Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
34 osoby interesują się tą książką
Jestem u szczytu życia. Teraz umrę. Opowieść o końcu, który stał się początkiem. Dla każdego, kto zmaga się z mrokiem – i dla tych, którzy chcą zrozumieć, jak można jednocześnie zniszczyć i odbudować z pozoru idealne życie. Jak umarłem jest poruszającym i bezkompromisowym opisem próby samobójczej i drogi prowadzącej z powrotem do życia. To nie tylko osobista historia autora, lecz także dogłębna analiza współczesnych problemów psychicznych i ich miejsca w społeczeństwie. To również refleksje nad samobójstwem i ciemnymi zakamarkami ludzkiej natury.
Szwedzki bestseller i współczesny klasyk, mocna opowieść o zdrowiu psychicznym i samobójstwie. Na podstawie książki nakręcono wielokrotnie nagradzany serial dokumentalny „Trzydzieści żyć tygodniowo”. Niklas Ekdal, ceniony dziennikarz i autor, kochający ojciec i mąż, porusza szczerą opowieścią o próbie samobójczej, która zmieniła jego życie. Kiedy po wypadku jego świat pogrążył się w ciszy i ciemności, podjął decyzję o zakończeniu wszystkiego.
"W najmroczniejszym okresie myślę o ludziach, którzy pokonali całą drogę i rzucili się z wysokiego wzniesienia. Większość z nich umiera i nie może zaświadczyć, jakie towarzyszy temu uczucie. Nieliczni, którzy przeżyli – na przykład skok z Golden Gate w San Francisco – mają do przekazania pewną naukę. Czasopismo „The New Yorker” opowiada ich historię.Kiedy skacze się z siedemdziesięciu metrów, ma się kilka sekund na myślenie, dokładniej rzecz biorąc cztery i pół. Wszyscy, którzy znajdowali się na grawitacyjnym terenie granicznym, mówią to samo. Żałują swojej decyzji. Moje problemy to drobnostka, dałoby się je rozwiązać." Fragment książki.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 371
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Nasz świat jest chory, a ona postawiła
przenikliwą diagnozę. Przejrzała wszystkie brudy
poza swoją neurozą.
Ola Magnell På snespår (1975)
Listopad 2012 roku
Jesień. Pewnego pochmurnego dnia z położonego na poddaszu mieszkania na sztokholmskim Södermalmie zjeżdżam windą do piwnicy. W ręce: torba na laptopa z litrowym kartonem przeterminowanego jogurtu naturalnego i kilkunastoma opakowaniami tabletek, najbardziej trujących, jakie udało mi się znaleźć w domowej apteczce.
Na siódmym piętrze mam swoje życie, wprawdzie już pięćdziesięcioletnie, ale mimo wszystko lepsze niż to, o jakim mogłem pomarzyć w dzieciństwie. Troje cudownych dzieci i kobieta, która wciąż mnie kocha. W ciągu długiej kariery zawodowej – od lokalnej „Vimmerby Tidning” do największego dziennika w Szwecji „Dagens Nyheter”, od maszyny do pisania po telewizję i internet – utrzymywałem serce i mózg w dobrej kondycji. Zjeździłem niemal cały świat. Ściskałem dłonie żebraków i prezydentów. Nieraz podejmowałem spore ryzyko, ale szczęście na ogół mi sprzyjało, dorobiłem się większych pieniędzy, niż jestem w stanie wydać, mam więcej przyjaciół, niż czasu, by się z nimi spotykać.
Jestem u szczytu życia. Teraz umrę.
Najpierw kilka łyków jogurtu, produktu, którego sensu nigdy nie udało mi się pojąć. Po co konserwować mleko bakteriami, skoro i tak musi stać w lodówce?
Czy to właśnie będzie moja ostatnia myśl?
Nie mógłbym wpaść na coś lepszego?
Głęboko w płuca nabieram powietrza pełnego kurzu. Pierwsze opakowanie: promazyna, pięćdziesiąt sztuk. Przełykanie idzie mi opornie. Na moment prostuję się i rozglądam: narty, rowery, albumy ze zdjęciami, wycinki z gazet, pudła z książkami, które napisałem i trzymam, żeby je rozdać.
Nawet tu – pod ziemią – widać, że jest to życie pełne radości, triumfów i tragedii. Co jest najważniejsze, gdy ma się minutę, żeby spojrzeć na swoją przeszłość? Może wcale nie to, co nieporadne i próżne, nie to, co się zrobiło, lecz to, czego się nie zrobiło. Nie wyrządziłem nikomu krzywdy ani nikogo nie upokorzyłem, dobrze, całe szczęście. Dziś jednak nie szukam przebaczenia, a snu. Jest tyle rzeczy, dla których warto żyć, tylko brak mi sił. Wszystko jest lepsze od tego bólu głowy.
Teraz już raz-dwa z tymi tabletkami, żeby zadziałały jednocześnie. Stilnoct, Oxascand, Flunitrazepam, Zopiklon, Alvedon, Mirtazapin, Theralen i reszta, jakkolwiek się nazywają. Garść za garścią, cóż za uczta. Kiedy opakowania leżą już puste na podłodze, czuję pierwsze zbawienne zawroty głowy. Stres ustępuje. Amen, przyjdź, Panie Jezu, czy kto ma dyżur tego wieczoru, jeśli gdzieś istnieje jakiś inny świat.
Dałem za wygraną, jestem gotów, kładę się na betonie.
Maj 2011 roku
Jak wylądowałem w tej piwnicy? Cofnijmy się o rok.
Obchodzę pięćdziesiąte urodziny i trochę popiłem. Na przyjęcie do swojego mieszkania zaprosiłem kilkaset osób – od przyjaciół z dzieciństwa, przez bezdomnych, po miliarderów i ambasadorów. Można powiedzieć, ot, pełen przekrój Szwecji, z przeważającą reprezentacją ludzi mediów, z którymi pracowałem w ostatnich latach.
Brzozy właśnie rozwijają liście, to najpiękniejsza pora roku. Kiedy idę na spacer po Långholmen, żeby wymyślić mowę powitalną, nucę sobie kilka linijek Nya perspektiv (Nowe perspektywy) Oli Magnella, typową melodię z lat 70.:
Gdy straciłeś już oparcie i kontakty
I odkrywasz roztrwoniony kapitał
Gdy na oślep pędząc, dostajesz katarakty
I opłakujesz swój stracony ideał
Gdy brakuje ci przyjaciół i gwarancji
I całkiem sam zajmujesz swój piedestał
Pośród morza próżnych i nieszczerych gratulacji
Od tych, co czekają, byś do przemówienia wstał.
Kryje się w tym ironia losu – musiałem coś przeczuwać, katując tę płytę przed trzydziestoma pięcioma laty. Jestem wsiochem, który jedynie tyra w Sztokholmie. Skąd więc się wzięli ci moi wpływowi znajomi?
Postanawiam, że nie będę się dłużej nad tym zastanawiał. Akurat tego wiosennego dnia nie mam najmniejszego problemu z pogodzeniem różnych ról społecznych – ojca rodziny i człowieka mediów – z dawnymi marzeniami o wolności.
Jeśli coś mnie uwiera, to świadomość, że nagle mam niespodziewanie dużo do stracenia. To, jak wiele, wkrótce stanie się dla mnie jasne.
Śmieję się do siebie i stojąc pod drzewem, spoglądam na gładkie jak lustro jezioro Melar. Wesoły, dumny, zadowolony z życia, pokorny, wdzięczny, podziwiany, pogodzony z samym sobą. Całkowicie sam na swoim piedestale.
Przyjęcie z okazji pięćdziesiątych urodzin okazuje się miękkim lądowaniem. Szampan leje się strumieniami, a catering z restauracji Rolfs Kök wchodzi gładko: grillowany tuńczyk, świeże szparagi, wszystko to, co lubię. Goście się śmieją tak, że echo niesie się do kościoła Högalid. Wiele osób nie widziało się od dziesięcioleci. Moi wierni goście nie oczekują ode mnie przemówienia, ale ja i tak wchodzę na krzesło:
Zeszłej zimy umarła moja mama. Nie jest lekko zostać sierotą, ale jest tu jej koleżanka z dzieciństwa. Po prostu coś niesamowitego. Spędziły je wspólnie w latach trzydziestych w Jönköpingu. Jest z nami też moja siostra, którą znam od sześćdziesiątego pierwszego roku, i kolega ze szkółki niedzielnej, do której chodziliśmy razem w sześćdziesiątym piątym.
