Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
929 osób interesuje się tą książką
Romans z motywem age gap autorki Poręczenia.
Osiemnastoletnia Kelsey Harlow przeszła przez piekło. Straszne wspomnienia wracają do niej jak bumerang, nie dając jej chwili wytchnienia. Dlatego w przeciwieństwie do rówieśników zamiast po liceum planować pójście na studia, postanawia zrobić sobie roczną przerwę.
Dziewczyna ma nadzieję, że ta decyzja pozwoli jej poskładać życie na nowo i zapomnieć o traumatycznych wydarzeniach. Wybiera pobyt na ranczu należącym do rodziny, licząc, że obcowanie z naturą i zwierzętami podziała kojąco na jej krwawiące serce.
W oderwaniu się od trosk niespodziewanie zaczyna pomagać jej Marlon Connery, dwudziestodziewięcioletni mężczyzna, który pewnego dnia ratuje dziewczynę spod kopyt rozjuszonego konia.
Tak zaczyna się ich znajomość, choć wielu ludziom może się ona nie spodobać.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 397
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Joanna Chwistek
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2025
All rights reserved · Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Alicja Chybińska
Korekta: Karina Przybylik, Aleksandra Płotka, Martyna Góralewska
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8418-061-7 · Wydawnictwo NieZwykłe · Oświęcim 2025
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Kelsey
Dość chłodne i deszczowe popołudnie doskonale odzwierciedlało mój podły nastrój. Wewnątrz mnie także szalała burza i chociaż nigdy dotąd nie sprzeciwiałam się rodzicom, zawsze musi nadejść ten pierwszy raz, prawda?
– Kelsey, rozmawialiśmy już o tym wiele razy, pamiętasz? – zagadnęła łagodnie mama, najwyraźniej licząc, że zmienię zdanie i bez protestów zgodzę się na ich propozycję.
Siedzieliśmy w salonie naszego domu mieszczącego się na obrzeżach San Francisco, który miałam niedługo opuścić. Tata patrzył na mnie jakoś dziwnie, a po chwili zabrał głos.
– Możemy to odwołać, skarbie – zaproponował, na co gwałtownie pokręciłam głową.
Rodzice byli informatykami w japońskiej firmie, a kilka miesięcy temu dostali propozycję rocznego kontraktu właśnie w Japonii. To dla nich ogromna szansa zarówno pod względem rozwoju, jak i pieniędzy. Widziałam, jak mocno ekscytowali się faktem, że już po kilku miesiącach zdołają spłacić hipotekę domu oraz kupić nowe auto, a także pomóc mi na studiach.
Zapewniałam ich, że jeśli nie uda mi się uzyskać odpowiedniej sumy stypendium, znajdę sobie pracę na czas studiów, ale nawet nie chcieli o tym słyszeć. Marzyli, żebym mogła się spokojnie uczyć, nie myśląc o wydatkach. Planowałam zrobić sobie roczną przerwę po ukończeniu liceum. Na tę decyzję wpływ miało wiele czynników, a jednym z ważniejszych okazał się fakt, że nie czułam się gotowa, aby stawać oko w oko z nieznanymi ludźmi, w kompletnie obcym mieście, bez znajomości jego topografii, bez nikogo bliskiego obok…
Pieniądze, które mogli zarobić rodzice, to potężne kwoty, dlatego nie dziwiłam się, że chcieli tam jechać.
Wszystko jednak zależało ode mnie, to ja miałam zdecydować, czy dam sobie radę z tak długą rozłąką. I chociaż chciałam zostać w domu, przecież skończyłam już osiemnaście lat, to Marc i Emma poinformowali mnie, że jeśli wyjadą, ja udam się do ciotki Hope mieszkającej wraz z mężem w Teksasie.
Uwielbiałam siostrę mamy, a także jej męża, z tym że chciałam zostać w dobrze znanym mi miejscu, a nie wywracać swoje życie do góry nogami…
– Niczego nie odwołujecie – stwierdziłam spokojnie. – Przemyślcie jednak to, czy faktycznie muszę wyjeżdżać. Jestem już dorosła.
– Jasne, jesteś dorosła – potwierdził ojciec. – Ale my będziemy na innym kontynencie, w dodatku różnica czasu wynosi jakieś piętnaście godzin, więc nawet z rozmowami będzie ciężko, a twoja ciotka mieszka na drugim końcu kraju. Sama więc rozumiesz, że to nie wchodzi w grę. Musimy wiedzieć, że jesteś bezpieczna, że ktoś jest obok, w razie gdyby coś się stało.
Przełknęłam głośno ślinę ze świadomością, że w normalnych okolicznościach rodzice mogliby wyjechać, nie mając z tyłu głowy faktu, że mogłabym potrzebować pomocy. To bolało, ale niestety nikt nie posiadł takiej mocy, żeby cofnąć czas i wszystko zmienić. A szkoda.
– Jeśli nie pojedziesz do Hope, my także nigdzie się nie wybieramy, Kelsey – stwierdziła mama.
Nie miałam prawa im tego zrobić, nie kiedy dostali ogromną szansę, nie okażę się aż tak samolubna.
– Stwierdziliśmy, że tak będzie najlepiej, zwłaszcza po rozmowie z twoim terapeutą – dodał tata.
Drgnęłam niespokojnie na samo wspomnienie pani Bright, u której spędziłam sporo czasu, a to i tak nie pomogło zwalczyć koszmarów ani lęku odczuwanego w nowych miejscach, na ulicy, a także we własnym domu, kiedy przychodziły gorsze chwile.
– Co ona wam powiedziała? – zapytałam szybko, zaniepokojona faktem, że to właśnie pani Bright wywarła największy wpływ na decyzję rodziców.
– Uświadomiła nam, że zmiana otoczenia zadziała na twoją korzyść. W miejscu, gdzie mieszka twoja ciotka, pracuje niewiele osób, a społeczność tam jest o wiele mniejsza i bardziej kameralna. Tam prawie każdy się zna.
– Ale ja nie znam ich, mamo.
– Skarbie, jeśli nie chcesz jechać do ciotki, to po temacie. – Tata wyciągnął dłoń, a następnie pogłaskał mnie po ramieniu.
– Dokładnie – potwierdziła mama, uśmiechając się lekko. – Zostajemy i już.
Nie mogłam im tego zrobić, nie byłam cholerną egoistką, nie w przypadku własnej rodziny.
Miałam idealnych rodziców, kochających, wspierających mnie w każdej sytuacji. Zawsze byli do mojej dyspozycji, kiedy tylko ich potrzebowałam. Teraz, gdy skończyłam osiemnaście lat, powinnam pozwolić im spełnić własne marzenia i nie kaprysić, zwłaszcza że to tylko rok, prawda?
Zrozumiałam już, że nie istniała możliwość, bym została sama w San Francisco. Oni w życiu na to nie pójdą i chyba nawet potrafiłam to zrozumieć. Nie to, że mi nie ufali. Nie byłam typem imprezowiczki ani nic z tych rzeczy. Zawsze jednak mogło się coś wydarzyć, a ja nie miałam na miejscu nikogo, kto zdołałby mi pomóc.
Kiedyś posiadałam przyjaciół, znajomych, ale po tym, co się stało, odcięłam się od wszystkich, blokując w ten sposób bolesne wspomnienia. Gdy rozpoczynałam ostatnią klasę, nie przypuszczałam nawet, jak zmieni się moje życie kilka miesięcy później…
Praktycznie na kilka tygodni przed rozdaniem świadectw zmieniłam szkołę i nie nawiązałam nowych znajomości. Z własnej woli. Nie potrafiłam być już tak… otwarta, jak kiedyś. Zresztą nawet nie miałam zbyt wielu możliwości, by poznać innych uczniów, przecież moje zajęcia odbywały się online, tylko czasami w domu pojawiali się nauczyciele.
– Pojadę do cioci Hope – stwierdziłam po chwili, a ojciec spojrzał na mamę z nadzieją w oczach. – Ale jeśli myślicie, że w wolnych chwilach zamierzam pracować na tym ich ranczo, to tkwicie w grubym błędzie.
Musiałam podjąć taką decyzję i zrobić w końcu to, co najlepsze dla rodziców, a nie dla mnie. Głęboko wierzyłam też, że wykonywałam słuszny krok, że ten rok przerwy pozwoli mi się ogarnąć na tyle, że dam radę rozpocząć studia i zacząć żyć.
Zmarszczyłam nos, dając im do zrozumienia, że smród pochodzący od zwierząt jest czymś, czego nie przeskoczę. Rodzice roześmiali się cicho, następnie pokiwali szybko głowami.
– Jestem pewny, że ciotka do niczego cię nie zmusi. Jesteś jej oczkiem w głowie.
Tak, wiedziałam o tym. Ciocia Hope i wujek Steve nie doczekali się dzieci, a ja nie miałam rodzeństwa, więc tak naprawdę w rodzinie byłam jedynym dzieciakiem i wszyscy mogli mnie rozpieszczać. Moja mama ma tylko jedną siostrę, a tata wychował się w domu dziecka, więc nasza rodzina była niewielka, czego zawsze żałowałam.
– Mogę posprzątać i pomóc w kuchni, ale wywalanie wielkich krowich placków – skrzywiłam się, udając odruch wymiotny – fuj.
Atmosfera wyraźnie się rozluźniła, jednakże nadal dostrzegałam niepewność malującą się w oczach mamy.
– Kels, jeśli nie chcesz, nie mamy o czym mówić, zostajemy i tyle – odezwała się, patrząc na mnie w napięciu. – Jesteś dla nas o wiele ważniejsza niż jakikolwiek kontrakt, wiesz?
– Jasne, że wiem – zapewniłam szybko. – Ale to ogromna szansa, a mnie może faktycznie przyda się zmiana otoczenia.
Wewnątrz mnie szalały wątpliwości, skrajne emocje oraz strach przed nieznanym. Wydawało mi się jednak, że stawienie czoła swoim obawom to jedna z lepszych terapii, jakie mogłam sobie zafundować. Przecież na ranczo pozostanę bezpieczna, prawda? Od dużego skupiska ludzi oddzieli mnie kilkanaście mil…
Jak miałam stawiać opór, skoro do tej pory rodzice robili wszystko dla mnie? Na wakacje jeździliśmy tam, dokąd chciałam, na kolacje jadaliśmy to, co wybrałam. Moje zdanie było dla nich zawsze priorytetem, a teraz, kiedy dostali naprawdę olbrzymią szansę, nie mogłam zachować się jak ostatnia egoistka.
– W takim razie zarezerwuję lot – oznajmił tata po chwili.
– Jasne – powiedziałam, czując, że żółć podchodzi mi do gardła.
Opuszczanie domu okazało się ponad moje siły, chociaż od tamtych feralnych wydarzeń kilka razy odwiedziłam sklepy, park czy kino… Wszystko to dzięki lekom uspokajającym.
Podczas gdy oni zajmą się kupnem biletów, ja mogę sprawdzić wszystkie wyjścia ewakuacyjne znajdujące się na obu lotniskach i w głowie już wyznaczyć trasę ucieczki.
– Weźmiemy z tatą dwa tygodnie urlopu, żebyśmy spędzili trochę czasu we troje. – Mama uśmiechnęła się i upiła łyk zapewne już zimnej kawy. – A później odwieziemy cię na lotnisko. Jesteś już dużą dziewczynką, więc Hope odbierze cię w Dallas.
– Okej – zgodziłam się szybko.
Więc wyglądało na to, że za dwa tygodnie wyląduję w Teksasie, skąd ciotka zabierze mnie prosto na swoje ranczo, gdzie zamiast dźwięku budzika usłyszę stado kogutów, które obudzi mnie tylko po to, bym snuła się bez celu przez kolejny dzień. Cudownie.
Kelsey
Czasami wystarczy jedna chwila, splot tragicznych okoliczności, żeby kompletnie przewartościować swój poukładany świat. Bywa, że jedna sekunda decyduje o kolejnych latach życia, zmieniając jego priorytety. Wcześniej miałam plany, pomysły, miliony dróg, którymi chciałam kroczyć, i odwagę, której nie powstydziłby się najdzielniejszy żołnierz stający na polu bitwy, i to w pierwszym szeregu.
Terapeutka mówiła, że nikt nie zmienia się tak nagle pod wpływem jednego zdarzenia, że najzwyczajniej trzeba się postarać, żeby odwaga i chęć walki wróciły, bo nadal pozostaje się tą samą osobą. Stanowiłam wyjątek od tej reguły, bo minęło już kilka miesięcy, a ja nadal czułam się jak tchórz, a moim jedynym życiowym celem okazywało się szukanie kryjówki przed światem i ludźmi. I nie miałam pojęcia, czy wizyta na ranczo cokolwiek zmieni. Prawdę mówiąc, gdyby nie wyjazd rodziców, nigdy nie zgodziłabym się na tę podróż. Wolałam zacisze swojego pokoju, spokojne tykanie dużego zegara stojącego w holu, kapanie wody z kranu w pralni, szczekanie psa sąsiada, przychodzącego notorycznie na nasz ganek i kradnącego każde stojące tam buty.
Doskonale wiedziałam, że tuż przed piątą usłyszę na podjeździe auto, którym wracali z pracy rodzice, następnie szczęk przekręcanego w zamku klucza i głośne:
– Wróciliśmy, kochanie!
Czasami w okolicach południa pojawiał się listonosz i trąbił trzy razy, zanim zadzwonił dzwonkiem. Co drugi piątek koleżanki z pracy mamy składały jej wizytę. Jedna z nich za każdym razem przynosiła cięte kwiaty hodowane w szklarni, które zawsze wkładała w okropnie szeleszczący celofan. Przed tymi wizytami rodzice przeważnie piekli babeczki i kurczaka, a zawsze towarzyszył temu szczęk blach i sztućców. Znałam te dźwięki, zdążyłam się do nich przyzwyczaić. Teraz jednak, kiedy jechałam wielkim samochodem ciotki i wuja w stronę nowego życia, zdawałam sobie sprawę, że wszystko trzeba zacząć od nowa. Zarówno ich dom, jak i mieszkający w nim ludzie wydawali zapewne zupełnie inne dźwięki niż te znane i oswojone.
Ta wyprawa zapewne okaże się doskonałym przygotowaniem do studiów, a te miałam zacząć od nowego roku. Z pewnością będzie mi łatwiej zamieszkać na kampusie po prawie roku spędzonym na ranczo. Każdego dnia musiałam wstawać z łóżka i walczyć o siebie, czasami jednak czułam się tak potwornie zmęczona, że modliłam się, żeby kolejnego dnia się nie obudzić. Nie potrafiłam się pogodzić z takim stanem rzeczy, głównie dlatego, że kiedyś moje życie wyglądało inaczej, a ja nie byłam jednym wielkim kłębkiem nerwów, a ambitną i wesołą dziewczyną, uczącą się pilnie, grającą w tenisa i uwielbiającą tańczyć.
– Wiem, o czym myślisz, ale przestań to robić – upomniała mnie łagodnie ciotka, zerkając na mnie z przedniego fotela dużego forda, którym razem z wujem przyjechali po mnie na lotnisko.
Uwielbiałam tę kobietę, bo po pierwsze to cudowna i kochająca osoba, a po drugie tak bardzo podobna do mojej mamy, chociaż dzieliło je kilka lat różnicy. Te same ciemne włosy – ja również je odziedziczyłam – i niebieskie oczy niemalże w identycznym odcieniu jak moje. Czułam, że za kilkanaście lat stanę się bardzo do nich podobna.
Hope i Steven pobrali się, kiedy miałam cztery lata, prawdę mówiąc, ich wesele okazało się dla mnie pierwszą poważną imprezą. Szłam przed panną młodą, sypiąc kwiatki, a później podawałam im obrączki.
Z tego, co opowiadała mama, wszyscy zostali zaskoczeni tym nagłym ślubem. Hope pracowała jako kelnerka w jednej z restauracji mieszczących się w San Francisco, a wuj przyleciał do miasta na tydzień, żeby wynegocjować jakiś ważny kontrakt dotyczący dostawy bydła. Dokładnie siedem dni wystarczyło, żeby zakochali się w sobie na zabój, a kolejne dwa tygodnie, żeby zorganizować wesele marzeń. Udało się, a zaraz po tym państwo młodzi polecieli na miesiąc miodowy, a następnie ciocia na stałe przeprowadziła się do Teksasu.
– Minęło kilka miesięcy – podkreśliłam, akcentując tym samym swoje obawy, że to piekło nigdy się nie skończy.
– Jesteś dla siebie zbyt wymagająca – odezwał się Steve, kiedy w aucie zapadła cisza. – Nie dojdziesz do siebie ot tak, w kilka dni, bo tego chcesz. To proces, dziewczyno, bardzo często długotrwały. I tak jest już lepiej, prawda?
Skinęłam powoli głową, spoglądając za okno na rozciągającą się wokół przyrodę, czego próżno szukać w tak dużym mieście jak San Francisco.
– Tak – potwierdziłam, chociaż na usta cisnęły mi się inne słowa.
Chciałam swojego dawnego życia, odwagi, determinacji. Powstrzymywałam się, żeby nie powiedzieć, iż brakuje mi własnego głośnego śmiechu, żartów, a nawet psikusów, często płatanych rodzicom. Nie byłam sobą, a chciałam siebie odzyskać.
– Masz jaja, dziewczyno – kontynuował Steve, zupełnie niezrażony moim milczeniem. – Walczysz, nie poddajesz się, a to jest coś, co już na starcie zapewnia ci zwycięstwo. Wiesz, że twoi rodzice chcieli się wycofać tuż przed wyjazdem, prawda?
Tak, wiedziałam o tym. Na kilka dni zanim mieli odwieźć mnie na lotnisko, mama próbowała się wycofać, wstępnie nawet rozmawiała już z szefem, aby tata poleciał do Japonii sam.
Nie mogłam się na to zgodzić, nie potrafiłam pozwolić na to, aby Marc poleciał tam bez niej. Dla nich obojga była to ogromna szansa. I chodziło także o mnie. Czułam, że jeśli nie podejmę tej decyzji, już do końca życia zostanę w swoim pokoju, w domu, z którego wychodziłam tylko wtedy, kiedy miałam lepszy dzień. Ten wyjazd stanowił moją szansę, żeby zostawić wspomnienia daleko w tyle i ruszyć do przodu, a nie istniało nic lepszego, niż zmiana otoczenia, by osiągnąć swoje cele.
– Chcieli – przytaknęłam i głośno przełknęłam ślinę. – Ale im na to nie pozwoliłam. To nie miało najmniejszego sensu.
– Nie, nie miało. – Hope mrugnęła do mnie, uśmiechając się szeroko. – I uważam, że ten rok przerwy to także mądra decyzja.
Nie czułam się na siłach, by kontynuować naukę, jednocześnie miałam nadzieję, że to wszystko minie, a ja za rok będę mogła pójść do college’u.
– Jak minął ci lot? – zagadnął wuj, mocniej zaciskając palce na kierownicy, jakby bał się mojej odpowiedzi.
Jeszcze jakiś czas temu nie śledziłam tak uważnie mimiki czy gestów innych ludzi, jednak dzięki czujności towarzyszącej mi od tego feralnego dnia rejestrowałam każdą zmianę zachodzącą w moim rozmówcy.
– Kiepsko – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Przez większość czasu zarówno w samolocie, jak i na lotniskach trzęsłam się jak galareta, a obsługa ciągle pytała, czy wszystko w porządku.
To, że przetrwałam to piekło, stanowiło wyłączną zasługę tego, że bałam się awaryjnego lądowania, i tego, że zniszczę plany rodziców, jeśli załoga postanowi zawrócić maszynę.
Nie chciałam nikogo zawieść, musiałam stanąć na wysokości zadania. Odliczałam czas, w myślach przywoływałam teksty ulubionych piosenek, liczyłam do stu kilkanaście razy, a wszystko po to, żeby poradzić sobie podczas podróży.
– Ale doleciałaś tu – zauważyła Hope. – I to duże osiągnięcie, skarbie. Kiedy przyleciałam do ciebie zaraz po tym, co się stało, bałaś się nawet iść do łazienki.
Poczułam, jakby metalowa obręcz zaciskała się na moim sercu, które natychmiast zwolniło, a następnie ruszyło do galopu na samo wspomnienie tamtych wydarzeń.
Nie powinnam pozwolić wkraść się takim myślom do głowy, nie teraz.
– Co właściwie mam u was robić? – Płynnie zmieniłam temat, aby moje myśli nie biegły w niepożądanym kierunku.
Jako dziecko niemal każde wakacje spędzałam na ranczu, ale kiedy zaczęłam naukę w liceum, wolałam poświęcać czas na spotkania z rówieśnikami, z nimi planować letni wypoczynek. Widywałam jednak ciotkę i wuja, bo na każde święta Bożego Narodzenia odwiedzali nas w San Francisco.
– Pomyśleliśmy, że chciałabyś mieć trochę prywatności i przygotowaliśmy dla ciebie domek dla gości – oznajmiła Hope.
Spojrzałam na kobietę i zauważyłam, że ta lekko przygryzała dolną wargę, jakby bała się mojej reakcji.
– Jeśli nie zechcesz z niego korzystać, do twojej dyspozycji pozostaje jedna z sypialni na górze. To twój wybór, skarbie, ty musisz czuć się komfortowo. Uszanujemy twoje decyzje.
– Do miasta wrócisz w następne wakacje, to prawie rok – zauważył Steve. – Sporo czasu, prawda?
– Sporo – potwierdziłam, nie mając jeszcze pojęcia, co o tym wszystkim myśleć.
– Zostawiamy ci wybór – kontynuowała ciotka.
Patrzyła na mnie w takim napięciu, jakbym za chwilę miała wydać jakiś wyrok.
– Rodzice zapewne ci mówili, że szykuje nam się sporo wyjazdów, prawda?
– Mama wspominała, że szukacie kontrahentów, rynków zbytu na mięso i bydło – wymieniłam, przywołując słowa rodziców.
– A to wymaga podróży – wtrącił Steve. – W każdym razie nie ma potrzeby, żebyś się martwiła, skarbie. Możesz jeździć z nami albo zostawać w domu. Na ranczo jest całkowicie bezpiecznie, wiesz? Dom ma dobre zabezpieczenia, podobnie jak posesja. W okolicy mieszkają sami przyjaźni ludzie, mamy też nowego sąsiada, porządny gość. No i są także pracownicy, na nich możesz liczyć w każdej sytuacji, jeśli wyjedziemy.
– A włamywacze? – zapytałam szybko, na co wuj cicho się roześmiał.
– Włamywacze? – zdziwił się. – Odkąd mieszkam na ranczo, czyli jakieś… hmmm, czterdzieści pięć lat, w okolicy nie było żadnego włamania.
– Nasze środowisko jest dość hermetyczne i bardzo zżyte – wtrąciła Hope. – Jedna droga prowadzi do wielu posesji i chociaż odległości między domami są spore, to uwierz mi, nikt nie przejedzie niezauważony.
– A jeśli pojawia się nieznane auto, wszyscy są w gotowości – zapewnił szybko Steve. – Przysięgam ci, że jeśli o to chodzi, nie masz żadnych powodów do obaw.
– Dodam jeszcze, że w naszym stanie funkcjonuje takie prawo, że możesz odstrzelić łeb każdemu, kto wejdzie na twoją posesję i… Mój Boże, przepraszam, Kelsey, całkiem zapomniałam.
Kiedy ciotka zauważyła, że lekko zadrżałam pod wpływem jej słów, w jej oczach błysnęły łzy.
– Nie, nic się nie stało – zapewniłam szybko, chociaż to okropne kłamstwo. – Dzięki waszym zapewnieniom poczułam się lepiej, naprawdę. I nie musicie przy mnie uważać na każde słowo.
Nie chciałam wyjść na mięczaka rozklejającego się z powodu jednego zdania. Pierwsze dni w nowym miejscu na pewno okażą się trudne.
– Chcę, byś miała świadomość faktu, że broń to często prawa ręka ranczera.
W głosie Steve’a słyszałam wahanie, jednak wiedziałam, że dokończy to, co miał do powiedzenia. Uwielbiałam go, ale wiedziałam też, że on nie zamierzał się nade mną rozczulać, w przeciwieństwie do Hope.
– Służy do odstraszania drapieżników, ale także do tego, żeby zakończyć cierpienie chorego czy zaatakowanego zwierzęcia, kiedy na przyjazd weterynarza trzeba czekać kilkanaście godzin lub nawet dni.
– Rozumiem to – oznajmiłam, starając się, aby mój głos brzmiał pewnie.
– W obrębie domu nikt nie używa broni – zapewniła Hope z mocą. – Nie powinnaś też słyszeć strzałów z pastwisk. Wszystko będzie dobrze.
Wiele w tej chwili zależało ode mnie, od mojego podejścia i woli walki. A chciałam walczyć, marzyłam o tym, żeby zapomnieć i ruszyć dalej. Nie mogłam się poddać, nie kiedy cudem ocalałam. To musiało coś znaczyć, prawda?
Kelsey
Dom, który zapamiętałam jako dziecko, niewiele zmienił się przez te lata. Być może nie wydawał się już tak olbrzymi, ale nadal robił ogromne wrażenie.
Zanim wjechaliśmy na tereny należące do wuja i ciotki, zobaczyłam piękną bramę z bali, która mierzyła z pewnością kilka metrów, i ciemnobrązowy drewniany płot, który ogradzał drogę prowadzącą do samego domu.
Budowla z ciemnoczerwonej cegły, z dwuspadowym dachem, białymi oknami i parapetami zastawionymi donicami z kwiatami, przypomniała mi czasy dzieciństwa, kiedy spędzałam tu niemal każde wakacje. Wokół całego budynku dobudowano taras, na którym ustawiono meble ogrodowe oraz kwiaty. Na powitanie wybiegł nam czarno-biały pies, z tego, co zauważyłam rasy border collie. Wydawało mi się, że całe to powitanie i ujadanie nie mają końca, chociaż nieobecność jego właścicieli trwała ledwie kilka godzin.
Gdy próbowałam opędzić się od psa, zauważyłam, że stajnie usytuowane kilkadziesiąt metrów od domu zmieniły kolor na czerwony, a wybieg dla koni dostał nowe białe ogrodzenie.
– Powiększyliście stajnie? – zapytałam, zaciekawiona faktem, że nie do końca mogłam sobie przypomnieć, czy budynki sięgały aż do wielkiego rozłożystego drzewa, czy jednak były mniejsze.
– Spostrzegawcza – mruknął z uznaniem Steve, patrząc znacząco na Hope próbującą uspokoić psa. – Siad, Piorun! Siadaj, piesku! – Podniesiony głos wuja świadczył o tym, że tracił już cierpliwość do skaczącego pupila, ale na szczęście ten natychmiast posłuchał.
– Planowaliśmy powiększyć hodowlę koni, niestety bydło i uprawy zajmują zbyt wiele czasu – westchnęła ciocia. – Może kiedyś, prawda?
Jej mąż powoli skinął głową, a następnie wskazał psa.
– Boisz się? – zapytał, przyglądając mi się uważnie.
Musiałam chwilę pomyśleć nad odpowiedzią na zadane pytanie, aż w końcu mogłam stwierdzić, że pies nie znajdował się na długiej liście niekomfortowych dla mnie rzeczy.
– Nie – odpowiedziałam i zagwizdałam cicho, na co Piorun pojawił się tuż obok, ale nie skakał, tylko zaczął skomleć, dopominając się o głaskanie.
– Nie jest groźny – zapewniła mnie szybko ciocia. – Jedynie narwany, ale to doskonały stróż.
– Nie zamierzacie zabierać go w te podróże? – upewniłam się, bo czułabym się lepiej z faktem, że nie zostanę tu sama, a towarzystwa dotrzyma mi ten mały wariat.
– Nie, skądże. – Steve zaśmiał się cicho. – Piorun zostaje.
Ogarniająca mnie ulga zdawała się niewyobrażalna, a przecież to tylko zwierzak. Jeśli ktoś zechce mnie zabić, to przecież Piorun mnie nie uratuje. Mimo wszystko zdawałam sobie sprawę z faktu, że nie znajdowałam się już w San Francisco, ale gdzieś na peryferiach, gdzie żyło się inaczej. W dużych miastach przestępczość wybijała już poza skalę, dziennie odnotowywano wiele morderstw, gwałtów, tutaj jednak nic mi nie groziło.
– W naszym mieście nie mieszka nikt karany, Kelsey – szepnęła mi Hope wprost do ucha. – Spokojnie, kochanie. Gwarantuję ci, że każdy żyjący w pobliżu człowiek będzie chronił cię za cenę własnego życia. Kowboje są lojalni, wiesz? Dbamy o siebie, szanujemy się.
Samo otoczenie, w którym się znalazłam, przepełniało mnie spokojem. Nie potrafiłam jeszcze nazwać tego uczucia, ale rośliny, krzewy, wielkie drzewa w takiej ilości sprawiały, że serce nie rwało się już do szaleńczego galopu i nawet ujadanie psa traktowałam jak coś normalnego, nieszkodliwego.
Nie przerażało mnie też rżenie koni przebywających w zagrodzonej części i wzbijających kurz, gdy poruszały się po piasku.
Zaczerpnęłam głęboko powietrza, chcąc w pełni przyzwyczaić się do nowych dźwięków i je zaakceptować, tak aby stały się czymś normalnym.
– Wejdziemy do środka? – zaproponował wuj, wskazując na dużą werandę. – Wezmę twoje bagaże, rozpakujesz się, a później poznasz naszych pracowników. Co ty na to?
Tak, wejdę do środka, jasne, rozpakuję się, ale nie byłam gotowa na poznawanie nowych ludzi. Widziałam ich już wystarczająco podczas podróży samolotem, a płacz jakiegoś dziecka niemal doprowadził mnie do histerii.
Nie marzyłam już o niczym innym, tylko o ciszy i spokoju, bo każdy najmniejszy dźwięk powodował, że moje nerwy przybliżały się do granicy wytrzymałości.
Ciocia objęła mnie ramieniem, a następnie poprowadziła w kierunku domu, a Steve zajął się moimi rzeczami.
– Pokażę ci sypialnię, dobrze? – zagadnęła kobieta, zerkając na mnie ukradkiem. – A później pokażę ci domek i sama zdecydujesz.
– Na tę chwilę wolę zostać tutaj – powiedziałam cicho, kiedy wspinałyśmy się po stopniach werandy. – Nie czuję się jeszcze na tyle pewnie, żeby zostać sama w obcym miejscu.
– Jasne. – Rozpromieniła się, jakby moje słowa ją ucieszyły. – A tego całego poznawania nie musisz się obawiać – zapewniła szybko. – Will pomaga nam od lat, pracował tu, jeszcze zanim pojawiłam się w Teksasie. Jest jeszcze Slough i Jim, równie sympatyczni. I nie pytaj mnie, czym się zajmują, bo to wszystko zależy od sytuacji.
– Co to dokładnie oznacza? – zaciekawiłam się, chcąc wiedzieć wszystko o tym miejscu i ludziach, z którymi przyjdzie spędzić mi najbliższych kilka miesięcy.
– Jeśli gdzieś zepsuje się ogrodzenie, a uwierz mi, zdarza się to bardzo często, ktoś musi tam jechać – tłumaczyła cierpliwie. – Jeśli bydło ucieknie, trzeba je zagonić. Czasami któreś zwierzę jest chore i to też nie okazuje się tak prostą sprawą, jak nam się wydaje. Do tego uprawy, zbiory, nawożenie, sprzedaż. Pracy jest tu sporo.
Podejrzewałam, że posiadanie bydła i ziemi wymaga wiele wysiłku, dlatego marzenie o stadninie koni musiało zejść na dalszy plan.
Kiedy szłyśmy w stronę schodów na piętro, zauważyłam, że wystrój domu pozostał w tym samym stylu. Dominowały tu drewno i biel, natomiast większość mebli została wymieniona na nowe. Stare drewniane schody skrzypiące przy każdym kroku odzyskały dawną świetność dzięki malowaniu. W salonie zauważyłam wygodne ciemnozielone kanapy, a na ścianie duży płaski telewizor.
Mój pokój okazał się równie przytulny. Ściany pokrywała urocza tapeta w różowe kwiaty. Znajdowała się tu też osobna łazienka z prysznicem oraz niewielka garderoba. Sporych rozmiarów łóżko z metalowym stelażem ustawiono na wprost drzwi wejściowych, a tarasowe i duże okno wychodziły wprost na pola i łąki. Widok okazał się cudowny. Miałam też swoją prywatną toaletkę, komodę i stół. Sypialnia wyglądała, jakby dopiero ktoś ją odświeżył, wszystko pachniało nowością i lśniło czystością.
– Podoba ci się? – Padło ciche pytanie, a ja natychmiast skinęłam głową.
Nawet jeśli pokój okazałby się okropny, nigdy bym o tym nie powiedziała, doskonale widziałam, ile serca ciocia włożyła w jego przygotowanie.
– Jest śliczny – szepnęłam i uśmiechnęłam się lekko. – Dziękuję.
Po chwili Steve przyniósł moje bagaże i chociaż miałam rozpakować je sama, to oboje mi pomogli, abym mogła szybciej zejść do kuchni, by wspólnie przygotować kolację.
Swój komputer położyłam na stole, kosmetyki na toaletce, a ubrania ułożyłyśmy na półkach w garderobie. Napisałam też do rodziców, którzy za dwa dni mieli lecieć do Japonii, że jestem już na miejscu cała i zdrowa.
Kuchnia połączona została z jadalnią, gdzie stał wielki biały stół i dwanaście krzeseł. Lodówka pracowała dość głośno, toteż chwilę zajęło mi zrozumienie, że ten dźwięk nie oznaczał niczego złego.
We troje dość szybko uporaliśmy się z gotowaniem, a atmosfera przy stole wydawała się już luźniejsza niż zaraz po przyjeździe. Nie czułam już tego ucisku w piersi, nie kontrolowałam każdego oddechu i nie oglądałam się nerwowo za siebie.
– Słyszałaś o terapii z udziałem koni? – odezwał się Steve, kiedy zjadł posiłek i zaczął pakować naczynia do zmywarki.
Przez chwilę wydawało mi się, że bardzo się starał, abym widziała, co obecnie trzymał w dłoniach.
– Słyszałam o dogoterapii – odparłam po chwili. – I przyjechałam tutaj po to, aby pobyć z wami i sama ze sobą, nie chcę kolejnej terapii. Resztę muszę przepracować sama, a czas jest najlepszym lekarstwem.
Nie chciałam okazać im niewdzięczności, ale powoli miałam powyżej uszu szukania dla mnie kolejnych rozwiązań i specjalistów. Jasne, to pomagało, nawet bardzo, ale teraz jednak czułam potrzebę zostać sama ze sobą, zrozumieć swoje uczucia, wytłumaczyć je we własny sposób, bez specjalisty i różnych zabiegów.
– Jasne, skarbie – podchwyciła szybko Hope. – Ale chyba nie do końca zrozumiałaś to, co Steve chciał powiedzieć.
– A chciałem powiedzieć, że przebywanie ze zwierzętami to magia, Kelsey, a konie to już zupełnie inna kategoria zwierząt – odezwał się mężczyzna, stając w bezruchu przy zmywarce. Oparł się o nią, krzyżując nogi w kostkach. – Obcowanie z końmi daje ukojenie, pomaga się uspokoić, trenuje cierpliwość. Wydaje mi się, że taka więź może ci pomóc.
Więź? Z koniem? Niemal parsknęłam śmiechem. Jasne, lubiłam zwierzęta, ale te domowe. Nie wyobrażałam sobie podchodzić do czegoś wielkości garażu i jeszcze się tym zajmować.
– Hej, nie nastawiaj się negatywnie. – Ciocia musiała zobaczyć moją minę, bo natychmiast ruszyła mężowi na ratunek i uścisnęła delikatnie moją dłoń. – Przemyśl to, Kelsey, dobrze? Możesz mieć pewność, że ani ja, ani Steve nie pozwolimy ci się zbliżyć do konia pokroju Demona.
– Demona? – szepnęłam, bo to imię zwiastowało tylko jedno i nie miałam tu nic pozytywnego na myśli.
– Demon to koń naszego sąsiada, Marlona – wyjaśniła szybko. – Diabeł wcielony, okiełznać go potrafi tylko jego właściciel. Mężczyzna czasami z nim do nas zagląda, ale nikt nie ma śmiałości podejść do tego ogiera. Swoją drogą, jest piękny, czarny jak noc i narwany jak żaden inny.
– Wasz sąsiad ma stadninę? – zapytałam, bo coraz mocniej zaczął intrygować mnie temat koni.
– Stadnina to za dużo powiedziane, raczej to hobby. Ile Marlon ma wierzchowców, skarbie?
Ciocia w zamyśleniu zaczęła bębnić palcami o blat.
– Trzynaście? Tak, chyba trzynaście – odparła, spoglądając na mnie z lekkim uśmiechem. – Marlon nie jest ranczerem, chociaż posiada sporo ziemi, więcej niż my – wyjaśniła szybko. – Zna się na koniach, ale nie ma bydła ani nie uprawia ziemi.
– Więc co tutaj robi? – Zdziwiłam się, że ktoś mieszkał w takim miejscu, a nie zajmował się tym, co wszyscy w okolicy. Co można było tu innego robić? Trzynaście koni to jednak za mało na ogromne połacie ziemi.
– Dzierżawimy od niego pole, aby wypasać tam bydło i owce – wtrącił wuj. – Odziedziczył je po dziadku, ale nie chciał kontynuować tradycji, sprzedał wszystko, z wyjątkiem koni i ziemi. Wiem, że pochodzi z Houston, tak naprawdę niewiele o sobie mówił.
Naszą rozmowę przerwało szybkie pukanie do drzwi, na co podskoczyłam i poczułam narastającą panikę. W moim domu wszyscy używali dzwonka, dlatego ten dźwięk wyprowadził mnie z równowagi.
Zaraz do kuchni weszło dwóch mężczyzn, a mnie zrobiło się zbyt ciasno jak na mój gust. Nie ruszyłam się jednak z miejsca, kiedy Slough i Will mi się przedstawiali.
Ich ciała były ogorzałe od słońca, a sylwetki masywne. Nosili się w podobnym stylu co wuj, czyli dżinsy, koszule w kratę i duże kapelusze.
Wydawali się mili i sympatyczni, lecz odpowiadałam półsłówkami, nie do końca gotowa na rozmowę i siedzenie przy wspólnym stole z obcymi, dlatego po kilku minutach wykręciłam się zmęczeniem po podróży i udałam się na górę.
Po prysznicu i nałożeniu balsamu okazało się, że faktycznie padałam z nóg, bo kiedy tylko przyłożyłam głowę do poduszki, niemal natychmiast zasnęłam jak kamień.
Kelsey
Nowy dzień, nowa ja, prawda? I zamierzałam zrobić wszystko, żeby się nie okazało, że nowy dzień oznaczał dawną mnie.
Mogłam zachować czujność, ale nie powinnam pozwolić, żeby to przejęło nade mną władzę. Nie chciałam wiecznie żyć z duszą na ramieniu, oczekując nadchodzącej katastrofy, bo wszystko, co złe, miałam już za sobą, prawda?
I choć zawsze może być gorzej, istniał jakiś limit pecha. Ja z pewnością już swój przekroczyłam.
Miałam pewność, że jeśli nie spróbuję zmienić nastawienia, okiełznać strachu, nic nie wyjdzie z mojej przemiany. Wszystko zaczynało się w głowie, od prostych myśli galopujących później w nieodpowiednią stronę, a ja nie potrafiłam ich powstrzymać. To musiało się skończyć. Terapeutka chyba uznała, że najbezpieczniejszą i najlepszą opcją dla mnie okaże się wmówienie mi, że coś lub ktoś nade mną czuwa i to piekło nigdy więcej się nie powtórzy. Musiałam przyznać, że takie tłumaczenia wiele ułatwiały, czułam się z tym lepiej, nawet jeśli to tylko bajeczki dla przedszkolaków.
Powinnam coś w końcu zrobić, bo miałam plany i marzenia, które pragnęłam spełnić. Chciałam studiować, zawierać nowe znajomości, nawet jeśli aktualnie nie czułam się na nie gotowa. Z pewnością dojdę do siebie. Może to nie kwestia dni czy tygodni, ale w końcu trauma przestanie definiować każdy mój oddech.
– Jak się spało? – zapytała Hope, kiedy zeszłam do kuchni, aby pomóc jej przygotować śniadanie.
Zadziwiająco dobrze, bo miałam dość mocny sen i nie wybudziły mnie z niego koszmary. No i ta cisza panująca wokół, kiedy się obudziłam… Moje ciało przyjęło stan pełnej gotowości, a ja mocno reagowałam na dźwięki lub, jak się okazało, ich brak.
– Cudownie – odpowiedziałam. – Materac jest bardzo wygodny, spałam jak dziecko.
Hope pokiwała głową z widocznym zadowoleniem. Zależało jej na moim szczęściu podobnie jak Stevenowi, a dotychczas dzieląca nas odległość wcale nie miała znaczenia. Od zawsze łączyła mnie z nimi silna więź i mimo że przez ostatnich kilka lat ich nie odwiedzałam, nadal często do siebie dzwoniliśmy, a oni wpadali do nas na święta i moje urodziny.
W ciszy przygotowywałyśmy posiłek, smażyłyśmy bekon, wyciskałyśmy świeży sok, przygotowywałyśmy jajka oraz grzanki.
– Tak bardzo się cieszę, że zdecydowałaś się przyjechać – odezwała się po chwili kobieta. – Ani przez sekundę nie miałam wątpliwości, że postąpisz inaczej, wiesz? Od zawsze byłaś waleczną osobą i czułam, że gdy tylko dojdziesz do siebie i przepracujesz stratę, podejmiesz rękawicę i zawalczysz o siebie.
– Nie wystarczy kilka miesięcy, żeby pogodzić się ze stratą – szepnęłam, obierając ze skóry soczyste pomarańcze. – Nadal czuję pustkę, nie mogę przejść nad tym do porządku dziennego, cały czas wydaje mi się, że zaraz zadzwoni mój telefon… W każdym razie muszę iść dalej, nie oglądać się za siebie, bo ja żyję, oddycham i czuję, i tak bardzo chciałabym wrócić do swojej dawnej codzienności.
Ciepła dłoń wylądowała na moim ramieniu i ścisnęła je w pokrzepiającym geście.
– Wiem, skarbie, i uda ci się to, wiesz? – zapewniła mnie ciotka. – Twoja mama ciągle do mnie wypisuje, pytając, jak się trzymasz. Zapewniam ją, że świetnie, bo to prawda. Rewelacyjnie to wszystko znosisz i jesteśmy z ciebie dumni.
– Jutro rodzice wylatują do Japonii – przypomniałam, na co Hope szybko skinęła głową.
– Uwierz mi, sporo kosztowała ich ta decyzja, ale uważam, że postąpili słusznie. Ten wybór jest właściwy dla całej rodziny i przede wszystkim dla ciebie, wiesz?
– Hope ma rację.
Drgnęłam niespokojnie, bo nagle w kuchni pojawił się Steve, a ja kompletnie nie słyszałam jego kroków. Zanim usiadł przy stole, cmoknął jeszcze żonę w policzek.
– Bo widzisz, rodzice za bardzo rozczulają się nad swoimi dzieciakami. Przyznaj sama, że po tym wszystkim prawie cię wykończyli tą troską.
To prawda. Rodzice owinęli mnie kokonem, w którym z trudem mogłam nabrać powietrza, i chociaż zdawałam sobie sprawę z faktu, że robili to dla mojego dobra, to jednak się dusiłam. Na początku ich obecność dodawała otuchy, ale z każdym kolejnym dniem robiło się coraz gorzej. Ta troska okazała się bardziej przytłaczająca niż pomocna, ale nie chciałam im tego mówić, już wystarczająco wiele przeszli.
– Chcieli dobrze i nie mam im tego za złe – odpowiedziałam cicho.
– Oczywiście, że nie – przytaknął wuj. – Ale u nas będzie inaczej, Kelsey. Nauczysz się jeździć konno, pomożesz nam i często zostaniesz zdana tylko na siebie. Nie owiniemy cię folią bąbelkową, ale pozwolimy ruszyć naprzód, stojąc z boku. Rozumiesz tę różnicę, prawda?
– Jasne, że rozumiem – prychnęłam cicho, a po chwili moje usta rozciągnęły się w lekkim uśmiechu. – Szukacie darmowych rąk do pracy.
Steve i Hope wybuchnęli cichym śmiechem.
– Tu nas masz. – Mężczyzna uniósł dłonie w geście poddania. – Co przygotowałyście na śniadanie?
– To, co lubisz najbardziej – poinformowała Hope, mrugając do męża. – Jakie mamy plany na dziś?
– Ogrodzenie na północnym pastwisku, kontrola pól, spotkanie w mieście. – Mężczyzna wzruszył lekko ramionami. – To, co zwykle. A ty, skarbie? Wybierasz się do miasta?
– Powinnam spotkać się z Iris i omówić plan działania. – Ciocia postawiła przed mężem niewielki czajnik z czarną kawą, a ja zabrałam się za rozkładanie talerzy, przysłuchując się ich rozmowie. – Nie mamy kompletnie nic ustalone, a najwyższa pora, żeby zacząć działać.
Nie dopytywałam o szczegóły, wywnioskowałam jedynie, że we wrześniu miała odbyć się impreza, na której okoliczni mieszkańcy mieli świętować koniec zbiorów.
Dzięki Bogu nikt mnie nie zapytał, czy mam ochotę również wybrać się do miasta, bo kompletnie nie czułam się na to gotowa. Ledwie wczoraj miałam styczność z tłumem ludzi na lotniskach i w samolocie, co poważnie nadwyrężyło moje nerwy.
Kiedy kończyliśmy jeść, w domu pojawił się najpierw Slough, a chwilę po nim Will. Nie wstałam od stołu, kiedy ciocia podała im kawę, i chociaż wszystko we mnie się buntowało, to pozostałam na miejscu. Hope i Steven znali ich i im ufali, więc ja także powinnam.
– Wydaje mi się, że dzwoni twój telefon – odezwała się ciocia, na co wzrok wszystkich przy stole zwrócił się w moją stronę.
Faktycznie, nie zamknęłam drzwi do swojego pokoju, skąd dobiegał mnie teraz cichy dźwięk, a dokładnie melodia przypisana do jednego konkretnego kontaktu. Cristal…
– Później oddzwonię – skłamałam, nie czując się na siłach, aby w tej chwili wszystko tłumaczyć, ciocia zapewne o wszystkim wiedziała, nie sądziłam, żeby mama to przed nią ukryła.
Kiedy mężczyźni wyszli z domu, a następnie rozjechali się w różne strony, zostałyśmy same w dużej kuchni. Sądziłam, że pojawią się pytania, ale nic takiego się nie stało. Zaczęłam powoli sprzątać ze stołu, w tym czasie ona opróżniła zmywarkę.
– Gdzie Piorun? – zapytałam, żeby przerwać przedłużającą się ciszę.
– Pewnie w stajni – stwierdziła kobieta. – Zazwyczaj towarzyszy swojemu panu, ale dzisiaj zostanie w domu.
– Dlatego, że jedziesz do miasta, a Steven ma swoje sprawy? – dociekałam, chociaż tak naprawdę znałam już odpowiedź.
Uśmiech, który mi posłała, okazał się identyczny jak ten mojej mamy. Hope czuła się zmieszana, przejrzałam ją, a to nie do końca jej się podobało.
– Dlatego, że chcę dać ci tak potrzebną teraz przestrzeń – odezwała się po chwili, patrząc mi w oczy.
Sprzątanie zeszło na dalszy plan, ciotka porzuciła zamiar wkładania naczyń do zmywarki, skupiając na mnie całą uwagę.
– Powinnaś poznać nasz dom i otoczenie sama. Nie chcę ci przeszkadzać, osaczać cię jak twoi rodzice, ale jednocześnie nie chciałam, żebyś została kompletnie sama, więc Piorun dotrzyma ci towarzystwa.
– Jasne, rozumiem. Mam tylko nadzieję, że mnie nie ugryzie.
– Bez obaw – uspokoiła mnie, wracając do porzuconej wcześniej czynności. – To doskonały towarzysz, być może czasami nieco zwariowany, ale uroczy.
Nie to, że nie lubiłam zwierząt, wcześniej nie miałam z nimi styczności i nie do końca byłam przekonana, czy pies nie postanowi w pewnej chwili ugryźć mnie w nogę.
Rozumiałam motywację ciotki, szanowałam jej zdanie i podczas tych kilkunastu godzin, kiedy przebywałam pod jej dachem, zrozumiałam, że jej podejście okazało się o wiele lepsze niż to prezentowane przez rodziców. Dawała mi przestrzeń, nie trzęsła się nade mną jak kwoka. Podobno to ona mocno naciskała, żeby rodzice polecieli do Japonii, a ja do nich.
Jesteście jej rodzicami, to wasze jedyne dziecko, co nie pozwala wam racjonalnie podejść do tematu. Osaczanie, kontrolowanie i obsesyjna ochrona to nie coś, co pozwoli jej stanąć na nogi. Kelsey nigdy nie wyjdzie z tej skorupy, bo jej na to nie pozwalacie, i nie mogę was potępiać, bo sama wolałabym owinąć ją w kołdrę i schować przed całym światem, żeby nigdy więcej nie czuła strachu. Ale nie tędy droga i wy także zdajecie sobie z tego sprawę.
Te słowa usłyszałam podczas jednej z wideorozmów, które prowadziła z moją matką. Hope brzmiała rzeczowo i zdecydowanie. Miała stały kontakt z terapeutą z Houston, a on radził jej, co ze mną zrobić. No i wymyślili mój pobyt na ranczu podczas rocznej przerwy od nauki.
– Jeśli nie chcesz zostać sama, to…
– Zostanę – przerwałam jej pośpiesznie. Już od kilku minut przygotowywałam się psychicznie na samotny pobyt w domu i ten fakt powodował jedynie przyśpieszone bicie serca, a to nic wielkiego. – Masz rację, zapoznam się z otoczeniem, a Piorun mi pomoże.
– Noś przy sobie telefon – zastrzegła natychmiast.
– Jasne.
Razem poszłyśmy na górę, ja po to, żeby wziąć swój smartfon, Hope, aby się przebrać, następnie zeszłam na parter, by nalać sobie soku i zastanowić się, co ze sobą zrobię, kiedy ciotka opuści ranczo.
Niepokój mieszał się z ekscytacją, co chwila zapewniałam samą siebie, że jestem tu bezpieczna, że nic złego się nie wydarzy. Bo co niby mogłoby się stać?
Nie, dość, to kompletnie nieodpowiednie pytanie, na które moja wyobraźnia zaczęła już odpowiadać, a ja wizualizowałam sobie wybuch gazu, trzęsienie ziemi, huragany…
Wzięłam trzy głębokie wdechy i skierowałam myśli na inne tory… Konie. Widziałam je wczoraj w zagrodzie, miały przeróżne umaszczenie, biegały po wybiegu, wzbijając kurz… Podczas pobytu w Teksasie nauczę się jeździć i ten cel musiałam zrealizować, nawet jeśli rumaki były ogromne i mogłyby mnie zdeptać kopytami…
– Wychodzę! – Z zamyślenia wyrwał mnie głos Hope schodzącej właśnie po schodach. – Powinnam pojawić się za kilka godzin, skarbie. Masz telefon?
Uniosłam smartfon i nim pomachałam, na co kobieta obdarzyła mnie uśmiechem.
– Mamy trzy samochody, więc jeśli nadejdzie taki czas, że chciałabyś wybrać się dokądś sama, nie musisz czekać, aż jedno z nas wróci – poinformowała. – Z tym że prosiłabym, abyś powstrzymała się dziś od wycieczek. Jesteś cudowna, odważna i mądra, ale jeszcze na to niegotowa.
– Czasami wydaje mi się, że minęłaś się z powołaniem – stwierdziłam, patrząc, jak wkłada buty. – Powinnaś zostać psychologiem.
– Dzięki tobie sporo czytałam na ten temat, wiesz? W jakiś sposób musiałam się dowiedzieć, jak możesz się czuć i jak mogę ci pomóc.
– Jesteś w tym świetna – odparłam i posłałam jej lekki uśmiech.
W oczach kobiety błysnęły łzy, jakby moje słowa okazały się dla niej najlepszą nagrodą. Mój Boże, ogromnie doceniałam to, co dla mnie robili.
– Muszę już lecieć. – Posłała mi całusa w powietrzu. – Obiecuję, że zadzwonię tylko raz, dobrze?
Powoli skinęłam głową.
– Ale ty możesz zadzwonić w każdej chwili.
– Jasne, baw się dobrze.
Hope przewróciła oczami.
– To katorga, dziewczyno, wiesz? Wszystko na mojej głowie, jak zwykle. Odpoczywaj i czuj się jak u siebie.
W chwili, kiedy ciotka przekroczyła próg domu, ogarnął mnie niepokój, a kiedy odpaliła silnik, odniosłam wrażenie, że podjęłam złą decyzję, pozwalając jej odjechać…