Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Co zrobić, gdy masz dość życia w małżeństwie?
„Moja żona! Ona chyba nie żyje!” – Matt gorączkowo informuje strażników leśnych, że wraz z żoną Marie byli na pieszej wycieczce, kiedy doszło do jej upadku z urwiska do rwącej rzeki na dole. Akcja ratunkowa kończy się fiaskiem – nikt nie mógł przeżyć czegoś takiego. Kolejny nieszczęśliwy wypadek. Czy jednak nie? Pierwsza żona Matta również zginęła w tajemniczych okolicznościach.
Kiedy policja wyciąga z rzeki ciało, Matt musi odpowiedzieć na wiele niewygodnych pytań. Detektywi Loren i Spengler chcą się dowiedzieć, czy jest naprawdę pogrążonym w żałobie, dwukrotnie owdowiałym mężem, czy bezwzględnym mordercą. W trakcie śledztwa wyjdzie na jaw, że czasami miłość jest drapieżna, a uwolnić się od niej jest niezwykle trudno.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 386
Złodziej okradnie cię i zabierze ci wszystko
A kochanek o fałszywym sercu pośle cię do grobu
Będą cię tulić i całować i powiedzą więcej kłamstw
Niż jest podkładów kolejowych czy gwiazd na niebie.
— On Top of Old Smokey
tradycyjna amerykańska piosenka ludowa
Nienawidzę cię tak bardzo, że zniszczyłabym samą siebie,
żebyś sczezł razem ze mną.
— Rita Hayworth, Gilda
Są dwa problemy, które dręczą ludzką duszę. Jak zatrzymać kogoś,
kto nie chce zostać? I jak pozbyć się kogoś, kto nie chce odejść?
— Danny DeVito,
Wojna państwa Rose
Jeśli spróbujesz zabić swoją żonę bez planu, przegrasz sromotnie.
Tak właśnie postępuje wielu żałosnych dupków. Niektórzy decydują się zamordować swoje drugie połówki pod wpływem chwili, ponieważ są wściekli, pijani, zazdrośni, totalnie zmęczeni zrzędzeniem lub po prostu nie chcą bawić się w rozwody, przez co wpadają. Za każdym razem. Więzienia puchną od natłoku zabójców żon, którzy gapią się w cementowe ściany, grają w koszykówkę lub zajmują się zwyczajnym nicnierobieniem, żałując każdego dnia, że nie zdecydowali się skorzystać na domowym komputerze z Google i wpisać „jak zabić kogoś i nie zostać złapanym”, żeby gliniarze mogli po prostu zajrzeć w historię przeglądarki i BUM! — doprowadzić ich do celi śmierci.
Ci zabójcy mogą również żałować, że nie zrobili tego w swoim własnym domu, w sypialni, żeby krew spryskała materace i ściany, a gliniarze mogli ją pobrać patyczkami wraz z dziesiątkami innych śladów, niezależnie od ilości rozlanego wszędzie wybielacza i czasu pracy odkurzacza. Tacy faceci kończą, żałując, że nie odeszli po prostu od żon, nie założyli butów i nie zniknęli, żeby móc przenieść się do innego miasta, zmienić nazwisko i znaleźć inną kobietę, z którą można by się związać. Nie ma na świecie lepszego miejsca od starej dobrej Ameryki, by rozpocząć nowe życie — powie to każdy piątoklasista z podręcznikiem do historii.
Tym facetom wciąż jednak się wydaje, że ujdzie im to na sucho. Każdemu, kto ich wysłucha, powiedzą, że kochają swoje żony. Jesteśmy dwiema połówkami, to była miłość od pierwszego wejrzenia, nie potrafiłbym czegoś takiego zrobić, bo jakże miałbym bez niej żyć? Ale oni radzą sobie w życiu, bez żadnych wątpliwości. Najpierw ronią pierwsze łzy, później poprzysięgają zemstę, odizolowują się od ciekawskich oczu.
Ale zaraz potem, po krótkim czasie, w piątkowy wieczór można ich spotkać w restauracji Red Lobster z inną kobietą. Sprzedają samochód żony, wrzucają jej ciuchy do czarnych foliowych worków i zawożą je do punktu zbiórki odzieży. Zbyt szybko zaczynają funkcjonować normalnie i zostają złapani, o ile wcześniej nie przyczyni się do tego przypadkowy naoczny świadek, plama krwi pozostała na dywanie czy podejrzane rzeczy wyszukiwane w internecie. Stawiają się w sytuacji bez wyjścia i kiedy gliniarze wpadają do nich, pukając, szczerząc zęby i pobrzękując kajdankami, nie jest to dla nich żadną niespodzianką. Większość przestępców nie grzeszy nadmiarem szarych komórek, dlatego właśnie kończą jako przestępcy.
Bądźmy szczerzy — kiedy zostaje zamordowana kobieta, winnym jest najprawdopodobniej mąż. Zawsze mąż. Cholera, wie o tym każdy, kto ma kablówkę i przejawia choć podstawowe zainteresowanie melodramatem prawdziwej zbrodni. Ginie kobieta, pierwszym podejrzanym jest jej mąż. Zazwyczaj występuje też dobry motyw. Mężczyźni zabijają swoje żony, kobiety swoich mężów — nie da się przywiązać do kogoś przez dłuższy czas, nie rozważając przynajmniej możliwości rozwalenia głowy tej osoby kijem bejsbolowym. To przecież nic nowego. Tak było od zarania dziejów i będzie aż do końca świata.
Wracając zatem do tematu: jeśli chcesz zabić swoją żonę, nie rób tego. Nie zabijaj jej, nawet nie dotykaj. Porzuć sukę, jeśli musisz, zacznij nowe życie. Albo napraw stosunki. Ale zabijać ją? Nie. Interesuje cię tylko przeciwieństwo sloganu firmy Nike: „Just don’t do it”. W przeciwnym razie wcześniej czy później, niezależnie od zastosowanych środków ostrożności, zostaniesz złapany.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 „You can’s always get what you want” — tytuł piosenki grupy The Rolling Stones. Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza.
3 września 1995, Madison w stanie Wisconsin
Gdyby nigdy nie wyszła za mąż, jej życie okazałoby się znacznie łatwiejsze.
Ta myśl była naprawdę przerażająca, ale prawda nigdy nie jest przyjemna. Matka zawsze jej powtarzała, że na świecie są tylko piękne kłamstewka i okrutna prawda. A prawda jest taka, że jej życie byłoby prostsze bez Matta. Och, kochała go, temu akurat nie mogła zaprzeczyć. Ale to okazało się zasadniczo jej problemem. Miłość ma zęby, pazury, a kiedy cię dopada, trudno jest się oswobodzić. Małżeństwo, pomyślała, to zwyczajna bzdura.
I choć narzekała na swojego męża, a czasami nawet go nienawidziła, wciąż uznawała go za faceta lepszego od wszystkich innych, z którymi się wcześniej umawiała. I może właśnie to była miłość? Chemiczna reakcja ciała na znalezienie osoby, która wkurza cię w stopniu mniejszym niż pozostałe.
Janice rozmyślała o tym wszystkim, choć minął zaledwie rok, od kiedy przeszła długim, wyłożonym linoleum korytarzem Windsor Creek Community Rec Center, ściskając w dłoni mizerny bukiecik zwiędniętych róż, żeby znaleźć się w małym, pozbawionym okien pokoju do ćwiczeń, który wynajęli na dwie godziny. Matka Janice była jedyną osobą, która robiła zdjęcia podczas ślubu. Zdecydowała się na to pomimo zastrzeżeń związanych z całą tą ceremonią — nie ufała Mattowi, nie uważała go za przyzwoitego faceta, a mimo to robiła zdjęcie za zdjęciem, używając do tego celu jednorazowego aparatu z rodzaju tych, które można kupić w drogerii i z których film wywoływało się po jego całkowitym wykorzystaniu. Tylko jedno zdjęcie wyszło na tyle dobrze, że nadawało się do oprawienia w ramkę. Matt i Janice stali na nim razem, trzymając się za ręce, mając za plecami kilka przyklejonych do ściany tabliczek — informacji o tym, że dzieciom na basenie musi towarzyszyć osoba dorosła i że po użyciu należy wytrzeć sprzęt do ćwiczeń — i tani biurowy zegar, którego wskazówki na wieczność zatrzymały się na godzinie 12:05. Janice ze zdjęcia patrzyła z uśmiechem na Matta, a welon ułożył się jej na ramieniu niczym chmura. Była szczęśliwa. Matt też się uśmiechał, ale nie spoglądał na swoją ukochaną. Stał odwrócony w drugą stronę, z niemal zamkniętymi oczami, jakby wcale jej tam nie było.
W ceremonii udział wzięła zaledwie garstka gości. Nie trwała ona długo, ponieważ pastor miał już umówiony pogrzeb i musiał jechać dalej. Kiedy Janice się o tym dowiedziała, niemal odwołała ślub. Fakt, że pastor udziela im ślubu, a następnie pędzi pochować kogoś innego, uznała za zły omen, zdążyli już jednak uiścić bezzwrotną opłatę za pomieszczenie i zapłacili za tort z Aldiego, a nie była gotowa, by stracić tyle pieniędzy. Rok po ślubie, kiedy jej usta będą wypełnione krwią, oczy będą piec od oparów benzyny i kiedy nie powstrzyma drżenia całego ciała z bólu, Janice przypomni sobie stare powiedzenie „Świat kręci się wokół pieniądza” i uzna, że gdyby tylko pozwoliła przepaść tym parszywym dwustu dolarom, jej życie potoczyłoby się zupełnie inaczej.
Zaledwie rok po małżeństwie z Matthew Evansem i niecałe dwanaście godzin od tej chwili Janice będzie już martwa.
Dochodziła druga nad ranem, a ona powinna być już w pracy, rozpoczynając cmentarną szychtę w recepcji domu starców, odbierając telefony i pomagając przy nagłych wypadkach rezydentów. Szef prosił ją, by nie używała określenia „cmentarna szychta”. To jest chore, uznał Jesse. Większość tych ludzi była już jedną nogą w grobie i nie trzeba im było o tym przypominać. Jesse nie patrzył jej w oczy podczas rozmowy, zawsze kierował wzrok na swoje dłonie. Był dziwakiem, weteranem po trzydziestce, który nadal mieszkał ze swoją irlandzką matką i wszędzie chadzał na piechotę, bo nie miał własnego samochodu. Ale poza tym był miłym facetem. Nieśmiałym, cichym. Powinnam wyjść za takiego gościa jak ty, powiedziała mu kiedyś w żartach, a Jesse w ogóle tego nie skomentował. Wyszedł tylko zapalić jednego ze swoich papierosów. Obserwowała przez okno, jak zaciąga się kilka razy i wdeptuje niedopałek w ziemię przy pniu dębu.
Troszeczkę się spóźnię, powiedziała wcześniej Jessemu, kiedy zadzwoniła do pracy. Odebrał po drugim dzwonku, choć między tą czynnością a wypowiedzeniem pierwszego słowa nastąpiła przeciągająca się cisza, jakby wykonywał to wszystko w zwolnionym tempie. Ale taki już był ten Jesse. Poruszał się, jakby brodził w ciepłej melasie. Niektórzy sądzili, że brakuje mu piątej klepki, ale on był po prostu zadumany.
— Mam kilka prywatnych spraw do załatwienia.
— Chodzi o twojego męża?
— Może.
— Kto cię zastąpi?
— Ty nie możesz? — zapytała. — Jesse, to jest ważne. Nie będzie mnie przez godzinę, może dwie.
Westchnął i od razu wiedziała, że zgodził się ją zastąpić.
— Pani Ruby już o ciebie pytała — powiedział. — Wiem, że zanosisz jej ukradkiem jedzenie w środku nocy. Ona nie powinna jadać poza wyznaczonymi porami.
— To tylko tost — rzuciła Janice. — To, że jest głodna, to nic takiego. Ona jest przede wszystkim samotna, potrzebuje kogoś do rozmowy.
W tej samej chwili jakaś część niej zapragnęła pojechać już do pracy, wpaść do środka o właściwej godzinie i odbić kartę. Byłaby teraz zapewne w kuchni ośrodka, wsuwała biały chleb do tostera i wyciągała talerzyk z jednej z szafek, żeby zanieść go pani Ruby z pokoju 217. Kobieta dzwoniła do recepcji niemal każdej nocy, narzekając na uczucie głodu i prosząc o kawałek zgrzankowanego chleba na zakwasie z niewielką ilością masła.
— Czy masz jakieś problemy? — zapytał Jesse. — Mogę ci w czymś pomóc?
— Nic wielkiego — odpowiedziała zdawkowo. Ale to było coś wielkiego. To zawsze coś wielkiego, kiedy mężczyzna, z którym jest się zaledwie rok po ślubie, sypia z inną kobietą za twoimi plecami. Kobietą? Może to były kobiety, nie miała pojęcia. Wiedziała jednak, a przynajmniej przypuszczała, że robił to w trakcie jej pracy, kiedy zarabiała na jego utrzymanie, podczas gdy on miał się uczyć. Uznał, że nie poradzi sobie jednocześnie z pracą i nauką, zatem to ona brała dwunastogodzinne zmiany w domu spokojnej starości Magnolia. Dzięki temu Matt mógł siedzieć w mieszkaniu i się uczyć, choć ona również starała się skończyć studia. Miała pracę, chodziła na zajęcia, gotowała, sprzątała i dbała o domowy porządek, podczas gdy jej mąż poświęcał większość czasu na sen, czytanie książek i narzekanie na swoje życie. Tego jednego dowiedziała się o ich małżeństwie z Mattem — to ona miała gorzej w tym związku. — Spotkamy się troszkę później.
I tym sposobem siedziała teraz skulona na krawężniku naprzeciw ich wynajmowanego domu, częściowo ukryta za zderzakiem samochodu sąsiadów. Spędziła tam dwie godziny ze zdrętwiałym tyłkiem i zesztywniałymi mięśniami nóg, obserwując. Czekając, aż coś się wydarzy. Nie działo się absolutnie nic, nie licząc blasku zapalonych ciągle świateł w oknie. Żadnych oznak ruchu. Pożegnała się z Mattem, położyła mu dłoń na karku, przyciągnęła blisko i pocałowała delikatnie w usta, a potem puściła, jakby kompletnie nic się nie wydarzyło. Uznała, że powinna występować w teatrze. W końcu wyszła i usiadła za kierownicą ich starego wspólnego chevette — bądź „srajvette”, jak go zwykła nazywać, kiedy wóz się psuł, zazwyczaj w najmniej odpowiednim momencie i tylko kiedy sama siedziała za kółkiem — i odjechała w tym samym kierunku, w którym normalnie kierowałaby się do pracy. Zamiast tego zaparkowała po skręcie w następną przecznicę i wróciła do miejsca, które sobie wcześniej upatrzyła. Przez ostatnie dwie godziny słuchała tylko grania cykad na pobliskim krzewie i elektrycznego brzęczenia pobliskich świateł ulicznych. Przepocony, wilgotny pas jej spodni irytująco ocierał się o plecy. Janice uznała w pewnym momencie, że może po prostu jej odbiło, że Matt w ogóle jej nie zdradzał, że tylko wyobraziła sobie zapach nieznanych perfum na poduszce i splot jasnych włosów, które wydłubała z odpływu prysznica. To samo z dziwnymi telefonami, słyszanym w słuchawce oddechem i kliknięciem rozłączanej rozmowy— ale może to faktycznie nic takiego, w końcu ludzie cały czas mylą się, wybierając numery...
Przed ich domem zatrzymał się samochód, pracując chwilę na jałowych obrotach. Reflektory zamigotały i zgasły, a silnik został wyłączony. Auto było czerwone, małe i słodkie. Po chwili wysiadła z niego kobieta, również słodka i mała, jak jej wóz. Ubrana była w kombinezon z cienkiej niebieskiej bawełny w białe kwiatki. Na miłość boską, przecież coś takiego zakładają małe szkraby. Kobieta, kimkolwiek była, zrobiła kilka kroków w stronę ich domu. Zaparkowała w miejscu, które przesłaniało widok na podjazd, co wkurzyło Janice jeszcze bardziej niż sama świadomość, że to babsko mogło się tu pojawić po to, by uprawiać w dziecięcym ubranku seks z jej mężem. Matt otworzył drzwi, zszedł po schodach w swoim energicznym stylu, z rękami opuszczonymi swobodnie po bokach i obijającymi się o biodra, jakby miał atak konwulsji. Zawsze uważała, że to idiotyczny sposób schodzenia po stopniach, szczególnie dla kogoś takiego jak Matt, który normalnie poruszał się z taką swobodą, za każdym razem jednak czuła się wtedy winna, ponieważ go kochała, a kiedy się kogoś kocha, wybacza mu się wszystko. Nie dostrzega się tego, co złe, głupie i niedorzeczne, żeby wszystko było w porządku.
Ale teraz, ujrzawszy, jak Matt przyciąga do siebie dziewczynę i całuje w usta, przesuwając jedną z dłoni na jej pośladek, żeby go ścisnąć, a następnie zaprasza ją do środka, Janice uznała, że skończyła postępować tak, żeby wszystko było w porządku.
Kiedy zniknęli we wnętrzu domu, poszła do „srajvette” i usiadła za kierownicą, przez kilka minut starając się uspokoić oddech. Poczuła mdłości, otworzyła więc drzwi, wychyliła się i zwymiotowała na chodnik, wyrzucając z siebie samą żółć, ohydny płyn i ślinę.
— Wiedziałaś, co on robił — powiedziała do siebie. Jej własny głos wystraszył ją w takim stopniu, że podskoczyła i uderzyła kłykciami o kierownicę z takim impetem, że stęknęła z bólu i przycisnęła dłoń do piersi. — Przestań udawać zaskoczoną, przez cały czas dobrze wiedziałaś, co się tam wyprawia.
Tak, ale czym innym było podejrzewać, co może robić Matt, a czym innym było się o tym przekonać. I co miała teraz począć, pozbawiona wszelkich wątpliwości, że Matt jest wyjątkowym, niewiernym skurwysynem? Nie mogła przecież tego zignorować. Czy gdyby powstrzymała się od działania, zaczęła udawać, że wszystko jest w porządku i pozwoliła Mattowi robić to, co mu się żywnie podoba, nie stałaby się współwinną? Można by zapewne uznać, że pomaga mu i podpuszcza do zdrady i że jest równie nielojalna jak on sam.
Może to głupie, że kobiety przez cały czas potrafią coś takiego ignorować. Odwracać głowę. Nadstawiać drugi policzek. Udawać, że nic się nie dzieje. Może za pięć czy dziesięć lat życie Matta z inną kobietą stałoby się zupełnie normalne, tak samo jak skarpetki zwinięte w wilgotne kulki po ich zdjęciu ze stóp czy zarost pozostawiony w umywalce po goleniu. Kolejna rzecz, którą musiałaby po prostu zaakceptować.
Ale pytanie brzmiało: czy potrafiłaby to zaakceptować?
Albo lepiej: czy chciałaby to zaakceptować?
Na myśl przyszedł jej rewolwer, który Matt trzymał w szufladzie stolika przy drzwiach wejściowych. Zazwyczaj w ogóle o nim nie pamiętała, ale akurat teraz przyszedł jej na myśl. Matt nazywał go małym kalibrem, jakby uznał, że tego typu określenie ułatwi zaakceptowanie jego obecności w domu, widział bowiem strach malujący się na jej twarzy, kiedy przyniósł go ze sklepu. Nie chciała w ogóle brać go do ręki. Nie mamy psa, to musimy mieć rewolwer — tak argumentował Matt, a ona ostatecznie się zgodziła. Było to lepsze od kłótni, mimo że nie była zwolenniczką posiadania broni. Broń rani ludzi, argumentowała z kolei ona. Zabija także. Nigdy nie optowała za przemocą związaną z użyciem takich środków, ale on nie chciał jej słuchać. Bezpieczeństwo jest ważniejsze, uznał, i schował rewolwer w szufladzie na długie miesiące, aż w zasadzie zapomniała o jego krótkiej lufie i matowej, metalicznej rękojeści.
Jednak w tej chwili doskonale potrafiła sobie ten rewolwer wyobrazić.
Ostatecznie uznała, że mogłaby zaakceptować jego niewierność, tak samo jak zaakceptowała wiele innych rzeczy, ale rok zmieniłby się w pięć, te z kolei w dziesięć i dwadzieścia, aż stałaby się kobietą w średnim wieku. Czy w wielu czterdziestu pięciu lat byłaby skłonna zaakceptować fakt, że spędziła tyle czasu z oszustem? Ale wtedy trudno byłoby w ogóle mówić o oszukiwaniu. Za dwadzieścia kilka lat dysponowałaby już całą listą dobrych powodów, by nienawidzić Matta, a jego wciskanie fiuta gdziekolwiek popadnie znalazłoby się na czele listy. Jak by się wtedy czuła?
Zapewne chciałaby go zabić.
Wyobraziła sobie, że zawraca auto, jedzie pod dom i wchodzi do środka — nie potrwałoby to zbyt długo — a potem otwiera szufladę w tym stoliku i wyciąga broń. Nigdy nie trzymała jej w dłoni, ale potrafiła sobie wyobrazić jej ciężar i oleisty, gładki metal pod palcami.
A potem nacisnęłaby spust.
— Co zatem zamierzasz zrobić? — powiedziała. Spojrzała w swoje odbicie w lusterku wstecznym i uznała, że nie może odwrócić wzroku. Miała ziemistą, pociągłą twarz, a oczy zapadnięte w głąb czaszki. Tak zwykła wyglądać, kiedy chorowała. Kiedyś pewien mężczyzna powiedział jej, że ma bursztynowe oczy, które w określonym świetle wydają się wręcz złote. Teraz nie widziała jednak w nich niczego pięknego. To były oczy osoby szalonej, wręcz obłąkanej.
— Co zamierzamy zrobić? — zapytała, nie spuszczając wzroku z lusterka. Gapiła się prosto w swoje pełne zakłopotania oczy. Zawsze w taki sposób rozmawiała z własnym odbiciem, jakby w lustrze dostrzegała przyjaciółkę, a nie samą siebie. Jakby istniały dwie różne osoby.
— W tej chwili... co robimy w tej chwili?
28 sierpnia 2018, Park Narodowy Gór Skalistych w stanie Kolorado
Wzdłuż ścieżki ciągnęły się plamy cętkowanych cieni, ciemne kształty rzucane przez zwisające gałęzie sosen i postrzępione skały. Temperatura wydawała się tam spadać do dziesięciu stopni. Marie zatrzymała się w jednej z plam cienia, żeby poprawić pasy plecaka wrzynające się jej w ramiona pod ciężarem. Nie było specjalnie gorąco, w sumie na tej wysokości nigdy nie było szczególnie upalnie, przynajmniej w porównaniu z innymi miejscami. Lato powoli dobiegało końca. Spacerowali po górach przez cały dzień, mając nad sobą bezchmurne, błękitne niebo. Z powodu opadów w ostatnich tygodniach — prawdopodobnie rekordowych, jeśli wierzyć historycznym zapisom — w powietrzu dawało się wyczuć wilgoć i duchotę. Marie spociła się jak mysz na odcinku ostatnich pięciu mil. Jakby nie wystarczał sam pot, spływający jej z głowy po całej twarzy i karku, wyjątkowo tego dnia dokuczały jej kolana, a w szczególności lewe. Miała wrażenie, że chrząstka za lewą rzepką zamieniła się miejscami z małym, pulsującym słońcem, które promieniowało przeraźliwym bólem w chwili stykania się ze sobą kości. Lekarz powiedział jej, że zastrzyki z kortyzonu mogłyby pomóc, ale sama myśl o długiej igle wsuwającej się w kolano była wystarczająca, by zacisnąć zęby i wmówić sobie, że poradzi sobie bez tego. Na jakiś czas. Jeśli ból będzie się nasilał, to nie ma zmiłuj.
W ten sposób została zmuszona do częstych postojów na odpoczynek kolana, choć Matt reagował na to zniecierpliwieniem. Wzdychał, krążył dokoła, tupał nogą i wydawał przez gardło dziwne dźwięki kojarzące się z piszczeniem myszy, a wszystko po to, by okazać swoją irytację. Chciał w ten sposób przekazać jej, by wyjęła ołów z tyłka, jak to elegancko ujmował, jednak ona go ignorowała.
W ciągu ostatnich lat dobrze nauczyła się ignorować swojego męża.
— Naprawdę gdzieś się spieszymy? — zapytała, pochylając się do przodu, żeby rozmasować bolącą rzepkę. Matt odszedł kawałek wzdłuż szlaku i stał zwrócony do niej plecami. — Matt? Słyszałeś? Mamy jakieś umówione spotkanie, czy co?
Odwrócił się. Trzymał w dłoni telefon. Choć w miarę upływu lat komórki stawały się coraz mniejsze, Matt wciąż wybierał te największe, dzięki którym podczas rozmowy wyglądał, jakby przyciskał do głowy książkę. Albo idziesz na całość, albo wracasz z niczym, jak lubił powtarzać. W ciągu kilku lat zgromadził wiele tego rodzaju powiedzonek. Cytował je później w obecności swojego zespołu sprzedażowego, ale również w domu. Ona ich nienawidziła.
Dawaj z siebie wszystko.
Sięgaj po nisko wiszące owoce.
Rozpoznaj najlepszą okazję.
— Nie ma zasięgu — zawołał.
— Musisz się z kimś skontaktować?
— Nie. — Rzucił jej spojrzenie, którego nie potrafiła odszyfrować. — Tylko sprawdzałem.
Matt wymyślił tę wyprawę, ale to ona musiała wszystko zorganizować. Wybrała miejsce, sprawdziła szczegóły, jednak cała koncepcja należała do niego. Spontaniczny wypad w góry, nocleg w romantycznym domku, spacer przez przepiękny las w ciągu dnia — chwyciła tę przynętę bez wahania, nie potrafiła sobie bowiem przypomnieć, kiedy Matt wymyślił coś podobnego po raz ostatni. Nigdy. Rodzinne wakacje to co innego — zawsze znajdował na nie czas, szczególnie gdy dziewczynki były małe — ale kiedy wybrali się gdziekolwiek sami, mąż z żoną? Na próżno szukała w pamięci. Przyjechali późnym popołudniem w niedzielę, kiedy ruch turystyczny był najmniejszy, i wynajęli położony przy lesie domek z fantastycznym widokiem. W samym miasteczku trudno było znaleźć coś ciekawego do roboty — ciężko określić Estes Park mianem centrum rozrywki, chyba że kogoś fascynowały lodziarnie i antyki. Marie podobało się jednak to miejsce, zawsze lubiła tu przyjeżdżać. Matt nigdy wcześniej tu nie gościł, a ona zjawiała się tu wiele razy w ciągu minionych lat, głównie w związku z babskimi wypadami, choć zdarzyło się jej również pojawić tu samej, z plecakiem pełnym wody i kremu z filtrem, żeby pokonać któryś ze szlaków lub wziąć lekcję wspinaczki. Pociągała ją ta wielka przestrzeń, wysokie, cienkie drzewa i niemożliwie wręcz niebieskie niebo. No i ta cisza. Nie była oczywiście zupełna, słychać było wyraźnie ćwierkanie ptaków, brzęczące owady i szum rzeki, ale to co innego. W tym miejscu cisza była czymś dobrym, a nie tym, co doprowadza w domu człowieka do szału i zmusza do włączenia telewizora lub muzyki z telefonu. W domu cisza była czymś, czego się bała i czego starała się pozbyć. Próbowała wyjaśnić to Mattowi, ale nie rozumiał. Cisza, hałas, chaos — nie dostrzegał między nimi żadnych różnic. Dla niego zawsze było to jednym i tym samym.
Przykładowo, tego ranka przed frontowymi drzwiami domku przechadzało się pół tuzina łosi, które skubały niespiesznie liście i obserwowały bez emocji Marie robiącą im zdjęcia.
To tylko jelenie, uznał Matt.
Łosie, to są łosie, oponowała. Czy to nie cudowne? Nie mamy możliwości zobaczenia czegoś takiego na co dzień w domu.
Matt nie był jednak zainteresowany. Poprzedni wieczór spędził w kuchni domku, starannie układając potrzebne przedmioty i rozpakowując całe torby batoników, wody i kremów z filtrem, które kupił wcześniej w miasteczku. Miniony dzień był dla niego pełen nerwowej energii, co również podziałało na jej nerwy. Wystarczająco mocno, by nie emocjonować się zbytnio spacerem z hotelu Stanley wzdłuż głównej ulicy. Podczas kolacji Matt wyznał, że nie może się doczekać zaplanowanej na kolejny dzień wyprawy. Marzył już o wyruszeniu w drogę i rozciągnięciu nóg.