Kiedy ktoś dożywa mojego wieku, uświadamia sobie, jaki wpływ wywarli na nim przyjaciele. Czemu w ogóle zostałem dziennikarzem? Przez J. Jeszcze przed końcem gimnazjum redagował dodatek motocrossowy w lokalnej gazecie. Myślałem sobie, że skoro można być reporterem w Västerviku, to równie dobrze można być nim w Kisie. J. stał się dla mnie wzorem, ale powinien był chodzić z taką tabliczką, jaką pokazują w Jackass: Don’t try this at home.
M. to zdrowszy wzorzec, nie tylko na boisku jako prawy obrońca w Allsvenskan. Na kiermaszu książek w siedemdziesiątym siódmym oznajmił coś, co mną wstrząsnęło: „Zostanę intelektualistą”. Wow, skoro można być intelektualistą w Åtvidabergu, można nim być też w Kisie. I tak od czytania Kaczora Donalda przeszedłem od razu do Kafki, Koestlera i Kropotkina.
Okrężną drogą, zahaczając o kilka wojen, trafiłem na literaturoznawstwo na Uniwersytecie w Lund, gdzie T., mój kolega z ONZ, pokazał mi ogłoszenie ze Sztabu Generalnego. Stoi tutaj D., który mnie w nim zatrudnił, najlepszy szef, jakiego kiedykolwiek miałem. Wygraliśmy zimną wojnę, to bardziej zasługa D. niż moja, a ja zamieniłem środowisko paranoiczne na maniakalno-depresyjne: przeszedłem do popołudniówki.
W „Expressen” miałem szczęście pracować z publicystą P. znającym U. z działu kultury, która miała młodszą siostrę C. O czwartej nad ranem 10 lipca 1994 roku kąpaliśmy się nago na Långholmen, a potem piliśmy kakao i calvadosa na moim balkonie, patrząc na wschodzące nad Riddarfjärden słońce. Kilka godzin później Szwecja zajęła trzecie miejsce w mistrzostwach świata w piłce nożnej. Kryzys lat dziewięćdziesiątych dobiegł końca, a moje życie rodzinne – w komplecie ze wspaniałymi dziećmi i teściami – właśnie się rozpoczynało. Tak szczęśliwie może się to wszystko skończyć dla kogoś, kto jest podatny na wpływy.
Gdy budzę się następnego dnia, jest mi lekko na duszy. Siedzę na balkonie i słucham pięknego kawałka, który dostałem w prezencie od znajomego wokalisty. Turn on the Light z grupą The Tangerines. Mówi o latach 60.: when we were racing to the moon, and past. Potem całą rodziną jedziemy na północ od Sztokholmu obejrzeć wystawiony na sprzedaż dwór i składam ofertę z wieloma zerami na końcu.
Zakup na szczęście nie dochodzi do skutku. Następujący zaraz potem okres jest z kolei jak sen. Pogodziłem się z tym, że mama odeszła. Zachowałem serdeczne wspomnienia z przyjęcia. Cieszę się wolnością w życiu – mogę pisać i podróżować. Wydaję książkę, która zostaje dobrze przyjęta, pracuję nad kolejną. Cieszę się, że parę lat wcześniej zrezygnowałem z kierowniczej posady w „Dagens Nyheter”; zrobiłem to w chwili, gdy było najfajniej, a praca powoli zaczynała robić się powtarzalna.
I tak pewnego słonecznego wieczoru wczesnym latem jadę na rowerze do Frescati, żeby pograć w piłkę. Już samo to: kopanie piłki dwa razy w tygodniu, gdy jest się dwadzieścia lat starszym od Zlatana, wymaga mnóstwa idiotycznych przygotowań, trzydziestominutowego rozciągania, czego się jednak nie robi dla tego, co się kocha.
Mecz zaczyna się dobrze, może nawet za dobrze. Z głowy szybko ulatują mi szykowane na nadchodzący tydzień pogadanki i manuskrypt, który wałkowałem cały dzień. Główkuję, gryzę trawę na boisku, nie czuję jednak zmęczenia, drybluję, podaję piłkę, śmieję się. Kolana, ścięgna, plecy – wszystko wydaje się takie nieważkie, jak wtedy, gdy miałem osiemnaście lat.
Piłka znika w rogu boiska. Na moment zatrzymuję się przy linii środkowej. Wtem na pełnym gazie wpada na mnie z tyłu po skosie zawodnik przeciwnej drużyny, wzrok ma utkwiony w dali. Uderza czołem w moją skroń.
Duży chłop, ponad osiemdziesiąt kilo żywej wagi. Czuję się tak, jakby przejechał mnie rozpędzony pociąg, i odrzuca mnie na kilka metrów. Upadam na ziemię i przed oczami robi mi się ciemno. Jakimś cudem zwlekam się z boiska i docieram do domu.
Kiedy następnego dnia otwieram oczy, nie jestem w stanie przeczytać gazety.
Nasze życie to nieporozumienie. Zmysły nas zwodzą: wydaje nam się, że doświadczamy czegoś innego, niż dzieje się naprawdę.
Kiedy jakiś samochód cię wyprzedza, widzisz go przez chwilę na drodze przed sobą. Te z kolei, które ty mijasz, znikają z pola widzenia. Odnosisz więc błędne wrażenie, że inni jadą szybciej, przez co jeszcze bardziej dociskasz gaz do dechy.
Dzięki Albertowi Einsteinowi wiadomo, że czas i przestrzeń to dwie strony tego samego medalu. W prawdziwym życiu te wymiary wydają się jednak ze sobą niepowiązane, dzieje się tak dlatego, że jesteśmy mali, żyjemy tylko przez krótką chwilę i poruszamy się dramatycznie wolno. Nigdy nie docieramy więc do kosmicznej rzeczywistości. Nie ma jednak nic złego w tym, żeby czasem popsioczyć na swoje zmysły.
Bo weźmy paradoks przyjaźni. Czysto matematycznie rzecz biorąc, twoi znajomi będą mieli więcej przyjaciół, niż wynika ze średniej. Statystycznie dużo bardziej prawdopodobne jest to, że będziesz mieć kumpla, który zna sto osób, niż takiego, który zna pięć. Twój sposób postrzegania rzeczywistości będzie więc przez to równie spaczony, co ten na szosie: otoczenie sprawia wrażenie bardziej rozpędzonego od ciebie, nawet jeśli ludzie siedzą sami w domu i jedząc chińską zupkę, oglądają ostatni sezon Przyjaciół.
Największe skrzywienie dotyczy tego, jak postrzegamy życie i śmierć. Wokół nas pędzą zdrowi ludzie ze wzrokiem utkwionym w telefonach. Ale za każdą żywą jednostką stoją tysiące, miliony jej poprzedników, którzy obrócili się w pył. Większości osób chorych, starych czy niepełnosprawnych w ogóle nie dostrzegamy, bo siedzą schowani w domach opieki. Stąd też nasze spaczone przekonanie o warunkach życia. Normalnością nie jest wcale cieszenie się pełnią sił. Czymś normalnym jest nie żyć, nie istnieć, uginać się pod wpływem grawitacji.
Jeśli pójdzie się do lasu, zmiana staje się wyraźniejsza. Zwierzęta umierają młodo. Przyroda nie zostawia im ani milimetra na słabość. To bulgoczące życie jest odstępstwem od normy, kroplą w oceanie przemijania.
Literatura też nas zwodzi. W eseju O chorowaniu Virginia Woolf zastanawia się, czemu jest tak nieskończenie wiele opowieści o miłości, a tak mało o chorobie: „Wszak o grypie można by napisać całe powieści, poematy epickie o tyfusie, ody do zapalenia płuc, liryki poświęcone bólowi zębów”[1]. Chociaż to właśnie choroba jest przecież najpowszechniejszym doświadczeniem, jakie tylko istnieje. Ten, kogo dosięgnie, nie jest w stanie myśleć o niczym innym, ale w naszych bibliotekach aż roi się od wyparcia. Liczy się dusza, nie ciało, chociaż efemeryczność naszej egzystencji jest najbardziej fundamentalną zasadą.
„Kiedy się weźmie pod uwagę – pisze Virginia Woolf – jak powszechnym stanem jest choroba, jak potężne zmiany duchowe niesie z sobą, jak zdumiewające, wraz z przyćmieniem świateł zdrowia, otwierają się przed nami krainy, dotąd nieodkryte, jakie ugory i pustkowia duszy ujawnia najlżejszy nawet atak influency, jakie urwiska i łąki usiane jasnym kwieciem odkrywa przed nami najdrobniejszy skok temperatury, jakie to odwieczne i mocarne dęby przewracają się z korzeniami, gdy zaatakuje nas słabość, a kiedy wyrywamy ząb, jak wchodzimy w otchłań śmierci, czując, że wody unicestwienia zamykają się nam nad głowami i budzimy się przekonani, że jesteśmy wśród chórów anielskich i niebieskich harfistów”[2]. Tryskanie zdrowiem i nieodczuwanie bólu stanowią szczęśliwy wyjątek. Przygnębienie? Niekoniecznie. Te niepojęte przeciwności, jakie stawia przed nami życie, czynią nasze istnienie jeszcze bardziej magicznym. Każdy oddech to uczta. Samobójstwo – tragiczne marnotrawstwo.
