Pismo. Kwiecień 2025 - Fundacja Pismo - ebook
NOWOŚĆ

Pismo. Kwiecień 2025 ebook

Fundacja Pismo

0,0

77 osób interesuje się tą książką

Opis

W kwietniowym wydaniu „Pisma” przyglądamy się polskiemu smogowi, a konkretnie temu, jak bardzo zanieczyszczone powietrze wpływa na nasze zdrowie. Wydawałoby się, że smog w Polsce zaczyna się na jesieni, a kończy wczesną wiosną. Nie. W Polsce oddychamy zanieczyszczonym powietrzem cały rok. W wydaniu kwietniowym pytamy także o to, dlaczego od kilku miesięcy Słowacy wychodzą na ulice; rozmawiamy z Bartkiem „Fiszem” Waglewskim z okazji 25-lecia jego kariery artystycznej. Zaglądamy do Kątów Rybackich, gdzie wybrzmiewa młoda jazzowa Polska. Zapraszamy także do lektury prozy Katarzyny Szaulińskiej, Weroniki Murek, a o swojej apteczce opowiada nam David Sedaris.

 

W najnowszym wydaniu polecamy również:

– reportaż Aleksandry Wareckiej o życiu po getcie warszawskim,

– felieton Magdaleny Bigaj o ucieczce od technofatalizmu, 

– wiersze Julii Szychowiak, Moniki Zięby i Mohemmeda El-Kurda,

– fotoreportaż poświęcony historii Konkursu Chopinowskiego. 

 

Spis treści. Pismo. Magazyn Opinii. 04/2025

Bartosz Trojanowski – Tyle smogu w całym mieście [okładka]

Karolina Lewestam – Rozmowy z K. Jak spadać, to z wysokiego konia

Julia Szychowiak – [...] 

Adrian Wykrota – cykl Jaka piękna katastrofa 

Katarzyna Szaulińska – Jeżyca 

Katarzyna Kazimierowska – Bez tchu [z cyklu Soczewka Pisma]

Adam Robiński rozmawia z Bartkiem „Fiszem” Waglewskim – Oaza dla dziadersa

Narodowy Instytut Fryderyka Chopina – Sto lat, Fryderyku [Fotoarchiwum]

Mohemmed El-Kurd – Środa 

Aleksandra Warecka – Oddam dziecko w dobre ręce 

Monika Zięba – Nie płacz 

Łukasz Grzesiczak – Nad Tatrami gromy dziko biją

Zofia Płoska-Czartoryska o Zbigniewie Liberze – Wyjście ludzi z miasta 

Zuzanna Kowalczyk – Fisherman Angles [Z Pismem u...]

Mateusz Roesler – Apteczka. Co w niej trzyma David Sedaris?

Weronika Murek – Kobieta, która wraca do domu 

Magdalena Bigaj – Listy z cyfrowego roju. O nowym tabu i ucieczce od technofatalizmu

Zuzanna Kowalczyk – À propos smogu

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 232

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




ROZ­MOWY Z K. // FE­LIE­TON

Jak spa­dać, to z wy­so­kiego ko­nia

tekstKA­RO­LINA LE­WE­STAM

Droga K.!

Jak zdo­być się na od­wagę, by po­wie­dzieć ko­muś, że się go ko­cha? Py­ta­nie ba­nał, ale moje serce i mózg udzie­lają mi dwóch kom­plet­nie róż­nych in­struk­cji, a ja, głu­pia, nie wiem, w którą stronę pójść. (...) Nie­spełna dwa lata temu moje pi­jane usta spo­tkały się z ustami czło­wieka, któ­rego zna­łam tylko z wi­dze­nia – za­bawa, roz­mowa, spoj­rze­nie w oczy i tak jedna noc spo­wo­do­wała dal­szy hi­sto­rii bieg. Po­tem było tylko le­piej i go­rzej za­ra­zem. (...) W końcu umowa: przy­ja­ciele, ale tacy z ko­rzy­ściami do­brymi dla ciała i du­szy. A więc po­wstrzy­ma­łam ćmy la­ta­jące gdzieś mię­dzy je­li­tami a żo­łąd­kiem. (...) A te­raz wi­dzimy się czę­ściej i czę­ściej się śmie­jemy, słu­chamy mu­zyki, którą ten czło­wiek wy­biera, a jej słowa: „Będę Cię ko­chać, aż będę mar­twy”. I nie wiem, czy to ja uro­iłam so­bie tę mi­łość? Boję się roz­mowy, która może wszystko za­koń­czyć i już ni­gdy nie bę­dzie po niej tak samo jak dziś. Boję się też, że ni­gdy nie wy­rzucę z sie­bie tego, co czuję, i mi­łość moja umrze, a ja ra­zem z nią. 

Li­czę na od­po­wiedź, bo nie wiem, co wię­cej czy­nić mam.

Twoja G.

Ko­chana G.!

Za­czniemy od sceny z książki Aga­thy Chri­stie Śmierć w chmu­rach. Jest tam nie­jaki lord Hor­bury, który za­czyna ro­zu­mieć, że po­peł­nił błąd: nie­na­wi­dzi swo­jej no­wej żony – pięk­nej, jakże pięk­nej! Ale, jak się oka­zało po krót­kiej chwili mał­żeń­stwa, pu­stej, chci­wej, wred­nej i nie­mo­ral­nej. Poza tym nie pa­sują do sie­bie. On chce spę­dzać czas na wsi i zaj­mo­wać się końmi; a ona wręcz prze­ciw­nie, chce być w mie­ście, hu­lać, upra­wiać ha­zard i wcią­gać ko­ka­inę. Tym­cza­sem w po­sia­dło­ści obok mieszka Ve­ne­tia Kerr, jego to­wa­rzyszka od lat dzie­ciń­stwa. Nie tak piękna jak jego żona, ale o ile bar­dziej – te­raz to wi­dzi wy­raź­nie – do niego pa­su­jąca! Wręcz dla niego – jak mógł być tak bez­den­nie głupi, jakże był ślepy – stwo­rzona! Wstrzą­śnięty ko­lejną awan­turą z wul­garną po­ło­wicą wy­biega na pola, a tam ona, jego przy­ja­ciółka Ve­ne­tia. I to na ko­niu! „Ve­ne­tia naj­le­piej za­wsze wy­glą­dała na ko­niu” – my­śli. „Spoj­rzał na nią z po­dzi­wem, sen­ty­men­tem i z uczu­ciem, jakby wra­cał do domu”.

Po­tem na­stę­puje uro­czo an­giel­ska wy­miana mię­dzy tą dwójką. Dzień do­bry. Tak, tak, dzień do­bry. Ten koń. Tam­ten koń. Ihaha. Pa­ta­taj. Czy coś się stało? Ano, jak za­wsze, pro­blemy w domu. Ci­sza. „Czy roz­wiódł­byś się?” – mówi pła­sko Ve­ne­tia, pa­trząc z wy­so­ko­ści ko­nia na snu­jące się po łą­kach le­niwe mgły. „Przy­pusz­czam, że tak”. Po­tem znów ci­sza, wiatr, koń strzyże uszami; mówi lord Hor­bury: „Gdy­bym się roz­wiódł, czy wy­szła­byś za mnie?”. „Przy­pusz­czam, że tak”. Jesz­cze coś tam mru­czą, a w końcu Ve­ne­tia mówi: „Cóż, Ste­phen, będę się zbie­rać”, tryka ko­nia pię­tami i od­jeż­dża.

Rok póź­niej – we­selne dzwony.

Po co przy­ta­czam tę hi­sto­rię? Otóż przy­ta­czam ją neu­ro­tycz­nie, na­wet nie do­słow­nie. Żeby so­bie na za­pas za­prze­czyć. Pró­buję uczci­wie po­ka­zać, że ta­kie sy­tu­acje się zda­rzają. Ten czy inny lord Hor­bury – sama Chri­stie tak pi­sze! – po cza­sie uświa­da­mia so­bie, że wszystko, czego w ży­ciu kie­dy­kol­wiek pra­gnął, znaj­duje się tuż obok, w po­staci lo­jal­nej przy­ja­ciółki.

Może i Twój lord Hor­bury... Może i on?

Może. A jed­nak, ko­chana G., prze­czy­taj swój list raz jesz­cze i tym ra­zem spró­buj so­bie wy­obra­zić, że to nie Ty go na­pi­sa­łaś, ale Twoja hi­po­te­tyczna córka. Albo sio­strze­nica, albo cho­ciaż przy­ja­ciółka o imie­niu, po­wiedzmy, Nel.

Nel opo­wiada Ci taką oto hi­sto­rię: po­znała fa­ceta. Ona go po­tem chciała, on jej chyba nie za bar­dzo. Co robi po­ważny chłop w ta­kiej sy­tu­acji? Mówi: „Sorry; nie będę się z tobą wię­cej spo­ty­kał, bo to ewi­dent­nie nie fair, bio­rąc pod uwagę róż­nice w na­szym emo­cjo­nal­nym za­an­ga­żo­wa­niu”. Ale on ja­koś nie może się od Nel od­cze­pić – to od­po­wie na SMS-a, to sam na­pi­sze, to znów seks. „A to skur­czy­kot – my­ślisz so­bie – czemu ją zwo­dzi?” Nie uro­dził się wczo­raj, wie, co się święci; na­wet je­śli się do końca do tego przed sobą nie przy­znaje, to ewi­dent­nie cie­szy go uwaga dru­giej strony... „Chce, że­by­śmy byli przy­ja­ciółmi, któ­rzy cza­sem ze sobą sy­piają”. „Przy­ja­ciółmi?” – my­ślisz, bo wy­raź­nie wi­dać, że jedna strona ma tu­taj o wiele wię­cej przy­jaźni do za­ofe­ro­wa­nia. To Nel je­dzie przez pół Pol­ski, żeby go po­cie­szyć z po­wodu in­nego związku; to ona słu­cha jego zwie­rzeń, cho­wa­jąc przed nim swój emo­cjo­nalny se­kret. Nie wku­rzasz się, słu­cha­jąc tego? Nie trzę­sie Cię, że ona blo­kuje się du­chowo na inne, ro­ku­jące związki?

Droga G., to może być Twój lord Hor­bury, a Ty mo­żesz być jego Ve­ne­tią Kerr. Może tak być. Różne rze­czy się zda­rzają na świe­cie, a o więk­szo­ści z nich nie śniło się fi­lo­zo­fom. Ale po­wiem Ci, co ab­so­lut­nie mu­sisz zro­bić: na­tych­miast ła­duj się na ko­nia i jedź za­py­tać, co on tu­taj pa­ta­ta­juje i co tu się od­ja­nie­kla­cza. Może spad­niesz, ale po­trza­skasz się, po­zbie­rasz i bę­dziesz żyć da­lej. A może nie za­boli. Może on mruk­nie: „Przy­pusz­czam, że tak” – i bę­dzie­cie żyć długo i szczę­śli­wie.

Na koń.

ry­su­nek ANNA GŁĄ­BICKA

KA­RO­LINA LE­WE­STAM (ur. 1979), dzien­ni­karka i re­dak­torka. Obro­niła dok­to­rat z fi­lo­zo­fii na Uni­wer­sy­te­cie Bo­stoń­skim. Wie­lo­krot­nie no­mi­no­wana do na­grody Grand Press. Człon­kini re­dak­cji „Pi­sma”.

Cza­sem o trud­nych rze­czach do­brze jest na­pi­sać do ko­goś, kto jest da­leko. Na­pisz do mnie.roz­mo­wyzk@ma­ga­zyn­pi­smo.pl

Wię­cej na ma­ga­zyn­pi­smo.pl/roz­mowy-z-k

PO­EZJA

[...]

JU­LIA SZY­CHO­WIAK

Da­li­ście rzece zwłoki świń, krze­sła, opony i lo­dówkę.

Raz uto­piło się w niej dziecko, kie­dyś jesz­cze dwoje do­ro­słych.

Pły­nęły nią ścieki i chyba olej na­pę­dowy, cho­ciaż nikt tego nie chciał.

Da­li­ście jej wiele, żeby kie­dyś

po­wie­dzieć, że wszystko wam za­brała.

JU­LIA SZY­CHO­WIAK (ur. 1986), po­etka. Au­torka kilku ksią­żek po­etyc­kich, mię­dzy in­nymi Po so­bie (2007) i In­tro (2014). Wiersz po­cho­dzi z tomu, który ukaże się w tym roku.

