Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
77 osób interesuje się tą książką
W kwietniowym wydaniu „Pisma” przyglądamy się polskiemu smogowi, a konkretnie temu, jak bardzo zanieczyszczone powietrze wpływa na nasze zdrowie. Wydawałoby się, że smog w Polsce zaczyna się na jesieni, a kończy wczesną wiosną. Nie. W Polsce oddychamy zanieczyszczonym powietrzem cały rok. W wydaniu kwietniowym pytamy także o to, dlaczego od kilku miesięcy Słowacy wychodzą na ulice; rozmawiamy z Bartkiem „Fiszem” Waglewskim z okazji 25-lecia jego kariery artystycznej. Zaglądamy do Kątów Rybackich, gdzie wybrzmiewa młoda jazzowa Polska. Zapraszamy także do lektury prozy Katarzyny Szaulińskiej, Weroniki Murek, a o swojej apteczce opowiada nam David Sedaris.
W najnowszym wydaniu polecamy również:
– reportaż Aleksandry Wareckiej o życiu po getcie warszawskim,
– felieton Magdaleny Bigaj o ucieczce od technofatalizmu,
– wiersze Julii Szychowiak, Moniki Zięby i Mohemmeda El-Kurda,
– fotoreportaż poświęcony historii Konkursu Chopinowskiego.
Spis treści. Pismo. Magazyn Opinii. 04/2025
Bartosz Trojanowski – Tyle smogu w całym mieście [okładka]
Karolina Lewestam – Rozmowy z K. Jak spadać, to z wysokiego konia
Julia Szychowiak – [...]
Adrian Wykrota – cykl Jaka piękna katastrofa
Katarzyna Szaulińska – Jeżyca
Katarzyna Kazimierowska – Bez tchu [z cyklu Soczewka Pisma]
Adam Robiński rozmawia z Bartkiem „Fiszem” Waglewskim – Oaza dla dziadersa
Narodowy Instytut Fryderyka Chopina – Sto lat, Fryderyku [Fotoarchiwum]
Mohemmed El-Kurd – Środa
Aleksandra Warecka – Oddam dziecko w dobre ręce
Monika Zięba – Nie płacz
Łukasz Grzesiczak – Nad Tatrami gromy dziko biją
Zofia Płoska-Czartoryska o Zbigniewie Liberze – Wyjście ludzi z miasta
Zuzanna Kowalczyk – Fisherman Angles [Z Pismem u...]
Mateusz Roesler – Apteczka. Co w niej trzyma David Sedaris?
Weronika Murek – Kobieta, która wraca do domu
Magdalena Bigaj – Listy z cyfrowego roju. O nowym tabu i ucieczce od technofatalizmu
Zuzanna Kowalczyk – À propos smogu
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 232
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
ROZMOWY Z K. // FELIETON
Jak spadać, to z wysokiego konia
tekstKAROLINA LEWESTAM
Droga K.!
Jak zdobyć się na odwagę, by powiedzieć komuś, że się go kocha? Pytanie banał, ale moje serce i mózg udzielają mi dwóch kompletnie różnych instrukcji, a ja, głupia, nie wiem, w którą stronę pójść. (...) Niespełna dwa lata temu moje pijane usta spotkały się z ustami człowieka, którego znałam tylko z widzenia – zabawa, rozmowa, spojrzenie w oczy i tak jedna noc spowodowała dalszy historii bieg. Potem było tylko lepiej i gorzej zarazem. (...) W końcu umowa: przyjaciele, ale tacy z korzyściami dobrymi dla ciała i duszy. A więc powstrzymałam ćmy latające gdzieś między jelitami a żołądkiem. (...) A teraz widzimy się częściej i częściej się śmiejemy, słuchamy muzyki, którą ten człowiek wybiera, a jej słowa: „Będę Cię kochać, aż będę martwy”. I nie wiem, czy to ja uroiłam sobie tę miłość? Boję się rozmowy, która może wszystko zakończyć i już nigdy nie będzie po niej tak samo jak dziś. Boję się też, że nigdy nie wyrzucę z siebie tego, co czuję, i miłość moja umrze, a ja razem z nią.
Liczę na odpowiedź, bo nie wiem, co więcej czynić mam.
Twoja G.
Kochana G.!
Zaczniemy od sceny z książki Agathy Christie Śmierć w chmurach. Jest tam niejaki lord Horbury, który zaczyna rozumieć, że popełnił błąd: nienawidzi swojej nowej żony – pięknej, jakże pięknej! Ale, jak się okazało po krótkiej chwili małżeństwa, pustej, chciwej, wrednej i niemoralnej. Poza tym nie pasują do siebie. On chce spędzać czas na wsi i zajmować się końmi; a ona wręcz przeciwnie, chce być w mieście, hulać, uprawiać hazard i wciągać kokainę. Tymczasem w posiadłości obok mieszka Venetia Kerr, jego towarzyszka od lat dzieciństwa. Nie tak piękna jak jego żona, ale o ile bardziej – teraz to widzi wyraźnie – do niego pasująca! Wręcz dla niego – jak mógł być tak bezdennie głupi, jakże był ślepy – stworzona! Wstrząśnięty kolejną awanturą z wulgarną połowicą wybiega na pola, a tam ona, jego przyjaciółka Venetia. I to na koniu! „Venetia najlepiej zawsze wyglądała na koniu” – myśli. „Spojrzał na nią z podziwem, sentymentem i z uczuciem, jakby wracał do domu”.
