Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
92 osoby interesują się tą książką
Weronika - ambitna weterynarz z wielkiego miasta, wraca do rodzinnego majątku Garlickich na prowincji po tym, jak jej życie rozpada się na kawałki…
Jednak życie na prowincji okazuje się trudniejsze, niż przypuszczała. Zmagając się z uprzedzeniami mieszkańców, musi udowodnić, że potrafi nie tylko zrozumieć, ale i pomóc ich zwierzętom.
Na miejscu spotyka dawnego znajomego Eryka Kolta, tajemniczego weterana wojennego, który prowadzi miejscowe schronisko dla zwierząt. Ich początkowa niechęć przeradza się w burzliwą relację pełną napięć, wzajemnych oskarżeń i zaskakujących momentów zrozumienia. Jednak sielankę psuje niespodziewany powrót Daniela, byłego narzeczonego, który nie cofnie się przed niczym, by odzyskać Weronikę – zwłaszcza gdy dowiaduje się, że jej rodzina ma wpływy polityczne.
W tle tej emocjonującej opowieści o rodzącej się miłości wysnutej wśród krajobrazów Podlasia, rozgrywa się również walka o zaufanie lokalnej społeczności, odkrywanie rodzinnych tajemnic i próba przezwyciężenia demonów przeszłości.
Czy Weronika znajdzie swoje miejsce w świecie, który kiedyś porzuciła? Czy Eryk odważy się otworzyć serce na nowo? I czy wspólnie zdołają odnaleźć szczęście w prostocie życia na wsi?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 340
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
1.
Trasa Warszawa–Białystok,upalny czerwcowy wieczór
Linia horyzontu zabarwiła się na czerwono, a czerwcowe słońce ustępowało miejsca nocy, kiedy Weronika Garlicka wyruszyła w drogę swoim wysłużonym peugeotem w automacie. Zdawała sobie sprawę, że auto wymaga wizyty u mechanika, ale była zbyt pochłonięta myślami, by jeszcze i tym się przejmować. We wstecznym lusterku odbijały się światła Warszawy, miasta, w którym planowała spędzić najbliższe lata u boku cudownego mężczyzny, wykonując zawód, o którym marzyła od zawsze, a w przyszłości zapewne urodzić dzieci i spełniać się również w roli matki.
Teraz jednak, z sercem ściśniętym ze złości i smutku, opuszczała stolicę. Ostatnie promienie słońca malowały niebo w odcieniach różu, czerwieni i pomarańczy, tworząc nad nią surrealistyczny krajobraz, który kontrastował z ciemniejącym krajobrazem poniżej. Światła miasta migotały w oddali, przypominając jej o wszystkich niezrealizowanych marzeniach, które za sobą zostawiała.
– No pięknie! – jęknęła, bo klimatyzacja, która zipała ostatnim tchnieniem, odmówiła posłuszeństwa.
Jezdnia była zatłoczona i część sunących w obu kierunkach pojazdów różnego rodzaju wydzielała tumany spalin. Miała do wyboru dwie możliwości: albo otworzyć okna i narazić się na wszędobylski hałas i trujące spaliny, albo dusić się w nagrzanym aucie. Rozchyliła kołnierz koszuli, rozpięła kilka górnych guzików i mruknęła coś niewyraźnie pod nosem. Trzymając jedną ręką kierownicę, drugą wygrzebała z torebki klamrę i niedbale spięła nią włosy. Nie zwróciła uwagi, że zęby spinki umazały się w karmelkowych cukierkach, których otwartą paczkę chwyciła, wybiegając z mieszkania.
Mimo początkowych trudności droga upłynęła jej bardzo szybko i ze zdziwieniem zauważyła, że pora zjechać z autostrady A2 na mniej uczęszczaną trasę. Wówczas dopiero obniżyła szyby i wyłączyła radio, które miało zagłuszać myśli, ale nie spełniło tej funkcji.
Do jej uszu dobiegł znajomy warkot. Już kiedyś zdarzyło się jej niemal zgubić tłumik. Tym razem sytuacja wyglądała podobnie. Najprawdopodobniej montowany u znajomego mechanika fragment odłamał się i spadł z mocowania. Weronice stale przytrafiały się podobne sytuacje, bo jak mawiała jej ciotka, lubiła przyciągać wypadki.
Zjechała na pobocze, wysiadła i przyjrzała się metalowej rurze, którą tylko kilka centymetrów dzieliło od podłoża. Jeszcze chwila i ciągnęłaby ją za sobą. Nie miała przy sobie paska ani sznurka odpowiedniej długości. Pozostał jedynie bandaż z apteczki i to właśnie nim się posłużyła. Latarki w telefonie użyła do oświetlenia podwozia i na kolanach, nie zważając na to, czy się wybrudzi, okręciła rurę bandażem, którego koniec zamocowała do uchwytu w bagażniku. Miała nadzieję, że tyle wystarczy na dojazd do rodzinnego domu.
Wsiadła z powrotem do auta i ostrożnie ruszyła, nasłuchując odgłosów przez otwarte okno. Asfaltowa droga gładko przeszła w żwirową, co oznaczało, że była bliżej celu.
Udało jej się dojechać do łąk należących do rolników z jej rodzinnej wsi, kiedy usłyszała łomot. Ten dźwięk był jak ostatni gwóźdź do trumny jej nadziei. Marszcząc nos, zatrzymała samochód na poboczu. Do domu nie było daleko. Jakieś dwa kilometry.
Zmęczona i sfrustrowana wysiadła z samochodu. Siedzenie w nim nie miało sensu, a dwukilometrowa trasa przez pola i las była jej dobrze znana. Mogła tę odległość bez trudu pokonać pieszo nawet nocą. Okolica była zawsze bezpieczna, także nie bała się ewentualnej napaści. Co najwyżej mogła się natknąć na parę nastolatków, którzy wymknęli się na nocną schadzkę w lesie, lub rolnika, który pracował w polu do późnych godzin.
Gęsty woal z chmur, który do tej pory przysłaniał księżyc, rozstąpił się i jej oczom ukazały się majaczące w oddali wieże rodzinnego domu. Budowla pochodząca z początku osiemnastego wieku, wielokrotnie przebudowywana przez kolejne pokolenia arystokratycznego rodu, z którego i ona się wywodziła, usytuowana była tak, że górowała nad okolicą i można ją było dostrzec z daleka. W mrokach nocy nie przypominała eleganckiego dworu, który w latach swojej świetności tętnił życiem i przyciągał tłumy. Po wszystkich wzlotach i upadkach na przestrzeni wieków, pożarze, zaborach, bankructwie, remontach, przebudowach oraz pod wpływem działania wdzierającej się z każdej strony natury przeobraził się w coś, co z daleka przypominało tańszą wersję zamku Draculi.
Weronika nie chciała tu wracać, nie planowała tego. Zrobiła wszystko, co w jej mocy, by trzymać się od tego miejsca z daleka, ale po piętnastu latach od wyprowadzki wracała tu na dłużej. Dom na wzgórzu nadal wydawał jej się mroczny i obcy. Od śmierci matki nie było w nim rodzinnego ciepła, odgłosów śmiechu, zapachu ciasta, życia.
Jako dziecko nie zdawała sobie sprawy z tego, że jej rodzinna siedziba budzi w okolicznych mieszkańcach tak wiele emocji. Dopiero kiedy poszła do szkoły, dowiedziała się od innych uczniów, że jej dom nazywano tajemniczym dworem na wzgórzu. W zasadzie spodobała jej się ta nazwa, bo oddziaływała na wyobraźnię, pobudzoną przez masę literatury różnego gatunku, jaką raczyła ją od urodzenia matka. W historie o lamentującym duchu kobiety, która powraca w każdą pełnię księżyca, by odszukać odebrane jej klejnoty, nie wierzyła. Podejrzewała, że dzieciaki zwyczajnie chciały ją nastraszyć. Musiała jednak przyznać, że kiedy stan zdrowia jej matki pogorszył się do tego stopnia, że nie była w stanie opuszczać domu, a potem odeszła we śnie, zanim ją, Weronikę, ukołysała do snu, ogarnął ją niedający się logicznie wytłumaczyć chłód, jakby otoczyły ją lodowate niewidzialne ramiona. Na tamto wspomnienie do dziś odczuwała mrowienie na karku.
Teraz, aby odegnać nieprzyjemne myśli, rozejrzała się naokoło, starając się rozpoznać jak najwięcej znajomych kształtów.
Nie było sensu czekać na to, że nagle zjawi się jakiś wybawiciel i wspomoże ją w niedoli, dlatego pozbierała najpotrzebniejsze i najcenniejsze rzeczy do torebki, którą zaraz przewiesiła przez ramię, i zamknęła samochód.
Gdy szła przez pola, otaczające ją cisza i zapach lasu stopniowo koiły jej nerwy. To było miejsce, którego przez długi czas starała się unikać, ale teraz miała nadzieję, że przyniesie jej spokój, którego tak desperacko potrzebowała. Czekała ją długa noc pełna rozmyślań, ale będąca krokiem w stronę nowego początku.
Życie to składowa wielu różnorakich chwil, naszła ją filozoficzna myśl. To zbiór momentów miłych, strasznych, wesołych, mrocznych, smutnych, nudnych i tych przełomowych. Znaczna część tego, co się nam przytrafia, jest dziełem przypadku, ale te pozostałe momenty wynikają z podejmowanych przez nas decyzji. Nie zawsze trafnych.
Dla Weroniki Garlickiej decyzja o powrocie na podlaską wieś była niewątpliwie jedną z przełomowych, ale czy właściwych? O tym młoda kobieta miała się dopiero przekonać. Teraz musiała dotrzeć do domu, a droga wiodła przez las i pod górę. Autem musiałaby zrobić sporą pętlę. Pieszo mogła wybrać skróty.
Szybko okazało się, że nie był to wybór najbardziej udany. Już po kilku minutach kroczenia udeptaną ścieżką runęła jak długa, zahaczywszy nogawką spodni o korzeń. Suwak w torbie nie wytrzymał napięcia i cała jej zawartość wylądowała na ziemi.
– No świetnie! – syknęła Weronika.
Odszukała dłonią telefon, by móc skorzystać z latarki. Niestety... Komórka okazała się rozładowana.
– Cholera! Jak mogłam do tego dopuścić!
Po omacku zebrała rozsypane rzeczy. Podnosząc się z ziemi, poczuła, jak coś chrzęści pod stopą.
– O nie, tylko nie to... – mruknęła, odkrywając, że to jej ulubione okulary słoneczne. Westchnęła ciężko i wrzuciła ich resztki do torby.
Szła dalej, a ścieżka stawała się coraz bardziej stroma i kamienista. W pewnym momencie Weronika poczuła, jak jej but zanurza się w błocie. Przynajmniej miała taką nadzieję, bo zaciągnąwszy powietrze nosem, oceniła, że mogło to nie być błoto, a odchody jakiegoś zwierzaka.
– Pięknie, naprawdę wspaniale... – Uśmiechnęła się gorzko, próbując wyciągnąć nogę z grząskiego chwytu. Kiedy jej się to udało, but był nie do poznania, a spodnie ubrudzone do kolan.
Nagle w oddali zagrzmiało, a chwilę potem nocne niebo przecięła zygzakowata błyskawica.
– I jeszcze burza – wymruczała. – Skąd?
Na niebie nie było widać chmur, a srebrzysty blask księżyca oświetlał jej drogę. Zrobiło się jednak zdecydowanie chłodniej, czego do tej pory nie zarejestrowała.
Ruszyła dalej, ale pech nie chciał jej opuścić. Zupełnie niespodziewanie z gałęzi nad głową sfrunął nietoperz. Zaczepił skrzydłem o lepką klamrę i wkręcił się w jej włosy. Weronika zaczęła machać rękami i podskakiwać, próbując go odgonić.
– To jakaś tragikomedia – wykrztusiła, kiedy w końcu udało jej się uwolnić od niespodziewanego pasażera i przy okazji zgubić klamrę, przez co jej długie włosy, splątane karmelkową mazią, sterczały we wszystkich kierunkach.
Przed nią było jeszcze co najmniej piętnaście minut marszu słabo oświetloną ścieżką.
2.
Tajemniczy dwór na wzgórzu,tej samej nocy
Kiedy Weronika dotarła do krańca wydeptanej ścieżki, blask księżyca przebijał się przez gęste listowie. Była brudna, potargana i naburmuszona. Dom na wzgórzu stał przed nią jak milczący świadek jej niedoli.
Odpoczęła chwilkę i taszcząc niedomkniętą torbę, przeszła przez rozległe sad i ogród i wspięła się po kamiennych schodach.
– No, cóż, witaj z powrotem w tajemniczym dworze, Weroniko – powiedziała sarkastycznie, spoglądając przez szybkę w drzwiach wejściowych na ciche, mroczne wnętrze, oświetlone jedynie przytłumionym światłem nocnej lampki.
W tym momencie lunął deszcz z takim impetem, że wydawało się, jakby całe niebo postanowiło się na nią wylać. Krople deszczu bębniły o dach i parapety, a Weronika stała u szczytu schodów kompletnie przemoczona.
– Cholera! – zaklęła pod nosem.
Licząc, że zapasowy klucz znajduje się tam, gdzie kiedyś, cofnęła się o kilka stopni i odliczyła siódmy kamień przy ozdobnym skalniaku na tarasie. Dłońmi drżącymi z zimna i nerwów podniosła kamień. Na szczęście klucz wciąż tam był, choć pokryty cienką warstwą mchu. Ojciec zapewne już spał. Nie chciała go budzić. Innych osób się nie spodziewała. Nie mogła się doczekać, kiedy cichutko przemknie do swojego dawnego pokoju i będzie mogła się w nim zaszyć i odciąć się od wszystkiego. Jak za czasów jej dzieciństwa.
Ostatnie tygodnie były dla niej koszmarem i musiała wiele rzeczy przemyśleć.
Po dobrych pięciu minutach walki z osadem na kluczu, uniemożliwiającym pokonanie zamka, przemęczona, głodna i poirytowana otworzyła drzwi. Mogła wreszcie skryć się przed deszczem. W przedsionku zdjęła ubłocone buty i nie zapalając światła, ruszyła głębiej w stronę wnętrza dworu. Mogła poruszać się po omacku, bo ojciec nie przestawiał niczego od lat, jakby czas się dla niego zatrzymał. Choć może było mu zupełnie obojętne, czy jego rodzinna siedziba wymaga interwencji. Kilkukrotnie zwracała mu uwagę, że część mebli należałoby wymienić, ale Gustaw Garlicki, jeśli inwestował pieniądze w dom, to jedynie wówczas, gdy było to niezbędne i wpływało na jego funkcjonalność i trwałość. Naprawiał zatem instalacje, łatał dach, ale to, czy wnętrza odpowiadały kanonom mody lub wygodzie mieszkańców, zupełnie go nie interesowało.
Weronika wyszła z obszernego przedsionka, przeszła po skrzypiącej podłodze przez hol i dotarła do schodów prowadzących na piętro. Nagle coś spiczastego wyłoniło się z ciemności i dotknęło czubka jej nosa. Zmarszczyła brwi, próbując dostrzec, co to takiego.
– Kim jesteś? – padło pytanie. Głos był bardzo niski, ale nie należał do jej ojca. Weronika zamarła, serce zaczęło jej bić szybciej.
– Mieszkam tu – wydukała niepewnie.
– Weronika! – rozległ się radosny okrzyk.
Ciotka Benia odłożyła pogrzebacz i rzuciła się do bratanicy, aby ją wyściskać.
– Ale żeś mnie wystraszyła, dziecino – oznajmiła już normalnym tonem. – Myślałam, że to jakiś włamywacz. Nie spodziewałam się, że jednak ulegniesz moim prośbom, weźmiesz trochę wolnego w tej eleganckiej klinice i wspomożesz ojca. To jedyny kompetentny weterynarz w okolicy i mamy ogromny problem, gdy jakieś zwierzę potrzebuje nagłej pomocy.
– Już mi ciocia o tym wspominała. Wiem, że dwaj pozostali też brali udział w wypadku, ale we wszystkich okolicznych miasteczkach rezydują inni weterynarze, a w razie czego można wezwać kogoś i z innego województwa. Większość ma auta i prawo jazdy, dojedzie na miejsce.
– To tylko w teorii wydaje się proste. Często nie chcą jechać tak daleko lub zwyczajnie nie mają czasu. Twój ojciec, ten stary pijak Szymański i syn Cyuńczyka, trzeciego z ich dawnej drużyny, zawsze mieli ręce pełne roboty, a teraz nagle zostali uziemieni. Wszyscy trzej naraz! Co za pech. Wiesz, jak Gustaw to przeżywa – dodała ciotka, próbując zmiękczyć bratanicę.
– Domyślam się, ale nie ma wyjścia. Dawno mieli przyjąć kogoś na praktykę. Tata nie staje się młodszy, a panu Szymańskiemu został rok do emerytury. Syn pana Cyuńczyka nie pociągnie tego w pojedynkę. Powinni pozwolić innym przejąć ich rejon.
– Przyjmowali kilkukrotnie różnych praktykantów, ale żaden się nie ostał.
– Nie dziwię się. Z ojca charakterem...
– Werciu – upomniała ją ciotka. – Wszyscy jesteśmy w gorącej wodzie kąpani. To genetyka, tego nie oszukasz. – Pokręciła głową, a jej wielkie kolczyki z korali wydały zabawny odgłos.
– A co ciocia tu właściwie robi? – spytała Weronika, podejrzliwie mrużąc oczy.
– Opiekuję się tym starym zrzędą – odpowiedziała Benia, wskazując na głębię domu.
– Przecież ojciec twierdził, że sam sobie świetnie da radę.
– Kłamał. Wyczułam to w jego głosie i zobaczyłam w fusach po herbacie.
– Znowu ciocia para się wróżbiarstwem? – Kąciki ust Weroniki powędrowały w górę.
– A tobie w czym to przeszkadza? Prawowitą szeptuchą zostać z tego powodu nie mogłam, ale i tak po zioła do mnie całymi tabunami ludzie przychodzą.
– Po zioła czy po wróżby?
– Po jedno i po drugie – przyznała ciotka z szelmowskim uśmiechem. – Przyjechałam, żeby się upewnić, i zostałam. Gustaw jest zagipsowany tak, że ugrzązł w pokoju gościnnym – powiedziała, zapalając światło. – Panienko Przenajświętsza! A tobie co się stało?! Wpadłaś pod młocarnię? I czym ty... – Zbliżyła się do niej i pociągnęła nosem. – Karmelki i końska kupa? Gdzieś ty, dziewczyno, wlazła?!
– To długa historia – odpowiedziała Weronika ze śmiechem, wpatrując się w intensywnie czerwone włosy ciotki i kontrastujący z nimi szlafrok w żółte orientalne kwiaty.
– Z pewnością jesteś głodna i zmęczona – stwierdziła z troską Benia, odbierając od niej torbę. Wyczuła, że Weronika nie ma ochoty na zwierzenia. – Twój pokój jest tam, gdzie zawsze, na piętrze we wschodniej wieży. Ja zajęłam ten mały obok gościnnego. Umyj ręce, to zrobię ci szybko jakąś kanapkę albo jajecznicę. Dostałam dziś we wsi pyszne jajka.
– Nie jestem głodna – skłamała Weronika. – Zmęczona natomiast bardzo. Lepiej pójdę się umyć i położę się do łóżka. Pościel powinna być w pojemniku.
– Jeśli nie, to poszukam ci jakiejś.
– Poradzę sobie – zapewniła Weronika. – A rano porozmawiamy, obiecuję.
Ciotka uśmiechnęła się na zgodę i pomogła jej wnieść rzeczy na górę, po czym wycofała się dyskretnie, pozwalając bratanicy zostać samej. Wyczuła, że ta nie jest gotowa na zwierzenia.
Pokój Weroniki wyglądał dokładnie tak, jak go zostawiła po ostatniej krótkiej wizycie w święta Bożego Narodzenia. Meble pokrywała warstwa kurzu, ale w pojemniku pod łóżkiem znalazła czystą pościel. Łazienka na piętrze domagała się remontu, a ciepłej wody oczywiście nie było. Zrezygnowała z kąpieli w wannie, nie mając spartańskich skłonności. Spłukała z włosów karmelową maź pod kranem w umywalce, szczotką z długim uchwytem potraktowała nogi, a resztę ciała umyła gąbką i czym prędzej włożyła na siebie bawełnianą koszulę, którą odnalazła w swojej starej szafie. Wsunęła się pod kołdrę, czując, jak zmęczenie powoli ustępuje miejsca senności. Sądziła, że kiedy już położy się w swoim łóżku, nagromadzone emocje wybuchną w postaci płaczu, ale ten jakoś nie przychodził. Powinna rozpaczać po rozstaniu z narzeczonym, ale była bardziej zawiedziona nim i swoją postawą. Powinna uronić łezkę po stracie możliwości na awans i być wkurzona po tym, jak pokłóciła się z przyjaciółką, ale w tym momencie wszystko, co dotyczyło jej życia w Warszawie, zdawało się ukryte za mgłą, mało istotne. Obudziły się natomiast inne, dawno zapomniane uczucia.
Kiedy już leżała opatulona kołdrą, wsłuchiwała się w dźwięki starego domu – skrzypienie drewnianych belek, szum wiatru za oknem, stukanie naderwanej okiennicy i delikatne kapanie wody z nieszczelnego kranu. Nie lubiła chłodu, jaki stąd epatował, ale czuła z tym miejscem i jego historią nierozerwalną więź, jakby przebywając tu, zapewniała tradycji ciągłość, a światu równowagę. To było coś w rodzaju poczucia tożsamości rodowej, swoistej symbiozy z otoczeniem. Dom wiązał się również ze wspomnieniami, których nigdy nie chciałaby stracić. Z ciężkim westchnieniem zamknęła oczy, jednak nie była w stanie zasnąć.
Burza dawno ustała, a pokryte prastarymi konstelacjami niebo przyciągało ją z nieodpartą siłą. Zapaliła lampkę i wyszła na obdrapany balkon. Pamiętała, aby nie zbliżać się do uszkodzonej barierki, ale otchłań nocy z całym bogactwem natury, która kryła się w mrocznej gęstwinie wdzierającej się wijącymi pędami na ściany domu, skusiła ją tak bardzo, że przysunęła się do krawędzi i przeciągnęła się, chłonąc energię lasu. Wiedziała, że kolejny dzień przyniesie nowe wyzwania i konfrontację zarówno z przeszłością, teraźniejszością, jak i przyszłością, ale poczuła dziwny wewnętrzny spokój, jakby to całe zamieszanie z Danielem i pracą stało się zupełnie nieistotne. Jakby to, co naprawdę dla niej ważne, miało dopiero nadejść.
Eryk Kolt mimo zmęczenia zarówno fizycznego, jak i emocjonalnego po dniu pełnym walki o swój mały raj, azyl, mający dać mu upragnione poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa, zamiast oddać się w ramiona Morfeusza i zregenerować przed czekającymi go wyzwaniami, przewracał się z boku na bok. Tej nocy, jak i wielu wcześniejszych, mimo że starał się wykorzystać całe zasoby energii w ciągu dnia, nie potrafił zasnąć.
Mimo że upłynęło sporo czasu, od kiedy walczył z oddziałami ISIS w Iraku, przed oczami przewijały mu się potworne obrazy. Takie, które w cywilizowanym świecie nie powinny mieć miejsca nigdzie. Jeśli już, to tylko na srebrnym ekranie.
Sądził, że po zakończeniu burzliwej kariery wojskowej i powrocie w swoje rodzinne strony, zazna wreszcie upragnionego spokoju, ale los sprzysiągł się przeciwko niemu. Wracały obrazy sprzed wielu lat, które myślał, że ukrył głęboko w podświadomości. Miał świadomość, że tylko wtedy, gdy uwolni się od tego wszystkiego, co ciąży mu niczym metalowa kula, przykuta łańcuchem do nogi, a ściślej mówiąc, kilka takich kul, będzie mógł pójść naprzód, albo przynajmniej odetchnąć pełną piersią. Niestety nijak nie potrafił rozerwać, wykutych chyba w ogniach piekielnych, ogniw łączących go z przeszłością.
Kolega z wojska podesłał mu tego dnia film z wywiadem z Dawidem Czyżem, członkiem fundacji Orla Straż, która zajmowała się pomocą ofiarom terroryzmu na Bliskim Wschodzie. Słowa młodego mężczyzny przywołały do życia pełne bólu i lęku wspomnienia. Opowiadał on o spaleniu na rynku w Mosulu dziewiętnastu jezydzkich dziewcząt, które odmówiły oddawania się terrorystom. Za to zostały wsadzone do metalowej klatki ustawionej na rynku, zamknięte i spalone żywcem na oczach tłumu, który został tam zgromadzony siłą.
Eryk nie był świadkiem tamtego zdarzenia, ale choć obserwatorów było wielu, niestety nic nie mogli zrobić, aby uchronić te biedne małoletnie dziewczęta przed brutalną karą. On widział inne potworności i każda z nich wyryła głęboki ślad na jego psychice, odcisnęła piętno na jego duszy. Nie potrafił pogodzić się z tym, że mimo iż żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, w świecie ucywilizowanym, w którym oficjalnie każdy pragnie pokoju, tolerancji, szacunku, to dzieją się takie przerażające rzeczy i nikt nie reaguje. Świat w ciszy przygląda się bezsensownemu cierpieniu, skrajnej niesprawiedliwości.
W ostatnim tygodniu swojego pobytu w Iraku w 2022 roku, w trakcie operacji stabilizacyjnej w północnym regionie, Eryk pokłócił się z przełożonym, choć słowo „pokłócił” było zdecydowanie niedopowiedzeniem do tego, że wybił mu dwa zęby. Był pewien, że za to pójdzie pod sąd wojskowy i z pewnością zostanie wydalony z misji, ale zanim tak się stało, wziął jeszcze udział w operacji przechwycenia zakładników.
W jej trakcie złamał kilka zasad bezpieczeństwa i zlekceważył rozkaz, pewny, że w ten sposób zdoła uratować przetrzymywanych i torturowanych ludzi. Akcja zakończyła się sukcesem. Jego jednostka sprawnie zaatakowała i pokonała terrorystów, odbiła wszystkich zakładników i dyskretnie się wycofała. Niestety, skracając drogę, trafiła na minę i w wyniku eksplozji on i kilku innych żołnierzy doznało poważnych obrażeń.
Wszyscy co prawda przeżyli, ale dla Eryka był to koniec jego kariery wojskowej. Nie postawiono go przed sądem wojennym, bo ostatecznie akcja skończyła się sukcesem, ale dostał zakaz wjazdu do strefy konfliktu. Dodatkowo przeszedł na rentę inwalidzką, bo odłamek pokiereszował mu nogi i lewy bark.
Miał nadzieję, że tutaj, na wsi na skraju puszczy, zazna wreszcie spokoju, ale nie potrafił odciąć się od tego, co jeszcze do niedawna było jego życiem. Na domiar złego dopadły go inne, nieprzepracowane traumy, których doznał jako dziecko właśnie w tym pozornie cichym, oddalonym od tamtego świata miejscu. I mimo że wcześniej zdawało mu się, że nie mają nad nim żadnej władzy, to wypełzały z cienia w najmniej oczekiwanych momentach i nie pozwalały mu odetchnąć pełną piersią.
Sen nie przychodził.
Westchnął z rezygnacją i podniósł się z łóżka.
Bieganie, czy raczej kuśtykanie w ciemności, może nie rozwiązywało problemów, ale pozwalało odwrócić uwagę od trudnych wspomnień, bo mógł skupić się na bodźcach płynących z zewnątrz i tych z jego ciała.
Ubrał się pośpiesznie i wyszedł z domu. Najpierw pokręcił się między budynkami i zagrodami dla zwierząt, później skierował się w stronę jednej ze swoich ulubionych ścieżek.
To tam jako mały chłopiec umykał przed rozsierdzonym ojcem, tam też zaszył się przed pięcioma laty, kiedy dowiedział się, że jego żona urodzi dziecko innemu mężczyźnie i nie czeka na jego powrót z misji. Tam też poszedł o kulach, kiedy lekarze zgodnie stwierdzili, że już nigdy nie odzyska pełnej sprawności. Odzyskał na tyle dużą, że nie potrzebował kuli i był w stanie poruszać się szybciej niż większość zdrowych ludzi. Okupił to potem ogromnymi bólami, ale zaparł się i dokonał tego.
Dotarłszy do strumienia, przystanął i spojrzał na górujący nad lasem dwór Garlickich. Budowla rodem z koszmarów, którą omijały wszystkie dzieciaki z okolicy, a w której on znalazł kiedyś odrobinę ciepła.
Światło we wschodniej wieży było zapalone. Garlicki od wypadku nie mógł dostać się na piętro, Eryk uznał zatem, że musiała to być jego siostra. Weterynarz wspominał, że kobieta uparła się, aby mu pomóc po wypadku. Sam planował zaopiekować się mężczyzną, gdyby zaszła taka potrzeba, zresztą to on zrobił mu niezbędne zakupy i przywiózł ze szpitala. Na nic więcej Gustaw Garlicki się nie zgodził, mimo że zdecydowanie przydałoby mu się wsparcie.
Uparty i zamknięty w sobie człowiek, ocenił w myślach, po czym uśmiechnął się pod nosem, bo to określenie pasowało również do niego.
Już miał ruszyć dalej, kiedy zauważył ruch na balkonie, a do jego skraju, niczym legendarny duch lamentującej kobiety, zbliżyła się owinięta w białą tkaninę postać o długich, jasnych włosach.
Eryk wytężył wzrok. Był sceptykiem, jeśli chodziło o zjawiska paranormalne, ale eteryczna istota stojąca bokiem do niego dzięki srebrnej poświecie księżyca przypominała zjawę. Nie była to jednak efemeryda, a kobieta z krwi i kości, i z całą pewnością nie była siostrą Garlickiego. Pomijając fryzurę, szczupłe, ale zaokrąglone w odpowiednich miejscach kształty upodabniały ją raczej do boginki leśnej albo nimfy rzecznej.
– Panienka z wieży – wyszeptał, wpatrując się w nią jak zahipnotyzowany, bo dotarło do niego, kim była. – Wróciła.