Maj 1961 roku
Urodziłem się tego samego dnia co George Clooney. Może nie do końca da się to porównać z dziećmi północy, które przyszły na świat w chwili uzyskania przez Indie niepodległości, ale zawsze coś. Nikt nie zaprzeczy, że rok 1961 był wyjątkowy. Pierwsza data od 1881 roku, którą dało się zapisać tak samo do góry nogami. Następny raz zdarzy się to w 6009 roku.
Sam akt narodzin jest, oczywiście, dość trywialny, każdy z nas tego dokonał. Nie ma nic prostszego od stania się dzieckiem lub – mówiąc dokładniej – zrobienia dziecka. Trudności pojawiają się dopiero potem.
Jedynym śladem przyjścia przeze mnie na świat w szpitalu w Värnamo jest kilka nieostrych czarno-białych zdjęć i notatka w sfatygowanym kalendarzu taty. „Przyjazd małego do domu”. Do tego karta od położnej z adnotacjami na temat żywienia i wagi: 6 maja 3710 gramów, 8 listopada 9330 gramów. Przy czwartej wizycie – w okolicach Midsommar – zapisano „pierś + mieszanka”. Do tamtego czasu mamę już zmęczyło karmienie piersią.
Folkhemmet – dom ludu – nie pozostawiał nic przypadkowi. Poczucie, że jestem otoczony dobrobytem towarzyszyło mi przez całe życie – obowiązkowe szczepienia, opieka stomatologiczna, edukacja, służba wojskowa, pożyczki studenckie, podatki, pogotowie. Życie mojej małej rodziny mogło być jednak nieprzewidywalne, a wielki świat groźny, ale jedno od drugiego oddzielał gęsty kordon urzędników państwowych przyjmujących nas z otwartymi ramionami i przekrzywionymi z politowaniem głowami.
Clooney i ja przyszliśmy na ten świat w szalonej epoce. Gdy pewnego dnia nasze ciała zostaną poddane sekcji, patolodzy znajdą w szpiku ślady tego szaleństwa w postaci zanieczyszczeń środowiska i pozostałości po testach bomb atomowych. Największym wariactwem było zbrojenie się, które osiągnęło punkt kulminacyjny jesienią 1961 roku. Stany Zjednoczone miały wówczas w magazynach ponad dwadzieścia tysięcy ładunków jądrowych, Związek Radziecki – jedną dziesiątą tego. Ale rozpici komuniści w Moskwie dysponowali bronią kompensującą tę przepaść: bezmiarem ziemi. Tak więc 30 października 1961 roku o 11.32 zorganizowali w archipelagu Nowej Ziemi na Oceanie Arktycznym najstraszliwszy pokaz fajerwerków, jaki świat widział, tylko po to, żeby zademonstrować wszem wobec, że mogą.
Car-bomba miała moc odpowiadającą pięćdziesięciu milionom ton trotylu, ponad trzem tysiącom bomb spuszczonych na Hiroszimę. Fala uderzeniowa kilkukrotnie obiegła ziemię, a szyby trzęsły się w oknach nawet w odległej Norwegii, chmura dymu w kształcie grzyba sięgała powyżej stratosfery. Większość energii zniknęła w kosmosie, ponieważ jednak ognista kula uderzyła o ziemię, zniszczenie było totalne na obszarze o promieniu kilkudziesięciu kilometrów, a opady radioaktywne wiatr rozniósł po całym świecie.
Ludzie, którzy wciąż mieli dobrze w pamięci wojnę światową, sądzili oczywiście, że są już zaledwie o krok od ostatecznego upadku świata. Łączna siła detonacji, do których doszło podczas dwudziestowiecznych konfliktów, była mniejsza niż tej jednej bomby wodorowej. A teraz supermocarstwa siedziały z palcami na detonatorach.
Zgodnie z koncepcją car-bomby jeden samolot miał wystarczyć, żeby przedrzeć się przez linię obrony przeciwnika i trafić mniej więcej w cel. Masowe morderstwo było na tyle groteskowe, by złamać przeciwnika. W grze we flippera ze śmiercią Amerykanie byli nieco bardziej wyrafinowani, mimo że z filmów, takich jak Dr Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę, można by odnieść przeciwne wrażenie. W 1961 roku testowano międzykontynentalny pocisk balistyczny Minuteman. Przed tak precyzyjną bronią nie sposób się skutecznie bronić; szczególnie nie wtedy, gdy jest rozmieszczona na okrętach podwodnych. Dzięki temu ładunki mogły być słabsze. Równowagę terroru opracowywano wedle doktryny MAD – Mutual Assured Destruction.
Zagłada gwarantowana. Żadnych reklamacji.
Atmosfera była wówczas do tego stopnia nerwowa, że wiele razy mogło dojść do wojny atomowej przez zwykłą pomyłkę. W tej kwestii niewiele się zmieniło, nawet jeśli wydaje nam się, że Carrie Mathison z Homeland i Frank Underwood z House of Cards panują obecnie nad sytuacją. Poza Amerykanami i Rosjanami, okrętami podwodnymi z ładunkami atomowymi pływają sobie Brytyjczycy, Francuzi, Hindusi i Chińczycy. Izrael, Pakistan, Korea Północna, Iran i ich przyjaciele terroryści nie są wcale daleko w tyle. Wszystko może się zdarzyć.
Świat wciąż ma skłonności samobójcze, ale nie jest aż tak szalony jak w 1961 roku. To wtedy wzniesiono mur berliński, by Niemcy ze Wschodu nie mogli uciec z raju klasy robotniczej. W Szwecji przedsiębiorstwo farmaceutyczne Astra podejrzewało, że Talidomid, lek na dobry nastrój, nie jest odpowiedni dla kobiet w ciąży, a przede wszystkim dla noszonego przez nie płodu. Kiedy dziesięć tysięcy dzieci urodziło się bez nóg i rąk, było za późno. Na marzenie o Tabletce (przez duże T) niwelującej wszelkie ludzkie niedoskonałości po raz pierwszy padł cień.
W lipcu 1961 roku utopił się szwedzki poeta Hjalmar Gullberg. Mniej więcej w tym samym czasie styrany życiem amerykański pisarz Ernest Hemingway przyłożył strzelbę do głowy na ranczu w Idaho; miał sześćdziesiąt jeden lat i został odstawiony na boczny tor. To jeden z symbolicznych punktów zwrotnych XX wieku – upadek chlejącej, zaszczutej, walczącej męskości. Strzał postawił też kropkę – zakończył opowieść o straconym pokoleniu, które po pierwszej wojnie światowej nie pokładało już wiary w cywilizacji. Papa Hemingway został zniesiony ze sceny. Zamiast niego wkroczyły na nią nowocześniejsze sławy: Kennedy, The Beatles, Gagarin czy Amnesty International.
Latem 1961 roku dziewiętnastoletni Brian Wilson nucił sobie w Los Angeles pierwszą piosenkę napisaną dla Beach Boys. Brian nie słyszał na jedno ucho, bo w dzieciństwie często dostawał lanie od ojca. Życie nie oszczędzało tego pryszczatego młodzieńca, ale piosenka Surfer Girl wkrótce miała wszystko zmienić.
Inny świat był chyba możliwy. Z mroku wyłoniliśmy się na światłość, Clooney i ja.
Nie wolno odbierać sobie życia. Nawet jeśli zerwie się kontakty ze światem zewnętrznym, będzie to akt przemocy wobec tych, którym przyjdzie zbierać szczątki. Zawiedzie się życie i przyszłość, które zawsze trzymają w zanadrzu niespodziewane dary, jakkolwiek beznadziejna wydaje się w danej chwili sytuacja. Pozostawi się bezlitosny spadek krewnym, którzy zostaną sami z pytaniami.
Dobrze to wszystko wiedziałem, zjeżdżając windą do piwnicy, ale nic nie miało już dla mnie większego znaczenia. Wyłącznie tak mogłem przestać cierpieć, innego wyjścia nie było. Z braku lepszego wytłumaczenia, psychiatrzy nazywają to zazwyczaj depresją.