Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz - Lisa See - ebook

Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz ebook

Lisa See

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 
Poruszający i w pełni przekonujący portret chińskiej kobiety, ukształtowanej przez cierpienia, których doznawała od wczesnego dzieciństwa, i przyjaźń, która pomogła jej przetrwać. 

Opowieść Lili to wspaniałe, ponadczasowe i sugestywne studium ludzkich charakterów i uczuć, tym gorętszych, że skrywanych pod obowiązującą maską tradycyjnej, wschodniej powściągliwości. 
[Opis okładkowy] 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Ciechanowie 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Barcin im. Jakuba Wojciechowskiego 
Powiatowa i Gminna Biblioteka Publiczna w Jerzmanowicach 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu (3) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie (3) 
Miejska Biblioteka Publiczna w Łomży 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w Morągu 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (2) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 455

Rok wydania: 2008

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




 

LISA SEE

KWIAT ŚNIEGU

I SEKRETNY WACHLARZ

Przekład Anna Dobrzańska-Gadowska

 

 

Tytuł oryginału

SNOW FLOWER AND THE SECRET FAN

Redaktor prowadzący

Ewa Niepokólczycka

Redakcja

Krystyna Mazurkiewicz

Konsultacja sinologiczna

Monika Twardziak

Redakcja techniczna

Julita Czachorowska

Korekta

Jadwiga Piller

Elżbieta Jaroszuk

Copyright © 2005 by Lisa See

All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Anna Dobrzańska-Gadowska, 2005

Świat Książki Warszawa 2008 Bertelsmann Media sp. z o.o. ul. Rosoła 10, 02-786 Warszawa

Wyłączna dystrybucja: Platon Sp. z o.o. ul. Kolejowa 19/21, 01-217 Warszawa e-mail: [email protected]

Skład i łamanie

Joanna Duchnowska

Printed in EU

ISBN 978-83-247-1122-2

Nr 6415

 

W powieści posłużyłam się tradycyjnym chińskim sposobem określania dat. Trzeci rok panowania cesarza Daoguanga, kiedy narodziła się Lilia, to rok 1823. Powstanie Taipingów wybuchło w roku 1850 i zakończyło się w 1864.

Uważa się, że nu shu, sekretne pismo, którego używały kobiety w odległej części południowo-zachodniej prowincji Hunan, powstało tysiąc lat temu. Wszystko wskazuje na to, że jest to jedyny pisany język na świecie, który stworzyły kobiety, i to wyłącznie na własny użytek.

Siedząc spokojnie

W naszej wiosce o starych kobietach mówi się „te, które jeszcze nie umarły”. Jestem wdową i mam osiemdziesiąt lat. Bez męża dni bardzo mi się dłużą. Nie cieszą mnie już wyrafinowane dania, jakie przygotowuje Peonia i inne kobiety. Nie czekam na szczęśliwe wydarzenia, które tak łatwo znajdują drogę pod nasz dach. Teraz interesuje mnie wyłącznie przeszłość. I mogę wreszcie opowiedzieć o wszystkim, o czym nie wolno mi było choćby wspomnieć, gdy byłam zależna najpierw od własnej rodziny, a później od rodziny męża. Dziś nie mam już nic do stracenia.

Żyję wystarczająco długo, aby dobrze znać swoje zalety i wady. Cechy, które często są jednym i drugim jednocześnie. Przez całe życie tęskniłam za miłością. Wiedziałam, że jako dziewczyna, a później kobieta nie powinnam jej pragnąć ani oczekiwać, a jednak tęskniłam za nią i właśnie to niczym nieusprawiedliwione pragnienie stało się źródłem wszystkich udręk, jakich doświadczyłam. Marzyłam, aby matka mnie zauważyła i razem z resztą rodziny pokochała całym sercem. Żeby zdobyć ich uczucie, byłam posłuszna - jest to najlepsza z cech osoby mojej płci - byłam jednak zbyt chętna i gotowa spełniać wszystkie polecenia. Z nadzieją na choćby najdrobniejszą oznakę dobroci z ich strony, starałam się sprostać stawianym oczekiwaniom - oznaczało to, że powinnam mieć najmniejsze stopy w całym okręgu - pozwoliłam więc połamać sobie kości i ułożyć je w lepszy kształt.

Kiedy czułam, że nie zniosę dłużej ani jednej chwili cierpienia i zlewałam łzami zakrwawione bandaże, matka szeptała mi do ucha zachęty, abym wytrzymała jeszcze jedną godzinę, jeszcze jeden dzień, jeszcze jeden tydzień, i przypominała o nagrodach, jakie czekają mnie, jeżeli wytrwam trochę dłużej. W ten sposób nauczyła mnie znosić nie tylko fizyczne cierpienia skrępowanych stóp, a później porodów, ale także znacznie bardziej dotkliwy ból serca, umysłu i duszy. Wskazywała również moje wady i uczyła, jak wykorzystywać je dla własnego dobra. W naszym kraju nazywamy ten rodzaj matczynej miłości tengai. Syn powiedział mi, że w męskim piśmie określenie to składa się z dwóch znaków - pierwszy znaczy „ból”, drugi „miłość”. Taka jest miłość matki.

Krępowanie zmieniło nie tylko kształt moich stóp, ale i cały mój charakter. Może to dziwne, lecz wydaje mi się, że proces ten ciągnął się przez całe życie, czyniąc z ustępliwego dziecka zdeterminowaną dziewczynę, a potem z młodej kobiety, bez słowa spełniającej wszystkie życzenia teściów, dojrzałą, stojącą najwyżej w hierarchii okręgu matronę, tę, która narzucała innym surowe zasady i zwyczaje. Zanim skończyłam czterdzieści lat, twarde usztywnienie bandaży ograniczało nie tylko złote lilie mych stóp, ale także serce, które tak zastygło w poczuciu niesprawiedliwości, żalu i pretensji, że nie umiałam wybaczyć tym, których kochałam i którzy mnie kochali.

Jedyną formą buntu, na jaką sobie pozwoliłam, było nu shu, sekretne pismo kobiet. Zaczęło się od tego, że Kwiat Śniegu - moja laotong, „ta sama” - przysłała mi wachlarz, który spoczywa teraz na stole przede mną. Potem, kiedy się spotkałyśmy, nasz sekretny dialog rozkwitł i osiągnął pełnię. Zawsze jednak, abstrahując od tego, kim byłam w rozmowach z Kwiatem Śniegu, starałam się być dobrą żoną, godną pochwał synową i troskliwą, skrupulatną matką. W złych chwilach moje serce było wytrzymałe niczym nefryt. Nosiłam w sobie ukrytą siłę, dzięki której potrafiłam znieść tragedie i smutki. Lecz teraz jako wdowa - ciągle posłuszna nakazom tradycji - zrozumiałam, że zbyt długo byłam ślepa.

Poza trzema strasznymi miesiącami w piątym roku panowania cesarza Xianfenga, całe życie spędziłam w przeznaczonych dla kobiet pokojach na piętrze. Wyprawiałam się do świątyni, do mojego rodzinnego domu, odwiedziłam nawet Kwiat Śniegu, to prawda, lecz bardzo niewiele wiem o zewnętrznym świecie. Słyszałam rozmowy mężczyzn o podatkach, suszach, buntach i powstaniach, ale te tematy mają niewiele wspólnego z moim życiem. Znam sztukę haftowania, tkania, rodzinę mojego męża, moje dzieci, wnuki, prawnuki i nu shu, to wszystko. Moje życie przebiegło w normalny sposób - miałam swoje Dni Córki, Dni Upinania Włosów, Dni Ryżu i Soli, a teraz Spokojnego Siedzenia.

Siedzę więc tutaj spokojnie, sama ze swoimi myślami i wachlarzem na stole. Kiedy go podnoszę, dziwię się, że jest taki lekki, bo przecież zapisano na nim tyle radości i smutków. Otwieram go szybko i dźwięk, jaki wydaje każda fałda, kojarzy mi się z rozpaczliwie szybkim biciem serca. Wspomnienia błyskawicznie przemykają przed moimi oczami. W ciągu ostatnich czterdziestu lat czytałam zapisane na wachlarzu treści tyle razy, że dziś znam je na pamięć, jak piosenkę z dzieciństwa.

Pamiętam dzień, w którym wręczyła mi go pośredniczka. Moje palce drżały, kiedy rozkładałam jego fałdy. Wtedy zdobiła go zaledwie pojedyncza girlanda liści wzdłuż górnej krawędzi i była tam tylko jedna wiadomość, ściekająca w dół pierwszej fałdy. W tamtych czasach nie znałam wielu znaków w nu shu, więc przeczytała mi ją moja ciotka. Podobno w waszym domu mieszka dziewczyna dobrego charakteru i bogatej kobiecej wiedzy. Ty i ja narodziłyśmy się tego samego dnia tego samego roku. Czy możemy iść przez życie razem jako takie same? Patrząc na delikatne kreski, tworzące słowa, widzę nie tylko Kwiat Śniegu jako dziewczynę, ale także kobietę, którą z czasem się stała - wytrwałą, nieustępliwą, bezpośrednią, otwartą.

Moje oczy obejmują inne fałdy wachlarza i widzę nasz optymizm, naszą radość, wzajemny podziw i obietnice, które sobie złożyłyśmy. Widzę, jak prosta girlanda przeistoczyła się w złożony wzór ze splecionych kwiatów śniegu i lilii, symbolizujących nasze życie razem, jako pary laotong, takich samych. Widzę księżyc w prawym górnym rogu, który rzuca na nas swój blask. Miałyśmy być jak długie pędy winorośli o splecionych korzeniach, jak drzewa, które stoją tysiąc lat, jak para kaczek mandarynek, które wybierają tylko jednego partnera na całe życie. Na jednej z fałd Kwiat Śniegu napisała: My, które znamy szczere uczucie, nigdy nie zerwiemy łączącej nas więzi. A jednak w innym miejscu widzę nieporozumienia, zawiedzione zaufanie i ostateczne zamknięcie drzwi... W moich oczach miłość była skarbem tak cennym, że nie chciałam dzielić się nim z nikim innym i właśnie to w końcu odcięło mnie od jedynej bratniej duszy, od tej, która była taka jak ja.

Wciąż uczę się czegoś nowego o miłości. Myślałam, że rozumiem to uczucie - nie tylko miłość macierzyńską, ale także miłość do rodziców, do męża i do laotong. Doświadczyłam także innych rodzajów miłości, miłości opartej na współczuciu i litości, na szacunku i wdzięczności, lecz patrząc na sekretny wachlarz pokryty wyznaniami, które przez wiele lat wymieniałyśmy z Kwiatem Śniegu, rozumiem, że nie ceniłam najważniejszego uczucia - miłości płynącej z głębi serca.

W ostatnich latach przepisałam dużo autobiografii dla kobiet, które nigdy nie nauczyły się nu shu. Cierpliwie słuchałam gorzkich słów skarg oraz opisów smutnych wydarzeń, niesprawiedliwości i tragedii. Zapisywałam smętne koleje życia tych, których ścieżka naznaczona została przez zły los. Słuchałam wszystkiego i wszystko spisywałam, ale jeżeli nawet znam sporo historii kobiet, to nie wiem prawie nic o życiu mężczyzn, oczywiście poza tym, że rolnicy zwykle walczą z siłami przyrody, żołnierze z wrogiem w bitwie, a samotni wyruszają na wyprawę w głąb swego serca. A jednak, patrząc na swoje życie, widzę, że mieszczą się w nim doświadczenia i kobiet, i mężczyzn. Jestem skromną kobietą ze zwykłymi smutkami, ale w głębi serca ja także stoczyłam swoją bitwę, walkę między moją prawdziwą naturą i naturą osoby, którą powinnam była się stać.

Zapisuję więc karty dla tych, którzy mieszkają w tamtym świecie. Peonia, żona mojego wnuka, obiecała dopilnować, aby spłonęły w chwili mojej śmierci. Może dzięki temu historia ta dotrze do niebios jeszcze przed moim duchem. Niechże słowa wyjaśnią czyny przodkom, mojemu mężowi, ale przede wszystkim Kwiatowi Śniegu, i niechże stanie się to, zanim znowu ich powitam.

Dni Córki

Mleczne lata

Mam na imię Lilia. Przyszłam na ten świat piątego dnia szóstego miesiąca trzeciego roku panowania cesarza Daoguanga. Puwei, moja rodzinna wioska, znajduje się w okręgu Yongming, okręgu Wieczystej Jasności. Większość mieszkańców to potomkowie plemienia Yao. Od bajarzy, którzy odwiedzali Puwei, gdy byłam dzieckiem, dowiedziałam się, że lud Yao przybył tu przed tysiąc dwustu laty, za czasów dynastii Tang, lecz większość rodzin osiedliła się sto lat później, po ucieczce przed armiami Mongołów, które najechały północną część kraju. Chociaż mieszkańcy naszego regionu nigdy nie byli bogaci, rzadko popadaliśmy w tak wielkie ubóstwo, aby kobiety musiały pracować w polu.

Należeliśmy do linii rodu Yi, jednego z pierwszych klanów Yao i najliczniejszego w tym regionie. Ojciec i stryj dzierżawili siedem mou gruntu od bogatego właściciela ziemskiego, który mieszkał w zachodnim zakątku prowincji. Uprawiali na tej działce ryż, bawełnę, taro i warzywa. Mój rodzinny dom był dość typowy, miał jedno piętro i był skierowany frontem na południe. Na piętrze mieściła się izba, w której spotykały się kobiety i spały niezamężne dziewczęta. Izby dla każdej z rodzin i specjalne pomieszczenie dla zwierząt znajdowały się po obu stronach głównej sali na parterze, gdzie kosze wypełnione jajami lub pomarańczami oraz sznury suszącej się papryki chili wieszano pod biegnącą przez środek sufitu belką, aby zabezpieczyć je przed myszami, kurczakami czy zabłąkaną świnią. Pod jedną ścianą stał stół i stołki. Palenisko, nad którym mama i ciotka gotowały posiłki, zajmowało przeciwległy róg. W głównej izbie nie było okien, więc w czasie ciepłych miesięcy zawsze zostawialiśmy drzwi otwarte na alejkę za domem, żeby do środka docierało światło i powietrze. Pozostałe izby były małe, z ubitym klepiskiem, a nasze zwierzęta, jak już mówiłam, mieszkały z nami.

Nigdy się nie zastanawiałam, czy jako dziecko czułam się szczęśliwa i zadowolona. Byłam zwyczajną, przeciętną dziewczyną ze zwyczajnej rodziny, mieszkającej w zwyczajnej wiosce. Nie wiedziałam, że można żyć inaczej i w ogóle o tym nie myślałam, pamiętam jednak dzień, kiedy zaczęłam być świadoma tego, co dzieje się wokół mnie. Skończyłam właśnie pięć lat i czułam się tak, jakbym przekroczyła wysoki próg. Obudziłam się przed świtem z dziwnym uczuciem, czymś w rodzaju swędzenia w mózgu. Uczuliło mnie to na wszystko, co widziałam i przeżyłam tamtego dnia.

Leżałam między starszą siostrą i trzecią siostrą. Zerknęłam na posłanie mojej kuzynki pod przeciwną ścianą. Piękny Księżyc, która była moją rówieśniczką, jeszcze się nie obudziła, leżałam więc spokojnie, czekając, aż siostry zaczną się ruszać. Patrzyłam na starszą siostrę, która była cztery lata starsza ode mnie. Chociaż sypiałyśmy w jednym łóżku, poznałam ją lepiej dopiero wtedy, gdy po skrępowaniu stóp trafiłam do pokoju dla kobiet. Cieszyłam się, że leżę plecami do trzeciej siostry i nie muszę na nią patrzeć. Zawsze powtarzałam sobie, że ponieważ jest o rok młodsza, w ogóle nie warto o niej myśleć. Moje siostry także raczej mnie nie uwielbiały, ale obojętność, jaką sobie okazywałyśmy, była tylko maską skrywającą prawdziwe pragnienia. Każda z nas pragnęła, aby mama zwróciła na nią uwagę, każda zabiegała o względy taty, każda miała nadzieję, że będzie jej wolno spędzić trochę czasu ze starszym bratem, który jako pierwszy syn był najcenniejszą osobą w rodzinie. Nie odczuwałam takiej zazdrości wobec Pięknego Księżyca. Byłyśmy przyjaciółkami i cieszyłyśmy się, że pozostaniemy razem, dopóki rodzice nie wydadzą nas za mąż.

Wszystkie cztery wyglądałyśmy bardzo podobnie. Miałyśmy czarne, krótko obcięte włosy, byłyśmy bardzo chude i mniej więcej tego samego wzrostu. Różniło nas naprawdę niewiele. Starsza siostra miała duże znamię nad górną wargą. Włosy trzeciej siostry zwykle związane były w małe kucyki, ponieważ nie lubiła, kiedy mama ją czesała. Piękny Księżyc miała ładną, okrągłą twarz, a ja dobrze umięśnione od biegania nogi i silne ramiona, bo często nosiłam naszego małego braciszka.

- Dziewczęta! - zawołała z dołu mama.

To wystarczyło, żeby obudzić te, które jeszcze spały, i wygonić nas z łóżek. Starsza siostra ubrała się pośpiesznie i zeszła na dół. Piękny Księżyc i ja zbiegłyśmy za nią dopiero po dłuższej chwili, ponieważ musiałyśmy ubrać także trzecią siostrę. Na parterze ciotka zamiatała podłogę, stryj śpiewał poranną piosenkę, mama (z drugim bratem uwiązanym na plecach) wlewała resztkę wody do imbryka, a starsza siostra siekała szalotki na ryżowy pudding, zwany congee. Rzuciła mi spokojne spojrzenie, które ja odczytałam jako wiadomość, że tego ranka zasłużyła już na aprobatę rodziny i do końca dnia nie ma się czego obawiać. Szybko stłumiłam niechęć, nie rozumiejąc, że to, co uznałam za zadowolenie z samej siebie, jest czymś dużo bliższym smętnej rezygnacji, w którą popadła moja siostra po wyjściu za mąż.

- Piękny Księżycu! Lilio! Chodźcie tutaj! Chodźcie tutaj!

Nasza stryjenka witała nas tak każdego dnia. Podbiegłyśmy do niej. Ucałowała Piękny Księżyc i z czułością poklepała mnie po pupie. Potem stryj chwycił Piękny Księżyc w ramiona, pocałował ją i stawiając na podłodze, mrugnął do mnie i lekko uszczypnął w policzek.

Znacie to stare powiedzenie, że piękni ludzie łączą się węzłem małżeńskim z pięknymi ludźmi, a zdolni ze zdolnymi? Tamtego ranka doszłam do wniosku, że stryj i stryjenka oboje są brzydcy i dlatego właśnie idealnie do siebie pasują. Stryj, młodszy brat ojca, miał pałąkowate nogi, łysą głowę i okrągłą, błyszczącą twarz. Stryjenka była pulchna, a jej zęby do złudzenia przypominały krzywe kamyki, sterczące z krawędzi jaskini. Stopy skrępowano jej w dzieciństwie, ale były niezbyt małe, długości mniej więcej czternastu centymetrów, czyli dwa razy dłuższe od moich, kiedy proces krępowania dobiegł już końca. Słyszałam, jak złośliwi ludzie z naszej wioski gadali, że właśnie dlatego stryjenka, wywodząca się ze zdrowej rodziny i wyposażona w szerokie biodra, nigdy nie zdołała urodzić żywego syna. W naszym domu nikt nie wygłaszał pod jej adresem podobnych pretensji, nawet stryj. W moich oczach stryj i stryjenka tworzyli idealne małżeństwo - on był czułym, uczuciowym Szczurem, ona obowiązkowym, pracowitym Bawołem. Codziennie rozsiewali swoje szczęście wokół wspólnego paleniska.

Tymczasem moja matka nie dała jeszcze żadnego znaku, że mnie widzi. Było tak zawsze, ale właśnie tamtego dnia dostrzegłam i odczułam jej obojętność. Melancholia nasączyła moje serce, oszałamiając mnie swą siłą, i odebrała radość z powitania stryjenki i stryja. Zaraz potem, równie szybko, smutek zniknął, ponieważ starszy brat, starszy ode mnie o sześć lat, zawołał, żebym pomogła mu w porannych zajęciach. Ponieważ urodziłam się w Roku Konia, uwielbiam przebywać na świeżym powietrzu, ale jeszcze ważniejsze było wtedy to, że miałam starszego brata wyłącznie dla siebie. Wiedziałam, jakie to szczęście i że moje siostry będą się boczyły z tego powodu, ale nic mnie to nie obchodziło. Kiedy starszy brat rozmawiał ze mną i uśmiechał się, nie czułam się niewidzialna.

Wybiegliśmy na dwór. Starszy brat wyciągnął wodę ze studni i napełnił wiadra. Zanieśliśmy je do domu i wyszliśmy znowu, tym razem po drewno na opał. Zebraliśmy gałęzie na spory stos; starszy brat nałożył mi naręcz drobniejszych kawałków na wyciągnięte ramiona, potem sam dźwignął z ziemi resztę i ruszyliśmy do domu. Kiedy dotarliśmy na miejsce, podałam gałązki mamie, z nadzieją na pochwałę. Ostatecznie niełatwo jest małej dziewczynce nosić wodę i drewno, ale mama nic nie powiedziała.

Nawet dziś, po tylu latach, trudno mi myśleć o mamie i o tym, co uświadomiłam sobie tamtego dnia. Zrozumiałam z całą jasnością, że jestem dla niej istotą bez znaczenia. Byłam trzecim dzieckiem, drugą bezwartościową dziewczynką, jeszcze za małą, żeby poświęcać jej cenny czas, żeby marnować go, mówiąc wprost, dopóki nie wiadomo na pewno, czy wyrośnie z mlecznych lat. Patrzyła na mnie tak, jak wszystkie matki patrzą na córki - jak na gościa, którego trzeba karmić i ubierać aż do dnia, kiedy wyniesie się do domu męża. Miałam pięć lat i byłam dość duża, aby wiedzieć, że nie zasługuję na jej uwagę, ale nagle gorąco zapragnęłam, by poświęciła mi chociaż króciutką chwilę. Chciałam, żeby spojrzała na mnie i porozmawiała ze mną tak, jak rozmawiała ze starszym bratem, lecz nawet w tym momencie przepełnionym pierwszym prawdziwie głębokim pragnieniem byłam na tyle bystra, aby rozumieć, że mama nie życzyłaby sobie, bym przerywała jej codzienne zajęcia. Często karciła mnie za to, że mówię za głośno, albo odsuwała machnięciem ręki, jak natrętną muchę, kiedy jej przeszkadzałam. Nie zrobiłam więc nic i nie odezwałam się ani słowem, przyrzekłam sobie natomiast, że stanę się podobna do starszej siostry i będę się starała pomagać mamie cicho, spokojnie i uważnie.

Do izby weszła babcia, jej twarz przypominała suszoną śliwkę, a plecy były tak przygarbione, że oczy znajdowały się na wysokości moich.

- Pomóż babci - poleciła mama. - Zapytaj, czy czegoś nie potrzebuje.

Chociaż przed chwilą złożyłam uroczystą obietnicę, teraz się zawahałam. Babcia rano zawsze miała oklejone białą mazią dziąsła i nikt nie lubił się do niej zbliżać. Podeszłam ostrożnie, z boku, wstrzymując oddech, ale ona przegnała mnie zniecierpliwionym ruchem dłoni. Odsunęłam się tak szybko, że wpadłam na ojca - jedenastą i najważniejszą osobę w domu.

Nie udzielił mi reprymendy, nie odezwał się też do nikogo innego. Wiedziałam, że nie przemówi, dopóki dzień nie dobiegnie końca. Usiadł i czekał, aż zostanie obsłużony. Przyglądałam się, jak mama bez słowa nalewa mu herbaty. Nie chciałam przeszkadzać w porannych czynnościach, lecz ona była jeszcze bardziej ostrożna w stosunku do ojca. Rzadko się zdarzało, żeby ją uderzył i nigdy nie wziął sobie konkubiny, niemniej zawsze była czujna i zachowywała dystans, co i nam się udzielało.

Stryjenka rozstawiła miseczki na stole i napełniła je congee, mama w tym czasie karmiła niemowlę. Po posiłku ojciec i stryj poszli na pole, a matka, stryjna, babka i starsza siostra udały się na górę, do izby kobiet. Miałam wielką ochotę pójść z mamą i pozostałymi kobietami z naszej rodziny, ale jeszcze do tego nie dorosłam. Najgorsze było jednak to, że teraz nie mogłam już cieszyć się niepodzielną uwagą starszego brata, ponieważ musieliśmy zabrać ze sobą malucha i trzecią siostrę.

Zarzuciłam płachtę z dzieckiem na plecy i razem ze starszym bratem zabrałam się do ścinania trawy i wyrywania korzeni dla świni. Trzecia siostra starała się dotrzymać nam kroku. Była zabawnym, przekornym stworzeniem. Zachowywała się tak, jakby była rozpuszczona, chociaż jedynymi dziećmi, które miały prawo być rozpuszczone, byli nasi bracia. Uważała, że jest najukochańszym dzieckiem w rodzinie, choć nic na to nie wskazywało.

Kiedy skończyliśmy z obowiązkami, wyprawiliśmy się dalej do wioski. Chodziliśmy alejkami między domami, dopóki nie natknęliśmy się na skaczące przez sznurek dziewczynki. Mój brat przystanął, wziął ode mnie dziecko i pozwolił mi także poskakać. Potem wróciliśmy do domu na wczesny obiad - coś prostego, ryż z warzywami. Później starszy brat wyszedł z mężczyznami, a my poszłyśmy na górę. Mama znowu nakarmiła dziecko i ułożyła je do snu, razem z trzecią siostrą. Już wtedy uwielbiałam przebywać w izbie dla kobiet z babcią, stryjenką, siostrą, kuzynką, a zwłaszcza z matką. Mama i babcia tkały, Piękny Księżyc i ja zwijałyśmy włóczkę w kłębki, a starsza siostra czekała na swoje cztery zaprzysiężone siostry, które miały przyjść do niej z popołudniową wizytą.

Wkrótce usłyszeliśmy ciche kroki czterech par liliowych stóp na schodach. Starsza siostra przywitała każdą z dziewcząt uściskiem, potem cała piątka przycupnęła w kącie. Nie lubiły, kiedy wtrącałam się do ich rozmów, ale nie protestowały, że je obserwuję, więc przyglądałam się uważnie, wiedząc, że za dwa lata sama stanę się częścią takiej grupy. Wszystkie pochodziły z Puwei, co oznaczało, że mogły spotykać się dość często, nie tylko z okazji świąt, na przykład w święto Chwytania Chłodnych Podmuchów czy w święto Wyganiania Ptaków. Grupa sióstr zawiązała się, gdy dziewczynki skończyły siedem lat. Aby scementować ich związek, każdy z ojców dał dwadzieścia pięć jin ryżu, który przechowywano w naszym domu. Zwyczaj nakazywał sprzedawać porcję ryżu dziewczyny wychodzącej za mąż, aby za uzyskane pieniądze każda z sióstr mogła kupić podarek ślubny. Spieniężenie ostatniej porcji ryżu oznaczało koniec stowarzyszenia, ponieważ jego członkinie najczęściej rozjeżdżały się do odległych wiosek, gdzie bez reszty pochłaniało je wychowywanie dzieci i okazywanie posłuszeństwa teściowym.

Starsza siostra nie starała się zwrócić na siebie uwagi nawet w gronie przyjaciółek. Siedziała spokojnie, haftowała razem z innymi, słuchała zabawnych historyjek i sama je opowiadała. Kiedy zaczynały za głośno chichotać i rozmawiać, matka surowo je uciszała. Tamtego dnia przyszła mi do głowy zupełnie nowa myśl - mama nigdy nie zachowywała się tak wobec zaprzysiężonych sióstr babci, gdy te przychodziły do niej z wizytą. Kiedy babcia odchowała dzieci, zaproponowano jej, aby przyłączyła się do nowej grupy pięciu zaprzysiężonych sióstr z Puwei. Teraz przy życiu zostały już tylko dwie i babcia, wszystkie owdowiałe. Spotykały się co najmniej raz w tygodniu, rozśmieszały się do łez i wymieniały rubaszne dowcipy, których my, dziewczynki, kompletnie nie rozumiałyśmy. Mama za bardzo bała się teściowej, żeby poprosić, aby przestały, a może była zbyt zajęta.

Mamie skończyła się przędza, więc podniosła się, żeby wziąć świeży motek. Przez chwilę stała nieruchomo, w zamyśleniu wpatrując się w przestrzeń. Nagle ogarnęło mnie przemożne pragnienie, aby rzucić się jej w ramiona i zawołać: „Zauważ mnie, zauważ mnie, zauważ mnie!”. Oczywiście nie zrobiłam tego. Matka mamy źle krępowała jej stopy i w rezultacie zamiast złocistych lilii mama miała paskudne pniaki. Kiedy chodziła, nie chwiała się z gracją, lecz podpierała laską. Pozbawiona laski, natychmiast zaczynała bezradnie machać rękami, starając się zachować równowagę. Mama zbyt słabo trzymała się na nogach, aby można ją było uściskać, przytulić lub pocałować.

- Czy Piękny Księżyc i Lilia nie powinny już wyjść na dwór? - zagadnęła stryjenka, przerywając głębokie zamyślenie mamy. - Mogłyby pomóc starszemu bratu w jego obowiązkach...
- Nie potrzebuje ich pomocy.
- Wiem - przyznała stryjenka. - Ale dzień jest taki ładny...

- Nie - powiedziała twardo mama. - Nie lubię, kiedy dziewczynki włóczą się po wiosce, zamiast pracować i uczyć się domowych zajęć.

Jednak w tej jednej kwestii stryjenka potrafiła być uparta. Chciała, żebyśmy poznały wszystkie uliczki i alejki, sprawdziły, co znajduje się na ich końcu i dotarły aż na skraj wioski, ponieważ dobrze wiedziała, że już niedługo będziemy patrzeć na świat tylko przez okienko w izbie dla kobiet.

- Zostało im ledwo parę miesięcy. - Nie dodała już, że później nasze stopy zostaną skrępowane, kości popękają, a skóra zgnije. - Pozwól im biegać, dopóki mogą...

Moja matka była wyczerpana. Miała pięcioro dzieci, w tym troje zupełnie małych. Dźwigała na barkach odpowiedzialność za cały dom - za sprzątanie, pranie, cerowanie, szycie, gotowanie wszystkich posiłków i pilnowanie rodzinnych długów. Zajmowała wyższą pozycję niż stryjenka, lecz nie miała siły, by codziennie walczyć o przestrzeganie zasad dobrego wychowania.

- Dobrze... - westchnęła z rezygnacją. - Mogą wyjść.

Chwyciłam Piękny Księżyc za rękę i zaczęłyśmy skakać z radości. Stryjenka szybko przegoniła nas za drzwi, żeby mama nie zdążyła zmienić zdania, a starsza siostra i pozostałe dziewczęta popatrzyły na nas z wyraźną zazdrością. Zbiegłyśmy na dół i wypadłyśmy na dwór. Późne popołudnie zawsze było moją ulubioną porą dnia - powietrze jest wtedy ciepłe, aromatyczne, a świerszcze grają głośno i rytmicznie. Biegłyśmy alejką przed siebie, dopóki nie znalazłyśmy mojego brata, który właśnie prowadził bawołu nad rzekę. Jechał na szerokim grzbiecie zwierzęcia, z jedną nogą podwiniętą pod siebie, a drugą zwisającą wzdłuż boku. Piękny Księżyc i ja szłyśmy za nimi wioskowym labiryntem wąskich uliczek, ta plątanina chroniła nas przed złymi duchami i bandytami. Po drodze nie spotkaliśmy żadnych dorosłych - mężczyźni pracowali na polu, a kobiety siedziały w swoich izbach za okratowanymi okienkami - ale za to w alejkach dosłownie roiło się od dzieci i różnych zwierząt: kurcząt, kaczek, tłustych macior i pokwikujących prosiąt.

Opuściliśmy wioskę i poszliśmy dalej wybrukowaną małymi kamieniami ścieżką, dość szeroką dla ludzi i palankinów, lecz za wąską dla zaprzężonych w woły lub kuce wozów. Dotarliśmy nią nad rzekę Xiao i zatrzymaliśmy się tuż przed kołyszącym się lekko mostem, po którym można się było przedostać na drugą stronę. Za mostem otwierał się przed naszymi oczami nieznany świat i uprawne pola. Nad głowami rozciągało się niebo, błękitne jak pióra zimorodka.

W oddali widać było inne wioski, o ich odwiedzeniu nawet nie marzyłam. Potem zeszliśmy na sam brzeg, gdzie wiatr szeleścił łodygami trzcin. Usiadłam na kamieniu, zdjęłam buty i zaczęłam brodzić w płytkiej wodzie. Od tamtego dnia minęło siedemdziesiąt pięć lat, a ja wciąż pamiętam miękkie, kleiste błoto między palcami stóp i zimny prąd, leniwie omywający moją skórę. Piękny Księżyc i ja doświadczyłyśmy wtedy takiej wolności, jaka nigdy później nie została nam już dana.

Pamiętam ten dzień także dlatego, że od chwili przebudzenia patrzyłam na moją rodzinę w inny, nowy sposób i ta świeża perspektywa napełniła mnie dziwnymi uczuciami - melancholią, smutkiem, zazdrością i poczuciem niesprawiedliwości. Wtedy, nad rzeką, pozwoliłam, aby woda zmyła ze mnie to wszystko.

Wieczorem, po kolacji, usiedliśmy przed domem, ciesząc się chłodnym powietrzem i zapadającą ciemnością. Tata i stryj palili długie fajki, wszyscy byli zmęczeni. Mama ostatni raz karmiła dziecko, usiłując je uśpić. Wyglądała na bardzo znużoną obowiązkami, które dla niej jeszcze się przecież nie skończyły. Objęłam ją ramieniem, żeby trochę pocieszyć.

- Jest za gorąco - powiedziała, odsuwając moją rękę.

Tata musiał dostrzec moje rozczarowanie, bo wziął mnie na kolana. W spokojnej ciemności byłam jego skarbem, na krótką chwilę stałam się perłą, którą mocno trzymał w ręce.

Krępowanie stóp

W moim przypadku przygotowania do krępowania stóp trwały znacznie dłużej, niż można się było spodziewać. W dużych miastach dziewczynkom z klasy wyższej krępuje się stopy już w wieku trzech lat. W niektórych odległych prowincjach wykonuje się ten zabieg tylko czasowo, żeby dziewczęta zrobiły lepsze wrażenie na przyszłych mężach, czasami dopiero w wieku trzynastu lat. Nie łamie się im kości, a bandaże zakłada luźno, aby po ślubie mogły uwolnić stopy i pracować w polu ramię w ramię z małżonkami. Stóp dziewcząt z najuboższych rodzin w ogóle się nie krępuje. Wiemy, jak kończą takie dziewczyny - najczęściej sprzedaje się je do służby lub przeznacza na „małe synowe”. „Małe synowe” to dziewczęta o dużych stopach, pochodzące z nisko postawionych rodzin. Oddaje się je innym rodzinom na wychowanie do czasu, kiedy osiągną dojrzałość i staną się zdolne do rodzenia dzieci. Jednak w naszym zwyczajnym okręgu dziewczynkom z rodzin takich jak moja zaczyna się krępować stopy w wieku lat sześciu, a po dwóch latach zabieg uważa się za zakończony.

Jeszcze kiedy biegałam z bratem po wiosce, moja matka przygotowywała długie paski niebieskiej tkaniny, które miały posłużyć jako bandaże. Własnoręcznie uszyła mi pierwszą parę butów, ale dużo więcej czasu i uwagi poświęciła na uszycie miniaturowych bucików, które miała złożyć na ołtarzu Guanyin, bogini, która wysłuchuje skarg wszystkich kobiet. Te pięknie wyszywane cacuszka miały tylko trzy i pół centymetra długości i zrobione były ze specjalnego kawałka czerwonego jedwabiu, zaoszczędzonego przez matkę jeszcze z posagu. Był to dla mnie pierwszy znak, że może nie jestem jej jednak całkiem obojętna.

Kiedy Piękny Księżyc i ja skończyłyśmy sześć lat, mama i stryjenka posłały po wróżbitę, aby określił szczęśliwą datę na rozpoczęcie krępowania naszych stóp. Większość ludzi twierdzi, że do tego zabiegu należy przystępować jesienią, głównie dlatego, że zimą stopy drętwieją i mniej bolą. Czy byłam podekscytowana? Nie. Bałam się. Byłam za mała, żeby pamiętać początek krępowania stóp starszej siostry, ale kto z naszej wioski nie słyszał przeraźliwych krzyków dziewczynki Wu...

Moja matka przywitała wróżbitę Hu na dole, podała herbatę i podsunęła mu miseczkę pestek arbuza. Jej uprzejmość miała przyczynić się do uzyskania lepszej wróżby. Wróżbita Hu zaczął ode mnie. Rozważył datę moich urodzin i związane z nią możliwości.

- Muszę zobaczyć to dziecko na własne oczy - powiedział.

Nie było to normalne i kiedy mama weszła ze mną do izby, na jej twarzy ostrzej znaczyły się wyryte troską zmarszczki między brwiami. Podprowadziła mnie do wróżbity i ustawiła tuż przed nim. Poczułam jej palce na ramionach, przytrzymujące mnie na miejscu i jednocześnie budzące lęk w sercu. Wróżbita długo przyglądał mi się badawczo.

- Oczy, tak... Uszy, tak... I te usta... - Podniósł wzrok na matkę. - To nie jest zwyczajne dziecko.

Mama wciągnęła powietrze przez zaciśnięte zęby. Był to najgorszy wyrok, jaki mógł wygłosić wróżbita.

- Potrzebne będą bardziej szczegółowe konsultacje - ciągnął. - Proponuję, żebyśmy skontaktowali się ze swatką. Zgadzacie się?

Ktoś mógłby podejrzewać, że wróżbita próbuje zarobić więcej pieniędzy i dzieli się dochodami z miejscową swatką, ale mama nie wahała się ani chwili. Jej obawy lub pewność były tak silne, że nie poprosiła nawet ojca o pozwolenie na wydanie większej sumy.

- Wróć do nas jak najszybciej - powiedziała. - Będziemy cię oczekiwać.

Wróżbita odszedł, pozostawiając nas wszystkich w rozterce. Tego wieczoru matka prawie się nie odzywała i nie chciała na mnie patrzeć. Stryjenka w ogóle nie żartowała. Babka wcześnie udała się na spoczynek, ale słyszałam, jak się modliła. Tata i stryj poszli na długi spacer. Nawet moi bracia zachowywali się spokojniej niż zwykle, wyczuwając poruszenie w domu.

Następnego dnia kobiety wstały przed świtem. Tym razem przygotowały słodkie ciasteczka, zaparzyły chryzantemową herbatę i wyjęły z kredensów odświętne naczynia. Ojciec nie poszedł w pole, chciał osobiście przywitać gości. Wszystkie te wyjątkowe zabiegi dowodziły, że sytuacja jest poważna. Na domiar złego okazało się, że wróżbita przyprowadził ze sobą nie panią Gao, miejscową swatkę, lecz panią Wang, swatkę z Tongkou, najlepszej wioski w całym okręgu.

Dla wyjaśnienia powiem, że dotąd nawet lokalna swatka nie odwiedziła jeszcze naszego domu. Miała pojawić się u nas za jakieś dwa lata, aby pośredniczyć w znalezieniu odpowiedniej żony dla starszego brata i przedstawić rodzicom listę rodzin szukających młodych żon dla synów. Kiedy więc przed naszym domem zatrzymał się palankin pani Wang, nikt się nie ucieszył. Patrząc w dół z okna izby kobiet, zobaczyłam grupki sąsiadów, którzy wyszli z domów, żeby przyjrzeć się sławnej swatce. Mój ojciec kłaniał się uniżenie, raz po raz dotykając czołem ziemi. Zrobiło mi się go żal. Tata zawsze zanadto się martwił, co jest dość typowe dla osoby urodzonej w Roku Królika. Był odpowiedzialny za wszystkich domowników, ale ta sytuacja nie mieściła się w jego dotychczasowych doświadczeniach. Mój stryj przestępował z nogi na nogę, a stryjna, zwykle tak wesoła i gościnna, teraz stała nieruchomo u jego boku. Z mojego punktu widokowego wyraźnie widziałam, co maluje się na wszystkich twarzach, i nie miałam wątpliwości, że coś jest nie w porządku, i to bardzo.

Gdy weszli do domu, na palcach podkradłam się do szczytu schodów, gdzie mogłam usłyszeć, co mówią. Pani Wang usadowiła się wygodnie, mama podała herbatę i przygotowane przysmaki. Głos mojego ojca brzmiał bardzo cicho, kiedy recytował on ceremonialne uprzejmości, jednak szybko stało się jasne, że pani Wang nie fatygowała się tak daleko, żeby zamienić parę banalnych uwag ze skromną rodziną. Chciała mnie obejrzeć, więc podobnie jak poprzedniego dnia zostałam przyprowadzona do głównej izby. Zeszłam na dół tak lekko i wdzięcznie, jak tylko może to uczynić ledwie sześcioletnie dziecko o wciąż jeszcze dużych, niezgrabnych stopach.

Potoczyłam wzrokiem po twarzach starszych z rodziny. Chociaż często upływ czasu zaciera wspomnienia szczególnych chwil, do dziś widzę ich wszystkich bardzo wyraźnie. Babka siedziała przygarbiona, wpatrzona w swoje splecione dłonie. Jej skóra była tak delikatna i cienka, że dostrzegłam błękitny puls, bijący na skroni. Ojciec, któremu i tak nie brakowało trosk, zaniemówił ze zmartwienia. Stryjenka i stryj stali w drzwiach, zalęknieni, że będą świadkami tego, co ma się wydarzyć, a jednocześnie nie chcąc niczego przegapić. Najdokładniej pamiętam jednak twarz matki. Oczywiście, jako córka zawsze uważałam, że jest ładna, ale tamtego dnia po raz pierwszy zobaczyłam jej prawdziwą osobowość. Wiedziałam, że przyszła na świat w Roku Małpy, ale dotąd nie zdawałam sobie sprawy, że charakterystyczne dla tego znaku cechy - spryt, przebiegłość i skłonność do stosowania oszustwa zakorzenione są w niej tak mocno. Coś dzikiego czaiło się pod wysokimi kośćmi policzkowymi, coś podstępnego tkwiło na dnie ciemnych źrenic. Było to... Nawet dziś nie wiem, jak to opisać. Powiedziałabym, że na twarzy matki pojawiło się coś na kształt męskiej ambicji.

Kazano mi stanąć przed panią Wang. Wtedy wydawało mi się, że jedwabna tunika, w którą była ubrana, jest piękna, ale dziecko nie ma przecież gustu ani rozeznania. Dziś na pewno uznałabym jej ubiór za wulgarny i nieodpowiedni dla wdowy, lecz, z drugiej strony, swatka nie jest wszak przeciętną kobietą. Prowadzi interesy z mężczyznami, ustala ceny narzeczonych, targuje się o wysokość posagu i pełni rolę pośredniczki. Śmiech pani Wang był za głośny, słowa zbyt gładkie. Przywołała mnie bliżej, przytrzymała między kolanami i długo patrzyła w moją twarz. W tamtej chwili z niewidzialnej stałam się bardzo, bardzo widzialna.

Pani Wang podeszła do całej sprawy ze znacznie większą dokładnością i uwagą niż wróżbita. Obmacała płatki uszu. Oparła palce wskazujące na dolnych powiekach i wywinęła je, kazała mi popatrzeć w górę, w dół, w lewo, w prawo. Ujęła w dłonie policzki, odwracając twarz to w tę, to w tamtą stronę. Palcami uciskała ręce od barków po przeguby dłoni. Wreszcie położyła dłonie na moich biodrach. Miałam dopiero sześć lat, w tym wieku nie można jeszcze wyrokować o płodności, lecz ona sprawdziła, jak szeroko rozstawione są kości miednicy i nikt nie powiedział ani słowa, aby ją powstrzymać! Na koniec zrobiła rzecz najbardziej zaskakującą. Podniosła się z krzesła i kazała mi zająć swoje miejsce. Coś takiego świadczyłoby, że zostałam przerażająco źle wychowana, spojrzałam więc na matkę i ojca, szukając u nich rady, lecz oni stali nieruchomo, bezradni jak przeznaczone na rzeź zwierzęta. Twarz ojca poszarzała. Wydawało mi się, że słyszę, jak myśli: „Dlaczego nie wrzuciliśmy jej do strumienia zaraz po urodzeniu?”.

Pani Wang na pewno nie została najbardziej liczącą się swatką w okręgu dlatego, że cierpliwie czekała, aż sparaliżowane ze strachu owce podejmą decyzję. Ujęła mnie pod pachy i posadziła na krześle, po czym uklękła i zdjęła mi buty i skarpetki. W izbie panowała kompletna cisza. Dokładnie obejrzała stopy, podobnie jak wcześniej twarz i przejechała paznokciem kciuka po podbiciu.

Potem przeniosła wzrok na wróżbitę i skinęła głową. Wstała z podłogi i krótkim ruchem wskazującego palca kazała mi zwolnić krzesło. Kiedy znowu usiadła, wróżbita odchrząknął.

- Wasza córka stawia nas wobec szczególnych okoliczności - powiedział. - Dostrzegłem w niej coś już wczoraj, a pani Wang, która dysponuje dodatkowym doświadczeniem, potwierdza moje przypuszczenia. Twarz waszej córki jest pociągła i szczupła jak ziarno ryżu. Ma pulchne płatki uszu, co wskazuje, że jest szczerą, hojną osobą, najważniejsze są jednak stopy o wysokim podbiciu, ale jego łuk nie zdążył się jeszcze w pełni uformować. Znaczy to, matko, że należy poczekać jeszcze rok, zanim zaczniesz krępować dziewczynce stopy... - Podniósł dłoń, jakby chciał powstrzymać kogoś, kto mógłby mu przerwać, chociaż naturalnie tak śmiała myśl nikomu nawet nie zaświtała w głowie. - Wiem, że w naszej wiosce zwyczaj nakazuje rozpocząć krępowanie w wieku lat sześciu, ale myślę, że jeżeli przyjrzysz się córce, dostrzeżesz, iż...

Wróżbita Hu się zawahał. Babka pchnęła miskę z tangerynkami w jego kierunku, żeby zajął czymś ręce i łatwiej zebrał myśli. Wziął jeden owoc, obrał go i rzucił skórkę na podłogę. Po chwili znowu zaczął mówić, trzymając cząstkę tangerynki tuż przed ustami.

- W wieku sześciu lat kości składają się jeszcze w dużej części z wody i dlatego łatwo daje się je układać, ale wasza córka jest słabo rozwinięta fizycznie, nawet jak na naszą wioskę, która ma za sobą trudne lata. Możliwe, że podobnie jest z innymi dziewczynkami w tym domu, nie ma się czego wstydzić.

Aż do tamtej chwili nie przyszło mi do głowy, że moja rodzina w jakiś sposób różni się od innych, a tym bardziej że ja różnię się od innych dzieci.

Wróżbita wsunął cząstkę owocu do ust i przeżuł ją w zamyśleniu.

- Ale wasza córka ma w sobie coś jeszcze, poza drobną budową, której przyczyną najprawdopodobniej jest głód - podjął. - Jej stopy mają wyjątkowo wysoki łuk, a to znaczy, że przy odpowiednich staraniach mogą okazać się najdoskonalsze, jakie kiedykolwiek zrodził nasz okręg.

Niektórzy ludzie nie wierzą we wróżbitów. Uważają, że swoim klientom podsuwają tylko zalecenia zgodne ze zdrowym rozsądkiem. Ostatecznie, jesień rzeczywiście jest najlepszą porą krępowania stóp, wiosna najlepiej nadaje się do rodzenia dzieci, a piękne wzgórze, owiewane lekkim wiatrem, to zgodnie z fengshui najlepsze miejsce na cmentarz... Wszystko to prawda, ale ten wróżbita naprawdę coś we mnie dostrzegł i jego rady odmieniły bieg mojego życia. Zrozumiałam to później, bo w tamtej chwili w izbie bynajmniej nie dało się wyczuć ducha radości. Wciąż nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że coś jest nie tak.

Martwe milczenie przerwała pani Wang.

- Dziewczynka faktycznie jest śliczna, ale złociste lilie są w życiu dużo ważniejsze niż ładna buzia. Urodziwa twarz to dar Niebios, natomiast malutkie stopy mogą poprawić jej pozycję społeczną, co do tego wszyscy się zgadzamy. Decyzję, co robić dalej, musi podjąć ojciec - spojrzała na tatę, chociaż słowa, które posłała w powietrze, przeznaczone były dla matki. - Nie jest źle wprowadzić córkę w dobrą rodzinę. Wysoko postawiony ród pana młodego zapewni wam lepsze koneksje, wyższą cenę za narzeczoną i długotrwałą ochronę polityczną i ekonomiczną. Naturalnie, w pełni doceniam gościnność i hojność, jakie dziś okazaliście, ale... - lekceważącym gestem podkreśliła ubóstwo naszego domu - ...los, pod postacią waszej córki, daje wam wielką szansę. Jeżeli matka właściwie wykona swoje zadanie, ta nic nieznacząca dziewczynka może przez małżeństwo wejść do rodziny z Tongkou.

Tongkou!

- Mówisz o wspaniałych rzeczach, pani Wang - odezwał się ostrożnie ojciec. - Lecz nasza rodzina jest bardzo skromna. Nie stać nas na należne ci wynagrodzenie.
- Stary ojcze, jeśli stopy twojej córki okażą się w końcu tak drobne, jak tego oczekuję, będę mogła liczyć na hojne wynagrodzenie od rodziny pana młodego - odparła gładko pani Wang. - Wy także otrzymacie od nich wiele cennych rzeczy jako zapłatę za pannę młodą, sam więc widzisz, że oboje możemy odnieść korzyść z naszej umowy.

Ojciec milczał. Nigdy nie rozmawiał z nami o plonach i nie ujawniał swoich uczuć, pamiętam jednak pewną zimę po roku suszy, kiedy mieliśmy mało jedzenia. Ojciec poszedł wtedy w góry na polowanie, ale nawet zwierzęta wyzdychały z głodu. Wrócił do domu tylko z gorzkimi korzonkami, które matka i babka wrzuciły do zupy. Może w tej chwili wspominał hańbę tamtego roku i wyobrażał sobie, jak wysoką cenę dostanie za mnie i ile dobrego przyniesie to naszej rodzinie.

- Poza tym sądzę, że twoja córka mogłaby także zawrzeć związek laotong - dodała swatka.

Znałam to określenie, wiedziałam, co ono oznacza. Związek laotong zasadniczo różnił się od stowarzyszenia zaprzysiężonych sióstr. Łączył dwie dziewczyny z różnych wiosek i obejmował całe ich życie, gdy tymczasem zaprzysiężonych sióstr było kilka i rozstawały się na dobre z chwilą wstąpienia w związek małżeński. W swoim krótkim życiu nigdy nie spotkałam się z osobami złączonymi laotong i nie przypuszczałam, że sama mogłabym zostać jedną z nich. Jako dziewczęta moja matka i stryjenka miały zaprzysiężone siostry w swoich rodzinnych wioskach, starsza siostra także je miała, a babka stworzyła podobną grupę z zaprzyjaźnionymi wdowami z wioski swego męża. Posiadanie laotong było czymś niezwykłym, wyjątkowym. Powinnam tryskać radością, lecz zamiast tego czułam się przerażona i ogłupiała, podobnie jak wszyscy moi bliscy. O laotong nie należało rozmawiać w obecności mężczyzn, ale sytuacja była tak nadzwyczajna, że ojciec zupełnie stracił grunt pod nogami.

- Żadna kobieta z naszej rodziny nie miała nigdy laotong! - wykrztusił.
- Wasza rodzina nie miała wielu rzeczy, aż do tej pory - zauważyła pani Wong, wstając. - Omów te sprawy z krewnymi, ale pamiętaj, że taka szansa nie pojawia się codziennie. Dobry los nieczęsto wkracza do domu. Odwiedzę was jeszcze.

Swatka i wróżbita wyszli, obiecując, że będą sprawdzać, jakie czynię postępy. Matka i ja poszłyśmy na górę. Kiedy znalazłyśmy się w izbie dla kobiet, odwróciła się i spojrzała na mnie z tym samym wyrazem twarzy, jaki dostrzegłam u niej na dole, a następnie, nim zdążyłam coś powiedzieć, wymierzyła mi bardzo mocny policzek.

- Wiesz, ile kłopotu będzie przez to miał ojciec? - zapytała.

Twarde słowa, ale ja zdawałam sobie sprawę, że i surowość, i policzek mają przynieść nam szczęście, a także odstraszyć złe duchy. Nie było przecież żadnej gwarancji, że z moich stóp rzeczywiście rozwiną się złote lilie. Co więcej, zawsze może zostać popełniony jakiś błąd, o czym matka nie mogła zapomnieć, patrząc na swoje stopy. Wiązanie stóp starszej siostry przebiegło pomyślnie, ale wszystko mogło się zdarzyć. Zamiast osiągnąć wysoką cenę na rynku małżeńskim, mogłam do końca życia kuśtykać na niekształtnych kopytkach, wymachując ramionami dla zachowania równowagi, tak jak moja matka.

Chociaż twarz mnie piekła, w głębi serca byłam szczęśliwa. Wymierzając ten policzek, mama pierwszy raz okazała mi matczyną miłość, musiałam więc przygryźć wargi, żeby powstrzymać uśmiech. Nie odezwała się do mnie do końca dnia. Wróciła do głównej izby i długo rozmawiała ze stryjenką, stryjem, ojcem i babką. Stryj miał dobre serce, ale jako drugi syn nie miał praktycznie żadnej pozycji w naszym domu. Stryjenka była świadoma korzyści, jakie mogą wyniknąć z całej sytuacji, lecz jako żona drugiego syna, która nie urodziła ani jednego chłopca, stała najniżej w hierarchii naszej rodziny. Mama także nie miała żadnej pozycji, ale ja, która widziałam wyraz malujący się na jej twarzy podczas przemowy swatki, odgadywałam, o czym myśli. Ojciec i babcia podejmowali wszystkie decyzje w domu, jednak na oboje można było wpłynąć. Słowa swatki zawierały w sobie dobrą wróżbę dla mnie, chociaż oznaczały także, że ojciec będzie musiał ciężko pracować, by zgromadzić odpowiedni posag na dobry związek. Gdyby postąpił wbrew sugestiom swatki, straciłby twarz nie tylko w wiosce, ale także w okręgu.

Nie wiem, czy tamtego dnia uzgodnili mój los, lecz później nic już nie było tak jak dawniej, w każdym razie w moich oczach. Przyszłość Pięknego Księżyca zmieniła się razem z moją. Byłam kilka miesięcy starsza od niej, zdecydowano jednak, że nasze stopy zostaną skrępowane tego samego dnia, co stopy trzeciej siostry. Nadal wykonywałam różne obowiązki na dworze, ale już nigdy nie wybrałam się nad rzekę z bratem, nigdy więcej nie poczułam na skórze chłodu płynącej wody. Aż do tamtego dnia mama ani razu mnie nie uderzyła, lecz szybko się okazało, że po tamtym policzku nastąpiły kolejne - w ciągu kilku następnych lat biła mnie wiele razy. Najgorsze było to, że ojciec nigdy już nie spojrzał na mnie jak na swoją kochaną córeczkę. Skończyły się dobre czasy, kiedy wieczorami zapalał fajkę i brał mnie na kolana. W jednej chwili zmieniłam się z bezużytecznej dziewczynki w osobę, która mogła okazać się bardzo przydatna.

Moje błękitne bandaże i maleńkie buciki, które matka miała złożyć na ołtarzu Guanyin, na razie schowano, podobnie jak bandaże i buciki zrobione dla Pięknego Księżyca. Pani Wang odwiedzała nas co jakiś czas, zawsze w palankinie. Uważnie oglądała mnie od stóp do głów i wypytywała, jak mi idzie nauka domowych zajęć. Nie powiedziałabym, że okazywała mi sympatię. Byłam tylko materiałem, dzięki któremu mogła osiągnąć spore zyski.

W następnym roku moja edukacja w izbie dla kobiet zaczęła się na dobre, ale ja i tak wiedziałam już całkiem sporo. Wiedziałam, że mężczyźni rzadko wchodzą do izby na piętrze - jest to miejsce przeznaczone tylko dla nas, byśmy miały gdzie pracować i dzielić się swoimi myślami. Wiedziałam, że prawie całe życie upłynie mi w podobnej izbie. Wiedziałam też, że różnica między nei - wewnętrznym światem domu - oraz wai - zewnętrznym światem mężczyzn - leży u podstaw społeczeństwa konfucjańskiego. Niezależnie od tego, czy ktoś jest bogaty, czy biedny, jest cesarzem, czy niewolnikiem, sfera domowa przeznaczona jest dla kobiet, natomiast zewnętrzna dla mężczyzn. Kobiety nie powinny przekraczać progu swego świata ani w myślach, ani w rzeczywistości. Byłam świadoma, że naszym życiem rządzą dwa sformułowane przez Konfucjusza ideały. Pierwszy był tożsamy z zasadą trzech posłuszeństw: „Jako dziewczyna słuchaj ojca; jako żona - męża; jako wdowa - syna”. Drugi mówił o czterech cnotach, określających zachowanie, mowę, postawę i zajęcia kobiety: „Bądź cnotliwa i uległa, spokojna i prawa w swym zachowaniu; opanowana i ustępliwa w mowie; umiarkowana i wyrafinowana w sposobie poruszania się; dążąca do perfekcji w pracach domowych i hafcie”. Dziewczęta, które trzymają się tych zasad, wyrastają na cnotliwe, dobre kobiety.

Moja nauka obejmowała teraz coraz więcej zajęć praktycznych. Nauczyłam się nawlekać igłę, dobierać odpowiedni kolor nici i szyć równym, drobnym ściegiem. Było to ważne, ponieważ Piękny Księżyc, trzecia siostra i ja pracowałyśmy nad butami, które miały wystarczyć nam na cały dwuletni okres krępowania stóp. Potrzebne były buty na dzień, specjalne klapki do snu i kilka par obcisłych skarpetek. Przygotowywałyśmy je chronologicznie, od bucików i skarpet, które pasowały na nasze stopy już teraz, po coraz mniejsze rozmiary.

Najważniejsze były jednak lekcje nu shu, których udzielała mi stryjenka. Nie rozumiałam wtedy do końca, dlaczego okazuje mi tak szczególne zainteresowanie; w swojej wielkiej głupocie wierzyłam, że jeżeli będę pilna, zainspiruję Piękny Księżyc, która dzięki pilności w zdobywaniu wiedzy zwiększy swoje szanse na dobre małżeństwo, może nawet lepsze niż małżeństwo jej matki. Myliłam się, ponieważ stryjenką kierowała nadzieja wprowadzenia sekretnego pisma w nasze życie, abyśmy obie, Piękny Księżyc i ja, zawsze mogły z niego korzystać. Nie dostrzegłam także, iż wywołało to konflikt między moją stryjenką a matką i babką, które nie znały nu shu, podobnie jak ojciec i stryj nie znali pisma mężczyzn.

W tamtym okresie nie miałam jeszcze okazji widzieć męskiego pisma, więc nie mogłam porównać go z nu shu, dziś jednak wiem, że pismo mężczyzn jest surowe, śmiałe i wyraźne; każdy znak można zamknąć w kwadracie, gdy tymczasem nasze znaki wyglądają jak nóżki komarów lub odciski ptasich łapek na piasku. W przeciwieństwie do męskiego pisma, znaki nu shu nie odpowiadają poszczególnym słowom i mają raczej charakter fonetyczny. W rezultacie jeden znak może odpowiadać każdemu wymówionemu słowu, zawierającemu ten sam dźwięk. Znaczenie wynika zwykle z kontekstu, trzeba jednak bardzo uważać, aby nie zostało błędnie odczytane. Wiele kobiet, tak jak moja matka i babka, nigdy nie poznaje kobiecego pisma, ale za to uczy się piosenek i opowieści, najczęściej opartych na prostym rytmie: ta dum, ta dum, ta dum.

Stryjenka uczyła mnie szczególnych zasad, którymi rządzi się nu shu. Naszymi znakami można się posługiwać, by pisać listy, pieśni, autobiografie, wykłady o kobiecych obowiązkach, modlitwy do bogini i oczywiście popularne historyjki. Kreśli się je pędzelkiem i tuszem na papierze lub na wachlarzu, ale można także wyszywać na chusteczkach lub włączać do wzorów tkackich. Zapisane teksty można i wręcz należy śpiewać przed audytorium złożonym z innych kobiet i dziewcząt, ale również czytać i delektować się nimi w samotności. Najważniejsze dwie zasady brzmią: mężczyźni nie mogą się dowiedzieć o istnieniu pisma ani dotykać żadnej jego postaci.

Dni toczyły się w zwyczajnym rytmie, Piękny Księżyc i ja codziennie uczyłyśmy się czegoś nowego, aż do moich siódmych urodzin, kiedy to do naszego domu ponownie zawitał wróżbita. Tym razem musiał ustalić wspólną datę rozpoczęcia krępowania stóp dla trzech dziewczynek, z których tylko jedna, trzecia siostra, była w odpowiednim wieku. Zastanawiał się bardzo długo, kręcąc głową i wzdychając, wracał wciąż do naszych ośmiu znaków, w końcu wybrał dzień typowy dla dziewcząt z naszego regionu - dwudziesty czwarty w ósmym miesiącu cyklu księżycowego, dzień, w którym dziewczęta oczekujące na skrępowanie stóp zanoszą modły i ofiary na ołtarz Pani o Maleńkich Stopach, bogini czuwającej nad tą tradycją.

Mama i stryjenka znowu zabrały się do przygotowywania bandaży. Karmiły nas kluseczkami z czerwoną fasolą, aby nasze kości zmiękły, osiągając konsystencję gotowanego ciasta, i żeby natchnąć nas pragnieniem posiadania stopek nie większych niż kluski. W dniach poprzedzających krępowanie wiele kobiet z wioski odwiedzało nas w izbie na piętrze. Zaprzysiężone siostry starszej siostry życzyły nam szczęścia, znosiły słodycze i gratulowały oficjalnego wejścia w świat kobiet, izba rozbrzmiewała głosami pełnymi radości. Wszystkie byłyśmy zadowolone, szczęśliwe, roześmiane i rozgadane. Dziś wiem, że o wielu rzeczach po prostu nam nie powiedziano. (Nikt nie wyjawił, że mogę umrzeć. Dopiero gdy przeniosłam się do domu męża, teściowa zdradziła mi, że z dziesięciu dziewczynek jedna umiera z powodu krępowania stóp, nie tylko w naszym okręgu, ale w całych Chinach).

Wtedy wiedziałam tylko, że zabieg ten da mi większe szanse na dobre małżeństwo, a tym samym przybliży szanse na największą miłość i radość w życiu każdej kobiety - do syna. Aby osiągnąć ten cel, musiałam postarać się o idealne stopy, obdarzone siedmioma atrybutami: powinny być małe, wąskie, proste, spiczaste, wysoko wypiętrzone, a przy tym pachnące i delikatne w dotyku. Oczywiście najważniejsza jest długość. Ideał to siedem centymetrów - taką długość ma przeciętny kciuk. Później kształt - doskonała stopa powinna wyglądać jak pączek lotosu, o pełnej, zaokrąglonej pięcie, mocno zwężająca się ku przodowi. Cały ciężar ciała opiera się na dużym palcu, co oznacza, że kości dużych palców i podbicia należy połamać, ściągając je w kierunku pięty. We wgłębieniu między przednią częścią i piętą powinno być dość miejsca, aby w załamaniach dało się umieścić dużą monetę. Wiedziałam, że jeżeli uda mi się to wszystko osiągnąć, moją nagrodą będzie wielkie szczęście.

Rankiem dwudziestego czwartego dnia ósmego miesiąca księżycowego cyklu ofiarowałyśmy Pani o Maleńkich Stopach kleiste ryżowe kulki, a nasze matki położyły pięknie uszyte miniaturowe buciki przed małą figurą Guanyin. Potem mama i stryjenka przygotowały ałun, środek ściągający, nożyczki, specjalne obcinaki do paznokci, igły i nici. Wyciągnęły błękitne bandaże, każdy szeroki na pięć centymetrów, długości trzech metrów i lekko nakrochmalony. Wszystkie kobiety z naszej rodziny zgromadziły się w izbie na górze. Starsza siostra zjawiła się ostatnia, niosąc wiadro gotowanej wody, w której długo moczyły się tłuczone migdały, korzeń morwy, zioła i inne korzenie, a wszystko z dodatkiem moczu.

Jako najstarsza, miałam zostać poddana zabiegowi pierwsza. Byłam zdecydowana pokazać wszystkim, jaka potrafię być dzielna. Mama umyła mi stopy i natarła je ałunem, żeby ściągnąć tkankę i ograniczyć nieuniknione krwawienie i wydzielanie się ropy. Obcięła mi paznokcie bardzo krótko, jak najkrócej. W tym czasie pozostałe kobiety namoczyły bandaże, które miały wysychać na skórze, w ten sposób jeszcze bardziej ją ściągając. Następnie mama ujęła koniec bandażu, położyła go na moim podbiciu i mocno objęła nim cztery zagięte małe palce. Okręciła bandażem piętę, zabezpieczyła wiązanie pętlą wokół kostki. Chodziło o to, aby małe palce i pięta spotkały się, tworząc wgłębienie, lecz duży palec musiał pozostać wolny, żebym mogła się na nim opierać. Mama powtarzała te ruchy, dopóki nie zużyła całego bandaża; stryjenka i babcia zaglądały jej przez ramię, sprawdzając, czy bandaż gdzieś się nie zmarszczył i nie zagiął. Mama solidnie zszyła końce, żeby pętle się nie rozluźniły i żebym nie zdołała się uwolnić.

Kiedy skończyła, stryjenka rozpoczęła krępowanie stóp Pięknego Księżyca. W tym czasie trzecia siostra powiedziała, że musi napić się wody i zeszła na dół. Gdy stopy Pięknego Księżyca były gotowe, mama zawołała trzecią siostrę, lecz odpowiedziała jej cisza. Jeszcze godzinę wcześniej otrzymałabym polecenie, żeby znaleźć trzecią siostrę, ale teraz wiedziałam, że przez następne dwa lata nie wolno mi będzie zejść po schodach. Mama i stryjenka przeszukały dom i wyszły na dwór. Chciałam podbiec do okna i wyjrzeć, lecz stopy zaczęły mnie już boleć. Nacisk na kości narastał, wysychające bandaże blokowały krążenie. Zerknęłam na Piękny Księżyc. Twarz mojej kuzynki była tak blada, jak wskazywało na to jej imię, po policzkach spływały strumyczki łez.

Z zewnątrz dobiegały nas nawoływania mamy i stryjenki.

- Trzecia siostro! Trzecia siostro!

Babcia i starsza siostra zbliżyły się do okna i wyjrzały.

- Aiya... - wymamrotała babcia.

Starsza siostra spojrzała na nas przez ramię.

- Mama i stryjenka są w domu sąsiadów - powiedziała. - Słyszycie, jak piszczy trzecia siostra?

Piękny Księżyc i ja potrząsnęłyśmy głowami.

- Mama ciągnie trzecią siostrę alejką - dodała starsza siostra.

Dopiero teraz usłyszałyśmy krzyki trzeciej siostry.

- Nie, nie pójdę tam! Nie chcę, nie zrobię tego!
- Jesteś bezużytecznym zerem - łajała ją głośno mama. - Przynosisz wstyd naszym przodkom!

Były to niemiłe słowa, lecz w naszej wiosce słyszałyśmy je prawie codziennie.

Mama wepchnęła trzecią siostrę do izby Mała upadła na podłogę, zaraz jednak zerwała się, uciekła do kąta i skuliła się tam.

- To i tak się stanie, nie masz wyboru - oświadczyła mama.

Trzecia siostra gorączkowo rozglądała się dookoła, daremnie szukając jakiejś kryjówki. Znalazła się w potrzasku i nic nie mogło powstrzymać tego, co nieuniknione. Mama i stryjenka podeszły do niej. Ostatnim wysiłkiem spróbowała przemknąć pod ich wyciągniętymi ramionami, ale starsza siostra chwyciła ją mocno. Trzecia siostra miała dopiero sześć lat, lecz walczyła ze wszystkich sił. Starsza siostra, stryjenka i babcia przytrzymały ją/ a mama pośpiesznie nałożyła bandaże. Trzecia siostra krzyczała bez chwili przerwy. Kilka razy udało jej się wyrwać rękę z uścisku, lecz kobiety natychmiast ją chwytały. Kiedy mama na ułamek sekundy uwolniła jej stopę, trzecia siostra oswobodziła ją i zaczęła rozpaczliwie wymachiwać nogą. Długi bandaż tańczył w powietrzu jak wstążka akrobaty. Piękny Księżyc i ja byłyśmy przerażone. Nikt z naszej rodziny nie powinien zachowywać się w ten sposób, byłyśmy o tym głęboko przekonane, mogłyśmy jednak tylko siedzieć i patrzeć, bo coraz ostrzejsze sztylety bólu kłuły nasze nogi. W końcu mama zrobiła, co do niej należało. Postawiła stopy trzeciej siostry na podłogę, wyprostowała się i z obrzydzeniem spojrzała na najmłodszą córkę.

- Bezużyteczna dziewczyna! - rzuciła gniewnie.

Opiszę teraz następne minuty i tygodnie, które w życiu tak długim jak moje powinny być bez znaczenia, ale wciąż wydają mi się wiecznością.

Mama spojrzała najpierw na mnie, ponieważ byłam najstarsza.

- Wstań!

Nie mogłam zrozumieć, czego ode mnie chce. Stopy pulsowały bólem. Zaledwie parę minut wcześniej byłam pewna swojej odwagi, a teraz usiłowałam tylko powstrzymać łzy, najzupełniej bezskutecznie.

Stryjenka trąciła Piękny Księżyc w ramię.

- Wstań i chodź.

Trzecia siostra wciąż zawodziła na podłodze.

Mama szarpnięciem podniosła mnie z krzesła. Słowo „ból” jest zbyt słabe, aby opisać, co czułam. Małe palce stóp miałam podgięte i cały ciężar ciała spoczął właśnie na nich. Usiłowałam przechylić się do tyłu i oprzeć na piętach. Kiedy mama zobaczyła, co robię, uderzyła mnie.

- Spaceruj!

Starałam się. Gdy kuśtykałam w kierunku okna, mama poderwała trzecią siostrę na nogi i pchnęła ją w ramiona starszej siostry.

- Przejdź się z nią w tę i z powrotem dziesięć razy - poleciła.

Dopiero wtedy pojęłam, co mnie czeka, chociaż wydawało mi się to niewyobrażalne. Widząc, co się dzieje, stryjenka, osoba o najniższej pozycji w rodzinie, chwyciła swoją córkę za rękę i pomogła jej wstać. Łzy płynęły mi po twarzy, kiedy mama prowadziła mnie po pokoju. Słyszałam swoje jęki. Trzecia siostra wrzeszczała i próbowała wyrwać się starszej siostrze. Babcia, której obowiązkiem jako najważniejszej osoby w domu było tylko nadzorowanie wszystkich czynności, ujęła drugie ramię trzeciej siostry. Podtrzymywane przez dwie znacznie silniejsze osoby, fizyczne ciało trzeciej siostry musiało ulec, ale to nie znaczyło, że ustały jej narzekania. Tylko Piękny Księżyc skrywała swoje uczucia, pokazując, że chociaż stoi bardzo nisko w domowej hierarchii, jest naprawdę dobrą córką.

Po dziesięciu okrążeniach mama, stryjenka i babcia zostawiły nas w spokoju. Wszystkie trzy byłyśmy wręcz sparaliżowane z bólu, a przecież nasze cierpienia dopiero się zaczęły. Nie mogłyśmy jeść. Miałyśmy puste żołądki, lecz wciąż wymiotowałyśmy. W końcu wszyscy położyli się spać. Jakąż ulgą było położyć się na posłaniu, trzymać stopy na tym samym poziomie, co reszta ciała... Jednak po paru godzinach dotknęło nas nowe cierpienie. Stopy płonęły, zupełnie jakby ułożono je wśród rozgrzanych węgli. Z naszych ust wydobywały się dziwne, miauczące odgłosy. Biedna starsza siostra, która dzieliła z nami izbę, starała się ukoić nasz ból, opowiadając bajki i przypominając łagodnie, że wszystkie dziewczęta z dobrych rodzin w całych wielkich Chinach przechodzą przez to samo, aby zostać wartościowymi kobietami, żonami i matkami.

Tamtej nocy żadna z nas nie zasnęła, ale ból okazał się niczym w porównaniu z tym, co przeżyłyśmy następnego dnia. Wszystkie trzy próbowałyśmy zerwać bandaże, lecz tylko trzeciej siostrze udało się oswobodzić jedną stopę. Mama zbiła ją po rękach i nogach, ponownie zabandażowała stopę i kazała za karę zrobić dziesięć dodatkowych okrążeń.

- Chcesz zostać małą synową? - pytała raz po raz, potrząsając nią mocno. - Jeszcze nie jest za późno, możesz wybrać sobie taką przyszłość!

Często słyszałyśmy podobne groźby, chociaż żadna z nas nigdy nie widziała małej synowej. Puwei było zbyt ubogą wioską, aby ludzie przyjmowali tu do domów niechciane, uparte dziewczyny o dużych stopach. Nie widziałyśmy jednak także ducha lisa, a wierzyłyśmy w jego istnienie, dlatego po słowach mamy trzecia siostra się poddała, przynajmniej na pewien czas.

Czwartego dnia wymoczyłyśmy zabandażowane stopy w wiadrze z gorącą wodą. Potem bandaże zdjęto. Mama i stryjenka uważnie obejrzały nasze paznokcie, wycięły odciski, zeskrobały stwardniałą skórę, natarły stopy ałunem i pachnidłem, żeby zabić odór gnijącego ciała i nałożyły czyste bandaże, jeszcze ciaśniej niż poprzednio. Każdy dzień był taki sam. Co czwarty dzień moczyły nam nogi i zmieniały bandaże. Co dwa tygodnie dostawałyśmy nową parę bucików, coraz mniejszych. Sąsiadki często nas odwiedzały, przynosząc kluski z czerwoną fasolą, żeby nasze kości szybciej zmiękły, albo suszone papryczki chili, aby stopy przybrały taki smukły, ostro zakończony kształt. Zaprzysiężone siostry starszej siostry przychodziły z drobnymi podarunkami, które im samym pomogły przetrwać te ciężkie chwile.

- Przygryzajcie koniuszek pędzelka do kaligrafii - radziły. - Jest ostry i delikatny, dzięki temu wasze stopy też staną się smukłe i subtelne.

Albo:

- Zjedzcie trochę tych wodnych kasztanów, a one natchną wasze ciało, żeby szybciej się kurczyło.

Izba kobiet przeistoczyła się w izbę dyscypliny. Zamiast wykonywać swoje codzienne obowiązki, chodziłyśmy teraz tylko w tę i z powrotem od okna do ściany. Mama i stryjenka codziennie dorzucały nam po parę okrążeń i prosiły babcię o pomoc. Kiedy babcia poczuła zmęczenie, siadała na jednym z łóżek i stamtąd kierowała naszymi poczynaniami. Gdy się ochłodziło, przykrywała się jeszcze jedną kołdrą. W miarę jak dni stawały się coraz krótsze i mroczniejsze, odzywała się coraz rzadziej, coraz słabszym głosem, aż wreszcie w ogóle zamilkła i tylko patrzyła na trzecią siostrę, nakazując jej wzrokiem chodzić więcej, wciąż więcej i więcej.

Ból wcale nie słabł. Jakże mogłoby być inaczej? Nauczyłyśmy się jednak tego, co najważniejsze w życiu kobiety - musimy być posłuszne dla naszego dobra. Już w tych pierwszych tygodniach zaczął formować się obraz przyszłości każdej z nas. Piękny Księżyc będzie stoicko spokojna i piękna we wszystkich możliwych okolicznościach. Trzecia siostra będzie wiecznie narzekającą, uskarżającą się na swój los żoną, która nie umie docenić otrzymanych darów. Ja, ta tak zwana szczególna, wyjątkowa dziewczyna, przyjęłam mój los bez sprzeciwu.

Któregoś dnia, w czasie jednej z wycieczek po izbie, usłyszałam trzask. To pękła kość w moim palcu. Myślałam, że nikt poza mną nie zdaje sobie sprawy, co się stało, ale dźwięk był tak głośny i wyraźny, że usłyszały je wszystkie kobiety w izbie. Matka utkwiła we mnie skupione spojrzenie.

- Ruszaj się! Wreszcie robisz postępy!

Chodziłam dalej, dygocząc na całym ciele. Do wieczora złamały się wszystkie osiem palców moich stóp, ale mama nie pozwoliła mi odpocząć. Czułam, jak pogruchotane palce zamieniają się w miazgę przy każdym kroku, w bucikach miałam teraz pewien luz. Wolna przestrzeń, którą niedawno zajmowały stawy palców, zamieniła się w galaretę cierpienia. Panujące na dworze zimno nie zdołało złagodzić tortur, przez jakie przechodziło moje ciało. A mimo to mama nie była ze mnie całkowicie zadowolona. Wieczorem kazała starszemu bratu naciąć witek nad rzeką i przynieść je do domu. Przez następne dwa dni smagała mnie nimi po nogach, żebym nie traciła zapału do chodzenia. W dniu zmiany bandaży jak zwykle wymoczyłam stopy, lecz tym razem masaż palców o połamanych kościach był doświadczeniem, którego po prostu nie da się opisać. Mama kilka razy poruszyła obluzowane palce i podgięła je mocniej. Nigdy wcześniej ani później nie widziałam tak wyraźnie, że jednak ogarnia mnie swoją matczyną miłością.

- Prawdziwa dama nie pozwala, aby w jej życie wkradła się choćby najmniejsza brzydota - powtarzała uparcie. - Piękno osiąga się wyłącznie poprzez cierpienie. Tylko przez ból dochodzi się do spokoju. Ja owijam twoje stopy i bandażuję je, ale to ty otrzymasz nagrodę.

Palce Pięknego Księżyca pękły parę dni później, lecz kości trzeciej siostry wciąż stawiały opór. Mama posłała starszego brata po drobne kamyki, które zamierzała przymocować do palców trzeciej siostry, żeby zwiększyć ucisk. Mówiłam już, że moja młodsza siostra była bardzo uparta, ale teraz jej krzyki rozbrzmiewały jeszcze głośniej, chociaż trudno to sobie wyobrazić. Piękny Księżyc i ja myślałyśmy, że reaguje w ten sposób, ponieważ chce skupić na sobie uwagę mamy, która poświęcała swój czas i wysiłek przede wszystkim mnie, jednak przy zmianie bandaży widziałyśmy różnice między naszymi stopami i stopami trzeciej siostry. Krew i ropa przesiąkały także przez nasze bandaże, to było normalne, ale wydzieliny z ciała trzeciej siostry niedawno zaczęły cuchnąć inaczej. Skóra na naszych stopach była trupiobiała, natomiast skóra trzeciej siostry - mocno różowa.