Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Pierwsza odsłona trylogii o ostatnim władcy południowego Mozambiku autorstwa jednego z najważniejszych współczesnych pisarzy afrykańskich.
Południowy Mozambik, rok 1894. Sierżant Germano de Melo zostaje wysłany do wioski Nkokolani, aby nadzorować podbój terytorium, do którego rości sobie prawo Ngungunyane, ostatni z przywódców Imperium Gazy, drugiego co do wielkości afrykańskiego królestwa rządzonego przez Afrykanina. Ngungunyane zebrał armię, aby przeciwstawić się rządom kolonialnym, i wraz ze swoimi wojownikami powoli zbliża się do przygranicznej wioski. Zdesperowany Germano prosi Imani, piętnastoletnią dziewczynę, aby została jego tłumaczką. Imani należy do plemienia Chopi, jednego z nielicznych, które odważyło się stanąć po stronie Portugalczyków. Ale podczas gdy jeden z jej braci walczy dla Portugalii, drugi wybrał armię afrykańskiego władcy. Między tłumaczką a sierżantem rodzi się uczucie. Imani wie jednak, że w kraju, w którym króluje przemoc, kobieta musi pozostać niezauważona, stać się cieniem, popiołem.
W Kobietach z popiołu Mia Couto z właściwą sobie żywiołowością opisuje rozdarty wojną Mozambik u schyłku XIX wieku, sięgając po źródła historyczne i oddając sprawiedliwość faktom.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 338
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Władca piachuTrylogia mozambicka
Mia Couto
Kobiety z popiołu
Księga pierwsza
przełożył Michał Lipszyc
Jest to pierwsza część trylogii, która opowiada o ostatnich dniach tak zwanego Imperium Gazy, drugiego co do wielkości afrykańskiego królestwa rządzonego przez Afrykanina. Ngungunyane[1] (lub Gungunhane, bo tym imieniem nazywali go Portugalczycy) był ostatnim tubylczym władcą, który rządził całą południową połową mozambickiego terytorium. Pokonany w 1895 roku przez wojska portugalskie dowodzone przez Mouzinha de Albuquerque, Ngungunyane został deportowany na Azory, gdzie przebywał aż do swojej śmierci w roku 1906. W 1985 roku jego szczątki przewieziono do Mozambiku.
Krążą jednak i takie wersje zdarzeń, które sugerują, że to nie kości władcy powróciły w urnie do afrykańskiej ojczyzny, lecz grudki piachu. Po wielkim wrogu Portugalii pozostał piach zebrany z portugalskiej ziemi.
Poniższa opowieść to beletrystyka zainspirowana faktami i postaciami historycznymi. Za źródło informacji posłużyła obszerna dokumentacja powstała w Mozambiku i w Portugalii oraz, w jeszcze większej mierze, liczne wywiady przeprowadzone w Maputo i Inhambane. Ze wszystkich rozmówców należy wyróżnić tu Afonsa Silvę Dambilę, któremu pragnę wyrazić moją głęboką wdzięczność.
[1] W wypadku imion i nazw afrykańskich tłumacz przeważnie decyduje się zachować pisownię portugalskiego oryginału, podając w przypisie przybliżoną polską wymowę. I tak, imię władcy Ngungunyane (pisownia angielska) powinno się czytać po polsku jako „Ngungunjani”, zaś stosowana tu również portugalska forma „Gungunhane” – jako „Gunguniani”. Afrykańskie nazwy w oryginale nie są podporządkowane jednej konkretnej transkrypcji, bo często już w językach lokalnych występują w różnych formach, a te z kolei rozpowszechniane były wśród Europejczyków za pośrednictwem różnych pisowni w językach europejskich, nieraz zniekształcających brzmienie oryginalne. Autor, zachowując tę różnorodność, czasem w celach stylistycznych, a czasem po to, by oddać stan ówczesnej wiedzy Europejczyków na temat afrykańskiego nazewnictwa, stosuje zarówno pisownię portugalską, jak i angielską (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).
Lecz wydaje się, że przez nasze grzechy lub wskutek jakiegoś niezgłębionego boskiego wyroku we wszystkich miejscach dostępu do owej wielkiej Etiopii, do której pożeglowaliśmy, ustawił On anioła z ognistym mieczem śmiertelnej gorączki, która nie pozwala nam teraz wkroczyć w wiosenne gaje tej krainy, skąd wypływają rzeki złota uchodzące do morza…
João de Barros
Kobiety z popiołu
Droga to miecz. Ostrze tego miecza rozcina ciało ziemi. Wkrótce nasz naród będzie siecią blizn, mapą stworzoną z tylu śladów zadanych ciosów, że bardziej będziemy się szczycić ranami niż nietkniętym ciałem, które udało się jeszcze zachować.
Gwiazdy wykopane z ziemi
Mama powiada: życie robi się tak jak włóczkę. Należy zaplatać je tak długo, aż nie będzie się dało odróżnić włókien od palców.
Każdego ranka siedem słońc wschodziło nad równiną Inharrime. W tamtych czasach nieboskłon był znacznie większy i mieściły się na nim wszystkie gwiazdy, zarówno te żywe, jak i te, które już umarły. Nasza mama, naga tak jak spała, wychodziła z domu z sitem w dłoni. Szła wybrać najlepsze ze słońc. Zbierała w sito pozostałe sześć gwiazd i przynosiła je do wioski. Następnie zagrzebywała je obok termitiery za naszym domem. To był nasz cmentarz astralnych stworzeń. Pewnego dnia, kiedy pojawi się taka potrzeba, pójdziemy tam i wykopiemy gwiazdy. Dzięki temu dziedzictwu nigdy nie zaznamy biedy. Tak mówiła nasza mama, Chikazi Makwakwa[2]. Albo po prostu mame w naszym języku ojczystym.
Ci, którzy nas odwiedzali, poznawali inną przyczynę tych wierzeń. To właśnie w termitierze zagrzebywano łożyska noworodków. Na tym kopcu pełnym insektów rosło drzewo mafura[3]. Do jego pnia mocowaliśmy białe chusty. W ten sposób rozmawialiśmy z naszymi zmarłymi.
Ale termitiera była przeciwieństwem cmentarza. To tam, w tej strażnicy deszczy, mieszkała nasza wieczność.
Pewnego razu, kiedy poranek już został przesiany, jakiś bucior nadepnął na słońce, właśnie to, które wybrała mama. To był wojskowy but, taki sam, jakie nosili Portugalczycy. Ale tym razem miał go na sobie wojownik Nguni. Wojownik pojawił się u nas z rozkazu władcy Ngungunyane.
Władców dręczy głód ziemi, a ich żołnierze to paszcze pożerające całe narody. Tamten bucior roztrzaskał słońce na tysiąc odłamków. I dzień pogrążył się w ciemnościach. I wszystkie kolejne dni także. Siedem słońc konało pod butami wojskowych. Nasza ziemia była pożerana. Nie mając gwiazd, które mogłyby karmić nasze sny, uczyliśmy się odtąd żyć w nędzy. I straciliśmy wieczność. Wiedząc przy tym, że wieczność to tylko inna nazwa Życia.
*
Nazywam się Imani. To imię, które mi nadano, tak naprawdę nie jest imieniem. W moim ojczystym języku imani znaczy „kto to?”. Puka się do drzwi, a po drugiej stronie ktoś pyta:
– Imani?
No i właśnie z tego pytania uczyniono moją tożsamość. Tak jakbym była cieniem bez ciała, wiecznym oczekiwaniem na odpowiedź.
W naszych stronach, w Nkokolani, powiada się, że imię noworodka pochodzi od szeptu, który słychać przed przyjściem dziecka na świat. W brzuchu matki nie kształtuje się jedynie nowe ciało. Powstaje tam również dusza, moia. Przebywając jeszcze w mrokach łona, moia tworzy się z głosów tych, którzy już umarli. Jeden z tych przodków prosi tę nową istotę, aby przyjęła jego imię. W moim przypadku wyszeptane zostało imię Laieluane, mojej babci ze strony ojca.
Jak nakazuje tradycja, nasz ojciec poszedł zasięgnąć rady wróżbity. Chciał się dowiedzieć, czy na pewno trafnie zrozumieliśmy wolę tego ducha. I stała się rzecz niespodziewana – wróż nie potwierdził prawomocności nadanego imienia. Trzeba było skonsultować się z drugim wiedzącym, który, pełen współczucia, po zaoferowaniu mu funta szterlinga zapewnił, że wszystko jest w porządku. Ale ponieważ w pierwszych miesiącach życia płakałam bez ustanku, rodzina uznała, że jednak dostałam niewłaściwe imię. Zasięgnięto rady cioci Rosi, rodzinnej wróżbitki. Po rozsypaniu magicznych kosteczek ciocia orzekła: „U tej dziewczynki to nie imię jest błędne. To jej życie wymaga korekty”.
Ojciec zrzekł się odpowiedzialności. Odtąd miała się mną zajmować mama. A zaczęła od nadania mi kolejnego imienia – „Popiółka”. Nikt nie rozumiał jej decyzji, a samo imię i tak długo nie przetrwało. Kiedy zginęły moje siostry, porwane przez wielkie powodzie, zaczęto mnie nazywać „Żywą”. Teraz tak właśnie się do mnie zwracano, jakby to, że udało mi się przeżyć, było jedyną wyróżniającą mnie cechą. Moi rodzice nakazywali moim braciom, aby poszli sprawdzić, gdzie jest Żywa. To nie było imię. To był sposób na to, by nie mówić, że pozostałe córki są martwe.
Reszta historii jest jeszcze bardziej mętna. W pewnym momencie ojciec ponownie przemyślał całą sprawę i ostatecznie narzucił swoją decyzję. Miałam być nazywana imieniem, które tak naprawdę żadnym imieniem nie było: „Imani”. I w końcu wszystko wróciło na swoje miejsce. Nadawanie imienia to akt władzy, pierwsza i najbardziej doniosła decyzja podczas zajmowania obcego terytorium. Mój ojciec, który tak się uskarżał na obcą władzę, sam przyjął status drobnego władcy.
Nie wiem, dlaczego tak rozwlekle to wyjaśniam. Bo przecież nie urodziłam się, aby być człowiekiem. Jestem rasą, narodem, płcią, wszystkim, co uniemożliwia mi bycie samą sobą. Jestem czarna, jestem z ludu Chopi[4], niewielkiego narodu z wybrzeża Mozambiku. Chopi mieli śmiałość przeciwstawić się najazdowi Nguni – wojowników, którzy przybyli z południa i zagnieździli się u nas, jakby byli władcami wszechświata. Powiada się w Nkokolani: Świat jest tak wielki, że nie ma w nim miejsca dla żadnego pana.
Mimo to do naszej ziemi rościły sobie prawa dwie grupy najeźdźców: Nguni i Portugalczycy. To właśnie dlatego tak bardzo się nienawidzili i wiedli ze sobą wojny – bo mieli bardzo podobne zamiary. Wojska Nguni były znacznie liczniejsze i potężniejsze. Silniejsze były też ich duchy, rządziły bowiem po obu stronach granicy, która rozdarła nasze ziemie na pół. Z jednej strony Królestwo Gazy, na którego czele stał wódz ludu Nguni, władca Ngungunyane. Z drugiej strony ziemie należące do Korony, gdzie rządził monarcha, którego nie było dane poznać żadnemu Afrykaninowi – Dom Carlos I, król Portugalii.
Pozostałe narody, nasi sąsiedzi, przystosowały się do języka i obyczajów czarnych najeźdźców, którzy napływali z południa. My, Chopi, należymy do tych nielicznych, którzy sprzymierzyli się z Portugalczykami podczas konfliktu z Królestwem Gazy. Jest nas niewiele, a otaczają nas mury dumy i khokholo, drewniane palisady, które wznosimy wokół naszych wsi. Z powodu tych wszystkich zabezpieczeń nasze siedziby stały się tak małe, że nawet kamienie mają w nich swoje imiona. W Nkokolani piliśmy wszyscy z tej samej studni. Wystarczyłaby jedna kropla trucizny, aby uśmiercić całą wioskę.
*
Niezliczoną ilość razy budziły nas wrzaski naszej mamy. Krzyczała przez sen, krążąc po domu w lunatycznych wędrówkach. Podczas tych nocnych majaczeń dowodziła swoją rodziną w ramach niekończącej się kampanii, przemierzając bagna, rzeki i zjawy. Wracała do naszej dawnej wioski nad brzegiem oceanu, gdzie przyszliśmy na świat.
Jest w Nkokolani przysłowie, które powiada: Jeżeli chcesz poznać jakieś miejsce, porozmawiaj z nieobecnymi; jeżeli chcesz poznać człowieka, wsłuchaj się w jego sny. Otóż to był jedyny sen naszej mamy – powrócić do miejsca, gdzie żyliśmy w szczęściu i w pokoju. Jej tęsknota za tym miejscem była nieskończona. Swoją drogą, czy istnieje tęsknota, która nie jest nieskończona?
Ja sobie roję o czymś zupełnie innym. Nie krzyczę ani nie snuję się po domu. Ale nie ma nocy, żebym nie śniła o byciu matką. A dzisiaj wróciłam do snu, w którym jestem w ciąży. Wypukłość mojego brzucha rywalizowała z krągłością księżyca. Ale tym razem miałam do czynienia z odwrotnością porodu – to mój syn wypychał ze swojego wnętrza mnie. Może tak naprawdę właśnie to robią rodzące się istoty; uwalniają się od swoich matek, oddzierają się od tego nieokreślonego, jedynego ciała. No i mój wyśniony synek to stworzenie bez twarzy i bez imienia, zrywał więzy ze mną w gwałtownych, bolesnych spazmach. Zbudziłam się zlana potem, z koszmarnie obolałymi plecami i nogami.
Później zrozumiałam, że to nie był sen. To były odwiedziny moich przodków. Przynieśli mi wiadomość-ostrzeżenie: dla mnie, jako piętnastolatki, czas już był najwyższy, aby zostać matką. W Nkokolani wszystkie dziewczyny w moim wieku już miały ciążę za sobą. Wydawało się, że tylko ja zostałam skazana na bezpłodność. Jakby ostatecznie nie chodziło tylko o kobietę bez imienia. To było imię bez człowieka. Opakowanie, puste jak moje łono.
*
Kiedy w naszej rodzinie przychodzi na świat dziecko, nie zamyka się okien. Odwrotnie niż robi cała reszta naszej wioski – nawet w najgorętszym momencie dnia inne matki owijają noworodki w gruby materiał i zatrzaskują się w ciemnościach swojego pomieszczenia. W naszym domu nie, u nas drzwi i okna pozostają rozwarte na oścież aż do pierwszej kąpieli nowo narodzonego dziecka. W istocie ta radykalna ekspozycja jest formą ochrony, bo nowe stworzenie zostaje impregnowane światłami, cieniami i odgłosami. I tak jest od narodzin Czasu. Tylko Życie może nas obronić przez życiem.
