Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W dzienniku poetyckim Serhija Żadana znajdziemy 51 utworów pisanych przed wybuchem wojny na Ukrainie i po nim, zebranych razem, połączonych odczuciem języka, który znika boleśnie, ale potem nieuchronnie powraca. Wiersze te – nanizane na nitkę głosu, uzależnione od brzmienia, pełne śniegu, śpiewu i miłości – są osobistą, urywaną kroniką ostatnich lat. Książka Żadana to oświadczyny językowi – hołd składany jego zdolności do oporu, umiejętności podnoszenia nas z mroku i wyprowadzania z milczenia, jego karkołomnemu marszowi, a także cienkim graniom, które pojednują między sobą wszystko. Poezja łączy tutaj terytorium żywych ze strefą zmarłych, wiąże nas refrenami i odgłosami, wymawianiem na głos imion i dat, mówieniem do tych, którzy odeszli.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 59
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Obeznanie przeciętnego ukraińskiego inteligenta w sprawach językoznawstwa jest małe, a im jest mniejsze, tym bardziej gorące są dyskusje w kwestiach pisowni. Przeważnie to wystąpienia w obronie tego, do czego dana osoba się przyzwyczaiła i co jej się podoba. Zaczniemy od pobieżnego przypomnienia historii regulowania ortografii w ostatnich jakichś stu pięćdziesięciu latach.
Jurij Szewelow, O kryteriach w kwestii oficjalnej ukraińskiej pisowni
* * *
Może zacznę teraz?
Dotąd słychać było zbliżanie się śniegu,
słychać było, jak on narasta wzdłuż szwu
listopada, słychać było zamieranie, z którym
wschodni pejzaż szykował się do przyjęcia
tego niewygodnego ciężaru bieli, tego blasku
spustoszenia, w którym stoją drzewa.
Dotąd lękiem można było wyjaśniać niezdolność
do powiedzenia na głos słowa „śnieg”, do dania mu szansy,
by wybrzmiał, został wymówiony, wyśledzony przez psy
fonetyki,
dotąd można go było nazwać
chyba tylko za pomocą słów
na określenie przemieszczenia, przejścia,
utraty.
Jednak
już zagruntowano panoramę zimy nad miastem
i my odbijamy się w ciepłym gipsie swojego czekania,
może będę odpowiadał za to
wyrwane serce, jak za wyrwaną ramę w starym domu,
pierwszy zacznę sławić tę nawałę wywietrzonego światła,
te witraże wiersza, przez które przebijają się ukośne promienie
głosu, odbłyski śpiewu, wybuchy oddechu.
I wciąż jeszcze to uczucie doroślenia na początku zimy.
Niebo jest niby uczeń, który musi jeszcze najpierw
przeczytać swoją Odyseję,
okna – ciepłe jak kobiety, które rodziły w miłości,
mowa – jak brzytwa:
najbardziej niebezpieczna, najbliższa.
8.12.21
І
* * *
Gdy ktoś cię spyta: „po co?” – w sobie
nie znajdziesz odpowiedzi raczej.
Czas jednak pisać wiersze nowe,
przy starych nikt już dziś nie płacze.
Bo stare stały się starymi,
jak aresztanci już podlotki
stoją, czekają świeżych rymów,
by z nimi cierpieć i dorośleć.
Ze starych pozostała cisza.
W niej już nie zrobisz ani kroku.
Nie ma takiego wiersza dzisiaj,
by nazwał smutek tego roku.
A nastolatki – narwane i skryte –
dojść do ładu z sobą nie mogą.
Jak nazwać ten skrzep w języku,
który zwykły nazywać miłością?
Jak nazwać w sercu te ciemności,
usłyszeć, jak w nim dźwięczy cisza?
W tym roku gwiazdy są bezlitosne.
Czas oto nowe wiersze pisać.
Bo stare już nie mają siły,
umierać nie muszą więc poeci starzy.
Już zapomnieli, o co ich prosili.
Ani kto czekał od nich rady.
Rytmika, młoda miłosierdzia siostra,
bez wyrzutów i bez potrzeby przychodzi.
Lecz na co komu wiersz o nieśmiertelności,
jeśli w nim nie ma niczego o tobie.
Więc rymujmy przedmioty znowu,
by tajemnicom brzmienie nadać.
Potrzebni są poeci nowi,
potrzebny ktoś, kto głupstwa gada.
Nasza głęboka wiara w brzmienie.
Nasza mowa – cicha, zwyczajna.
Zależność od oddechu i podniebienia.
Niecierpliwość. Nieodwracalność.
29.03.21
* * *
Coś tam było – w miejscu, którego nie ma, w tej pustce niebytu,
w długim, wypowiedzianym przeciw nocy życiu,
na miejscu klęski, wśród pamięci, aż do milczenia.
Coś jeszcze było, oprócz wyrzutów i pouczenia.
Gdzieś był tam początek. Początek słów. Zaczynał się wers.
Kiedy budzisz się w ciszy i cisza taka jest,
jakby śpiewali ci, co stoją nad wodą, jakby to był ich śpiew słynny,
gdy rozłożyste są drzewa i serca karpi zimne.
Kiedy od rzeki podnosi się ciepło nastałe
i okna we mgle plastry przypominają,
i powietrzne lisy stygną w mroku, prawie
jak wartownicy. Gdy dobry duch mroku czeka na ciebie w trawie.
Początek poranka, początek wiersza właśnie tam jest taki.
Kiedy jeziorna ruchoma cisza, kiedy dusza ptaka,
kiedy kraina mrówek, do której przychodzą deszcze,
gdy to wszystko się może w jednej ptasiej duszy zmieścić.
Coś tam pozostało – nieopisane, takie, czego
nie można nazwać, zbyt groźne, zbyt kruche do tego,
z czego nie piszą się wiersze, co nie zostawia śladów:
coś znikome, podobne do wiosennych chłodów.
I teraz co roku musisz przypominać sobie początki wiosny.
Gdy dym się nisko ściele, kiedy na zboczach słońce,
kiedy cisza wrażliwa tak jak rtęć się staje,
kiedy ludzie na zawsze z sobą się rozstają.
Zbyt głębokie jest to zaciemnienie, nazbyt twarde.
Gdy ona budzi się pierwsza i cicho wychodzi nagle,
i nic mu przed wyjściem nie mówi,
bo słów „samotność” i „pojedynczość” jeszcze nie rozumie.
02.04.21
* * *
Z całej literatury
i wszystkich możliwości mowy
osobiście zawsze interesowały mnie słowa,
którymi zwraca się
do umarłych.
Jakby naprawdę można było składać zdania
zdolne do przebicia się przez radioeter śmierci.
Posłuchajcie mnie,
wy – pozbawieni słodkich receptorów śpiewu.
Posłuchajcie mnie teraz,
usłyszcie mój szept,
zniekształcony akustyką nicości.
Posłuchajcie mnie,
wy – za życia męczeni dialektami jak bliznami,
wy – w których gardła od dzieciństwa wchodziła rozpalona igła alfabetu,
wy – chórzyści, którzy potrafiliście odtworzyć ptasi krzyk.
Przecież wiem: największą niesprawiedliwością
dla was teraz jest niemożność odpowiedzenia na głosy,
które wywołują was z mgły,
niemożliwość powiedzenia czegokolwiek na swoje usprawiedliwienie,
niemożliwość obronienia tej niczyjej nocnej przestrzeni
między oczekiwaniem a pamięcią.
Ale nawet po śmierci mowa jest ważna.
Podobna do pogłębiania koryta,
podobna do pierwszego jesiennego ogrzewania
wielkiego domu.
Jedyna zasada – ukorzenić się
i przebijać.
Jedyna szansa – trzymać za gałązkę głosu.
Poza tym nie będzie nic.
Nikt nie zapamięta ciebie po twoim milczeniu.
Nikt zamiast ciebie nie da nazw okolicznym rzekom.
Wy – którzy teraz składacie się z echa,
wy – teraz wypełnieni ciszą,
mówcie, no, mówcie,
mówcie trawą,
mówcie szadzią,
mówcie dyrygentami.
21.04.21
* * *
Wielka jest twoja uważność.
Szczodra jest twoja obecność,
twoje rozdwojenie w świetle i ciemności.
Zaczyna się działanie, odstępuje mrok.
Promień załamuje się w oku,
czyniąc życie niepojętym.
Tak przyzwyczajasz się do świata, do jego zarysów,
tak zaczynasz przyjmować rzeczy takimi, jakimi je widzisz.
Tak pojawia się czas,
tak tworzy się perspektywa.
Zaczynają się tajemnicze rzeczy,
zaczyna się wielki podział:
to łamie się oddech
na wdech i wydech.
Świat patrzy na ciebie zielonymi oczami.
Ogląda ciebie jak boże inicjały na bojowym sztandarze.
W tobie nie ma nic, prócz światła.
W tobie nie ma nic, prócz dźwięku.
Sprawdzona perspektywa horyzontu.
Optyka ptaka, który trafia w powietrzny strumień.
Tak rzeczy nabywają swojego znaczenia.
Tak zaczyna brzmieć muzyka.
Mgła gubi się w przechodniach.
Rzeka odbija się w wędkarzach.
Miłość zajmuje się ludźmi.
22.04.21
* * *
Naznaczony wymęczony człowiek
podobny do łozy winorośli.
Historię zdradza drżenie powiek.
Zabierz tę truciznę z rąk moich –
później ją jeszcze przyniosę.
Ach, te miasta, zapomniane przez boga –
piękne jak winnice po zimie.
Nas w tych miastach dręczy samotność.
Jedyne, co pociesza:
nie jesteśmy w tej samotności jedyni.
Dobry człowiek w wianku z kolących róż
trzyma w rękach księżyc jak jagnię.
Ze złotych werand słychać śpiew.
Każdy ma własny szlak.
Każdy podąża bezradnie.
I ludzie z przedmieść i nowych domów przystają,
próbują dotrzeć do jego prostego sekretu,
i mówią coś o miłości niepewnie, z wahaniem –
podobni do spalonego oczeretu.
02.05.21
* * *
Wszystko jak było.
Dokładność jak wdzięczność.
Wagonów towarowych letnia rozpiętość.
Resztki robót i ślady obrony.
Pamiętam to miasto z czerwca
i ten bezkresny pamiętam
piąty tor przy trzecim peronie.
Tysiąclecia, co minęło, osad stary.
Miasto, w którym śnią się koszmary.
Czas, co jak dźwięk echem odbija się potem.
Pamięć jak szkic dokładnie przepisany.
Wszystko mówiło się i zaczynało
od nocnego kolejowego stukotu.
Duchy wolności i ubóstwa.
Poranne targi, fabryki puste.
Długa, smutna, tramwajowa marszruta.
Dziwne słowa, jakie złość wypowiada.
Ósma i dziewiąta dekada.
Pamięć, która zaczynała się tutaj.
Kronika, w której zbrodnia mieszka.
Anioły charkowskich komunalnych mieszkań.
Męczennicy podwórek przejściowych,
Kruche płuca gruźlicą rzeźbione.
Zbyt pokorne, zbyt wykształcone.
Radość, po której byłeś chory.
Utracone miasto, parę historii,
zapach instytuckich audytoriów,
z niepokojącym ptasim piórem niebo.
Lekkie i nie do zniesienia słowo wygnania.
I wszystko, co po sobie pozostawiasz –
to piąty tor, trzeci peron.
Twarze z zagubionego negatywu.
Kilka budowli barakowego typu.
Słońce nad miastem, początek czasu.
Pamiętam cierpliwość tę dawną,
długie trwanie, jasność poranną,
każdy z konturów i głosów.