Potem następuje uroczo angielska wymiana między tą dwójką. Dzień dobry. Tak, tak, dzień dobry. Ten koń. Tamten koń. Ihaha. Patataj. Czy coś się stało? Ano, jak zawsze, problemy w domu. Cisza. „Czy rozwiódłbyś się?” – mówi płasko Venetia, patrząc z wysokości konia na snujące się po łąkach leniwe mgły. „Przypuszczam, że tak”. Potem znów cisza, wiatr, koń strzyże uszami; mówi lord Horbury: „Gdybym się rozwiódł, czy wyszłabyś za mnie?”. „Przypuszczam, że tak”. Jeszcze coś tam mruczą, a w końcu Venetia mówi: „Cóż, Stephen, będę się zbierać”, tryka konia piętami i odjeżdża.
Rok później – weselne dzwony.
Po co przytaczam tę historię? Otóż przytaczam ją neurotycznie, nawet nie dosłownie. Żeby sobie na zapas zaprzeczyć. Próbuję uczciwie pokazać, że takie sytuacje się zdarzają. Ten czy inny lord Horbury – sama Christie tak pisze! – po czasie uświadamia sobie, że wszystko, czego w życiu kiedykolwiek pragnął, znajduje się tuż obok, w postaci lojalnej przyjaciółki.
Może i Twój lord Horbury... Może i on?
Może. A jednak, kochana G., przeczytaj swój list raz jeszcze i tym razem spróbuj sobie wyobrazić, że to nie Ty go napisałaś, ale Twoja hipotetyczna córka. Albo siostrzenica, albo chociaż przyjaciółka o imieniu, powiedzmy, Nel.
Nel opowiada Ci taką oto historię: poznała faceta. Ona go potem chciała, on jej chyba nie za bardzo. Co robi poważny chłop w takiej sytuacji? Mówi: „Sorry; nie będę się z tobą więcej spotykał, bo to ewidentnie nie fair, biorąc pod uwagę różnice w naszym emocjonalnym zaangażowaniu”. Ale on jakoś nie może się od Nel odczepić – to odpowie na SMS-a, to sam napisze, to znów seks. „A to skurczykot – myślisz sobie – czemu ją zwodzi?” Nie urodził się wczoraj, wie, co się święci; nawet jeśli się do końca do tego przed sobą nie przyznaje, to ewidentnie cieszy go uwaga drugiej strony... „Chce, żebyśmy byli przyjaciółmi, którzy czasem ze sobą sypiają”. „Przyjaciółmi?” – myślisz, bo wyraźnie widać, że jedna strona ma tutaj o wiele więcej przyjaźni do zaoferowania. To Nel jedzie przez pół Polski, żeby go pocieszyć z powodu innego związku; to ona słucha jego zwierzeń, chowając przed nim swój emocjonalny sekret. Nie wkurzasz się, słuchając tego? Nie trzęsie Cię, że ona blokuje się duchowo na inne, rokujące związki?
Droga G., to może być Twój lord Horbury, a Ty możesz być jego Venetią Kerr. Może tak być. Różne rzeczy się zdarzają na świecie, a o większości z nich nie śniło się filozofom. Ale powiem Ci, co absolutnie musisz zrobić: natychmiast ładuj się na konia i jedź zapytać, co on tutaj patatajuje i co tu się odjanieklacza. Może spadniesz, ale potrzaskasz się, pozbierasz i będziesz żyć dalej. A może nie zaboli. Może on mruknie: „Przypuszczam, że tak” – i będziecie żyć długo i szczęśliwie.
Na koń.
rysunek ANNA GŁĄBICKA
KAROLINA LEWESTAM (ur. 1979), dziennikarka i redaktorka. Obroniła doktorat z filozofii na Uniwersytecie Bostońskim. Wielokrotnie nominowana do nagrody Grand Press. Członkini redakcji „Pisma”.
Czasem o trudnych rzeczach dobrze jest napisać do kogoś, kto jest daleko. Napisz do mnie.rozmowyzk@magazynpismo.pl
Więcej na magazynpismo.pl/rozmowy-z-k
POEZJA
[...]
JULIA SZYCHOWIAK
Daliście rzece zwłoki świń, krzesła, opony i lodówkę.
Raz utopiło się w niej dziecko, kiedyś jeszcze dwoje dorosłych.
Płynęły nią ścieki i chyba olej napędowy, chociaż nikt tego nie chciał.
