Na greckiej fali - Zygmunt Barczyk - ebook
NOWOŚĆ

Na greckiej fali ebook

Barczyk Zygmunt

0,0

Opis

Wybierz się w podróż, która jest niczym melancholijna pieśń o Grecji

„Na greckiej fali” toczy się opowieść o Grecji widzianej oczami polskiego sztokholmczyka – podróżnika, obywatela świata.

Ta książka to zbiór opowiadań, listów oraz zapisków z serwetek, które prowadzą czytelnika przez krainę kontrastów, harmonii i emocji. To, przesiąknięta osobistymi przeżyciami autora, opowieść o spotkaniach z ludźmi, grecką sztuką i kulturą.

W barwnych historiach poznasz postaci, które próbują odnaleźć siebie w greckich klimatach – przy stole w ateńskiej tawernie, pośród kwiatów Nafplio, czy w artystycznych zaułkach Exarchii.

Daj się porwać greckiej fali i zanurz się w świecie, gdzie każdy dzień jest pretekstem do odkrywania czegoś wyjątkowego.

– Zapytam wprost: czy ta obfitość pojęć oznacza, że Grecy kochają inaczej, szerzej, głębiej niż inni?
– I tak, i nie! Oznaczyliśmy fenomen miłości na wiele sposobów, bo tego nie da się upchnąć w jednej czy dwóch szufladach. Jest zbyt bogaty, szczodry, różnorodny. I umieliśmy to nazwać. W tym sensie okazaliśmy szacunek dla bogactwa, które jest w nas, w owym boskim uczuciu. Umiemy to przeżywać, jak również o tym mówić, potrafimy odmiany miłości nazwać, nasza świadomość dzięki temu szeroka. Lepiej się wtedy rozumie siebie, innych, lepiej pojmuje… życie. Może i mocniej je przeżywa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 236

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zygmunt Barczyk

Na greckiej fali

Wprowadzenie

W książce Jacka Hajduka Wolność słoneczna znalazłem passus, który mnie zachwycił: Grecja wykracza poza konkretny obszar, jest stanem, za którym tęsknimy, i wzorem, który tylko niewielu z nas umie wpisać w swoje życie.

Chodzi zatem o greckość, nie tylko o samą Grecję. Na greckiej fali wkraczam w ogród wzruszeń przekraczających granice kraju i jego kultury. Jest w tym podziw dla udanych proporcji, harmonii, światła, jakie spotykamy w Grecji, ale i hołd złożony greckiej ekspresji wolności, namiętności, radości. No i – zaznaczmy – greka zna osiem określeń na miłość.

Na prawdziwy optymizm stać tylko gruntownych pesymistów. Paradoks? Bohaterowie moich opowieści interesująco się w tym odnajdują. Piją życie haustami, a nie przez słomkę. Wiedząc, że los krnąbrnym jest, a życie bywa często nieudane.

Na greckiej fali napisałem trzy opowiadania, dwa listy do bohaterek opowiadań, cztery „opowiastki reportażujące”. Pokazałem też moje „oniryczne uprawy greckości”, zapisane najpierw na serwetkach, w książce zaś stanowiących swoiste intermedium.

Podzieliłem całość tekstu na części. Każda inna w swoim charakterze.

CZĘŚĆ PIERWSZA: Opowiadania

Osiem razy miłość

Apolliński i dionizyjski wymiar miłości. Miłość platoniczna, miłość cielesna…

Język grecki nazywa miłość na osiem sposobów. Autor spotyka na Skopelos Greka, który mu przybliża bogactwo rozumienia miłości.

Osiem rodzajów miłości pokazanych zostaje na konkretnych, dramatycznych przykładach.

O połówkach, całościach i większych całościach

Przybyli z różnych stron świata bohaterowie opowiadania spotykają się w Atenach u Vanessy, ważnej persony w świecie kultury greckiej. Spotkanie poświęcone pamięci zmarłego przyjaciela budzi ich refleksję nad tym, kim są, jaka jest ich tożsamość. Takie wyznania nie są łatwe. Pośród zwierzeń, słychać wołanie o akceptację świata, w którym się kocha i jest się kochanym.

List do Vanessy, bohaterki opowiadania „O połówkach, całościach i większych całościach”

Autor napisał list do bohaterki opowiadania, ciekaw dalszego biegu zdarzeń, zwłaszcza w kontekście jej relacji z matką.

Ellina z Exarchii

Rafael, Grek mieszkający w Sztokholmie, wyjeżdża do Aten na semestr wykładów na uniwersytecie. Zakochuje się w Greczynce Ellinie, co bardzo komplikuje jego sercowe dylematy. W Sztokholmie jest razem z Heleną.

Ellina, która, podobnie jak Rafael, jest akademikiem, znana w wielu kręgach z tego, że pięknie śpiewa, zostaje aresztowana z powodów politycznych. Rafael prosi kolegę, autora opowiadania, o przysługę, jaką oddał Cyrano de Bergerac. Pragnie listem sążnistym wyrazić swoje wielkie uczucie do Elliny i powody, dla których nie ośmielił się wyjawić jej tego osobiście. Sam nie najlepiej czuje się w roli „literata”, a ma być pięknie i wzniośle. Prosi zatem autora o usługę „murzyna”, który napisze list. Zadanie to staje się dla naszego ghostwritera dziwną przygodą, która w pewnym momencie zaczyna go przerastać.

List do Elliny, bohaterki opowiadania „Ellina z Exarchii”

Autor napisał również list do bohaterki tego opowiadania, krótko przed jej przylotem do Sztokholmu, miasta, w którym ma zamieszkać, rozpocząć nowe życie z…

INTERMEZZO: Oniryczne uprawy greckości (z zapisków na serwetkach)

Drogowskazami po onirycznej Grecji są cztery ważne pojęcia, które wrażeniu greckości nadają głębię i barwność. Oto one:

Oneira

Marzenność, baśniowość, śnienie słodkie…

Wspiąłem się na szczyt wzgórza. W dole szafirowy szal morza, po przeciwległej stronie zatoki ukazało się białe, ciasno zabudowane miasto. Obramowane pasmem gór. Te bliższe odcinały się granatem zboczy od pasm dalszych, odchodzących, okrytych modrą tonią, coraz bledszą, przechodzącą w bladoniebieską siność przy linii horyzontu.

Przede mną: ólo ton ble kósmo! (cały błękit świata!). Pantodýnamos! (Wszechmocny!).

Oneira, przywołane marzenie, również te senne, oznacza nasze przyzwolenie na cudowność świata, uczuć, obrazów, sytuacji.

Anagonia (od greckiego: wstępowanie)

Myślę o niej przy okazji kontemplacji ikony, drodze od widzianego do niewidzianego, od obrazu do bezpośredniej wspólnoty z Archetypem. Na tym poziomie dopiero ujawnia się sens – po to istnieje ikona.

Eidýllia

Czyli idylla. Mogę jej zaznać na sposób estetyczny, sentymentalny, nostalgiczny, również erotyczny. Grecja to krynica różnych odmian idylliczności.

Eleftheria

Znaczy wolność. Tylko wolny człowiek może panować nad sobą, stać go na dumę i godność. Stać go wtedy i na kéfi, na zabawę. Zabawa to poważna sprawa, nie żadna rozrywka. Elerftheria, bo nie jest się już na uwięzi idei, zawierzeń, w dybach niechcianych powinności, w ciągłym strachu, niepokoju, w podporządkowaniu innym.

Eleftheria celem, kéfi drogą do elefthérosi (wyzwolenia).

CZĘŚĆ DRUGA: Opowiastki reportażujące

Kłącze imbiru i pokruszony krakers

To swoisty „latający przewodnik” po Grecji, relacja z podróży ośmiu osób prywatnym samolotem nad lądem i archipelagami Grecji. Ich spotkanie w przestworzach pozwala ukazać, jak zróżnicowany to kraj i jak wiele znaczący dla uczestników powietrznej przygody.

Wyczarować Ateny. (Atennik kieszonkowy)

Chodzi o Ateny w głowie autora. Bywa w tym mieście często, działa ono na niego w sposób szczególny. Mówiąc prościej: Ateny usidliły go, okiełznały, nakazały odwiedzać przy najmniejszej nadarzającej się okazji.

Autorskie Ateny przyciągają czytelnika do miejsc niekoniecznie faworyzowanych w przewodnikach, odkrywają klimaty i sytuacje wymagające wyjścia z butów przewodnikowego turysty.

Nafplio – grecka stolica zakochanych

Nafplio to najpiękniejsze greckie miasto. Skąd to wiem? Ewidentnie wyróżnia się elegancją i barwnością. Czaruje pastelowymi fasadami okazałych mansjonów, neoklasycystycznych kamienic, tureckich domów. Zatopione w kwieciu szczególną atencję okazuje bugenwilli, której pnącza wiją się niemal wszędzie. Mimo wielu tureckich elementów zabudowy budzi skojarzenia z atmosferą włoskich miasteczek. Będąc dziś weekendową przystanią dla oddalonych o dwie godziny jazdy autem przybyszów z Aten, lansowane jest jako grecka stolica zakochanych. I słusznie. Bo Santorini to wydmuszka, a nie bajka.

Piwnica Spirosa

Wielkie greckie śpiewanie! To ich dobro narodowe, które trudno z czymkolwiek innym porównać. Wielcy artyści, wspaniale songi, mistrzostwo świata w śpiewaniu pospólnym.

Zabawa i powaga. Bo zabawa w sensie egzystencjalnym to nie rozrywka, a powaga.

Przez lata całe sobotnimi wieczorami czas był na muzyczny program z tawerny Spirosa Papadopoulosa. Jego nazwa: Stin ygeia mas. Niezwykłe posiedy i o nich ta opowieść.

OPOWIADANIA

Osiem razy miłość

Powinienem już wtedy zauważyć, że wnikliwie nam się przygląda. Bywałem tam z Elą codziennie, a i on tam zachodził, gwarzył z właścicielami, starszą parą, która przyglądała się nam dyskretnie, widząc, jak – nie dbając o pozory – od razu walimy na koniec sklepu i stajemy przed ikoną Bogurodzicy, nazywanej „Panagia Pantanassa” (Królowa Wszystkiego). Była najdroższym eksponatem w sklepie, który kusił światową nazwą: Art Gallery. Jej cena przekraczała nasze wyobrażenia o tym, ile moglibyśmy wydać na coś, co nie jest niezbędne do życia.

A jednak postanowiliśmy ją kupić. Nie potrafiliśmy się oderwać od obrazu Panagii z Dzieciątkiem Jezus i pozbyć obawy, że moglibyśmy wyjechać bez ikony.

Ela musiała wracać do Sztokholmu wcześniej, ja mogłem jeszcze przez parę dni pobyć w mieście. Postanowiliśmy tak już wcześniej, przed przyjazdem na Skopelos. Musiałem poczekać, aż po powrocie do domu Ela prześle stosowną kwotę na konto, do którego miałem podczepioną kartę Visa. Działo się to w latach przed internetową rewolucją w transferach bankowych.

Zniecierpliwiłem się, kiedy zauważyłem, że przysiadł przy sąsiednim stoliku w tawernie przy porcie. Miał na sobie tę samą, rzucającą się w oczy karmazynową bluzę. Postawny mężczyzna kojarzył mi się ze starym greckim matrosem, a zarazem, o dziwo, ze śpiewakiem operowym na wakacjach. Zniecierpliwienie moje spotęgował jego głos:

– Nietzsche na Skopelos? – Dojrzał na moim stoliku okładkę książki.

Narodziny tragedii Friedricha Nietzsche. Nie zdołałem jej jeszcze otworzyć, delektowałem się poranną kawą.

– A jakże inaczej – uciąłem. – Kto jak nie on, badacz starogreckiej tragedii. Uczulił nas na różnice między tym, co apollińskie, a tym, co dionizyjskie.

A miało być tylko: „A odczep ty się ode mnie, chłopie”, tym bardziej że przyjazny człowiekowi poranek właśnie ustępował natarczywej, jak co dzień, spiekocie.

– Nasze miasteczko, nasza hora, nazywała się kiedyś Peparithos, upamiętniając imię syna Dionizosa i Ariadny. – Karmazynowy Intruz mówił składnym angielskim z ciężkim greckim akcentem. – Peparithos był pierwszym mieszkańcem naszej wyspy.

Milczałem. Postanowiłem nie zachęcać sąsiada do dalszych wynurzeń, jednak było już za późno.

– Apollińskie, dionizyjskie, no tak. W związku z tym wszyscy mówią chętnie o agape i eros, dwóch stronach miłości, tej harmonijnej i tej pożądliwej. Grecy tego was nauczyli. Różni znawcy się wypowiadają, lecz ilu z nich rozumie, co to naprawdę oznacza? Apolliński jest ład, harmonia, intelekt, obiektywizm; dionizyjska jest orgiastyczność, ekstaza, subiektywne widzenie wszystkiego. Proste i klarowne jak wzór w kratkę. Ale czy życie, prawdziwe życie, nie burzy tych prostych obrazków?

Nadal milczałem znacząco.

– Wszyscy wiedzą, że eros wyraża miłość poprzez pożądanie, kreatywność, płodność, agape zaś stawia na altruizm, miłość bezwarunkową, całkowicie poświęconą kochanej osobie. A czy wiedzą, że w języku greckim słowo „miłość” występuje nie w dwóch, a w ośmiu, a zdaniem niektórych i w dziesięciu znaczeniach? Jest przecież jeszcze: ludus, filia, mania, storge, pragma, filautia…

Wymieniał kolejne odmiany miłości, jakby zapowiadał championów sprintu na sto metrów w finale olimpijskim.

– Też niewiele o tym wiem – przyznałem.

Zrobiłem szybką woltę. Umówiłem się mianowicie sam z sobą, że nadawca wiedzy o greckich odmianach miłości już mnie nie irytuje. Może jednak warto posłuchać domniemanego znawcy, skoro temat mnie bierze. Jestem wychowany w języku, który z mową miłości sobie nie radzi, a akt kochania potrafi nazwać stosunkiem płciowym. No i szykuję esej, który właśnie o tych sprawach…

– Zainteresowany zawodowo? – rzucił, pokazując na książkę,

– To znaczy?

– Naukowiec, dziennikarz, pisarz?

– Tak, temat mocno mnie interesuje – ześlizgnąłem się z precyzyjnej odpowiedzi.

– Będę umiał wiele objaśnić. Masz szczęście, spotkałeś eksperta. – Uśmiechnął się szeroko.

Zaśmiałem się i ja, a on w odpowiedzi spoważniał i dodał:

– Umówmy się, że nie będziemy się sobie przedstawiać ani prawić towarzyskich grzeczności. Będzie mi wtedy łatwiej opowiedzieć tobie o miłości po grecku. I to na osiem, a może i na dziesięć sposobów. No cóż, narzucam się, jak przystało na emeryta dysponującego czasem z nawiązką, gdyż coś mi mówi, że będziesz wdzięcznym słuchaczem.

– Cieszę się – usłyszałem siebie udającego, że nie zaskoczył mnie tupetem w prezentacji oferty i dodałem: – Zapytam wprost: czy ta obfitość pojęć oznacza, że Grecy kochają inaczej, szerzej, głębiej niż inni?

Dotąd patrzył przed siebie, w stronę zatoki, teraz zwrócił się twarzą do mnie. Worki pod oczami, obfita długa broda – siwiejąca po bokach, czarna przy podbródku – mocno opalona łysina. Kiedy podglądałem go z profilu, zauważyłem, że długi, hippisowski włos związany w kucyk spływa z obrzeża czaszki. Wiek? Nowoemerycki.

– I tak, i nie! Oznaczyliśmy fenomen miłości na wiele sposobów, bo tego nie da się upchnąć w jednej czy dwóch szufladach. Jest zbyt bogaty, szczodry, różnorodny. I umieliśmy to nazwać. W tym sensie okazaliśmy szacunek dla bogactwa, które jest w nas, w owym boskim uczuciu. Umiemy to przeżywać, jak również o tym mówić, potrafimy odmiany miłości nazwać, nasza świadomość dzięki temu szeroka. Lepiej się wtedy rozumie siebie, innych, lepiej pojmuje… życie. Może i mocniej je przeżywa. Może…

Przerwał, zadumał się, po chwili dodał:

– Widziałem cię w Art Gallery, jak ze swoją kobietą przychodziłeś pod ikonę Panagii. Widziałem, jak nie potraficie się od niej oderwać. Zaiste piękna robota, wykonana w pracowni w Salonikach. Wiem też, że ją właśnie kupiłeś. Spytam tylko, w jakim języku czytasz Nietzschego?

– Po polsku.

– Po polsku? To będę cię nazywał Warzycha.

Rzuciłem mu zdziwione spojrzenie.

– Nie dziw się, wasz piłkarz jest u nas sławny. A jak ty mnie nazwiesz? To przecież nieuchronne, a nie wyznam prawdziwych danych.

– Demis Roussos?

– Ha, ha, ha, porównanie nader konkretne, ale już nie schudnę, nie dbam o to.

– OK, będziesz Alex. Ale Warzycha to nazwisko. Jak ma na imię?

– Nie pamiętam, nie interesuję się futbolem, musisz zatem mieć na imię Warzycha. Nie będę zatruwał ci uszu moją biografią. Powiem tylko, że kiedyś byłem znany, ważny, ba, popularny, i to w całym kraju. Dużo w życiu widziałem, wiele przeżyłem, byłem na świeczniku. Ale i spadałem ostro, wylądowałem nawet w kiciu. Zarobiłem dużo forsy, był czas, że królem życia byłem. Było, że i nieumiarkowanie piłem, nade wszystko jednak nieumiarkowanie kochałem. Dionizyjskie porywy, o tak… W sumie dużo zyskałem i dużo straciłem. Z tego mojego upside down zostało mi tylko to ferrari, no i jestem z powrotem na Skopelos, z którego się wywodzę.

Widząc moje zdziwienie, wskazał na parking nieopodal, przy przystani, gdzie rzeczywiście stało czerwone cacko, świetnie korespondujące z kolorem jego bluzy. Przemknęła mi myśl, że i tak dobrze, że to nie złote lamborghini, którym jeżdżą ważni mafioso. Przynajmniej w filmach.

– Mogę opowiedzieć tobie o tych ośmiu miłościach, byś sobie te opowieści dołączył do tego twojego Nietzschego. Nie chcę się więcej teraz naprzykrzać, ale możemy się umówić. Ile czasu jeszcze będziesz tutaj?

– Do niedzieli.

– No to mamy parę dni. Proponuję jutro wieczorem w tawernie obok. Nie będę opowiadał banałów, tyle już chyba wyczuwasz…

Spojrzał na telefon, szybko się podniósł i jakby niesiony do spraw ważnych migiem się oddalił.

Aha, tu cię mam. Chwytam. Zobaczył, że „moja kobieta” odjechała, a ja zostałem. Sam na wyspie? Po co? Nagły, niespodziewany koniec urlopu – widać coś zaskrzeczało w relacji. Kłótnia, konflikt, coś, co każe zmierzyć się z drastycznie nową sytuacją? Na to liczy? Stąd jego nalot, propozycja anonimowości, zwietrzył szansę na wtrynienie się w moje sprawy. Wymyślił sobie zabawę moim kosztem. Taki przerywnik w nudnym życiu. Już wcześniej obserwował, krążył, czatował. Liczy, że będzie się sycił moją rozterką serca, poił moim utrapieniem, udając duchowego przyjaciela, jak przystało na energetycznego wampira. Owszem, będzie pocieszał, i to dyskretnie, takoż dyskretnie pokazywał warianty wyjścia z kłopotliwej sytuacji. Będzie mi druhem w biedzie, ale i mentorem, odwołując się do swoich doświadczeń, a tak naprawdę będzie tylko żarł moją energię! Tu cię mam, bratku. Wiem, że więdniesz umęczony swoją przeszłością, bujną, lecz skotłowaną, która już nikogo nie interesuje, a wciąż pragniesz uwagi, podziwu, więc mnie będziesz cyckał…

Aż się dziwiłem, że tyle złości we mnie wzbudził. Może dlatego, że dopiero co uwolniłem się od energetycznego wampira w Sztokholmie. Napastował mnie swoimi telefonami, niby oczekując pomocy. Muszę być czujny przy naszych spotkaniach, asertywny, potrzebuję zbroi, a nie miękkiego stroju. Czekam zatem, bratku, na te twoje słynne osiem miłości.

Nazajutrz, kiedy tylko słońce zaszło za górą, a wieczór pewnie wkroczył do miasta, zacząłem z wolna schodzić schodoulicą ku nabrzeżu i przystani. Skopelos jest niczym amfiteatr zwrócony ku zatoce. Białe domy z czerwonymi kapeluszami dachów, zgęszczone w kolejnych rzędach, tworzą osadę, które spływa po zboczu ku zatoce. Stąd rzeczone schodoulice. Dostępne tylko dla pieszych i dla mułów, niezbędnych w transporcie miejskim. W oknach krótkie kołkowe firanki z frędzlami, na parapetach donice z dorodnymi kulami zielonej bazylii. Na gankach, po skwarze dnia, przyjemnym chłodem wieczoru rozkoszuje się starszyzna, młodych ze starego miasta wywiało. Za to sporo tu pensjonatów. Moje studio położone jest na górnym skraju hory, zejścia do portu są znośne, za to powroty, ostro pod górę, dają w kość. Oddychanie boli, a transport per pedes.

Kiedy zaczęło się ściemniać na dobre, byłem już niedaleko przystani. Kątem oka zauważyłem czerwone ferrari, mignęło mi na przybrzeżnej drodze, zapewne mój Karmazynowy Pirat już dojeżdżał do portu. Któż inny takim by tu jeździł, skoro nawet nie bardzo jest gdzie jeździć. Kiedy doszedłem do tawerny, zauważyłem znajomą postać odzianą w obszerną bluzę w żółtym kolorze, kojarzącym się z ostrzegawczym kolorem pracowników przydrożnych.

– Hello, Mr Warzycha. How are you?

– Good evening, Mr Roussos. How are you? I mean… Alex.

Zajęliśmy stolik na tarasie, najbliżej wody i przystani. Było pustawo, dopiero po dwudziestej pierwszej zrobi się tu gwarno i tłoczno.

– Przyjrzyj się ich menu, ale powiem od razu, że mam tu swoje ulubione potrawy. Jeśli uznasz za stosowne, zasugeruję wspólną kolację.

Opowiadał o miejscowych przysmakach. Nudziło mnie to, bo nic na wyspie dla siebie atrakcyjnego nie znajdowałem. Nie żebym był wybrednym smakoszem, po prostu ani lobster, ani black fish, ani ich sardele, ani tym bardziej octopus mnie nie brały, souvlaki w różnych odmianach już mnie zmęczyły, zostałem więc przy skromnym stuffed tomato. Mój gość (szybko się zorientowałem, że będzie tak, że skoro on daje wykład, to ja płacę) zamówił grillowane sardele i różne dodatki. No i czerwone wino, w wersji house wine.

Czekając na zamówione potrawy, popijaliśmy wino w milczeniu. Nie licząc paru grzecznościowych półsłówek. Alex rozglądał się leniwie po przystani, acz wyczuwałem, że już składa się do strzału. Kiedy zamówione potrawy przywędrowały do stolika, gestem gospodarza zaprosił do konsumpcji, nie ociągając się z rozpoczęciem wywodu:

– Widzisz tych młodziaków i te młódki przy przystani, nasze local youngsters? Stoją przy pompie i się ochlapują. Jeszcze niewinni, niefrasobliwi, hormony już im jednak płatają psikusy. Sami tym są zaskoczeni. Zobacz tych chłopaków. Raz zachowują się jak dzieci, raz jak napaleni młodzieńcy. Śmieją się zbyt głośno, wznoszą okrzyki, nie ogarniają tego. Dziewczyny popiskują. Czemu? Same nie wiedzą czemu. Muszą, taka ich natura. Oto przedwiośnie miłości, tak, tak. Do miłości rozkosznych i cierpiętniczych tylko krok. Klasyka. Nie znasz francuskiego? – wyrzucał z siebie słowa dość nerwowo, czyniąc krótkie przerwy na przełknięcie sardeli.

Przytaknąłem. Przerwał na chwilę, szukał właściwego wyrażenia, wypowiedział je po francusku, zmitygował się natychmiast. Oświadczył, że jak mu zabraknie terminu angielskiego, wypowie się po francusku. Ciągnął dalej:

– U tych młodych… désir illimité (chuć nieogarniona), myśli nieuczesane, już jednak z erotycznym podtekstem. Łuk się napina. Aczkolwiek to jeszcze nie jest eros, to dopiero preludium – mówił teraz dobitnie, angielski znalazł już sobie tor w głowie. Kontent z tego, chwycił przystawkę w postaci grillowanej cukinii i przysunął mi ją prosto pod nos.

– Preludio to włoskie słowo, w tym przypadku można się zabawić słowami i powiedzieć, że to, co widzimy, to swoiste preludus. A ludus to jedno z pojęć miłości po grecku. Teraz spójrz na tę parę przy stoliku w kącie. Warto, bo tu już mamy do czynienia z pełnowymiarowym ludus.

Mówił z emfazą, wskazując na liczne mezedes, czyli przekąski, które właśnie do nas dotarły, że niby też mam się częstować. Było w czym wybierać: tzatziki, pomidory, oliwki, raki, bakłażany, feta, plastry wołowiny, coś szaszłykowatego. Estetyczny obraz stołu zakłócała mi tylko grillowana ośmiornica.

Spojrzałem na młodą parę. Zobaczyłem ładną brunetkę o długich, ciemnych włosach, czarnych oczach, wystrzeliwującą race zachwytu w stronę mężczyzny, który – jako że siedział do mnie tyłem – przykuwał moją uwagę jedynie ciemną plamą potu na koszuli. Raz po raz szukał jej ust, ona pozwalała dotykać swych warg, po czym płochliwie rozglądała się na boki.

– Zachowują się zgodnie z instrukcją obsługi gołąbeczki przez gołąbeczka. Ich ręce wykonują taniec godowy, kolanami przywarci do siebie, tango na siedząco. Ona patrzy na niego z oddaniem, on ją sztyletuje władczym spojrzeniem. Klasyka. Chuć wszystkim steruje, ale to piękna chwila. Będą ją wspominać, i to niezależnie od tego, jak bolesna będzie ich rozłąka.

Dzióbałem swojego faszerowanego pomidora z nagła znudzony analizą starego frustrata. Co gorsza, wydał mi się zachwycony swoim opisem tej sceny.

– Oni nie tylko, że są pochłonięci sobą, oni są w sobie… schowani. Świat nie istnieje… Beauté naturelle, innocence, nieskażona czystość uczucia. Klasyka. Znasz zapewne to uczucie, nosisz w swojej pamięci takie chwile.

Nie dałem po sobie poznać, że rozbawia mnie ta jego „klasyka”, zarazem zapaliła się u mnie lampka. Aha, bratku, zaczynasz swój taniec wokół ofiary. Przyspieszyłem spożywanie wina, licząc na szybkie zakończenie kolacji, nie byłem przygotowany jeszcze na poprowadzenie tej gry. No i może po prostu już zacząłem zakładać, że te jego wymądrzalstwo niczego nie wniesie do mojego eseju. Wartki wywód zadowolonego ze swojej oracji prelegenta nie przeszkadzał i jemu w szybkim pałaszowaniu potraw rozłożonych na wielu talerzykach.

– Le picoterie (przekomarzanie się), miłe podszczypywanie słówkami przynoszące ekscytujące… pincement au coeur (ukłucia w sercu). Wszystko, co sobie mówią, wydaje im się zabawne. Spowija ich, wiąże, izoluje od świata. Słowne tango. Mają to, czego my już nie osiągniemy, nieuchronnie zaryglowani.

Mimo że starałem się docenić jego euforyczny przekaz sceny przy sąsiednim stoliku, nie bardzo odpowiadało mi to jego zapewnienie o graniu w tym samym klubie. On ciągnął zaś swoje:

– My wiemy, ile w tym ekscytacji sobą. Wiemy, że wkrótce eksplodują. Bum! Dopiero co przyjechali, na stoliku mają folder wyspy. Może to ich pierwszy wieczór. Za chwilę ich pierwsza egzaltowana noc na Skopelos. Ludus przejdzie w eros. Klasyka. Pytanie, jakie będą ich miny, kiedy czekać będą na powrotny prom.

Zatem pierwsze nawiązanie do wyjazdu Eli z wyspy. Sądzi, że było nagłe. Chyba go trochę peszyło moje milczenie i zbyt słabo skrywane znużenie jego wykładem. Wzniosłem wiec toast za preludus i za ludus, no i za śmiały marsz w stronę eros. Zadziałało to moje cholerne dobre wychowanie – nie chciałem, żeby się przejął zbytnio moją apatią. Zrozumiał sarkazm toastu.

– Zdobywanie kobiety to ważne zadanie dla mężczyzny. Uzależnia… Cholernie uzależnia. Tak jak himalaistów uzależnia zdobywanie ośmiotysięczników. Wiesz, że musisz, nawet jeśli ryzykujesz życiem…

Nie zareagowałem. Poczekał chwilę i skomentował:

– Nie będę brał cię na spytki odnośnie do twoich przygód z kobietami. Oszczędzę tobie też opowieści o moich atakach szczytowych…

Zaśmiał się ze swojej gry słów. Młoda para sposobiła się właśnie do opuszczenia lokalu.

Dochodzili wciąż nowi goście, ruszyła muzyka z głośników, pierścień gwaru zaczął otaczać nasze głowy. Kończyliśmy butelkę wina, byliśmy po posiłku, mój Demis Roussos wydawał mi się coraz bardziej zirytowany rwetesem w tawernie. Postanowiłem nie przejmować dziś inicjatywy, muszę wpierw lepiej poznać jego chwyty.

– I jeszcze ważna uwaga. Jest jeszcze mania, za nią nie wzniesiemy toastu, o nie. To ciemna strona eros. Grecki użyczył tego miana wielu językom, zapewne i twojemu, choć niekoniecznie musi oznaczać to, co greckie określenie miłości.

– Zgadza się. Po polsku nie musi oznaczać ciemnej strony eros.

Przysunął się teraz do mnie, dbając, bym na pewno go dosłyszał. Mówił teraz głośniej:

– Widzisz, myślistwo mężczyzny, nieposkromiona wola zdobycia kobiety to żądza niebywała. Dionizyjska! No bo jak rozłączyć podziw dla piękna kobiety od pożądania? No i po co, pytam. Ale zostawmy na razie podziały twojego znajomego Nietzschego. Prawdziwy mężczyzna ma instynkt i myśliwego, i zdobywcy. Może być tak, że zdobycz wkrótce go znudzi i zamierza się wtedy na kolejną. Jest niecierpliwy i wciąż niezaspokojony. Tylko fajtłapy siedzą całe życie przy tej samej kobiecie.

