki powietrza, znaczące podwodną drogę żony. Zaskoczyło go nagłe wynurzenie się Gamay z czarnej wody, a jej wesołość zbiła go z tropu. Zaintrygowany, w charakterystyczny sposób pochylił głowę, jakby spoglądając znad niewidocznych okularów.

- Nic ci nie jest? - spytał, mrużąc oczy.
- Nic - odparła, choć widać było, że coś się stało.

Niedowierzająca mina męża znów pobudziła ją do śmiechu. Zakrztusiła się wodą. Myśl o utonięciu ze śmiechu rozśmieszyła ją jeszcze bardziej. Na powrót wepchnęła ustnik do ust. Paul podpłynął pontonem, wychylił się z niego i podał jej rękę.

- Na pewno nic ci nie jest? - spytał.
- Na pewno. - Wypluła ustnik. - Ale lepiej wejdę do łódki.

Przytrzymując się burty, podała sprzęt do nurkowania, a potem Paul z łatwością wciągnął do pontonu ważącą sześćdziesiąt kilogramów żonę. W jasnobrązowych szortach, w takiej samej koszuli w wojskowym stylu, z naramiennikami, i w miękkim popelinowym kapeluszu wyglądał jak podróżnik z czasów wiktoriańskich. Oczywiście miał na szyi zawiązaną muszkę w kształcie tropikalnego motyla. Paul Trout nie widział powodu, by rezygnować z nienagannego ubioru nawet w głuszy wenezuelskiej dżungli, gdzie opaskę na biodra uważano za strój wizytowy. Przy tym wszystkim był bardzo silnym człowiekiem i czas jakiś pracował jako rybak na Cape Cod. Wprawdzie z jego dłoni zniknęły odciski, ale pod eleganckim ubraniem prężyły się mięśnie, które wyrobił przy dźwiganiu skrzyń z rybami. Umiał też wykorzystać swój ponaddwumetrowy wzrost.

- Sonda pokazuje, że tu jest tylko dziewięć metrów głębokości, więc wesołość nie wynika z odurzenia nadtlenkiem azotu - ocenił rzeczowo.

Gamay rozwiązała tasiemkę przytrzymującą ciemnorude, sięgające ramion włosy, których kolor podsunął jej ojcu, koneserowi win, myśl, aby nadać córce imię jak nazwa gatunku winogron z Beaujolais.

- Słuszna uwaga, kochanie - odparła, wyżymając z włosów wodę. - Śmiałam się, bo myślałam, że ja tu innych podglądam, a okazało się, że sama jestem podglądana. Znalazł mnie delfin Cyrano i szturchnął nosem w pupę.
- Wcale mu się nie dziwię.

Paul pożądliwie otaksował wzrokiem smukłe ciało żony, poruszając brwiami jak Groucho Mant.

- Mama ostrzegała mnie przed mężczyznami noszącymi muszki, z przedziałkiem pośrodku głowy.
- Czy mówiłem już kiedyś, że jest pani podobna do Lauren Hutton? - spytał, wydmuchując dym z wyimaginowanego cygara. - I że pociągają mnie kobiety z seksowną przerwą pomiędzy przednimi zębami?
- Głowę dam, że mówi to pan wszystkim dziewczynom - odparła zachrypniętym głosem Mae West. - Dzięki zalotom delfina wzbogaciłam swoją wiedzę naukową.
- Nie on pierwszy szturchnął cię nosem?

Surowo uniosła brwi.

- Wyobraź sobie, że nie - odparła. - Dowiedziałam się, że delfiny rzeczne są być może bardziej prymitywne od swoich morskich kuzynów, ale są inteligentne, wesołe i mają poczucie humoru.
- Też byś go potrzebowała, gdybyś była różowoszara, miała płetwy z widocznymi palcami, płetwę grzbietową i głowę jak zdeformowany melon.
- Niezły opis jak na geologa morskich głębin.
- Cieszę się, że się przydałem.

Pocałowała go w usta.

- Jak dobrze, że jesteś ze mną - powiedziała. - I że opracowałeś komputerowy obraz biegu rzeki. To była miła odmiana. Aż żal wracać do domu.

Paul rozejrzał się po tchnącym spokojem otoczeniu.

- Bardzo mi się tu podoba - odparł. - Ten las przypomina średniowieczną katedrę. No i te zabawne zwierzaki, choć nie jestem zadowolony, że dobierają się do mojej żony.
- Mój związek z Cyranem jest czysto platoniczny - obruszyła się Gamay, dumnie unosząc podbródek. - Próbował zwrócić moją uwagę, więc go zadowolę.
- Zadowolisz?
- Dam mu rybę.

Kilka razy uderzyła wiosłem w burtę pontonu. W miejscu, gdzie zatoczka łączyła się z rzeką, plusnęło i w ich stronę, prując wodę popłynęło stworzenie z różowoszarym garbem. Przy akompaniamencie kichnięć delfin okrążył łódź. Gamay zaczęła mu rzucać kawałki ryby.

- To potwierdza nieprawdopodobne opowieści o delfinach, które przypływały na wezwanie. Widać naprawdę pomagają tubylcom łowić ryby.
- Udowodniłaś ponadto, że Cyrano doskonale wytresował cię w podawaniu przekąsek.

Przez kilka minut z przyjemnością obserwowali krążącego delfina, a potem, widząc, że się ściemnia, postanowili wrócić do wioski.

Gdy Gamay porządkowała sprzęt, Paul uruchomił silnik i wypłynął z zatoczki na spokojny nurt rzeki. Atramentowa woda zmieniła kolor na groszkowy. Delfin trzymał się ich jakiś czas, lecz gdy zrozumiał, że nie dostanie nic więcej, odpadł od nich jak samolot myśliwski. Niebawem ciągnąca się wzdłuż rzeki gęsta dżungla ustąpiła i pojawiła się polana, na której w otoczeniu kilku krytych strzechą chat stał otynkowany, kryty czerwoną dachówką biały dom z arkadami w hiszpańskim stylu kolonialnym.

Przycumowali w małej przystani, wyciągnęli z pontonu sprzęt i w asyście grupki na wpół nagich, szczebioczących indiańskich dzieci ruszyli do białego domu. Dzieciaki odpędziła groźna, potężna Metyska z miotłą, którą trzymała jak topór bojowy. Paul i Gamay weszli do środka. Zza zawalonego papierami biurka w chłodnym gabinecie wstał, ubrany w białą koszulę z haftowanym gorsem, bawełniane spodnie i ręcznie szyte sandały, siwy mężczyzna po sześćdziesiątce. Z nieskrywaną radością wyszedł im na spotkanie.

- Senor i senora Trout - powitał ich. - Miło państwa widzieć. Mam nadzieję, że wyprawa była owocna.
- Tak, doktorze Ramirez, bardzo - odparła Gamay. - Udało mi się zebrać więcej informacji o zachowaniu delfinów, a Paul uzupełnił komputerowy obraz biegu rzeki.
- Nie dokonałem nic wielkiego - rzekł Paul. - Wystarczyło poprosić badaczy dorzecza Amazonki, z którymi współpracuje Gamay, żeby skierowali kamery LandSatu w ten rejon. Pracę nad tym obrazem dokończę po powrocie do kraju, a Gamay wykorzysta go w swojej analizie siedliska wodnego.
- Szkoda, że państwo wyjeżdżają. Bardzo miło ze strony NUMA, że użyczyła swoich ekspertów do naszego skromnego programu badawczego.
- Bez tutejszych rzek, miejscowej flory i fauny nie byłoby życia w oceanie - odparła Gamay.
- Dziękuję, senora. W ten ostatni wieczór przed waszym wyjazdem zapraszam na uroczystą kolację.
- Miło nam - rzekł Paul. - Spakujemy się zawczasu, żeby statek zaopatrzeniowy nie czekał na nas.
- Tym bym się nie przejmował. Zawsze się spóźnia - poinformował Ramirez.
- Nic nie szkodzi. Będziemy mieli czas porozmawiać o pańskiej pracy.
- Czuję się jak troglodyta - odparł ze śmiechem gospodarz. - Botanikę uprawiam nadal po staremu, zbierając, konserwując, porównując rośliny i pisząc sprawozdania, których nikt nie czyta. Nasza fauna rzeczna nie miała lepszych przyjaciół od was.
- Może uda nam się wykazać, gdzie środowisko delfinów jest zagrożone. A wtedy coś zwojujemy - powiedziała Gamay.
- W Ameryce Łacińskiej rządy nie są chętne do współpracy, chyba że ktoś dostanie łapówkę - rzekł Ramirez, ze smutkiem kręcąc głową. - Grzęzną wszystkie wartościowe projekty.
- Dobrze to znamy. Nasze bagno bez dna nazywa się Waszyngton.

Kiedy śmieli się ze wspólnego żartu, gospodyni wprowadziła tubylca:

niskiego, muskularnego, z przepaską na biodrach i miedzianymi kółkami w uszach. Kruczoczarne włosy miał równo przycięte wokół głowy, a brwi zgolone. Do doktora zwracał się z szacunkiem, ale podniecony ton jego głosu i rozbiegane oczy zdradzały, że jest zdenerwowany. Pokazywał na rzekę. Doktor Ramirez chwycił z wieszaka szerokoskrzydłą panamę.

- W łodzi leży trup - wyjaśnił. - Przepraszam, ale jako jedyny przedstawiciel wenezuelskiego rządu w promieniu stu kilkudziesięciu kilometrów muszę zbadać, co się stało.
- Możemy się przyłączyć? - spytała Gamay.
- Oczywiście. Nie jestem Sherlockiem Holmesem, więc przyda się każde doświadczone, bystre oko. Może to państwa zainteresować. Ten jegomość twierdzi, że zmarły to człowiek-duch... Wyjaśnię wszystko później - przyrzekł Ramirez, widząc zaciekawienie gości.

Szybko wyszli z domu i, mijając po drodze chaty, udali się nad brzeg rzeki. Nad wodą zastali gromadę milczących Indian i próbujące zerkać im zza nóg dzieci. Kobiety trzymały się z daleka. Kiedy nadszedł doktor Ramirez, mężczyźni rozstąpili się. Przy pomoście zacumowano ozdobioną rzeźbami pirogę, pomalowaną na biało, z niebieskim pasem, który biegł od rufy po sam dziób.

W pirodze leżał na wznak martwy młody Indianin. Podobnie jak ci z wioski, włosy miał równo przycięte, a na biodrach opaskę. Ale na tym podobieństwa się kończyły. Tubylcy tatuowali ciała i malowali kości policzkowe szkarłatną farbą, by uchronić się przed złymi duchami. Tymczasem nos, podbródek i ręce tego w łodzi pomalowane były na niebiesko, a reszta ciała na biało. Kiedy doktor Ramirez pochylił się nad pirogą, jego cień spłoszył zielone muchy, których buczący rój zerwał się z piersi trupa, odsłaniając okrągłą, ziejącą dziurę.

Paul wstrzymał oddech.

- To wygląda na ranę od kuli - ocenił.
- Istotnie - zgodził się Ramirez. - Nie przypomina rany od dzidy czy strzały.

Po kilkuminutowej rozmowie z mieszkańcami wioski przetłumaczył ich słowa Troutom.

- Kiedy rzeka przyniosła tę pirogę, łowili ryby. Rozpoznali w niej łódź ludzi-duchów i wystraszyli się. Podpłynęli do niej, bo wydawała się pusta. Gdy w środku zobaczyli trupa, chcieli ją puścić z prądem. Ale się rozmyślili, bo się zlękli, że jego duch powróci i będzie ich prześladował za to, że nie wyprawili mu porządnego pogrzebu. Więc przywieźli go tutaj i zwalili kłopot na moją głowę.
- Dlaczego mieliby się bać tych... ludzi-duchów? - spytała Gamay.

Doktor skubnął koniec gęstego siwego wąsa.

- Chulo, jak nazywają tu plemię, do którego należy zabity, żyją podobno za Wielkim Wodospadem. Tubylcy uważają ich za duchy zrodzone z mgły. Nikt nie wrócił żywy z ich terytorium. - Ramirez wskazał na pirogę. - Jak widzicie, jest to człowiek z krwi i kości, tak jak my.

Sięgnął do pirogi po leżącą przy zabitym skórzaną torbę. Mieszkańcy wioski cofnęli się, jakby były w niej zarazki dżumy. Ramirez porozmawiał po hiszpańsku z jednym Indianinem, a potem tubylcy rozeszli się.

- Boją się zmarłego - wyjaśnił. - Czy pomoże mi pan wciągnąć tę łódź na brzeg? Przekonałem ich, żeby wykopali dół. Nie na ich cmentarzu. Na drugim brzegu rzeki, gdzie i tak nikt nie chodzi. Szaman postawi na grobie nieboszczyka dość totemów, aby powstrzymać go od wycieczek. - Uśmiechnął się. - Bliskość trupa wzmocni jego pozycję. Gdyby nie spełniło się któreś z jego zaklęć, zawsze może powiedzieć, że to wina ducha zmarłego. Łódź puścimy samopas z prądem rzeki, żeby duch podążył za nią.

Paul przyjrzał się fachowo wykonanej pirodze.

- Szkoda zmarnować tak piękny egzemplarz sztuki szkutniczej. Ale spokój jest najważniejszy - powiedział i chwycił za jeden koniec łodzi.

Ciągnąc i pchając, we trójkę niebawem wyciągnęli ją z rzeki na brzeg. Ramirez przykrył zwłoki indiańskim kocem z pirogi i wziął worek zawiązany rzemieniem.

- Może on powie nam coś więcej o tym duchu - rzekł, ruszając w stronę domu. W gabinecie położył worek na długim bibliotecznym stole, rozwiązał rzemienie, ostrożnie go otworzył i zajrzał do środka. - Trzeba uważać - usprawiedliwił się. - Część plemion używa zatrutych strzał i strzałek wystrzeliwanych z dmuchaw. - Z uniesionego worka wysypały się na blat woreczki. Ramirez otworzył jeden, wyłuskał lśniący metalowy krążek i podał go Gamay. - O ile wiem, nim została pani biologiem, studiowała pani archeologię. Co to jest?

Gamay ze zmarszczonymi brwiami obejrzała uważnie płaski, okrągły przedmiot.

- Lustro? - zdziwiła się. - Widocznie próżność nie jest monopolem kobiet.

Paul wziął od niej lustro, odwrócił je, przyjrzał się widniejącym tam znakom i uśmiechnął się.

- Miałem takie, kiedy byłem dzieckiem - powiedział. - To lusterko sygnalizacyjne. Spójrzcie na te kropki i kreski. Przypominają alfabet Morse'a. Widzicie te małe prymitywne postacie? Kod podstawowy. Ten ludzik biegnący w jedną stronę znaczy pewnie „przyjdź”, ten biegnący w drugą „odejdź”, a ten leżący...
- „Stój” - podsunęła Gamay.