Daliście jej wiele, żeby kiedyś
powiedzieć, że wszystko wam zabrała.
JULIA SZYCHOWIAK (ur. 1986), poetka. Autorka kilku książek poetyckich, między innymi Po sobie (2007) i Intro (2014). Wiersz pochodzi z tomu, który ukaże się w tym roku.
W KADRZE z cyklu Jaka piękna katastrofa
Poznań, 6 grudnia 2022 roku
zdjęcie i tekstADRIAN WYKROTA
W 2023 roku dwa polskie miasta znalazły się w niechlubnej czołówce rankingu prowadzonego przez portal IQAir.com. Na trzecim miejscu w zestawieniu miast z najgorszą jakością powietrza znalazł się Poznań, a na czwartym miejscu Kraków. Gorzej z jakością powietrza było tylko w Inczonie w Korei Południowej oraz w Delhi w Indiach.
Więcej zdjęć z tegorocznego cyklu na magazynpismo.pl/w-kadrze
PROZA
Jeżyca
tekstKATARZYNA SZAULIŃSKArysunekAGNIESZKA SOZAŃSKA
Coś się ze mną działo i nie były to dobre rzeczy.
Lato rozwijało się przede mną bezkresem braku perspektyw, upalnych dni pobudzających wzrost pszenicy, pompujących ziemniaki i buraki do jadalnych rozmiarów. Mój los nie wydawał się odbiegać od ich losu – miałam rosnąć aż do skonsumowania.
Przeprosiłam się z porzuconymi na czas nauki koleżankami, w chwilach wolnych od roboty w polu chodziłyśmy razem nad rzekę. Kładłam się na wodzie, niech mnie zabierze gdzieś daleko, myślałam, choćby i na dno. Ale rzeka była tak samo ospała jak wszystko tutaj, nie niosła ze sobą żadnej odmiany.
Mogłam próbować zdawać gdzie indziej, ale wszystkie gdzieindzieje były poza budżetem naszego małego gospodarstwa. Mogłam próbować za rok, ale rok to był bezkres, nie dało się przekonać rodziców, że przez ten czas będę uczyć się dalej. Mogłam iść do pracy – ale i to odwlekałam dzień za dniem.
Coś się we mnie połamało, a na miejscu połamanego zalęgła się wątpliwość: czy jestem zdolna do bycia czymś więcej niż małą weszką pod cudzą kuratelą, jeżem oczekującym na rozjechanie na placek?
TAK JAK się umówiliśmy, Lech przybył w sobotę, punkt siedemnasta. Na jego przyjście ubrałam się na żółto, w kolor zazdrości, bo dalej zazdrościłam mu wszystkiego, a zwłaszcza tego, że już chyba nic nikomu nie musiał udowadniać. W międzyczasie rozmyślałam o płakaniu na jego piersi i bardzo chciałam oddalić od siebie wspomnienie siebie pękniętej przed nim, rozedrganej, biednej. Kiedy pojawiłam się w progu, kasztanowłosa, promienista, a i znacznie czystsza niż ostatnio, Lechowi zaparło dech. Skłonił się nisko przed matką, pocałował ją w rękę i wręczył storczyk w doniczce – kwiat, który znałam tylko z podręcznika od geografii, oplatający kauczukowce w amazońskiej dżungli.
– Jak interesy, panie Maciejski? – Matka zamrugała.
– Galancie, szanowna sąsiadko. Wszystko galancie – odrzekł Lech wymijająco, znowu pocałował ją w rękę i zaproponował mi ramię.
Tak jak przewidywałam, od oblania egzaminu matka była dla mnie miła. Wszystko wskazywało na to, że los mnie sam naprostował. Kiedy było trzeba, zaniemówiłam, jak przyszło do gadania – zagadałam. Kawaler miał się zjawić, to się zjawił. Karciłam się za to, ale jej przychylność była słodka jak kołacz i karmiąca jak miód, trudno było się od niej odlepić.
Po dojściu do łąki Lech odkapslował kciukiem dwa wyjęte z torby piwka i dał mi jedno. Drugie wydoił sam, jednym długim, ciętym grdyką haustem. To był jakiś pomysł, skuć się z Lechem i zapomnieć o wszystkim. Ochoczo wcałowałam się w butelkę, a Lech wiódł mnie dumny aleją pieńków, gdzie wykarczowany las miał ustąpić miejsca czemuś, co nazywał „inwestycją”.
Marzyłam o wskrzeszaniu. Pościnane, ułożone w stosy sosny, którym odebrano pion, były czymś przeciwnym, uśmierconym. W naszej wiosce działo się to teraz za sprawą Lecha wszędzie – las ograbiany na potrzeby pola, pole na potrzeby budynku, mającego – jak mgliście rozumiałam – coś wspólnego z podbojem kosmosu. Mnie interesowały drzewa. Pytałam kiedyś Jasia, czy jego technikami dałoby się ścięte drzewo dopasować do pnia, połączyć czymś na kształt gipsu albo wszczepić rurki pompujące do liści wodę. Odbudować drzewo, jak dzieci odbudowują wieże z klocków.
– Ja jestem od zwierząt – odparł wtedy Jasiu. – Może ty się tym zajmiesz. Poza tym kukła krowy jest zakonserwowana, ale nie żyje, a tobie chyba chodzi o prawdziwą reanimację drzew.
– Chodzi.
– Chyba że o lakierowane liście.
– Nie, Jasiu.
– Tylko obawiam się, że możesz mieć problem z płynnością finansową. Tutaj nikt nie płaci za drzewa. A tego kundla, widzisz, chcą mieć na zawsze.
Jasiu wypychał właśnie Wasylowego Reksa, który zastygł na wieki z parszywym skurczem wargi. Każde z nas zostało kiedyś przez niego dotkliwie pokąsane. Teraz, na prośbę Jasia, sama polerowałam mu cuchnące kły, a Jasiu instalował głośnik, żeby Reks mógł warczeć pomimo zgonu. Strapiony Jasiu i ja, zakochana w nim po uszy.
– Imponujące – rzekłam kwaśno do Lecha na te jego pieńki, a on, na kwaśność obojętny, opowiadał o inwestycji i wyciągał kolejne piwa. I ja piłam, piłam, i piłam. Miałam to po tatusiu, miałam po dziadku, niewiele więcej mi przekazali w posagu prócz tej rozkoszy z roztapiania się w nicości.
W miarę mojego coraz większego upojenia opowieść Lecha stawała się buczeniem tłumiącym niemiły głos w głowie, powtarzający, że do niczego się nie nadaję. Po trzech piwach przestałam słyszeć i Lecha, i głos, i wszystko wokół. Spokojne, jasne żyto kołysało się na wietrze. Och, stać się żytem, wyrastać w jednym miejscu, dać sobą poruszać wiatrowi, nic nie wiedzieć o zranionej ambicji, poddać się losowi bez mrugnięcia okiem. Idąc za tą myślą, dałam się Lechowi objąć wpół i prowadzić, a niech tam, po żytniemu. Wszystko wirowało, trochę wzbierało bełtem, trochę mnie tarmosiło.
– Piękna istoto – mamrotał mi do ucha Lech – ty się marnujesz, ja ciebie przed marnacją ocalę – szeptał – mój ty pustostanie, moja miedzo, moja zbędna, moja niczyja, moja mała. – A ja, pijana w sztok, czułam, że coś mi robi to chcenie, cieknące w moją stronę od Lecha, uczucie słodkomdlące, które znałam w sobie zawsze bezwzajemnie zwrócone do Jasia. Żaden dotychczas człowiek tak mnie nie chciał wziąć! Agrarna potrzeba konkwisty, któż jej nie miał, przecież i ja! Moją ziemią był Jasiu, Lecha, jak wskazywały jego obecne działania, byłam ja. Tylko co, lec przed nim jak sosnowy pień? Lech był szarmancki, nie napierał. Ledwie trzymającą się na nogach odstawił do domu, w ręce zadowolonej matki.
– Taka jesteś wrażliwa, maleństwo. Śpij dobrze – powiedział na do widzenia, całując mnie w czoło, po matczynemu – choć mojej matce takie słowa nie przeszłyby nigdy przez ciasne, zimne gardło.
I TAK SIĘ to toczyło przez miesiące wakacyjne, żniwa, kierat, spotkanie za spotkaniem. Siła inercji popychała moje chodzenie z Lechem, które niby sieczkarnia porcjowało czas na strawne kawałki. Lech się do mnie dobierał tylko z lekka, z szacunkiem, przy mojej obojętnej aprobacie. Rodzice nijak tego nie zabraniali, przepadali za Lecha potencją, która opromieniała nadzieją nasze skromne morgi. Rozlewało się to i na mnie – w końcu jakimś sposobem to ja go przyciągałam do naszej ziemi, mimo mojego cudacznego charakteru. Była w tym jakaś beztroska, rozpacz dawała się gładko zepchnąć na zewnątrz pijanej bańki, w której moi rodzice, ja i Lech trwaliśmy w czarodziejskiej harmonii.
KTÓREGOŚ RAZU Lech przyszedł po mnie poważniejszy i lepiej ubrany, i zamiast na pieńkowisko, zabrał mnie nad wodę. Wypiliśmy pierwsze piwo i patrzyliśmy w milczeniu na powolny, zamulony nurt odbijający ciemne od nadchodzącej burzy niebo.
I wtedy Lech podciągnął lewą nogawkę spodni. W miejscu, gdzie można by się spodziewać łydki, Lechowi spod błękitnego lnu wystawał cienki metalowy drąg, nawiercony śrubami. Wyżej pojawiał się zawias kolana i lej protezowy, w który miał wsadzony kikut nogi.
– I co ty na to, Mała? Kiepsko, nie? – zapytał dziwnym, zmienionym głosem.
– Od kiedy to masz? – spytałam.
– Od trzech lat, od żniw. Robiłem u ojca cztery wsie dalej. Zatkał się nagarniacz, a ja, durny, nogą. I co powiesz, Mała? Skreślony taki kawaler?
Pochyliłam się nad sztuczną nogą i podziwiałam. Gdyby się nie przyznał, nie wpadłabym, że nogę ma metalową, taka to była precyzja. Kolano wieloosiowe, pełne mechanicznych imitacji żywej chrząstki, amortyzator w łydce. Między stopą a łydką – kolejne wymyślne połączonko, sztuczny staw skokowy. Martwe, stalowe – a żywe! I znów było to coś, czym chciałam się podzielić z Jasiem Wskrzesicielem! Czy nie można by spróbować wszczepić podobnych zawiasów, napędzanych prądem, w dermoplasty?
Dać im się ruszać i biegać?
Zrobiło mi się trochę szkoda Lecha, który czekał na jakiś werdykt, kiedy mnie byli w głowie Jasiu i śrubki. Lech, wielkie chłopisko, gdyby nie ten sztuczny kulas, musiałby kicać jak zając. Siedział teraz ze spuszczoną głową i wzdychał.
– Nic nie powiem. Dobrze, że i tobie czegoś brak, a nie tylko mnie – odrzekłam. Lech oparł się o kamień i spojrzał w niebo.
– Dobra z ciebie dziewczyna, Mała – rzekł.
Pochylił się przy ziemi i coś tam przy niej kombinował. W końcu klęknął przede mną, na zdrowej nodze, złapał mnie za serdeczny palec i wetknął na niego pierścionek uwity z trawy, z oczkiem z kwiatka rumianku.
– Mam dla ciebie pierścionek diamentowy, Mała, w drugich spodniach. Ale dziś chcę ci to powiedzieć. Właśnie teraz. Zostań moją żoną, Mała.
A wtedy ja, wykorzystując to, że miałam lewą nogę żywą i szybszą niż Lech, po prostu uciekłam.
DOCIERAŁO DO mnie, że niestety znów – tak jak na egzaminie – to mój własny rozum postawił mnie w tym położeniu, ogłupił i sprawił, że siłą bezwładu, jak kulka jeżowa, dotoczyłam się do oświadczyn. Czego innego miałam spodziewać się po przyzwoitym w gruncie rzeczy Lechu, skoro tak się potulnie stawiałam na każdym spacerku? Tak się dawałam obłapiać? Cóż w moim zachowaniu mówiło, że nie chcę jego umizgów?
No to się doczekałam.
Biegłam, nie oglądając się za siebie. Coś we mnie w przedziwny sposób ożyło na widok metalowej nogi, politechniczna tęsknota, zapał, w każdym razie – energia. Goniło mnie widmo kuchty, która pierze Lechowi skarpety do pracy i poprawia nogawkę na sztucznej nodze. O, nigdy, nigdy w życiu! Z dwiema nogami, prawdziwymi czy sztucznymi, żaden mąż nie był mi potrzebny.
Dobiegłam do sklepu, z torebki wyciągnęłam zaskórniaki i kupiłam sobie dwa piwka, czemu nie, niech będą i trzy, a co tam, należało mi się. Lech mnie nauczył, jak to poprawia stan ducha, ale czy ja jego musiałam mieć przy sobie do wdrażania tej nauki w życie? Poszłam na Górkę Jabłoniową, siadłam oparta o pień, piwo odkapslowałam o kamień, nie umiałam palcem. Stąd było widać całą wieś od góry – a była w ten sposób jeszcze ciaśniejsza, z jednej strony zakleszczona rzeką, z drugiej międzymiastową, z której zdrapywałam jeża. Obie te nitki, niby cienkie, ale jednakowo stalowe, na odbicie burzowego nieba, ściskały wieś ze mną w środku jak dyby.
JEDYNYM, co się dla mnie liczyło, był Jasiu. A zamiast siedzieć u Jasia, przez miesiąc widywałam się z Lechem. Teraz, obrażona oświadczynami, doiłam trzecie piwo na górce. Czy był w tym sens? A może kierowała mną potrzeba, żeby wreszcie to Jasiu zaczął podążać za mną, a nie wciąż ja za nim? Tylko czy naprawdę wierzyłam, że Jasiu, taki, jakim był, miałby rzucić dermoplasty i sposobem Lecha przymilać się do mnie, ojca i matki? Czy nie za to właśnie go ceniłam, że ważna dla niego była praca – i tylko praca? Kim byłam ja, kiedy chciałam sobie z Jasia zrobić przytulankę – czy to dziecięcy brak rozpoznania, z kim mam do czynienia?
Tak czy inaczej, musiałam się z nim zobaczyć.
KIEDY PRZYSZŁAM do warsztatu prosto z Górki Jabłoniowej, w żadnym z okien nie paliło się światło, ale wiedziałam, że część pracy o zmierzchu Jasiu wykonywał przy świeczkach, skulony nad stołem.
Zapukałam cicho do drzwi i weszłam.
Jasia nie było, ale serce i tak mi wywinęło kozła z radości, kiedy zobaczyłam słoje z ałunem i mydłem arszenikowym, pudła szklanych oczu i skalpele schludnie ułożone na stole, szpileczki wbite w błękitną poduszkę. Biurko pokrywały szkice, pomiary ciał, zdjęcia doczesne od właścicieli zwierząt, a z belki nad tym wszystkim zwisały ptasie skórki, podwieszone czerwonymi nitkami za dzioby. Były już wypreparowane i zaopatrzone w oczy, miały drutem przebite nogi, a reszta powłoki wisiała na nich luźno jak płaszcz.
Tęskniłam za tym, och, jak strasznie tęskniłam...
Do takiego widoku przywykłam. Nie było jednak normalne, że wszędzie stały krowy. Piętnaście, może dwadzieścia, cały kościół krów, plamisty dywan pod ruiną ołtarza, a każda elegancko przymocowana do platformy na kółkach. Kiedyś chcieliśmy kilka takich połączyć i podpiąć pod lokomotywkę, ale wtedy było ich raptem z osiem. Takiego zamówienia jeszcze nie widziałam. Do tego na podłodze leżało z pięć skór wygarbowanych i czekających na wypchanie. Burza właśnie rozpętała się na dobre i rypnęła piorunami na wschodzie, za szczątkami witraża.
Oko dermoplastu stojącej tuż obok krowy, ogromne, brązowe, ufne, odbijało mnie w sobie, małą i wygiętą. Mieściłam się w nim cała.
Czy tu było moje miejsce? A może tak mi się tylko wydawało, kiedy co noc śnił mi się Jasiu i byliśmy dwoma delfinami, ocierającymi się o siebie gładkimi powierzchniami, jeleniem i sarną na rykowisku? W tych snach było życie, wilgoć, rozkwitanie. Nie chciałam się z nich budzić. Ale czy chciałabym wypychać zwierzęta, gdyby nie Jasiu?
Całkiem sama?
Wtuliłam się w krowę i wdychałam zapach jej wygarbowanej skóry, który zawsze działał na mnie trzeźwiąco. – To nie czas na oczekiwanie od siebie odpowiedzi – usłyszałam od krowy albo od piorunów. A potem wyszłam z pracowni prosto w burzową noc.
Pachniało ozonem i gnojówką.
PO CO TU przychodzisz? – powiedziała wtedy ciemność.
Jeszcze zanim moje ucho ją rozpoznało, skóra wyczuła podwójność ciała i metalu. Głos też był z metalu, szedł mi dygotem po piszczelach.
– Żeby ci było łatwiej zdecydować. Żeby ci niczego nie brakowało – powiedziała dalej ciemność, jednak niezaciekawiona, czemu tu jestem. I nagle sztuczna noga wsunęła się między moje nogi z siłą i precyzją buldożera, rozepchnęła je na boki, a ciemność uchyliła mi majtki szorstkim palcem i dłubała w moim mokrym – za sprawą kogoś innego – środku.
Byłam ulepiona z wiejskiej ziemi i tak samo jak ona, zamiast reagować na te inwestycje Lecha wybuchem wulkanu, zarwaniem klifu albo przynajmniej obsunięciem piasku, przyjmowałam jego ruchy może i z przestrachem, ale nie takim, który zabrałby mnie całą gdzie indziej. Kiedy po łące przejeżdża kosiarka, można stwierdzić, że z miejsca ulatuje duch – tak samo mój leciał teraz daleko poza to ciało, żeby unosić się nad nim jak mgła albo chmura. Ono pozostawało w jednym miejscu, bezwładne, mogące zniechęcić jedynie tego, kto w pieprzeniu potrzebuje współudziału.
Lech nie był z tych.
Lubił ciepło ziemskie, łatwość kopania, bezbronność.
Co lubiłam ja?
Myśl o sztucznej nodze – powtarzałam sobie, żebrząc u samej siebie o szczątek ekscytacji, kiedy Lech zwalił się na mnie całym swoim ciężarem. Niech to nie będzie tym, czym jest. Myśl, że to Jasiu, prosiłam siebie, a było to o tyle możliwe, że do krzaków, w które wepchnął mnie Lech, dolatywał jeszcze mdlący zapach z pracowni. Luźno przysypany ziemią dół, do którego Jasiu wrzucał wnętrzności zwierząt, w takie dni jak dziś, parne i burzowe, cuchnął padliną na pół wioski.
Och, chciałam tam być, w tym dole. Wciskałam twarz w ziemię, w trawę, żeby się całkiem schronić w podziemiu, w cudze wątroby wtulić własną. Ale nie szłam do ziemi, sama byłam ziemią.
Szłam w swoją głębię.
Przecież inwestycje stoją na powierzchni, fundamentami sięgają ledwie poziomu minus jeden, a ziemia ma o tyle więcej pod sobą, lawy, węgla, wód podziemnych, minerałów. To głupie, martwić się powierzchnią – pocieszałam sama siebie, wstrząsana przez Lechowe ciało.
Czy moje paznokcie mnie zdradzały, kiedy leżały, potrząsane jedynie siłą pchania, pozbawione zamiaru walki? Nie. Po prostu były zajęte wykonywaniem ruchu samowydrążania. Uciekałam przed Lechem w jedyny możliwy sposób – kopiąc w samej sobie skrytkę, z której już go nie widziałam, nie czułam jego nogi ani zapachu rozkładających się zwierząt, tylko mościłam sobie do umierania przytulny grobowiec.
A wtedy on skończył.
WRÓCIŁAM DO DOMU, ledwie trzymając się na nogach.
W progu stał tatuś, o dziwo trzeźwy i naraz jeszcze większy w swojej złości niż Lech.
– Ty durna, ty! – witał mnie z oddali.
Okazało się, że zanim Lech mnie znalazł, przyszedł oświadczać się rodzicom, przestraszony, że się obraziłam o przyrodniczy pierścionek.
– Na kolanach my go przepraszali za twoje zachowanie – wrzeszczała matka, niosąc ojcu pas. – Tylko przez ścierę lej, żeby ślady nie zostały.
Może od tego matki przepraszania ciemne z Lecha wylazło, zbytnio się panem poczuł, myślałam, ale myśli było we mnie mało, a wszystkie drżały galaretą.
– Ale ja chcę się uczyć! – wydusiłam z siebie, przełożona ojcu przez kolano.
– Swoją szansę jużeś miała, naukowczyni zasrana – warknęła matka. – Dawno cię nad książką nie widziałam. Szlajasz się to za Jasiem, to za Maciejskim, a za mąż iść nie chcesz? To się zwie kurewszczyzna. Tylko dochód żaden. Skończyło się babce sranie, powiadam ja tobie.
Niesamowite, jak po kolei Jasiu Wskrzesiciel i matka troszczą się o mój dochód, myślałam, ile mórg mi rodzice dali w posagu i co na nich stanie. Może i ja się więcej powinnam przejmować stabilizacją pieniężną, lepiej bym na tym wyszła. A potem już nic nie myślałam, tylko cieszyłam się, że jestem wciąż pijana, bo nic a nic pasa nie czułam na pośladkach przykrytych szmatą w chabry, dwóch półkulach ziemskich, niby moich, a tak bardzo niewłasnych, witających narzeczeństwo chlaśnięciem skórzanego pasa.
Spod szmaty ciekła ze mnie krew zmieszana z białym, kolory polskiej flagi plotące się w róż, dziewczęcy kolor, rozkwitające kwiatem czereśni od gaci po kolana. Ojciec w końcu zobaczył.
– Umyj się! – Odskoczył ode mnie ze wstrętem. Spodziewał się pewnie wtedy, że dostałam okresu, no bo raczej nie tego, że mi pasem tyłek rozdarł na ćwierci.
PO BICIU poszłam do pokoju i leżałam w rozkroku, chłodząc pośladki i rozkrwawioną dziurę między nogami. Wgapiona w sufit, ogłuszona, nie słyszałam babki, jak się wślizgnęła do pokoju i usiadła mi na łóżku.
– Już twoje losy przesądzone. Od ślubu się nie wywiniesz. – Postawiła mi na stole kompot z mirabelek.
– Chyba nie – wymamrotałam.
Babka siedziała cicho, posiorbywała swój kompot.
– Nie najgorszy chyba kandydat?
Nie odpowiadałam. Zastanawiałam się, czy powinnam zewrzeć nogi, ale za bardzo mnie bolało, a babka była półślepa.
– No to teraz słuchaj, tylko nie oszalej – rzekła babka. – Baby w naszej rodzinie taką mają przypadłość albo dar. Kiedy pierwszy raz cię prześwidruje jakiś gach, to się dowiesz, co w tobie drzemie, jaką masz istotę. Poduczysz się, a będziesz mogła zmieniać się w nią, kiedy tylko zechcesz. Mówię ci teraz, żebyś się nie zlękła poślubnej nocy.
Milczałam. Zastanawiałam się, co by tu babce opowiedzieć o wieczornym świdrowaniu i o lęku, o jego istocie. Stwierdziłam, że nic. A potem dotarło do mnie, że ona mówi mi o czymś szalonym.
– O czym babka gada? – wybełkotałam.
– W zwierzątko się będziesz zmieniać.
– Jakie zwierzątko?
– A tego to już nie wiem, se zobaczysz.