W KA­DRZE z cy­klu Jaka piękna ka­ta­strofa

Po­znań, 6 grud­nia 2022 roku

zdję­cie i tekstAD­RIAN WY­KROTA

W 2023 roku dwa pol­skie mia­sta zna­la­zły się w nie­chlub­nej czo­łówce ran­kingu pro­wa­dzo­nego przez por­tal IQAir.com. Na trze­cim miej­scu w ze­sta­wie­niu miast z naj­gor­szą ja­ko­ścią po­wie­trza zna­lazł się Po­znań, a na czwar­tym miej­scu Kra­ków. Go­rzej z ja­ko­ścią po­wie­trza było tylko w In­czo­nie w Ko­rei Po­łu­dnio­wej oraz w Delhi w In­diach.

Wię­cej zdjęć z te­go­rocz­nego cy­klu na ma­ga­zyn­pi­smo.pl/w-ka­drze

PROZA

Je­życa

tekstKA­TA­RZYNA SZAU­LIŃ­SKAry­su­nekAGNIESZKA SO­ZAŃ­SKA

Coś się ze mną działo i nie były to do­bre rze­czy.

Lato roz­wi­jało się przede mną bez­kre­sem braku per­spek­tyw, upal­nych dni po­bu­dza­ją­cych wzrost psze­nicy, pom­pu­ją­cych ziem­niaki i bu­raki do ja­dal­nych roz­mia­rów. Mój los nie wy­da­wał się od­bie­gać od ich losu – mia­łam ro­snąć aż do skon­su­mo­wa­nia.

Prze­pro­si­łam się z po­rzu­co­nymi na czas na­uki ko­le­żan­kami, w chwi­lach wol­nych od ro­boty w polu cho­dzi­ły­śmy ra­zem nad rzekę. Kła­dłam się na wo­dzie, niech mnie za­bie­rze gdzieś da­leko, my­śla­łam, choćby i na dno. Ale rzeka była tak samo ospała jak wszystko tu­taj, nie nio­sła ze sobą żad­nej od­miany.

Mo­głam pró­bo­wać zda­wać gdzie in­dziej, ale wszyst­kie gdzie­in­dzieje były poza bu­dże­tem na­szego ma­łego go­spo­dar­stwa. Mo­głam pró­bo­wać za rok, ale rok to był bez­kres, nie dało się prze­ko­nać ro­dzi­ców, że przez ten czas będę uczyć się da­lej. Mo­głam iść do pracy – ale i to od­wle­ka­łam dzień za dniem.

Coś się we mnie po­ła­mało, a na miej­scu po­ła­ma­nego za­lę­gła się wąt­pli­wość: czy je­stem zdolna do by­cia czymś wię­cej niż małą we­szką pod cu­dzą ku­ra­telą, je­żem ocze­ku­ją­cym na roz­je­cha­nie na pla­cek?

TAK JAK się umó­wi­li­śmy, Lech przy­był w so­botę, punkt sie­dem­na­sta. Na jego przyj­ście ubra­łam się na żółto, w ko­lor za­zdro­ści, bo da­lej za­zdro­ści­łam mu wszyst­kiego, a zwłasz­cza tego, że już chyba nic ni­komu nie mu­siał udo­wad­niać. W mię­dzy­cza­sie roz­my­śla­łam o pła­ka­niu na jego piersi i bar­dzo chcia­łam od­da­lić od sie­bie wspo­mnie­nie sie­bie pęk­nię­tej przed nim, ro­ze­dr­ga­nej, bied­nej. Kiedy po­ja­wi­łam się w progu, kasz­ta­no­włosa, pro­mie­ni­sta, a i znacz­nie czyst­sza niż ostat­nio, Le­chowi za­parło dech. Skło­nił się ni­sko przed matką, po­ca­ło­wał ją w rękę i wrę­czył stor­czyk w do­niczce – kwiat, który zna­łam tylko z pod­ręcz­nika od geo­gra­fii, opla­ta­jący kau­czu­kowce w ama­zoń­skiej dżun­gli.

– Jak in­te­resy, pa­nie Ma­ciej­ski? – Matka za­mru­gała.

– Ga­lan­cie, sza­nowna są­siadko. Wszystko ga­lan­cie – od­rzekł Lech wy­mi­ja­jąco, znowu po­ca­ło­wał ją w rękę i za­pro­po­no­wał mi ra­mię.

Tak jak prze­wi­dy­wa­łam, od ob­la­nia eg­za­minu matka była dla mnie miła. Wszystko wska­zy­wało na to, że los mnie sam na­pro­sto­wał. Kiedy było trzeba, za­nie­mó­wi­łam, jak przy­szło do ga­da­nia – za­ga­da­łam. Ka­wa­ler miał się zja­wić, to się zja­wił. Kar­ci­łam się za to, ale jej przy­chyl­ność była słodka jak ko­łacz i kar­miąca jak miód, trudno było się od niej od­le­pić.

Po doj­ściu do łąki Lech od­kap­slo­wał kciu­kiem dwa wy­jęte z torby piwka i dał mi jedno. Dru­gie wy­doił sam, jed­nym dłu­gim, cię­tym grdyką hau­stem. To był ja­kiś po­mysł, skuć się z Le­chem i za­po­mnieć o wszyst­kim. Ocho­czo wca­ło­wa­łam się w bu­telkę, a Lech wiódł mnie dumny aleją pień­ków, gdzie wy­kar­czo­wany las miał ustą­pić miej­sca cze­muś, co na­zy­wał „in­we­sty­cją”.

Ma­rzy­łam o wskrze­sza­niu. Po­ści­nane, uło­żone w stosy so­sny, któ­rym ode­brano pion, były czymś prze­ciw­nym, uśmier­co­nym. W na­szej wio­sce działo się to te­raz za sprawą Le­cha wszę­dzie – las ogra­biany na po­trzeby pola, pole na po­trzeby bu­dynku, ma­ją­cego – jak mgli­ście ro­zu­mia­łam – coś wspól­nego z pod­bo­jem ko­smosu. Mnie in­te­re­so­wały drzewa. Py­ta­łam kie­dyś Ja­sia, czy jego tech­ni­kami da­łoby się ścięte drzewo do­pa­so­wać do pnia, po­łą­czyć czymś na kształt gipsu albo wsz­cze­pić rurki pom­pu­jące do li­ści wodę. Od­bu­do­wać drzewo, jak dzieci od­bu­do­wują wieże z kloc­ków.

– Ja je­stem od zwie­rząt – od­parł wtedy Ja­siu. – Może ty się tym zaj­miesz. Poza tym ku­kła krowy jest za­kon­ser­wo­wana, ale nie żyje, a to­bie chyba cho­dzi o praw­dziwą re­ani­ma­cję drzew.

– Cho­dzi.

– Chyba że o la­kie­ro­wane li­ście.

– Nie, Ja­siu.

– Tylko oba­wiam się, że mo­żesz mieć pro­blem z płyn­no­ścią fi­nan­sową. Tu­taj nikt nie płaci za drzewa. A tego kun­dla, wi­dzisz, chcą mieć na za­wsze.

Ja­siu wy­py­chał wła­śnie Wa­sy­lo­wego Reksa, który za­stygł na wieki z par­szy­wym skur­czem wargi. Każde z nas zo­stało kie­dyś przez niego do­tkli­wie po­ką­sane. Te­raz, na prośbę Ja­sia, sama po­le­ro­wa­łam mu cuch­nące kły, a Ja­siu in­sta­lo­wał gło­śnik, żeby Reks mógł war­czeć po­mimo zgonu. Stra­piony Ja­siu i ja, za­ko­chana w nim po uszy.

– Im­po­nu­jące – rze­kłam kwa­śno do Le­cha na te jego pieńki, a on, na kwa­śność obo­jętny, opo­wia­dał o in­we­sty­cji i wy­cią­gał ko­lejne piwa. I ja pi­łam, pi­łam, i pi­łam. Mia­łam to po ta­tu­siu, mia­łam po dziadku, nie­wiele wię­cej mi prze­ka­zali w po­sagu prócz tej roz­ko­szy z roz­ta­pia­nia się w ni­co­ści.

W miarę mo­jego co­raz więk­szego upo­je­nia opo­wieść Le­cha sta­wała się bu­cze­niem tłu­mią­cym nie­miły głos w gło­wie, po­wta­rza­jący, że do ni­czego się nie na­daję. Po trzech pi­wach prze­sta­łam sły­szeć i Le­cha, i głos, i wszystko wo­kół. Spo­kojne, ja­sne żyto ko­ły­sało się na wie­trze. Och, stać się ży­tem, wy­ra­stać w jed­nym miej­scu, dać sobą po­ru­szać wia­trowi, nic nie wie­dzieć o zra­nio­nej am­bi­cji, pod­dać się lo­sowi bez mru­gnię­cia okiem. Idąc za tą my­ślą, da­łam się Le­chowi ob­jąć wpół i pro­wa­dzić, a niech tam, po żyt­niemu. Wszystko wi­ro­wało, tro­chę wzbie­rało beł­tem, tro­chę mnie tar­mo­siło.

– Piękna istoto – mam­ro­tał mi do ucha Lech – ty się mar­nu­jesz, ja cie­bie przed mar­na­cją ocalę – szep­tał – mój ty pu­sto­sta­nie, moja mie­dzo, moja zbędna, moja ni­czyja, moja mała. – A ja, pi­jana w sztok, czu­łam, że coś mi robi to chce­nie, ciek­nące w moją stronę od Le­cha, uczu­cie słod­kom­dlące, które zna­łam w so­bie za­wsze bez­wza­jem­nie zwró­cone do Ja­sia. Ża­den do­tych­czas czło­wiek tak mnie nie chciał wziąć! Agrarna po­trzeba kon­kwi­sty, któż jej nie miał, prze­cież i ja! Moją zie­mią był Ja­siu, Le­cha, jak wska­zy­wały jego obecne dzia­ła­nia, by­łam ja. Tylko co, lec przed nim jak so­snowy pień? Lech był szar­mancki, nie na­pie­rał. Le­d­wie trzy­ma­jącą się na no­gach od­sta­wił do domu, w ręce za­do­wo­lo­nej matki.

– Taka je­steś wraż­liwa, ma­leń­stwo. Śpij do­brze – po­wie­dział na do wi­dze­nia, ca­łu­jąc mnie w czoło, po mat­czy­nemu – choć mo­jej matce ta­kie słowa nie prze­szłyby ni­gdy przez cia­sne, zimne gar­dło.

I TAK SIĘ to to­czyło przez mie­siące wa­ka­cyjne, żniwa, kie­rat, spo­tka­nie za spo­tka­niem. Siła in­er­cji po­py­chała moje cho­dze­nie z Le­chem, które niby siecz­kar­nia por­cjo­wało czas na strawne ka­wałki. Lech się do mnie do­bie­rał tylko z lekka, z sza­cun­kiem, przy mo­jej obo­jęt­nej apro­ba­cie. Ro­dzice ni­jak tego nie za­bra­niali, prze­pa­dali za Le­cha po­ten­cją, która opro­mie­niała na­dzieją na­sze skromne morgi. Roz­le­wało się to i na mnie – w końcu ja­kimś spo­so­bem to ja go przy­cią­ga­łam do na­szej ziemi, mimo mo­jego cu­dacz­nego cha­rak­teru. Była w tym ja­kaś bez­tro­ska, roz­pacz da­wała się gładko ze­pchnąć na ze­wnątrz pi­ja­nej bańki, w któ­rej moi ro­dzice, ja i Lech trwa­li­śmy w cza­ro­dziej­skiej har­mo­nii.

KTÓ­RE­GOŚ RAZU Lech przy­szedł po mnie po­waż­niej­szy i le­piej ubrany, i za­miast na pień­ko­wi­sko, za­brał mnie nad wodę. Wy­pi­li­śmy pierw­sze piwo i pa­trzy­li­śmy w mil­cze­niu na po­wolny, za­mu­lony nurt od­bi­ja­jący ciemne od nad­cho­dzą­cej bu­rzy niebo.

I wtedy Lech pod­cią­gnął lewą no­gawkę spodni. W miej­scu, gdzie można by się spo­dzie­wać łydki, Le­chowi spod błę­kit­nego lnu wy­sta­wał cienki me­ta­lowy drąg, na­wier­cony śru­bami. Wy­żej po­ja­wiał się za­wias ko­lana i lej pro­te­zowy, w który miał wsa­dzony ki­kut nogi.

– I co ty na to, Mała? Kiep­sko, nie? – za­py­tał dziw­nym, zmie­nio­nym gło­sem.

– Od kiedy to masz? – spy­ta­łam.