Zaczęli wcześnie i poświęcili na to cały dzień. Okrążyli jeziora i zeszli stromymi ścieżkami ze wzgórz, zatrzymując się tylko w celu zrobienia zdjęć przyrodzie i zjedzenia szybkiego lunchu złożonego z tuńczyka wydłubywanego z foliowych woreczków plastikowymi łyżkami. Zaplanowali ten wypad jako ostatni w ciągu dnia, choć musieli jeszcze wrócić do samochodu i przejechać na drugą stronę parku na szlak. Widok rozciągający się ze szczytu urwiska był oszałamiający. Nie można tego było pominąć. Kiedy zaparkowali, Matt rozłożył na masce mapę i po chwili zaczął podążać po krętych ścieżkach opuszką palca. Mijający ich turyści rzucali im zaciekawione spojrzenia.
Nie zawsze taki był. Kiedy się pobrali, wszystko wydawało się zupełnie inne. Łatwiejsze. Niemal... sielankowe. Polecieli wziąć ślub do Las Vegas, w miejsce położone o godzinę jazdy z portu lotniczego w Denver, po czym znaleźli się na Stripie, stanęli przed obliczem naśladowcy Elvisa i wygłosili słowa przysięgi. Kilka lat później, kiedy wyjechali na wakacje z dziewczynkami, obozując, łowiąc ryby i włócząc się po lunaparkach, to Matt był tą spontaniczną osobą, a ona planistką, która określała stan budżetu, przygotowywała posiłki i pilnowała, by zbiornik w samochodzie był napełniony, a bilety na samolot kupione na czas. W tamtych czasach Matt był... zabawny? To chyba nie było właściwe słowo, ale jednocześnie było idealne. On był zabawny, ona nudziarą, a teraz wydawało się, że role się całkowicie odwróciły. Ale w końcu oboje się starzeli, może stąd ta zamiana. A ludzie zmieniają się z wiekiem, czyż nie? Przed laty to ona bywała napięta jak membrana na werblu, ale akceptowała sprawy takimi, jakimi były, co zapewniało jej spokój ducha. Częściowo przyczyniały się do tego dziewczynki — Hannah i Maddie, obie już na studiach, które zaczynały swoje własne życie — ponieważ tylko dzieci są w stanie pomóc człowiekowi zrozumieć, jak nieważne jest wszystko inne. Częściowo wynikało to z wieku. Dojrzała w ciągu minionych lat, dorosła. Starała się najpierw myśleć, a potem działać. Planować pewne sprawy. Tak przejawiało się starzenie. Człowiek staje się cierpliwy i mądry.
— Dobra, jestem gotowa — powiedziała Marie, prostując się powoli. Powinniśmy byli się dobrze wyspać, pomyślała. Zwolnić tempo. Obudzić się później, zjeść omlety, wypić koktajl i dopiero wyjść. Ale to był kolejny przypadek, w którym nie zgadzali się w pewnych kwestiach. Ona potrzebowała czasu na odpoczynek, Matt chciał wychodzić. I jak zwykle wyszło na jego.
— Świetnie, chodźmy już — odparł Matt. Już był w akcji, pięć metrów z przodu, stawiając pewnie buty na sypkim żwirze. Zawsze byli rodziną lubiącą wypoczynek na powietrzu — nie da się przecież żyć inaczej, mieszkając w Kolorado — ale nagle zapragnęła znaleźć się w domku i usiąść przed telewizorem z nogami na stoliku, sącząc czerwone wino. Czuła się zmęczona, głodna i nie miała ochoty na dalszą wędrówkę. Już nie. — Musimy przyspieszyć tempa, zanim się ściemni.
— W porządku — mruknęła. Zrobiła mały, niepewny krok, potem następny. To nie było w porządku, że kolano tak cholernie ją bolało, skoro ćwiczyła każdego dnia. W godzinach porannych pokonywała co najmniej cztery mile, a trzy do czterech razy w tygodniu trenowała jogę. Była obecnie w kondycji lepszej niż kiedykolwiek, ciało miała sprężyste i twarde, a mimo to pieprzone kolano nie dawało jej żyć, szczególnie w takie dni jak ten, kiedy nadchodził deszcz. Kolano zawsze bolało wraz z pojawieniem się wilgoci w powietrzu, co oznajmiła Mattowi w trakcie jazdy do lasu. — Już idę.
Matt nie odpowiedział, być może w ogóle jej nie usłyszał. Był już zbyt daleko z przodu, szedł, wymachując luźno rękami. Marie skrzywiła się ponownie i potarła kolano. Miała wrażenie, że wypełnił je piasek lub odłamki szkła.
Minęły ich dwie kobiety zmierzające w przeciwnym kierunku. Jedna z nich uśmiechnęła się do Marie współczująco, po czym odwróciła w stronę Matta, marszcząc czoło z dezaprobatą. Coś jest nie tak z tym facetem, pomyślała kobieta, ale porzuciła tę myśl.
— Nic takiego, powiedziała swojej przyjaciółce, kiedy ta zagadnęła ją o jej reakcję. — Dreszcz, to wszystko. Przeszły mnie ciarki.
Jednak dwie godziny później kobieta znów zobaczy tego mężczyznę, schodzącego szlakiem, łapiącego łapczywie oddech i wołającego o pomoc.
— Moja żona — zawoła. — Ona chyba nie żyje.
W górach było bardzo zielono. Nie tak jak w Denver, gdzie paleta barw zawsze kojarzyła się jej ze Świętem Dziękczynienia. Brązy i żółcie, to były kolory Denver. Do tego były wyschnięte, choć akurat tego lata lało niemal każdego dnia. W wiadomościach podawano, że na rzekach odnotowano stan alarmowy bliski powodziowego, że parę osób zbliżyło się za bardzo do rwącej wody i zostało zmytych. Ich ciał nigdy nie odnaleziono. Nikt nie potrafił się przyzwyczaić do tej wilgoci, szczególnie w mieście, jak również do przygnębiająco szarego nieba. Ludzie winą obarczali zmiany klimatyczne. A może to był El Niño. Albo po prostu okres nietypowej aury, o której wszyscy zapomną do następnego roku.
Marie przypomniała sobie moment, w którym po raz pierwszy przeprowadziła się do Denver ze Wschodniego Wybrzeża. Zaaklimatyzowała się dopiero po upływie kilku tygodni. Powietrze było tam rzadkie i zimne, a jednocześnie tak suche, że wargi nieustannie jej pękały aż do krwi. Poradziła sobie z tym, kupując pomadkę ochronną do ust, którą nosiła przez cały czas w torebce. Przywykła do Kolorado po pewnym czasie, ale czy nie mówi się, że z czasem człowiek może się przyzwyczaić do wszystkiego? Ona tak sądziła.
— Zaczyna padać — zauważyła. Matt wciąż ją wyprzedzał, ale skrócił trochę dzielący ich dystans. W ciągu ostatnich dwudziestu minut bardzo zwolnił, stawiając jeden mały krok za drugim, aż w końcu go dogoniła i zaczęła prawie skrobać jego stare buty do wędrówek. Zaczynał opadać z sił. Mieli za sobą długi dzień, a zmęczenie w końcu dopadło i jego.
— Chcesz się gdzieś schować i przeczekać? — zapytał.
— Nie trzeba, już prawie jesteśmy na miejscu — odparła. Matt ukucnął pod martwym drzewem leżącym w poprzek ścieżki. Zatrzymał się, czekając aż ona zrobi to samo. Wyciągnął rękę, żeby pomóc jej się wyprostować. — Jak dotrzemy na szczyt, znajdziemy odpowiednie miejsce i przeczekamy, aż przestanie padać.
— Okej.
Miał silną, szczupłą dłoń, długie palce, ostre i kościste knykcie. Swego czasu potrafiła wszędzie rozpoznać ręce swojego męża, ich wygląd i dotyk, nawet zapach skóry. Czy teraz było tak samo? Nie była tego taka pewna, a to bolało.
— Kocham cię — wyznała.
Jego brwi powędrowały w górę.
— Naprawdę?
Pokiwała głową i ścisnęła jego dłoń, zanim ją puściła. Kochała go, choć czasami także nienawidziła. Uśmiechnął się do niej zdawkowo. Nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio uśmiechnął się do niej szczerze. Przez większość czasu ją ignorował, a kiedy tego nie robił, wtedy się kłócili. Tematy kłótni były różne — dotyczyły tego, że włożył puste pudełko po lodach do zlewu, a nie do kosza na śmieci, że nie zwijał przewodu odkurzacza po zakończeniu sprzątania, a jedynie zarzucał go na uchwyt. Zwykle były to drobiazgi, choć nie zawsze. Czasami kłócili się o poważniejsze sprawy, wydarzenia z przeszłości, które wynurzały się na powierzchnię. To trochę tak, jakby użyć nitki dentystycznej i wydłubać kawałek posiłku, który zjadło się tydzień wcześniej. Taki kawałek był szary i cuchnął, a człowiek nie potrafił pojąć, jakim cudem zdołał z nim żyć przez tyle czasu.
Zastanawiała się, czy napięcie między nimi nie wynikało z faktu, że dziewczyny były już dorosłe i dzwoniły do domu praktycznie tylko wtedy, gdy potrzebowały pieniędzy. Obie zostały na uczelniach na ostatnich kilka miesięcy, nie decydując się na powrót do domu, zajęte kursami letnimi, pracą, stażami i chłopakami, zaangażowane we własne życie. Dziewczyny potrzebowały jej przez tak długi czas, a teraz wszystko się skończyło. Kiedyś znała je lepiej niż samą siebie, teraz były dla siebie niemal obce. I dokąd ją to doprowadziło? Przez dwadzieścia lat odgrywała rolę gospodyni domowej, a jej dni wypełnione były przygotowywaniem posiłków, zakupami i sprzątaniem. Teraz miała jedynie mnóstwo pustej przestrzeni i żadnych pomysłów na to, czym ją wypełnić. Oczywiście nadal chadzała na siłownię, czytała książki, a nawet udzielała się jako wolontariuszka w szkole, choć jej dzieci ukończyły ją już przed dwoma laty. Marie starała się opowiedzieć o tym wszystkim Mattowi, przekazać swoje uczucia, jak radził im doradca małżeński. Usiłowała uświadomić mu, jak ciężko jest być niepotrzebną; opowiedzieć o tym, że miała nadzieję, iż kiedy dziewczyny dorosną, poczuje się wolna, jednak wolność okazała się zwyczajną samotnością. Matt też jej już nie potrzebował, wiedziała o tym od dawna. Odstawił ją na bok dla młodszej kobiety — młodszych kobiet — przemykając za jej plecami, a ona udawała, że niczego nie zauważa, choć nie była aż taka głupia. Wiedziała i akceptowała to, odwracała głowę w inną stronę. Odpuszczała. Tak jak kilka lat wcześniej, kiedy grzebała w swojej szufladzie w bielizną i znalazła parę majteczek, które nie należały do niej. Była o tym przekonana. Miały niewłaściwy rozmiar — o wiele za mały — i wykonane były z białego, seksownego jedwabiu, czyli z materiału, jakiego nie kupiłaby nawet za milion lat. Nie należały również do żadnej z córek — obie były zbyt młode na coś tak ekstrawaganckiego. Kiedy jednak zawiesiła je na palcu, pomachała nimi przed nosem Matta i zapytała, czy już je wcześniej widział, była gotowa przysiąc, że dostrzegła w jego oczach przerażenie.
Tak jej się przynajmniej wydawało. Jednak po kilku dniach zaczęła mieć wątpliwości. Wszystko potoczyło się tak szybko, że zastanawiała się nawet, czy sobie tego nie wyobraziła i czy Matt po prostu nie spojrzał na nią w taki dziwaczny sposób.
— One są twoje — odpowiedział wtedy. — Nie pamiętasz? Kupiłaś je w Park Meadows, kiedy przed świętami jedliśmy lunch w Fabryce Serników...
Opowiedział jej, jak robili zakupy dla dziewczyn, jak dwukrotnie musiał zanosić torby do samochodu, określił nawet, co jedli. Uznała po tym, że może faktycznie kupiła te majtki dla siebie i po prostu o nich zapomniała. Oczywiście nie zwykła często o takich rzeczach zapominać, ale dziwniejsze sytuacje mają miejsce w życiu, prawda? Wrzuciła majtki z powrotem do szuflady, uznawszy, że Matt ma rację. Zapomniała, że kupiła ten kawałek jedwabiu, a potem zapomniała, że zapomniała.
Mimo to coś jej nadal w tym wszystkim nie pasowało.
Wiedziała bowiem w głębi duszy, że nigdy, przenigdy nie zapomniałaby o zakupie takiej bielizny. Nigdy nie wybrałaby niewłaściwego rozmiaru, a nawet jeśli, to zaraz by ją zwróciła. Ale to Matt stał się sprzedawcą w ciągu minionych lat i funkcjonował w oparciu o słowa, które sam wypowiadał. Sprzedawał firmy, sprzedawał produkty, sprzedawał amerykański sen i w taki sam sposób sprzedał jej historię o tym, w jaki sposób te majtki skończyły w jej szufladzie.
Być może mówił prawdę.
Być może kłamał.
Nie była pewna, a po chwili uznała, że nie ma sensu się nad tym rozwodzić, bo przecież mogła się pomylić. Poza tym łatwiej było to zaakceptować, bo jaki inny wybór miała? Kiedy jest się kobietą, którą opiekowano się przez dwadzieścia lat, bez wykształcenia, bez doświadczenia zawodowego ani w ogóle życiowego, w taki sposób się to kończy. Godzeniem się z tym, że mąż opowiada głupoty. Można było zostać feministką, gromadzić się na ulicy, trzymać transparenty i maszerować w różowej czapeczce, wykrzykując slogany o równych prawach, ale koniec końców i tak wracało się do domu, żeby wrzucić mięso do piekarnika, pranie do pralki i znów dać się uwięzić jak zdesperowane zwierzę w klatce. Można to określić mianem syndromu sztokholmskiego albo małżeństwa.
— Czy to tam? — zapytał Matt, schodząc ze ścieżki w kierunku skupiska sosen. Starł krople deszczu z powiek i spojrzał w górę zbocza. Jeden z pni porastał zielony mech, gęsty i miękki niczym dywan. W ciągu ostatnich dwóch lat sporo chodziła i powiedziała mu o tej konkretnej ścieżce, którą znalazła przed rokiem i której nie było na żadnych mapach. Wymagała jednak stromej wspinaczki na urwisko, co mogło nie być najlepszym pomysłem, zważywszy na ich zmęczenie. Kiedy o niej usłyszał, zaczął jednak nalegać, by tamtędy poszli. Zobaczymy zachód słońca z samej góry, powiedział. — Tak, chyba jeszcze kawałek tą ścieżką.
Raz prawie upadła, gdy kamienie, chwasty i ziemia pod jej stopami zrobiły się śliskie od deszczu, ale w ostatniej chwili zdołała uchwycić się gałęzi i złapać równowagę. Niedobrze byłoby złapać kontuzję w tym miejscu, tak daleko od cywilizacji, z dala od zatwierdzonych szlaków. Główna ścieżka schodziła pętlą w dół na parking położony jakąś milę w dół wzgórza, ale droga była trudna, a gdyby się zraniła, skazałaby się na długie oczekiwanie na pojawienie się kogokolwiek, nawet gdyby Matt zdołał wezwać pomoc przez telefon. Oddychali ciężko, wbijając czubki butów w ziemię i podciągali się, chwytając gałęzie i krzewy dla równowagi, a deszcz spływał im po głowach i twarzach. Ostatnim razem, kiedy Marie szła w takich warunkach, ze względu na stromiznę została zmuszona do zjazdu na tyłku. Sosnowe igły wbijały się jej w uda, a jakiś kamień zdołał dostać do nogawki i zranić ją w nogę. Tego wieczora w hotelowym pokoju stała na zamkniętej sedesowej klapie i przeglądała w łazienkowym lustrze, śmiejąc się z siniaków, rozcięć i kawałków darni na udach.
— Jesteśmy na miejscu — oznajmił Matt, dysząc ciężko, kiedy w końcu dotarli na szczyt i teren się wyrównał. Nie był już w tak dobrej kondycji. Chodził każdego ranka na siłownię, ale lubił również zjeść wieczorem pucharek lodów i coś wypić. Czterdzieści minut wolnego marszu na bieżni niewiele mu dawało, nieważne, co sądził na ten tenat. Obserwowała kątem oka, jak pochyla się z rękami na kolanach, wciągając łapczywie powietrze. Gdyby się nagle wyprostował, nie chciała, by przyłapał ją na gapieniu się. Byłby zakłopotany i poirytowany jak wtedy, gdy weszła do łazienki i przyłapała go wykręcającego się przed lustrem po każdym możliwym kątem i ściskającego tłuszczyk, który osadził mu się wokół talii. Stała w milczeniu, patrząc, jak muska swoje ciało, niepewny i nieszczęśliwy. Czuła się rozbawiona, ale jednocześnie odczuwała złośliwą satysfakcję. Przez całe życie martwiła się o swój wygląd, ale tak już mają kobiety. Troszczą się o wagę, zmarszczki i stan włosów, podczas gdy facetom wszystko uchodzi na sucho. Choć może nie do końca.
Odwróciła się tyłem do Matta, pozwalając mu złapać oddech. Choć tyle mogła mu zaoferować. Zrobiła kilkanaście kroków do przodu, w kierunku skraju urwiska i rozejrzała się. Kolano wciąż nie dawało jej żyć, a skórę pokrywał pot i deszcz, ale widok okazał się tego wart. W dole rozciągały się całe mile wiecznie zielonej roślinności i gór. Im dalej patrzyła, tym bardziej wszystko spowijała mgła, co powodowało, że człowiek zaczynał wątpić, czy to rzeczywisty widok czy tylko wyobraźnia. Tym właśnie okazała się cała ta wspinaczka — wejściem na szczyt świata. Powietrze było rzadkie i rześkie na tej wysokości, i choć wszystko w oddali wydawało się okryte gazą, z bliższej odległości można było wyraźnie dostrzec wszystkie kształty. Marie uniosła rękę i zbadała skórę naciągniętą na kostkach dłoni. Widziała każdy pieg i plamkę, każdą porę i linię z niezwykłą szczegółowością. Miała wrażenie, że ogląda siebie przez mikroskop z maksymalnym powiększeniem. Może była odurzona — brak tlenu i wody, jednego i drugiego lub obu — albo po prostu jej wzrok odzyskiwał ostrość.
— Odsuń się od krawędzi — zawołał ostro Matt. Spojrzała na niego przez ramię. Czy kazał jej to zrobić dlatego, że się o nią martwił, czy dlatego, że lubił wydawać polecenia? Trudno było stwierdzić. Zawsze bał się wysokości, ale nie znosił też, kiedy była przed nim — zarówno dosłownie, jak i w przenośni. W minionych latach wypełnił w związku z pracą wiele testów osobowościowych. Był pewny siebie, skory do walki i miał cechy przywódcy. Lubił trzymać się o krok czy dwa przed nią zarówno w życiu, jak i na spacerze, podobnie jak postępował z innymi. Zawsze taki był.
— Jestem ostrożna— odparła, odwracając się. Zbliżyła się powoli do skraju urwiska, uważając, by czubki butów nie zetknęły się z kruchą krawędzią. Urwisko było głębokie, dobre czterdzieści metrów otwartej przestrzeni, prosto do płynącej w dole rzeki. Przepaść byłaby najlepszym określeniem dla tej wąskiej półki. Słowo, które brzmiało ostro i niebezpiecznie. W ostatnich latach zaczęła każdego dnia rozwiązywać krzyżówki w gazecie i była w tym całkiem dobra.
Przepaść: rzeczownik.
1. Bardzo strome miejsce lub nawis.
2. Coś, co kogoś dzieli lub różni.
Za jej plecami znajdowały się drzewa, spomiędzy których przyszli, a z przodu dostrzegła skałę, która sterczała jak uniesiony, oskarżający palec. Potem już tylko powietrze. Zamknęła oczy, odchyliła się do tyłu i nabrała powietrza. Wypełniła płuca maksymalną ilością tlenu, aż gotowe były pęknąć, po czym wydęła wargi i zrobiła wydech przez usta.
Na tym urwisku wszystko wydawało się możliwe i osiągalne.
— Tu jest jak w niebie — powiedziała Marie. Matt usłyszał ją, zrobił minę i odwrócił wzrok. Wciąż znajdował się w bezpiecznej odległości przy drzewach. Nie rozumiał oczywiście, o co jej chodziło z tym niebem — Hannah miała sześć lat, kiedy powiedziała to samo, a Matt zawsze był wtedy w pracy, zostawiając ją w domu z dziewczynami. Hannah określiła tym mianem zestaw do zabawy, który zamontowali na tyłach domu. Zawsze wspinała się na sam szczyt wieży i siedziała sama, obserwując sąsiedztwo.
Co ty tam robisz?, zapytała ją kiedyś Marie i wspięła się sama, żeby przekonać się, o co jej chodzi. Miejsca było tak mało, że musiała podciągnąć kolana pod brodę, ale Hannah była całkowicie uszczęśliwiona. Uśmiechnęła się wtedy i zamknęła oczy, odwracając głowę pod wiatr.
Tu jest jak w niebie, mamo. Jak w niebie.
1995
Szesnaście po trzeciej w nocy.
Dotarła do pracy, choć nie pamiętała jak. Miała wrażenie, że w ogóle nie prowadziła samochodu, jakby te dziesięć minut całkowicie wyparowało z jej pamięci. Przypomniała sobie, jak kiedyś upiła się na imprezie i obudziła skulona na jednym ze starych ogrodowych krzeseł stojących na werandzie domu matki — zdezorientowana, zmarznięta i bardziej niż trochę wystraszona, zupełnie niewiedząca, jakim cudem wróciła do domu. Tak właśnie się poczuła. Jakby właśnie przebudziła się z jakiegoś koszmaru.
Nie potrafiła przestać myśleć o Matcie schodzącym po stopniach domu, ze zwisającymi luźno rękami, ani o tym, jak chwycił tę kobietę za tyłek i ścisnął niczym ciasto na chleb. Raz za razem. Dłoń i tyłek. Tyłek i dłoń.
— Wszystko w porządku? — zapytał Jesse, przerzucając plecak przez ramię. Machnęła tylko ręką, informując go, że wszystko gra, że powinien już wracać do domu i iść do łóżka. Na policzku miał odciśnięte linie, uznała więc, że pewnie zasnął na stercie papierów. Zazwyczaj nie pracował tak długo. — Nie wyglądasz najlepiej.
— Jestem po prostu zmęczona, to wszystko.
W istocie była zmęczona, może nawet bardziej niż kiedykolwiek dotąd. Gniew potrafi wysysać z człowieka energię, tak zawsze twierdziła jej matka. Dieta i ćwiczenia to strata czasu, mówiła. To dzięki gniewowi traci się kilogramy, czysta złość powoduje, że ma się szczupłe uda i smukłą talię. Matka wiedziała to z doświadczenia — sama była chuda jak szczapa i niemal całe swoje życie przeszła w stanie ciągłego wkurwienia lub pijackiego odrętwienia. Czasami jednego i drugiego.
— Pani Ruby dzwoniła? — zapytała, odkładając podręcznik, który przyniosła. W normalnych okolicznościach nocna zmiana stanowiła doskonałą okazję do studiowania schematów i zdjęć, ale choć zbliżał się jej pierwszy egzamin w semestrze, za nic nie potrafiła się skupić. Nie tej nocy.
— Tak, przed chwilą. Pytała o ciebie. — Jesse urwał na chwilę. — Na pewno nic ci nie jest?
— Na pewno.
Jesse nie wyglądał na przekonanego. Gdyby był innym typem mężczyzny, zostałby pewnie i wymusił na Janice, żeby się wyspowiadała, ale Jesse nigdy nie radził sobie z rozmowami z kobietami — jakimikolwiek, nawet jeśli pracowały dla niego i wydawał im polecenia — rzucił jej więc tylko przeciągłe spojrzenie i wyszedł.
Usiadła przy biurku, przy którym wcześniej siedział Jesse, i przesunęła palcami po okładce podręcznika do biologii. Widniał na niej rysunek człowieka witruwiańskiego z rozłożonymi szeroko ramionami i nogami. Według Leonarda da Vinci doskonały człowiek miał wzrost równy ośmiu średnicom jego głowy, ale co z pozostałymi, nie tak doskonałymi? Czy nie było innego sposobu na posortowanie mężczyzn niż chodzenie z taśmą mierniczą? Naprawdę brakowało wiarygodnej metody na rozpoznanie złego faceta, który wynajął pomieszczenie w ośrodku rekreacji i obiecał wierność do końca życia, na dobre i na złe?
Dystrybutor z wodą w kącie zabulgotał, aż podskoczyła. Generalnie lubiła tu być o tej porze, kiedy światła były przygaszone, rezydenci leżeli w łóżkach, telewizory nie chodziły, wszystko pachniało, a dywany były świeżo odkurzone, ale tej nocy była niespokojna i zdenerwowana. Jakby czekała, aż coś się wydarzy, choć nie wiedziała co.
Matt i ta kobieta pewnie już skończyli na dziś, pomyślała z przygnębieniem. Wlazł na nią, zrobił swoje, a teraz leżą nadzy w łóżku, patrząc, jak wentylator obraca się leniwie pod sufitem. Na stoliczku nocnym stało zdjęcie Janice i Matta, uśmiechniętych i patrzących prosto w obiektyw. Zastanawiała się, czy je odwracał, kiedy była u niego ta kobieta. Raczej nie. Niewiele rzeczy przeszkadzało Mattowi i wątpiła, by ich zdjęcie robiło na nim jakiekolwiek wrażenie. Może nawet uznał to za zabawne, że jego żona jest tuż obok, kiedy leżał przy swojej kochance. Nie byłaby tym zaskoczona — poczucie humoru Matta zawsze było dziwaczne, w ogóle go nie rozumiała. Po prostu nie łapiesz, powtarzał zawsze, nigdy jednak nie wyjaśniał, czego nie złapała.
I co miała teraz zrobić?
Rutyna, która pozwoli jej oderwać od niego myśli. Wstała i poszła do kuchni. Blaty ze stali nierdzewnej lśniły: żarówki zamontowane na suficie rzucały zimne światło. Wyjęła z lodówki owinięty w folię biały chleb, wrzuciła dwie kromki chleba do tostera, choć otworów było osiem, w końcu jednak dołożyła jeszcze dwie kolejne. Po dwóch minutach chleb wyskoczył, przybrązowiony teraz po obu stronach, a Janice poskrobała każdą z kromek masłem i posypała cukrem cynamonowym.
Tyłek i dłoń, pomyślała. Nie potrafiła przestać. To było jak chóralny śpiew miliona głosów w jej głowie. Tyłek i dłoń! Dłoń i tyłek!
Weszła po schodach i pokonała korytarzem krótką drogę do pokoju numer 217 należącego do pani Ruby, niosąc tacę z tostami i dwoma kubkami mleka. Zapukała delikatnie do drzwi. Miała oczywiście klucz, choć większość rezydentów nie przekręcała zamka. Jej klucz otwierał wszystkie pomieszczenia w budynku na wypadek zagrożenia, mimo to zawsze pukała. Fakt, że ci ludzie mieszkali w domu spokojnej starości, nie zwalniał jej z grzecznego zachowania.
Żadnej odpowiedzi.
— Pani Ruby? — zawołała. Oparła czoło o drzwi i przybliżyła usta do framugi, uważając, by nie zrzucić z tacy talerzy i kubków. — Nie śpi pani? Przyniosłam coś.
Nic.
Janice cofnęła się do schodów. Przyszła później niż zwykle i pani Ruby pewnie już ułożyła się do snu. Lepiej było jej nie budzić o tak późnej porze. Albo tak wczesnej, zależy jak na to spojrzeć.
Sytuacja była jednak nietypowa, ponieważ pani Ruby cierpiała na bezsenność od śmierci męża przed dziesięcioma laty. Opowiadała o tym Janice dziesiątki razy. Zawsze spała w ciągu dnia, kiedy pozostali byli aktywni, a noce przesiadywała z otwartymi oczami. Jak wampir, powiedziała kiedyś z niesmakiem. Oczywiście gdybym była wampirzycą, leżałabym pewnie teraz w łóżku z Tomem Cruise’em. Rozbawiło ją to wtedy tak bardzo, że skończyło się na kaszlu i chwytaniu powietrza.
Po chwili Janice wróciła do drzwi pani Ruby i nacisnęła klamkę. Drzwi nie były zamknięte na klucz, tak jak się spodziewała. Weszła do środka. Był to jeden z mniejszych apartamentów, obejmujący salon i oddzielną sypialnię, wprost zastawiony meblami. Wielkie, przysadziste krzesła i mnóstwo koronkowych serwetek — jak w norce hobbita, uważała zawsze.
— Pani Ruby? — zawołała cicho Janice, zamykając drzwi nogą. — Przyniosłam tosty, chce pani kawałek?
Staruszka była w salonie, siedziała na jednym z foteli przed telewizorem, jak to zwykła czynić w oczekiwaniu na wizytę Janice. Właśnie leciała reklama składanych drabin.
— Tu pani jest — powiedziała Janice. Odstawiła tacę na stoliczek i przysiadła na drugim fotelu. Poduszka jęknęła pod naciskiem. — Pomyślałam, że znów mogła odezwać się zgaga, więc przyniosłam...
Urwała, niezbyt pewna w pierwszej chwili, co się stało, aż w końcu dostrzegła, że głowa pani Ruby jest przechylona pod dziwnym kątem, a oczy są matowe i niewidzące. Zmarła przed telewizorem, czekając na tosty i rozmowę.
Janice pochyliła się do przodu i rozprostowała jedno z siwym pasm włosów pani Ruby, które się splątało. Staruszka była zimna w dotyku, jednak włosy wciąż były takie same. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, czy włosy u osoby żyjącej i zmarłej mogą się czymś różnić.
Śmierć stanowi naturalną część życia, tak powiedział facet, który prowadził z nią rozmowę o pracę. Nie Jesse, a ktoś inny, mężczyzna, którego widziała tylko ten jeden raz. To samo usłyszała na lekcji biologii, w której brała udział. Jeśli żyjesz, to w końcu umrzesz i nie da się tego zmienić.
Przestała dotykać włosów kobiety, wyprostowała się i ujęła jedną z dłoni pani Ruby. Była drobna, szczupła i pokryta plamami. Jej dłoń i palce wciąż pozostawały gładkie jak jedwab, a skóra wydawała się cienka jak papier. Jak kartki Biblii. Gdyby przyjechała do pracy na czas, pani Ruby nie byłaby sama w swoich ostatnich chwilach. Z drugiej strony, gdyby zjawiła się o zwyczajowej porze, nie miałaby przyjemności obserwowania, jak jej mąż ściska tyłek innej kobiety i nie myślałaby teraz o broni schowanej w szufladzie.
2018
— Jesteś gotowa? — spytał Matt. Wciąż czekali, aż deszcz przestanie padać, ukryci pod koroną wielkiego drzewa, żując suszoną wołowinę, przegryzając krakersy z masłem orzechowym i przekazując sobie butelkę z wodą. Przez trzy minuty doświadczyli prawdziwego oberwania chmury, po czym deszcz szybko ustał i ustąpił miejsca błękitowi nieba, które wydawało się wymyte do czysta przez wilgoć.
— Tak — odpowiedziała, przytrzymując otwarty plecak, żeby Matt mógł wrzucić śmieci. Był to stary nawyk z czasów, kiedy dziewczynki były małe, a ona stale po nich zbierała odpadki. Stare nawyki ciężko wykorzenić.
Matt był gotów wrzucić puste opakowania do kieszeni, ale wzruszył ramionami, widząc jej otwarty plecak i cisnął do środka kawałki folii i papieru.
— Zrobimy sobie zdjęcia? — zapytał, wyciągając z kieszeni telefon.
— Jasne. — Marie wstała i otarła dłonie o spodnie. — Gdzie mam stanąć?
Matt zamrugał.
— Może tam? Tyłem do tego widoku?
— Przy krawędzi?
— Tak. — Wzruszył ramionami. — Zrobię fajne zdjęcie.
— Okej.
Wyszła spod drzewa, przystanęła przy samej przepaści i zerknęła w dół. Mnóstwo otwartej przestrzeni, drzew i skał w dole. I oczywiście rzeka — Three Forks, jak ją nazywano — bryzgająca i sycząca u stóp urwiska, szybsza i bardziej niebezpieczna niż te, które dotąd widywała. Trudno było jednak spojrzeć dokładnie poniżej miejsca, w którym stała, gdyż urwisko formowało nawis przypominający blat i cofało się w miarę spadku wysokości, zasłaniając widok. Gdyby opaść na czworaka i wystawić głowę znad krawędzi, można by pewnie coś zobaczyć, ale kto robiłby coś takiego?
— Wszystko gra? — spytał Matt, a ona odwróciła się powoli w jego stronę. Podłoże było nierówne pod jej stopami.
— Jest długa droga na szczyt — powiedziała.
Matt uśmiechnął się ponownie.
— Masz na myśli sam dół? — zapytał, nie zorientowawszy się, że zacytowała fragment tekstu jednego z utworów zespołu AC/DC. Jeśli to nie podsumowywało w jakiś sposób ich małżeństwa, to chyba nie robiło tego nic innego — nie spędzili nigdy razem wspólnie wiele czasu. O ile w ogóle jakiś czas spędzili.
— Tak — przyznała. — Długa droga na sam dół.
— W rzeczy samej.
1995
Jej zmiana miała zakończyć się o ósmej nad ranem, kiedy słońce było już na niebie, a rezydenci wybierali się na śniadanie i pierwsze dawki leków i witamin, jednak ona zwinęła się zaraz po przyjściu następnej dziewczyny, usprawiedliwiając się bolącym żołądkiem. Nie wspomniała ani słowa o pani Ruby — gdyby to zrobiła, nie dałaby rady wyjść stamtąd rankiem. Dokumentacja, którą musieli wypełniać po śmierci rezydenta była grubaśna jak książka telefoniczna, a to przywiązałoby ją do krzesła na długie godziny. Zostawiła więc panią Ruby w jej fotelu, z głową zwisającą pod niewygodnym kątem. Nie, żeby pani Ruby odczuwała jeszcze jakikolwiek dyskomfort. Te dni miała już za sobą. Koniec długich wieczorów przed telewizorem, koniec tostów i herbaty. W pewnym sensie Janice jej zazdrościła.
Kiedy znalazła się na ich ulicy, dochodziła dopiero czwarta, a wszystko wokół było jeszcze ciemne i ciche z wyjątkiem jej domu, w którym światła świeciły się w niemal każdym oknie pomimo spuszczonych żaluzji. Zaparkowała na najdalszym końcu, w pobliżu skrzyżowania, i pokonała resztę drogi na piechotę, nie chciała bowiem, aby ktokolwiek wiedział o jej obecności. Ktokolwiek? Nie, miała na myśli konkretną osobę, a był nią jej mąż. Chciała, by pomyślał, że wciąż siedzi w pracy, że wszystko toczy się starym rytmem, że nie ma się czego obawiać.
Ale czy Matt naprawdę miał się czego obawiać? To było właściwe pytanie. Och, nie potrafiła przestać myśleć o tym rewolwerze, o dłoni męża na tyłku kochanki, jednak myślenie o tym nie oznaczało, że cokolwiek się wydarzy. Nie chciała zranić Matta, ale z całą pewnością pragnęła nastraszyć jego i tę małą sukę, którą wpuścił do domu. A potem wyjdzie i złoży pozew o rozwód. Zacznie od nowa.
Ale pewnie łatwiej było jej planować niż działać.
Janice minęła słodkie czerwone autko i weszła po stopniach prowadzących do domu. Zatrzymała się dopiero wtedy, gdy położyła dłoń na wytartej, mosiężnej klamce. Mogła zawrócić, zejść po stopniach, wrócić do samochodu i odjechać. Nieważne dokąd, byle z dala od tego miejsca. Może na zachód, do domu mamy? Miała w portmonetce trochę pieniędzy, pełny zbiornik paliwa i kartę kredytową na nieprzewidziane okoliczności — dałaby radę. Mogłaby przejechać pół kraju, zanim Matt w ogóle by się zorientował, i byłoby po wszystkim. Zostawiłaby cały ten koszmar za sobą, część swojej przeszłości. Mogłaby przypomnieć sobie tę chwilę za dwadzieścia lat i skwitować ją śmiechem. Cóż, może nie śmiechem, myśl o zdradzającym mężu nie jest raczej zbyt zabawna, ale może po prostu już by o tym nie pamiętała.
I Janice zniknęłaby, zawróciła i odeszła — faktycznie zdjęła dłoń z klamki i zaczęła się odwracać na piętach — gdyby nie jeden szczegół. Chichot. Okno nieopodal drzwi było otwarte, jak to zwykle bywało podczas takich spokojnych nocy, dlatego odgłos ten dobiegł jej uszu — wysoki, wibrujący odgłos kobiecej radości. I wtedy po krótkiej chwili zawtórował mu niski, gardłowy śmiech Matta.
To ich śmiech sprawił, że podjęła decyzję, że ponownie położyła dłoń na klamce i nacisnęła ją, że podniosła stopę i weszła do domu.
2018
— Proszę, przestań! Nie!
Krzyk kobiety odbił się echem od powierzchni skał, a spłoszone ptaki zerwały się do lotu z gałęzi drzew.
1995
Rozległ się pojedynczy wystrzał. Kilka osób przebudziło się, ale szybko zapadło ponownie w przerwany sen. Wszyscy sądzili, że im się to przyśniło.
2018
Na parkingu położonym przy szlaku zebrało się pięć czy sześć osób, rozprawiając na temat wieczornych planów i nadchodzącego zmierzchu. Większość zamierzała wrócić do centrum Estes Park, choć na przedmieściach można było znaleźć dobre miejsca, takie jak włoska knajpka czy lokal serwujący barbecue, w którym podawano doskonały stek...
— Pomocy! — zawołał jakiś mężczyzna i wszyscy jak jeden mąż odwrócili głowy w tamtą stronę. Obcy schodził ze szlaku, ślizgając się na sypkim żwirze, i trzymał coś w dłoni. Niewielki świecący prostokąt. Telefon komórkowy. Coś poruszyło się wśród drzew za jego plecami, zerwało do biegu i zniknęło w oddali. Zając lub mały jelonek.
— Moja żona, ona spadła — jęknął mężczyzna. Pocił się i chwytał łapczywie powietrze, jakby wyczerpała go droga w dół szlaku. — Moja żona. Ona chyba nie żyje.
1995
Można by pomyśleć, że po dziesięciu latach człowiek przyzwyczaja się do wstawania o szóstej nad ranem, żeby wyprowadzić psa, ale Frank Jessup był w tym przypadku przykładem dokładnie odwrotnym. Przez ostatnią dekadę robił to samo każdego cholernego dnia, a pies nie należał nawet do niego. Pralinka stanowiła własność jego żony, ale to on musiał zabierać na spacer tę małą kretynkę, kiedy zaczynała jazgotać o świcie, a Sandra jeszcze spała. To samo wydarzyło się tego poranka. O piątej pięćdziesiąt siedem Pralinka zaczęła podskakiwać na swoich tłustych, krótkich łapkach, drapiąc w drzwi zdecydowanie zbyt rzadko przycinanymi pazurami i wytrzeszczając w idiotyczny sposób oczy.
Frank wstał zatem z łóżka, poszedł do łazienki, zrobił siku, krzywiąc się w reakcji na piekący ból, który odzywał się w genitaliach od kilku lat, po czym wsunął stopy w buty. Pralinka ujadała przez cały ten czas, ale Sandra spała twardo. Czasami mógłby przysiąc, że jego żona udaje tylko po to, żeby nie musieć łazić po okolicy z plastikową torebką na wypadek, gdyby psu zachciało się wysrać. Czasami tak się działo, co Frank odbierał prawie jak karę, zmuszony do wygrzebywania z trawy ciepłych odchodów.
Oczywiście tego ranka Pralinka zdecydowała się walnąć kupę na samym skraju trawnika Vandercampów. Suka ustawiła się frontem do niego i zaczęła w trakcie defekacji wpatrywać się we Franka, jakby radziła sobie z tym problemem jedynie dzięki zachowaniu kontaktu wzrokowego. Frank zastanawiał się za każdym razem, jakim cudem tak mały pies może wywalić tyle ładunku, nie eksplodując. Wszystko toczyło się utartym torem, kiedy nagle Pralinka się wyprostowała i zaczęła szczekać.
— Zamknij się, do cholery — syknął Frank, szarpiąc za smycz. — Ludzie śpią, debilko jedna!
Ale Pralinka szczekała dalej, nakręcając się wyraźnie i zmierzając ku jakiemuś obłędowi, jak czynią to zazwyczaj małe psy z mózgami wielkości groszku, aż w końcu Frank skapitulował i zaczął się rozglądać w poszukiwaniu przyczyny tego zachowania. Jedynymi ludźmi, którzy nie spali o tej porze, byli śmieciarze i jedna babka, która jeździła swoim kombi i rzucała gazetami ze środka, ale Pralinka ich ignorowała. Wtedy dostrzegł na ulicy mężczyznę, który szedł w jego kierunku. Nie, nie szedł. Zataczał się i potykał, jakby był pijany. Albo ranny.
— Moja żona — powiedział Matt Evans, kiedy podszedł bliżej i znalazł się w kręgu żółtego światła rzucanego przez uliczną latarnię. Prawie upadł, kiedy jego stopa zahaczyła o krawężnik, ale w ostatniej chwili odzyskał równowagę. Wyciągnął zakrwawioną dłoń w stronę Franka, który cofnął się odruchowo. Frank rozpoznał mężczyznę — młody facet, mieszkający dwie przecznice dalej ze swoją kobietą. Sprawiali wrażenie przyzwoitej pary, bliskiej sobie.
— Moja żona. Ona chyba nie żyje.
Pralinka nie przestawała ujadać.
2018
— Widział pan, jak spada? — zapytał strażnik leśny.
— Nie.
— To co pan wtedy robił?
— Ja... akurat poszedłem za potrzebą, okej? Cofnąłem się między drzewa i stamtąd jej nie widziałem.
— Co ona robiła tak blisko krawędzi?
— Nie wiem. Zrobiłem jej zdjęcie i poszedłem się wysikać. Potem usłyszałem krzyk.
— A kiedy spadła, spojrzał pan w dół?
— Tak. Podczołgałem się i wystawiłem głowę.
— Podczołgał się pan?
— Mam lęk wysokości — odparł Matt i zamknął oczy. — Ale nie widziałem jej nigdzie. Było za ciemno, a tam jest jeszcze woda...
— Tak, pod urwiskiem płynie rzeka Three Forks — przyznał strażnik. — Poziom wody bardzo się teraz podniósł, więc całkiem możliwe, że porwał ją prąd.
— Dokąd mógł ją porwać?
— Rzeka jest rwąca, więc gdyby przeżyła upadek, popłynęłaby na południe.
Strażnik odsunął do tyłu kapelusz i otarł czoło. Było już zupełnie ciemno, choć nadal ciepło, a on pocił się od samego stania na parkingu.
— Nie ma sensu sprawdzać rzeki po zachodzie słońca. Zejście w dół w ciemnościach jest niebezpieczne, a i tak niczego by człowiek nie wypatrzył w wodzie. Ratownicy ryzykowaliby tylko zdrowiem lub zagubieniem się. Nie warto.
— A jeśli Marie wyszła z wody i dotarła na brzeg...
Strażnik westchnął. Pracował w Parku Narodowym od piętnastu lat, widział już mnóstwo mieszczuchów, którzy przyjeżdżali, żeby spędzić czas na odludziu, wybrać się na wycieczkę, porobić zdjęcia, ale nigdy nie przestawała go zaskakiwać ich głupota. Słyszał już wszystko: kobietę, która zasugerowała, by bardziej strome szlaki wyposażyć w ruchome schody, żeby ludzie mogli cieszyć się widokami bez trudnej wspinaczki na szczyt; a pewnego dnia został zapytany, co robią z tymi wszystkimi zwierzętami zimą. Obecna sytuacja była równie głupia, choć także smutna.
— Będę z panem zupełnie szczery, panie Evans — powiedział. — Znam dobrze urwisko, z którego spadła pańska żona. Nie ma mowy, żeby przeżyła taki upadek. Nie z tej wysokości i nie przy tak wezbranej rzece. Z samego rana rozpoczniemy poszukiwania jej ciała.
1995
— To Janice Evans? — zapytał detektyw, spoglądając na rozpięty worek na zwłoki u swoich stóp. ABRAHAM REID, tak brzmiało nazwisko na odznace, którą mignął ekipie przebijającej się przez mokre, tlące się jeszcze zgliszcza domu. Dwie z czterech ścian całkiem zniknęły, a zejście prowadzące od frontowych drzwi zupełnie się zwęgliło, jednak służby szybkiego reagowania zdołały zatrzymać ogień, zanim zdążył się rozprzestrzenić na sąsiednie posesje. Zespół wciąż nosił żółte, gumowe kombinezony i buty, ale Reid miał na sobie elegancki, szary garnitur, który zwisał na jego szczupłym ciele. Starszy mężczyzna nie wydawał się niepokoić popiołem, który zniszczy mu ubranie, więc nikt mu o tym nie wspomniał.
— Na to wygląda — przyznał jeden z mężczyzn. — Choć całkowitej pewności mieć nie można.
— Była w łóżku — dodał drugi. Ściągnął gumowe rękawice i otarł czoło grzbietem dłoni, zostawiając na skórze pozbawiony sadzy ślad. — Czaszka pęknięta w kilku miejscach, wszystkie zęby wybite. Ktokolwiek to zrobił, postarał się z całych sił, żeby dostała poważny łomot. Potem oblał ją i materac benzyną i podpalił. Wszystko spaliło się jak suchy papier.
Reid wyciągnął z kieszeni długopis, przykucnął przy kościach, które ratownicy wydobyli z rumowiska i pogrzebał w nich ostrożnie drugim końcem.
— Mamy tu przynajmniej jeden ząb — zauważył i wyprostował się z bolesnym stęknięciem. — Koroner będzie go potrzebował do identyfikacji.
— Jeszcze raz przeszukamy pogorzelisko, może uda się coś jeszcze znaleźć.
Reid mruknął i wyciągnął coś z kieszeni. Cukierek, pomyślał w pierwszej chwili strażak. Miętówka w papierku. Reid pociągnął delikatnie za oba skręcone końce, tak samo jak robi się to w przypadku chińskiej pułapki na palce, po czym uwolnił cukierek. Detektyw podrzucił go w powietrze z zaskakującą szybkością, zacisnął na nim sękatą dłoń i ulokował w ustach.
— Niezła sztuczka — przyznał jeden ze strażaków.
— Znają je stare psy, takie jak ja — odparł Reid, uśmiechając się zdawkowo. Nie był to cukierek, ale drops przeciwko kaszlowi. Mentol uwolnił się w jego ustach gęstym oparem. — Nasączona benzyną, tak?
Wszyscy popatrzyli w dół w reakcji na te słowa. W worku znajdowała się zaledwie kupka poczerniałych, twardych kości, które przypominały bardziej pozostałości po ognisku niż istotę ludzką. O tym, że mimo wszystko mają do czynienia z człowiekiem, mówiła głównie czaszka — wciąż można było dostrzec wdzięczną krzywiznę głowy i ostry kontur żuchwy. Reid popatrzył w kierunku ulicy, na której zgromadził się niewielki tłum sąsiadów i policja.
— Dajcie mi znać, jak znajdziecie cokolwiek interesującego — powiedział.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
2 „Mama, just killed a man” — fragment utworu Bohemian Rhapsody grupy Queen.