Śpij słodko - Mateusz Cieślik - ebook + książka

Śpij słodko ebook

Cieślik Mateusz

0,0

Ebook dostępny jest w abonamencie za dodatkową opłatą ze względów licencyjnych. Uzyskujesz dostęp do książki wyłącznie na czas opłacania subskrypcji.

Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Co Cię czeka, gdy zaczniesz czytać?

·Pokochasz głównego bohatera (i inne postaci też).

·Będziesz się śmiać i pewnie będziesz też płakać.

·Przemyślisz i zrozumiesz wiele spraw.

·Zdziwisz się, jak wielki wpływ na życie może mieć jedna książka…

Aleks spędza z paczką przyjaciół każdą wolną chwilę. Przed nimi wakacje, a potem ostatni rok nauki w liceum, po którym wszystko się zmieni. Na razie jednak Miłosz, Adam, Zośka i Anastazja są dla Aleksa całym światem… do momentu, gdy poznaje Weronikę.

Ta dziewczyna jest niezwykła, jeszcze nigdy nie poznał kogoś takiego! Weronika pisze książkę, a Aleks staje się jej głównym recenzentem, krytykiem i redaktorem. Tak zaczyna się ich piękna, idealna młodzieńcza miłość. Jednak jak powszechnie wiadomo, szczęście nie trwa wiecznie. A może jednak?

Świat Aleksa rozpada się na kawałki. Niby ma jeszcze przyjaciół, niby ma dziewczynę – ale jakby już nie miał. Jak się pozbierać i iść dalej, kiedy życie przypomina obiecującą, ale niedokończoną powieść?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 339

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Co­py­ri­ght © 2024 by Ma­te­usz Cie­ślik Co­py­ri­ght © 2024 for this edi­tion by Me­dia Ro­dzina Sp. z o.o.
Ilu­stra­cja na okładce i pro­jekt gra­ficzny książki An­drzej Ko­men­dziń­ski
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Prze­druk lub ko­pio­wa­nie ca­ło­ścialbo frag­men­tów książki – z wy­jąt­kiem cy­ta­tów w ar­ty­ku­łach i prze­glą­dach kry­tycz­nych – moż­liwe jest tylko na pod­sta­wie­pi­sem­nej zgody wy­dawcy.
Ni­niej­szy utwór jest fik­cją li­te­racką. Wszel­kie po­do­bień­stwo do praw­dzi­wych po­staci – ży­ją­cych obec­nie lub w prze­szło­ści – oraz do rze­czy­wi­stych zda­rzeń i miejsc jest czy­sto przy­pad­kowe.
Me­dia Ro­dzina po­piera ści­słą ochronę praw au­tor­skich. Prawo au­tor­skie po­bu­dza róż­no­rod­ność, na­pę­dza kre­atyw­ność, pro­muje wol­ność słowa, przy­czy­nia się do two­rze­nia ży­wej kul­tury. Dzię­ku­jemy, że prze­strze­gasz praw au­tor­skich, a więc nie ko­piu­jesz, nie ska­nu­jesz i nie udo­stęp­niasz ksią­żek pu­blicz­nie. Dzię­ku­jemy za to, że wspie­rasz au­to­rów i po­zwa­lasz wy­daw­com na­dal pu­bli­ko­wać ich książki.
ISBN 978-83-8265-966-5
Must Read jest im­prin­tem wy­daw­nic­twa Me­dia Ro­dzina Sp. z o.o. ul. Pa­sieka 24, 61-657 Po­znań tel. 61 827 08 50wy­daw­nic­two@me­dia­ro­dzina.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

ŚPIJ SŁODKO, KO­CHA­NIE.

Za­wsze my­śla­łem, że czas le­czy rany – i że to naj­lep­sze, co można do­stać od ży­cia. Na­wet gdy od­cho­dzi od nas bli­ska osoba albo koń­czy się re­la­cja, która była fi­la­rem na­szego ży­cia, można w pew­nym mo­men­cie otrzeć łzy i iść da­lej. Czas jest wspa­nia­łym do­radcą i nie naj­gor­szym po­cie­szy­cie­lem.

Co jed­nak, gdy bli­ska osoba nie od­cho­dzi? Gdy wciąż jest przy to­bie, ale jakby jej nie było? Gdy mo­żesz jej do­tknąć i po­ca­ło­wać ją w czoło, po­wie­dzieć, jak bar­dzo ją ko­chasz, ale od­po­wie ci je­dy­nie głu­cha ci­sza? Co ro­bić, gdy świat na­gle się za­trzy­muje, a ży­cie staje w miej­scu, nie­zde­cy­do­wane, co da­lej?

Tamto lato zmie­niło wszystko. Do­pro­wa­dziło mnie do mo­mentu, w któ­rym nie po­tra­fi­łem spoj­rzeć matce w oczy, gdy py­tała mnie, czy ja­koś so­bie ra­dzę. Jak mógł­bym jej po­wie­dzieć, że każ­dego dnia umie­ram w środku? Jak wy­znać coś ta­kiego oso­bie, która tak długo no­siła mnie pod ser­cem, a po­tem – choć moje dzie­ciń­stwo nie było usłane ró­żami – dała z sie­bie wszystko, abym wy­rósł na lu­dzi?

Z oj­cem było nieco pro­ściej, bo on ni­gdy nie py­tał. Po pro­stu – nie było te­matu. Od­czu­wał tak duży dys­kom­fort, gdy za­czy­na­li­śmy mó­wić o czymś, co jest w środku, a nie na ze­wnątrz, że mu­siał wy­cho­dzić z po­miesz­cze­nia lub – co gor­sze – ob­ra­cać wszystko w żart. To dość po­wszechne, że lu­dzie lu­bią roz­ma­wiać o tym, co na ze­wnątrz – po­goda, sport, co ja­dłeś na obiad – a rzadko o tym, co sie­dzi w czło­wieku – Jak się czu­jesz? Co są­dzisz? Dla­czego tak to od­bie­rasz?

Za­bawne. Ale i nieco smutne. Cho­ciaż wy­daje mi się, że w tym mo­men­cie bar­dziej po­trze­buję tego niż słów mamy, któ­rych pada dużo, ale wła­ści­wie nie mają w so­bie tre­ści.

Gdy­bym mógł cof­nąć czas, ni­gdy nie po­je­chał­bym nad to je­zioro pierw­szego czerwca i jej nie po­znał.

Świę­to­wa­li­śmy, a jakże, Dzień Dziecka, mimo że dziećmi już od dawna się nie czu­li­śmy. Zo­sia, która naj­bar­dziej na świe­cie ko­chała pizzę i jed­no­cze­śnie naj­bar­dziej tego w so­bie nie­na­wi­dziła, tym ra­zem nie po­ja­wiła się sama. Była z nią jej ta­jem­ni­cza ku­zynka We­ro­nika, która cza­sami prze­wi­jała się w opo­wie­ściach mo­ich przy­ja­ciół, jed­nak je­dy­nie jako tło. Dla­tego mia­łem nie­od­parte wra­że­nie, że w pew­nym sen­sie ją znam, mimo iż przed pierw­szym czerwca ni­gdy nie wi­dzia­łem jej na wła­sne oczy.

Jakby była du­chem – za­klę­tym je­dy­nie w opo­wie­ściach.

Pierw­szy raz usły­sza­łem o niej pod­czas Wi­gi­lii kla­so­wej, gdy Adam, który miał cięty ję­zyk, po­wie­dział Zo­śce, że jej się nieco przy­tyło, na co jak za­wsze za­re­ago­wała pła­czem. Pró­bo­wa­łem ją po­cie­szać, mó­wiąc, że jest w zu­peł­no­ści wy­star­cza­jąca i nie musi się ni­czym przej­mo­wać, a jej ciało jest jak naj­bar­dziej w po­rządku... Ta jed­nak za­wsze swoje... Słowa Adama ude­rzały w nią ni­czym po­cisk, a moje spły­wały jak po kaczce. Zro­zu­mia­łem, dla­czego tak jest, do­piero gdy wy­bie­głem za nią z Wi­gi­lii kla­so­wej do to­a­lety, gdzie wy­znała mi, że od dawna się w nim pod­ko­chuje.

A po­tem do­dała, że jej ku­zynka We­ro­nika pró­buje wy­bić jej go z głowy, ale bez­sku­tecz­nie.

– Zresztą, ta moja ku­zynka jest inna.

– Czemu?

– Ostat­nio za­pro­si­łam ją na im­prezę, po­wie­dzia­łam, że po­zna ja­kie­goś chło­paka, a ona wo­lała zo­stać w domu i czy­tać książki. Wiesz, nu­dziara. Mam jej po­słu­chać i co, skoń­czyć jak ona? Bez zna­jo­mych i swo­jego ży­cia? No, thank you.

Po­wie­działa to z prze­ry­so­wa­nym ak­cen­tem, i od razu wy­czu­łem na­wią­za­nie do śmiesz­nego Tik­Toka, który po­de­słał nam Adam. Za­wsze do­star­czał nam ta­kich tre­ści. Po­tra­fił tak spa­mo­wać, że z po­czątku coś wy­da­wało się śmieszne, ale po cza­sie można było zwa­rio­wać. Zwłasz­cza gdy pa­ro­dio­wał tego psa, który śmiał się tak szy­der­czo, jakby był czło­wie­kiem.