– Od trzech lat, od żniw. Ro­bi­łem u ojca cztery wsie da­lej. Za­tkał się na­gar­niacz, a ja, durny, nogą. I co po­wiesz, Mała? Skre­ślony taki ka­wa­ler?

Po­chy­li­łam się nad sztuczną nogą i po­dzi­wia­łam. Gdyby się nie przy­znał, nie wpa­dła­bym, że nogę ma me­ta­lową, taka to była pre­cy­zja. Ko­lano wie­lo­osiowe, pełne me­cha­nicz­nych imi­ta­cji ży­wej chrząstki, amor­ty­za­tor w łydce. Mię­dzy stopą a łydką – ko­lejne wy­myślne po­łą­czonko, sztuczny staw sko­kowy. Mar­twe, sta­lowe – a żywe! I znów było to coś, czym chcia­łam się po­dzie­lić z Ja­siem Wskrze­si­cie­lem! Czy nie można by spró­bo­wać wsz­cze­pić po­dob­nych za­wia­sów, na­pę­dza­nych prą­dem, w der­mo­pla­sty?

Dać im się ru­szać i bie­gać?

Zro­biło mi się tro­chę szkoda Le­cha, który cze­kał na ja­kiś wer­dykt, kiedy mnie byli w gło­wie Ja­siu i śrubki. Lech, wiel­kie chło­pi­sko, gdyby nie ten sztuczny ku­las, mu­siałby ki­cać jak za­jąc. Sie­dział te­raz ze spusz­czoną głową i wzdy­chał.

– Nic nie po­wiem. Do­brze, że i to­bie cze­goś brak, a nie tylko mnie – od­rze­kłam. Lech oparł się o ka­mień i spoj­rzał w niebo.

– Do­bra z cie­bie dziew­czyna, Mała – rzekł.

Po­chy­lił się przy ziemi i coś tam przy niej kom­bi­no­wał. W końcu klęk­nął przede mną, na zdro­wej no­dze, zła­pał mnie za ser­deczny pa­lec i we­tknął na niego pier­ścio­nek uwity z trawy, z oczkiem z kwiatka ru­mianku.

– Mam dla cie­bie pier­ścio­nek dia­men­towy, Mała, w dru­gich spodniach. Ale dziś chcę ci to po­wie­dzieć. Wła­śnie te­raz. Zo­stań moją żoną, Mała.

A wtedy ja, wy­ko­rzy­stu­jąc to, że mia­łam lewą nogę żywą i szyb­szą niż Lech, po pro­stu ucie­kłam.

DO­CIE­RAŁO DO mnie, że nie­stety znów – tak jak na eg­za­mi­nie – to mój wła­sny ro­zum po­sta­wił mnie w tym po­ło­że­niu, ogłu­pił i spra­wił, że siłą bez­władu, jak kulka je­żowa, do­to­czy­łam się do oświad­czyn. Czego in­nego mia­łam spo­dzie­wać się po przy­zwo­itym w grun­cie rze­czy Le­chu, skoro tak się po­tul­nie sta­wia­łam na każ­dym spa­cerku? Tak się da­wa­łam ob­ła­piać? Cóż w moim za­cho­wa­niu mó­wiło, że nie chcę jego umi­zgów?

No to się do­cze­ka­łam.

Bie­głam, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Coś we mnie w prze­dziwny spo­sób ożyło na wi­dok me­ta­lo­wej nogi, po­li­tech­niczna tę­sk­nota, za­pał, w każ­dym ra­zie – ener­gia. Go­niło mnie widmo kuchty, która pie­rze Le­chowi skar­pety do pracy i po­pra­wia no­gawkę na sztucz­nej no­dze. O, ni­gdy, ni­gdy w ży­ciu! Z dwiema no­gami, praw­dzi­wymi czy sztucz­nymi, ża­den mąż nie był mi po­trzebny.

Do­bie­głam do sklepu, z to­rebki wy­cią­gnę­łam za­skór­niaki i ku­pi­łam so­bie dwa piwka, czemu nie, niech będą i trzy, a co tam, na­le­żało mi się. Lech mnie na­uczył, jak to po­pra­wia stan du­cha, ale czy ja jego mu­sia­łam mieć przy so­bie do wdra­ża­nia tej na­uki w ży­cie? Po­szłam na Górkę Ja­bło­niową, sia­dłam oparta o pień, piwo od­kap­slo­wa­łam o ka­mień, nie umia­łam pal­cem. Stąd było wi­dać całą wieś od góry – a była w ten spo­sób jesz­cze cia­śniej­sza, z jed­nej strony za­klesz­czona rzeką, z dru­giej mię­dzy­mia­stową, z któ­rej zdra­py­wa­łam jeża. Obie te nitki, niby cien­kie, ale jed­na­kowo sta­lowe, na od­bi­cie bu­rzo­wego nieba, ści­skały wieś ze mną w środku jak dyby.

JE­DY­NYM, co się dla mnie li­czyło, był Ja­siu. A za­miast sie­dzieć u Ja­sia, przez mie­siąc wi­dy­wa­łam się z Le­chem. Te­raz, ob­ra­żona oświad­czy­nami, do­iłam trze­cie piwo na górce. Czy był w tym sens? A może kie­ro­wała mną po­trzeba, żeby wresz­cie to Ja­siu za­czął po­dą­żać za mną, a nie wciąż ja za nim? Tylko czy na­prawdę wie­rzy­łam, że Ja­siu, taki, ja­kim był, miałby rzu­cić der­mo­pla­sty i spo­so­bem Le­cha przy­mi­lać się do mnie, ojca i matki? Czy nie za to wła­śnie go ce­ni­łam, że ważna dla niego była praca – i tylko praca? Kim by­łam ja, kiedy chcia­łam so­bie z Ja­sia zro­bić przy­tu­lankę – czy to dzie­cięcy brak roz­po­zna­nia, z kim mam do czy­nie­nia?

Tak czy ina­czej, mu­sia­łam się z nim zo­ba­czyć.

KIEDY PRZY­SZŁAM do warsz­tatu pro­sto z Górki Ja­bło­nio­wej, w żad­nym z okien nie pa­liło się świa­tło, ale wie­dzia­łam, że część pracy o zmierz­chu Ja­siu wy­ko­ny­wał przy świecz­kach, sku­lony nad sto­łem.

Za­pu­ka­łam ci­cho do drzwi i we­szłam.

Ja­sia nie było, ale serce i tak mi wy­wi­nęło ko­zła z ra­do­ści, kiedy zo­ba­czy­łam słoje z ału­nem i my­dłem ar­sze­ni­ko­wym, pu­dła szkla­nych oczu i skal­pele schlud­nie uło­żone na stole, szpi­leczki wbite w błę­kitną po­duszkę. Biurko po­kry­wały szkice, po­miary ciał, zdję­cia do­cze­sne od wła­ści­cieli zwie­rząt, a z belki nad tym wszyst­kim zwi­sały pta­sie skórki, pod­wie­szone czer­wo­nymi nit­kami za dzioby. Były już wy­pre­pa­ro­wane i za­opa­trzone w oczy, miały dru­tem prze­bite nogi, a reszta po­włoki wi­siała na nich luźno jak płaszcz.

Tę­sk­ni­łam za tym, och, jak strasz­nie tę­sk­ni­łam...

Do ta­kiego wi­doku przy­wy­kłam. Nie było jed­nak nor­malne, że wszę­dzie stały krowy. Pięt­na­ście, może dwa­dzie­ścia, cały ko­ściół krów, pla­mi­sty dy­wan pod ru­iną oł­ta­rza, a każda ele­gancko przy­mo­co­wana do plat­formy na kół­kach. Kie­dyś chcie­li­śmy kilka ta­kich po­łą­czyć i pod­piąć pod lo­ko­mo­tywkę, ale wtedy było ich rap­tem z osiem. Ta­kiego za­mó­wie­nia jesz­cze nie wi­dzia­łam. Do tego na pod­ło­dze le­żało z pięć skór wy­gar­bo­wa­nych i cze­ka­ją­cych na wy­pcha­nie. Bu­rza wła­śnie roz­pę­tała się na do­bre i ryp­nęła pio­ru­nami na wscho­dzie, za szcząt­kami wi­traża.

Oko der­mo­pla­stu sto­ją­cej tuż obok krowy, ogromne, brą­zowe, ufne, od­bi­jało mnie w so­bie, małą i wy­giętą. Mie­ści­łam się w nim cała.

Czy tu było moje miej­sce? A może tak mi się tylko wy­da­wało, kiedy co noc śnił mi się Ja­siu i by­li­śmy dwoma del­fi­nami, ocie­ra­ją­cymi się o sie­bie gład­kimi po­wierzch­niami, je­le­niem i sarną na ry­ko­wi­sku? W tych snach było ży­cie, wil­goć, roz­kwi­ta­nie. Nie chcia­łam się z nich bu­dzić. Ale czy chcia­ła­bym wy­py­chać zwie­rzęta, gdyby nie Ja­siu?

Cał­kiem sama?

Wtu­li­łam się w krowę i wdy­cha­łam za­pach jej wy­gar­bo­wa­nej skóry, który za­wsze dzia­łał na mnie trzeź­wiąco. – To nie czas na ocze­ki­wa­nie od sie­bie od­po­wie­dzi – usły­sza­łam od krowy albo od pio­ru­nów. A po­tem wy­szłam z pra­cowni pro­sto w bu­rzową noc.

Pach­niało ozo­nem i gno­jówką.

PO CO TU przy­cho­dzisz? – po­wie­działa wtedy ciem­ność.

Jesz­cze za­nim moje ucho ją roz­po­znało, skóra wy­czuła po­dwój­ność ciała i me­talu. Głos też był z me­talu, szedł mi dy­go­tem po pisz­cze­lach.

– Żeby ci było ła­twiej zde­cy­do­wać. Żeby ci ni­czego nie bra­ko­wało – po­wie­działa da­lej ciem­ność, jed­nak nie­za­cie­ka­wiona, czemu tu je­stem. I na­gle sztuczna noga wsu­nęła się mię­dzy moje nogi z siłą i pre­cy­zją bul­do­żera, ro­ze­pchnęła je na boki, a ciem­ność uchy­liła mi majtki szorst­kim pal­cem i dłu­bała w moim mo­krym – za sprawą ko­goś in­nego – środku.

By­łam ule­piona z wiej­skiej ziemi i tak samo jak ona, za­miast re­ago­wać na te in­we­sty­cje Le­cha wy­bu­chem wul­kanu, za­rwa­niem klifu albo przy­naj­mniej ob­su­nię­ciem pia­sku, przyj­mo­wa­łam jego ru­chy może i z prze­stra­chem, ale nie ta­kim, który za­brałby mnie całą gdzie in­dziej. Kiedy po łące prze­jeż­dża ko­siarka, można stwier­dzić, że z miej­sca ula­tuje duch – tak samo mój le­ciał te­raz da­leko poza to ciało, żeby uno­sić się nad nim jak mgła albo chmura. Ono po­zo­sta­wało w jed­nym miej­scu, bez­władne, mo­gące znie­chę­cić je­dy­nie tego, kto w pie­prze­niu po­trze­buje współ­udziału.

Lech nie był z tych.

Lu­bił cie­pło ziem­skie, ła­twość ko­pa­nia, bez­bron­ność.

Co lu­bi­łam ja?

Myśl o sztucz­nej no­dze – po­wta­rza­łam so­bie, że­brząc u sa­mej sie­bie o szczą­tek eks­cy­ta­cji, kiedy Lech zwa­lił się na mnie ca­łym swoim cię­ża­rem. Niech to nie bę­dzie tym, czym jest. Myśl, że to Ja­siu, pro­si­łam sie­bie, a było to o tyle moż­liwe, że do krza­ków, w które we­pchnął mnie Lech, do­la­ty­wał jesz­cze mdlący za­pach z pra­cowni. Luźno przy­sy­pany zie­mią dół, do któ­rego Ja­siu wrzu­cał wnętrz­no­ści zwie­rząt, w ta­kie dni jak dziś, parne i bu­rzowe, cuch­nął pa­dliną na pół wio­ski.

Och, chcia­łam tam być, w tym dole. Wci­ska­łam twarz w zie­mię, w trawę, żeby się cał­kiem schro­nić w pod­zie­miu, w cu­dze wą­troby wtu­lić wła­sną. Ale nie szłam do ziemi, sama by­łam zie­mią.

Szłam w swoją głę­bię.

Prze­cież in­we­sty­cje stoją na po­wierzchni, fun­da­men­tami się­gają le­d­wie po­ziomu mi­nus je­den, a zie­mia ma o tyle wię­cej pod sobą, lawy, wę­gla, wód pod­ziem­nych, mi­ne­ra­łów. To głu­pie, mar­twić się po­wierzch­nią – po­cie­sza­łam sama sie­bie, wstrzą­sana przez Le­chowe ciało.

Czy moje pa­znok­cie mnie zdra­dzały, kiedy le­żały, po­trzą­sane je­dy­nie siłą pcha­nia, po­zba­wione za­miaru walki? Nie. Po pro­stu były za­jęte wy­ko­ny­wa­niem ru­chu sa­mo­wy­drą­ża­nia. Ucie­ka­łam przed Le­chem w je­dyny moż­liwy spo­sób – ko­piąc w sa­mej so­bie skrytkę, z któ­rej już go nie wi­dzia­łam, nie czu­łam jego nogi ani za­pa­chu roz­kła­da­ją­cych się zwie­rząt, tylko mo­ści­łam so­bie do umie­ra­nia przy­tulny gro­bo­wiec.

A wtedy on skoń­czył.

WRÓ­CI­ŁAM DO DOMU, le­d­wie trzy­ma­jąc się na no­gach.

W progu stał ta­tuś, o dziwo trzeźwy i na­raz jesz­cze więk­szy w swo­jej zło­ści niż Lech.

– Ty durna, ty! – wi­tał mnie z od­dali.

Oka­zało się, że za­nim Lech mnie zna­lazł, przy­szedł oświad­czać się ro­dzi­com, prze­stra­szony, że się ob­ra­zi­łam o przy­rod­ni­czy pier­ścio­nek.

– Na ko­la­nach my go prze­pra­szali za twoje za­cho­wa­nie – wrzesz­czała matka, nio­sąc ojcu pas. – Tylko przez ścierę lej, żeby ślady nie zo­stały.

Może od tego matki prze­pra­sza­nia ciemne z Le­cha wy­la­zło, zbyt­nio się pa­nem po­czuł, my­śla­łam, ale my­śli było we mnie mało, a wszyst­kie drżały ga­la­retą.

– Ale ja chcę się uczyć! – wy­du­si­łam z sie­bie, prze­ło­żona ojcu przez ko­lano.

– Swoją szansę ju­żeś miała, na­ukow­czyni za­srana – wark­nęła matka. – Dawno cię nad książką nie wi­dzia­łam. Szla­jasz się to za Ja­siem, to za Ma­ciej­skim, a za mąż iść nie chcesz? To się zwie ku­rewsz­czy­zna. Tylko do­chód ża­den. Skoń­czyło się babce sra­nie, po­wia­dam ja to­bie.

Nie­sa­mo­wite, jak po ko­lei Ja­siu Wskrze­si­ciel i matka trosz­czą się o mój do­chód, my­śla­łam, ile mórg mi ro­dzice dali w po­sagu i co na nich sta­nie. Może i ja się wię­cej po­win­nam przej­mo­wać sta­bi­li­za­cją pie­niężną, le­piej bym na tym wy­szła. A po­tem już nic nie my­śla­łam, tylko cie­szy­łam się, że je­stem wciąż pi­jana, bo nic a nic pasa nie czu­łam na po­ślad­kach przy­kry­tych szmatą w cha­bry, dwóch pół­ku­lach ziem­skich, niby mo­ich, a tak bar­dzo nie­wła­snych, wi­ta­ją­cych na­rze­czeń­stwo chla­śnię­ciem skó­rza­nego pasa.

Spod szmaty cie­kła ze mnie krew zmie­szana z bia­łym, ko­lory pol­skiej flagi plo­tące się w róż, dziew­częcy ko­lor, roz­kwi­ta­jące kwia­tem cze­re­śni od gaci po ko­lana. Oj­ciec w końcu zo­ba­czył.

– Umyj się! – Od­sko­czył ode mnie ze wstrę­tem. Spo­dzie­wał się pew­nie wtedy, że do­sta­łam okresu, no bo ra­czej nie tego, że mi pa­sem ty­łek roz­darł na ćwierci.

PO BI­CIU po­szłam do po­koju i le­ża­łam w roz­kroku, chło­dząc po­śladki i roz­kr­wa­wioną dziurę mię­dzy no­gami. Wga­piona w su­fit, ogłu­szona, nie sły­sza­łam babki, jak się wśli­zgnęła do po­koju i usia­dła mi na łóżku.

– Już twoje losy prze­są­dzone. Od ślubu się nie wy­wi­niesz. – Po­sta­wiła mi na stole kom­pot z mi­ra­be­lek.

– Chyba nie – wy­mam­ro­ta­łam.

Babka sie­działa ci­cho, po­sior­by­wała swój kom­pot.

– Nie naj­gor­szy chyba kan­dy­dat?

Nie od­po­wia­da­łam. Za­sta­na­wia­łam się, czy po­win­nam ze­wrzeć nogi, ale za bar­dzo mnie bo­lało, a babka była pół­ślepa.

– No to te­raz słu­chaj, tylko nie osza­lej – rze­kła babka. – Baby w na­szej ro­dzi­nie taką mają przy­pa­dłość albo dar. Kiedy pierw­szy raz cię prze­świ­druje ja­kiś gach, to się do­wiesz, co w to­bie drze­mie, jaką masz istotę. Pod­uczysz się, a bę­dziesz mo­gła zmie­niać się w nią, kiedy tylko ze­chcesz. Mó­wię ci te­raz, że­byś się nie zlę­kła po­ślub­nej nocy.

Mil­cza­łam. Za­sta­na­wia­łam się, co by tu babce opo­wie­dzieć o wie­czor­nym świ­dro­wa­niu i o lęku, o jego isto­cie. Stwier­dzi­łam, że nic. A po­tem do­tarło do mnie, że ona mówi mi o czymś sza­lo­nym.

– O czym babka gada? – wy­beł­ko­ta­łam.

– W zwie­rzątko się bę­dziesz zmie­niać.

– Ja­kie zwie­rzątko?

– A tego to już nie wiem, se zo­ba­czysz.

Babka da­lej sior­bała kom­pot, a jak wy­sior­bała, to za­częła wy­ja­dać pa­lu­chami roz­go­to­wane mi­ra­belki. Babkę wy­wie­ziono na Sy­bir, skąd wró­ciła z dwójką dzieci, moją matką i wu­jem, który już zdą­żył się za­pić na śmierć. Zna­łam te bab­kowe straszne opo­wie­ści: świeżo wy­koń­czony dom, który trzeba zo­sta­wić za sobą w pół go­dziny, strzały w po­wie­trze, by­dlęcy wa­gon, lu­dzie zgnie­ceni w jed­nym sze­ścia­nie smrodu, trupy ja­dące z ży­wymi w cia­snej puszce, tuk, tuk, tuk, szcze­lina, wi­dok mię­dzy jedną a drugą de­ską, wy­boje na to­rach, pole, pole, pole, śnieg.

Ale o prze­mia­nie w zwie­rzę to jesz­cze nie było. I co to z tym zro­bić? Może babka za­go­rącz­ko­wała, coś jej ro­zum zmą­ciło?

– A kim babka jest? Ja­kim zwie­rząt­kiem? – spy­ta­łam w końcu, my­śląc, że jak głę­biej za­brnie w kłam­stwo, to je le­piej roz­po­znam.

– Myszką – od­rze­kła.

Chwilę mil­cza­łam. Jak tu się do tego usto­sun­ko­wać?

– Nie chciała babka być, nie wiem, pa­wicą? – wy­my­śli­łam wresz­cie.

– Pa­wice prze­cie nie­wy­ględne. Co in­nego paw, ale to chłop. Chło­pem cię czar nie uczyni, nie­stety. Zresztą wy­boru nie ma, nikt mnie nie py­tał o zda­nie. A do­brze po­mysz­ko­wać tu i tam, jak czas po­zwala. Zia­ren zjeść, wszę­dzie wejść, bajka.

– A matka?

– Nie wiem – od­parła. – Wiesz, jaka ona jest, za­mknięta, nic nie pi­śnie.

Tyle po­wie­działa, stęk­nęła i za­snęła mi na łóżku, jak to się jej cza­sem zda­rzało.

NO CIE­KA­WOSTKA. Czyli jesz­cze mia­łam być kimś? – my­śla­łam, wie­rząc i nie wie­rząc babce. Pa­pugą, może ży­rafą? Spa­ce­ro­wać po uli­cach na­szej wsi, po­ka­zy­wać lu­dziom, że ist­nieje ży­cie inne niż ro­bie­nie w polu i usłu­gi­wa­nie chło­pom? Na sło­nio­wych no­gach roz­gnia­tać kre­atury po­kroju Le­cha? Czy z sa­mego faktu roz­dzie­wi­cze­nia, na­wet w tak nie­ludzki spo­sób, miała dla mnie pły­nąć choćby skromna ko­rzyść?

Ga­pi­łam się w okno. Księ­życ, ob­myty bu­rzą, świe­cił nad wsią ja­snym świa­tłem spa­warki. I wtedy, w tym księ­ży­co­wym bla­sku, wła­żą­cym też do mo­jej izby, za­częła się ze mną dziać rzecz nie­miesz­cząca się w gło­wie. Całe ciało zwarło mi się w so­bie, prze­mie­szało i zgęst­niało niby długo go­to­wany dżem. Nie było w nim śladu skóry, ko­ści, je­lit czy wło­sów, tylko jed­no­lita masa, prze­czu­wana przeze mnie chyba szó­stym zmy­słem, kiedy wszyst­kie stałe po­łą­cze­nia mię­dzy czu­ciem a roz­po­zna­wa­niem roz­to­piły się w bez­by­cie. Jak to było moż­liwe, że moja ro­zum­ność po­zo­stała stale pod­pięta do tego roz­pły­nię­tego i do tego, co się z nim po­tem stało – nie mam po­ję­cia. Może w mie­ście, na me­cha­tro­nice by mi to ja­koś zwięźle wy­tłu­ma­czyli, ale nie mia­łam tam wstępu. Tym­cza­sem z mazi, pół­sta­łej i pół­cie­kłej, coś się za­częło de­sty­lo­wać, sza­ra­wego, ma­łego. Ni­jak pióra pa­pugi, ni­jak cie­pło­żółta ży­ra­fia skóra. Sza­ra­wym je­ste­stwem zla­złam z łóżka i po­szłam pod lu­stro, ale za­nim do­szłam, już wie­dzia­łam.

Nie­udolny prze­cho­dzień, któ­rego wcze­śniej zdra­pa­łam pa­znok­ciami z as­faltu, pa­trzył na mnie z ta­fli oczami, w któ­rych co prawda lśniło ży­cie, ale były rów­nie prze­stra­szone jak moje. Po­pie­lata sierść, na pyszczku krótka i de­li­katna, da­lej od oczu ro­biła się co­raz dłuż­sza, ster­cząca i kłu­jąca.

Raz je­den mnie sa­mej udało się wskrze­sze­nie, bez po­mocy Ja­sia – po­my­śla­łam.

A po­tem przez szparę w oknie wy­szłam na dwór.

KA­TA­RZYNA SZAU­LIŃ­SKA (ur. 1987), pi­sarka, psy­chiatrka i psy­cho­te­ra­peutka. Au­torka ksią­żek po­etyc­kich Druga osoba i Kryp­to­dom oraz zbioru opo­wia­dań Czarna ręka, zsia­dłe mleko, no­mi­no­wa­nego do Na­grody Li­te­rac­kiej Nike 2023. Za dra­mat Kret/Mara otrzy­mała Na­grodę im. Ta­de­usza Ró­że­wi­cza.

Wię­cej opo­wia­dań prze­czy­tasz lub wy­słu­chasz na ma­ga­zyn­pi­smo.pl/proza

.
.
.

SO­CZEWKA

Bez tchu

tekstKA­TA­RZYNA KA­ZI­MIE­ROW­SKA

CO­DZIEN­NIE KAŻDY Z NAS wy­ko­nuje około 22 ty­sięcy wde­chów. Przez na­sze płuca prze­cho­dzi 11 ty­sięcy li­trów po­wie­trza. Kiedy oprócz tlenu z każ­dym wde­chem wpro­wa­dzamy do nich mie­szankę ra­ko­twór­czych tru­cizn, od­dy­cha­nie staje się walką o ży­cie.

Gę­sty dym z ko­mina – efekt pa­le­nia śmie­ciami, Ma­zow­sze, sty­czeń 2017 roku.zdję­cieBO­SAR / EAST NEWS

SMOG ZI­MOWY

Ignacy

KIEDY SZE­ŚCIO­LETNI IGNACY