Tego ranka 1895 roku otwarte okna kazały sądzić, że właśnie przyszło na świat jakieś dziecko. Po raz kolejny śniło mi się, że zostałam matką, a cały dom przesycony był zapachem noworodka. Stopniowo do moich uszu dobiegły miarowe szurnięcia miotły. Nie tylko ja otworzyłam oczy, te słodkie odgłosy zbudziły cały dom. To nasza mama sprzątała podwórze. Podeszłam do drzwi i ją ujrzałam, smukłą i elegancką, utrzymującą równowagę w swoich rozkołysanych przechyłach, jakby w tańcu, który ją samą przemieniał w kurz i pył.
Portugalczycy nie rozumieją znaczenia, jakie przywiązujemy do zamiatania ziemi wokół domu. Dla nich jedynie zamiatanie środka domu ma sens. Nie przyjdzie im do głowy, aby odgarniać miotłą piach zalegający na podwórzu. Europejczycy nie pojmują, że dla nas to, co na zewnątrz, to nadal jest wnętrze. Dom nie ogranicza się do samej budowli. Dom to miejsce pobłogosławione przez zmarłych, tych mieszkańców, którzy nie uznają drzwi ani ścian. I właśnie dlatego zamiatamy podwórza. Mój ojciec nigdy się nie zgadzał z tym wyjaśnieniem, jego zdaniem nazbyt wymyślnym.
– Zamiatamy piach z innego powodu, znacznie bardziej praktycznego: chcemy widzieć, kto w nocy wchodził do domu i z niego wychodził.
Tamtego ranka jedyny ślad zostawiony na piasku należał do simby, jednego z tych kotowatych, które pod osłoną nocy łakomią się na nasze kurniki. Mama poszła porachować kury. Żadnej nie brakowało. Porażka drapieżnika oznaczała też naszą porażkę, bo gdyby zwierzak został w porę zauważony, ubito by go. Cętkowana skóra żenety była pożądana jako atrybut władzy i prestiżu. Żaden podarek nie sprawiał większej radości wodzom. Zwłaszcza przywódcom nieprzyjacielskich wojsk, którzy ozdabiali się w takim stopniu, że aż tracili ludzki wygląd. Temu właśnie służą mundury – aby oddalić żołnierza od jego człowieczeństwa.
Miotła stanowczymi ruchami unieważniła nocną zuchwałość gościa. Wspomnienie drapieżnika w kilka sekund zostało zatarte. Potem mama ruszyła skrótem w stronę rzeki, aby przynieść wody. Przyglądałam się, jak powoli ginie wśród zarośli, piękna i smukła w swoich wdzięcznych zawojach. Ja i mama byłyśmy jedynymi kobietami, które nie nosiły siwanyula, tkaniny z włókien kory drzew. Nasze stroje, kupowane w sklepiku Portugalczyka, zakrywały nasze ciała, ale za to wystawiały je na zazdrość innych kobiet i na pożądanie mężczyzn. Kiedy mama dotarła nad rzekę, klasnęła w dłonie, prosząc o pozwolenie na to, by się zbliżyć. Rzeki to siedziby duchów. Pochylona nad brzegiem, zaczęła wodzić wzrokiem po przybrzeżnych wodach. Chciała się upewnić, że nie wpadnie w zasadzkę krokodyla. Wszyscy w wiosce wierzą, że wielkie jaszczury mają swoich panów, i tylko im dochowują posłuszeństwa. Chikazi Makwakwa nabrała wody, zanurzając dzióbek dzbana w kierunku ujścia, aby nie zakłócać nurtu rzeki. Gdy zbierała się już do powrotu, jakiś rybak podarował jej piękną rybę. Zawinęła ją w płótno, które nosiła za paskiem.
Kiedy była już blisko domu, stało się to, co niespodziewane. Z gęstego lasu wyskoczyła grupa wojowników Nguni. Chikazi zaczęła się powoli wycofywać, myśląc: „Uniknęłam zębów krokodyla, aby wpaść w paszcze jeszcze straszniejszych bestii”. Po zakończeniu wojny 1889 roku wojska Ngungunyane przestały krążyć po naszych ziemiach. Przez pół tuzina lat cieszyliśmy się Pokojem, sądząc, że będzie trwał wiecznie. Ale Pokój to tylko cień na ziemi niedoli. Wystarczy, że wydarzy się Czas, i cień znika.
Wojownicy otoczyli mamę i szybko się zorientowali, że kiedy mówią po zulusku, ona wszystko rozumie. Chikazi Makwakwa urodziła się na południu i język jej dzieciństwa był bardzo zbliżony do tego, którym posługiwali się najeźdźcy. Mama była mabuingela – tą, która idzie na czele grupy, aby oczyszczać trawę z rosy. Najeźdźcy określali tak osoby, które wykorzystywali do przecierania ścieżek w sawannie. Ja i moje rodzeństwo byliśmy owocem tej mieszaniny dziejów i kultur.
Po latach intruzi powrócili z tą samą agresywną arogancją. Teraz, wykopując i odnawiając stare lęki, mężczyźni otaczali moją mamę z tym dziwnym poczuciem upojenia, jakie udziela się dorosłym przez sam fakt, że jest ich dużo. Napięte plecy Chikazi podtrzymywały wdzięcznie i pewnie ciężar dzbana z wodą stojącego na jej głowie. Tak okazywała swoją godność wobec zagrożenia, jakie stanowiła gromada obcych. Wojownicy odebrali to jako obrazę i tym mocniej poczuli naglącą potrzebę, aby ją upokorzyć. Natychmiast strącili jej dzban z głowy i zaczęli radować się wrzaskliwie z tego, że roztrzaskał się o ziemię. I zaśmiewali się, patrząc, jak woda moczy chude ciało tej kobiety. Potem bez najmniejszego wysiłku zerwali z niej wierzchnie odzienie, już i tak na wpół przezroczyste i mocno poprzecierane.
– Nie krzywdźcie mnie – zaczęła prosić. – Jestem w ciąży.
– W ciąży? W tym wieku?
Dostrzegli niewielką wypukłość pod chustą, gdzie ukryła otrzymaną od rybaka rybę. I ponownie plunięto jej w twarz powątpiewaniem:
– W ciąży? Ty? A który to miesiąc?
– Jestem w ciąży od dwudziestu lat.
Poczuła ochotę, aby właśnie tak odpowiedzieć: że dzieci nigdy nie opuściły jej wnętrza. Że wciąż ma w brzuchu całą piątkę potomstwa. Ale się powstrzymała. Zamiast tego wsunęła ukradkiem dłonie pod chustę, aby wymacać zawiniątko z rybą. Zbrojni mężczyźni przyglądali się jej ruchom, gdy pod kapulaną[5] przebiegała palcami po tajnych zakamarkach ciała. Niezauważonym przez nikogo ruchem przytrzymała lewą dłonią kolczastą płetwę grzbietową ryby i przeciągnęła po niej nadgarstkiem prawej ręki. Poczekała chwilę, aż pocieknie krew, po czym rozchyliła nogi, jakby rodziła. Zaczęła powoli wyciągać rybę spod chusty, tak jakby wynurzała się ona z jej wnętrzności. Potem uniosła rybę skrwawionymi rękami i zawołała:
– Oto mój syn! Urodził się już mój chłopczyk!
Wojownicy Nguni zaczęli się wycofywać, ogarnięci przerażeniem. To nie była zwykła kobieta. To była noi, czarownica. I nie mogła wydać na świat bardziej złowrogiego potomka – dla najeźdźców ryba była zwierzęciem tabu. A tu z zakazanym stworzeniem łączyła się jeszcze najgorsza z możliwych nieczystości: krew kobiety, obrzydlistwo, które paskudzi cały wszechświat. Ta gęsta, ciemna posoka ciekła jej teraz po nogach, stopniowo czerniąc ziemię.
Relacja z tego zdarzenia zasiała popłoch wśród wrogich oddziałów. Podobno wielu wojowników zdezerterowało, wystraszonych mocą czarownicy, która rodzi ryby.
*
Kiedy blisko południa moja mama Chikazi Makwakwa wróciła i stanęła w progu naszego domu, miała rozdarte zarówno ubranie, jak i duszę. Już w drzwiach opowiedziała, co się wydarzyło, bez płaczu i bez nerwów. Krew kapała jej z przegubu dłoni, jakby literowała opowieść kropla po kropli. Słuchałam jej wraz z ojcem, nie wiedząc, jak zareagować. Na koniec, obmywając ręce, mama wyszeptała nie swoim głosem:
– Trzeba coś zrobić.
Mój ojciec Katini Nsambe zmarszczył brew i zaoponował:
– Najlepszą odpowiedzią będzie zachować spokój i siedzieć cicho. Nasz lud jest pod okupacją i lepiej się nie wychylać. My, Chopi, straciliśmy ziemię, która należała do nas i do naszych przodków. Tylko czekać, aż najeźdźcy zaczną deptać cmentarz, gdzie grzebaliśmy łożyska i gwiazdy.
Mama odparła stanowczo:
– Jedynie krety chcą kryć się w ciemnościach.
Ojciec potrząsnął głową i mruknął stłumionym głosem:
– Ja lubię ciemność. W ciemności nie widać wad naszego świata. Zawsze marzyłem o tym, aby być kretem. Za to, jaki jest ten świat, możemy podziękować Bogu, tylko pozostając ślepymi.
Zirytowana mama wypuściła głośno powietrze, pochylając się nad paleniskiem, aby zamieszać ushua[6]. Zamoczyła w kociołku czubek palca, udając, że sprawdza temperaturę potrawy.
– Pewnego dnia stanę się jak kret. Całą ziemię będę miał nad sobą – mruknął ojciec. W jego głosie pobrzmiewało przeczucie żalu nad nieuchronnym przeznaczeniem.
– Ano właśnie. Kiedyś wszyscy będziemy mieć ziemię nad sobą – zawtórowała mama.
– Niedługo wyjeżdżam szukać roboty w kopalni. Zrobię to samo, co mój ojciec: wyjadę stąd i zacznę nowe życie w Południowej Afryce. Tak właśnie zrobię.
To nie była zapowiedź. To była groźba. Wyciągnął z kieszeni szczyptę tytoniu i zmiętą bibułkę. Z dokładnością chirurga zaczął powoli skręcać papierosa. W całej naszej wiosce żaden inny czarny nie mógł się poszczycić możliwością samodzielnego wyrobu papierosów. Tylko on. Przyjmując królewskie pozy, zbliżył się do paleniska i wyjął z niego żagiew, aby przypalić sobie skręta. Potem, wyprężony i z zadartym podbródkiem, wydmuchnął dym prosto w twarz obojętnej małżonki.
– Ty, moja droga Chikazi, obrażasz krety, wiedząc, że w ten sposób obrażasz też mego nieboszczyka ojca.
Moja mama zanuciła starą piosenkę, tradycyjne ngodo. To był lament kobiety, która uskarża się na to, że już urodziła się wdową. Ojciec, urażony, szarpnął się gwałtownie do tyłu.
– Idę stąd – oznajmił.
Chciał pokazać, że został zraniony, że jego żona nie jest tu jedyną osobą, która krwawi. Odłączył się od swojego cienia i przemaszerował do wielkiej termitiery, gdzie jak sądził, miał możliwość stać się bardziej zauważalnym, przez to właśnie, że zabrakło go między nami.
Potem widzieliśmy jeszcze, jak przechadza się wokół domu, aby ostatecznie ruszyć w stronę doliny. Nikły blask jego żarzącego się skręta stopniowo wsączał się w ciemności, jakby to był ostatni świetlik na świecie.
*
Siedziałyśmy razem, ja i mama, pogrążone w tym wspólnym dzierganiu ciszy, do którego zdolne są tylko kobiety. Jej chude palce grzebały w piachu, jakby chciały potwierdzić swoją zażyłość z glebą. Jej głos miał intonację ziemi, kiedy spytała:
– Przyniosłaś wino od Portugalczyka?
– Zostało jeszcze kilka butelek. Boisz się, że ojciec cię pobije?
– Wiesz dobrze, jak jest. Jak pije, to bije.
Niepojętą tajemnicą było, w jaki sposób ojciec godził w sobie dwie tak sprzeczne dusze. Na trzeźwo był delikatny jak anioł. Zamroczony alkoholem przeistaczał się w najwredniejsze bydlę.
– To niewiarygodne, że ojcu nigdy nie przyszło do głowy, że mama kłamie.
– A kłamię?
– Jasne, że kłamiesz. Gdy on cię bije, a ty płaczesz z bólu.
– Moja choroba jest tajemnicą, twój ojciec nigdy nie może jej odkryć. Kiedy mnie bije, myśli, że moje łzy są prawdziwe.
Ta przypadłość była wrodzona. Chikazi Makwakwa nie odczuwała bólu. Jej dłonie i ręce, usiane śladami ciągłych oparzeń, wprawiały męża w zdumienie. Ale wierzył, że przyczyną tej niewrażliwości są amulety zamawiane u kumy Rosi. Tylko ja wiedziałam, że jest to wrodzona ułomność.
– A ten drugi ból, mamo?
– Jaki ból?
– Ból duszy.
Roześmiała się, wzruszając ramionami. Jakiej duszy? Jaka dusza pozostała jej po tym, jak umarły jej dwie córki, a obaj synowie odeszli z domu?
– Czy twoja mama też zbierała cięgi?
– Podobnie jak babcia, prababcia i praprababcia. Tak się dzieje, od kiedy kobieta jest kobietą. Ty też przygotuj się na to, że będziesz dostawać lanie.
Córka nie podważa zapewnień osób starszych od siebie. Naśladując matczyne ruchy, nabrałam w dłoń garść piasku, który po chwili wypuściłam powolną strugą na ziemię. Zgodnie z tradycją naszego ludu ten czerwony piach był pożywieniem ciężarnych. Przeciekało mi między palcami moje zmarnowane istnienie. Chikazi Makwakwa przerwała moje myśli:
– Wiesz, jak umarła twoja babcia? – Nie czekając na odpowiedź, wyjaśniła: – Spalona od porażenia piorunem. Tak właśnie umarła.
– Dlaczego teraz sobie o tym przypomniałaś?
– Bo ja też chcę umrzeć w ten sposób.
Taki sobie upatrzyła koniec – bez ciała, bez ciężaru, bez szczątków, które można by pogrzebać. Jakby śmierć bez cierpienia zmazywała cierpienie całego życia.
*
Ilekroć rozpętywała się burza, nasza mama puszczała się biegiem przez pola, po czym zastygała tam, pod gołym niebem, z ramionami wyciągniętymi w górę, naśladując uschnięte drzewo. Czekała na śmiercionośne wyładowanie. Popioły, dymy i błyski – to w nie pragnęła się obrócić. Taki był jej upragniony los: stać się niezauważalnym obłoczkiem pyłu, lekkim, tak lekkim, że wiatr unosiłby go po całym świecie. W tym jej pragnieniu powtórzenia losu babci nabierało sensu moje poprzednie imię. To właśnie chciała mi przypomnieć mama.
– Lubię popiół – powiedziałam. – Przywodzi mi na myśl anioły, nie wiem dlaczego.
– Nadałam ci imię Popiółka, aby cię chronić. Jeżeli ktoś jest popiołem, nic go nie może boleć.
Mężczyźni będą mogli mnie tłuc do woli. I tak nikt nigdy nie zdoła mnie zranić. Taki był cel tego chrztu.
Jej dłonie przeczesywały ziemię: cztery strumienie piasku przeciekały jej między palcami. Milczałam dalej, zasypana rozsiewanym przez nią pyłem.
– Idź teraz odszukać ojca. On nam zazdrości.
– Zazdrości?
– Mnie zazdrości tego, że umiem nie poświęcać mu całej uwagi. A tobie tego, że zostałaś wykształcona przez księży. Należysz do świata, do którego on nigdy nie będzie miał dostępu.
Tacy są mężczyźni, wyjaśniła. Boją się kobiet, kiedy te mówią, a jeszcze bardziej, kiedy milczą. To chciała mi uzmysłowić – że mój ojciec jest dobrym człowiekiem, tylko lęka się, że nie dorównuje wielkością innym.
– Twój ojciec odszedł stąd w gniewie. Naucz się jednego, córeczko. Najgorsze, co kobieta może powiedzieć mężczyźnie, to to, że powinien coś zrobić.
– Pójdę poszukać ojca.
– Nie zapomnij o winie.
– Nie martw się, mamo. Już pochowałam butelki.
– Nie chowaj ich. Przeciwnie, weź jedną ze sobą, żeby mógł się napić!
– A nie boisz się, że cię potem pobije?
– Ten stary uparciuch nie może przecież spać w lesie. Ściągnij go tutaj z powrotem, trzeźwego lub pijanego. A potem się zobaczy, co dalej.
Wypowiedziawszy te słowa, mama znowu pogrążyła się w smutku, jak gospodarskie zwierzę, które wraca do zagrody. Już zbierałam się do wyjścia, kiedy znowu się odezwała:
– Poproś go, żebyśmy przeprowadzili się do Makomani, poproś go, żebyśmy powrócili na wybrzeże. Ciebie usłucha. Poproś go, Imani, na miłość boską!
[2] Czyt. „Szikazi Makłakła”.
[3] Mafura (lub mafurreira) – Trichilia emetica, mahoniowiec natalski; powszechne w Angoli, Mozambiku i Republice Południowej Afryki wiecznie zielone drzewo o jadalnych owocach; z jego nasion tłoczy się olej mafurra, z drewna buduje się łodzie.
[4] Czyt. „Czopi”.
[5] Kapulana – w Mozambiku spora prostokątna chusta z bawełny, spotykana też pod innymi nazwami w całej subsaharyjskiej Afryce, zwykle barwna i wzorzysta, którą kobiety obwiązują sobie wokół bioder, tak by sięgając im za kolana, służyła za spódnicę. Kapulany mają często zastosowanie uniwersalne, służąc też jako chusty do noszenia dzieci lub zawoje na głowę.
[6]Ushua lub vuswa (czyt. „uszła/wusła”, w Mozambiku zwane też xima, czyt. „szima”) – znana pod różnymi nazwami w niemal całej subsaharyjskiej Afryce papka z gotowanej mąki kukurydzianej (czasem maniokowej), popularny afrykański „zapychacz”, spożywany sam albo z warzywnym lub mięsnym sosem.
Pierwszy list sierżanta
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
W 1867 roku Finlandię pustoszy wielki głód – ostatni naturalny w historii Europy. Jego ofiarą pada około 20 procent ludności. Przy drogach walają się wypatroszone ciała psów, ludzie żywią się korą drzew, porostami, a nawet zmielonymi kośćmi tych, którzy nie wytrzymali tyle, co oni.
Marja, żona rolnika z północy, wyrusza przez śniegi z dwójką dzieci na południe – do Petersburga, gdzie ponoć można dostać chleb. W beznadziejną drogę udają się też inni, w tym Ruuni, młody chłopak, który w trakcie wędrówki próbuje zdobyć zaufanie Marji.
Biały głód to apokaliptyczna proza w duchu Drogi Cormaca McCarthy’ego, która podejmuje temat ludzkiej woli przetrwania.
Powieść nominowana do Międzynarodowej Nagrody Bookera w 2016 roku.
Galisja, rok 1853. Najbardziej deszczowa zima w historii zniszczyła plony, mieszkańców dziesiątkuje epidemia cholery. Grupka młodych ludzi opuszcza rodzinne strony i udaje się na Kubę, aby walczyć o godne życie na plantacjach trzciny cukrowej. Ale wyprawa na zalaną słońcem wyspę kończy się zupełnie inaczej, niż się spodziewali. Cukier to oparta na faktach historia 1700 młodzieńców, którzy przybyli do Hawany w poszukiwaniu lepszego życia dla siebie i bliskich. Tam trafili jednak na Urbana Feijóo Sotomayora, Galisyjczyka, który postanowił zastąpić nimi – coraz droższych w dobie triumfu abolicjonizmu – niewolników z Afryki.
Szorstka, sugestywna proza Bibiany Candii przypomina o jednym z największych skandali w XIX-wiecznej Hiszpanii i oddaje głos tym, którym na zawsze go odebrano.
Jedna z najgłośniejszych współczesnych powieści o I wojnie światowej.
W latach 80. umierający dziadek podarował Stefanowi Hertmansowi swoje dzienniki. Pisarz odważył się zajrzeć do zapisków Urbaina dopiero po latach. Życie jego dziadka naznaczyły biedne dzieciństwo u schyłku XIX wieku w Gandawie, trauma okopów I wojny światowej i wielka, niespełniona miłość. Ślady tej ostatniej Stefan śledzi w obrazach autorstwa Urbaina, kopisty wielkich mistrzów, jak Tycjan, Rembrandt czy Velázquez.
Wojna i terpentyna to intymny fresk, życie i tragedia flamandzkiego żołnierza rzucone na wielkie płótno ubiegłego stulecia.
Wojna i terpentyna została przetłumaczona na 26 języków, w samej Holandii miała ponad 20 wydań, zdobyła Nagrodę Kultury Flamandzkiej w kategorii Literatura w 2014 roku, a także była nominowana do Międzynarodowego Bookera.
Latem 1979 roku Stefan Hertmans pod wpływem impulsu kupił dom w Gandawie, który – mimo opłakanego stanu, w jakim się znajdował – go urzekł. Dwie dekady później odkrył, że poprzedni właściciel, Willem Verhulst, był członkiem SS. Życie Verhulsta pochłonęło pisarza, zaczął rozmawiać z jego najbliższymi, przeglądał archiwa, dotarł do intymnych dokumentów. W swych wspomnieniach ponownie przechadzał się po wszystkich pokojach, w których tak długo mieszkał. Warstwa po warstwie odkrywał nie tylko tajemnice politycznej historii domu, ale także rozgrywającego się za zamkniętymi drzwiami dramatu małżeńskiego. Esesman Verhulst dzielił bowiem życie z głęboko religijną żoną o pacyfistycznych poglądach.
Wejście to wciągająca podróż przez burzliwe stulecie, w trakcie której Hertmans po raz kolejny demonstruje swe mistrzostwo w splataniu fikcji literackiej z faktem, osobista historia staje się zaś dla niego punktem wyjścia do snucia epickiej opowieści.
Kontakt:
Przeszły-ciągły to seria, w ramach której publikujemy współcześnie napisane powieści historyczne.
W serii ukazały się:
Aki Ollikainen
Biały głód
przekład Justyna Polanowska
Bibiana Candia
Cukier. Epopeja
przekład Katarzyna Okrasko
Stefan Hertmans
Wojna i terpentyna
przekład Alicja Oczko
Stefan Hertmans
Wejście
przekład Alicja Oczko
Martín Caparrós
Echeverría
przekład Katarzyna Okrasko
Maria Hesselager
Mam na imię Folkví
przekład Agata Lubowicka
Arturo Pérez-Reverte
W cieniu orła
przełożył Filip Łobodziński
Tytuł oryginału: Mulheres de Cinza
Redaktor inicjujący: Krzysztof Cieślik
Redaktor prowadzący: Michał Michalski
Koordynacja produkcji: Szczepan Kulpa
Opieka promocyjna: Ewelina Lebida
Projekt serii: Mimi Wasilewska
Rycina wykorzystana na okładce przedstawia pałac portugalskiego gubernatora Mozambiku, została wykonana w XIX wieku przez nieznanego autora.
Copyright © Florilegius / Bridgeman Images
Redakcja: Miłosz Biedrzycki
Korekta: Ida Świerkocka, Aleksandra Marczuk-Radoszek
© Mia Couto, 2015
© Copyright for the Polish edition by ArtRage, 2025
© Copyright for the Polish translation by Michał Lipszyc, 2025
By arrangement with Literarische Agentur Mertin Inh. Nicole Witt e. K., Frankfurt am Main, Germany, and Macadamia Literary Agency, Poland
Wydanie I, Warszawa 2025
ISBN 978-83-68191-55-4
Funded by the DGLAB/Culture and the Camões, IP – Portugal
Wydawnictwo ArtRage
wydawnictwo.artrage.pl
Opracowanie ebooka: Katarzyna Rek