Doskonała próżnia - Stanisław Lem - ebook + książka

Doskonała próżnia ebook

Stanisław Lem

4,0

Opis

“Doskonała próżnia” jest formą wyrafinowanej zabawy z czytelnikiem, innymi książkami, konwencjami i teorią literatury. Streszczenia i analizy fikcyjnych utworów pisarskich wykraczają poza samą parodię modnych kierunków artystycznych. Uzupełniają je teksty, będące apokryficzną wersją nauki, takie jak fascynująca koncepcja Kosmosu jako Gry, przedstawiona w “Nowej Kosmogonii”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 298

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (6 ocen)
2
3
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Sta­ni­sław Lem

„Do­sko­na­ła próż­nia”

© Co­py­ri­ght by To­masz Lem, 2016

pro­jekt okład­ki: Anna Ma­ria Su­cho­dol­ska

© Co­py­ri­ght for this edi­tion: Pro Auc­to­re Woj­ciech Ze­mek

www.cy­frant.pl

ISBN 978-83-63471-09-5

Kra­ków

2019

wy­da­nie dru­gie po­pra­wio­ne

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Stanisław Lem

DOSKONAŁA PRÓŻNIA(frag­ment)

Spis treści

St.Lem „Do­sko­na­ła próż­nia”

Mar­cel Co­scat „Les Ro­bin­so­na­des”

Pa­trick Han­na­han „Gi­ga­mesh”

Si­mon Mer­ril „Se­xplo­sion”

Al­fred Zel­ler­mann „Grup­pen­füh­rer Lo­uis XVI”

So­lan­ge Mar­riot „Rien du tout, ou la con­séqu­en­ce”

Jo­achim Fer­sen­geld „Pe­ry­ca­lyp­sis”

Gian Car­lo Spal­lan­za­ni „Idio­ta”

„Do Your­self a Book”

Kuno Mla­tje „Odys z Ita­ki”

Ray­mond Seu­rat „Toi”

Ali­star Way­new­ri­ght „Be­ing Inc.”

Wil­helm Klop­per „Die Kul­tur als Feh­ler”

Ce­zar Ko­uska „De im­pos­si­bi­li­ta­te vi­tae”

Ar­thur Dobb „Non se­rviam”

Al­fred Te­sta „Nowa Ko­smo­go­nia”

Al­fred Te­sta

„Nowa Ko­smo­go­nia”
(Tekst prze­mó­wie­nia wy­gło­szo­ne­go przez pro­fe­so­ra Al­fre­da Te­stę pod­czas uro­czy­sto­ści wrę­cze­nia mu Na­gro­dy No­bla, wy­ję­ty z tomu pa­miąt­ko­we­go „From Ein­ste­inian to the Te­stan Uni­ver­se”, pu­bli­ku­je­my za zgo­dą wy­daw­cy J. Wi­ley & Sons)

Wa­sza Kró­lew­ska Mość, Pa­nie i Pa­no­wie. Pra­gnę sko­rzy­stać ze szcze­gól­nych wła­sno­ści miej­sca, z któ­re­go prze­ma­wiam, aby opo­wie­dzieć wam o oko­licz­no­ściach, ja­kie do­pro­wa­dzi­ły do po­wsta­nia no­we­go ob­ra­zu Wszech­świa­ta i tym sa­mym wy­zna­czy­ły ko­smicz­ne po­ło­że­nie ludz­ko­ści w spo­sób ra­dy­kal­nie od­mien­ny od hi­sto­rycz­ne­go. Pod­nio­sło­ścią tych słów zwra­cam się nie do wła­snej pra­cy, lecz do pa­mię­ci nie­ży­ją­ce­go już czło­wie­ka, któ­re­mu za­wdzię­cza­my tę no­wi­nę. Będę mó­wił o nim, po­nie­waż za­szło to, cze­go naj­bar­dziej nie chcia­łem: pra­ca moja prze­sło­ni­ła – w opi­nii współ­cze­snych – dzie­ło Ary­sty­de­sa Ache­ro­po­ulo­sa i to tak, że hi­sto­ryk na­uki, pro­fe­sor Ber­nard Wey­den­thal, więc spe­cja­li­sta, zda­wa­ło­by się, kom­pe­tent­ny, na­pi­sał nie­daw­no w swej książ­ce „Die Welt als Spiel und Ver­schwörung”, że głów­na pu­bli­ka­cja Ache­ro­po­ulo­sa, „The New Co­smo­go­ny”, nie była wca­le hi­po­te­zą na­uko­wą, lecz fan­ta­zją na poły li­te­rac­ką, w któ­rej praw­dzi­wość nie wie­rzył sam au­tor. Po­dob­nie pro­fe­sor Har­lan Sty­ming­ton w „The New Uni­ver­se of the Ga­mes The­ory” wy­ra­ził się, że pod nie­obec­ność prac Al­fre­da Te­sty myśl Ache­ro­po­ulo­sa po­zo­sta­ła­by je­dy­nie luź­nym po­my­słem fi­lo­zo­ficz­nym, w ro­dza­ju, na przy­kład, Le­ib­ni­zow­skie­go świa­ta har­mo­nii przed­ustaw­nej, któ­re­go to ob­ra­zu ni­g­dy wszak na­uki ści­słe po­waż­nie nie trak­to­wa­ły.

Tak więc po­dług jed­nych wzią­łem na se­rio to, cze­go po­waż­nie nie brał sam twór­ca idei; po­dług in­nych wy­pro­wa­dzi­łem na czy­ste wody przy­ro­do­znaw­stwa myśl, za­plą­ta­ną w spe­ku­la­tyw­ność fi­lo­zo­fo­wa­nia po­za­nau­ko­we­go. Tak błęd­ne osą­dy wy­ma­ga­ją zło­że­nia wy­ja­śnień, ja­kich po­tra­fię udzie­lić. Praw­dą jest, że Ache­ro­po­ulos był fi­lo­zo­fem przy­ro­dy, a nie fi­zy­kiem czy ko­smo­go­ni­stą, i że wy­ło­żył swo­je idee bez­ma­te­ma­tycz­nie. Praw­dą jest też, że po­mię­dzy in­tu­icyj­nym ob­ra­zem jego ko­smo­go­nii a moją sfor­ma­li­zo­wa­ną teo­rią za­cho­dzi nie­ma­ło róż­nic. Lecz praw­dą jest przede wszyst­kim to, że Ache­ro­po­ulos mógł się wy­bor­nie obyć bez Te­sty, na­to­miast Te­sta wszyst­ko za­wdzię­cza Ache­ro­po­ulo­so­wi. Ta róż­ni­ca nie jest ba­ga­tel­na. Aby ją wy­ło­żyć, mu­szę pro­sić was o nie­co cier­pli­wo­ści i uwa­gi.

Kie­dy garst­ka astro­no­mów za­ję­ła się w po­ło­wie XX wie­ku roz­trzą­sa­niem pro­ble­mu tak zwa­nych cy­wi­li­za­cji ko­smicz­nych, przed­się­wzię­cie ich było czymś zu­peł­nie mar­gi­nal­nym dla astro­no­mii. Uczo­ny ogół trak­to­wał je jako hob­by kil­ku­dzie­się­ciu ory­gi­na­łów, któ­rych nie brak ni­g­dzie, a więc i w na­uce. Ogół ten nie sprze­ci­wiał się ak­tyw­nie po­szu­ki­wa­niom sy­gna­łów po­cho­dzą­cych od owych cy­wi­li­za­cji, za­ra­zem jed­nak nie do­pusz­czał moż­li­wo­ści, aby ist­nie­nie tych cy­wi­li­za­cji mo­gło wpły­wać na ob­ser­wo­wa­ny przez nas Ko­smos. Je­śli więc ten czy ów astro­fi­zyk wa­żył się oświad­czyć, że wid­mo emi­sji pul­sa­rów lub ener­ge­ty­ka kwa­za­ro­wa bądź pew­ne zja­wi­ska ją­der ga­lak­tycz­nych wią­żą się z roz­myśl­ną dzia­łal­no­ścią miesz­kań­ców Uni­wer­sum, to ża­den z po­waż­nych au­to­ry­te­tów nie uzna­wał ta­kie­go oświad­cze­nia za na­uko­wą hi­po­te­zę god­ną su­mien­ne­go ba­da­nia. Astro­fi­zy­ka i ko­smo­lo­gia po­zo­sta­wa­ły głu­che na tę pro­ble­ma­ty­kę: w jesz­cze wyż­szym stop­niu do­ty­czy­ła taka obo­jęt­ność fi­zy­ki teo­re­tycz­nej. Na­uki trzy­ma­ły się tedy ta­kie­go mniej wię­cej sche­ma­tu: je­śli chce­my po­znać me­cha­nizm ze­ga­ra, to, czy na jego try­bach i wa­gach znaj­du­ją się bak­te­rie, nie ma naj­mniej­sze­go zna­cze­nia ani dla bu­do­wy, ani dla ki­ne­ma­ty­ki ze­ga­ro­we­go we­rku. Bak­te­rie na pew­no nie mogą wpły­nąć na chód ze­ga­ra! Tak wła­śnie uzna­wa­no wów­czas – że isto­ty ro­zum­ne nie mogą wtrą­cić się w chód ko­smicz­ne­go we­rku, to­też werk ów na­le­ży ba­dać, cał­ko­wi­cie igno­ru­jąc ich ewen­tu­al­ną w nim obec­ność.

Je­śli na­wet któ­ryś z lu­mi­na­rzy fi­zy­ki ów­cze­snej przy­stał­by na per­spek­ty­wę wiel­kie­go prze­wro­tu w ko­smo­lo­gii i fi­zy­ce, prze­wro­tu po­wią­za­ne­go z ist­nie­niem w Ko­smo­sie istot ro­zum­nych, to je­dy­nie pod ta­kim wa­run­kiem: o ile od­kry­te zo­sta­ną cy­wi­li­za­cje ko­smicz­ne, o ile od­bie­rze się ich sy­gna­ły, i tym spo­so­bem po­zy­ska się cał­kiem nowe wia­do­mo­ści o pra­wach Na­tu­ry, to, w sa­mej rze­czy, taką dro­gą – lecz tyl­ko taką! – może dojść do po­waż­nych prze­kształ­ceń w ło­nie na­uki ziem­skiej. To wszak­że, żeby re­wo­lu­cja astro­fi­zycz­na mo­gła na­stą­pić pod nie­obec­ność po­dob­nych kon­tak­tów – wię­cej! – żeby  b r a k  ta­kich kon­tak­tów, zu­peł­na nie­obec­ność sy­gna­łów i ob­ja­wów tak zwa­nej „astro­in­ży­nie­rii” – mia­ły za­po­cząt­ko­wać naj­więk­szą re­wo­lu­cję w fi­zy­ce i ra­dy­kal­nie zmie­nić na­sze po­glą­dy na Ko­smos – to na pew­no nie po­sta­ło w gło­wie żad­ne­mu z ów­cze­snych au­to­ry­te­tów.

A prze­cież za ży­cia nie­jed­ne­go z tych wy­bit­nych uczo­nych ogło­sił Ary­sty­des Ache­ro­po­ulos swo­ją „Nową Ko­smo­go­nię”. Książ­ka jego wpa­dła mi w ręce, kie­dy by­łem dok­to­ran­tem ma­te­ma­tycz­ne­go wy­dzia­łu na uni­wer­sy­te­cie szwaj­car­skim, w tym sa­mym mie­ście, w któ­rym Al­bert Ein­ste­in nie­gdyś pra­co­wał jako urzęd­nik biu­ra pa­ten­to­we­go, zaj­mu­jąc się, w wol­nych chwi­lach, two­rze­niem pod­staw teo­rii względ­no­ści. Mo­głem prze­czy­tać tę ksią­żecz­kę, po­nie­waż była wy­da­na w tłu­ma­cze­niu an­giel­skim, nad­zwy­czaj pod­łym, do­dam, a po­nad­to była to po­zy­cja opu­bli­ko­wa­na w se­rii Scien­ce Fic­tion przez wy­daw­cę, któ­ry ogła­szał wy­łącz­nie taką be­le­try­sty­kę. Ory­gi­nal­ny tekst uległ przy tym skró­ce­niu pra­wie o po­ło­wę – jak się do­wie­dzia­łem znacz­nie póź­niej. Za­pew­ne oko­licz­no­ści tego wy­da­nia (na któ­re Ache­ro­po­ulos nie miał wpły­wu) ukształ­to­wa­ły osąd, ja­ko­by pi­sząc „Nową Ko­smo­go­nię”, sam nie brał po­waż­nie za­war­tych w niej tez.

Oba­wiam się, że obec­nie, w cza­sach po­śpie­chu i jed­no­dnio­wej mody, nikt poza hi­sto­ry­kiem na­uki i bi­blio­gra­fem nie bie­rze do ręki „No­wej Ko­smo­go­nii”. Czło­wiek oświe­co­ny zna ty­tuł dzie­ła i sły­szał o au­to­rze: to wszyst­ko. Tym sa­mym czło­wiek taki sam sie­bie ob­ra­bo­wu­je z nie­zwy­kłe­go prze­ży­cia. Nie tyl­ko treść „No­wej Ko­smo­go­nii” po­zo­sta­ła mi żywo w pa­mię­ci, ja­kem ją czy­tał dwa­dzie­ścia je­den lat temu, lecz wszyst­kie do­zna­nia, co to­wa­rzy­szy­ły lek­tu­rze. Było to do­świad­cze­nie szcze­gól­ne. Od chwi­li, kie­dy chwy­ta się po raz pierw­szy roz­miar au­tor­skie­go kon­cep­tu, kie­dy w umy­śle czy­tel­ni­ka za­ry­so­wu­je się na do­bre idea pa­limp­se­sto­we­go Ko­smo­su-Gry, z jego nie­wi­dzial­ny­mi, trwa­le ob­cy­mi so­bie Gra­cza­mi, nie opusz­cza już czy­ta­ją­ce­go wra­że­nie, że ob­cu­je z czymś re­we­la­cyj­nie, wstrzą­sa­ją­co no­wym – a jed­no­cze­śnie, że to jest pla­gia­to­wa po­wtór­ka, w prze­kła­dzie na ję­zyk przy­rod­ni­czych nauk, naj­star­szych mi­tów, sta­no­wią­cych nie­prze­ni­kli­we dno ludz­kiej hi­sto­rii. To przy­kre, a na­wet udrę­cza­ją­ce wra­że­nie po­cho­dzi, jak są­dzę, stąd, że wszel­ką syn­te­zę fi­zy­ki i woli mamy za nie­do­pusz­czal­ną, po­wie­dział­bym – spro­śną dla ra­cjo­nal­ne­go ro­zu­mu. Pro­jek­cją woli są bo­wiem wszyst­kie pra­sta­re mity ko­smo­go­nicz­ne, ob­ja­wia­ją­ce z na­masz­czo­ną po­wa­gą i w to­na­cji tej pro­sto­dusz­nej na­iw­no­ści, któ­ra jest utra­co­nym ra­jem czło­wie­czeń­stwa, jak Byt po­wsta­wał z wal­ki de­miur­gicz­nych pier­wiast­ków, ob­le­ka­nych po­da­nia­mi w róż­ne cia­ła i kształ­ty, jak świat ro­dził się z mi­ło­sno-nie­na­wist­ne­go uści­sku bo­gów-zwie­rząt, bo­gów-du­chów czy nad­lu­dzi, i po­dej­rze­nie, że to wła­śnie star­cie, bę­dą­ce naj­czyst­szym rzu­to­wa­niem an­tro­po­mor­fi­zmu w ob­szar ko­smicz­nej za­gad­ki, że spro­wa­dze­nie Fi­zy­ki do Żądz było pra­wzo­rem, ja­kim się po­słu­żył au­tor – to po­dej­rze­nie już nie daje się uni­ce­stwić.

Tak wi­dzia­na Nowa Ko­smo­go­nia oka­zu­je się nie­wy­mow­nie Sta­rą Ko­smo­go­nią, a pró­ba wy­ło­że­nia jej w ję­zy­ku em­pi­rii przed­sta­wia się ni­czym ka­zi­rodz­two, re­zul­tat try­wial­nej nie­umie­jęt­no­ści trzy­ma­nia osob­no po­jęć i ka­te­go­rii, któ­re  n i e  m a j ą  p r a w a  po­łą­cze­nia się w jed­no­li­tym związ­ku. Książ­ka ta do­tar­ła pod­ów­czas do nie­wie­lu wy­bit­nych my­śli­cie­li i wiem te­raz, bo sły­sza­łem to od nie­jed­ne­go, że była tak wła­śnie czy­ta­na: z roz­draż­nie­niem, iry­ta­cją, ze wzgar­dli­wym wzru­sze­niem ra­mion, przez co nikt jej chy­ba nie do­czy­tał do koń­ca. Nie na­le­ży zbyt­nio się obu­rzać na taką aprio­rycz­ność, na taki bez­wład uprze­dzeń, gdyż, do­praw­dy, rzecz pa­trzy chwi­la­mi na du­bel­to­we głup­stwo: za­ma­sko­wa­nych bo­gów, prze­bra­nych za isto­ty ma­te­rial­ne, pre­zen­tu­je nam su­chym ję­zy­kiem rze­czo­wych twier­dzeń, a za­ra­zem pra­wa Na­tu­ry zwie skut­ka­mi ich kon­flik­tu. W efek­cie zo­sta­je­my ob­ra­bo­wa­ni ze wszyst­kie­go na­raz: tak z wia­ry, poj­mo­wa­nej jako szczy­tu­ją­ca w do­sko­na­ło­ści Trans­cen­den­cja, jak z Na­uki, w jej rze­tel­nej, la­ic­kiej i obiek­tyw­nej po­wa­dze. Osta­tecz­nie nie po­zo­sta­je nam nic – wszyst­kie po­ję­cia wyj­ścio­we oka­zu­ją kom­plet­ną nie­przy­dat­ność po obu stro­nach; ma się uczu­cie, że zo­sta­ło się po­trak­to­wa­nym po bar­ba­rzyń­sku, okra­dzio­nym w ra­mach wta­jem­ni­cze­nia, któ­re nie jest ani re­li­gij­ne, ani na­uko­we.

Spu­sto­sze­nia, ja­kie­go ta książ­ka na­ro­bi­ła w moim umy­śle, nie po­tra­fię opi­sać. Za­pew­ne – obo­wiąz­kiem uczo­ne­go jest być nie­wier­nym To­ma­szem w na­uce; wol­no kwe­stio­no­wać każ­de jej twier­dze­nie – lecz nie moż­na prze­cież po­da­wać w wąt­pli­wość wszyst­kich na­raz! Ache­ro­po­ulos uchy­lał się roz­po­zna­niu swej wiel­ko­ści bez roz­my­słu wła­sne­go, za­pew­ne, lecz na­der sku­tecz­nie! Był to, ni­ko­mu nie­zna­ny, syn ma­łe­go na­ro­du; nie re­pre­zen­to­wał rze­tel­nej fa­cho­wo­ści ani na te­re­nie fi­zy­ki, ani na te­re­nie ko­smo­lo­gii; i wresz­cie – a to już prze­peł­nia­ło cza­rę – nie miał żad­nych po­przed­ni­ków – rzecz nie­by­wa­ła w dzie­jach: każ­dy bo­wiem my­śli­ciel, każ­dy re­wo­lu­cjo­ni­sta du­cha po­sia­da ja­kichś na­uczy­cie­li, któ­rych prze­kra­cza – lecz za­ra­zem, do któ­rych się od­wo­łu­je. Lecz ten Grek przy­szedł sam: o sa­mot­no­ści, co mu­sia­ła być udzia­łem ta­kie­go pre­kur­sor­stwa, świad­czy całe jego ży­cie.

Nie zna­łem go ni­g­dy i nie­wie­le wiem o nim; spo­sób, w jaki za­rob­ko­wał na chleb, był mu za­wsze obo­jęt­ny; pierw­szą wer­sję „No­wej Ko­smo­go­nii” na­pi­sał, ma­jąc trzy­dzie­ści trzy lata, już jako dok­tor fi­lo­zo­fii, lecz nie mógł jej ni­g­dzie opu­bli­ko­wać; klę­skę swo­jej idei, klę­skę przy­ży­cio­wą, zniósł po sto­ic­ku; pró­by ogło­sze­nia „No­wej Ko­smo­go­nii” bar­dzo szyb­ko po­rzu­cił, zro­zu­miaw­szy ich da­rem­ność. Był ko­lej­no odźwier­nym tego sa­me­go uni­wer­sy­te­tu, na któ­rym zy­skał sto­pień dok­to­ra fi­lo­zo­fii dzię­ki zna­ko­mi­tej pra­cy o ko­smo­go­nii po­rów­naw­czej sta­ro­żyt­nych lu­dów; stu­dio­wał za­ocz­nie ma­te­ma­ty­kę i za­ra­zem pra­co­wał jako po­moc­nik pie­ka­rza, po­tem jako wo­zi­wo­da; nikt z tych, z któ­ry­mi się sty­kał, nie usły­szał odeń jed­ne­go sło­wa o „No­wej Ko­smo­go­nii”. Był skry­ty i po­noć bez­względ­ny dla naj­bliż­szych i dla sie­bie. Otóż ta wła­śnie bez­względ­ność wy­po­wia­da­nia rze­czy w naj­wyż­szym stop­niu wsze­tecz­nych jed­no­cze­śnie wzglę­dem na­uki i wia­ry, ta wszech­he­re­zja, ta jego uni­wer­sal­na bluź­nier­czość, wy­pły­wa­ją­ca z in­te­lek­tu­al­nej od­wa­gi, mu­sia­ła od­strych­nąć od nie­go wszyst­kich czy­tel­ni­ków. Przy­pusz­czam, że przy­jął pro­po­zy­cję an­giel­skie­go wy­daw­cy tak, jak roz­bi­tek na bez­lud­nej wy­spie rzu­ca na fale mo­rza bu­tel­kę z za­war­tym w niej sy­gna­łem; chciał po­zo­sta­wić ślad swo­jej my­śli, po­nie­waż był pe­wien jej praw­dzi­wo­ści.

Otóż, na­wet okrop­nie oka­le­czo­na nędz­nym prze­kła­dem i bez­myśl­ny­mi skró­ta­mi, „Nowa Ko­smo­go­nia” jest dzie­łem nie­sa­mo­wi­tym. Ache­ro­po­ulos zdru­zgo­tał w niej wszyst­ko, ab­so­lut­nie wszyst­ko, co na­uka i co wia­ra utwo­rzy­ły w prze­cią­gu wie­ków; spo­rzą­dził tę swo­ją pu­sty­nię, za­sy­pa­ną odłam­ka­mi zmiaż­dżo­nych przez sie­bie po­jęć, żeby wziąć się do ro­bo­ty od po­cząt­ku, to jest, żeby Ko­smos zbu­do­wać od nowa. To okrop­ne wi­do­wi­sko wy­wo­łu­je re­ak­cje obron­ne: na­le­ży uznać, że au­tor jest to zu­peł­ny sza­le­niec albo zu­peł­ny nie­uk. Jego na­uko­wym ty­tu­łom nie daje się zwy­czaj­nie wia­ry. Kto go od­trą­cał w ten spo­sób, od­zy­ski­wał rów­no­wa­gę du­cha. Po­mię­dzy mną a wszyst­ki­mi in­ny­mi czy­tel­ni­ka­mi „No­wej Ko­smo­go­nii” za­szła tyl­ko ta róż­ni­ca, że nie mo­głem tego zro­bić. Kto nie od­rzu­ca tej książ­ki w ca­ło­ści, od pierw­szej do ostat­niej li­te­ry, ten prze­padł: nie uwol­ni się już od niej ni­g­dy. Śro­dek, je­śli gdzie­kol­wiek, tu jest wy­łą­czo­ny na pew­no: je­że­li ani wa­riat, ani igno­rant, to ge­niusz.

Nie­ła­two udzie­lić zgo­dy na taką dia­gno­zę! Tekst mie­ni się bez­u­stan­nie w oczach czy­tel­ni­ka: nie­trud­no spo­strzec, że ma­try­ca kon­flik­to­we­go star­cia, więc Gry, jest szkie­le­tem for­mal­nym wszel­kiej re­li­gij­nej wia­ry, nie­wy­zby­tej do koń­ca pier­wiast­ków ma­ni­chej­skich, a gdzież są ta­kie re­li­gie, w któ­rych nie ma ich na­wet śla­do­wo? Z za­mi­ło­wa­nia i wy­kształ­ce­nia je­stem ma­te­ma­ty­kiem; fi­zy­kiem zo­sta­łem za spra­wą Ache­ro­po­ulo­sa. Jest dla mnie cał­kiem pew­ne, że wszel­kie związ­ki, w ja­kie mógł­bym wstą­pić z fi­zy­ką, by­ły­by za­wsze luź­ne i przy­pad­ko­we – gdy­by nie ten czło­wiek. On mnie na­wró­cił; mogę na­wet po­ka­zać miej­sce w „No­wej Ko­smo­go­nii”, któ­re tego do­ko­na­ło. Cho­dzi o sie­dem­na­sty pa­ra­graf szó­ste­go roz­dzia­łu książ­ki, ten, któ­ry mówi o zdu­mie­niu New­to­nów, Ein­ste­inów, Je­an­sów, Ed­ding­to­nów, że pra­wa Na­tu­ry są do ma­te­ma­tycz­ne­go uchwy­ce­nia, że ma­te­ma­ty­ka, ten płód czy­stej ro­bo­ty lo­gicz­nej du­cha, może spro­stać Ko­smo­so­wi. Nie­któ­rzy z owych wiel­kich, jak Ed­ding­ton, jak Je­ans, są­dzi­li, że sam Stwór­ca był ma­te­ma­ty­kiem i śla­dy tej jego cha­rak­te­ry­sty­ki roz­po­zna­je­my w dzie­le stwo­rze­nia. Ache­ro­po­ulos wska­zu­je, że okres ta­kiej fa­scy­na­cji fi­zy­ka teo­re­tycz­na ma już poza sobą, po­nie­waż za­uwa­żo­no, że for­ma­li­zmy ma­te­ma­tycz­ne mó­wią o świe­cie albo zbyt mało, albo zbyt wie­le na­raz: ma­te­ma­ty­ka jest tedy ta­kim przy­bli­że­niem struk­tu­ry Uni­wer­sum, któ­re ni­g­dy nie­ja­ko nie tra­fia w samo sed­no, w sam cel, lecz za­wsze tuż obok. My­śmy mie­li ten stan rze­czy za przej­ścio­wy, on zaś od­po­wia­da: nie uda­ło się fi­zy­kom stwo­rzyć ogól­nej teo­rii pola, nie po­tra­fi­li złą­czyć zja­wisk ma­kro- i mi­kro­świa­ta, ale to na­stą­pi. Doj­dzie do po­kry­cia się świa­ta i ma­te­ma­ty­ki, nie dzię­ki temu, że dal­szym re­kon­struk­cjom ule­gnie ma­te­ma­tycz­ny apa­rat, nic po­dob­ne­go. Do po­kry­wa­nia się doj­dzie, kie­dy pra­ca kre­acyj­na do­się­gnie kre­su: a ona jest jesz­cze w toku. Pra­wa Na­tu­ry  j e s z c z e  nie są ta­kie, ja­kie „mają” być; sta­ną się ta­kie nie dzię­ki udo­sko­na­le­niu Ma­te­ma­ty­ki, lecz dzię­ki wła­ści­wym prze­kształ­ce­niom Wszech­świa­ta!

Pa­nie i Pa­no­wie, ta naj­więk­sza ze wszyst­kich he­re­zji, ja­kie spo­tka­łem w ży­ciu, urze­kła mnie. Gdyż co ta­kie­go mówi wła­ści­wie Ache­ro­po­ulos da­lej w tym­że roz­dzia­le: ni mniej, ni wię­cej, tyl­ko że fi­zy­ka uni­wer­sum jest skut­kiem jego – to zna­czy, Ko­smo­su – so­cjo­lo­gii… Ale żeby wła­ści­wie zro­zu­mieć ta­kie hor­ren­dum, mu­si­my cof­nąć się do sze­re­gu spraw pod­sta­wo­wych.

Sa­mot­ność my­śli Ache­ro­po­ulo­sa nie ma so­bie rów­nych w hi­sto­rii ro­zu­mu. Idea No­wej Ko­smo­go­nii wy­ła­mu­je się wbrew po­zo­rom pla­gia­to­wym, o ja­kich mó­wi­łem – za­rów­no z po­rząd­ków wszel­kiej me­ta­fi­zy­ki, jak i wszel­kiej me­to­dy przy­ro­do­znaw­stwa. Wra­że­nie ob­co­wa­nia z pla­gia­tem jest winą czy­tel­ni­ka: jego my­ślo­wej bez­wład­no­ści. Czy­sto od­ru­cho­wo są­dzi­my bo­wiem, że cały ma­te­rial­ny świat ostro pod­le­ga ta­kiej dy­cho­to­mii lo­gicz­nej: albo zo­stał stwo­rzo­ny przez Ko­goś (a wte­dy, sto­jąc na grun­cie wia­ry, zwie­my tego Ko­goś – Ab­so­lu­tem, Bo­giem, Du­chem Spraw­czym) – albo też nie zo­stał przez ni­ko­go stwo­rzo­ny: a wów­czas zna­czy to, tym sa­mym, gdy zaj­mu­je­my się świa­tem jako ucze­ni – że go nikt nie stwo­rzył. Otóż Ache­ro­po­ulos po­wie­dział: Ter­tium Da­tur. Świat nie zo­stał stwo­rzo­ny przez Ni­ko­go, lecz zo­stał jed­nak spo­rzą­dzo­ny; Ko­smos po­sia­da Spraw­ców.

Dla­cze­go Ache­ro­po­ulos nie miał żad­ne­go po­przed­ni­ka? Pod­sta­wo­wa jego myśl jest wca­le pro­sta – i nie od­po­wia­da praw­dzie to, ja­ko­by nie moż­na jej było wy­ar­ty­ku­ło­wać przed po­wsta­niem ta­kich dys­cy­plin, jak teo­ria gier lub al­ge­bra struk­tur kon­flik­tu. Jego myśl fun­da­men­tal­ną moż­na było wy­po­wie­dzieć jesz­cze w pierw­szej po­ło­wie dzie­więt­na­ste­go wie­ku, a bo­daj i wcze­śniej. Cze­mu nikt więc tego nie zro­bił? Jak przy­pusz­czam, dla­te­go, po­nie­waż na­uka, wy­zwa­la­jąc się, w trak­cie prac oswo­bo­dzi­ciel­skich spod jarz­ma do­gma­tu re­li­gij­ne­go, na­by­ła swo­istej aler­gii po­ję­cio­wej. Pier­wot­nie Na­uka zde­rza­ła się z Wia­rą, co da­wa­ło zna­ne, czę­sto okrop­ne skut­ki, któ­rych Ko­ścio­ły po dziś dzień co nie­co się wsty­dzą, i to, cho­ciaż Na­uka wy­ba­czy­ła im mil­czą­co daw­niej­sze prze­śla­do­wa­nia. W koń­cu do­szło do sta­nu ostroż­nej neu­tral­no­ści mię­dzy Na­uką i Wia­rą: jed­na sta­ra się nie wcho­dzić dru­giej w pa­ra­dę. Skut­kiem owej ko­eg­zy­sten­cji, dość draż­li­wej, dość na­prę­żo­nej, sta­ło się za­śle­pie­nie na­uki – wi­do­me jako omi­ja­nie przez nią miej­sca, w któ­rym spo­czy­wa­ła idea No­wej Ko­smo­go­nii. Idea ta wią­że się ści­śle z po­ję­ciem In­ten­cjo­nal­no­ści, czy­li z tym, któ­re jest nie­po­zby­wal­ne dla wia­ry w Boga oso­bo­we­go, bo sta­no­wi jej opo­kę. Prze­cież, po­dług re­li­gii, Bóg stwo­rzył świat ak­tem woli i za­my­słu, to zna­czy – ak­tem in­ten­cjo­nal­nym. Tym sa­mym Na­uka uzna­ła owo po­ję­cie za po­dej­rza­ne, a wręcz na­wet za­ka­za­ne. Sta­ło się ono w niej tabu. Na te­re­nie na­uki nie wol­no było się o nim na­wet za­jąk­nąć, z oba­wy przed po­pad­nię­ciem w śmier­tel­ny grzech od­chy­le­nia ir­ra­cjo­na­li­stycz­ne­go. Ten lęk za­gwoź­dził nie tyl­ko usta, lecz i mó­zgi uczo­nych.

Za­cznie­my te­raz nie­ja­ko jesz­cze raz od po­cząt­ku. W koń­cu lat sie­dem­dzie­sią­tych XX wie­ku za­gad­ka Si­len­tium Uni­ver­si zdo­by­ła nie­ja­ką sła­wę. In­te­re­so­wał się nią naj­szer­szy ogół. Po pierw­szych, wstęp­nych pró­bach ode­bra­nia sy­gna­łów ko­smicz­nych (były to pra­ce Dra­ke’a w Gre­en Bank), przy­szły na­stęp­ne pro­jek­ty – re­ali­zo­wa­ne tak w ZSRR, jak i w USA. Lecz Uni­wer­sum, wy­słu­chi­wa­ne naj­sub­tel­niej­szy­mi apa­ra­ta­mi elek­tro­ma­gne­tycz­ny­mi, za­cho­wy­wa­ło upo­rczy­we mil­cze­nie, peł­ne je­dy­nie szu­mu i trza­sku ży­wio­ło­wych wy­ła­do­wań gwiezd­nej ener­gii. Ko­smos ob­ja­wiał swą mar­two­tę – we wszyst­kich na­raz cze­lu­ściach. Nie­obec­ność sy­gna­łów „In­nych”, a za­ra­zem brak śla­du ich „astro­in­ży­nie­ryj­nych prac” sta­wa­ły się udrę­ką na­uki. Bio­lo­gia wy­kry­ła na­tu­ral­ne wa­run­ki, sprzy­ja­ją­ce na­ro­dzi­nom ży­cia z ma­te­rii mar­twej. Uda­ło się na­wet la­bo­ra­to­ryj­nie do­pro­wa­dzić do bio­ge­ne­zy. Astro­no­mia wy­kry­ła czę­stość pla­ne­to­ge­ne­zy, mnó­stwo gwiazd po­sia­da – jak usta­lo­no nie­zbi­cie – ro­dzi­ny pla­ne­tar­ne. Tak więc na­uki scho­dzi­ły się w jed­no­gło­śnym twier­dze­niu, że ży­cie ro­dzi się w toku na­tu­ral­nych prze­mian ko­smicz­nych, że jego ewo­lu­cja win­na być po­spo­li­tym zja­wi­skiem Wszech­świa­ta, i zwień­cze­nie ewo­lu­cyj­ne­go drze­wa przez ro­zum or­ga­nicz­nych istot uzna­no za pra­wi­dło­wość przy­rod­ni­czą.

Na­uki spo­rzą­dzi­ły więc ob­raz Ko­smo­su za­miesz­ka­ne­go, a za­ra­zem twier­dze­niom tym upar­cie prze­czy­ły fak­ty ob­ser­wa­cyj­ne. Po­dług teo­rii ota­czał Zie­mię – co praw­da w gwiezd­nym od­da­le­niu – tłum cy­wi­li­za­cji. Po­dług prak­ty­ki ob­ser­wa­cyj­nej zia­ła wo­kół nas mar­twa głu­sza. Pierw­si ba­da­cze pro­ble­mu za­kła­da­li, że prze­cięt­na od­le­głość po­mię­dzy dwie­ma cy­wi­li­za­cja­mi ko­smicz­ny­mi wy­no­si od 50 do 100 lat świetl­nych. Dy­stans ten hi­po­te­tycz­nie zwięk­szo­no po­tem do 1000. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych ra­dio­astro­no­mia tak się udo­sko­na­li­ła, że moż­na było szu­kać sy­gna­łów idą­cych z dzie­siąt­ka ty­się­cy lat świetl­nych: lecz i tam roz­le­gał się je­dy­nie szum sło­necz­nych po­ża­rów. W cią­gu sie­dem­na­stu lat trwa­łych na­słu­chów nie wy­ło­wio­no z nich ani jed­ne­go sy­gna­łu, ani jed­ne­go zna­ku, da­ją­ce­go pod­sta­wy do przy­pusz­cze­nia, że stoi za nim ro­zum­ny za­mysł.

Ache­ro­po­ulos po­wie­dział so­bie wte­dy: fak­ty na pew­no są praw­dzi­we, bo one sta­no­wią fun­da­ment po­zna­nia. Czy być może, aby fał­szy­we były wszyst­kie teo­rie wszyst­kich nauk – żeby i che­mia or­ga­nicz­na, i bio­che­mia syn­tez, i bio­lo­gia teo­re­tycz­na z ewo­lu­cyj­ną, pla­ne­to­lo­gia, astro­fi­zy­ka – co do jed­nej po­zo­sta­wa­ły w błę­dzie? Nie: aż tak wszyst­kie, aż tak bar­dzo nie mogą się my­lić. A za­tem: fak­ty, ja­kie do­strze­ga­my (czy: ja­kich  n i e  do­strze­ga­my) wi­docz­nie wca­le teo­riom nie prze­czą. Po­trzeb­na jest nowa re­in­ter­pre­ta­cja zbio­ru da­nych i zbio­ru uogól­nień. Tej syn­te­zy wła­śnie się pod­jął.

Wiek Ko­smo­su i jego roz­mia­ry mu­sia­ła na­uka ziem­ska wie­lo­krot­nie re­wi­do­wać w cią­gu XX stu­le­cia. Kie­ru­nek zmian był taki sam za­wsze: nie do­ce­nia­no wła­ści­wie ani sta­ro­ści, ani roz­mia­rów Uni­wer­sum. Gdy Ache­ro­po­ulos przy­stę­po­wał do pi­sa­nia „No­wej Ko­smo­go­nii”, wiek i wiel­kość Wszech­świa­ta pod­le­gły ko­lej­nej re­wi­zji: trwa­nie Ko­smo­su oce­nia­no na co naj­mniej 12 mi­liar­dów lat; jego roz­mia­ry wi­do­me – na 10 do 12 mi­liar­dów lat świetl­nych. Otóż wiek sys­te­mu sło­necz­ne­go wy­no­si oko­ło pię­ciu mi­liar­dów lat. Tak więc ten sys­tem nie na­le­ży do pierw­szej ge­ne­ra­cji gwiazd, jaką zro­dzi­ło Uni­wer­sum. Pierw­sza ge­ne­ra­cja po­wsta­ła da­le­ko wcze­śniej, wła­śnie oko­ło dwu­na­stu mi­liar­dów lat temu. W in­ter­wa­le cza­so­wym, dzie­lą­cym po­wsta­nie owej pierw­szej ge­ne­ra­cji od po­wsta­nia na­stęp­nych po­ko­leń słońc, tkwi klucz za­gad­ki.

Do­szło bo­wiem do rze­czy ty­leż dziw­nej, co za­baw­nej. Tego, jak może wy­glą­dać, czym się może zaj­mo­wać, ja­kie cele może sta­wiać so­bie cy­wi­li­za­cja roz­wi­ja­ją­ca się od  m i l i a r d ó w  lat (a wła­śnie o tyle mu­szą być star­sze od ziem­skiej cy­wi­li­za­cje „pierw­sze­go po­ko­le­nia”!) – tego nikt nie umiał so­bie przed­sta­wić na­wet w naj­śmiel­szym ro­je­niu. To, cze­go nikt so­bie nie umiał wy­obra­zić, jako rzecz na­der nie­wy­god­na ule­gło tedy kom­plet­ne­mu zi­gno­ro­wa­niu. W sa­mej rze­czy: ża­den z ba­da­czy pro­ble­mu psy­cho­zo­ików ko­smicz­nych nie na­pi­sał ani jed­ne­go sło­wa o tak dłu­go­wiecz­nych cy­wi­li­za­cjach. Naj­od­waż­niej­si po­wia­da­li cza­sem, że, być może, kwa­za­ry, pul­sa­ry – to ob­ja­wy ro­bót naj­po­tęż­niej­szych cy­wi­li­za­cji ko­smicz­nych. Lecz pro­sty ra­chu­nek uka­zy­wał, że Zie­mia, gdy­by się roz­wi­ja­ła ak­tu­al­ny­mi tem­pa­mi, mo­gła­by osią­gnąć po­ziom tak skraj­nych ro­bót „astro­in­ży­nie­ryj­nych” w prze­cią­gu  k i l k u  t y s i ę c y  nad­cho­dzą­cych lat. Co jed­nak mia­ło­by na­stą­pić po­tem? Co może czy­nić cy­wi­li­za­cja, trwa­ją­ca  m i l i o n y  razy dłu­żej? Astro­fi­zy­cy, zaj­mu­ją­cy się ta­ki­mi kwe­stia­mi, uzna­li, że ta­kie cy­wi­li­za­cje nic nie ro­bią, jako że nie ist­nie­ją.

Co się z nimi sta­ło? Astro­nom nie­miec­ki, Se­ba­stian von Ho­er­ner, twier­dził, że wszyst­kie one do­ko­na­ły sa­mo­bój­stwa. Chy­ba tak, sko­ro ich ni­g­dzie nie wi­dać! Ależ nie, od­po­wie­dział Ache­ro­po­ulos: nie wi­dać ich ni­g­dzie? To my tyl­ko ich nie do­strze­ga­my, po­nie­waż one  s ą  j u ż  w s z ę d z i e. To jest, nie one – lecz owo­ce ich dzia­ła­nia. Dwa­na­ście mi­liar­dów lat temu, a, wów­czas tak, wte­dy prze­stwór był mar­twy – i ro­dzi­ły się w nim pierw­sze za­ląż­ki ży­cia na pla­ne­tach pierw­szej gwiezd­nej ge­ne­ra­cji. Lecz po upły­wie eonów nie po­zo­sta­ło nic z tam­tej ko­smicz­nej pier­wo­ci­ny. Je­że­li uzna­wać za „sztucz­ne” to, co prze­kształ­co­ne przez ak­tyw­ny Ro­zum, to cały Ko­smos, jaki nas ota­cza, już jest  s z t u c z n y. Tak zu­chwa­ła he­re­zja bu­dzi na­tych­mia­sto­wy sprze­ciw: wie­my prze­cież, jak wy­glą­da­ją obiek­ty „sztucz­ne”, pro­du­ko­wa­ne przez Ro­zum, zaj­mu­ją­cy się in­stru­men­tal­ny­mi ro­bo­ta­mi! Gdzież po­jaz­dy, gdzie mo­lo­chy ma­szy­no­we, gdzie – jed­nym sło­wem – ty­ta­nicz­ne tech­no­lo­gie istot, co mają nas ota­czać i sta­no­wić gwiaź­dzi­ste nie­bio­sa? Lecz to jest błąd wy­wo­ła­ny in­er­cją my­śli, gdyż tech­nik in­stru­men­tal­nych po­trze­bu­je tyl­ko – po­wia­da Ache­ro­po­ulos – cy­wi­li­za­cja, tkwią­ca w em­brio­nal­nej fa­zie – jak ziem­ska. Cy­wi­li­za­cja mi­liar­do­let­nia nie uży­wa żad­nych. Jej na­rzę­dziem jest to, co my na­zy­wa­my Pra­wem Na­tu­ry. Sama Fi­zy­ka sta­no­wi „ma­szy­nę” ta­kich cy­wi­li­za­cji! I to nie „go­to­wą ma­szy­nę”: nic po­dob­ne­go. „Ma­szy­na” ta (oczy­wi­ście z ma­szy­na­mi me­cha­nicz­ny­mi nie ma ona nic wspól­ne­go) po­wsta­je od mi­liar­dów lat i jej bu­do­wa, choć wiel­ce za­awan­so­wa­na, jesz­cze się nie za­koń­czy­ła!

Zu­chwal­stwo tego bluź­nier­stwa, jego po­twor­nie re­be­lianc­ki smak, wy­trą­ca wprost książ­kę Ache­ro­po­ulo­sa z ręki czy­ta­ją­ce­go – tak było na pew­no z nie­jed­nym. A to prze­cież tyl­ko pierw­szy krok na dro­dze dal­szych od­stępstw au­to­ra, naj­więk­sze­go he­re­zjar­chy w dzie­jach na­uki.

Ache­ro­po­ulos li­kwi­du­je róż­ni­cę mię­dzy „na­tu­ral­nym” (wy­two­rem Przy­ro­dy) i „sztucz­nym” (wy­two­rem tech­ni­ki), idąc tak da­le­ko, że zno­si róż­ni­cę bez­względ­ną po­mię­dzy Pra­wem Sta­no­wio­nym (ju­ry­dycz­nym) a Pra­wem Na­tu­ry… Ne­gu­je sąd, ja­ko­by po­dział do­wol­nych obiek­tów na sztucz­ne i na­tu­ral­ne z po­cho­dze­nia był obiek­tyw­ną wła­sno­ścią świa­ta. Uwa­ża ten sąd za pod­sta­wo­wą aber­ra­cję my­śli, wy­wo­ła­ną efek­tem, jaki zwie „za­mknię­ciem po­ję­cio­we­go ho­ry­zon­tu”.

Czło­wiek pod­pa­tru­je przy­ro­dę – po­wia­da – i uczy się u niej dzia­ła­nia; pod­glą­da spa­dek ciał, pio­ru­ny, pro­ce­sy spa­la­nia. Przy­ro­da za­wsze jest Na­uczy­cie­lem, a on – Uczniem; po nie­ja­kim cza­sie po­czy­na wręcz imi­to­wać pro­ce­sy wła­sne­go cia­ła. Bio­lo­gia bie­rze u nie­go ko­re­pe­ty­cje, lecz i wte­dy, tak samo jak ja­ski­nio­wiec, na­dal uwa­ża Przy­ro­dę za stan gra­nicz­ny do­sko­na­ło­ści roz­wią­zań: mnie­ma, iż kie­dyś, kie­dyś, być może pra­wie do­ści­gnie Na­tu­rę w per­fek­cji dzia­ła­nia, ale to już bę­dzie kres dro­gi. Da­lej iść nie­po­dob­na, bo to, co ist­nie­je jako ato­my, jako słoń­ca, jako cia­ła zwie­rząt, jego wła­sny mózg – to jest w bu­do­wie nie­prze­ści­gnio­ne po wiecz­ność. Na­tu­ral­ne sta­no­wi tedy gra­ni­cę cią­gu prac, któ­re je „sztucz­nie” po­wta­rza­ją i mo­dy­fi­ku­ją.

Oto błąd per­spek­ty­wy, mówi Ache­ro­po­ulos, czy­li „za­mknię­cie po­ję­cio­we­go ho­ry­zon­tu”. Sama kon­cep­cja „do­sko­na­ło­ści Przy­ro­dy” jest złu­dze­niem, jak złu­dze­niem jest ob­raz szyn scho­dzą­cych się na wid­no­krę­gu. Przy­ro­dę moż­na zmie­nić we wszyst­kim, oczy­wi­ście, dys­po­nu­jąc po temu od­po­wied­nią wie­dzą; moż­na ste­ro­wać ato­ma­mi, a po­tem moż­na od­mie­niać i wła­sno­ści ato­mów; le­piej przy tym wca­le nie roz­wa­żać, czy to, co bę­dzie „sztucz­nym” wy­ni­kiem ta­kich prac, oka­że się „bar­dziej do­sko­na­łe” od tego, co było do­tąd – „na­tu­ral­ne”. Bę­dzie to po pro­stu Inne – po­dług pla­nu i za­mia­ru Dzia­ła­ją­cych Stron; bę­dzie o tyle „lep­sze”, tj. „do­sko­nal­sze”, że ukształ­to­wa­ne zgod­nie z za­my­słem Ro­zu­mu. Lecz jaką „ab­so­lut­ną lep­szość” mo­gła­by prze­ja­wiać ko­smicz­na ma­te­ria po jej to­tal­nym zre­kon­stru­owa­niu? Moż­li­we są „roz­ma­ite Na­tu­ry”, „róż­ne Ko­smo­sy”, ale urze­czy­wist­nio­ny zo­stał tyl­ko je­den, kon­kret­ny wa­riant, ten, któ­ry nas zro­dził, w któ­rym eg­zy­stu­je­my; to wszyst­ko. Tak zwa­ne „Pra­wa Na­tu­ry” są nie­na­ru­szal­ne tyl­ko dla cy­wi­li­za­cji „pło­do­wej”, jak ziem­ska. Po­dług Ache­ro­po­ulo­sa dro­ga wie­dzie ze szcze­bla, na któ­rym się pra­wa Na­tu­ry wy­kry­wa, ku szcze­blo­wi, na któ­rym pra­wa ta­kie moż­na usta­na­wiać.

To wła­śnie za­szło – i za­cho­dzi – od mi­liar­dów lat. Obec­ny Ko­smos już nie jest po­lem gry sił ży­wio­ło­wych, nie­tknię­tych, śle­po ro­dzą­cych i nisz­czą­cych słoń­ca czy ich sys­te­my; nic po­dob­ne­go. W Ko­smo­sie nie da się już od­róż­niać tego, co „na­tu­ral­ne” (pier­wot­ne), od tego, co „sztucz­ne” (prze­two­rzo­ne). Kto do­ko­nał tych ro­bót ko­smo­go­nicz­nych? Pierw­sze po­ko­le­nie cy­wi­li­za­cji. W jaki spo­sób? Tego nie wie­my: na­sza wie­dza jest zbyt zni­ko­ma. Skąd więc i po czym moż­na po­znać, że tak jest wła­śnie?

Gdy­by pierw­sze cy­wi­li­za­cje – od­po­wia­da Ache­ro­po­ulos – były w swo­ich po­czy­na­niach od po­cząt­ku swo­bod­ne, tak jak był swo­bod­ny Stwór­ca Ko­smo­su w wy­obra­że­niu re­li­gii – to, istot­nie, zja­wisk prze­mia­ny, co za­szła, ni­g­dy nie po­tra­fi­li­by­śmy roz­po­znać. Bóg stwo­rzył prze­cież świat, za re­li­gia­mi, czy­stym ak­tem in­ten­cjo­nal­nym, w cał­ko­wi­tej wol­no­ści; lecz sy­tu­acja Ro­zu­mu była inna; cy­wi­li­za­cje po­wsta­ły ogra­ni­czo­ne wła­sno­ścia­mi pier­wot­nej ma­te­rii, co je zro­dzi­ła; te wła­sno­ści uwa­run­ko­wa­ły ich ko­lej­ne czy­ny; po tym, jak się owe Cy­wi­li­za­cje za­cho­wu­ją, moż­na, w upo­śred­nie­niu, roz­po­znać, ja­kie były star­to­we wa­run­ki Ko­smo­go­nii Psy­cho­zo­icz­nej. Nie jest to rze­czą ła­twą: al­bo­wiem, co­kol­wiek za­szło, Cy­wi­li­za­cje nie wy­szły nie­zmie­nio­ne z prac trans­for­mo­wa­nia Wszech­świa­ta; sta­no­wiąc jego czę­ści, nie mo­gły tym sa­mym od­mie­niać go, sie­bie nie ty­ka­jąc.

Ache­ro­po­ulos po­słu­gu­je się ta­kim mo­de­lem po­glą­do­wym: gdy na po­żyw­ce aga­ro­wej osa­dzi­my ko­lo­nie bak­te­rii, moż­na zra­zu roz­róż­niać po­mię­dzy wyj­ścio­wym („na­tu­ral­nym”) aga­rem i tymi ko­lo­nia­mi. Z cza­sem jed­nak pro­ce­sy ży­cio­we bak­te­rii zmie­nia­ją aga­ro­we śro­do­wi­sko, wpro­wa­dza­jąc w nie jed­ne sub­stan­cje, po­chła­nia­jąc inne, tak że skład pod­ście­li­ska, jego kwa­so­wość, jego kon­sy­sten­cja ule­ga prze­kształ­ce­niom. Gdy zaś wsku­tek owych prze­mian – no­wy­mi che­mi­zma­mi ob­da­rzo­ny agar spo­wo­du­je po­wsta­nie no­wych od­mian bak­te­rii, do nie­po­zna­ki wręcz prze­two­rzo­nych wzglę­dem ro­dzi­ciel­skich ge­ne­ra­cji, te nowe od­mia­ny nie są ni­czym in­nym, jak skut­kiem „bio­che­micz­nej gry”, co się to­czy­ła po­mię­dzy wszyst­ki­mi ko­lo­nia­mi na­raz – a pod­ło­żem. Te póź­ne od­mia­ny bak­te­rii nie po­wsta­ły­by, gdy­by wcze­śniej­sze nie prze­mie­ni­ły śro­do­wi­ska; więc te póź­ne są skut­ka­mi sa­mej gry. A przy tym po­je­dyn­cze ko­lo­nie wca­le nie mu­szą się bez­po­śred­nio ze sobą kon­tak­to­wać; wpły­wa­ją na sie­bie, lecz tyl­ko po­przez osmo­zę, dy­fu­zję, prze­su­nię­cia rów­no­wa­gi kwa­so­wo-za­sa­do­wej w pod­ście­li­sku. Jak wi­dać, wstęp­nie po­wsta­ją­ca gra ma ten­den­cję do zni­ka­nia – bo za­stę­pu­ją ją ja­ko­ścio­wo nowe, pier­wot­nie nie­ist­nie­ją­ce for­my roz­gryw­ki. Pod­staw­cie za agar – Pra­ko­smos, a za bak­te­rie – Pra­cy­wi­li­za­cje, a otrzy­ma­cie uprosz­czo­ny ob­raz No­wej Ko­smo­go­nii.

To, co do­tych­czas po­wie­dzia­łem, jest ze sta­no­wi­ska wie­dzy na­gro­ma­dzo­nej hi­sto­rycz­nie cał­ko­wi­cie obłęd­ne. Nic jed­nak nie może nam wzbro­nić prze­pro­wa­dza­nia my­ślo­wych eks­pe­ry­men­tów z naj­do­wol­niej­szy­mi za­ło­że­nia­mi, byle były one lo­gicz­nie nie­sprzecz­ne. Kie­dy więc przy­sta­je­my na ob­raz Ko­smo­su-Gry, po­wsta­je sze­reg py­tań, na któ­re trze­ba udzie­lić nie­sprzecz­nych od­po­wie­dzi. Są to py­ta­nia o stan po­cząt­ko­wy przede wszyst­kim: czy mo­że­my co­kol­wiek wno­sić o nim, czy mo­że­my dojść wnio­sko­wa­niem wa­run­ków wyj­ścio­wych Gry? Ache­ro­po­ulos są­dził, że to jest moż­li­we. Po to, aby w nim po­wsta­ła Gra, mu­siał Pra­ko­smos po­sia­dać okre­ślo­ne wła­sno­ści. Mu­siał być taki na przy­kład, aby mo­gły w nim po­wstać pierw­sze cy­wi­li­za­cje: a za­tem nie był fi­zycz­nym cha­osem, lecz pod­le­gał ja­kimś pra­wi­dło­wo­ściom.

Te pra­wi­dło­wo­ści nie mu­sia­ły jed­nak być uni­wer­sal­ne, to jest, wszę­dzie ta­kie same. Pra­ko­smos mógł być nie­jed­no­rod­ny fi­zycz­nie, mógł sta­no­wić jak­by mie­sza­ni­nę róż­no­po­sta­cio­wych fi­zyk, nie w każ­dym miej­scu toż­sa­mych i na­wet nie w każ­dym miej­scu tak samo do­okre­ślo­nych (pro­ce­sy za­cho­dzą­ce pod wła­dzą nie­do­okre­ślo­nej fi­zy­ki nie prze­bie­ga­ją za­wsze tak samo, cho­ciaż ich star­to­we wa­run­ki mogą być ana­lo­gicz­ne). Ache­ro­po­ulos za­ło­żył, że Pra­ko­smos był wła­śnie taki „ła­cia­ty” fi­zycz­nie i że cy­wi­li­za­cje po­wstać mo­gły tyl­ko w jego nie­licz­nych miej­scach, znacz­nie od sie­bie od­da­lo­nych. Ache­ro­po­ulos wy­obra­żał so­bie Pra­ko­smos jako fi­zycz­ny od­po­wied­nik pla­stra psz­cze­le­go; czym w pla­strze ko­mór­ki, tym w Pra­ko­smo­sie mia­ły być re­gio­ny cza­so­wo usta­bi­li­zo­wa­nej fi­zy­ki, od­mien­nej wszak­że od fi­zy­ki re­gio­nów są­sied­nich. Każ­da cy­wi­li­za­cja, roz­wi­ja­jąc się w ta­kim za­mknię­ciu, w izo­la­cji od in­nych, mo­gła są­dzić, że jest sa­mot­na w ca­łym Uni­wer­sum, a ro­snąc w ener­gię i wie­dzę, sta­ra­ła się nada­wać oto­cze­niu ce­chy sta­bil­no­ści, i to w ro­sną­cym pro­mie­niu. Gdy się to jej uda­wa­ło, po bar­dzo dłu­gim cza­sie cy­wi­li­za­cja taka za­czy­na­ła się sty­kać – swo­imi od­środ­ko­wy­mi pra­ca­mi – z fe­no­me­na­mi, któ­re nie były już tyl­ko na­tu­ral­ną ży­wio­ło­wo­ścią ota­cza­ją­cej cza­so­prze­strze­ni, lecz były prze­ja­wa­mi prac in­nej cy­wi­li­za­cji. Tak wła­śnie koń­czy­ła się, po­dług nie­go, pierw­sza faza Gry, faza wstęp­na. Cy­wi­li­za­cje nie kon­tak­to­wa­ły się bez­po­śred­nio, lecz za­wsze tyl­ko tak, że fi­zy­ka, usta­no­wio­na przez jed­ną, na­tra­fia­ła pod­czas eks­pan­sji na fi­zy­ki są­sied­nich.

Fi­zy­ki te nie mo­gły prze­cho­dzić w sie­bie bez­ko­li­zyj­nie, po­nie­waż nie były toż­sa­me; a nie były toż­sa­me, po­nie­waż nie były ta­kie rów­nież wa­run­ki star­to­we by­to­wa­nia każ­dej od­dziel­nie wzię­tej cy­wi­li­za­cji. Za­pew­ne, są­dził Ache­ro­po­ulos, po­szcze­gól­ne cy­wi­li­za­cje nie zda­wa­ły so­bie przez dłuż­szy czas spra­wy z tego, że nie wni­ka­ją już dłu­żej swy­mi pra­ca­mi w ma­te­rial­ny ży­wioł cał­ko­wi­cie obo­jęt­ny, ale że się sty­ka­ją ze sfe­ra­mi in­ten­cjo­nal­nie po­czę­tych ro­bót – in­nych cy­wi­li­za­cji. Do zro­zu­mie­nia tego sta­nu rze­czy do­szło stop­nio­wo. Usta­le­nia te, któ­re nie za­cho­dzi­ły na pew­no jed­no­cze­śnie, otwar­ły na­stęp­ną, dru­gą fazę Gry. Pra­gnąc upraw­do­po­dob­nić tę hi­po­te­zę, Ache­ro­po­ulos przy­ta­cza w „No­wej Ko­smo­go­nii” sze­reg wy­ima­gi­no­wa­nych scen ilu­stru­ją­cych ową epo­kę ko­smicz­ną, kie­dy to nie­jed­na­ko­we w na­czel­nych pra­wach Fi­zy­ki ście­ra­ły się z sobą, a fron­ty ich zde­rzeń sta­no­wi­ły gi­gan­tycz­ne erup­cje i po­ża­ry, bo wy­zwa­la­ły się w nich ol­brzy­mie ilo­ści ener­gii – w ani­hi­la­cjach i trans­for­ma­cjach róż­nej po­sta­ci. Mia­ły to być ko­li­zje tak po­tęż­ne, że ich echo do dziś dnia jesz­cze drga w Uni­wer­sum – jako tak zwa­ne pro­mie­nio­wa­nie re­si­du­al­ne (śla­do­we), któ­re astro­fi­zy­ka roz­po­zna­ła w la­tach sześć­dzie­sią­tych i przy­pusz­cza­ła, iż są to ostat­nie reszt­ki uda­ro­wych fal, wy­wo­ła­nych eks­plo­zyw­nym po­wsta­niem Ko­smo­su z jego nie­mal punk­to­wej za­ro­dzi. Al­bo­wiem taki wy­bu­cho­wy mo­del kre­acji był pod­ów­czas uwa­ża­ny przez wie­lu za wia­ry­god­ny. Lecz po dal­szych eonach cy­wi­li­za­cje, każ­da nie­ja­ko na wła­sną rękę, do­szły tego, że pro­wa­dzą an­ta­go­ni­stycz­ną Grę nie z ży­wio­łem Na­tu­ry, lecz – bez­wied­nie – z in­ny­mi cy­wi­li­za­cja­mi; otóż tym, co okre­śli­ło ich dal­sze stra­te­gie, był fakt za­sad­ni­czej nie­ko­mu­ni­ko­wal­no­ści, bra­ku łącz­no­ści z in­ny­mi, po­nie­waż nie moż­na, z ob­sza­ru jed­nej Fi­zy­ki, prze­słać żad­nej in­for­ma­cji w ob­szar in­nej.

Każ­da z nich mu­sia­ła więc dzia­łać w po­je­dyn­kę; kon­ty­nu­acja do­tych­cza­so­wej tak­ty­ki by­ła­by bez­przed­mio­to­wa lub wręcz zgub­na; za­miast trwo­nić wy­sił­ki we fron­tal­nych zde­rze­niach, na­le­ża­ło się zjed­no­czyć, ale bez ja­kie­go­kol­wiek po­ro­zu­mie­nia wstęp­ne­go. De­cy­zje ta­kie, po­wzię­te znów nie­jed­no­cze­śnie, do­pro­wa­dzi­ły prze­cież w koń­cu do przej­ścia Gry w jej fazę trze­cią, któ­ra to­czy się jesz­cze te­raz. Al­bo­wiem prak­tycz­nie cały zbiór psy­cho­zo­ików Wszech­świa­ta pro­wa­dzi grę za­ra­zem so­li­da­ry­stycz­ną i nor­ma­tyw­ną. Człon­ko­wie tego zbio­ru za­cho­wu­ją się ni­czym za­ło­gi okrę­tów, le­ją­cych pod­czas bu­rzy oli­wę na roz­hu­ka­ne fale; jak­kol­wiek nie uzgod­ni­ły tego po­stę­po­wa­nia, bę­dzie ono prze­cież ko­rzyst­ne dla wszyst­kich. Każ­dy gracz dzia­ła więc po­dług stra­te­gii mi­ni­mak­so­wej: ist­nie­ją­ce wa­run­ki zmie­nia tak, by mak­sy­ma­li­zo­wać po­spól­ną ko­rzyść, a mi­ni­ma­li­zo­wać szko­dę. Dla­te­go ak­tu­al­ny Ko­smos jest ho­mo­ge­nicz­ny i izo­tro­po­wy (za­rzą­dza­ją nim te same pra­wa i nie ma w nim wy­róż­nio­nych kie­run­ków). Wła­sno­ści, ja­kie Ein­ste­in wy­krył w Uni­wer­sum, są re­zul­ta­ta­mi de­cy­zji pod­ję­tych z osob­na, lecz toż­sa­mych ze wzglę­du na toż­sa­mą sy­tu­ację gra­czy, ale toż­sa­ma była ich sy­tu­acja  s t r a t e g i c z n a  na po­cząt­ku, a nie­ko­niecz­nie – f i z y c z n a. To nie jed­no­rod­na Fi­zy­ka zro­dzi­ła stra­te­gię Gry. Na od­wrót się sta­ło: to jed­no­rod­na stra­te­gia mi­ni­mak­so­wa zro­dzi­ła je­dy­ną Fi­zy­kę. Id fe­cit Uni­ver­sum, cui pro­dest.

Pa­nie i Pa­no­wie, po­dług na­szej naj­lep­szej wie­dzy wi­zja Ache­ro­po­ulo­sa od­po­wia­da za­ry­som rze­czy­wi­sto­ści, jak­kol­wiek za­wie­ra sze­reg uprosz­czeń oraz błę­dów. Ache­ro­po­ulos za­kła­dał, że w ob­rę­bie róż­nych Fi­zyk może po­wstać ten sam typ lo­gi­ki. Gdy­by bo­wiem cy­wi­li­za­cja Al, zro­dzo­na w „ko­smicz­nej ko­mór­ce” A, mia­ła inną lo­gi­kę niż cy­wi­li­za­cja B1, po­wsta­ła w „ko­mór­ce” B, to nie mo­gły­by obie po­słu­gi­wać się tą samą stra­te­gią, a tym sa­mym – ujed­no­rod­nić swo­ich Fi­zyk. Za­kła­dał tedy, że nie­toż­sa­me Fi­zy­ki prze­cież mogą spo­wo­do­wać po­wsta­nie je­dy­nej Lo­gi­ki – ina­czej nie umiał so­bie wy­tłu­ma­czyć tego, co za­szło ko­smicz­nie. W in­tu­icji tej tkwi ziarn­ko praw­dy, ale spra­wa jest bar­dziej skom­pli­ko­wa­na, niż on są­dził. Odzie­dzi­czy­li­śmy po nim pro­gram do­ma­ga­ją­cy się zre­kon­stru­owa­nia stra­te­gii Gry – dzię­ki wy­ko­na­niu „od­wrot­ne­go za­da­nia”, al­bo­wiem, wy­cho­dząc od ak­tu­al­nej Fi­zy­ki, sta­ra­my się dojść tego, co ją – jako de­cy­zje Gra­czy – spo­wo­do­wa­ło. Za­da­nie to jest utrud­nio­ne przez fakt, że prze­bie­gu zda­rze­nia nie moż­na so­bie wy­obra­zić jako li­nio­we­go cią­gu: ja­ko­by Pra­ko­smos zde­ter­mi­no­wał Grę, któ­ra z ko­lei zde­ter­mi­no­wa­ła ak­tu­al­ną Fi­zy­kę. Ten, kto zmie­nia Fi­zy­kę, tym sa­mym prze­kształ­ca sa­me­go sie­bie, czy­li two­rzy zwrot­ne sprzę­że­nie mię­dzy trans­for­ma­cja­mi oto­cze­nia i au­to­trans­for­ma­cją.

To głów­ne nie­bez­pie­czeń­stwo Gry spo­wo­do­wa­ło sze­reg  t a k t y c z n y c h  ma­new­rów Gra­czy, bo mu­sie­li zda­wać so­bie z nie­go spra­wę. Dą­ży­li do prze­kształ­ceń ta­kich, by nie były ra­dy­kal­ne po­wszech­nie – czy­li, by unik­nąć wszech­re­la­ty­wi­zmu, spo­rzą­dzi­li Fi­zy­kę  h i e r a r c h i c z n ą. Fi­zy­ka hie­rar­chicz­na jest „nie­to­tal­na”: nie ule­ga na przy­kład wąt­pli­wo­ści, że  m e c h a n i k a  po­zo­sta­ła­by nie­na­ru­szo­na na­wet, gdy­by ma­te­ria w swo­jej war­stwie ato­mo­wej nie mia­ła wła­sno­ści kwan­to­wych. Zna­czy to, że po­szcze­gól­ne „po­zio­my” rze­czy­wi­sto­ści po­sia­da­ją ogra­ni­czo­ną su­we­ren­ność, czy­li że nie wszyst­kie pra­wa da­ne­go po­zio­mu mu­szą ulec za­cho­wa­niu po to, aby nad nim mógł po­wstać po­ziom na­stęp­ny. Zna­czy to, że Fi­zy­kę moż­na zmie­niać „po tro­sze” i że nie każ­da zmia­na gru­py praw rów­na się zmia­nie ca­łej Fi­zy­ki na wszyst­kich po­zio­mach zja­wisk. Tego ro­dza­ju kło­po­ty Gra­czy czy­nią pro­sty, pięk­ny ob­raz Gry, jaki spo­rzą­dził Ache­ro­po­ulos – jako hi­sto­rii trój­fa­zo­wej – nie­praw­do­po­dob­nym. Ache­ro­po­ulos do­my­ślał się, że za­cho­dzą­ce w toku Gry „do­cie­ra­nie się” róż­nych Fi­zyk mu­sia­ło uni­ce­stwić część Gra­czy – bo nie wszyst­kie wyj­ścio­we sta­ny były przy­wie­dl­ne do jed­no­li­to­ści. Za­miar znisz­cze­nia Part­ne­rów, usy­tu­owa­nych nie­ko­rzyst­nie, wca­le nie mu­siał pa­tro­no­wać po­czy­na­niom in­nych Gra­czy. O tym, kto miał prze­trwać, a kto scze­znąć, za­de­cy­do­wał czy­sty przy­pa­dek, ob­da­rza­ją­cy róż­ne cy­wi­li­za­cje roz­ma­ity­mi oto­cze­nia­mi – we­dle za­sa­dy lo­so­wo­ści.

Ache­ro­po­ulos przy­pusz­czał, że ostat­nie po­ża­ry owych strasz­li­wych „walk”, w któ­rych ko­li­do­wa­ły z sobą roz­ma­ite Fi­zy­ki, mo­że­my jesz­cze do­strzec w po­sta­ci kwa­za­rów, wy­dzie­la­ją­cych ener­gię rzę­du 1063 er­gów, ener­gię, ja­kiej nie może wy­zwo­lić ża­den ze zna­nych nam pro­ce­sów fi­zycz­nych, w tak względ­nie ma­łej prze­strze­ni, jaką zaj­mu­je kwa­zar. My­ślał, że pa­trząc na kwa­za­ry, wi­dzi­my to, co dzia­ło się od 5 do 6 mi­liar­dów lat temu, w dru­giej fa­zie Gry, bo wła­śnie tyle cza­su po­chła­nia bieg świa­tła mkną­ce­go od kwa­za­rów ku nam. My­lił się w ta­kich hi­po­te­zach. Kwa­za­ry uwa­ża­my za zja­wi­ska in­ne­go rzę­du. Trze­ba zro­zu­mieć, że Ache­ro­po­ulos nie miał da­nych, któ­re umoż­li­wi­ły­by mu re­wi­zję ta­kich po­glą­dów. Ca­ło­ścio­wa re­kon­struk­cja po­cząt­ko­wej stra­te­gii Gra­czy jest dla nas nie­moż­li­wa; upra­wiać re­tro­spek­cję po­tra­fi­my tyl­ko do miej­sca, w któ­rym Gra­cze dzia­ła­li – mó­wiąc gru­bo – tak mniej wię­cej jak dziś. Je­że­li Gra po­sia­da­ła kry­tycz­ne punk­ty, wy­mu­sza­ją­ce za­sad­ni­czą zmia­nę stra­te­gii, re­tro­spek­cja nie może się już co­fać poza pierw­szy taki punkt. A za­tem nie umie­my do­wie­dzieć się ni­cze­go pew­ne­go o Pra­ko­smo­sie, co wy­dał Grę.

Gdy jed­nak spo­glą­da­my w Ko­smos obec­ny, do­strze­ga­my w nim – wcie­lo­ne w jego struk­tu­rę – głów­ne ka­no­ny stra­te­gii, jaką się po­słu­gu­ją Gra­cze. Ko­smos roz­sze­rza się trwa­le; po­sia­da szyb­kość gra­nicz­ną, czy­li ba­rie­rę świetl­ną; pra­wa jego Fi­zy­ki są wpraw­dzie sy­me­trycz­ne, ale to nie jest sy­me­tria do­sko­na­ła; jest zbu­do­wa­ny „ko­agu­la­cyj­nie i hie­rar­chicz­nie” – jako zło­żo­ny z gwiazd, co się sku­pia­ją w gro­ma­dy, te z ko­lei two­rzą Ga­lak­ty­ki, zgru­po­wa­ne w lo­kal­ne zgęsz­cze­nia, i wresz­cie wszyst­kie owe zgęsz­cze­nia two­rzą Me­ta­ga­lak­ty­kę. Nad­to po­sia­da Ko­smos cał­ko­wi­cie asy­me­trycz­ny czas. Ta­kie są fun­da­men­tal­ne rysy bu­do­wy Uni­wer­sum: dla każ­de­go z nich znaj­du­je­my do­głęb­ne wy­ja­śnie­nie w struk­tu­rze Gry Ko­smo­go­nicz­nej, Gry po­zwa­la­ją­cej nam po­jąć za­ra­zem, dla­cze­go jed­nym z jej ka­no­nów na­czel­nych musi być prze­strze­ga­nie Si­len­tium Uni­ver­si. A za­tem: dla­cze­go Ko­smos jest urzą­dzo­ny tak wła­śnie? Gra­cze wie­dzą, że w toku gwiezd­nej ewo­lu­cji po­wsta­ją nowe pla­ne­ty i nowe cy­wi­li­za­cje, więc dba­ją o to, by ci kan­dy­da­ci na przy­szłych Gra­czy, ja­ki­mi są mło­de cy­wi­li­za­cje, nie mo­gli na­ru­szyć rów­no­wa­gi Gry. Dla­te­go Ko­smos się roz­sze­rza: gdyż tyl­ko w ta­kim Ko­smo­sie, mimo że po­wsta­ją w nim wciąż nowe cy­wi­li­za­cje, roz­dzie­la­ją­cy je dy­stans po­zo­sta­je wiel­ko­ścią sta­łą.

Po­ro­zu­mie­nie wio­dą­ce do „zmo­wy”, do po­wsta­nia lo­kal­nej ko­ali­cji no­wych Gra­czy mo­gło­by jed­nak zajść i w ta­kim, roz­sze­rza­ją­cym się Ko­smo­sie, gdy­by nie miał wbu­do­wa­nej ba­rie­ry szyb­ko­ści dzia­łań na od­le­głość. Wy­obraź­my so­bie Ko­smos o Fi­zy­ce ze­zwa­la­ją­cej na po­więk­sze­nie szyb­ko­ści roz­cho­dze­nia się dzia­łań w pro­por­cji do za­in­we­sto­wa­nej ener­gii. W ta­kim Ko­smo­sie ten, kto by dys­po­no­wał ener­gią pięć razy więk­szą od wszyst­kich in­nych, mógł­by pięć razy szyb­ciej in­for­mo­wać się o sta­nie in­nych i z tą samą prze­wa­gą za­da­wać im cio­sy. W ta­kim Ko­smo­sie po­wsta­je szan­sa zmo­no­po­li­zo­wa­nia wła­dzy nad jego Fi­zy­ką i nad wszyst­ki­mi in­ny­mi part­ne­ra­mi Gry. Taki Ko­smos nie­ja­ko za­chę­ca do emu­la­cji, do ener­ge­tycz­ne­go współ­za­wod­nic­twa, do ura­sta­nia w po­tę­gę. Otóż w re­al­nym Ko­smo­sie po to, by prze­kro­czyć szyb­kość świa­tła, trze­ba ener­gii nie­skoń­cze­nie wiel­kiej: ina­czej mó­wiąc, ba­rie­ry tej w ogó­le nie moż­na prze­bić.

Tak więc nie po­pła­ca w nim ura­sta­nie w moc ener­ge­tycz­ną. Po­dob­na jest mo­ty­wa­cja asy­me­trii upły­wu cza­su. Gdy­by czas był od­wra­cal­ny i gdy­by od­wró­ce­nie jego bie­gu było do urze­czy­wist­nie­nia dzię­ki do­sta­tecz­nej in­we­sty­cji środ­ków i mocy, moż­na by znów zdo­mi­no­wać part­ne­rów, tym ra­zem dzię­ki szan­sie anu­lo­wa­nia każ­de­go z ich ru­chów. A więc za­rów­no Ko­smos nie­roz­sze­rza­ją­cy się, jak Ko­smos bez ba­rie­ry szyb­ko­ści i wresz­cie – Ko­smos z od­wra­cal­nym cza­sem – nie po­zwa­la­ją na peł­ną sta­bi­li­za­cję Gry. Tym­cza­sem szło wła­śnie o to, by ją sta­bi­li­zo­wać  n o r m a t y w n i e: do tego spro­wa­dza­ją się ru­chy Gra­czy, wcie­lo­ne w struk­tu­rę ma­te­rii. Jest prze­cież rze­czą ja­sną, że uda­rem­nie­nie wszel­kiej per­tur­ba­cji i wszel­kiej agre­sji  F i z y k ą  u s t a n o w i o n ą, to śro­dek da­le­ko pew­niej­szy i bar­dziej ra­dy­kal­ny niż wszyst­kie inne spo­so­by za­bez­pie­cza­ją­ce (np. za po­mo­cą praw sta­no­wio­nych, za­gro­żeń, nad­zo­ru, przy­mu­su, re­stryk­cji, kar).

Wsku­tek tego Ko­smos sta­no­wi  e k r a n  p o c h ł a n i a j ą c y  wszyst­kich, co do­ra­sta­ją do po­zio­mu Gry, aby w niej brać peł­no­praw­ny udział. Za­sta­ją bo­wiem re­gu­ły, któ­rym mu­szą się pod­po­rząd­ko­wać. Gra­cze  u d a r e m n i l i  so­bie łącz­ność se­man­tycz­ną, po­nie­waż po­ro­zu­mie­wa­ją się me­to­da­mi unie­moż­li­wia­ją­cy­mi zła­ma­nie re­guł Gry: o ich zgo­dzie świad­czy sama usta­no­wio­na jed­ność Fi­zy­ki. Gra­cze uda­rem­ni­li sku­tecz­ną łącz­ność se­man­tycz­ną, po­nie­waż utwo­rzy­li i utrwa­li­li po­mię­dzy sobą ta­kie dy­stan­se, że  c z a s  z d o b y c i a  stra­te­gicz­nie waż­nej in­for­ma­cji o sta­nie in­nych Gra­czy jest za­wsze więk­szy niż czas waż­no­ści ak­tu­al­nej tak­ty­ki Gry. Gdy­by więc ktoś z nich na­wet „roz­ma­wiał” z są­sied­ni­mi Part­ne­ra­mi, to uzy­ska wia­do­mo­ści za­wsze zdez­ak­tu­ali­zo­wa­ne w mo­men­cie ich zdo­by­cia. A za­tem w Ko­smo­sie nie ma żad­nych moż­li­wo­ści po­wsta­wa­nia an­ta­go­ni­stycz­nych ugru­po­wań, kon­spi­ro­wa­nia, two­rze­nia cen­trów wła­dzy lo­kal­nej, ko­ali­cji, zmów itp. Dla­te­go Gra­cze nie od­zy­wa­ją się do sie­bie: sami  t o  s o b i e  u d a r e m n i l i. Był to je­den z ka­no­nów usta­bi­li­zo­wa­nia Gry – więc i Ko­smo­go­nii. Oto wy­ja­śnie­nie czę­ści za­gad­ki Si­len­tium Uni­ver­si. Nie mo­że­my pod­słu­chać roz­mów Gra­czy, po­nie­waż mil­czą zgod­nie z ra­chu­bą stra­te­gicz­ną.

Ache­ro­po­ulos zdo­łał od­gad­nąć ten stan rze­czy. O jego su­mien­no­ści świad­czy za­war­ta w „No­wej Ko­smo­go­nii” an­ty­cy­pa­cja za­rzu­tów, ja­kie może bu­dzić ten ob­raz Gry. Spro­wa­dza­ją się one do pod­kre­śle­nia mon­stru­al­nej dys­pro­por­cji po­mię­dzy mi­liar­do­let­nim tru­dem, ja­ko­by za­in­we­sto­wa­nym w prze­bu­do­wę ca­łe­go Wszech­świa­ta, a efek­ta­mi tej prze­bu­do­wy, któ­ra ma na celu  s p a c y f i k o w a n i e  Wszech­świa­ta – wbu­do­wa­ną weń Fi­zy­ką. Jak to – mówi wy­ima­gi­no­wa­ny prze­zeń kry­tyk – więc mi­liar­dy lat kul­tu­ro­we­go roz­wo­ju jesz­cze nie wy­star­czą spo­łecz­no­ściom tak nie­po­ję­cie dłu­go­wiecz­nym, aby sa­mo­rzut­nie zre­zy­gno­wa­ły z wszel­kich form agre­sji, tak iż Pax Co­smi­ca musi być gwa­ran­to­wa­na umyśl­nie prze­ro­bio­ny­mi po temu Pra­wa­mi Na­tu­ry? Więc wy­si­łek, któ­ry mie­rzy się ener­gia­mi, bi­ją­cy­mi moc mi­lio­nów Ga­lak­tyk na­raz, nie ma na celu ni­cze­go in­ne­go oprócz usta­no­wie­nia  b a r i e r  i  r e s t r y k c j i  wo­jen­ne­go dzia­ła­nia? Od­po­wia­dał na to: ten typ Fi­zy­ki, któ­ra spa­cy­fi­ko­wa­ła Ko­smos, był pod­czas na­ro­dzin Gry ko­niecz­no­ścią, al­bo­wiem tyl­ko je­dy­na stra­te­gia mo­gła ujed­no­rod­nić uni­wer­sum fi­zycz­nie; w prze­ciw­nym ra­zie ogrom­ne jego po­ła­cie po­chło­nął­by cha­os śle­pych ka­ta­kli­zmów. Wa­run­ki eg­zy­sten­cji były w Pra­ko­smo­sie da­le­ko sroż­sze niż dziś, ży­cie po­wsta­wać mo­gło w nim na pra­wach „wy­jąt­ku z re­gu­ły” i, lo­so­wo zro­dzo­ne, lo­so­wo w nim gi­nę­ło. Roz­sze­rza­ją­ca się Me­ta­ga­lak­ty­ka, jej asy­me­trycz­ny upływ cza­su, jej struk­tu­ral­na hie­rar­chia – wszyst­ko to mu­sia­ło być wstęp­nie usta­lo­ne; był to mi­ni­mal­ny ład, nie­zbęd­ny dla utwo­rze­nia pola prac na­stęp­nych.

Ache­ro­po­ulos ro­zu­miał, że sko­ro ta faza prze­kształ­ceń sta­no­wi hi­sto­rię bytu, Gra­cze win­ni mieć przed sobą ja­kieś nowe, da­le­ko­sięż­ne cele i chciał do nich do­trzeć. To mu się, nie­ste­ty, nie uda­ło. Do­ty­ka­my tu­taj roz­dar­cia, za­ta­jo­ne­go w jego sys­te­mie. Ache­ro­po­ulos sta­rał się bo­wiem ogar­nąć Grę nie po­przez re­kon­struk­cję jej for­mal­nej struk­tu­ry, tj. lo­gicz­nie, lecz po­przez sta­wia­nie się w sy­tu­acji Gra­czy, tj. psy­cho­lo­gicz­nie. Czło­wiek nie może jed­nak dojść ich psy­cho­lo­gii, tak samo jak ich ko­dek­su etycz­ne­go; brak mu do tego da­nych; nie mo­że­my so­bie wy­sta­wić, co my­ślą, co czu­ją, cze­go łak­ną Gra­cze, tak samo, jak nie moż­na bu­do­wać Fi­zy­ki, wy­sta­wia­jąc so­bie, co to zna­czy, kie­dy „ist­nie­je się jako elek­tron”.

Im­ma­nen­cja bytu Gra­cza jest dla nas nie­osią­gal­na tak samo, jak im­ma­nen­cja elek­tro­no­we­go bytu. To, że elek­tron sta­no­wi mar­twą cząst­kę pro­ce­sów ma­te­rii, a Gracz przed­sta­wia isto­tę ro­zum­ną, więc po­noć taką jak my, nie ma istot­ne­go zna­cze­nia. Mó­wię o roz­dar­ciu Ache­ro­po­ulo­so­we­go sys­te­mu, po­nie­waż Ache­ro­po­ulos wy­raź­nie oświad­cza w pew­nym miej­scu „No­wej Ko­smo­go­nii”, że mo­ty­wów Gra­czy nie da się od­two­rzyć w opar­ciu o in­tro­spek­cję. Wie­dział o tym, a jed­nak uległ sty­lo­wi my­śle­nia, jaki go ukształ­to­wał, po­nie­waż fi­lo­zof sta­ra się naj­pierw zro­zu­mieć, a po­tem ge­ne­ra­li­zo­wać; dla mnie było ato­li od po­cząt­ku oczy­wi­ste, że tak two­rzyć ob­ra­zu Gry nie wol­no. Ro­zu­mie­ją­cy ogląd za­kła­da spoj­rze­nie na ca­łość Gry z ze­wnątrz, czy­li z ta­kie­go sta­no­wi­ska ob­ser­wa­cyj­ne­go, któ­re­go nie ma i ni­g­dy nie bę­dzie. In­ten­cjo­nal­nych dzia­łań wca­le nie trze­ba utoż­sa­miać z mo­ty­wa­cją psy­cho­lo­gicz­ną. Ety­ka Gra­czy nie po­win­na być uwzględ­nio­na przez ana­li­ty­ka Gry tak samo, jak oso­bi­sta ety­ka do­wód­ców woj­sko­wych nie musi być uwzględ­nio­na przez hi­sto­ry­ka ba­ta­li­stę, stu­diu­ją­ce­go lo­gi­kę stra­te­gicz­ną fron­to­wych ru­chów pod­czas woj­ny. Ob­raz Gry jest de­cy­zyj­ną struk­tu­rą, uwa­run­ko­wa­ną przez stan Gry i stan oto­cze­nia, a nie wy­pad­ko­wą in­dy­wi­du­al­nych ko­dek­sów war­to­ści, za­chceń, pra­gnień czy norm, wy­zna­wa­nych przez po­szcze­gól­nych Gra­czy. To, iż gra­ją w tę samą Grę, by­naj­mniej nie ozna­cza, ja­ko­by pod każ­dym in­nym wzglę­dem mu­sie­li być do sie­bie po­dob­ni! Mogą być aku­rat tak po­dob­ni jak czło­wiek do ma­szy­ny, z któ­rą gra w sza­chy. To­też wca­le nie jest wy­klu­czo­ne, że ist­nie­ją Gra­cze, w bio­lo­gicz­nym ro­zu­mie­niu mar­twi, po­wsta­li w toku nie­bio­lo­gicz­ne­go roz­wo­ju, jak rów­nież Gra­cze, któ­rzy są syn­te­tycz­ny­mi pło­da­mi sztucz­nie za­po­cząt­ko­wa­nej ewo­lu­cji – lecz roz­wa­ża­nia ta­kich ja­ko­ści nie mają pra­wa wstę­pu na te­ren teo­rii Gra­czy.

Naj­cięż­szym dy­le­ma­tem Ache­ro­po­ulo­sa było Si­len­tium Uni­ver­si. Ogól­nie zna­ne są jego dwa pra­wa. Pierw­sze gło­si, że żad­na cy­wi­li­za­cja niż­sze­go po­zio­mu nie może wy­kryć Gra­czy, po­nie­waż nie tyl­ko mil­czą, ale ich po­stę­po­wa­nie ni­czym się nie od­ci­na od ko­smicz­ne­go tła, a to, al­bo­wiem  o n o  j e s t  t y m  t ł e m  w ł a ś n i e.

Dru­gie pra­wo Ache­ro­po­ulo­sa po­wia­da, że Gra­cze nie zwra­ca­ją się do młod­szych cy­wi­li­za­cji z ko­mu­ni­ka­ta­mi opie­kuń­czo-po­moc­ni­czy­mi, po­nie­waż kon­kret­nie ad­re­so­wać ta­kich ko­mu­ni­ka­tów nie mogą, a bez­a­dre­so­wo ich wy­sy­łać nie chcą. Po to, by nadać in­for­ma­cję ad­re­so­wa­ną, trze­ba pier­wej roz­po­znać stan, w ja­kim się znaj­du­je ad­re­sat; lecz to uda­rem­nia wła­śnie pierw­sza za­sa­da Gry, usta­na­wia­ją­ca ba­rie­rę dzia­ła­nia cza­so­prze­strzen­ne­go. Jak wie­my, każ­da in­for­ma­cja uzy­ska­na – o sta­nie in­nej cy­wi­li­za­cji – musi być zu­peł­nym ana­chro­ni­zmem w chwi­li jej ode­bra­nia. Usta­no­wiw­szy swo­je ba­rie­ry, tym sa­mym Gra­cze unie­moż­li­wi­li so­bie roz­po­zna­wa­nie sta­nów in­nych cy­wi­li­za­cji. Bez­a­dre­so­we zaś nada­wa­nie ko­mu­ni­ka­tów przy­no­si za­wsze znacz­nie wię­cej szko­dy niż po­żyt­ku. Ache­ro­po­ulos do­wo­dzi tego w opar­ciu o eks­pe­ry­men­ty, ja­kie prze­pro­wa­dzał. Brał dwa sze­re­gi kar­tek; na jed­nym wy­pi­sy­wał naj­śwież­sze od­kry­cia na­uko­we z lat sześć­dzie­sią­tych, na dru­gim – daty hi­sto­rycz­ne­go ka­len­da­rza na prze­strze­ni stu­le­cia (1860–1960). Na­stęp­nie cią­gnął po pa­rze kar­tek. Czy­sty traf przy­po­rząd­ko­wy­wał dane o od­kry­ciach – da­tom, i to mia­ło na­śla­do­wać bez­a­dre­so­we nada­wa­nie wia­do­mo­ści. W sa­mej rze­czy taka emi­sja rzad­ko kie­dy ma do­dat­nią war­tość dla od­bior­cy. Prze­waż­nie albo nad­cho­dzą­cy ko­mu­ni­kat jest nie­zro­zu­mia­ły (teo­ria względ­no­ści w 1860 roku), albo jest nie­użyt­ko­wal­ny (teo­ria la­se­ra w roku 1878), albo jest wręcz szko­dli­wy (teo­ria ato­mo­wej ener­ge­ty­ki w roku 1939). Tak więc Gra­cze mil­czą, po­nie­waż – po­dług Ache­ro­po­ulo­sa – do­brze ży­czą młod­szym cy­wi­li­za­cjom.

Ar­gu­men­ta­cja taka od­wo­łu­je się za­tem do ety­ki. Już przez to nie jest nie­za­wod­na. Twier­dze­nie, ja­ko­by cy­wi­li­za­cja mu­sia­ła się sta­wać tym do­sko­nal­sza etycz­nie, im jest bar­dziej roz­wi­nię­ta in­stru­men­tal­nie i na­uko­wo, zo­sta­je na­raz wpro­wa­dzo­ne w teo­rię Gry z ze­wnątrz. Teo­ria Ko­smo­go­nicz­nej Gry nie może być tak bu­do­wa­na; albo Si­len­tium Uni­ver­si wy­ni­ka ze struk­tu­ry Gry nie­uchron­nie, albo samo ist­nie­nie Gry trze­ba po­dać w wąt­pli­wość. Hi­po­te­zy ad hoc nie mogą ura­to­wać jej wia­ry­god­no­ści.

Ache­ro­po­ulos zda­wał so­bie z tego spra­wę: pro­blem ten nę­kał go bar­dziej do­tkli­wie niż całe za­po­zna­nie, ja­kie­go do­świad­czył. Do­łą­cza tedy do „hi­po­te­zy mo­ral­nej” inne, jed­na­ko­woż nie ma ta­kiej ilo­ści sła­bych hi­po­tez, któ­ra by za­stą­pi­ła jed­ną – lecz sil­ną. W tym miej­scu mu­szę mó­wić o so­bie. Co uczy­ni­łem jako kon­ty­nu­ator Ache­ro­po­ulo­sa? Teo­ria moja wy­ni­kła z Fi­zy­ki i w Fi­zy­kę się ob­ra­ca – lecz sama do Fi­zy­ki nie na­le­ży. Oczy­wi­ście, gdy­by z niej wy­ni­ka­ła tyl­ko ta Fi­zy­ka, z któ­rej ją wy­pro­wa­dzi­łem, by­ła­by to bez­war­to­ścio­wa za­ba­wa w tau­to­lo­gię.

Fi­zyk za­cho­wy­wał się do­tąd jak czło­wiek ob­ser­wu­ją­cy ru­chy na sza­chow­ni­cy, któ­ry już wie, jak po­ru­sza się każ­da fi­gu­ra, lecz nie uwa­ża, żeby ru­chy fi­gur zmie­rza­ły do ja­kie­goś celu. Gra ko­smo­go­nicz­na to­czy się ina­czej niż sza­cho­wa: zmie­nia­ją się w niej bo­wiem re­gu­ły, więc pra­wa ru­chu, fi­gu­ry i sza­chow­ni­ca. Ze wzglę­du na to teo­ria moja nie jest re­kon­struk­cją ca­łej Gry, jaka bie­gła od jej po­wsta­nia, lecz tyl­ko jej ostat­niej czę­ści. Teo­ria moja – to tyl­ko frag­ment ca­ło­ści, a więc coś ta­kie­go, jak od­two­rzo­na, w opar­ciu o ob­ser­wa­cję sza­chów, za­sa­da gam­bi­tu. Ten, kto zna za­sa­dę gam­bi­tu, wie już, że fi­gu­rę cen­ną ofia­ro­wu­je się po to, aby zy­skać póź­niej coś jesz­cze cen­niej­sze­go, ale nie musi wie­dzieć, że ową naj­wyż­szą wy­gra­ną ozna­cza mat. Z Fi­zy­ki, jaką dys­po­nu­je­my, nie daje się wy­pro­wa­dzić spój­na struk­tu­ra Gry – ani na­wet jej czę­ści. Do­pie­ro gdy po­sze­dłem za ge­nial­ną in­tu­icją Ache­ro­po­ulo­sa i za­ło­ży­łem, że ak­tu­al­ną Fi­zy­kę na­le­ży „uzu­peł­nić”, uda­ło mi się od­two­rzyć wy­tycz­ne to­czą­cej się par­tii. Po­stę­po­wa­nie to było skraj­nie he­re­tyc­kie, po­nie­waż pierw­szym za­ło­że­niem na­uki jest teza, iż świat to coś „go­to­we­go” i „za­koń­czo­ne­go” w swych pra­wach. Ja na­to­miast za­kła­dam, że ak­tu­al­na Fi­zy­ka sta­no­wi przej­ścio­wy etap na dro­dze okre­ślo­nych prze­kształ­ceń.

Tak zwa­ne „sta­łe uni­wer­sal­ne” nie są wca­le sta­ły­mi. Nie jest, w szcze­gól­no­ści, nie­zmien­na – sta­ła Bolt­zman­na. Zna­czy to, że cho­ciaż koń­co­wym sta­nem każ­de­go po­cząt­ko­we­go ładu musi być w Ko­smo­sie bez­ład, to jed­nak tem­po wzra­sta­nia cha­osu może pod­le­gać zmia­nom wy­wo­ły­wa­nym przez Gra­czy. Zda­je się (to je­dy­nie przy­pusz­cze­nie, a nie de­duk­cja z teo­rii!), że Gra­cze spo­rzą­dzi­li asy­me­trię cza­su za­bie­giem na­der bru­tal­nym, tak „jak­by im się spie­szy­ło” (w ska­li ko­smicz­nej, za­pew­ne). Bru­tal­ność w tym, że uczy­ni­li gra­dient wzro­stu en­tro­pii bar­dzo stro­mym. Po­słu­ży­li się sil­ną ten­den­cją wzro­stów bez­ła­du po to, żeby za­pro­wa­dzić w Ko­smo­sie  j e d y n y  ł a d. Jak­kol­wiek od­tąd bie­gnie wszyst­ko od po­rząd­ku do nie­upo­rząd­ko­wa­nia, to prze­cież w ca­ło­ści ob­raz oka­zu­je się  j e d n o r o d n y, pod­le­gły  j e d n e j  za­sa­dzie i przez to ge­ne­ral­nie uła­dzo­ny.

O tym, że pro­ce­sy mi­kro­świa­ta są w za­sa­dzie od­wra­cal­ne, wia­do­mo było już od daw­na. Z teo­rii wy­ni­ka rzecz nie­zwy­kła: gdy­by ener­gia, jaką na­uka ziem­ska in­we­stu­je w ba­da­nie czą­stek ele­men­tar­nych, ule­gła po­więk­sze­niu 1019 razy, to ba­da­nie jako  w y k r y w a n i e  sta­nu rze­czy zmie­ni­ło­by się w prze­mia­nę tego sta­nu! Za­miast roz­po­znać pra­wa Na­tu­ry, nie­znacz­nie by­śmy je od­kształ­ci­li.

To jest czu­łe miej­sce, pię­ta achil­le­so­wa Fi­zy­ki ak­tu­al­ne­go Uni­wer­sum. Mi­kro­świat przed­sta­wia obec­nie głów­ny plac bu­dow­la­nych ro­bót dla Gra­czy. Uczy­ni­li go nie­sta­tecz­nym i ste­ru­ją nim w pe­wien spo­sób. Wy­da­je mi się, że pew­ną część Fi­zy­ki, już usta­tecz­nio­ną, nie­ja­ko po­now­nie ru­szy­li z po­sad. Do­ko­nu­ją re­wi­zji, uru­cha­mia­ją pra­wa już za­sty­głe. Dla­te­go do­cho­wu­ją mil­cze­nia, któ­re jest „ci­szą stra­te­gicz­ną”. Nie in­for­mu­ją ni­ko­go z „po­stron­nych” ani o tym, co ro­bią, ani na­wet o tym, że Gra się to­czy. Wie­dza o ist­nie­niu Gry sta­wia prze­cież całą Fi­zy­kę w zu­peł­nie no­wym świe­tle. Gra­cze mil­czą, by unik­nąć nie­po­żą­da­nych za­kłó­ceń, in­ter­wen­cji, i za­pew­ne będą mil­cze­li do za­koń­cze­nia tych prac. Jak dłu­go trwa owo Si­len­tium Uni­ver­si? Tego nie wie­my; moż­na przy­pusz­czać, że co naj­mniej sto mi­lio­nów lat.

A więc Ko­smos znaj­du­je się, swo­ją Fi­zy­ką, na roz­sta­ju. Do cze­go zmie­rza­ją Gra­cze – tą mo­nu­men­tal­ną prze­bu­do­wą? I tego nie wie­my. Teo­ria wy­ja­wia tyl­ko, że sta­ła Bolt­zman­na bę­dzie ma­la­ła wraz z in­ny­mi sta­ły­mi, aż uzy­ska pew­ną okre­ślo­ną war­tość, któ­ra jest Gra­czom po­trzeb­na – ale nie wie­my do cze­go. Tak jak ten, kto już ro­zu­mie za­sa­dę gam­bi­tu, nie musi poj­mo­wać, cze­mu słu­ży taka ope­ra­cja – w ca­ło­ści sza­cho­wej par­tii. To, co jesz­cze po­wiem, wy­kra­cza już poza ostat­ni skraj na­szej wie­dzy. Dys­po­nu­je­my bo­wiem ist­nym em­bar­ras de ri­ches­se naj­roz­ma­it­szych hi­po­tez, wy­po­wie­dzia­nych w cią­gu ostat­nich kil­ku lat. Gru­pa bro­oklyń­ska pro­fe­so­ra Bow­ma­na uwa­ża, że Gra­cze chcą za­mknąć „szcze­li­nę od­wra­cal­no­ści zja­wisk”, jaka jesz­cze „po­zo­sta­ła” w ło­nie ma­te­rii – re­gio­nie czą­stek ele­men­tar­nych. Nie­któ­rzy twier­dzą, że osła­bie­nie gra­dien­tów en­tro­pij­nych ma na celu lep­szą ad­ap­ta­cję Ko­smo­su dla zja­wisk ży­cia, a na­wet, że cho­dzi Gra­czom o „upsy­cho­zo­icz­nie­nie” ca­łe­go Uni­wer­sum. Są to, moim zda­niem, hi­po­te­zy nad­mier­nie zu­chwa­łe, zwłasz­cza przez ich po­do­bień­stwo do pew­nych an­tro­po­cen­trycz­nych wy­obra­żeń.

Myśl o tym, że cały Ko­smos ewo­lu­uje tak, aby się stać „jed­nym wiel­kim Ro­zu­mem”, aby się „upsy­chicz­nić”, sta­no­wi lejt­mo­tyw wie­lu roz­ma­itych fi­lo­zo­fii – i wie­lu re­li­gij­nych wiar prze­szło­ści. Pro­fe­sor Ben Nour wy­ra­ził się w „In­ten­tio­nal Co­smo­go­ny”, że kil­ku naj­bliż­szych Zie­mi Gra­czy (je­den z nich może się znaj­do­wać w Mgła­wi­cy An­dro­me­dy) nie sko­or­dy­no­wa­ło opty­mal­nie swo­ich ru­chów, więc Zie­mia trwa w re­gio­nie „oscy­lo­wa­nia Fi­zy­ki”: ozna­cza­ło­by to, że teo­ria Gry nie od­zwier­cie­dla wca­le tak­ty­ki Gra­czy na obec­nym eta­pie, lecz tyl­ko jej lo­kal­ny, do­syć przy­pad­ko­wy uchy­łek. Pe­wien po­pu­la­ry­za­tor oświad­czył, że Zie­mia zna­la­zła się w ob­sza­rze „kon­flik­tu”: dwaj są­sied­ni Gra­cze pod­ję­li „pod­jaz­do­wą woj­nę” – po­przez „Pod­stęp­ną Zmia­nę Praw Fi­zy­ki”, i tym się tłu­ma­czą zmia­ny sta­łej Bolt­zman­na.

Przy­pusz­cze­nie, że Gra­cze „osła­bia­ją” II pra­wo ter­mo­dy­na­mi­ki, jest obec­nie bar­dzo po­pu­lar­ne. W związ­ku z tym uwa­żam za in­te­re­su­ją­cą wy­po­wiedź aka­de­mi­ka A. Sły­sza, któ­ry w pra­cy „Lo­gi­ka i No­wa­ja Ko­smo­go­ni­ja” zwró­cił uwa­gę na nie­jed­no­znacz­ność sprzę­że­nia za­cho­dzą­ce­go mię­dzy Fi­zy­ką a Lo­gi­ką. Bar­dzo moż­li­we – po­wia­da Słysz – że Ko­smos z osła­bio­ną ten­den­cją en­tro­pij­ną wy­twa­rzał­by bar­dzo wiel­kie sys­te­my in­for­ma­cyj­ne, któ­re oka­za­ły­by się bar­dzo głu­pie. Wy­da­je się to praw­do­po­dob­ne w świe­tle prac kil­ku mło­dych ma­te­ma­ty­ków; uwa­ża­ją oni za moż­li­we, że zmia­ny Fi­zy­ki, już urze­czy­wist­nio­ne przez Gra­czy, do­pro­wa­dzi­ły do zmian ma­te­ma­ty­ki, czy też, mó­wiąc wy­raź­niej, do prze­kształ­ce­nia kon­stru­owal­no­ści nie­sprzecz­nych sys­te­mów w na­ukach for­mal­nych. Od ta­kie­go sta­no­wi­ska już bli­sko do tezy, iż słyn­ny do­wód Gödla, za­war­ty w jego pra­cy „Ueber die unent­sche­id­ba­ren Sät­ze der for­ma­len Sys­te­me”, uka­zu­ją­cy gra­ni­ce per­fek­cji, osią­gal­nej w ma­te­ma­ty­ce sys­te­mo­wej, nie jest waż­ny uni­wer­sal­nie, tj. „dla wszyst­kich moż­li­wych Ko­smo­sów”, lecz waż­ny jest tyl­ko dla Ko­smo­su w jego ak­tu­al­nym sta­nie. (A na­wet – że on­giś, po­wiedz­my, pół mi­liar­da lat temu, do­wód Gödla nie dał­by się prze­pro­wa­dzić, po­nie­waż wów­czas pra­wa kon­stru­owal­no­ści ma­te­ma­tycz­nych sys­te­mów były  i n n e  niż są obec­nie).

Mu­szę wy­znać, że jak­kol­wiek do­sko­na­le ro­zu­miem mo­ty­wa­cję tych wszyst­kich, któ­rzy ogła­sza­ją te­raz swo­je roz­ma­ite do­mnie­ma­nia co do ce­lów Gry, za­mia­rów Gra­czy, głów­nych war­to­ści, ja­kich ci się rze­ko­mo trzy­ma­ją, i tak da­lej – to jed­nak je­stem za­ra­zem ra­czej za­nie­po­ko­jo­ny nie­pre­cy­zyj­no­ścią albo wręcz ba­ła­mut­nym cha­rak­te­rem mnó­stwa ta­kich – czę­sto lek­ko­myśl­nych – do­mnie­mań. Nie­któ­rzy lu­dzie wy­obra­ża­ją so­bie te­raz Ko­smos na po­do­bień­stwo miesz­ka­nia, ja­kie moż­na w parę chwil prze­me­blo­wać, jak się lo­ka­to­rom spodo­ba. O ta­kim sto­sun­ku do praw Fi­zy­ki, do praw Na­tu­ry nie może być mowy. Tem­po re­al­nych prze­kształ­ceń jest w ska­li na­szych ży­wo­tów nie­sły­cha­nie po­wol­ne. Nie wy­ni­ka z tego, spie­szę do­dać, ab­so­lut­nie nic w spra­wie przy­ro­dy sa­mych Gra­czy, np. ich rze­ko­mej dłu­go­wiecz­no­ści albo wręcz nie­śmier­tel­no­ści. Na ten te­mat tak­że nic nam nie wia­do­mo. Być może, jak pi­sa­no, Gra­cze nie są wca­le isto­ta­mi ży­wy­mi, to jest, po­wsta­ły­mi bio­lo­gicz­nie; być może, człon­ko­wie Pierw­szych Cy­wi­li­za­cji w ogó­le, i to od pra­wie­ków, nie zaj­mu­ją się sami Grą, lecz prze­ka­za­li ją ja­kimś ogrom­nym au­to­ma­tom – ster­ni­kom Ko­smo­go­nii. Być może, mnó­stwa Pra­cy­wi­li­za­cji, któ­re za­po­cząt­ko­wa­ły Grę, nie ma już, a rolę ich wy­peł­nia­ją sa­mo­czyn­ne ukła­dy i one to sta­no­wią część Part­ne­rów Gry. Wszyst­ko to być może i na py­ta­nia ta­kie nie uzy­ska­my od­po­wie­dzi ani za rok, ani, jak są­dzę, za sto lat.

Nie­mniej, uzy­ska­li­śmy okre­ślo­ną, nową wie­dzę. Jak zwy­kle to bywa z wie­dzą, wy­ja­wia ona wię­cej w kwe­stiach ogra­ni­czeń dzia­ła­nia niż jego po­tę­gi. Pew­ni teo­re­ty­cy utrzy­mu­ją dziś, że Gra­cze, gdy­by tego pra­gnę­li, mo­gli­by znieść to ogra­ni­cze­nie do­kład­no­ści po­mia­rów, ja­kie na­kła­da na nie re­la­cja nie­ozna­czo­no­ści He­isen­ber­ga. (Dok­tor John Com­mand wy­po­wie­dział myśl, że re­la­cja nie­ozna­czo­no­ści jest ma­new­rem tak­tycz­nym, wpro­wa­dzo­nym przez Gra­czy na ta­kich sa­mych pra­wach, co re­gu­ła Si­len­tium Uni­ver­si: żeby „nikt nie mógł ma­ni­pu­lo­wać Fi­zy­ką w spo­sób nie­po­żą­da­ny – je­śli sam nie jest Gra­czem”). Gdy­by tak na­wet było, Gra­cze nie mogą znieść wię­zi ist­nie­ją­cej po­mię­dzy zmia­na­mi praw ma­te­rii a dzia­ła­niem umy­słu, bo on jest z tej­że ma­te­rii zbu­do­wa­ny. Wy­obra­że­nie, ja­ko­by moż­na spo­rzą­dzić Lo­gi­kę bądź Me­ta­lo­gi­kę, waż­ną „dla wszyst­kich kon­stru­owal­nych wszech­świa­tów”, jest myl­ne, i  t o  j u ż  d z i ś  u d a ł o  s i ę  u d o w o d n i ć. Oso­bi­ście są­dzę, że Gra­cze, do­sko­na­le poj­mu­jąc ten stan rze­czy, mają kło­po­ty – oczy­wi­ście kło­po­ty nie na na­szą ska­lę i mia­rę!

Je­że­li świa­do­mość o nie­wsze­chwied­no­ści Gra­czy może na­pa­wać nas nie­po­ko­jem, sko­ro przez to uzmy­sła­wia­my so­bie im­ma­nent­ne ry­zy­ko Ko­smo­go­nicz­nej Gry, to re­flek­sja ta za­ra­zem przy­bli­ża gwał­tow­nie na­szą ży­cio­wą sy­tu­ację do kon­dy­cji Gra­czy – al­bo­wiem nikt nie jest w Uni­wer­sum wszech­moc­ny. Naj­wyż­sze Cy­wi­li­za­cje też są Czę­ścia­mi – Nie-Zna­ją­cy­mi-Do-Koń­ca-Ca­ło­ści.

Ro­nald Schu­er po­szedł naj­da­lej w wy­su­wa­niu śmia­łych do­my­słów: po­wie­dział w „Re­ason-made Uni­ver­se”: „Laws ver­sus Ru­les”, że im do­głęb­niej Gra­cze trans­for­mu­ją Ko­smos, tym sil­niej od­mie­nia­ją sa­mych sie­bie. Zmia­na pro­wa­dzi do tego, co Schu­er na­zy­wa „zgi­lo­ty­no­wa­niem pa­mię­ci”. Al­bo­wiem, istot­nie, ten, kto by się prze­kształ­cił bar­dzo ra­dy­kal­nie, tym sa­mym ruj­nu­je w ja­kiejś mie­rze pa­mięć wła­snej prze­szło­ści – sprzed owe­go za­bie­gu. Gra­cze, po­wia­da Schu­er, zdo­by­wa­jąc ro­sną­cą po­tę­gę ko­smo­trans­for­ma­cyj­ną, za­cie­ra­ją sami śla­dy dro­gi, jaką Ko­smos do­tąd ewo­lu­ował. W gra­ni­cy oka­zu­je się wszech­moc spraw­cza po­ra­że­niem re­tro­gno­zy. Gra­cze, je­śli sta­ra­ją się nadać Ko­smo­so­wi wła­sno­ści ko­leb­ki Ro­zu­mu, re­du­ku­ją w tym celu moc en­tro­pij­ne­go pra­wa; po mi­liar­dzie lat, za­tra­ciw­szy pa­mięć o tym, co było z nimi i przed nimi, do­pro­wa­dza­ją Ko­smos do sta­nu, o ja­kim mó­wił Słysz. Przy li­kwi­da­cji „ha­mul­ca en­tro­pij­ne­go” po­wsta­je wy­bu­cho­wy roz­rost bios­fer, mnó­stwo nie­doj­rza­łych cy­wi­li­za­cji przed­wcze­śnie włą­cza się do Gry i po­wo­du­je jej kol­laps. Tak, po­przez za­paść Gry do­cho­dzi do cha­osu… z któ­re­go po eonach wy­ła­nia się nowy Ko­lek­tyw Gra­czy… aby roz­po­cząć Grę od nowa. Tak więc po­dług Schu­era Gra to­czy się  k o ł e m, i tym sa­mym py­ta­nie o „po­czą­tek Uni­wer­sum” nie ma żad­ne­go sen­su. Ob­ra­zek to nie­zwy­kły, lecz nie­wia­ry­god­ny. Je­że­li  m y  umie­my prze­wi­dzieć fa­tal­ność kol­lap­su, cóż do­pie­ro, gdy mó­wić o pro­gno­zach, na ja­kie stać Gra­czy.

Pro­szę Pań­stwa, kry­sta­licz­ny ob­raz Gry to­czo­nej przez od­da­lo­ne od sie­bie o mi­liar­dy par­se­ków Ro­zu­my, scho­wa­ne w mgła­wi­co­wych kłę­bach gwiazd, na­kre­śli­łem, aby go po­tem za­mą­cić – ule­wą nie­ja­sno­ści, sprzecz­nych do­my­słów i zgo­ła nie­praw­do­po­dob­nych hi­po­tez. Ale taki wła­śnie jest zwy­kły tryb po­zna­nia. Na­uka wi­dzi obec­nie Ko­smos jako pa­limp­sest Gier, ob­da­rzo­nych pa­mię­cią głęb­szą, niż może się­gać pa­mięć po­szcze­gól­ne­go Gra­cza. Pa­mię­cią tą jest ze­strój Praw Na­tu­ry, utrzy­mu­ją­cych Ko­smos w jed­no­rod­no­ści ru­chu. Pa­trzy­my więc te­raz na Uni­wer­sum jako na pole mi­liar­do­let­nich prac, na­war­stwia­ją­cych się eona­mi, po­dą­ża­ją­cych ku ce­lom, któ­rych tyl­ko naj­drob­niej­sze, naj­bliż­sze ułam­ki mo­że­my cząst­ko­wo po­chwy­cić. Czy ten ob­raz jest praw­dzi­wy? Czy nie za­stą­pi go kie­dyś ja­kiś na­stęp­ny, inny, tak ra­dy­kal­nie od­mien­ny, jak ra­dy­kal­nie od­mien­nym jest ten nasz mo­del – Gry Ro­zu­mów – od wszyst­kich hi­sto­rycz­nie po­wsta­łych? Za­miast od­po­wie­dzi przy­to­czę tu sło­wa pro­fe­so­ra Ern­sta Ah­ren­sa, mego na­uczy­cie­la. Wie­le lat temu, gdy jesz­cze jako mło­dzie­niec uda­wa­łem się do nie­go z pierw­szy­mi bru­lio­na­mi za­wie­ra­ją­cy­mi kon­cep­cję Gry, aby spy­tać go o zda­nie, Ah­rens po­wie­dział: „Teo­ria? Aż teo­ria? Być może, to nie jest teo­ria. Ludz­kość wy­bie­ra się prze­cież do gwiazd? Więc, je­śli tego na­wet nie ma, być może cho­dzi o plan, być może to się kie­dyś wszyst­ko wła­śnie tak od­bę­dzie!”. Tymi – nie do koń­ca scep­tycz­ny­mi prze­cież! – sło­wa­mi mego na­uczy­cie­la chcę za­koń­czyć ni­niej­szą pre­lek­cję. Dzię­ku­ję Pań­stwu za uwa­gę.