Złapał mnie za rękę w geście przeprosin, że to nie do mnie. W spojrzeniu jego zauważyłem, że testuje moją reakcję.

– Pasja zdobywania kobiety, jeśli jest wielką pasją, potężniejsza jest niż samo życie, acz łatwo może przejść w manię, o to mi chodzi. Mania to jak féroce amour (miłość zawzięta), ale źle zawzięta szybko staje się miłością zatrutą, bo zaślepioną. A co dopiero, kiedy najazd miłosny nie przynosi oczekiwanych owoców, a nade wszystko, gdy targany jest zazdrością. Zdobywcy nie są przecież samotni, żyją dla swojej ofiary, żywiąc się nią zarazem, lecz na arenie pełnej konkurentów! No i są jeszcze zranione ofiary, one mają swoje strategie zemsty. I nie ma tu mądrych, dobrych rad, jest tylko wieczne polowanie, nacieranie, jest właśnie owa… mania. Większość książek, filmów, sztuk jest o miłości. Które najlepiej się sprzedają? Te, które opowiadają o ciemnej postaci eros – o manii.

Nie sądziłem początkowo, że ustał w swej oracji na dobre. Pomilczał, dał znak ręką, że kończymy, wezwałem kelnera. Uznałem, że chce zrobić dobre PR następnym wywodom, ale nie dziś.

Szliśmy nabrzeżem w milczeniu, wieczór przyniósł oczekiwaną porcję zbawiennego chłodu.

– Widzisz ten kuter? Przyjdź jutro, najlepiej zaraz po zachodzie słońca. Dziwisz się? Poznam cię z moim przyjacielem. Jutro więcej wyjaśnię. Ależ tak, to będzie nadal wykład o ośmiu odmianach miłości po grecku. Umowa stoi.

I oddalił się, jak sądzę, ku swojemu czerwonemu ferrari.

Szedłem nabrzeżem, mijałem przytulone do siebie pary, skupione na sobie gromadki znajomych, starsze pary spoglądające w dal, mijałem młódki przyciągające uwagę przechodniów zbyt głośnym śmiechem. Nie wiedziałem, co myśleć o pierwszym spotkaniu z Alexem. Czy jest w tym potencjał na dobry tekst? I ten mój toast za preludus i za ludus, i za eros, która czeka za węgłem. Mało śmieszne.

Weronika. Pierwsze drżenie. Wszyscy tak mieliśmy wtedy. Wysoka, szczupła, wąskie ramiona, pupa taka sobie, nie budziła przesadnych emocji, za to biust, zadziwiająco wydatny, czynił spustoszenie w naszej gospodarce emocjami. Dziewiąta klasa. Oszołomieni młodzieńcy, jeszcze de facto dzieci. Sny na jawie, o których, gdyby nie nagły wzwód, nie pomyślelibyśmy nawet, że uczenie nazywane są erotycznymi. Weronika uśmiechała się do mnie chętniej niż do innych, nie bardzo wiedziałem, co z tym zrobić. Pozwalała odprowadzać się po lekcjach pod dom. Całowaliśmy się w sieni. Przywierałem do niej, lecz nie odważałem się dotknąć dorodnych owoców jej wcześnie rozbujałej kobiecości. Dreszcz rozkoszy przenikał ciało z mocą, której nie zaoferowały późniejsze fazy gwałtownego i krótkiego romansu. Ona zaś, kiedy tylko zaskrzypiały drzwi wejściowe, umykała po schodach do siebie. Ten dreszcz czułem nawet wtedy, kiedy przychodziłem pod jej klatkę schodową, nieśmiało spoglądając w okna na trzecim piętrze, a nuż zobaczy, zejdzie do mnie (nie mieliśmy telefonów, na niespodziewaną wizytę przy jej rodzicach nie miałem odwagi.). Oto moje preludus w wersji turbo.

Kilka lat później. Plujący czarnym dymem ikarus trzęsie nami na wybojach szosy, rzuca na boki. Stoimy z Elą na tylnym pomoście autobusu, obejmuję ją wpół, drugą ręką trzeba się trzymać poręczy. Mam wyraźny kłopot z trafieniem w jej usta moimi, a kiedy już się spotkają, nie kwapią się do rozejścia. Tkwimy w pocałunku. Oczywiście, wszystko można powiedzieć o tej scenie, lecz nie to, że tkwimy, ale zostawmy trudne opisy zawirowań zmysłowych. Uczyliśmy się latać w przestworzach kiełkującej miłości na nierównej drodze do jej akademika w Ligocie. Oto ludus, który świeci światłem promiennym w naszej kolekcji zdarzeń miłosnych i dziś, pół wieku po ślubie.

Nazajutrz, kiedy zaczęło się ściemniać, zszedłem do kutra. Dobrze, że przez mroczną powłokę wieczoru dojrzałem numer. Trudno było odróżnić kadłuby łodzi stojących ciasno w porcie. Nagle się wszystko uprościło, usłyszałem bowiem:

– Welcome on board, Mr Warzycha! – To powitanie wydał z siebie nieznany mi osobnik stojący na pokładzie.

Wskoczyłem na łajbę, przywitałem się jak stary kompan, co ułatwił mi kordialnie usposobiony gospodarz. Przyświecał nam słynny grecki księżyc, zwany to fengari. W jego silnej poświacie, jako że był w pełni, mogłem dostrzec jeszcze trzy postaci: młodego mężczyzny i dwóch kobiet. Ta młodsza wyglądała tak, jak ta starsza musiała wyglądać jakieś trzydzieści lat temu (matka i córka?). Nie zauważyłem Alexa.

Gospodarz odgadł moje pytanie zawarte w spojrzeniu, zapewnił, że Alex zaraz się pojawi. Alex? Trafiłem z imieniem? Oj, ja głupi, a skąd gospodarz wiedział, że ja Warzycha?

– Czy jest pan jego krewnym? – spytała młodsza z niewiast.

Zrozumiałem, że chodzi o Warzychę, a nie o Alexa, zapewniłem ją, że nie, chcąc ukryć, że nic nie wiem o słynnym napastniku Panathinaikosu, geniuszu futbolowej Grecji.

Wtem wtoczył się na pokład Alex, w krwistoczerwonej koszuli, długiej niemal do kolan. Przywitał się wylewnie z damami, klepnął w ramię Młodego, szorstko powitał mnie i przylgnął do gospodarza.

Na grillu smażył się octopus, czyli cholerna ośmiornica. Podano do stołu. Zostanę przy tym ładnym powiedzeniu, chociaż jedliśmy ośmiornice z plastikowych talerzyków, skupieni wokół grilla, siedząc na skrzynkach. Wokół nas walały się pryzmy z siecią rybacką. Octopus grzązł, zapierał się mackami, słowem: źle mi wchodził w przewód pokarmowy. Na szczęście, w charakterze „kwiatka dla gospodyni”, przyniosłem wielką butlę tsipouro, czym ucieszyłem zgromadzonych. Każdy kęs gumowej w smaku macki musiałem popychać potężnym łykiem tego mocnego napoju.

Gospodarz przypominał mi wyglądem żylastych górników emerytowanych, których spotykam w piwiarniach na Śląsku. Wznosił często toasty (po grecku), poczęstunek znikał błyskawicznie. Były jeszcze oliwki i inne mezedes, no i kolejne porcje procentów w płynie. Chyba towarzystwo nie czuło się komfortowo z angielskim, bo nie spotykały mnie żadne zaczepki. Mogłem zatem w spokoju obserwować ich przekomarzanki po grecku, odpowiadając życzliwym ruchem ciała na serdeczne gesty kierowane w moją stronę.

Po kilku toastach zabrzmiała gitara, Młody zaczął nucić, miłe akordy wzleciały w spragniony romantyki wieczór, niewiasty zaczęły śpiewać, zdawało mi się, że znam tę melodię.

Alex zbliżył się do mnie, chwycił za ramię i zaczął prychać mi do ucha:

– Widzisz, to mój najlepszy przyjaciel, Nikos. Nazwijmy go tak na użytek naszej rozmowy. Nie ujawnię jego danych, kiedyś byliśmy znani w całym kraju. – Odwrócił się i krzyknął: – Nikos, twoje zdrowie! Dziś jesteś Nikos!

Ponownie nachylił się nade mną.

– Wiele nas łączy, splątane biografie, los tak chciał. Pracowaliśmy razem, tyle że ja stałem się bardziej popularny. Nikos nie trafiał na okładki magazynów. Ale nie o tym chciałem, lecz o Stefanii. To prawdziwe imię jego żony.

Mówiąc to, zrobił dziwny gest w stronę księżyca, który chełpił się tym, że wciąż pozostaje w pełni. Alex wstał, podniósł ręce i zaraz je opuścił. Pokazał na Nikosa i po krótkiej grze ciała – mającej sugerować, że rzeczy zwykle są dziwnie połączone – usiadł na skrzynce i kontynuował opowieść, która przebijała się przez rzewny song w wykonaniu obu niewiast. Aż się chciało pić, więc się piło. Stuknęliśmy się szklanicami.

– To było silniejsze ode mnie. Nikos był już wtedy moim przyjacielem, znamy się do dziecka. Przedstawił mi Stefanię jako przyszłą żonę, a mnie piorun Dionizosa trafił. Było to we Włoszech, byliśmy tam zawodowo. Wszystkie dzwony Rzymu zagrały w mojej duszy. I w moich trzewiach. A byłem wtedy w udanym związku z inną kobietą. Krótko potem się pobrali, ja zaś jak opętany zacząłem krążyć wokół niej, niezdolny do okazania skrupułów z tytułu niezdrowego zainteresowania żoną przyjaciela. Krążyłem, krążyłem, aż dopadłem moją ofiarę, zdobyłem, a musisz wiedzieć, że mam naturę zdobywcy!

Wyraźnie chciał pokazać gest zwycięstwa, spojrzał jednak tylko na Nikosa, który wtórował śpiewom kobiet, i wrócił do oracji:

– Uległa moim zalotom, chociaż słowo la cour, les avances może się wydać w tym kontekście anachroniczne. Zdobyłem ją i pochłaniałem. Nikt przedtem nie potrafił rozpalić moich żądz tak jak ona. Dlaczego? Nie ma sensu o to pytać faceta, który nie widzi, że dobrowolnie idzie na szafot. Dziś wiem, że panowała nad sytuacją, pozwalała na tyle, na ile chciała pozwolić, manipulowała moją zachłannością, moim zaślepieniem. Do czasu. Myślę, że w łóżku jednak nie udawała, a chciała uchodzić za kochankę wyborną. Jeszcze wiele lat później wracałem myślami do tego okresu, próbowałem rozbierać to wszystko na czynniki pierwsze. I co? I nic. Dziś wiem, że nie było w niej niczego na tyle szczególnego, co by moje zatracenie się w niej wyjaśniało. Doprawdy. Owszem, ładna, zgrabna, mądra, towarzysko powściągliwa. Mówiła mało i zawsze do rzeczy. Spojrzenie… Tak, hipnotyzujące spojrzenie. Nie ma co jednak szukać przyczyny, jednego czynnika. To tak nie działa. Nie wiesz, dlaczego skaczesz do studni. Już po pierwszym tańcu we Włoszech sprawiła, że rządy nad moją jaźnią przejął mój penis. Potrafisz to zrozumieć? Musisz, jesteś facet, jak myślę, typowy, musisz zrozumieć tę naszą pieprzoną słabość, tę ślepotę męskiej mocy.

Zamilkł, ja też milczałem, westchnął głęboko, po chwili pociągnął kolejny łyk tsipouro i kontynuował:

– Mówię o tym w skrócie, bo, przyznaję, opowiadanie o tym jeszcze teraz boli. Powiem, że w miarę jak wypełniała nas, ba, w miarę jak zalewała nas erotyka, moje pożądanie powolutku, ale jednak, stopniowo słabło. Poniekąd to logiczne. Nie przewidziałem jednego, że Stefania…

Zatrzymał potok słów. Spojrzał znów na księżyc, słynny to fengari, nieodłączny element miłosnych pieśni i pozostał w milczeniu. Wydawało mi się nawet, że będzie chciał uciąć opowieść, że to za trudne dla niego, ale nie, w rytm refrenu, w którym rozbawione towarzystwo śpiewało: Matia sou, matia mou, przywrócił przemowie umyślony, jak sądzę, kierunek.

– Nie przewidziałem, że Stefania szaleńczo się we mnie zakocha. Nie od razu, rzecz jasna, a jednak stało się. Mocniej, coraz mocniej zaczęła mnie okrążać, osaczać, ja zaś czułem, że jestem w matni. Ukazywała to na wiele sposobów. Sceny zazdrości, na przemian z upojnymi chwilami wybaczenia, tworzenie urojonych dylematów, ciągłe domaganie się skupienia uwagi na jej punkcie. Ja, zdobywca kobiet, szukałem wyjścia z tej sytuacji, co mnie żenowało, nasz potajemny związek nie trwał jeszcze roku. Potajemny, jak potajemny, wszyscy w naszym środowisku o nim wiedzieli. Nikos też wiedział. Ani razu nie dał mi tego poznać, nie zerwał przyjaźni, choć unikał wówczas kontaktu ze mną. Co tu dużo mówić, nasza znajomość była wtedy zatruta. Było dla niego oczywiste, że jego żona woli mnie. Cierpiał, wiedział też, iż inni to widzą. Stefania była w transie. Nasz związek zaślepił ją do tego stopnia, że stał się dla mnie nie do zniesienia. Kobieta, z którą byłem od trzech lat, ode mnie uciekła, zaczęły się kłopoty w pracy, miałem dość. Stefania była zaś jak opętana…

Wstał ze skrzynki, podszedł do rozbawionego towarzystwem Nikosa, ucałował go z dubeltówki, wypili, wrócił na skrzynkę.

– Nikos wiedział wiele. Miał swoje sposoby, by właściwie interpretować reakcje Stefanii. Zrozumiał, że ze zdobywcy stałem się ofiarą. Wtedy zrobił coś, co było poniżej jego dumy. Stefania szalała, była dla niego okropna, on zaś zdobył się na to, by przyjść do mnie i poprosić, bym natychmiast z nią zerwał, przekreślił ją, bym wstrząsnął nią tym zerwaniem. Zapewne liczył na to, że sprawię, iż Stefania wyjdzie z transu, uspokoi się, a ich życie w końcu wróci do normy… Że doceni jego miłość, jego… agape. No i słyszał, co się ze mną dzieje. Mój Boże, jego agape przechodziła potworną próbę, była w pełnym rozkwicie! Jaki on był dzielny wtedy. Moja agape zaś nie wykluła się nawet z pąków. Zdradziłeś kiedyś swojego najlepszego druha, co?! Wiesz, jak to boli?

Wyczuwałem, że wyznanie sprawia mu ból, ale sam musi z tego jakoś wybrnąć, skoro zaczął. Wstał ponownie. Tym razem zrezygnował z manifestacji przyjaźni z Nikosem i bez ponownego zwrócenia uwagi na ów słynny to fengari wrócił na skrzynkę. Szybko wypiliśmy resztę magicznego napoju, jaki pozostawał w szklanicach.

– Nie wiesz, bo nie możesz wiedzieć, więc się dowiedz: Nikos patrzył na mnie jak na święty obrazek. Od małego byłem dla niego autorytetem, i to we wszystkim. Chciał być taki jak ja. Trzymał się mnie, poszedł w sumie tą samą drogą. Nie zrobił jedynie tej samej kariery, co ja.

Czułem, jak pospiesznie spożywany octopus rośnie mi w trzewiach, wysuwa macki, oplata jelita. Popiłem ponownie, zagryzłem czarnymi oliwkami kalamata.

– Tak, usunąłem ją brutalnie z mojego życia. Pomogło mi to, że miałem do wykonania parotygodniowe zadanie w innym kraju. Ona wydzwaniała do hoteli, w których mieszkałem, ja nie odpowiadałem. Kilka miesięcy później zdiagnozowano u Stefanii raka. Wyjechała w swoje rodzinne strony. Nikos opiekował się nią niczym dobry ojciec, ja jej nawet nie odwiedziłem. Szlag!

Nieoczekiwanie chyba dla samego siebie Alex zaszlochał. Szybko się jednak zmitygował, sięgnął po szklanicę, była pusta. Chwyciłem najbliższą butelkę, nalałem do naszych szklanek. Okazało się, że teraz piliśmy ouzo. Towarzystwo nie zauważyło nagłej reakcji Alexa.

– Wkrótce potem Stefania zmarła. Nikos się załamał. Zaczął zapadać na zdrowiu, tracił kontrakty, a w naszej branży to śmierć cywilna. Po czasie dowiedziałem się, że Stefania nigdy go nie kochała, on zaś, wiedząc to, opiekował się nią czule, zabiegał o nią wytrwale, był jej mentorem, pomagał wydawać jej zbiorki poezji. Łapała przy nim jakąś stabilność, była bipolarna. Nalegał, by rozpoczęła terapię. Robiła mu sceny, miała odloty, a on ją po prostu… kochał. Umiał kochać ją dla niej samej. Cały świat mi się wali, kiedy tylko o tym pomyślę.

Zaszlochał znów, znów się zmitygował, nalał do szklanic, stuknęliśmy się szkłem, zachęcił gestem do natychmiastowego ich opróżnienia i ciągnął dalej:

– Tak naprawdę kłopoty wtedy rzuciły się na mnie z pełną mocą. Wylądowałem w kiciu. Tobie nie będę ściemniał. Liczę, że nie będziesz szukał moich danych. Rozpowiadałem wokół, że zamknęli mnie za przekonania i postawę, a był to okres represji w wydaniu czarnych pułkowników. Gdyby nie ciemne biznesy, ułuda szybkiego zarobku, nie zamknęliby mnie. Byłem poniekąd faworyzowany, dostawałem najlepsze role. Teraz już wiesz, kim byłem, ale zapomnij o tym. Mamy mówić o miłości, która wiele ma imion.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Spis treści:

Okładka
Strona tytułowa
Wprowadzenie
OPOWIADANIA
Osiem razy miłość
O połówkach, całościach i większych całościach
List do Vanessy
Ellina z Exarchii
List do Elliny
ONIRYCZNE UPRAWY GRECKOŚCI
Oneira
Anagonia
Eidýllia
Eleftheria
OPOWIASTKI REPORTAŻUJĄCE
Kłącze imbiru i pokruszony krakers

Na greckiej fali

ISBN: 978-83-8373-579-5

© Zygmunt Barczyk i Wydawnictwo Novae Res 2025

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Aleksandra Płotka

KOREKTA: Małgorzata Giełzakowska

OKŁADKA: Paulina Radomska-Skierkowska

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek