Schyłek. Dziennik 2019-2022 - Anda Rottenberg - ebook
NOWOŚĆ

Schyłek. Dziennik 2019-2022 ebook

Anda Rottenberg

4,3

39 osób interesuje się tą książką

Opis

Zapiski codzienności prowadzone w latach 2019-2022. Opowieść otwiera pożar Katedry Notre Dame w Paryżu, a zamyka początek pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. W tej dramatycznej klamrze zmieściły się notatki Andy Rottenberg z czasu pandemii, jej reakcje na próby upolitycznienia polskiej kultury, spostrzeżenia na temat rodzimego środowiska artystycznego. Dużo tu anegdot, opisów towarzyskich spotkań, wernisaży, premier i rautów. Ale to też opowieść o mierzeniu sie ze starością, o samotności, zmęczeniu ciała nękanego chorobami, tęsknocie za bliskimi, których już nie ma, emocjonalnch kryzysach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 531

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (3 oceny)
1
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




TYTUŁ: Schyłek. Dziennik 2019–2022

PROJEKT OKŁADKI: Anna Piwowar | Siostry Piwowar Studio

COPYRIGHT © BY Anda Rottenberg 2024

PROJEKT GRAFICZNY I REDAKCJA TECHNICZNA:

Anna Piwowar | Siostry Piwowar Studio

REDAKTORKA INICJUJĄCA: Maria Fredro-Smoleńska

REDAKCJA: Maria Fredro-Smoleńska

KOREKTA: Urszula Drabińska

ISBN 978-83-66275-43-0

Wydanie I

Wydawnictwo Osnova sp. z o.o.

ul. Krakowskie Przedmieście 13, 00-071 Warszawa

osnovapublishing.pl

2019

Warszawa, 15 kwietnia

Płonie katedra Notre Dame w Paryżu. Symbol europejskiej kultury, że się tak banalnie wyrażę. Jej mit. Widzę to jako sym-boliczny znak upadku wszystkiego, na czym wyrosłam, w czym się wykształciłam, upadku, który obserwuję od kilku lat.

Warszawa, 3 maja

Dużo się dzieje, a mnie najbardziej żal więdnących w wazonie kwiatów. Zawsze jest w nich ten sam smutek, jaki wyraża Umierający amarylis, namalowany przez Dunikowskiego kilka lat po wyjściu z Auschwitz.

Wenecja, 9 maja

Giudecca. Wczorajszy dzień zaczęłam bardzo wcześnie, musiałam wliczyć spowolnienie mojego tempa przez ból w stopie.

Na Giardini, w polskim pawilonie, trafiam na jury. Próbuję wyjaśniać sens przenicowanego na drugą stronę samolotu. Kiwają głowami, uśmiechają się, wychodzą. Mogę zacząć oglądać biennale.

Omijam pawilon węgierski, niewiele się po nim spodziewam, i zaglądam do izraelskiego. Tam każą pobrać numerek jak na poczcie i czekać na swoją kolej. Trafiam na kuratora i pytam, czy nie da się przemknąć bez czekania. Nie da się. Czekanie jest częścią jego koncepcji. Siadam na ławce, zasłaniam się gazetą. Zwiewam, gdy kolega odwraca się plecami. I oglądam Amerykanów, a właściwie jednego, którego retrospektywę widziałam przed trzydziestu niemal laty w Waszyngtonie. Nic nowego, estetyczna narracja o niewolnictwie w USA. Przebiegam przez Skandynawię, jak zwykle bardzo ekologiczną, i natykam się na kilometrową kolejkę do Francuzów. Na szczęście widzę w szpicy polską grupę. Stoimy tylko pół godziny, a potem przesuwamy się po omacku przez oniryczny świat artystki, która zgrabnie i bez specjalnego skrępowania zassała imaginarium kilku poprzedniczek, w tym Louise Bourgeois, Aliny Szapocznikow, Carolee Schneemann i Annette Messager. Po dziesięciu minutach wychodzę i słyszę okrzyk: „Nie zamykaj!”.

Niestety za późno, drzwi już się zatrzasnęły, koleżanka nie ma szans na przemknięcie pod prąd. Do Brytyjczyków dwugodzinna kolejka. Rezygnuję. Oglądam bez większego zaangażowania Niemców, Koreańczyków i Japończyków. Właściwie je ptaszkuję, noga boli coraz bardziej, trzeba się ograniczyć. Idę do Czechów. Wreszcie miłe spotkanie ze starymi znajomymi. Przypominam się Kolibalowi1, a on wykrzykuje: „A, Zachęta!”.

Piękna wystawa, ale czy jury kiedykolwiek słyszało to nazwisko? – myślę z żalem i zachwalam artystę polskim kolekcjonerom.

Potem przyspieszam. Szwajcaria i Dania po łebkach. Trzeba odpocząć, jest już po pierwszej. Z rezygnacją staję w kolejce po gąbczastą pizzę, wiem, że mnie po niej rozboli żołądek, i wysyłam esemes do Mirka2. Może są w pobliżu. Są, dziesięć metrów ode mnie. Rezygnuję z pizzy, postanawiamy pójść na porządne jedzenie na tyłach Giardini. Ale najpierw Belgia, zaraz tam będzie wernisaż, mamy zobowiązania wobec artystów, wypada się pokazać. Przepychamy się, całujemy z Lukiem Tuymansem i jego świtą, ściskamy Kasię Redzisz3 (która się szybko zmywa, ma obowiązki), słuchamy długich przemówień po francusku i angielsku. Jos i Harald4, bohaterowie wydarzenia, zmęczeni; wszyscy na nich napierają, a oni chcą wyjść, napić się piwa i zapalić. Ja też. Jest już trzecia, pora lunchu mija, a nam nie wypada oddalić się od pawilonu z piwem w dłoni, sączymy je elegancko prosto z butelki i powoli, niezauważalnie przesuwamy na główną drogę. A tam co chwilę znajomi, albo moi, albo Mirka. Robimy skrót przez Finlandię, też ekologiczną, i w końcu docieramy do Polski. A tam autor. Gratulujemy, on upewnia się, czy Mirek naprawdę zaakceptował dzieło. Zaakceptował, a nawet pochwalił. Zinterpretował. Możemy wyjść tylnymi drzwiami do cichego, spokojnego parku. Znajoma restauracyjka już skończyła pracę, kuchnia zamknięta. Kolejna jeszcze karmi – z daleka macha do nas Hania Wróblewska5 kończąca obiad z obsługą pawilonu. Z przyjemnością się rozsiadamy. Ceremonia posiłku musi trwać. I trwa.

A potem podpływamy do Arsenału od drugiej strony, od końca. Ruszamy pod prąd. Miarowo. Pawilony, wystawa główna. Znajomi idą w przeciwnym kierunku, więc jest łatwiej. Dochodzimy do głównego wejścia tuż przed zamknięciem. Zaczyna padać. Żegnamy się przy moście. Mirek z rodziną wsiada do swojego vaporetto, mnie ten numer nie pasuje, muszę się dostać na Giudeccę. Nie potrafię znaleźć hotelowej łódki, przemierzam całe wybrzeże San Marco i chronię się na postoju taksówek obok Giardinetty, pod daszkiem. Trudno, niech stracę. Już nie jestem w stanie zrobić kolejnego kroku. Leje. Taksówki kiwają się na falach, lecz nie biorą, wszyscy kłamią, że są zamówieni. Widocznie nie wyglądam na milionerkę. Dzwonię po ratunek do Ani Starak6. Że muszę podjechać do hotelu, przebrać się i dopiero wtedy ruszyć na ich przyjęcie. Ania obiecuje coś zorganizować. Ja napieram na ryżego dyspozytora, może jednak jakaś taksówka zechce? Nie chce. Hotelowa łódka ma przystań dwa mosty dalej, ryży wskazuje kierunek, z którego przyszłam. „Nie będę chodzić w ulewie, jestem tak stara jak twoja matka” – krzyczę mu do ucha olśniona nagłą znajomością włoskiego. A on znika i po chwili przychodzi z parasolem, podprowadza mnie do schodków i pomaga zejść do taksówki.

„Ecco!”

Wenecja, 10 maja

Wczorajszy wieczór miał dalszy ciąg z przygodami, bo czekało mnie jeszcze ważne przyjęcie. Dzwonię do Ani S., że zaraz będę gotowa. Ona obiecuje podstawić łódkę pod hotel. A ja widzę, że zaraz mi się rozładuje telefon.

Podpinam go do gniazdka i próbuję się przebrać. Wtedy dzwoni. Nie znam tego numeru, właśnie zapinam biustonosz, zaraz muszę schodzić, tylko jeszcze zmienię torebkę, zabłysnę ręcznie malowanym prezentem od Leona7 i włożę przepiękne baleriny kupione na suku w Marrakeszu za dziesięć euro. Jestem gotowa, oddzwaniam. Nikt nie odbiera. Postanawiam zabrać ładowarkę ze sobą, w końcu minęło dopiero siedem minut. Wtedy znów dzwoni. Że czekali, ale musieli już odpłynąć. Ile czekali? Długo. Czyli pięć minut. Podpłynie taksówka. Dostaję jej numer. Dzwonię. Zaraz będzie.

No to mogę wyjść. Nie mogę, pada. Hotelowi zabrakło parasolek, dostaję czyjąś porzuconą. Mam ją zostawić na pomoście. Podpływa taksówka, zamykam parasolkę, kładę ją na deski pomostu, torebka się zsuwa z ramienia, próbuję ja złapać, podbijam, a ona pięknym łukiem ląduje w kanale. Chryste, myślę, co jeszcze mi się dzisiaj zdarzy? Telefon szczęśliwie w kieszeni, ale co powiem Leonowi? – myślę i widzę, jak taksówkarz sięga po wielki, męski parasol. Krzyczę, że nie potrzebuję parasola i dramatycznym gestem pokazuję na miejsce zanurzenia torebki. A on spokojnie wsadza parasol do wody rączką w dół i wyławia torebkę. Oddaje mi ją i odpływa, bo to nie ja go zamawiałam. Wylewam wodę z ocalonego dzieła sztuki, dzwonię do swojego taksówkarza. Mówi, że jest na drugim końcu Wenecji i czeka, taki dostał adres. Będzie za dziesięć minut. Rozumiem, że jednak za dwadzieścia, znam tę trasę. Cieszę się, że papierosy i zapalniczka były w kieszeni. Mogę zapalić. Wtedy wraca ten, co wyłowił torebkę. Nie pytam, czy mogę, wsiadam. Uff, płyniemy! Wyciągam mokre banknoty i próbuję je suszyć na sztucznym zamszu kanapy. Osiągam tyle, że przestają ociekać wodą. I nagle zaczynam mieć wątpliwości, czy to na pewno ten hotel, nie sprawdziłam zaproszenia, może się pomyliłam. Próbuję się połączyć z Anią S., ale nie odbiera. Jej goście też nie. Taksówkarz chce, żebym wysiadła, jesteśmy na miejscu. Każę mu poczekać, może jednak ktoś odbierze? On ma innych pasażerów, tak nie można, zabrał mnie przecież, choć go nie zamawiałam. Rezygnuję. Daję mu mokry banknot, schodzę z pomostu prosto w wielką kałużę. Zamsz baleriny zmienia kolor z ultramaryny na navy blue. Mam dość wszystkiego, chcę do łóżka. Ale nie ma odwrotu. Wchodzę w wąską uliczkę i trafiam na Harry’s Bar z Moniką Sosnowską i bardzo wesołą polską grupą. Czyli dobrze? Nie, oni są na brytyjskim party. Może się zabawię z nimi? Może tak, tylko sprawdzę, czy to moje przyjęcie nie jest tutaj obok. Jest. Poznaję marmurowe schody, wspinam się, jęcząc przy każdym kroku. Bankiet już się zaczął, oczywiście. I wszyscy pytają, co się ze mną działo. „No przecież dzwoniłam!” „Ale tu nie ma zasięgu” – odpowiadają z rozbrajającym uśmiechem.

Warszawa, 22 maja

W Wenecji robiłam po dwanaście kilometrów dziennie. A potem poleciałam do Kioto i spuchłam. Wprawne dłonie japońskiej masażystki nie poprawiły stanu mojej stopy. Prawie nie mogłam chodzić, ale licznik w telefonie i tak mi wyświetlał po pięć kilometrów każdego dnia. Podczas powrotnego lotu dostałam infekcji przy dziąsłach, jak zwykle. Dzisiaj wreszcie, półtorej doby po wylądowaniu i czterech godzinach snu, bo już zaczęłam żyć japońskim czasem, poszłam się zdiagnozować. Ortopeda stawiał na zmęczeniowe złamanie lub pęknięcie paliczka, ale po obejrzeniu rentgena zgodził się ze mną, że to jednak stan zapalny ścięgna. Taki mam defekt – na starość słabną mi ścięgna, w prawym barku niemal całkiem zerwane, trzyma się na jakichś resztkach. Odwołałam wyjazd do Łodzi, bo tylko z nimi nie podpisałam umowy. Czeka mnie więc jazda do Białegostoku na panel o cenzurze, potem do Bielska na jury festiwalu malarstwa, potem do Poznania na wykład o japońskiej wystawie, potem do Gdańska na jubileusz dwudziestolecia zakończenia komunizmu. To plan na najbliższe dwanaście dni. A wszystko jakieś smutne, żadnej przyjemności z tego powodzenia, już nie chcę się perlić i wymądrzać, chcę do Taviry, lecz wiem, że tam zacznie mnie nosić, a noga boli.

Z tego wszystkiego zaczęłam robić miejsce na przysłane z Ikei pakiety papierowych serwetek. I znalazłam w kuchennej szafce jakieś eleganckie pudełka. Jedno po Glorii Artis, która zaginęła zaraz po wręczeniu pięć lat temu i się do tej pory nie odnalazła. Drugie pełne starych ozdób. Znalazłam złoty pierścionek, jedyny, którego mi jakimś cudem nie ukradziono. I siedem srebrnych, najstarsze jeszcze od Wu, z czasów, kiedy razem zamieszkaliśmy, czyli od około 1968 ro-ku. I sześć bransoletek, w tym jedna ze starych kopert od kieszonkowego zegarka, połączonych srebrnymi łańcuchami, robiona dla mnie na zamówienie, także przez Wu. Z tego samego czasu. Może mnie kochał?

Dziesięć czy dwanaście broszek, każdą kiedyś nosiłam. Zestaw kilku srebrnych łańcuszków, może pięciu czy sześciu, od bardzo cieniutkiego po gruby i ciężki. Żadnego nie kupiłam, od srebra robią mi się na szyi czerwone plamy. Więc je dostałam. Nie pamiętam od kogo.

Pojedyncze klipsy, pojedyncze kolczyki. Rozerwane sznury pereł, trzymane z nadzieją, że kiedyś je nawlekę na mocną nić. Koraliki. Jeden zrobiony ręcznie przez Tomka8 z jałowcowego drewna, nieregularny, samotny. Nosiłam go na sznureczku, to były czasy hippisowskiej mody.

Co z tym zrobić? Zapakowałam wszystko do pudełka po Glorii Artis, było największe. I zaniosłam do sypialni. Do nocnej szafki, pękającej w szwach od ciężkich, pamiątkowych plakietek, nagród i medali. Komandorię pewnie mi zechcą nieść za urną, nawet przy obecnym składzie rządu. Ciekawe tylko, czy ją włożą do grobu, czy oddadzą rodzinie. I jak to zrobić, żeby się wszystko odbyło bez tych hec?

Warszawa, 23 maja

Przed chwilą przez otwarte drzwi balonu wpadła mi do domu młoda sikoreczka. Pewnie latała bezgłośnie po mieszkaniu, aż grzmotnęła w szybę okna i spadła na podłogę, metr ode mnie. Była przerażona. Chciałam ją podnieść i wypuścić na wolność, ale się poderwała i znikła mi z oczu, fruwając po pokojach. Otworzyłam okno i zajęłam się swoimi sprawami, aż kątem oka zobaczyłam, jak wylatuje na zewnątrz przez te same balkonowe drzwi.

Warszawa, 24 maja

Z wiekiem ma się rozmaite obserwacje dotyczące życia w parach. Na ogół są związane z magiczną wiarą w dobroć drugiego człowieka.

Model pierwszy dotyczy młodych kobiet, które wierzą, że ich miłość naprawi wszystkie wady świeżo poślubionego mężczyzny. Starają się, urządzają dom, uczą się gotować, a wszystko umiejętnie łączą z pracą zawodową. I jest przyjemnie, dopóki nie zajdą w ciążę. Bo wtedy przestają być atrakcyjne, przynajmniej na jakiś czas. A kiedy odzyskują atrakcyjność, zachodzą w następną ciążę. I wówczas już łatwo nie jest. Lecz za późno na odwrót, mają z mężem wspólne mieszkanie zakupione po sprzedaży jej kawalerki i wzięciu kredytu. Próby pojednania kończą się kolejną ciążą. Wówczas kończą się też pozory partnerstwa. Aż do czasu odchowania dzieci, wtedy wreszcie będą mogły wyjść. Tylko dokąd?

Model drugi to przypadki kobiet dojrzalszych, po trudnych i kosztownych rozwodach. Wiedzą, że lepszy jest „luźny” związek, bez specjalnych zobowiązań. Z takich pozycji mogą nawet związać się z mężczyzną, który nie ma rozwodu, żyje z żoną w separacji. Lecz mężczyzna nalega, żeby się do niego wprowadziła. Będzie łatwiej, po co te wieczne odwiedziny jedno u drugiego, przecież się kochamy. I hop – już mieszkają razem. I już nie wiadomo, co jest czyje, ale to nieważne, ważne, że są dla siebie wsparciem, mają wspólne zainteresowania, lepiej się rozumieją, krocząc tak drogą ku starości. A wówczas będą się sobą opiekować, jedno drugiemu poda przysłowiową szklankę wody, czyż nie? Aż dozgonny przyjaciel znienacka umiera. I natychmiast pojawia się odseparowana żona w towarzystwie sierot. Ukochana musi wyjść, najlepiej natychmiast. Może wrócić do siebie, jeśli ma dokąd. A jak nie ma, to do hotelu. I raczej nie powinna się afiszować podczas pogrzebu. W końcu to nie ona jest wdową.

Zastanawiam się tylko, czy ci wszyscy faceci myślą, że nigdy nie umrą, czy po prostu nie interesuje ich, co się stanie z ukochaną po ich najdłuższym życiu. Najważniejsze przecież, że teraz jest im dobrze.

I czy te wszystkie kobiety nie powinny mieć odrobiny rozsądku? Oprócz wiary, nadziei i miłości oczywiście.

Warszawa, 28 maja

Nie da się ukryć, przeforsowałam się. Jestem jak przysłowiowe pochyłe drzewo, na które skaczą kolejne dolegliwości. Ledwie ustąpiła złapana w samolocie afta – z powodu której słabo mi szło mówienie, szczególnie do radia – pojawiło się tradycyjne zapalenie oskrzeli. Bez widocznej przyczyny, czyli po prostu łapię zarazki z otoczenia, a organizm nie ma siły walczyć. I natychmiast odkryłam, że przecież można wysłać esemes i odwołać ten wyjazd do Bielska. Udało się. Dzięki temu będę miała chwilę, by podjechać do znajomego ortopedy i umówić się na jakiś zabieg, żeby mnie przestała boleć stopa. Cóż za cudowna perspektywa. Za chwilę wejdę w tryb emerycki: od lekarza do lekarza, a w przerwie ploteczki o niczym. Już się cieszę.

Warszawa, 8 czerwca

Sobota. Mieszkanie brudne. Pani sprzątająca chora. Naciągnięte wczoraj ścięgno – wynik kolejnego upadku z roweru – nie pozwala mi na wysiłek umycia podłóg. Nawet na zamiatanie. Bezradnie patrzę na ten brud i myślę o podszytych zapachem zapuszczenia mieszkaniach starych ludzi, niemających już siły na opanowanie nadmiaru przedmiotów, książek i gazet, kwiatów więdnących w gnijącej wodzie, zeschniętych resztek jajecznicy na patelni, a także telefonu, laptopa, lekarstw, wody i śmierdzących popielniczek trzymanych w zasięgu ręki, żeby niepotrzebnie nie schodzić z kanapy.

Taki jest efekt moich egoistycznych decyzji życia w luksusie samotności i zarabiania na utrzymanie. A wystarczy przewlekła choroba sprzątaczki, by ten luksus zaczął się osypywać jak lukier na starym, jełczejącym pączku. Przyklejona do kanapy widzę więcej niż wtedy, gdy w ustawicznym pośpiechu omiatam wzrokiem stare sprzęty. Kiedyś, gdy nagłe choroby zwalały mnie z nóg, tylko mnie to złościło. Teraz przygnębia. Lecz nadal mam blokadę związaną z proszeniem o pomoc. Nie jestem w stanie zadzwonić nawet do wnuka mieszkającego przystanek ode mnie. Ani do jego matki, która jest właśnie w Warszawie. Do moich przybranych „córeczek”. Do Joli9. Gdyby wczoraj nie odezwała się do mnie Ania W.10, też bym jej nie angażowała. Ale ona dzwoni niemal codziennie, może po cichu sprawdza, czy wszystko w porządku. Nie wiem, skąd jej się to bierze. Tak ma. Więc ją ubrałam w odwiezienie mi roweru z miejsca wypadku i kupno papierosów. Ale już nie skorzystałam z zaproszenia na weekend w ich podwarszawskim domu. Nadal potrzebuję samotności. Namysłu nad zamykającym się życiem.

Warszawa, 13 czerwca

Noga nadal bez diagnozy, leczę się objawowo, czyli okładami z kapusty, lecz przede wszystkim leżę na kanapie i osłabiam już i tak sflaczałe mięśnie. Tylko palce skaczące po klawiaturze jakoś jeszcze dopisują. Nadrobiłam trochę zaległości, wypchnęłam je, gdzie trzeba i próbuję przeżyć tropikalne upały, jakie panują w najgorętszej stolicy Europy, którą stała się Warszawa. W tych okolicznościach ważne okazały się wysokie drzewa rosnące wzdłuż mojej uliczki i na podwórku. Zanurzając się w ich cieniu, cieszyłam się z tego, że tak sobie spokojnie rosną. Do wczorajszego rana, kiedy natknęłam się na drwali szlachtujących starą topolę. Trzecią z kolei, dwie już były powalone. Na moje protesty odpowiedzieli, że mają takie polecenie. Jak zwykle.

Tym razem nie zadzwoniłam do administracji ani do zarządu zieleni, jak to zrobiłam w sprawie bluszczu, z którego została jedna czwarta. Zadzwoniłam do radia i do Jacka Żakowskiego. A on mi podał namiary do „człowieka od tych spraw”. Kamil Dąbrowa, nomen omen, długo nie odbierał, więc mu wysłałam esemes. Oddzwonił wieczorem. Od razu zaczęłam wyjaśniać, że jeśli drzewo jest chore, to się je leczy, jeśli gałęzie zagrażają, to się obcina te gałęzie, a nie całe drzewa, że posadzone na ich miejscu młode drzewka nie dorosną do wielkości tych wyciętych nawet za siedemdziesiąt lat, ponieważ Polska już wówczas zamieni się w step. Że jeśli już koniecznie trzeba wyciąć jakieś jedno drzewo, a nie jedenaście, jak to było w planie tylko na mojej króciutkiej ulicy, to niech to zrobią późną jesienią, a nie w czerwcu, kiedy jeszcze nie wszystkie ptaki odchowały swoje młode i kiedy łysa ziemia odparuje znacznie więcej wody, niż jej zużywa drzewo. A wreszcie, że zagrożenie stwarzają także zbiorniki wodne, tonie w nich znacznie więcej osób, niż ginie pod złamanymi gałęziami. Pominę wypadki na szosach i przejazdach kolejowych. Dąbrowa wysłuchał argumentów, którymi w niego strzelałam jak z karabinu maszynowego, i spokojnie odpowiedział, że po moim esemesie zatrzymał wycinkę, nie tylko tych dziewięciu, które nadal rosną na mojej ulicy, ale i pozostałych piętnastu z najbliższej okolicy. „Będziemy badać tę sprawę od nowa” – dodał na zakończenie.

Rozmawiałam z nim podczas przyjęcia u jednej z eleganckich koleżanek. Pozostałe słuchały moich argumentów, a kiedy skończyłam, zapytały, na kogo tak krzyczę w sprawie drzew. Powiedziałam, że znam tylko nazwisko. „To nie wiesz, że Kamil Dąbrowa jest rzecznikiem prezydenta miasta?” Teraz już wiem.

Warszawa, 14 czerwca

Okazało się, że nie tylko ja podniosłam alarm w sprawie wycinania naszych drzew. Bo z samego rana znalazłam w windzie ogłoszenie, że trwa protest i można się podpisać pod apelem o zatrzymanie wycinki. W ciągu doby podpisało się około dwustu osób. I wszyscy sąsiedzi stali się nagle bardziej przyjaźni, uśmiechają się, machają na powitanie. Czujemy, że te drzewa nas połączyły. Zobaczyłam światełko w tunelu. I wstąpiła we mnie nadzieja, że może nawet jeden z trzech portierów, zwykle niemiły dla moich gości, przez cały dzień pożywiający się w swojej kanciapie przy głośnym akompaniamencie Radia Maryja, nawróci się przynajmniej na ochronę przyrody.

Warszawa, 15 czerwca

Przeforsowałam się wczoraj bardzo niewielkim wysiłkiem, czyli jazdą samochodem do Galerii Studio w Pałacu Kultury na wystawę Włodka Zakrzewskiego, a potem na Krakowskie Przedmieście, obejrzeć osiągnięcia moich byłych studentów.

Obrazy Włodka się dobrze starzeją, co mnie bardzo cieszy. Na widok Michała Komara przypomniałam sobie koniec lat siedemdziesiątych i nagrywanie filmu telewizyjnego o Włodku, moją tremę podbitą technicznymi instrukcjami Michała i poczucie klęski, kiedy stamtąd wyszłam. Jakieś czterdzieści lat temu.

A wczoraj przekuśtykałam tysiąc osiemset kroków, jak wynika z mojego telefonicznego licznika, i już nie pojechałam na Spokojną, na dziesięciolecie mojej byłej uczelni. Nie miałam siły dalej kuśtykać w tym upale umiarkowanego klimatu.

Dzisiejsza poranna wizyta w szpitalu potwierdziła diagnostyczne intuicje Jacka Żakowskiego, któremu w czwartek udzielałam wywiadu na temat piękna. Mój lekarz pierwszego kontaktu, wybitny ortopeda, uspokoił mnie, że to tylko naderwanie przyczepu dwugłowego mięśnia uda, rozległy krwiak pod lewym półdupkiem jest oczywistą konsekwencją tego urazu, należy nadal smarować zalecaną przez niego maścią, przykładanie młodej kapusty jest mało skuteczne, potrzebna stara – biała.

Maść jest lepka, staram się nie siadać, dopóki się nie wchłonie, ale co mogę robić w domu na stojąco? Rozważam więc w kuchni warianty mojego odwiecznego, nudnego, lecz łatwego lunchu: jajko na miękko, sadzone czy jajecznica? Z jednego czy z dwóch? Dzisiaj jajecznica z dwóch. I kromka chleba. Matowe światło sączy się przez zasunięte rolety, wentylator mieli ciepłe powietrze i nagrzewa je jeszcze bardziej, ale i tak w domu chłodniej niż na zewnątrz.

Kładę się z książką o Jaremiance napisaną z pozycji osoby, która znała myśli artystki i jej uczucia, ale zapomniała napisać, że ta buntowniczka sztuki do końca życia należała do PZPR, ani nie naświetliła złożonych relacji, jakie mieli z władzą powojenni artyści i krytycy. Nie wyjaśniła też, na czym polegała wielkość artystki, czyli co takiego ciekawego zrobiła, że przeszła do historii. Wiedziała, jak wyglądały organizowane przez Kornela Filipowicza spływy kajakowe, nie wiedziała natomiast, że pod koniec lat pięćdziesiątych nie było jeszcze w Paryżu Musée d’Orsay; że z Polski nie latało się wówczas do Wenecji, tylko do Mediolanu, a potem jechało pociągiem; że weneckie biennale to nie był festiwal ani jedna wielka wystawa, tylko kilkadziesiąt małych, a więc, że Jaremianka ze Starzyńskim nie chodzili z sali do sali, tylko z pawilonu do pawilonu, i że do polskiego prowadzi mostek, dotarcie tam nie wymagało więc jakiegoś męczącego „pokonywania” kanału.

Przeczytałam to wszystko uczciwie i do końca, ponad sześćset stron, bo książkę mi wysłano z wydawnictwa, abym ją pochwaliła na łamach „Vogue’a”. Nie pochwalę. Jestem wredna. Nie piszę, co artysta myśli nawet wówczas, gdy z nim o tym rozmawiam. Ani co on czuje do swoich partnerek. Czy je kocha, czy nie, czy je zdradza, czy jest im wierny. Próbuję za to napisać, o czym jest ich sztuka. A tego właśnie w tej grubej „monografii” nie ma.

Warszawa, 18 czerwca

Upał zelżał już w niedzielę wieczorem. I od razu mi się poprawiło z nogą. Tym bardziej, że przy całym chaosie organizacyjnym i powściągliwości znajomych artystów, aukcja dla nauczycieli raczej się udała. Nie przyniosła trzech milionów, których spodziewał się Julek Windorbski, tylko skromne dwieście tysięcy, ale kiedy się rozpoczynała, marzyłam, żeby dociągnąć do stu. A Jacek Żakowski, który mnie namówił, żebym zorganizowała tę pomoc, przyszedł z dzieckiem pokibicować i ani razu nie podniósł ręki. Podobno go nie stać na wydanie tysiąca złotych na cele charytatywne. Moja „Fabryka” też nie wzbiła się za wysoko, ledwie dociągnęła do tysiąca dziewięciuset złotych. Jakieś miłe małżeństwo kupiło ją za mniej niż połowę wartości. Trudno. Ale przynajmniej oni wyszli z poczuciem podwójnej wygranej: spełnili obywatelski obowiązek i zdobyli rzecz wartą więcej, niż na nią wydali.

Teoretycznie idzie więc ku lepszemu, przynajmniej, jeśli chodzi o pogodę i nogę. I wbrew politycznym prognozom mój osobisty opad skrzydeł też chyba się kończy. Przed chwilą zadzwonił Janusz Fogler, że zostałam honorową członkinią ZAIKS-u i dostałam nagrodę pieniężną. To bardzo miłe, choć pieniądze nie są mi aż tak bardzo potrzebne. Nie mogę się nimi dzielić, bo wszystkie darowizny wliczy się do mojego stanu majątkowego w chwili, gdy zamknę oczy. Tak mówi polskie prawo spadkowe. Podsumują te przekazane jeszcze za życia darowizny, dodadzą nieruchomości, aktywa i mienie ruchome, wycenią i wyjdzie kwota należna jako zachowek dla spadkobierców nawet wówczas, gdy im nic nie zapiszę. Powinnam to wszystko sprzedać i ruszyć w luksusową podróż dookoła świata, bo dzieci i tak dostały za dużo i teraz nie chce im się pracować.

A tymczasem obserwuję wróble. Nie te wszystkie, które mieszkają w resztkach bluszczu i przed snem kąpią się w piaskownicy, ale jednego, chyba młodego, który kilka razy dzienne przylatuje na poręcz mojego balkonu i uparcie ćwierka. Może się chwali rodzicom, że już jest samodzielny? Właściwie nie wiem, jaki może być powód takiego samotnego ćwierkania. Zdobyczy nie widać, nawet okruszków. Niebezpieczeństwa też nie, bo kiedy się pojawia, zastygam w bezruchu aż do chwili, kiedy odfruwa na sąsiedni klon.

A może to nie ten sam wróbel? Chociaż wydaje mi się, że już go rozpoznaję po nieładzie, w jakim nosi swoje pióra.

Warszawa, 27 czerwca

Najpierw uciekłam do Barcelony przed upałem i procesjami Bożego Ciała. W Hiszpanii było chłodniej niż w Warszawie, ale trzygodzinne spóźnienie samolotu i zamieszanie z wynajmowaniem samochodu zwaliły mnie z nóg pierwszej nocy, zaplanowanej na zabawę z Zosią11, a nie na podziwianie widoków z tarasu Alicyjki12. Następne dwa i pół dnia w Cubelles upłynęło w miłym nastroju. Prawie nic mi nie dolegało, trochę chodziłam, trochę siedziałam na plaży, dużo godzin przy rozmaitych stołach i dobrym jedzeniu. Nawet się przepłynęłam, bo morze już ciepłe.

Odetchnęłam, że przynajmniej w tej dziedzinie jest dobrze. Chociaż z zaplanowanej przeze mnie fundacji mającej zarządzać spadkiem w postaci mieszkania z całym wyposażeniem i książkami raczej nic nie będzie, dziewczyny nie chcą się tym zajmować, chcą żyć swoim życiem, co dobrze rozumiem. Chyba machnę na wszystko ręką, niech się dzieje, co chce, kiedy zamknę oczy.

A zamknąć je zapragnęłam zaraz po powrocie do Warszawy, tym razem spóźniona o dwie godziny. Przez kolejne trzy dni nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Mózg się lasował z gorąca, bolało całe ciało, mięśnie, stawy, żołądek, głowa. A w tym wszystkim wcześniejsze zobowiązania – lunch z Ewą Kuryluk, która wydała kolejną książkę o rodzinnych dramatach – ostatnią, jak twierdzi – i zrobiła ostatnią „żółtą” wystawę. Zrezygnowała z życia w Stanach ze względu na atmosferę, ale w Paryżu także wyczuwa globalny skręt w „narodową” stronę. Zastanawiam się, dokąd ją teraz zaprowadzi jej poznawcza ciekawość.

Potem, jak mucha w smole, dotarłam na aberracyjne posiedzenie jury w ŻIH-u13. Za dużo wyszło ciekawych książek, nie wiadomo było, komu dać nagrodę, obiecaliśmy sobie, że się namyślimy i wrócimy do tematu po wakacjach.

Potem wpadła na kieliszek Gosia Omi14, przyniosła chłodnik i czereśnie. Potrzebuje akceptacji dla swoich decyzji, ja ich nie rozumiem, lecz to nie jest moje życie. Wszystko z tego upału. Po wtorkowym nagraniu audycji wróciłam do domu i poszłam do łóżka w środku dnia. Godzina snu trochę pomogła. Ale żebym spała w dzień? Zdarzało mi się to tylko wówczas, gdy byłam chora. Więc może jestem? Męczący kaszel trzyma już ponad miesiąc. W piątek mam się wreszcie spotkać z jakąś lekarką, która zaproponuje, żebym rzuciła palenie, brała witaminy i suplementy diety, popijała syrop i chodziła na spacery po świeżym powietrzu.

A gdy wczoraj wyszłam po papierosy, to owionął mnie żar jak z hutniczego pieca. I znów trafiłam na drwali. Nie cięli całych drzew, obcinali gałęzie, ale tak, że zostawał goły pień. Zrobiłam zdjęcie i wysłałam do Kamila Dąbrowy, ale tym razem nie zareagował. No bo jak długo można się zajmować tylko wycinką, skoro ma się taki szeroki front zadań? Opuściła mnie humanitarna poprawność, zaczęłam układać scenariusze śmierci w mękach z pragnienia i głodu dla wszystkich bezdusznych i pozbawionych wyobraźni urzędasów wszelkich szczebli. Tyle że taką śmiercią będą umierać nie tylko oni. I nie oni pierwsi, niestety.

Warszawa, 2 lipca

Nie skończyło się na witaminach, trzeba było wziąć antybiotyk. W czwartek mi się znacznie pogorszyło. Przede wszystkim po locie do Szczecina, żeby dotrzymać słowa i wygłosić idiotyczny wykład. Tam i z powrotem – dziesięć godzin, licząc spóźnienie samolotu. W tym godzina wykładu. Nie było już mowy o jeździe na rozkoszny plener do Ostromecka, zarządzany przez stowarzyszenie Czarny Karzeł15 pod duchowym przywództwem Zbyszka Mikołejki. Też miałam tam wygłosić wykład, który kończyłam pisać zawinięta w ciepły szlafrok przy trzydziestostopniowym upale. Odczyta go nieznana mi studentka Mirka Bałki. Bo ja nadal w pieleszach. Pod opieką Joli, która przybiega mi oklepywać plecy, żeby mi się odkleiło to wszystko, co nazbierałam w oskrzelach przez poprzednie sześć tygodni. Oraz Marka Zaliwskiego, który codziennie pyta, czy mi czegoś nie potrzeba. Markowi powiedziałam o chorobie, bo organizował bal dla Kaśki Kozyry, musiałam się usprawiedliwić, że nie przyjdę. Tymczasem okazało się, że ona zdążyła spaść z drzewa, będą jej operować kręgosłup i piętę. To jednak gorzej niż u mnie. Ja sobie tylko obcięłam opuszek małego palca. O szkło rozbitego przez wiatr wazonu. Już się goi.

Innych znajomych nie zawiadamiałam, ale się rozniosło (Marek). Dzwonią z deklaracją pomocy. To bardzo miłe, zapraszam ich, bo się nudzę, nie jestem w stanie pracować na okrągło, tym bardziej, że ta praca to zwykłe duperele związane z ostatnimi korektami tekstów do trzech rozgrzebanych książek. Mam umowy na sześć. Pięć i pół już dawno napisane, to albo zbiory starych tekstów, albo dzienniki, albo nowe wydania wcześniejszych tytułów. Szósta jest nowa, skończona w ubiegłym roku, ale jej wydanie strasznie się ślimaczy i mam jej dość, zanim się ukazała.

A słowa nadal płyną, to chyba jakaś logorea?

Warszawa, 4 lipca

Data uświadomiła mi, że po raz pierwszy od trzydziestu lat nie dostałam zaproszenia na obchody święta narodowego USA. To może być zemsta tej nadmuchanej laluchy, która została ambasadorką i która zaraz po przylocie do Warszawy urządziła jakiś „wieczorek zapoznawczy dla dam”, a ja się z niego wykręciłam. Albo po prostu wypadłam z rozdzielnika, bo przecież kim ja dzisiaj jestem?

Chodziłam tam głównie z jakiejś masochistycznej ciekawości, zastanawiając się, czy czasem coś odbiegnie od standardu. Na przykład czy hymnów nie zagra orkiestra wojskowa, która potem przejdzie płynnie do dixielandu; czy może tym razem nie będzie hamburgerów i czy polscy politycy różnych opcji (wraz z małżonkami na obcasach) przestaną się kiedyś objadać hamburgerami i upijać, depcząc trawę w upale, który – odkąd pamiętam – towarzyszył tym obchodom.

Z nieznanych mi powodów w ambasadzie francuskiej jest troszkę lepiej – zarówno pod względem kuchni i napojów, jak i obyczajów gości. Może dlatego, że ogród jest znacznie większy i ma się wrażenie mniejszego tłoku? Zobaczymy za kilka dni, tym razem bankiet odbędzie się 13 lipca. Bo czternastego wypada w niedzielę, a oni mają wówczas wolne, gwarantują im to związki zawodowe. To może być mój ostatni raz. Pierre, jedyny ambasador Francji, z którym się zakolegowałam, wyjeżdża przed terminem, Francja go potrzebuje na innych odpowiedzialnych odcinkach. Prywatnie pożegnamy się u ambasadora Niemiec, na bardziej kameralnym spotkaniu. I na tym się skończy. Bo jego następca będzie już zapraszać tylko nowy garnitur partyjno-rządowy.

A ja nadal w pieleszach, antybiotyk rozwalił mi przewód pokarmowy, teraz go kuruję z marnym skutkiem. Słabnę w oczach, choć na zewnątrz tego nie widać, jeszcze mnie stać na ogarnięcie się, jeszcze pilnuję porządku w domu, choć już znowu dostaję lekkiej histerii na widok stert książek, które nie mieszczą się na półkach. I jednocześnie nie mam siły na zrobienie z nimi porządku, na przegrupowanie i selekcję.

Jesienią jeszcze byłam w stanie skręcić nowe regały i ustawić je w sypialni, rozgarniając wiszące na ścianie grafiki. Teraz już bym nie dała rady. Osuwam się w słabość, mięśnie wiotczeją, brzuch pęcznieje od wiecznego półleżenia na kanapie.

Przynajmniej z nogą odrobinę lepiej, naderwane mięśnie uda już się zrosły, stopa jakoś przestała doskwierać podczas chodzenia. Przyjrzałam się dzisiaj klientkom apteki w Hali Mirowskiej. To mieszkanki okolicznych bloków, najczęściej w moim wieku. Schludne, a nawet wystrojone i wymalowane, jakby wyjście na zakupy było związane z pokazaniem się światu. Może jest?

Więc są wystrojone, ze starannie dobieranymi apaszkami, żakiecikami prosto z pralni, kokieteryjnymi kapelusikami. Ale niemal wszystkie w ortopedycznym obuwiu, które niweczy cały wysiłek włożony w te bluzeczki i spódniczki, w te apaszki, kapelusiki i żakieciki. To mi uświadomiło, że one nie podjechały pod halę samochodem albo rowerem. Przyszły na piechotę. Niektóre z wózeczkami, inne z klasycznymi torebkami, do których są w stanie sporo upchnąć – widziałam, jak jedna z nich zdołała zmieścić spory zapas lekarstw w torebce, w której już nie było miejsca na nic. Upchnęła, zatrzasnęła. Będzie niosła ją do domu i przeciążała ramię. Ani jednego plecaka. Ani jednej torby do przewieszenia przez ramię. Wszystko ma zwisać z dłoni. I ortopedyczne buty. Takie są nawyki dyktowane poczuciem elegancji z przeszłości. I tradycje żywieniowe. Cała hala pusta, a pod mięsnym z Radomia kolejka. Co oni takiego specjalnego produkują w tym Radomiu? I dlaczego ludzie nadal jedzą wędliny?

Warszawa, 5 lipca

Wczoraj późnym wieczorem przyleciała Zosia (z godzinnym opóźnieniem). I zaraz pobiegła na spotkanie ze swoim przyjacielem, który jest teraz moim osobistym asystentem. Do tego doszło. Nie byłam w stanie im towarzyszyć, przez cały dzień ślęczałam nad drobnymi korektami mojej szwajcar-skiej książki, która miała się ukazać w początkach maja, a nadal nie trafiła do drukarni. Wieczorem padłam. Widać potrzebuję teraz dużo snu, zatem zdrowieję. Do poduszki kończyłam Wymiary życia, bardzo dziwną książkę Juliana Barnesa. Nie tę, za którą dostał Bookera. Ta jest o niebiańskiej perspektywie. Z pozoru. W rzeczywistości jest o miłości. Poniekąd bezwarunkowej. Nieskazitelna co do struktury i kompozycji, jest wyznaniem nadal trwającej miłości do zmarłej żony. Prozatorski tren z rozkładaniem na czynniki pierwsze poczucia utraty. „Żal jest stanem, żałoba procesem”, pisze. I analizuje zarówno ten stan, jak i ten proces. W życiu innych (artystów) znajduje dowody na podobną miłość: nie tylko dozgonną, lecz jakoś bardziej wieczną. W podobnym nastroju, bo już nie w formie, utrzymane są kolejne rozdziały Kontenera Marka Bieńczyka, tyle że ich tematem jest żałoba po matce. Jak u Rolanda Barthesa, na którego autor się powołuje. Robi się z tego bardzo specjalna linia literacka nacechowana refleksją na temat utraty i jednocześnie autorefleksją na temat własnej (wyjątkowej) wrażliwości uczuciowej. Język niby chłodny, powściągliwy, uważny, ale stoi za nim jednak ten rodzaj cichego zadowolenia z umiejętności ubrania w formę literacką spraw tak subtelnych, że nie każdemu dane jest ich nazwanie.

I pomyśleć, że kiedyś w młodości wystarczyło mi jedno zdanie z Dzikich palm Faulknera, może nawet ostatnie – nie mogę sprawdzić, bo książka znikła w trakcie licznych przeprowadzek – o konieczności dalszego życia, by móc pamiętać o ukochanej: „Jeśli mam wybierać między smutkiem a nicością, wybieram smutek”. Napisane w 1939 roku i nadal czytane.

Lecz może tylko Faulkner napisał coś o tej ukochanej kobiecie, a nie tylko o tym, jak bardzo bohater-narrator odczuwa jej brak. Przecież te kobiety, kochane długo po swojej śmierci, musiały być bardzo szczególne, przynajmniej dla swoich mężów. Chyba że raczej kochali swoją miłość, co się często zdarza.

Warszawa, 6 lipca

Chorowanie sprzyja robieniu notatek. Nawet wówczas, gdy nie ma do tego zewnętrznych bodźców, gdy „świata koło” ogranicza się do widoku ogołoconej z bluszczu oficyny domu Czerniakowa i wnętrza mieszkania ze sprzętami założonymi stertami książek, które powinnam przejrzeć, zanim zdecyduję, czy je oddać, czy zatrzymać. Omiatam wzrokiem tę okrojoną z zewnętrznych bodźców rzeczywistość i próbuję się zagłębiać w nieliczne obowiązki, teraz związane przede wszystkim z oczekiwaniami wydawców moich książek.

Jedni potrzebują pomocy przy opisie ilustracji, właśnie podmienionych ze względu na brak odpowiednich skanów. Inni akceptacji angielskiego przekładu, bo „widzimy, że ma pani jakieś uwagi”. Jeszcze inni proszą o przypisy do dziennika, bo jednak niektóre fakty mają charakter obiektywny. „Czy pani pamięta, kto dokładnie i kiedy zrobił ten filmowy dokument, o którym pani wspomina na stronie 97?”

Praca redakcyjna zaczyna mieć charakter rutynowy, ten mój wąziutki dział kultury w „Vogue’u” nikogo naprawdę nie interesuje. Powinno to potrwać jeszcze jakieś dwa lata. Radio też nie utrzyma się dłużej. Po jesiennych wyborach wszystko zostanie podporządkowane słusznej ideologii. Większość już się zaczyna urządzać w tej dupie. Komu potrzebna wolność? Przecież trzeba z czegoś żyć, prawda?

W czasach mojej młodości były jeszcze jakieś enklawy wolne od politycznego nacisku. Instytuty Polskiej Akademii Nauk. Muzea. Marginalne galerie studenckie. Podrzędne stanowiska w rozmaitych państwowych instytucjach. Istniała jakaś niepisana umowa, żeby ocalać wszystko, co się da. Teraz naukę rozwalił minister Gowin, szkołę – Zalewska, kulturę – Gliński. Ten aberracyjny Miziołek poszedł na wojnę z całym zespołem Muzeum Narodowego, wyrzuca z pracy Antoniego Ziembę, najlepszego fachowca od sztuki dawnej w tym muzeum i jednego z najlepszych w Polsce, a może w Europie. Jeśli kiedykolwiek powróci jakaś normalność, nie będzie czego zbierać. Lecz wydaje się, że nie powróci. Nigdzie. Za dziesięć lat nie będzie już świata, który znamy. W ostatniej „Polityce” mówi o tym z rezygnacją Wojtek Marczewski. A w stanie wojennym był optymistą. Pamiętam bardzo śmieszne pierwsze wersje scenariusza do Ucieczki z kina Wolność, które przynosił nam do czytania. A potem zrobił film, który śmieszny nie był. Ale miał poważne przesłanie. A teraz Wojtek mówi, że żadne przesłanie wynikające z jego światopoglądu nie trafi do widza. On już w to nie wierzy. Ja, niestety, też nie. Co nie znaczy, że należy się odwrócić twarzą do ściany. On uczy studentów. A ja dłubię przy swoich książeczkach, tekścikach, audycjach. Pewnie to łabędzi śpiew naszego pokolenia, wyznającego określone, choć niewymierne wartości.

A Zosia śpi po wczorajszych spotkaniach. Rzadko się widujemy od jej przyjazdu, jest na wakacjach, hula z resztką pozostawionych tu przyjaciół.

PS Znów dałam się namówić na udział w jakiejś telewizyjnej dyskusji, a przy okazji postanowiłam obejrzeć wystawę Jarka Flicińskiego. Gdy po powrocie wysiadałam z taksówki, zobaczyłam, że ogołocone z gałęzi drzewo zostało jednak ścięte. Nawet troglodyta by tego sobie nie zrobił.

Warszawa, 8 lipca

Kolejny tydzień bez wyraźnych oznak wyzdrowienia. To stan, jakiego nie znam. I którego nie rozumiem. Obawiam się, że nie zostałam prawidłowo zdiagnozowana, antybiotyk zniszczył mi przewód pokarmowy, a kaszel trwa. Ania W. sugeruje, że powinnam iść do szpitala, ale na to mam za małą odporność; natychmiast złapię wszystkie france, jakie tam wirują w powietrzu.

Nie, żebym się za bardzo nad sobą roztkliwiała, ale lubię wiedzieć, co mi jest. Dwa miesiące temu kolega odkrył u siebie raka pęcherza. Leczy się, będzie operowany, ma nadzieję na poprawę. Rozmawia o tym spokojnie, choć całe środowisko zmartwione. Nie wiem, jak bym się zachowała na wiadomość o chorobie terminalnej. Pewnie bym do końca uporządkowała sprawy majątkowe, spróbowała dopilnować wydania ostatnich książek i zrezygnowała z robienia wystawy w Wilnie. I poszukała przyspieszaczy. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że mogę tak myśleć tak długo, jak długo „jestem poza podejrzeniem”. A na wiadomość, że jednak mam tego raka, mogłabym zmienić zdanie. I włączyć magiczną wiarę w moc medycyny, choć w większości znanych mi wypadków była bezskuteczna. Wyjątkiem są znajome po wczesnej mastektomii oraz Gosia Omi, która wycięła sobie raka, zanim zdołał się rozsiać, razem całym z żołądkiem. Podobnie jak Staszek Tym. No cóż. Może się jednak wygrzebię z tego dzisiejszego stanu, mam na to całe wakacje. Tyle że z dnia na dzień jestem coraz słabsza.

Tymczasem władza spokojnie demontuje kolejne obszary kultury, zwłaszcza te związane z pamięcią – jakby ci wszyscy politycy nie wiedzieli, że wycinanie kogokolwiek z historii jest zajęciem nieskutecznym, bo wycięci wracają ze wzmożoną siłą.

Warszawa, 12 lipca

Od wtorku wychodzę z domu. A idąc, potykam się na każdym kroku, bo chyba za nisko unoszę stopy. Jeszcze trochę i zacznę szurać po chodnikach jak pewien glazurnik po moim poprzednim mieszkaniu. Doprowadzał mnie tym szuraniem do szału. Ale kafle w łazience położył tak, jak nikt nigdzie. Faktem jest, że narysowałam mu pozycję każdej płytki na rzutach ścian, wanny i podłogi. I zrobił według rysunku, nie jak pozostali, którym baba nie będzie mówić, jak mają pracować.

Więc się potykam, ale staram się chodzić, bo zupełnie zwiotczeję. Siedząc z książką na balkonie, obserwuję też ławeczkowe życie na moim podwórku. Ławeczek jest piętnaście: siedem w obrębie „ogródka jordanowskiego” i osiem wzdłuż akuratnie wybrukowanych alejek, większość w cieniu jeszcze niewyciętych drzew. Dwie z nich, akurat pod moim balkonem, codziennie okupują staruszki w moim wieku. Prowadzą przy tym ożywione życie towarzyskie, mają sobie bardzo dużo do powiedzenia. Niektóre przychodzą z psami. Inne, słabsze, są doprowadzane przez córki lub sąsiadki będące jeszcze w kwiecie wieku, czyli dopiero po sześćdziesiątce. Też bym tak chciała, zamiast jeździć przez pół Warszawy na rowerze, przez duże i małe Pole Mokotowskie do Marszałkowskiej, a potem dalej, do Alej Ujazdowskich i nad Wisłę. Jeszcze w tym roku nie zrobiłam całej trasy, ta cholerna podróż do Kioto wyrwała mi dwa miesiące życia. A co gorsza, nie wiem, czy zrobię to w tym sezonie. Na razie stać mnie na kółko typu poczta na Solidarności – bankomat na Jana Pawła – Hala Mirowska – i do domu. Lepiej nie będzie, jak powtarza Jola. I z rozbrajającą szczerością dodaje, że pod wieczór nie wpadnie do mnie na balkon, bo ją to nudzi.

Wczoraj z Anią W. zrobiłam spacerkiem rundę w okolicach dawnego Kercelaka, czekałyśmy na wyniki rentgena płuc, do którego mnie zmusiła. Z powrotem już podjechałyśmy tramwajem. Jeden przystanek. Płuca mam czyste. Tylko nadal mi trudno oddychać.

Wczoraj jednak podpisałam umowę na wystawę w Wilnie, więc będę musiała zacząć się ruszać.

Warszawa, 15 lipca

Po wyjeździe Zosi spędziłam weekend u Ani W. w lesie. Cały wczorajszy dzień upłynął na siedzeniu na tarasie i leniwym czytaniu Máraia. Dopiero jak doszłam do połowy, uświadomiłam sobie, że już tę Pierwszą miłość czytałam. Wpadłyśmy jeszcze do „Jeżurkowa”, czyli schroniska dla jeży, które Ania bardzo kocha. Jeże. I w konsekwencji także ludzi prowadzących to schronisko. Też im wysyłam pieniądze. Ale jak weszłam do „kliniki”, to musiałam bardzo szybko wyjść z obawy, że zwymiotuję. Nie daję rady przy niektórych zapachach. Tak samo szybko wyszłam z akcji Mariny Abramović Bałkański barok w Wenecji w 1997 roku. Wtedy pomyślałam, że należą się jej te Złote Lwy choćby za siedzenie przez dziesięć godzin na górze gnijących kości.

A dzisiaj, za upartą namową Ani, poszłam do pneumolożki. Osłuchała mnie i stwierdziła, że mam za sobą zapalenie płuc, ze szczególnym uwzględnieniem prawego. A nie żadne zapalenie oskrzeli.

Nie dziwię się teraz, że tak źle znosiłam tę chorobę i że tak długo to trwało. Nadal jestem słaba, ale chyba już z tego wychodzę. Tylko nie umiem się dostosować do porady, że lepiej rzucić palenie. Wiem, że lepiej.

Warszawa, 21 lipca

Chorowanie jest nudne. A tym się głównie zajmuję. Inne sprawy przebiegają w tle. Włącznie z dwudniową wizytą mojej kuzynki Reni, którą namówiłam na chwilowe oderwanie się od opieki nad demencyjną mamą. Trwa to od śmierci jej taty, czyli mniej więcej od grudnia 2015 roku. Lidzia waży dwadzieścia pięć kilo, nic nie rozumie ze świata, lecz podobno ma swoje małe radości. Mną nikt się nie będzie opiekował, więc jest nadzieja, że szybciej zejdę z tego świata.

Tymczasem z nieba, czyli z internetu, spadła mi jeszcze jedna kuzynka, tym razem z Madrytu, o naszym rodzinnym imieniu Eva. Napisała e-mail. Jest z linii węgierskiej, los ją rzucił do Hiszpanii z Maroka. Jak przez mgłę przypominam sobie romantyczną historię jej mamy, opowiedzianą mi przez Evę Koralnik, kuzynkę z Zurychu. Nie pamiętam nawet, czy zdążyłam ją zacytować w Proszę bardzo. Nawet to nie zmusi mnie jednak do ponownego przeczytania tej książki w całości, ale może uda się wyłowić ją za pomocą imienia Kati, jej matki.

Warszawa, 22 lipca

Kiedyś się mówiło: dawny E. Wedel. Nigdy nie wiedziałam od jakiego imienia bierze początek to E. Nie miało znaczenia, nie krył się za tym żaden człowiek, tylko fakt, że fabryka czekolady w roku 1949 została przymusowo upaństwowiona (jak wszystkie inne firmy, z filharmonią włącznie) i zmieniła nazwę na „22 Lipca”. Aby jednak ktoś te wyroby kupował, zwłaszcza za granicą, do etykiety dodawano właśnie to „dawny E. Wedel”. I zrobił się z tego pakiet. Sprawdzam w Wikipedii i widzę, że chodziło o Emila Fryderyka, syna pierwszego warszawskiego producenta słodyczy Karola Wedla. Emil, jak się dowiaduję, otrzymał fabrykę w prezencie ślubnym. Kim była oblubienica, encyklopedia nie podaje. Pierwsza fabryka mieściła się przy ulicy Szpitalnej, tam, gdzie zawsze była i jest do dziś pijalnia czekolady. Tylko właścicielem jest już teraz japońsko-koreańska grupa Lotte.

Tu przypomina mi się opowieść o Wedlu mojego męża Kazimierza, syna znanego architekta Juliusza Żórawskiego, który zbudował dla kolejnego Wedla, imieniem Jan, kamienicę przy Puławskiej 28. Otóż mój mąż leżał kiedyś w szpitalu w jednej sali z murarzem pracującym niegdyś dla Juliusza Ż. właśnie przy tej kamienicy. Murarz okazał się rozmowny. Opowiedział, jak pan architekt przyjeżdżał wieczorem na budowę i świecił latarką na mury, a wówczas widać było każdą nierówność. Gdy wypatrzył jakąś, trzeba było robić od nowa. A raz na budowę przyjechał pan Wedel. Nie sam, a z pewną damą, która nie była żoną. I co zrobił pan architekt? Ukłonił się, ale ręki tej damie nie podał. Takiego miałam teścia!

Warszawa, 23 lipca

W sobotę pojechałam z Renią do Stawiska zwiedzić muzeum Iwaszkiewiczów. Pominę wyeksponowany na ścianach gust pisarza, w szczególności kolekcję poroży, pominę jego egoizm, wykorzystywanie zarówno przymiotów własnej aparycji, jak i poświęcenia jego żony.

Ale sprawność, z jaka potrafił omijać wszelkie polityczne rafy, by wychodzić z każdego zawirowania w nieskazitelnej bieli, była mistrzowska. Cóż za wyczucie! Jako prezes Związku Literatów Polskich potrafił godzić wszystkie estetyczne i polityczne gusta przez bardzo długie lata, choć z przerwą na stalinizm. Wówczas wolał zostać posłem. Wszystkich kadencji z czasów PRL-u. Bezpartyjnym jednakowoż. I, oczywiście, członkiem prezydium Frontu Jedności Narodu. Oraz Komitetu Obrońców Pokoju. Kiedy literaci zaczynali się burzyć przeciwko władzy, był za granicą. A to w Rzymie, a to w Brukseli. Najzajadlejsze zebrania odbywały się pod jego nieobecność. Miłosz wyemigrował i został zakazany. Putramenta koła opiniotwórcze uznały za świnię. Andrzejewski popadł w niełaskę. A on trwał. Prowadził „Twórczość” od 1955 do 1981 roku. Dwadzieścia sześć lat. W epoce, w której żaden redaktor i żaden minister nie utrzymał się dłużej niż dziesięć. Może oprócz Rakowskiego. I przez te wszystkie lata pisał sobie spokojnie natchnione utwory o ludzkim losie, przemijaniu i pułapkach uczuć. Oraz dzienniki, które kupiłam w Stawisku i teraz czytam. Pisane dla potomnych. Ostrożne i wyważone.

Nie mam tomu pierwszego, przedwojennego. Ciekawe, czy zawarł w nim epizod związany z Wedlem. Król czekolady, mianowicie, nie tylko zatrudnił mojego teścia do budowania eleganckiej kamienicy, lecz także zorganizował w roku 1938 konkurs literacki ze swoimi wyrobami w tle. Wygrał go Iwaszkiewicz. W jury był Tuwim. W Stawisku jest zbiorowa karykatura Skamandrytów. Iwaszkiewicz, Wierzyński i Lechoń są w niej ujęci jako giganci, a na ich tle skradają się pomniejszone sylwetki Żydów: Tuwima, Słonimskiego i bodajże Leśmiana. Proporcje zostały zachowane. Pokonkursowy tom nosił tytuł Staroświecki sklep. Ciekawe, co w nim napisał Iwaszkiewicz. I czyje jeszcze utwory tam zamieszczono. Mogłabym się rzucić do poszukiwań, lecz aż tak mnie nie ciągnie. Biografowie nie zaliczają tego utworu do najważniejszych, tytuł przykrył czasu kurz. Podobnie jak tytuł zbioru impresji Iwaszkiewicza na temat Petersburga, który kiedyś dostałam w prezencie od Olka Wallisa. Z dedykacją, abym się jednak przekonała do Rosji. Nie wiedział, że byłam przekonana do wielkości tej kultury, lecz nie mogłam sobie pozwolić na jej opiewanie ze względu na swoje rosyjskie pochodzenie. Tom, jak wiele innych, zgubiłam w serii przeprowadzek. Może sobie stoi na półce u Kazimierza. Albo został wyrzucony na śmietnik razem z całą biblioteką pozostałą po ojcu mojego dziecka.

Warszawa, 25 lipca

Nie wychodzę z chorób. To znaczy, już bym wyszła, gdyby nie okulista, który wczoraj chciał przyspieszyć leczenie moich suchych oczu i zmienić niewłaściwy skład chemiczny łez. I mi przywalił taki zajzajer, że nie wiedziałam, gdzie się podziać. Myślałam, że mi eksplodują obie gałki. Miałam wytrzeszcz, światłowstręt, pieczenie i ból. Strumienie łez rozmazywały obraz. W takim stanie przesiedziałam nad układem książki dla Arkad, na szczęście w półmroku zachętowskiej sutereny, gdzie szukałam dokumentów wystawy Szeemanna. W domu zasłoniłam okna. I wreszcie, po ośmiu godzinach wysyłania dramatycznych esemesów, lekarz oddzwonił i uznał, że zapewne dostałam uczulenia na jeden ze składników leku, który mi zaaplikował. To się czasem zdarza, powiedział i doradził kupno czegoś przeciw alergii. Obiecał, że następny dzień będzie lepszy. Następny dzień jest dzisiaj. Mniej boli i mniej piecze. Mniej łez. Wszystko przekrwione. Lekarz poprosił o selfie. Wysłałam. „Idzie ku lepszemu” – skomentował.

I tak oto siedzę w domu przy zasłoniętych oknach zamiast być w drodze do Krakowa, skąd miałam jutro jechać do Niepołomic na urodziny Adama Bonieckiego16. Dzwonił dwa razy, żeby się upewnić, czy będę. Załatwił nocleg. Miało być wspaniale. Nawet lepiej niż pięć lat temu, kiedy świętował swoje urodziny w krakowskiej Mandze. Następnym razem będzie obchodził dziewięćdziesiąt. On może dożyje.

Warszawa, 26 lipca

Oczy nieco lepiej. Na tyle, że mogę jutro jechać do Kazimierza. Pod wieczór przyszła Ela Łebkowska17, żeby spożyć ze mną posiłek miłosierdzia. A teraz siedzę i obserwuję świat widziany z balkonu. Zachód słońca w prześwicie między blokami. Ptaki. Wróble już się wykąpały w piasku i poszły spać do resztek bluszczu. Przez kilkanaście minut na szczycie bloku naprzeciwko rajcowały szpaki, siedząc rządkiem przy samej krawędzi dachu. Próbowała je przeganiać wrona, przechadzająca się miarowo tam i z powrotem, jak stójkowy na służbie, a one spokojnie przelatywały na druga stronę jej dostojnej osoby. Potem zrobiły kółko wokół domu i też znikły w bluszczu. Wtedy wyleciały jaskółki i nadal krążą pod różowiejącymi chmurkami w pogoni za owadzim drobiazgiem. Tylko ta jedna wrona została na straży. Może ma dyżur.

Lato w mieście.

Jutro rano zbiorę się w drogę. Będę spędzać leniwe dni u Ewy18 w Mięćmierzu.

Mięćmierz, 2 sierpnia

Rzeczywiście, dni płyną tutaj leniwie. Najpierw udało mi się obejrzeć kilka filmów w straszliwie rozgrzanych, festiwalowych namiotach. Przesuwałam się po gorącym bruku, szukałam cienia podczas lokalnych wernisaży i w samym Kazimierzu, i w Mięćmierzu – na których zbierało się grono stałych mieszkańców i bywalców tej inteligenckiej wsi. Pełno tu wzajemnej życzliwości, miłych uśmiechów, cichych rozmów i serdecznych powitań. Rozmowy koncentrują się na metodach produkcji wina i ekologicznych uprawach, obyczajach ptaków, nazwach roślin. Konfiturach i nalewkach.

Popołudnia jak u Czechowa, tyle że bez tamtych tęsknot za innym życiem. Raczej niepokój o to, żeby nikt nie przeszkodził w realizacji planów na najbliższe lata. Niepokój jednak nie przeszkadza Agnieszce Kręglickiej19 i jej mężowi rozwijać ekologicznego gospodarstwa i świeżo założonej winnicy. Po przeciwnej stronie tej samej, wąskiej i w zasadzie mało przejezdnej drogi rozciągają się zabudowania i winnice Wojtka Włodarczyka20. Wiślanej skarpy z widokiem na zakola rzeki i zamek w Janowcu strzeże maleńki, akuratny domek Małgosi Szejnert21, która zarzeka się, że już nie napisze żadnej książki, że tylko będzie porządkować archiwa w ciszy i spokoju, jakim tchnie najpiękniejsza lipa świata, posadzona przez nią w roku 1962, kiedy ja jeszcze chodziłam do liceum w Legnicy i nie miałam pojęcia o istnieniu Mięćmierza, a o Kazimierzu słyszałam tylko na lekcjach historii.

Małgosia ma nadal żywy i krytyczny umysł, który nie kłóci się ani z jej ciekawością świata, ani z ogromną życzliwością dla innych. Tak jak jej grzeczność nie kłóci się z asertywnością, co jest umiejętnością wyjątkową, dla mnie zupełnie nieosiągalną.

——

Udaje mi się spędzać całe godziny w cieniu, na leżaku. Leniwie czytam dostarczane przez Małgosię kolejne tomy Josepha Rotha, przyglądam się chmurom, liściom i staram się nie przeszkadzać Ewie i Grzegorzowi22 w ich codziennych rytuałach. Próbuję możliwie bezinwazyjnie włączyć swoje istnienie w wypracowany przez nich rytm dnia, podział domowych prac. Co, oczywiście, nie jest możliwe, gdyż wiele rzeczy robi się tutaj dla mnie i ze względu na mnie. Inaczej nie umieją. Rozumiem to, choć ja sama już się nauczyłam oddawać gościom kuchenną niwę, pozwalam Zosi czy Alicji gospodarować, kiedy są u mnie dłużej niż dwa dni. Sama jednak boję się rzucić do gotowania obiadu w kuchni Ewy, nie umiem nawet obrać ziemniaków przy pomocy tutejszej, specjalnej obieraczki. Ograniczam się więc do roli podkuchennej o minimalnych umiejętnościach, z rosnącym poczuciem winy.

Nie umiem tego rozwiązać. I może dlatego nie jestem tutaj zbyt częstym gościem.

Warszawa, 6 sierpnia

Mięćmierz przeminął. Naleweczki, pogawędki, spotkania. Przyglądałam się temu wszystkiemu z bliska, lecz z dystansem. Nie umiem już angażować emocji, potrafię tylko punktować czyjeś słowa, czyjś wygląd, czyjeś zachowania. A to, że gwiazda jednego książkowego przeboju, czyli Sabina Baral, miała sceniczny makijaż na autorskim spotkaniu w wiejskiej stodole, a właściwie na trawniku pod stodołą Bartka Pniewskiego; a to, że do obchodów jubileuszu półwiecza pracy twórczej Leszka Mądzika nie wystarczyło maleńkie muzeum w Kazimierzu, trzeba było jeszcze ustawić plansze ze zdjęciami na nieodległym trawniku. Nie chcę tego komentować, wyjdzie, że zazdroszczę, ponieważ mnie nikt nie organizuje jubileuszy, sama urządzam urodzinowe bankiety i zapraszam gości. Ale też nie wystawiam na pokaz swojego dorobku, tylko go chowam w szafach gabinetu. Które pękają w szwach. I już nic nie potrafię znaleźć. Co ciekawe, nie dogrzebałam się do żadnych właściwie zdjęć z pierwszej połowy roku 2005, kiedy pisałam dziennik, który teraz idzie do druku. Wydawca prosi o jakieś ilustracje, a tu nic. Ganiałam po mieście, robiłam kongres AICA23, kończyłam książkę o polskiej sztuce, zaczynałam pracę nad projektem polsko-niemieckim, jeździłam samochodem z Wawra do Warszawy i z powrotem, wpadałam do Berlina i Paryża, prowadziłam pertraktacje, uprawiałam ogród. Nic z tego nie zostało. Nawet ogród już nie jest mój.

Obejrzałam go sobie przez płot, kiedy wpadłam do Marysi, mojej byłej sąsiadki. Część roślin wykopana, część rozrośnięta, piękna lipa od Majuni Lavergne24 obcięta, bo urosła za wysoka. Widocznie ci państwo pragną, aby się rozkrzewiła, lecz jest to forma sztandarowa, zakodowana na wysokość, wszerz nie pójdzie. Prawda, było za gęsto. Ale o to chodziło. Żeby było trochę cienia i wilgoci.

Teraz sobie przypomniałam, że miałam piękne fotki z dziećmi bawiącymi się w altanie, w głębokim śniegu. Wszystkie trafiły do jakiejś piekielnej aplikacji pod nazwą Picassa, która po zmianie komputera wylądowała w jakiejś chmurze i nigdy jej nie odzyskam.

——

Dzisiaj spędziłam godzinę w huczącej kapsule, która mi magnetycznie skanowała kręgosłup. Agi, moja kuzynka z Budapesztu, doradziła mi to na zdiagnozowanie bólu w stopie. Że może iść od rdzenia kręgowego. Przeleżałam w tej kapsule tylko po to, żeby wykluczyć akurat tę konkretną przyczynę. Czeka mnie więc kolejna „blokada”, a jak nie pomoże, to wolę nie myśleć o dalszym ciągu.

Warszawa, 9 sierpnia

Obudziłam się w środku nocy, dokładnie o trzeciej czterdzieści cztery, i już nie zasnęłam mimo sprawdzonej metody zapalenia światła i oddania się usypiającej lekturze. Jest siódma dwadzieścia. Za godzinę wsiądę na rower i podjadę do nieodległego ośrodka podologii, żeby mi kolejny fachowiec sprawdził stopę. Bez wielkiej wiary w skuteczność. Wiem, że będą zalecenia moczenia stopy w roztworze soli i sody, pani doktor przepisze mi nowe wkładki do butów, mające w odpowiedni sposób masować moje stopy podczas chodzenia. Ale zanim zadziałają, będę kuśtykać po Sopocie, starając się pokonywać jak najkrótsze trasy z punktu A do punktu B, bo chyba się nie zdobędę na wynajmowanie roweru z firmy Veturilo.

Dni upływają na byle czym. Jakieś korekty książek, szarpanie się ze zdobywaniem reprodukcji, co powinien robić wydawca, ale akurat nie ma mocy przerobowych. O ileż łatwiej mają pisarze apelujący tylko do wyobraźni czytelnika, czyli niezamieszczający żadnych ilustracji. Piszą swoje teksty, spokojnie oddają do wydawnictwa, a potem tylko odbierają gotowe egzemplarze autorskie, które ewentualnie darowują znajomym.

Wczoraj dostałam taki jeden od Michała Komara25. Raczej gruby i wydany dość drobnym drukiem. O treści tak gęstej i tak erudycyjnej, że zastanawiałam się, ilu czytelników zrozumie zawarte w książce subtelności. Kto, śladem autora, zechce się ślizgać po historii literatury, historii teatru i historii filozofii? Kto, na litość boską, ma za sobą lekturę Swetoniusza, poza historykami starożytności, Michałem, mną i Jarkiem Krawczykiem26, który mi tego Swetoniusza pożyczył w czasach, kiedy się jeszcze przyjaźniliśmy?

No więc Michał sobie hula po rozległych polach ludzkiej myśli i tylko co pewien czas dotyka przyziemnej rzeczywistości. A czyni to w sposób tak głęboko zakodowany, że nawet ja nie zawsze wiem, jakie fakty z dzisiaj ma właśnie na tapecie.

1 Stanislav Kolibal, wybitny czeski rzeźbiarz.

2 Mirosław Bałka, przyjaciel, wybitny rzeźbiarz.

3 Kasia Redzisz, historyczka sztuki, kuratorka, autorka tekstów i książek o sztuce, obecnie dyrektorka artystyczna będącego jeszcze w budowie brukselskiego Kanal--Centre Pompidou.

4 Jos de Gruyter i Harald Thys, duet belgijskich twórców.

5 Hanna Wróblewska, wówczas dyrektorka Zachęty Narodowej Galerii Sztuki, od 2024 ro-ku ministra kultury i dziedzictwa narodowego.

6 Anna Woźniak-Starak, kolekcjonerka sztuki.

7 Leon Tarasewicz.

8 Byłego narzeczonego.

9 Mojej przyjaciółki.

10 Anna Wacławik, przyjaciółka, dziennikarka.

11 Wnuczka, córka Alicji i mojego syna Mateusza.

12 Synowa.

13 Żydowski Instytut Historyczny.

14 Małgorzata Omilanowska, przyjaciółka, historyczka sztuki, dziś Omilanowska-Kiljańczyk. Od 2024 roku dyrektorka Zamku Królewskiego w Warszawie.

15 Festiwal organizowany przez Fundację Czarny Karzeł; Czarny Karzeł to nieformalna grupa artystyczna zrzeszająca kilkadziesiąt osób w Polsce i za granicą, artystów, ale nie tylko.

16 Ksiądz Adam Boniecki.

17 Elżbieta Łebkowska, socjolożka.

18 Ewa Koźniewska.

19 Restauratorka.

20 Winnica Pańska Góra, której współwłaścicielami są Wojciech Włodarczyk, Katarzyna i Piotr Niemyjscy.

21 Małgorzata Szejnert, reportażystka.

22 Grzegorz Michałowski, partner Ewy.

23 Międzynarodowe Stowarzyszenie Krytyków Sztuki.

24 Maja Lavergne, tłumaczka z języka angielskiego.

25 Michał Komar, pisarz.

26 Jarosław Krawczyk, historyk sztuki, felietonista.