Babka dalej siorbała kompot, a jak wysiorbała, to zaczęła wyjadać paluchami rozgotowane mirabelki. Babkę wywieziono na Sybir, skąd wróciła z dwójką dzieci, moją matką i wujem, który już zdążył się zapić na śmierć. Znałam te babkowe straszne opowieści: świeżo wykończony dom, który trzeba zostawić za sobą w pół godziny, strzały w powietrze, bydlęcy wagon, ludzie zgnieceni w jednym sześcianie smrodu, trupy jadące z żywymi w ciasnej puszce, tuk, tuk, tuk, szczelina, widok między jedną a drugą deską, wyboje na torach, pole, pole, pole, śnieg.
Ale o przemianie w zwierzę to jeszcze nie było. I co to z tym zrobić? Może babka zagorączkowała, coś jej rozum zmąciło?
– A kim babka jest? Jakim zwierzątkiem? – spytałam w końcu, myśląc, że jak głębiej zabrnie w kłamstwo, to je lepiej rozpoznam.
– Myszką – odrzekła.
Chwilę milczałam. Jak tu się do tego ustosunkować?
– Nie chciała babka być, nie wiem, pawicą? – wymyśliłam wreszcie.
– Pawice przecie niewyględne. Co innego paw, ale to chłop. Chłopem cię czar nie uczyni, niestety. Zresztą wyboru nie ma, nikt mnie nie pytał o zdanie. A dobrze pomyszkować tu i tam, jak czas pozwala. Ziaren zjeść, wszędzie wejść, bajka.
– A matka?
– Nie wiem – odparła. – Wiesz, jaka ona jest, zamknięta, nic nie piśnie.
Tyle powiedziała, stęknęła i zasnęła mi na łóżku, jak to się jej czasem zdarzało.
NO CIEKAWOSTKA. Czyli jeszcze miałam być kimś? – myślałam, wierząc i nie wierząc babce. Papugą, może żyrafą? Spacerować po ulicach naszej wsi, pokazywać ludziom, że istnieje życie inne niż robienie w polu i usługiwanie chłopom? Na słoniowych nogach rozgniatać kreatury pokroju Lecha? Czy z samego faktu rozdziewiczenia, nawet w tak nieludzki sposób, miała dla mnie płynąć choćby skromna korzyść?
Gapiłam się w okno. Księżyc, obmyty burzą, świecił nad wsią jasnym światłem spawarki. I wtedy, w tym księżycowym blasku, włażącym też do mojej izby, zaczęła się ze mną dziać rzecz niemieszcząca się w głowie. Całe ciało zwarło mi się w sobie, przemieszało i zgęstniało niby długo gotowany dżem. Nie było w nim śladu skóry, kości, jelit czy włosów, tylko jednolita masa, przeczuwana przeze mnie chyba szóstym zmysłem, kiedy wszystkie stałe połączenia między czuciem a rozpoznawaniem roztopiły się w bezbycie. Jak to było możliwe, że moja rozumność pozostała stale podpięta do tego rozpłyniętego i do tego, co się z nim potem stało – nie mam pojęcia. Może w mieście, na mechatronice by mi to jakoś zwięźle wytłumaczyli, ale nie miałam tam wstępu. Tymczasem z mazi, półstałej i półciekłej, coś się zaczęło destylować, szarawego, małego. Nijak pióra papugi, nijak ciepłożółta żyrafia skóra. Szarawym jestestwem zlazłam z łóżka i poszłam pod lustro, ale zanim doszłam, już wiedziałam.
Nieudolny przechodzień, którego wcześniej zdrapałam paznokciami z asfaltu, patrzył na mnie z tafli oczami, w których co prawda lśniło życie, ale były równie przestraszone jak moje. Popielata sierść, na pyszczku krótka i delikatna, dalej od oczu robiła się coraz dłuższa, stercząca i kłująca.
Raz jeden mnie samej udało się wskrzeszenie, bez pomocy Jasia – pomyślałam.
A potem przez szparę w oknie wyszłam na dwór.
KATARZYNA SZAULIŃSKA (ur. 1987), pisarka, psychiatrka i psychoterapeutka. Autorka książek poetyckich Druga osoba i Kryptodom oraz zbioru opowiadań Czarna ręka, zsiadłe mleko, nominowanego do Nagrody Literackiej Nike 2023. Za dramat Kret/Mara otrzymała Nagrodę im. Tadeusza Różewicza.
Więcej opowiadań przeczytasz lub wysłuchasz na magazynpismo.pl/proza
SOCZEWKA
Bez tchu
tekstKATARZYNA KAZIMIEROWSKA
CODZIENNIE KAŻDY Z NAS wykonuje około 22 tysięcy wdechów. Przez nasze płuca przechodzi 11 tysięcy litrów powietrza. Kiedy oprócz tlenu z każdym wdechem wprowadzamy do nich mieszankę rakotwórczych trucizn, oddychanie staje się walką o życie.
Gęsty dym z komina – efekt palenia śmieciami, Mazowsze, styczeń 2017 roku.zdjęcieBOSAR / EAST NEWS
SMOG ZIMOWY
Ignacy
KIEDY SZEŚCIOLETNI IGNACY