– Ro­zu­miem – od­par­łem.

I wtedy usły­sza­łem, że We­ro­nika to nu­dziara.

Co do sa­mego Adama, lu­bi­łem go, mimo iż fak­tycz­nie po­tra­fił być dup­kiem, ale opo­wia­dał z taką pa­sją, ja­kiej trudno szu­kać u in­nych. Świet­nie na­śla­do­wał różne głosy i nie­raz na­ma­wia­li­śmy go, żeby po­szedł na ja­kiś ca­sting, ale on za­wsze od­po­wia­dał, że jest po­nad to. Nie chciał być sławny i już.

I chwała mu za to.

Był wy­soki, po­stawny i cały czas no­sił krót­kie włosy, które roz­ja­śniała mu sio­stra, przez co wy­glą­dał jak Co­rio­la­nus Snow z fil­mo­wej ad­ap­ta­cji Bal­lady Pta­ków i Węży. Może wła­śnie przez to za­wsze oglą­dały się za nim dziew­czyny i może to spra­wiało, że Zośkę tak do niego cią­gnęło.

Gdy wra­ca­li­śmy dwu­dzie­stego trze­ciego grud­nia z ko­ścioła, bo na­sze matki skrzyk­nęły się, żeby wiarę chrze­ści­jań­ską wtło­czyć nam na siłę (skoro sami się nie gar­nę­li­śmy), uda­wał, że jest Je­zu­sem i gro­ził nam, że je­śli nie umy­jemy okien przed świę­tami, to mo­żemy za­po­mnieć o prze­kro­cze­niu Bram Nie­bie­skich. Wy­buch­ną­łem wtedy ta­kim śmie­chem, że aż zro­biło mi się głu­pio przy Ana­sta­zji, która jako je­dyna spra­wiała wra­że­nie osoby tro­chę wie­rzą­cej. Jej wiara jed­nak była dość płytka i czę­sto za­miast o Bogu, opo­wia­dała o ży­ciu po­za­ziem­skim. Twier­dziła, że świat po­wstał w wy­niku wiel­kiego wy­bu­chu, a gdy py­ta­li­śmy ją, co to ma wspól­nego z wszech­mo­gą­cym by­tem, od­po­wia­dała:

– W końcu ktoś mu­siał po­pchnąć ten pierw­szy atom, nie?

Miała fioła na punk­cie ko­smosu i dla­tego na­zwa­li­śmy ją Od­kle­joną Ana­sta­zją albo bar­dziej do­sad­nie – Od­klejką. To prze­zwi­sko to­wa­rzy­szyło jej przez całe li­ceum.

Okre­śle­nie to wy­my­ślił – oczy­wi­ście – Adam, ale wy­glą­dało na to, że jej to nie prze­szka­dza. W prze­ci­wień­stwie do wiecz­nie płacz­li­wej Zosi, która nie ży­czyła so­bie, by chło­pak zwra­cał się do niej epi­te­tami na­wią­zu­ją­cymi do jej ciała. Jed­nak im bar­dziej tego od niego wy­ma­gała, tym czę­ściej to ro­bił. Adam za­wsze był dup­kiem.

Ale na­szym dup­kiem.

Co za­bawne – Mi­łosz to jego cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo. Ten chło­pak za­wsze wie­dział, co po­wie­dzieć, by ko­muś zro­biło się miło, był szar­mancki i sza­no­wał gra­nice in­nych. Przez to czę­sto do­sta­wał od ży­cia po tyłku, ale na szczę­ście nie­za­stą­piony czas le­czył jego rany rów­nie szybko, jak wpę­dzał go w kło­poty.

Mi­łosz był naj­lep­szym ku­cha­rzem świata i za­wsze cze­ka­li­śmy, co nam ugo­tuje. Cza­sami żar­to­wa­li­śmy, że kie­dyś zo­sta­nie słyn­nym re­stau­ra­to­rem w Pa­ryżu, a za każ­dym ra­zem, jak w te­le­wi­zji le­ciał film Ra­ta­tuj, wy­sy­ła­li­śmy na gru­pie la­winę śmiesz­nych tek­stów i ob­raz­ków o tym, jak Mi­łosz go­tuje ze szczu­rem na gło­wie.

Je­dyny miał już prawo jazdy, więc mo­gli­śmy na nim po­le­gać, a on wszę­dzie nas za­wo­ził. „Można na kimś po­le­gać” to świetny eu­fe­mizm, gdy się chce po­wie­dzieć, że się po pro­stu ko­goś wy­ko­rzy­stuje.

Tak więc na Mi­ło­szu za­wsze można było po­le­gać.

A kim je­stem ja? Te­raz? Od tam­tego dnia nie mam imie­nia i nie mam na­zwi­ska. Je­stem du­chem, który miota się od jed­nego punktu do dru­giego. Za­mknięty ni­czym w opo­wie­ści jak We­ro­nika. Czas mi nie po­może, bo on le­czy tylko wtedy, gdy sam przed sobą przy­znasz, że sprawa jest za­koń­czona.

Co ro­bić, gdy osoba, którą ko­chasz, nie jest już przy to­bie, a jed­no­cze­śnie wcale nie ode­szła?

Jak można ko­chać du­cha?

DRUGI RAZ USŁY­SZA­ŁEM O WERO­NICE W MARCU, w Dniu Ko­biet, gdy Mi­łosz po­sta­no­wił za­pro­sić Zo­się i Ana­sta­zję na pizzę. Adam się do­łą­czył, bo uznał, że dar­mowa pizza to nie jest coś, co może przejść mu koło nosa, a ja to­wa­rzy­szy­łem im jakby z au­to­matu. Twardo jed­nak ob­sta­wa­łem przy swoim, żeby ra­chu­nek po­dzie­lić przy­naj­mniej na pół.

Zo­sia oczy­wi­ście ja­dła wolno, bo twier­dziła, że dzięki temu me­ta­bo­lizm jest szyb­szy i fast food tak bar­dzo nie od­kłada się w ciele, a po­tem do jej oczu na­pły­nęły łzy, gdy uświa­do­miła so­bie, że zja­dła trzy ka­wałki, a przy­się­gała so­bie, że się po­wstrzyma i wcią­gnie mak­sy­mal­nie dwa.

Ana­sta­zja usil­nie pró­bo­wała nas prze­ko­nać, że Ame­ry­ka­nie wie­dzą o UFO, tylko ukry­wają ten fakt przed świa­tem. A ca­łość spu­en­to­wała tym, że pizza wy­gląda jak spodek ko­smi­tów i mo­żemy się wy­pchać, je­śli w to nie wie­rzymy. Na nic się zdało tłu­ma­cze­nie, że pizzę wy­my­ślili Włosi w Ne­apolu, a nie Ame­ry­ka­nie. Ona wie­działa swoje i za­wsze sta­wiała na swoim. Nie tak jak Zo­sia, która była cho­rą­giewką na wie­trze – jak za­wiało, tak się jej zmie­niały po­glądy.

Z gło­śni­ków są­czył się głos Ju­stina Tim­ber­lake’a, a Zośka aż pisz­czała z wra­że­nia, cho­ciaż wi­działa go tylko na ekra­nie. It’s like you’re my mir­ror.

O ile o Zosi można było po­wie­dzieć, że jest płacz­liwa, o tyle Od­klejka chyba ni­gdy nie uro­niła przy nas choćby jed­nej łzy. No, może tylko wtedy, kiedy pies jej umarł, ale poza tym w więk­szo­ści sy­tu­acji ży­cio­wych kie­ro­wała się twardą lo­giką. Ro­biła nam też czę­sto za­da­nia z matmy, bo jako je­dyna ro­zu­miała, o co cho­dzi z tymi cho­ler­nymi po­chod­nymi.

– Je­ste­ście po pro­stu le­niwi – skwi­to­wała Ana­sta­zja. – Wy­star­czy usiąść przy pod­ręcz­niku i prze­czy­tać to raz, a po­rząd­nie.

Od­po­wie­dzia­łem, że nie prze­pa­dam za ślę­cze­niem nad książ­kami, i wła­śnie wtedy Zo­sia przy­po­mniała nam o swo­jej ku­zynce.

– No to byś się z We­ro­niką nie po­lu­bił.

– Niby czemu?

– Ona nie wi­dzi świata poza książ­kami. Na­wet sama pi­sze coś swo­jego.

– Co ta­kiego?

– Nie wiem, jak ją ostat­nio za­py­ta­łam, o czym jest jej książka, od­po­wie­działa, że o mnie i o niej. Że o nas. Dziw­nie się z nią gada, wierz mi.

– Na pewno nie dziw­niej niż z Od­klejką... – mruk­nął Adam, wci­ska­jąc do ust ostatni ka­wa­łek pizzy, a cią­gnący się ser zwi­sał mu do piersi.

– Ej! – zbul­wer­so­wała się Ana­sta­zja. – Nic się nie zna­cie. My­śli­cie, że ta pi­pi­dówa to cały świat. Świat jest tam.

I wska­zała ręką w górę, co miało ozna­czać albo ko­smos, albo pierw­sze pię­tro piz­ze­rii. Przy oka­zji prze­wró­ciła ostry sos po­mi­do­rowy na bied­nego Mi­ło­sza, który skwi­to­wał to tylko uśmie­chem i za­czął wy­cie­rać, po­wta­rza­jąc, że nic, ab­so­lut­nie nic się nie stało.

– Świat to su­fit piz­ze­rii? – wy­ta­czał ko­lejne działa Adam.

– Wiesz, że nie je­steś za by­stry, nie?

– Nie mu­szę, nie to jest moją su­per­mocą.

– A co nią jest?

– Je­stem sprytny.

– Czyżby?

Nie wie­dzia­łem, czy to kłót­nia, czy ro­dzaj gry wstęp­nej, w każ­dym ra­zie prze­rwał im szloch za­ła­ma­nej Zosi.

– Noż kurde, prze­stań ry­czeć! – krzyk­nęła Ana­sta­zja.

– Ale kiedy zja­dłam trzy ka­wałki...

– I co z tego?! Masz czwarty!

I we­pchnęła jej do buzi ten ugry­ziony już przez Adama, a tym sa­mym upie­kła dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu – od­gry­zła mu się i uci­szyła Zośkę.

Mi­łosz uśmie­chał się do nas ser­decz­nie, jakby chciał nam po­dzię­ko­wać, że je­ste­śmy. Cały on. Był do­wo­dem na to, że teo­rie Od­klejki są praw­dziwe i ist­nieje ży­cie po­za­ziem­skie. Mu­siał być ko­smitą, bo po­cho­dził z roz­bi­tej ro­dziny, w do­datku oj­ciec nie wi­dział nic poza bu­telką wódki, a mimo to jemu nie scho­dził z twa­rzy uśmiech. Mama po­rzu­ciła ich, kiedy był mały, i mu­siał wy­cho­wy­wać się sam. Po ta­kich przej­ściach to on po­wi­nien być dup­kiem, a nie Adam, który wy­rósł w bo­ga­tym domu pod opieką ojca, wła­ści­ciela fi­lii per­fu­me­ryj­nej, i matki, wy­kła­dow­czyni uczelni wyż­szej. Idąc do niego, ma­wia­li­śmy, że „się wy­bie­ramy na wło­ści”.

– No, do­bre było – pod­su­mo­wał po­si­łek Adam i klep­nął Mi­ło­sza w plecy. – Ma­cie fajkę?

Zo­sia po­wie­działa, że ona ma, i po­czę­sto­wała go bez za­jąk­nię­cia, mimo iż na pewno w za­na­drzu miał dla niej ja­kiś nie­wy­bredny ko­men­tarz.

– Ale by nam We­ro­nika na­ga­dała.

– Dla­czego? – spy­ta­łem.

– Jest na­czelną hej­terką pa­pie­ro­sów.

I wtedy po raz trzeci usły­sza­łem o ta­jem­ni­czej ku­zynce płacz­li­wej Zośki.

Cały ma­rzec był pa­skud­nie zimny. Adam za­trud­nił się jako bar­man w je­dy­nej w oko­licy knaj­pie o uro­kli­wej na­zwie Do Dna, bo, jak twier­dził, chciał się unie­za­leż­nić fi­nan­sowo od ro­dzi­ców. Ale kiedy za­py­ta­łem go, czy aby na pewno o to cho­dzi, od­parł, że lubi tę pracę.

– Czemu?

– Zda­jesz so­bie sprawę, dla­czego cza­sami na­zy­wamy cię „Czemu”, nie?

– Niby czemu?

Za­śmiał się, a roz­śmie­szyć Adama to było coś.

Od­po­wie­dział mi, że lubi tę pracę, bo wbrew po­zo­rom lu­dzie mają wię­cej mą­drych rze­czy do po­wie­dze­nia, niż nam się wy­daje.

Mie­li­śmy wra­że­nie, że nic nie robi za tą ladą, bo prak­tycz­nie cały czas wy­sy­łał na na­szą grupę ja­kieś linki do śmiesz­nych ko­tów i psów albo zna­nych osób, któ­rym sztuczna in­te­li­gen­cja pod­ra­biała głos, cho­ciaż Ana­sta­zja za­wsze pod­kre­ślała, że „kie­dyś nas to znisz­czy!”.

Zo­sia w za­sa­dzie cały ma­rzec spę­dziła pod ko­cem zgod­nie ze swoją de­wizą: „je­stem cie­pło­lubna”. Nad­ro­biła chyba wszyst­kie se­riale, zwłasz­cza na­wz­dy­chała się do tych o wam­pi­rach, a po­tem stresz­czała nam je, gdy spo­ty­ka­li­śmy się wszy­scy w ba­rze, w któ­rym rzą­dził Adam.

Nie mo­gli­śmy zro­zu­mieć, co w wam­pi­rach jest ta­kie po­cią­ga­jące, więc po­sta­wiła so­bie za punkt ho­noru, że po­każe nam w nich to piękno, które sama wi­działa.

Ana­sta­zja prych­nęła.

– Ale wy je­ste­ście na­iwni – zga­siła mnie i Adama.

– Niby czemu? – za­py­ta­łem.

– Aleks, mo­żesz prze­stać tak ga­dać? – mruk­nęła Zośka. – Zda­jesz so­bie sprawę, że to twoje „czemu” jest strasz­nie cre­epy? Tylko nie py­taj, czemu jest cre­epy, bo cię walnę.

Adam wstał, by ob­słu­żyć klien­tów, któ­rzy wła­śnie usie­dli za ba­rem.

– Ej, ej, żad­nego bi­cia. – Spio­ru­no­wał wy­gra­ża­jącą wzro­kiem, po czym na­chy­lił się nad Od­kle­joną. – Niby czemu je­ste­śmy na­iwni?

– Bo nie ro­zu­mie­cie, dla­czego dziew­czyny oglą­dają te filmy i se­riale o wam­pi­rach.

– No to nas może ła­ska­wie oświe­cisz?

Wes­tchnęła, jakby mu­siała tłu­ma­czyć ob­co­kra­jow­cowi, jak dojść do dworca.

– Bo je to pod­nieca, miśki. Zośkę także.

– Wcale nie! – za­pro­te­sto­wała. – Ej, ej! A jak oglą­da­li­ście Pa­mięt­niki Wam­pi­rów, to by­li­ście team Ste­fan czy team Da­mon? Ja je­stem to­tal­nie team Da­mon.

Ana­sta­zja spoj­rzała na nas, jakby wy­grała ja­kiś za­kład.

– A nie mó­wi­łam?

Uśmiech­ną­łem się.

– A ty tego i tak nie zro­zu­miesz – mruk­nęła do mnie.

– Niby czemu?

– Bo ty nie mu­sisz za­sta­na­wiać się nad tym, co dziew­czyny lu­bią, a czego nie lu­bią, Ti­mo­thée. My­ślisz, że ja nie wiem, jak na cie­bie pa­trzą?

Czę­sto po­wta­rzały mi ra­zem z Zośką, że wy­glą­dam jak ten ame­ry­kań­ski ak­tor. Może to przez dłu­gie czarne włosy albo dla­tego, że by­łem chudy i wy­soki. Dla mnie to jed­nak było bez zna­cze­nia, wo­la­łem być sobą.

Pod ko­niec marca Ana­sta­zja nieco się od nas od­wró­ciła, gdy zmarł jej dzia­dek, z któ­rym była bar­dzo bli­sko, ale cza­sami nie­spo­dzie­wa­nie wpa­da­li­śmy do niej całą paczką, by – jak to okre­ślał Mi­łosz – ja­koś ją po­cie­szyć, cho­ciaż naj­czę­ściej nie otwie­rała drzwi albo jej matka od­pra­wiała nas z kwit­kiem. Do­szli­śmy do wnio­sku, że czas w przy­padku Od­kle­jo­nej nie le­czy tak szybko, bo dziew­czyna jest zbyt skryta. Mu­sie­li­śmy więc uzbroić się w cier­pli­wość.

Na wio­snę wszystko za­częło wra­cać do normy i Ana­sta­zja wpa­dała do baru re­gu­lar­nie. Ku za­sko­cze­niu wszyst­kich oka­zało się, że na­wet Adam nie ma serca z ka­mie­nia – oszczę­dził jej nie­wy­bred­nych ko­men­ta­rzy i czar­nego hu­moru zwią­za­nego ze śmier­cią. Przy­naj­mniej na po­czątku.

Kiedy wresz­cie przy­niósł na­sze za­mó­wie­nie i za­py­tał Od­kle­jo­nej, czym się różni nie­bosz­czyk od za­rdze­wia­łego sa­mo­chodu Mi­ło­sza, wie­dzie­li­śmy, że wró­cił stary on i czas dys­pensy się skoń­czył. Może tak było le­piej, może ob­cho­dze­nie się z nią jak z jaj­kiem przez ko­lejne ty­go­dnie tylko po­gor­szy­łoby sprawę? A róż­nił się tym, że nie­bosz­czyk przed śmier­cią przy­naj­mniej był za­bal­sa­mo­wany.

Po­dobno raz Zo­sia za­pro­siła do baru We­ro­nikę, ale aku­rat traf chciał, że mnie wtedy nie było – wy­pa­dły mi jazdy, bo przy­sią­głem so­bie, że do końca lata zro­bię prawko. Nie chcia­łem być całe ży­cie uza­leż­niony od Mi­ło­sza, w prze­ci­wień­stwie do reszty. Adam po­wie­dział, że on w ogóle nie ma za­miaru się w to ba­wić, bo i tak nie za­grzeje miej­sca w Pol­sce, a na cho­lerę mu pol­skie prawo jazdy na dru­gim końcu świata? Nie ura­czył nas jed­nak in­for­ma­cją, gdzie ten ko­niec świata się znaj­duje.

– Jaka ona jest? – spy­ta­łem go na­stęp­nego dnia.

Cho­dziło oczy­wi­ście o We­ro­nikę, prze­wi­nęła się w na­szych roz­mo­wach już kilka razy i za­czą­łem au­ten­tycz­nie być jej cie­kaw. Za­sta­na­wia­łem się, czy ona na pewno ist­nieje, czy aby mnie nie wkrę­cają. Może fak­tycz­nie była tylko opo­wie­ścią?

W od­po­wie­dzi Adam wzru­szył ra­mio­nami.

– A bo ja wiem. Zwy­kła.

– Zuza mó­wiła, że to nu­dziara.

– Bo to jest nu­dziara, ale taka wiesz... nu­dziara z cha­rak­te­rem.

– Jak za­cho­wuje się nu­dziara z cha­rak­te­rem?

– To taki ro­dzaj nu­dziary, która jest świę­cie prze­ko­nana o tym, że żadna z niej nu­dziara, ku­masz?

– Może.

– Może piwko?

– Może.

Wy­buch­nął śmie­chem.

To była ostat­nia roz­mowa o We­ro­nice, jaką od­by­li­śmy, nim mia­łem oka­zję po­znać ją oso­bi­ście.

W maju nie wy­da­rzyło się nic spek­ta­ku­lar­nego. Ana­sta­zja wy­je­chała gdzieś z mamą i oj­czy­mem i upar­cie twier­dziła, że ma to zwią­zek z ko­smo­sem. Nie cho­dziło jed­nak o po­dróż or­bi­talną, którą ofe­ro­wano bo­ga­tym Ame­ry­ka­nom, a ra­czej pla­ne­ta­rium po­ło­żone gdzieś w za­chod­niej Eu­ro­pie.

Ro­dzice mocno wspie­rali jej pa­sję, zresztą do ma­tur był jesz­cze ka­wał czasu, a Od­kle­jona już miała za­pew­nione miej­sce na kie­runku astro­fi­zyka i ko­smo­lo­gia na Uni­wer­sy­te­cie Ja­giel­loń­skim.

Tro­chę za­zdro­ści­li­śmy jej tego, że już ma tak uło­żoną przy­szłość, a Adam chyba naj­bar­dziej, bo nie prze­ga­piał żad­nej oka­zji, żeby jej ja­koś do­piec z tego po­wodu. Miał ir­ra­cjo­nalny żal do swo­ich ro­dzi­ców, bo za­pew­nili mu w dzie­ciń­stwie tak dużo, że w za­sa­dzie w ogóle nie czuł, że musi do cze­goś dą­żyć.

Miał i już.

– Ja nie mam po­ję­cia, co będę ro­bić ju­tro – prych­nęła Zośka. Wy­szli­śmy na koc, gdy po­ja­wiła się pierw­sza praw­dzi­wie wio­senna po­goda. – A co do­piero wie­dzieć, co się bę­dzie ro­bić za rok.

Je­dli­śmy tru­skawki, w po­wie­trzu uno­sił się za­pach zbli­ża­ją­cego się lata, a z pod­ręcz­nego gło­śnika wy­do­by­wał się trap, na który uparła się Zo­sia.

– Albo przez całe ży­cie – burk­nął Adam.

– Albo przez całe ży­cie – za­wtó­ro­wała mu.

Mi­łosz ła­pał pierw­sze pro­mie­nie słońca, łu­skał pra­żony sło­necz­nik, któ­rym nas co chwilę czę­sto­wał, i uśmie­chał się jak głupi do sera.

Zośka prze­rwała mu tę idyllę, sztur­cha­jąc go w bok.

– A ty co taki za­do­wo­lony?

– A bo ja my­ślę, że bę­dzie do­brze.

– Prze­raża mnie twój ży­ciowo po­zy­tywny na­strój. Wiesz, że tak się za­cho­wują psy­cho­paci?

W od­po­wie­dzi tylko się za­śmiał, co we­dług Zosi sta­no­wiło po­twier­dze­nie jego obłą­ka­nia. Usil­nie pró­bo­wała go na­mó­wić, żeby zgło­sił się na ba­da­nia psy­cho­lo­giczne, i nas, że­by­śmy go tam za­cią­gnęli, je­śli sam tego nie zrobi.

Adam bu­jał w ob­ło­kach, pa­lił pa­pie­rosa i po­pi­jał wino z bu­telki. Co cie­kawe, mimo że pra­co­wał w ba­rze, ni­gdy nie spo­żył tam na­wet grama al­ko­holu. „Mam swoje za­sady”, ma­wiał. I na­wet go za to sza­no­wa­łem.

Z nim było tak, że do­póki roz­ma­wiało się o ni­czym, nie po­ja­wiał się ża­den pro­blem. Gdy wcho­dziło się na po­waż­niej­sze te­maty, a zwłasz­cza do­ty­czące emo­cji, szybko się zło­ścił, ni­czym pies szcze­ka­jący ze stra­chu.

Mi­łosz po­wie­dział, że pla­nuje roz­krę­cić biz­nes ga­stro­no­miczny, a na stu­dia szkoda mu czasu, za to Zośka stwier­dziła, że plan A to zna­leźć so­bie bo­ga­tego męża, co oczy­wi­ście zo­stało od­po­wied­nio „skom­ple­men­to­wane” przez Adama, który stwier­dził, że je­śli ten plan ma się po­wieść, to po­winna się za sie­bie wziąć. Ta­kim wła­śnie był cha­mem.

Po chwili wy­to­czył te same działa w moim kie­runku i jego py­ta­nie cał­ko­wi­cie mnie po­grą­żyło.

– A ty, Aleks, ja­kie masz plany?

W pierw­szej chwili po­czu­łem się dziw­nie, bo do­tarło do mnie, że nie mam żad­nych. Po­trak­to­wa­łem to jed­nak jako za­letę i uśmiech­ną­łem się szel­mow­sko.

– Wiesz co? Zo­sta­wiam to w rę­kach świata – od­par­łem z ta­kim prze­ko­na­niem, jak­bym udo­wad­niał pro­fe­so­rowi ma­te­ma­tyki pra­wi­dło­wość rów­na­nia, które na­ba­zgra­łem mu przed twa­rzą.

– Do­brze, że je­steś, Aleks.

– Czemu?

Za­śmiali się wszy­scy, bo już od ja­kie­goś czasu tak re­ago­wali na moje „czemu”.

– Bo czło­wie­kowi lżej na sercu, że za­wsze jest ktoś taki jak ty.

– Czyli jaki?

Ale nie od­po­wie­dzieli. Ja za to znów po­ło­ży­łem się na ple­cach, wsu­ną­łem źdźbło trawy mię­dzy usta i chwy­ci­łem za gi­tarę, żeby za­grać kilka akor­dów. Nic nie było w sta­nie zma­zać mi uśmie­chu z twa­rzy. Mo­gli mi na­dmu­chać. A że mama za­wsze po­wta­rzała mi, że gra­nie i śpie­wa­nie to tak na­prawdę je­dyne, co po­tra­fię, to w tym mo­men­cie w pełni od­da­łem się wła­śnie temu.

Gdy pod ko­niec maja wró­ciła Ana­sta­zja, mie­li­śmy wra­że­nie, że jest zu­peł­nie in­nym czło­wie­kiem. Ga­dała jak na­jęta i nie dało się jej w ża­den spo­sób za­trzy­mać. Oj­czym na­wet ku­pił jej te­le­skop, który kosz­to­wał wię­cej niż sa­mo­chód Mi­ło­sza. Efekt był taki, że jesz­cze rza­dziej się z nami spo­ty­kała, ale nie mia­łem jej tego za złe. Re­ali­zo­wała swój plan i trzy­ma­łem za nią kciuki.

My­śla­łem, że nie mam celu, jed­nak pierw­szego czerwca, pod­czas im­prezy nad je­zio­rem, po raz pierw­szy oso­bi­ście spo­tka­łem We­ro­nikę.

I to zmie­niło wszystko.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki