Jak umarłem i zrozumiałem, że wszystko ma swój sens - Niklas Ekdal  - ebook
NOWOŚĆ

Jak umarłem i zrozumiałem, że wszystko ma swój sens ebook

Niklas Ekdal

5,0

34 osoby interesują się tą książką

Opis

Jestem u szczytu życia. Teraz umrę. Opowieść o końcu, który stał się początkiem. Dla każdego, kto zmaga się z mrokiem – i dla tych, którzy chcą zrozumieć, jak można jednocześnie zniszczyć i odbudować z pozoru idealne życie. Jak umarłem jest poruszającym i bezkompromisowym opisem próby samobójczej i drogi prowadzącej z powrotem do życia. To nie tylko osobista historia autora, lecz także dogłębna analiza współczesnych problemów psychicznych i ich miejsca w społeczeństwie. To również refleksje nad samobójstwem i ciemnymi zakamarkami ludzkiej natury.

Szwedzki bestseller i współczesny klasyk, mocna opowieść o zdrowiu psychicznym i samobójstwie. Na podstawie książki nakręcono wielokrotnie nagradzany serial dokumentalny „Trzydzieści żyć tygodniowo”. Niklas Ekdal, ceniony dziennikarz i autor, kochający ojciec i mąż, porusza szczerą opowieścią o próbie samobójczej, która zmieniła jego życie. Kiedy po wypadku jego świat pogrążył się w ciszy i ciemności, podjął decyzję o zakończeniu wszystkiego.

"W najmroczniejszym okresie myślę o ludziach, którzy pokonali całą drogę i rzucili się z wysokiego wzniesienia. Większość z nich umiera i nie może zaświadczyć, jakie towarzyszy temu uczucie. Nieliczni, którzy przeżyli – na przykład skok z Golden Gate w San Francisco – mają do przekazania pewną naukę. Czasopismo „The New Yorker” opowiada ich historię.Kiedy skacze się z siedemdziesięciu metrów, ma się kilka sekund na myślenie, dokładniej rzecz biorąc cztery i pół. Wszyscy, którzy znajdowali się na grawitacyjnym terenie granicznym, mówią to samo. Żałują swojej decyzji. Moje problemy to drobnostka, dałoby się je rozwiązać." Fragment książki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 371

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Ni­klas Ek­dal Jak umar­łem i zro­zu­mia­łem, że wszystko ma swój sens
Wy­dawca: Kom­pa­nia Me­diowa sp. z o.o. ul. Chełm­ska 21, bu­dy­nek 4A 00–724 War­szawawww.kmbo­oks.pl
Wszyst­kie pu­bli­ka­cje Wy­daw­nic­twa Kom­pa­nia Me­diowa do­stępne są także w for­mie au­dio­bo­oków i ebo­oków
Śledź na­sze no­wo­ści:https://www.youtube.com/chan­nel/UCGi­ZnO­Xxm­By­3n7K7Z6LVY8Ahttps://pl-pl.fa­ce­book.com/kom­pa­nia­me­diowa/
Hur jag dog - och fick klart för mig hur allt hän­ger ihop
Co­py­ri­ght © Ni­klas Ek­dal och Brom­bergs Bok­för­lag AB, 2016 Co­py­ri­ght © Po­lish edi­tion Kom­pa­nia Me­diowa, 2025 Co­py­ri­ght © Po­lish trans­la­tion Agata Te­pe­rek, 2025 All ri­ghts re­se­rved.
Koszt tego tłu­ma­cze­nia zo­stał po­kryty dzięki do­ta­cji od Szwedz­kiej Rady ds. Kul­tury, za co wy­ra­żamy na­szą wdzięcz­ność. The cost of this trans­la­tion was sup­por­ted by a sub­sidy from the Swe­dish Arts Co­un­cil, gra­te­fully ack­now­led­ged.
ISBN 978-83-973518-7-5
Pro­jekt okładki: Ka­ta­rzyna Ko­nior / stu­dio.blu­emango.pl
Skład i ła­ma­nie: TYPO 2 Jo­lanta Ugo­row­ska
Re­dak­cja: Mag­da­lena Hil­de­brand
Ko­rekta: Mi­ro­sława Ko­strzyń­ska
Pro­duk­cja: Le­szek Mar­cin­kow­ski
Wszyst­kie prawa za­strze­żone
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Nasz świat jest chory, a ona po­sta­wiła

prze­ni­kliwą dia­gnozę. Przej­rzała wszyst­kie brudy

poza swoją neu­rozą.

Ola Ma­gnell På sne­spår (1975)

Li­sto­pad 2012 roku

Je­sień. Pew­nego po­chmur­nego dnia z po­ło­żo­nego na pod­da­szu miesz­ka­nia na sztok­holm­skim Söder­mal­mie zjeż­dżam windą do piw­nicy. W ręce: torba na lap­topa z li­tro­wym kar­to­nem prze­ter­mi­no­wa­nego jo­gurtu na­tu­ral­nego i kil­ku­na­stoma opa­ko­wa­niami ta­ble­tek, naj­bar­dziej tru­ją­cych, ja­kie udało mi się zna­leźć w do­mo­wej ap­teczce.

Na siód­mym pię­trze mam swoje ży­cie, wpraw­dzie już pięć­dzie­się­cio­let­nie, ale mimo wszystko lep­sze niż to, o ja­kim mo­głem po­ma­rzyć w dzie­ciń­stwie. Troje cu­dow­nych dzieci i ko­bieta, która wciąż mnie ko­cha. W ciągu dłu­giej ka­riery za­wo­do­wej – od lo­kal­nej „Vim­merby Tid­ning” do naj­więk­szego dzien­nika w Szwe­cji „Da­gens Ny­he­ter”, od ma­szyny do pi­sa­nia po te­le­wi­zję i in­ter­net – utrzy­my­wa­łem serce i mózg w do­brej kon­dy­cji. Zjeź­dzi­łem nie­mal cały świat. Ści­ska­łem dło­nie że­bra­ków i pre­zy­den­tów. Nie­raz po­dej­mo­wa­łem spore ry­zyko, ale szczę­ście na ogół mi sprzy­jało, do­ro­bi­łem się więk­szych pie­nię­dzy, niż je­stem w sta­nie wy­dać, mam wię­cej przy­ja­ciół, niż czasu, by się z nimi spo­ty­kać.

Je­stem u szczytu ży­cia. Te­raz umrę.

Naj­pierw kilka ły­ków jo­gurtu, pro­duktu, któ­rego sensu ni­gdy nie udało mi się po­jąć. Po co kon­ser­wo­wać mleko bak­te­riami, skoro i tak musi stać w lo­dówce?

Czy to wła­śnie bę­dzie moja ostat­nia myśl?

Nie mógł­bym wpaść na coś lep­szego?

Głę­boko w płuca na­bie­ram po­wie­trza peł­nego ku­rzu. Pierw­sze opa­ko­wa­nie: pro­ma­zyna, pięć­dzie­siąt sztuk. Prze­ły­ka­nie idzie mi opor­nie. Na mo­ment pro­stuję się i roz­glą­dam: narty, ro­wery, al­bumy ze zdję­ciami, wy­cinki z ga­zet, pu­dła z książ­kami, które na­pi­sa­łem i trzy­mam, żeby je roz­dać.

Na­wet tu – pod zie­mią – wi­dać, że jest to ży­cie pełne ra­do­ści, trium­fów i tra­ge­dii. Co jest naj­waż­niej­sze, gdy ma się mi­nutę, żeby spoj­rzeć na swoją prze­szłość? Może wcale nie to, co nie­po­radne i próżne, nie to, co się zro­biło, lecz to, czego się nie zro­biło. Nie wy­rzą­dzi­łem ni­komu krzywdy ani ni­kogo nie upo­ko­rzy­łem, do­brze, całe szczę­ście. Dziś jed­nak nie szu­kam prze­ba­cze­nia, a snu. Jest tyle rze­czy, dla któ­rych warto żyć, tylko brak mi sił. Wszystko jest lep­sze od tego bólu głowy.

Te­raz już raz-dwa z tymi ta­blet­kami, żeby za­dzia­łały jed­no­cze­śnie. Stil­noct, Oxa­scand, Flu­ni­tra­ze­pam, Zo­pi­klon, Alve­don, Mir­ta­za­pin, The­ra­len i reszta, jak­kol­wiek się na­zy­wają. Garść za gar­ścią, cóż za uczta. Kiedy opa­ko­wa­nia leżą już pu­ste na pod­ło­dze, czuję pierw­sze zba­wienne za­wroty głowy. Stres ustę­puje. Amen, przyjdź, Pa­nie Jezu, czy kto ma dy­żur tego wie­czoru, je­śli gdzieś ist­nieje ja­kiś inny świat.

Da­łem za wy­graną, je­stem go­tów, kładę się na be­to­nie.

***

Maj 2011 roku

Jak wy­lą­do­wa­łem w tej piw­nicy? Cof­nijmy się o rok.

Ob­cho­dzę pięć­dzie­siąte uro­dziny i tro­chę po­pi­łem. Na przy­ję­cie do swo­jego miesz­ka­nia za­pro­si­łem kil­ka­set osób – od przy­ja­ciół z dzie­ciń­stwa, przez bez­dom­nych, po mi­liar­de­rów i am­ba­sa­do­rów. Można po­wie­dzieć, ot, pe­łen prze­krój Szwe­cji, z prze­wa­ża­jącą re­pre­zen­ta­cją lu­dzi me­diów, z któ­rymi pra­co­wa­łem w ostat­nich la­tach.

Brzozy wła­śnie roz­wi­jają li­ście, to naj­pięk­niej­sza pora roku. Kiedy idę na spa­cer po Lån­ghol­men, żeby wy­my­ślić mowę po­wi­talną, nucę so­bie kilka li­ni­jek Nya per­spek­tiv (Nowe per­spek­tywy) Oli Ma­gnella, ty­pową me­lo­dię z lat 70.:

Gdy stra­ci­łeś już opar­cie i kon­takty

I od­kry­wasz roz­trwo­niony ka­pi­tał

Gdy na oślep pę­dząc, do­sta­jesz ka­ta­rakty

I opła­ku­jesz swój stra­cony ideał

Gdy bra­kuje ci przy­ja­ciół i gwa­ran­cji

I cał­kiem sam zaj­mu­jesz swój pie­de­stał

Po­śród mo­rza próż­nych i nie­szcze­rych gra­tu­la­cji

Od tych, co cze­kają, byś do prze­mó­wie­nia wstał.

Kryje się w tym iro­nia losu – mu­sia­łem coś prze­czu­wać, ka­tu­jąc tę płytę przed trzy­dzie­stoma pię­cioma laty. Je­stem wsio­chem, który je­dy­nie tyra w Sztok­hol­mie. Skąd więc się wzięli ci moi wpły­wowi zna­jomi?

Po­sta­na­wiam, że nie będę się dłu­żej nad tym za­sta­na­wiał. Aku­rat tego wio­sen­nego dnia nie mam naj­mniej­szego pro­blemu z po­go­dze­niem róż­nych ról spo­łecz­nych – ojca ro­dziny i czło­wieka me­diów – z daw­nymi ma­rze­niami o wol­no­ści.

Je­śli coś mnie uwiera, to świa­do­mość, że na­gle mam nie­spo­dzie­wa­nie dużo do stra­ce­nia. To, jak wiele, wkrótce sta­nie się dla mnie ja­sne.

Śmieję się do sie­bie i sto­jąc pod drze­wem, spo­glą­dam na gład­kie jak lu­stro je­zioro Me­lar. We­soły, dumny, za­do­wo­lony z ży­cia, po­korny, wdzięczny, po­dzi­wiany, po­go­dzony z sa­mym sobą. Cał­ko­wi­cie sam na swoim pie­de­stale.

Przy­ję­cie z oka­zji pięć­dzie­sią­tych uro­dzin oka­zuje się mięk­kim lą­do­wa­niem. Szam­pan leje się stru­mie­niami, a ca­te­ring z re­stau­ra­cji Rolfs Kök wcho­dzi gładko: gril­lo­wany tuń­czyk, świeże szpa­ragi, wszystko to, co lu­bię. Go­ście się śmieją tak, że echo nie­sie się do ko­ścioła Höga­lid. Wiele osób nie wi­działo się od dzie­się­cio­leci. Moi wierni go­ście nie ocze­kują ode mnie prze­mó­wie­nia, ale ja i tak wcho­dzę na krze­sło:

Ze­szłej zimy umarła moja mama. Nie jest lekko zo­stać sie­rotą, ale jest tu jej ko­le­żanka z dzie­ciń­stwa. Po pro­stu coś nie­sa­mo­wi­tego. Spę­dziły je wspól­nie w la­tach trzy­dzie­stych w Jön­köpingu. Jest z nami też moja sio­stra, którą znam od sześć­dzie­sią­tego pierw­szego roku, i ko­lega ze szkółki nie­dziel­nej, do któ­rej cho­dzi­li­śmy ra­zem w sześć­dzie­sią­tym pią­tym.

Kiedy ktoś do­żywa mo­jego wieku, uświa­da­mia so­bie, jaki wpływ wy­warli na nim przy­ja­ciele. Czemu w ogóle zo­sta­łem dzien­ni­ka­rzem? Przez J. Jesz­cze przed koń­cem gim­na­zjum re­da­go­wał do­da­tek mo­to­cros­sowy w lo­kal­nej ga­ze­cie. My­śla­łem so­bie, że skoro można być re­por­te­rem w Väste­rviku, to rów­nie do­brze można być nim w Ki­sie. J. stał się dla mnie wzo­rem, ale po­wi­nien był cho­dzić z taką ta­bliczką, jaką po­ka­zują w Jac­kass: Don’t try this at home.

M. to zdrow­szy wzo­rzec, nie tylko na bo­isku jako prawy obrońca w Al­l­sven­skan. Na kier­ma­szu ksią­żek w sie­dem­dzie­sią­tym siód­mym oznaj­mił coś, co mną wstrzą­snęło: „Zo­stanę in­te­lek­tu­ali­stą”. Wow, skoro można być in­te­lek­tu­ali­stą w Åtvi­da­bergu, można nim być też w Ki­sie. I tak od czy­ta­nia Ka­czora Do­nalda prze­sze­dłem od razu do Kafki, Ko­estlera i Kro­pot­kina.

Okrężną drogą, za­ha­cza­jąc o kilka wo­jen, tra­fi­łem na li­te­ra­tu­ro­znaw­stwo na Uni­wer­sy­te­cie w Lund, gdzie T., mój ko­lega z ONZ, po­ka­zał mi ogło­sze­nie ze Sztabu Ge­ne­ral­nego. Stoi tu­taj D., który mnie w nim za­trud­nił, naj­lep­szy szef, ja­kiego kie­dy­kol­wiek mia­łem. Wy­gra­li­śmy zimną wojnę, to bar­dziej za­sługa D. niż moja, a ja za­mie­ni­łem śro­do­wi­sko pa­ra­no­iczne na ma­nia­kalno-de­pre­syjne: prze­sze­dłem do po­po­łu­dniówki.

W „Expres­sen” mia­łem szczę­ście pra­co­wać z pu­bli­cy­stą P. zna­ją­cym U. z działu kul­tury, która miała młod­szą sio­strę C. O czwar­tej nad ra­nem 10 lipca 1994 roku ką­pa­li­śmy się nago na Lån­ghol­men, a po­tem pi­li­śmy ka­kao i ca­lva­dosa na moim bal­ko­nie, pa­trząc na wscho­dzące nad Rid­dar­fjär­den słońce. Kilka go­dzin póź­niej Szwe­cja za­jęła trze­cie miej­sce w mi­strzo­stwach świata w piłce noż­nej. Kry­zys lat dzie­więć­dzie­sią­tych do­biegł końca, a moje ży­cie ro­dzinne – w kom­ple­cie ze wspa­nia­łymi dziećmi i te­ściami – wła­śnie się roz­po­czy­nało. Tak szczę­śli­wie może się to wszystko skoń­czyć dla ko­goś, kto jest po­datny na wpływy.

Gdy bu­dzę się na­stęp­nego dnia, jest mi lekko na du­szy. Sie­dzę na bal­ko­nie i słu­cham pięk­nego ka­wałka, który do­sta­łem w pre­zen­cie od zna­jo­mego wo­ka­li­sty. Turn on the Li­ght z grupą The Tan­ge­ri­nes. Mówi o la­tach 60.: when we were ra­cing to the moon, and past. Po­tem całą ro­dziną je­dziemy na pół­noc od Sztok­holmu obej­rzeć wy­sta­wiony na sprze­daż dwór i skła­dam ofertę z wie­loma ze­rami na końcu.

Za­kup na szczę­ście nie do­cho­dzi do skutku. Na­stę­pu­jący za­raz po­tem okres jest z ko­lei jak sen. Po­go­dzi­łem się z tym, że mama ode­szła. Za­cho­wa­łem ser­deczne wspo­mnie­nia z przy­ję­cia. Cie­szę się wol­no­ścią w ży­ciu – mogę pi­sać i po­dró­żo­wać. Wy­daję książkę, która zo­staje do­brze przy­jęta, pra­cuję nad ko­lejną. Cie­szę się, że parę lat wcze­śniej zre­zy­gno­wa­łem z kie­row­ni­czej po­sady w „Da­gens Ny­he­ter”; zro­bi­łem to w chwili, gdy było naj­faj­niej, a praca po­woli za­czy­nała ro­bić się po­wta­rzalna.

I tak pew­nego sło­necz­nego wie­czoru wcze­snym la­tem jadę na ro­we­rze do Fre­scati, żeby po­grać w piłkę. Już samo to: ko­pa­nie piłki dwa razy w ty­go­dniu, gdy jest się dwa­dzie­ścia lat star­szym od Zla­tana, wy­maga mnó­stwa idio­tycz­nych przy­go­to­wań, trzy­dzie­sto­mi­nu­to­wego roz­cią­ga­nia, czego się jed­nak nie robi dla tego, co się ko­cha.

Mecz za­czyna się do­brze, może na­wet za do­brze. Z głowy szybko ula­tują mi szy­ko­wane na nad­cho­dzący ty­dzień po­ga­danki i ma­nu­skrypt, który wał­ko­wa­łem cały dzień. Głów­kuję, gryzę trawę na bo­isku, nie czuję jed­nak zmę­cze­nia, dry­bluję, po­daję piłkę, śmieję się. Ko­lana, ścię­gna, plecy – wszystko wy­daje się ta­kie nie­waż­kie, jak wtedy, gdy mia­łem osiem­na­ście lat.

Piłka znika w rogu bo­iska. Na mo­ment za­trzy­muję się przy li­nii środ­ko­wej. Wtem na peł­nym ga­zie wpada na mnie z tyłu po sko­sie za­wod­nik prze­ciw­nej dru­żyny, wzrok ma utkwiony w dali. Ude­rza czo­łem w moją skroń.

Duży chłop, po­nad osiem­dzie­siąt kilo ży­wej wagi. Czuję się tak, jakby prze­je­chał mnie roz­pę­dzony po­ciąg, i od­rzuca mnie na kilka me­trów. Upa­dam na zie­mię i przed oczami robi mi się ciemno. Ja­kimś cu­dem zwle­kam się z bo­iska i do­cie­ram do domu.

Kiedy na­stęp­nego dnia otwie­ram oczy, nie je­stem w sta­nie prze­czy­tać ga­zety.

***

Na­sze ży­cie to nie­po­ro­zu­mie­nie. Zmy­sły nas zwo­dzą: wy­daje nam się, że do­świad­czamy cze­goś in­nego, niż dzieje się na­prawdę.

Kiedy ja­kiś sa­mo­chód cię wy­prze­dza, wi­dzisz go przez chwilę na dro­dze przed sobą. Te z ko­lei, które ty mi­jasz, zni­kają z pola wi­dze­nia. Od­no­sisz więc błędne wra­że­nie, że inni jadą szyb­ciej, przez co jesz­cze bar­dziej do­ci­skasz gaz do de­chy.

Dzięki Al­ber­towi Ein­ste­inowi wia­domo, że czas i prze­strzeń to dwie strony tego sa­mego me­dalu. W praw­dzi­wym ży­ciu te wy­miary wy­dają się jed­nak ze sobą nie­po­wią­zane, dzieje się tak dla­tego, że je­ste­śmy mali, ży­jemy tylko przez krótką chwilę i po­ru­szamy się dra­ma­tycz­nie wolno. Ni­gdy nie do­cie­ramy więc do ko­smicz­nej rze­czy­wi­sto­ści. Nie ma jed­nak nic złego w tym, żeby cza­sem po­psio­czyć na swoje zmy­sły.

Bo weźmy pa­ra­doks przy­jaźni. Czy­sto ma­te­ma­tycz­nie rzecz bio­rąc, twoi zna­jomi będą mieli wię­cej przy­ja­ciół, niż wy­nika ze śred­niej. Sta­ty­stycz­nie dużo bar­dziej praw­do­po­dobne jest to, że bę­dziesz mieć kum­pla, który zna sto osób, niż ta­kiego, który zna pięć. Twój spo­sób po­strze­ga­nia rze­czy­wi­sto­ści bę­dzie więc przez to rów­nie spa­czony, co ten na szo­sie: oto­cze­nie spra­wia wra­że­nie bar­dziej roz­pę­dzo­nego od cie­bie, na­wet je­śli lu­dzie sie­dzą sami w domu i je­dząc chiń­ską zupkę, oglą­dają ostatni se­zon Przy­ja­ciół.

Naj­więk­sze skrzy­wie­nie do­ty­czy tego, jak po­strze­gamy ży­cie i śmierć. Wo­kół nas pę­dzą zdrowi lu­dzie ze wzro­kiem utkwio­nym w te­le­fo­nach. Ale za każdą żywą jed­nostką stoją ty­siące, mi­liony jej po­przed­ni­ków, któ­rzy ob­ró­cili się w pył. Więk­szo­ści osób cho­rych, sta­rych czy nie­peł­no­spraw­nych w ogóle nie do­strze­gamy, bo sie­dzą scho­wani w do­mach opieki. Stąd też na­sze spa­czone prze­ko­na­nie o wa­run­kach ży­cia. Nor­mal­no­ścią nie jest wcale cie­sze­nie się peł­nią sił. Czymś nor­mal­nym jest nie żyć, nie ist­nieć, ugi­nać się pod wpły­wem gra­wi­ta­cji.

Je­śli pój­dzie się do lasu, zmiana staje się wy­raź­niej­sza. Zwie­rzęta umie­rają młodo. Przy­roda nie zo­sta­wia im ani mi­li­me­tra na sła­bość. To bul­go­czące ży­cie jest od­stęp­stwem od normy, kro­plą w oce­anie prze­mi­ja­nia.

Li­te­ra­tura też nas zwo­dzi. W eseju O cho­ro­wa­niu Vir­gi­nia Wo­olf za­sta­na­wia się, czemu jest tak nie­skoń­cze­nie wiele opo­wie­ści o mi­ło­ści, a tak mało o cho­ro­bie: „Wszak o gry­pie można by na­pi­sać całe po­wie­ści, po­ematy epic­kie o ty­fu­sie, ody do za­pa­le­nia płuc, li­ryki po­świę­cone bó­lowi zę­bów”[1]. Cho­ciaż to wła­śnie cho­roba jest prze­cież naj­pow­szech­niej­szym do­świad­cze­niem, ja­kie tylko ist­nieje. Ten, kogo do­się­gnie, nie jest w sta­nie my­śleć o ni­czym in­nym, ale w na­szych bi­blio­te­kach aż roi się od wy­par­cia. Li­czy się du­sza, nie ciało, cho­ciaż efe­me­rycz­ność na­szej eg­zy­sten­cji jest naj­bar­dziej fun­da­men­talną za­sadą.

„Kiedy się weź­mie pod uwagę – pi­sze Vir­gi­nia Wo­olf – jak po­wszech­nym sta­nem jest cho­roba, jak po­tężne zmiany du­chowe nie­sie z sobą, jak zdu­mie­wa­jące, wraz z przy­ćmie­niem świa­teł zdro­wia, otwie­rają się przed nami kra­iny, do­tąd nie­od­kryte, ja­kie ugory i pust­ko­wia du­szy ujaw­nia naj­lżej­szy na­wet atak in­flu­ency, ja­kie urwi­ska i łąki usiane ja­snym kwie­ciem od­krywa przed nami naj­drob­niej­szy skok tem­pe­ra­tury, ja­kie to od­wieczne i mo­carne dęby prze­wra­cają się z ko­rze­niami, gdy za­ata­kuje nas sła­bość, a kiedy wy­ry­wamy ząb, jak wcho­dzimy w ot­chłań śmierci, czu­jąc, że wody uni­ce­stwie­nia za­my­kają się nam nad gło­wami i bu­dzimy się prze­ko­nani, że je­ste­śmy wśród chó­rów aniel­skich i nie­bie­skich har­fi­stów”[2]. Try­ska­nie zdro­wiem i nie­od­czu­wa­nie bólu sta­no­wią szczę­śliwy wy­ją­tek. Przy­gnę­bie­nie? Nie­ko­niecz­nie. Te nie­po­jęte prze­ciw­no­ści, ja­kie sta­wia przed nami ży­cie, czy­nią na­sze ist­nie­nie jesz­cze bar­dziej ma­gicz­nym. Każdy od­dech to uczta. Sa­mo­bój­stwo – tra­giczne mar­no­traw­stwo.

***
[1] Vir­gi­nia Wo­olf, O cho­ro­wa­niu, tłum. Mag­da­lena Hey­del, Wy­daw­nic­two Czarne, Wo­ło­wiec 2010, s. 30.
[2] Tamże, s. 29–30.

Maj 1961 roku

Uro­dzi­łem się tego sa­mego dnia co Geo­rge Clo­oney. Może nie do końca da się to po­rów­nać z dziećmi pół­nocy, które przy­szły na świat w chwili uzy­ska­nia przez In­die nie­pod­le­gło­ści, ale za­wsze coś. Nikt nie za­prze­czy, że rok 1961 był wy­jąt­kowy. Pierw­sza data od 1881 roku, którą dało się za­pi­sać tak samo do góry no­gami. Na­stępny raz zda­rzy się to w 6009 roku.

Sam akt na­ro­dzin jest, oczy­wi­ście, dość try­wialny, każdy z nas tego do­ko­nał. Nie ma nic prost­szego od sta­nia się dziec­kiem lub – mó­wiąc do­kład­niej – zro­bie­nia dziecka. Trud­no­ści po­ja­wiają się do­piero po­tem.

Je­dy­nym śla­dem przyj­ścia przeze mnie na świat w szpi­talu w Vär­namo jest kilka nie­ostrych czarno-bia­łych zdjęć i no­tatka w sfa­ty­go­wa­nym ka­len­da­rzu taty. „Przy­jazd ma­łego do domu”. Do tego karta od po­łoż­nej z ad­no­ta­cjami na te­mat ży­wie­nia i wagi: 6 maja 3710 gra­mów, 8 li­sto­pada 9330 gra­mów. Przy czwar­tej wi­zy­cie – w oko­li­cach Mid­som­mar – za­pi­sano „pierś + mie­szanka”. Do tam­tego czasu mamę już zmę­czyło kar­mie­nie pier­sią.

Fol­khem­met – dom ludu – nie po­zo­sta­wiał nic przy­pad­kowi. Po­czu­cie, że je­stem oto­czony do­bro­by­tem to­wa­rzy­szyło mi przez całe ży­cie – obo­wiąz­kowe szcze­pie­nia, opieka sto­ma­to­lo­giczna, edu­ka­cja, służba woj­skowa, po­życzki stu­denc­kie, po­datki, po­go­to­wie. Ży­cie mo­jej ma­łej ro­dziny mo­gło być jed­nak nie­prze­wi­dy­walne, a wielki świat groźny, ale jedno od dru­giego od­dzie­lał gę­sty kor­don urzęd­ni­ków pań­stwo­wych przyj­mu­ją­cych nas z otwar­tymi ra­mio­nami i prze­krzy­wio­nymi z po­li­to­wa­niem gło­wami.

Clo­oney i ja przy­szli­śmy na ten świat w sza­lo­nej epoce. Gdy pew­nego dnia na­sze ciała zo­staną pod­dane sek­cji, pa­to­lo­dzy znajdą w szpiku ślady tego sza­leń­stwa w po­staci za­nie­czysz­czeń śro­do­wi­ska i po­zo­sta­ło­ści po te­stach bomb ato­mo­wych. Naj­więk­szym wa­riac­twem było zbro­je­nie się, które osią­gnęło punkt kul­mi­na­cyjny je­sie­nią 1961 roku. Stany Zjed­no­czone miały wów­czas w ma­ga­zy­nach po­nad dwa­dzie­ścia ty­sięcy ła­dun­ków ją­dro­wych, Zwią­zek Ra­dziecki – jedną dzie­siątą tego. Ale roz­pici ko­mu­ni­ści w Mo­skwie dys­po­no­wali bro­nią kom­pen­su­jącą tę prze­paść: bez­mia­rem ziemi. Tak więc 30 paź­dzier­nika 1961 roku o 11.32 zor­ga­ni­zo­wali w ar­chi­pe­lagu No­wej Ziemi na Oce­anie Ark­tycz­nym naj­strasz­liw­szy po­kaz fa­jer­wer­ków, jaki świat wi­dział, tylko po to, żeby za­de­mon­stro­wać wszem wo­bec, że mogą.

Car-bomba miała moc od­po­wia­da­jącą pięć­dzie­się­ciu mi­lio­nom ton tro­tylu, po­nad trzem ty­siącom bomb spusz­czo­nych na Hi­ro­szimę. Fala ude­rze­niowa kil­ku­krot­nie obie­gła zie­mię, a szyby trzę­sły się w oknach na­wet w od­le­głej Nor­we­gii, chmura dymu w kształ­cie grzyba się­gała po­wy­żej stra­tos­fery. Więk­szość ener­gii znik­nęła w ko­smo­sie, po­nie­waż jed­nak ogni­sta kula ude­rzyła o zie­mię, znisz­cze­nie było to­talne na ob­sza­rze o pro­mie­niu kil­ku­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów, a opady ra­dio­ak­tywne wiatr roz­niósł po ca­łym świe­cie.

Lu­dzie, któ­rzy wciąż mieli do­brze w pa­mięci wojnę świa­tową, są­dzili oczy­wi­ście, że są już za­le­d­wie o krok od osta­tecz­nego upadku świata. Łączna siła de­to­na­cji, do któ­rych do­szło pod­czas dwu­dzie­sto­wiecz­nych kon­flik­tów, była mniej­sza niż tej jed­nej bomby wo­do­ro­wej. A te­raz su­per­mo­car­stwa sie­działy z pal­cami na de­to­na­to­rach.

Zgod­nie z kon­cep­cją car-bomby je­den sa­mo­lot miał wy­star­czyć, żeby prze­drzeć się przez li­nię obrony prze­ciw­nika i tra­fić mniej wię­cej w cel. Ma­sowe mor­der­stwo było na tyle gro­te­skowe, by zła­mać prze­ciw­nika. W grze we flip­pera ze śmier­cią Ame­ry­ka­nie byli nieco bar­dziej wy­ra­fi­no­wani, mimo że z fil­mów, ta­kich jak Dr Stran­ge­love, czyli jak prze­sta­łem się mar­twić i po­ko­cha­łem bombę, można by od­nieść prze­ciwne wra­że­nie. W 1961 roku te­sto­wano mię­dzy­kon­ty­nen­talny po­cisk ba­li­styczny Mi­nu­te­man. Przed tak pre­cy­zyjną bro­nią nie spo­sób się sku­tecz­nie bro­nić; szcze­gól­nie nie wtedy, gdy jest roz­miesz­czona na okrę­tach pod­wod­nych. Dzięki temu ła­dunki mo­gły być słab­sze. Rów­no­wagę ter­roru opra­co­wy­wano we­dle dok­tryny MAD – Mu­tual As­su­red De­struc­tion.

Za­głada gwa­ran­to­wana. Żad­nych re­kla­ma­cji.

At­mos­fera była wów­czas do tego stop­nia ner­wowa, że wiele razy mo­gło dojść do wojny ato­mo­wej przez zwy­kłą po­myłkę. W tej kwe­stii nie­wiele się zmie­niło, na­wet je­śli wy­daje nam się, że Car­rie Ma­thi­son z Ho­me­land i Frank Un­der­wood z Ho­use of Cards pa­nują obec­nie nad sy­tu­acją. Poza Ame­ry­ka­nami i Ro­sja­nami, okrę­tami pod­wod­nymi z ła­dun­kami ato­mo­wymi pły­wają so­bie Bry­tyj­czycy, Fran­cuzi, Hin­dusi i Chiń­czycy. Izrael, Pa­ki­stan, Ko­rea Pół­nocna, Iran i ich przy­ja­ciele ter­ro­ry­ści nie są wcale da­leko w tyle. Wszystko może się zda­rzyć.

Świat wciąż ma skłon­no­ści sa­mo­bój­cze, ale nie jest aż tak sza­lony jak w 1961 roku. To wtedy wznie­siono mur ber­liń­ski, by Niemcy ze Wschodu nie mo­gli uciec z raju klasy ro­bot­ni­czej. W Szwe­cji przed­się­bior­stwo far­ma­ceu­tyczne Astra po­dej­rze­wało, że Ta­li­do­mid, lek na do­bry na­strój, nie jest od­po­wiedni dla ko­biet w ciąży, a przede wszyst­kim dla no­szo­nego przez nie płodu. Kiedy dzie­sięć ty­sięcy dzieci uro­dziło się bez nóg i rąk, było za późno. Na ma­rze­nie o Ta­bletce (przez duże T) ni­we­lu­ją­cej wszel­kie ludz­kie nie­do­sko­na­ło­ści po raz pierw­szy padł cień.

W lipcu 1961 roku uto­pił się szwedzki po­eta Hjal­mar Gul­l­berg. Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie sty­rany ży­ciem ame­ry­kań­ski pi­sarz Er­nest He­min­gway przy­ło­żył strzelbę do głowy na ran­czu w Idaho; miał sześć­dzie­siąt je­den lat i zo­stał od­sta­wiony na boczny tor. To je­den z sym­bo­licz­nych punk­tów zwrot­nych XX wieku – upa­dek chle­ją­cej, za­szczu­tej, wal­czą­cej mę­sko­ści. Strzał po­sta­wił też kropkę – za­koń­czył opo­wieść o stra­co­nym po­ko­le­niu, które po pierw­szej woj­nie świa­to­wej nie po­kła­dało już wiary w cy­wi­li­za­cji. Papa He­min­gway zo­stał znie­siony ze sceny. Za­miast niego wkro­czyły na nią no­wo­cze­śniej­sze sławy: Ken­nedy, The Be­atles, Ga­ga­rin czy Amne­sty In­ter­na­tio­nal.

La­tem 1961 roku dzie­więt­na­sto­letni Brian Wil­son nu­cił so­bie w Los An­ge­les pierw­szą pio­senkę na­pi­saną dla Be­ach Boys. Brian nie sły­szał na jedno ucho, bo w dzie­ciń­stwie czę­sto do­sta­wał la­nie od ojca. Ży­cie nie oszczę­dzało tego prysz­cza­tego mło­dzieńca, ale pio­senka Sur­fer Girl wkrótce miała wszystko zmie­nić.

Inny świat był chyba moż­liwy. Z mroku wy­ło­ni­li­śmy się na świa­tłość, Clo­oney i ja.

***

Nie wolno od­bie­rać so­bie ży­cia. Na­wet je­śli ze­rwie się kon­takty ze świa­tem ze­wnętrz­nym, bę­dzie to akt prze­mocy wo­bec tych, któ­rym przyj­dzie zbie­rać szczątki. Za­wie­dzie się ży­cie i przy­szłość, które za­wsze trzy­mają w za­na­drzu nie­spo­dzie­wane dary, jak­kol­wiek bez­na­dziejna wy­daje się w da­nej chwili sy­tu­acja. Po­zo­stawi się bez­li­to­sny spa­dek krew­nym, któ­rzy zo­staną sami z py­ta­niami.

Do­brze to wszystko wie­dzia­łem, zjeż­dża­jąc windą do piw­nicy, ale nic nie miało już dla mnie więk­szego zna­cze­nia. Wy­łącz­nie tak mo­głem prze­stać cier­pieć, in­nego wyj­ścia nie było. Z braku lep­szego wy­tłu­ma­cze­nia, psy­chia­trzy na­zy­wają to za­zwy­czaj de­pre­sją.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki