Ocalę Cię - Tom Sileo - ebook + audiobook

Ocalę Cię ebook i audiobook

Tom Sileo

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów w stałej cenie, by naprzemiennie czytać i słuchać. Tak, jak lubisz.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.

Dowiedz się więcej.
Opis

Prawdziwa historia o bohaterstwie i poświęceniu. Książka Toma Sileo to opowieść o dwudziestoczteroletnim nowojorczyku Michaelu Ollisie, amerykańskim żołnierzu, który wstąpił do armii, ponieważ pragnął chronić innych. Pod koniec sierpnia 2013 roku podczas ataku talibów na bazę wojskową w Ghazni zasłonił własnym ciałem rannego żołnierza, gdy jeden z zamachowców detonował założony na siebie pas szachida. Michael zginął, a uratowanym okazał się polski podporucznik Karol Cierpica. Ocalę cię Toma Sileo jest hołdem dla odwagi, bezinteresowności i oddaniu tych, którzy w imię ideałów są gotowi położyć na szali własne życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 312

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 18 min

Lektor: Michał Celeda

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Przedmowa

Ame­ry­ka­nin

„Ten czło­wiek ura­to­wał mi życie”.

Tych pięć słów wypo­wie­dział ranny pod­po­rucz­nik woj­ska pol­skiego Karol Cier­pica pod­czas zma­so­wa­nego ataku ter­ro­ry­stycz­nego na wysu­niętą bazę ope­ra­cyjną1 Gha­zni w Afga­ni­sta­nie dwu­dzie­stego ósmego sierp­nia 2013 roku. Czło­wiek, o któ­rym mówił pol­ski żoł­nierz, leżał obok niego na łóżku w szpi­talu polo­wym. Mocno krwa­wił.

Minęło zale­d­wie kilka minut, odkąd ci dwaj męż­czyźni spo­tkali się po raz pierw­szy w życiu pod­czas zacie­kłej wymiany ognia, którą roz­po­czął potężny wybuch. Efekt samo­bój­czego zama­chu, eks­plo­zja, która posłała w powie­trze coś na kształt minia­tury grzyba ato­mo­wego, a wro­go­wie wtar­gnęli na teren bazy. Pol­ski żoł­nierz, mimo obu nóg naszpi­ko­wa­nych odłam­kami, myślał wyłącz­nie o ran­nym leżą­cym obok niego.

To był młody i silny męż­czy­zna, ale już ledwo oddy­chał. Leka­rze pró­bo­wali go rato­wać. Gorącz­kowo roz­ci­nali mun­dur, aby mieć dostęp do ran, pod­czas gdy pol­ski żoł­nierz bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał dostrzec nazwi­sko swo­jego wybawcy. Wokół wciąż sły­chać było strzały i gło­śne eks­plo­zje, ale pod­po­rucz­nika Cier­picę coraz bar­dziej wypeł­niała cisza. Cisza z łóżka obok. Ku zdu­mie­niu pol­skiego żoł­nierza męż­czy­zna, który ura­to­wał mu życie, nie był jego roda­kiem. Był Ame­ry­ka­ni­nem.

Oca­lony pod­po­rucz­nik wkrótce miał się dowie­dzieć, że jego ciężko ranny ame­ry­kań­ski kolega nazywa się Michael Harold Ollis i jest dwu­dzie­stocz­te­ro­let­nim sier­żan­tem szta­bo­wym2, a także dowódcą dru­żyny w 2 Bata­lio­nie 22 Pułku Pie­choty 1 Bry­ga­do­wego Zespołu Bojo­wego legen­dar­nej 10 Dywi­zji Gór­skiej Armii Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Pocho­dzi z Nowego Jorku – mia­sta odle­głego o sześć i pół tysiąca kilo­me­trów od sto­licy Pol­ski, War­szawy.

Pod­czas gdy pod­po­rucz­nik Karol Cier­pica modlił się o życie ran­nego Ame­ry­ka­nina, który leżał obok niego, rodzice Micha­ela, Bob i Linda Olli­so­wie, byli z przy­ja­ciółmi na waka­cjach w Lon­dy­nie. A jed­nak nawet pod­czas urlopu Bob – odzna­czony wete­ran wojny w Wiet­na­mie – odma­wiał tę samą modli­twę, którą szep­tał każ­dego dnia, odkąd jego syn sie­dem lat wcze­śniej zaczął peł­nić służbę poza gra­ni­cami Sta­nów Zjed­no­czo­nych. W tym okre­sie Michael wziął udział w trzech misjach bojo­wych.

Odma­wia­jąc modli­twę, Bob nie mógł wie­dzieć, że w tym wła­śnie momen­cie jego uko­chany syn wal­czy o życie w szpi­talu polo­wym odle­głej bazy woj­sko­wej we wschod­nim Afga­ni­sta­nie.

– Panie, bła­gam, nie rób mu krzywdy. – Modlił się zatro­skany ojciec. – Już lepiej zrób krzywdę mnie.

Rozdział 1

Wszystko o Mike’u

W 2002 roku trzy­na­sto­letni chło­piec usiadł w swo­jej ławce w szkole Micha­ela J. Petri­desa na Sta­ten Island w Nowym Jorku, aby napi­sać zadaną roz­prawkę pod tytu­łem Wszystko o mnie.

Nazy­wam się Mike Ollis. Miesz­kam na Sta­ten Island. Uro­dzi­łem się szes­na­stego wrze­śnia 1988 roku. Mam dwie sio­stry i psa. Mój tata ma na imię Bob, a mama Linda. Moje sio­stry to Kim i Kelly. Mój pies wabi się Syd­ney.

Lubię grać w piłkę nożną, hokeja i fut­bol ame­ry­kań­ski. Piłka nożna to mój ulu­biony sport. Gram w naszej szkol­nej dru­ży­nie na pozy­cji pra­wego pomoc­nika. Lubię też słu­chać muzyki, kla­sycz­nego rocka, a cza­sami metalu.

Jestem w Mło­dzie­żo­wym Kor­pu­sie Szko­le­nia Ofi­ce­rów Rezerwy Sił Powietrz­nych Sta­nów Zjed­no­czo­nych3. Bar­dzo mi się to podoba i świet­nie się tu bawię. Należę do dru­żyny musz­try: masze­ru­jemy i wyko­nu­jemy syn­chro­nicz­nie różne pole­ce­nia. Jeź­dzimy też na zawody musz­try do New Jer­sey i na pół­noc stanu Nowy Jork, co jest naprawdę fajne. Poza tym jestem w poczcie sztan­da­ro­wym i biorę udział w świę­tach naro­do­wych oraz uro­czy­sto­ściach upa­mięt­nia­ją­cych wete­ra­nów. Pre­zen­tuję broń, opie­kuję się też flagą – pod­no­szę ją, a także opusz­czam z masztu.

Mam sto­pień lot­nika pierw­szej klasy4. Moim nauczy­cie­lem w Kor­pu­sie Szko­le­nia Ofi­ce­rów Rezerwy jest star­szy sier­żant5 Jack­son, a moim bez­po­śred­nim prze­ło­żo­nym jest kapi­tan Kuhn. Będzie mnie uczył w przy­szłym roku.

Chcę słu­żyć w Armii Sta­nów Zjed­no­czo­nych, ska­kać z samo­lo­tów i śmi­głow­ców. Zamie­rzam zostać sier­żan­tem.

To, że Michael Harold Ollis oświad­czył, że pew­nego dnia chce słu­żyć w armii, nie było nie­spo­dzianką. Od naj­młod­szych lat Mikey chciał zostać żoł­nie­rzem, tak jak jego ojciec, który brał udział w ofen­sy­wie Tet, jed­nej z naj­waż­niej­szych i naj­krwaw­szych kam­pa­nii wojny wiet­nam­skiej. Mike ubó­stwiał swo­jego ojca i na pocze­snym miej­scu w swoim pokoju prze­cho­wy­wał wiersz o boha­te­rach z Wiet­namu. Dzieło nie­zna­nego autora nosiło tytuł Chłopcy, któ­rzy wal­czyli w Wiet­na­mie.

Prze­ka­zy­wane z rąk do rąk życze­nia,Marze­nia, nadzieje całego poko­le­nia.Cały naród wysłany na wojnę,Garstka sta­rych ludzi pro­wa­dziła naszych chłop­ców na śmierć,A my patrzy­li­śmy z prze­ra­że­niem i bólem,Z żalem i nie­do­wie­rza­niem, że musimy tra­cić tak wielu naszych chłop­cówDopiero się z nami żegnali.Ich oczy tak młode, tak pełne nadziei,Walka taka długa, tak wiele cier­pie­nia i łez.Rany głę­bo­kie, a kiedy przy­szedł kresNasi mło­dzieńcy zasnęli w ramio­nach Stwórcy,A ich imiona wyryte będą w kamie­niu.Nie wrócą do domu, nie będzie im daneDotknąć naszych lęków, poznać naszych obaw.A nam nie wolno zapo­mnieć tego, co prze­żyli:Bólu i krzyku, ago­nii i odwagi.I tego, że boha­te­ro­wie też się cza­sem śmiali,Tak dawno temu, tak wiele kilo­me­trów stąd.W kra­inie tak jasnej i zie­lo­nejUtknęli w pułapce z nadziei i kłamstw.Musimy pamię­tać, musimy obie­cać,Że zawsze będziemy doty­kać ich serc,Dopóki jesz­cze możemy, pamię­taj­cie przy­ja­ciele…Pamię­taj­cie o chłop­cach, któ­rzy zgi­nęli,któ­rzy prze­żyli, któ­rzy pła­kali.Chłop­cach, któ­rzy wal­czyli w Wiet­na­mie.

Ojciec Mike’a został poważ­nie ranny pod­czas ofen­sywy Tet, ale był jed­nym z tych chłop­ców, któ­rzy prze­żyli. Widział jed­nak z bli­ska kosz­mar wojny, ran­nych i oka­le­czo­nych przy­ja­ciół, w tym wielu z nich w wor­kach na zwłoki. Tam, w środku dżun­gli i nie­zno­śnym upale, był świad­kiem nie­wy­obra­żal­nego okru­cień­stwa i prze­mocy.

Bob nie dzie­lił się wstrzą­sa­ją­cymi wojen­nymi wspo­mnie­niami ze swoim jedy­nym i uko­cha­nym synem, dopóki ten nie stał się doro­sły. Mike wie­dział tylko tyle, że jego tata jest wete­ra­nem armii ame­ry­kań­skiej, który nie cze­kał na powo­ła­nie, tylko zgło­sił się do woj­ska na ochot­nika, aby słu­żyć swo­jemu kra­jowi w Wiet­na­mie.

„To zdję­cie przed­sta­wia mnie i mojego tatę” – tak mały Mike zaczął pracę domową Mój Tata, którą zadano mu we wcze­snej pod­sta­wówce. „Jest dla mnie wyjąt­kowy, ponie­waż dobrze się mną opie­kuje i zabiera w ładne miej­sca. Tre­nuje moją dru­żynę pił­kar­ską, a cza­sem też jeż­dżę z nim do pracy, gdzie miło spę­dzam czas i dowia­duję się wię­cej na temat tego, czym się zaj­muje. Zabiera mnie także na różne imprezy spor­towe”.

Praca koń­czy się sło­wami: „Tato, wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji walen­ty­nek! Kocham Cię, Michael”.

Wio­sną, gdy Mike był w siód­mej kla­sie, nauczy­ciel histo­rii Tim Kielty popro­sił uczniów o napi­sa­nie pracy na temat wojny sece­syj­nej. Kiedy póź­niej, chcąc wysta­wić ocenę, nauczy­ciel szu­kał odpo­wied­niego pliku na kom­pu­te­rze Mike’a, zauwa­żył fol­der zaty­tu­ło­wany Szczę­śli­wego Dnia Ojca. Oka­zało się, że praca domowa o woj­nie sece­syj­nej zain­spi­ro­wała Mike’a do stwo­rze­nia pre­zentu dla taty. Był to roz­bu­do­wany pro­jekt wideo, który zde­cy­do­wa­nie wykra­czał poza moż­li­wo­ści prze­cięt­nego siód­mo­kla­si­sty w roku 2000.

Ścieżkę dźwię­kową sta­no­wił utwór Billy’ego Joela – nawia­sem mówiąc, rów­nież gościa z Nowego Jorku – z 1982 roku Good­ni­ght Saigon. Muzyce towa­rzy­szył mon­taż setek zdjęć z wiet­nam­skich albu­mów ojca. Mike chciał w ten spo­sób oddać hołd zarówno tacie, jak i jego towa­rzy­szom broni. Zapy­tany, wyja­śnił nauczy­cie­lowi, że pro­jekt jest we wstęp­nej fazie, przy czym należy pamię­tać, że takie przed­się­wzię­cie było nie lada wyzwa­niem, bio­rąc pod uwagę ówcze­sne moż­li­wo­ści tech­no­lo­gii kom­pu­te­ro­wej.

Pan Kielty był pod wra­że­niem pomy­słu Mike’a i zachę­cał go do kon­ty­nu­owa­nia pro­jektu. Chło­pak posłu­chał nauczy­ciela i pra­co­wał nad mate­ria­łem jesz­cze nie­mal rok. Dopiero w ósmej kla­sie, po wycieczce szkol­nej do Waszyng­tonu, uznał, że pro­jekt dobiegł końca. Fina­łowa scena filmu jest bar­dzo sym­bo­liczna. Mike stoi przed waszyng­toń­skim pomni­kiem Wete­ra­nów Wojny Wiet­nam­skiej w Con­sti­tu­tion Gar­dens i na słyn­nym murze z czar­nego gra­nitu upa­mięt­nia­ją­cym pole­głych wska­zuje nazwi­sko jed­nego z przy­ja­ciół ojca.

I wszy­scy padli­by­śmy razem – śpiewa w refre­nie pio­senki Good­ni­ght Saigon Billy Joel, który dla Mike’a zawsze był jedną z ulu­bio­nych gwiazd muzyki. Bijący z tego utworu duch bra­ter­stwa na polu walki tak mocno zain­spi­ro­wał Mike’a, że zapra­gnął w przy­szło­ści poczuć tę samą więź, jaka połą­czyła jego ojca z towa­rzy­szami broni – także z tymi, któ­rzy nie wró­cili do domu.

„Dedy­ko­wane wszyst­kim wete­ra­nom z Wiet­namu, któ­rzy zgi­nęli za nasz kraj” – taka dedy­ka­cja poja­wia się pod koniec ponad­sze­ścio­mi­nu­to­wego filmu.

Pan Kielty roz­po­wszech­nił dzieło Mike’a wśród innych nauczy­cieli, aby poka­zać, jaką moc mają filmy publi­ko­wane w inter­ne­cie i jak przy­datne w pro­ce­sie naucza­nia może się oka­zać nowe narzę­dzie. Nie­długo potem histo­ryk dowie­dział się, że firma Apple wyko­rzy­stała pro­jekt Mike’a w publicz­nej pre­zen­ta­cji, aby zade­mon­stro­wać ogromny poten­cjał wpływu nowych tech­no­lo­gii na edu­ka­cję.

Tym­cza­sem Mike dawał kolejne dowody tego, jak głę­bo­kim sza­cun­kiem darzy postać i doko­na­nia swo­jego ojca, czego przy­kła­dem może być praca napi­sana pod koniec szkoły śred­niej.

Mój ojciec jest wyjąt­kowy i podzi­wiam go z wielu powo­dów. Zawsze był przy mnie. Ni­gdy nie pozwo­lił, aby jego praca zaszko­dziła rela­cjom rodzin­nym. Znaj­do­wał czas na wszyst­kie sprawy, któ­rych ocze­kuje się od taty. Nauczył mnie jeź­dzić na rowe­rze, zabrał na pierw­szy mecz base­bal­lowy, bawił się ze mną, był tre­ne­rem w mojej dru­ży­nie piłki noż­nej, odwo­ził i przy­wo­ził ze szkoły, a także nauczył pro­wa­dzić samo­chód.

Tak, to są typowe rze­czy, które dobrzy ojco­wie robią ze swo­imi synami. Ale myślę, że to, co wyróż­nia mojego tatę, to jego miłość do kraju i to, jak prze­ka­zał ją mnie. Rzecz w tym, że mój tata był w woj­sku wtedy, gdy to wcale nie było fajne. Wtedy inni w jego wieku uni­kali poboru lub zapi­sy­wali się na stu­dia, byle tylko wywi­nąć się ze służby, a on zgło­sił się na ochot­nika, zanim jesz­cze dostał powo­ła­nie. Został żoł­nie­rzem i słu­żył dziel­nie swo­jemu kra­jowi. Wal­czył w Wiet­na­mie i otrzy­mał Pur­pu­rowe Serce za odnie­sione rany. Mój ojciec uwa­żał, że słu­że­nie kra­jowi, w któ­rym żyje, to przy­wi­lej. Teraz ja też tak uwa­żam.

„Kryj się!”. Te dwa słowa wie­lo­krot­nie wykrzy­ki­wał mały Mikey Ollis nie na polu bitwy, ale pod­czas zabawy na Bur­bank Ave­nue na Sta­ten Island. Cho­ciaż uwiel­biał sport – zwłasz­cza piłkę nożną – nic nie spra­wiało mu więk­szej frajdy niż prze­bie­ra­nie się w stary mun­dur Gwar­dii Naro­do­wej poda­ro­wany mu przez zaprzy­jaź­nio­nego sąsiada i zabawa w wojnę. Star­sze sio­stry, Kim­berly i Kelly, czę­sto robiły Mikey­owi kamu­fla­żowy maki­jaż, by wszystko było jesz­cze bar­dziej reali­styczne.

To mógł być rok 1988. Mikey dał się już poznać w swo­jej naj­bliż­szej oko­licy, czyli w New Dorp, dziel­nicy w dużej mie­rze irlandz­kiej i wło­skiej. Więk­szość osób, które widy­wały ener­gicz­nego chłopca bie­ga­ją­cego po ulicy, musiała docho­dzić do wnio­sku, że oto na ich oczach rośnie przy­szły ame­ry­kań­ski żoł­nierz.

Za każ­dym razem, gdy tata Mikeya, wów­czas mecha­nik, lub mama, która była pie­lę­gniarką, wra­cali do domu z pracy, mogli się spo­dzie­wać „zasadzki” urzą­dzo­nej przez uko­cha­nego jedy­naka. Inni rodzice i dzie­ciaki z Bur­bank Ave­nue mieli podobne doświad­cze­nia. Bawiło ich, że Mikey zakra­dał się do ich domów albo wspi­nał na dachy garaży, by potem zasko­czyć wszyst­kich serią snaj­per­skich strza­łów ze swo­jego zabaw­ko­wego kara­binu. Cza­sami wyska­ki­wał z domku na drze­wie znaj­du­ją­cym się w ogródku, aby „zastrze­lić” wra­ca­jące ze szkoły sio­stry.

Kore­pe­ty­tor mate­ma­tyki jego sio­stry Kelly, Ed Palone, był tak pełen uzna­nia dla zasa­dzek Mikeya, że któ­re­goś dnia spre­zen­to­wał mu zabaw­kowy pisto­let. Na widok nowej broni Mike powie­dział „dzię­kuję” z wiel­kim uśmie­chem, ale chwilę potem bar­dzo spo­waż­niał. Przez całe zaję­cia nauczy­ciel ze zdu­mie­niem obser­wo­wał, jak Mikey co jakiś czas chowa się za rogiem budynku, a następ­nie szybko zza niego wyska­kuje, strze­la­jąc do wyima­gi­no­wa­nego wroga. Mikey był tak sku­piony, gdy „strze­lał” z pozy­cji sto­ją­cej, leżą­cej i kuca­jąc, że naj­wy­raź­niej zapo­mniał o ist­nie­niu Kelly i jej kore­pe­ty­tora. Lata póź­niej Ed Palone uczył mate­ma­tyki rów­nież Mikeya.

Wygłupy chłopca nie zawsze były zwią­zane z woj­skiem. Nie­kiedy ruszał w pościg za sio­strami lub przy­ja­ciółmi po ulicy, na któ­rej miesz­kał, ozdo­bio­nej ame­ry­kań­skimi fla­gami, zasia­da­jąc za kie­row­nicą jed­nej ze swo­ich wiel­kich zabaw­ko­wych cię­ża­ró­wek. Jego tata ser­wi­so­wał praw­dziwe cię­ża­rówki, głów­nie te, które każ­dego ranka roz­wo­ziły po naj­więk­szym mie­ście kraju „New York Daily News”. Mikey uwiel­biał towa­rzy­szyć ojcu w pracy, pod­czas któ­rej Bob znaj­do­wał czas na ucze­nie Mikeya naprawy samo­cho­dów oso­bo­wych, cię­ża­ro­wych i tere­no­wych, a nawet cią­gni­ków sio­dło­wych. Uczył też syna pro­wa­dze­nia tych wszyst­kich pojaz­dów, co pomo­gło roz­wi­nąć w nim fascy­na­cję moto­ry­za­cją. Zwłasz­cza pojaz­dami znacz­nych gaba­ry­tów. Spę­dzany wspól­nie czas jesz­cze umoc­nił ten szcze­gólny rodzaj więzi, która może powstać tylko mię­dzy ojcem a synem.

Mię­dzy Mikeyem a jego dwiema sio­strami była znaczna róż­nica wieku. Kim była trzy­na­ście lat star­sza, a Kelly uro­dziła się dekadę przed swoim młod­szym bra­tem. Ozna­czało to, że obie sio­stry ode­grały ogromną rolę w wycho­wa­niu Mikeya, zwłasz­cza że mama przez wiele lat czę­sto miała nocne dyżury pie­lę­gniar­skie, a tata też miał raczej nie­nor­mo­wany czas pracy. Sio­stry zaj­mo­wały się zatem wszyst­kim, od zmie­nia­nia pie­luch po pomoc Mikey­owi w nauce cho­dze­nia, mówie­nia, czy­ta­nia i pisa­nia. Mimo że cza­sami walił głową w ścianę z fru­stra­cji, gdy nie dosta­wał tego, czego chciał, Kim i Kelly uwiel­biały swo­jego młod­szego brata. Póź­niej obie sio­stry Ollis uznały, że czas spę­dzony na wycho­wy­wa­niu Mike’a spra­wił, że stały się lep­szymi mat­kami dla wła­snych dzieci.

Bur­bank Ave­nue na Sta­ten Island pod koniec lat osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych była jak wspo­mnie­nie sta­rej dobrej Ame­ryki. Flagi wisiały na nie­mal każ­dym domu, a także na słu­pach i drze­wach. Dzieci takie jak Mikey nie­ustan­nie bawiły się na ulicy po szkole, nie tylko latem. Było to jedno z tych miejsc, w któ­rych wszy­scy sąsie­dzi dbali o sie­bie nawza­jem i każdy czuł się bez­piecz­nie. Więk­szość drzwi wej­ścio­wych była otwarta, a każde dziecko bawiące się na zewnątrz wie­działo, że jedyna godzina poli­cyjna to ta, o któ­rej włą­czają się latar­nie uliczne. To był znak, że czas iść do domu, umyć ręce i usiąść do kola­cji.

W tam­tych cza­sach nie było zabaw orga­ni­zo­wa­nych pod nad­zo­rem rodzi­ców ani zapla­no­wa­nych zajęć poza­lek­cyj­nych, z wyjąt­kiem tre­nin­gów i meczów dru­żyn spor­to­wych. Latem Mikey wsta­wał, jadł śnia­da­nie i wycho­dził. Jeśli od razu nie spo­ty­kał bawią­cych się dzieci, po pro­stu szedł do domu któ­re­goś z kole­gów i dzwo­nił do drzwi. Zda­rzało się oczy­wi­ście, że w nie­któ­rych przy­pad­kach wcho­dził bez puka­nia, jeżeli chciał zor­ga­ni­zo­wać jedną ze swo­ich słyn­nych zasa­dzek.

– Czy Keith już wstał? – zapy­tał pię­cio­letni Mikey pew­nego sobot­niego poranka, gdy otwo­rzyły się drzwi wej­ściowe do domu po dru­giej stro­nie ulicy, nale­żą­cego do nowo­jor­skiego poli­cjanta i jego żony.

– Nie jestem pewna, idź sam i zobacz – powie­działa mama Keitha.

Mikey wbiegł po scho­dach na górę, czym natych­miast obu­dził Keitha Flan­nery’ego, który był o trzy­na­ście lat star­szy i miał ukoń­czyć liceum rok po naj­star­szej sio­strze Mikeya. Poprzed­niej nocy długo balo­wał na mie­ście ze zna­jo­mymi i jak więk­szość nasto­lat­ków nie miał abso­lut­nie żad­nego pro­blemu z prze­spa­niem całego dnia. Cho­ciaż Keith mógł odru­chowo ziry­to­wać się nagłą pobudką, uwiel­biał Mikeya i nie potra­fił się na niego wście­kać.

Po kilku ziew­nię­ciach i prze­tar­ciu oczu Keith był już na nogach i grał z Mikeyem w koszy­kówkę na pod­jeź­dzie. Rzu­ca­nie do kosza sta­wało się coraz częst­szym rytu­ałem, bo Mikey robił się już nieco za duży na roz­bi­ja­nie się po oko­licy swo­imi zabaw­ko­wymi pojaz­dami. Za każ­dym razem, gdy sły­szał dźwięk kozło­wa­nia piłką do koszy­kówki, Mikey chciał natych­miast biec na dwór i pędzić na rowe­rze do Keitha. Tro­chę hamo­wali go mama, tata lub jedna z sióstr – któ­reś z nich pil­no­wało, aby bez­piecz­nie prze­je­chał przez ulicę. Zwy­kle Mikey zabie­rał ze sobą zabaw­kowy kara­bin, który umiesz­czał na kie­row­nicy. Po przy­by­ciu na miej­sce zasa­dzał się na znacz­nie star­szego sąsiada, po czym uda­wał, że strzela do Keitha, który upa­dał i leżał nie­ru­chomo.

Jeśli w latach dzie­więć­dzie­sią­tych zda­rzało się komuś spa­ce­ro­wać po Bur­bank Ave­nue, miał sporą szansę natknąć się na przy­szłego detek­tywa wydziału zabójstw nowo­jor­skiej poli­cji oraz przy­szłego żoł­nie­rza pie­choty US Army, któ­rzy grali na ulicy w koszy­kówkę, base­ball lub piłkę nożną. Za każ­dym razem, gdy Mikey tra­fiał do kosza, zali­czał home­runa lub zdo­by­wał gola, Keith krzy­czał: „Bicki!”, a Mikey napi­nał bicepsy niczym Arnold Schwa­rze­neg­ger lub pro­fe­sjo­nalny wre­stler. Mikey, który jako dziecko miał blond włosy, zanim póź­niej znacz­nie mu pociem­niały, zawsze robił to z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy.

– Od teraz będę cię nazy­wał Mikey Muskuł, okej, dzie­ciaku? – powie­dział Keith, głasz­cząc swo­jego młod­szego sąsiada po gło­wie.

Pew­nego gorą­cego let­niego dnia na Sta­ten Island mama Keitha wyszła na zewnątrz i fil­mo­wała nową kamerą wideo swo­jego syna i Mikeya gra­ją­cych w base­ball. Jak zwy­kle Keith i Mikey prze­ko­ma­rzali się, rzu­ca­jąc i odbi­ja­jąc piłkę. – Okej, to dwa strajki – powie­dział Keith z moc­nym nowo­jor­skim akcen­tem, przy­go­to­wu­jąc się do rzutu. – Dener­wu­jesz się? Bo ja tak.

Mikey odbił piłkę Keitha, pra­wie tra­fia­jąc w sza­rego forda tau­rusa zapar­ko­wa­nego na Bur­bank Ave­nue. Potem gło­śno się zaśmiał. – No i masz za swoje! – krzyk­nął.

Mikey, w koszulce w zie­lone paski w stylu lat dzie­więć­dzie­sią­tych i w pasu­ją­cych do niej spoden­kach, kon­ty­nu­ował grę, a sym­pa­tyczne docinki nie miały końca.

– „Nie ma dla cie­bie zupy”! – rzu­cił Keith, cytu­jąc słynny tekst z hito­wego serialu Kro­niki Sein­felda z 1995 roku, po tym jak jego znacz­nie młod­szy prze­ciw­nik zamach­nął się i chy­bił. – Ach tak? – powie­dział Mikey, zanim wró­cił do pozy­cji odbi­ja­ją­cego. Bum! Dzie­ciak posłał piłkę obok Keitha, tym razem o włos mija­jąc zapar­ko­wa­nego jeepa che­ro­kee. – Widzisz? – Mikey krzyk­nął, gdy Keith gonił piłkę. – To dla cie­bie nie ma zupy!

Chłopcy z sąsiedz­twa jakiś czas póź­niej stra­cili ze sobą kon­takt ze względu na dużą róż­nicę wieku. Keith ukoń­czył szkołę, poszedł na stu­dia i osta­tecz­nie pra­co­wał w nowo­jor­skiej poli­cji. Jed­nak gdy wpa­dali na sie­bie przez te wszyst­kie lata, Keith zawsze krzy­czał: „Hej, Mikey Muskuł!”, na całą ulicę, tę samą, na któ­rej kie­dyś grali razem w base­ball. Przy­kład Keitha, który poszedł w ślady ojca i został poli­cjan­tem, zain­spi­ro­wał Mike’a, który pra­gnął zostać żoł­nie­rzem. Star­szy sąsiad zawsze był prze­ko­nany, że chło­pak dopnie swego.

Mały Mikey uwiel­biał czy­tać książki dla dzieci, takie jak te z cyklu Seria nie­for­tun­nych zda­rzeń Daniela Han­dlera, oglą­dać Gwiezdne wojny i grać w gry kom­pu­te­rowe, zawsze popi­ja­jąc z olbrzy­miej szklanki sok poma­rań­czowy. Przede wszyst­kim jed­nak był bar­dzo aktywny fizycz­nie. Wszystko wska­zy­wało na to, że odnie­sie suk­cesy w spo­rcie. Inspi­ra­cję sta­no­wiły dla niego sio­stry, Kim i Kelly, które w cza­sach szkol­nych były wyróż­nia­ją­cymi się pił­kar­kami, dzięki czemu Mikey zaczął grać w foot­ball już jako trzy­la­tek.

Kwe­stia postę­pów w nauce nato­miast to już zupeł­nie inna histo­ria. Pomimo licz­nych sta­rań i pomocy ze strony rodzi­ców i rodzeń­stwa Mikey od samego początku miał pro­blemy ze speł­nie­niem wymo­gów edu­ka­cji wcze­snosz­kol­nej obo­wią­zu­ją­cych w sta­nie Nowy Jork. Wkrótce stało się jasne, że chło­pak, aby dać sobie radę w szkole, będzie musiał prze­zwy­cię­żać trud­no­ści zwią­zane ze zdia­gno­zo­waną dys­lek­sją.

Ziry­to­wane bra­kiem odpo­wied­nich pro­gra­mów naucza­nia w lokal­nej pla­cówce, Linda i Kim – przy­szła nauczy­cielka, która w ramach wła­snych stu­diów będzie moni­to­ro­wać postępy brata w nauce – udały się do Michael J. Petri­des School. Zadbały o to, by Mike został przy­jęty do tej cenio­nej szkoły publicz­nej, która ofe­ro­wała naukę w sys­te­mie K-12, czyli od przed­szkola do końca liceum. Przede wszyst­kim jed­nak pro­gram szkoły ofe­ro­wał nie­zbędną pomoc dla uczniów z trud­no­ściami w ucze­niu się, jak cho­ciażby zaję­cia z logo­pedą. Ku ucie­sze mamy i sio­stry Mikey został przy­jęty i poszedł do dru­giej klasy.

Nauka w szkole ni­gdy nie była dla mło­dego Mikeya czymś łatwym, ale Petri­des ofe­ro­wała sze­roki wachlarz zajęć indy­wi­du­al­nych, sam na sam z nauczy­cie­lem, które osta­tecz­nie pomo­gły chłopcu prze­zwy­cię­żyć trud­no­ści i poczy­nić znaczne postępy w nauce. Mikey z kilku powo­dów zasłu­żył sobie na uzna­nie więk­szo­ści nauczy­cieli i kore­pe­ty­to­rów. Po pierw­sze ni­gdy się nie pod­da­wał, nie odpusz­czał. Nawet gdy pię­trzyły się pro­blemy, nie przy­cho­dziło mu do głowy, aby zre­zy­gno­wać. Po dru­gie zawsze oka­zy­wał ogromny sza­cu­nek nauczy­cie­lom i wszyst­kim doro­słym. „Sir” i „madam” były praw­do­po­dob­nie naj­czę­ściej uży­wa­nymi przez niego sło­wami, a trzeba pamię­tać, że w Sta­nach Zjed­no­czo­nych za pomocą tych zwro­tów grzecz­no­ścio­wych oka­zuje się nawet więk­szy sza­cu­nek, niż w Pol­sce mówiąc „pan”, „pani”. Ponadto Mike znany był z tego, że zawsze uprzej­mie prze­pusz­czał wszyst­kich w drzwiach, a także odsu­wał krze­sła, poma­ga­jąc w ten spo­sób star­szym usiąść. Dla chło­paka o takiej kin­dersz­tu­bie nauczy­ciele i kore­pe­ty­to­rzy chcieli zro­bić coś wię­cej, oka­zać mu nie­stan­dar­dową pomoc. Mikey Ollis nie był postrze­gany na Sta­ten Island ani jako twar­dziel, ani jako mądrala, ale jako naprawdę dobry chło­pak.

– Zda­rzyło mi się przy­ła­pać Micha­ela na gorą­cym uczynku pod­czas popeł­nia­nia jakie­goś szkol­nego wykro­cze­nia. Zro­bił komuś kawał, a ja posta­no­wi­łem inter­we­nio­wać. Takie sytu­acje zda­rzają się milion razy w każ­dej szkole i koń­czą się upo­mnie­niem, prze­waż­nie ustną repry­mendą – wspo­mina jeden z nauczy­cieli z Petri­des, Michael Blyth. – Pamię­tam, że po tym incy­den­cie Michael był wręcz prze­sad­nie prze­jęty całą sprawą. Bar­dzo się mar­twił, że mogę zacząć postrze­gać go w złym świe­tle. Opi­nia innych była dla niego bar­dzo ważna. Zapew­ni­łem Micha­ela, że na­dal będę o nim dobrze myślał, a on obie­cał, że ni­gdy wię­cej mnie nie zawie­dzie.

Wiele lat póź­niej Mike został kore­pe­ty­to­rem chłopca z sąsiedz­twa, który nazy­wał się Eric Cun­dari i potrze­bo­wał pomocy w nauce czy­ta­nia. Mike pamię­tał, jak jego nauczy­ciele i kore­pe­ty­to­rzy dokła­dali wszel­kich sta­rań, żeby mu pomóc, więc teraz chciał się odwdzię­czyć i zro­bić to samo dla innych. Eric, gdy był już na stu­diach, napi­sał esej, w któ­rym podzie­lił się takimi wspo­mnie­niami: „Mike zawsze był wobec mnie cier­pliwy, wspie­ra­jący. Bez względu na to, co aku­rat robi­li­śmy, czy ska­ka­li­śmy na tram­po­li­nie, czy nabi­ja­li­śmy się z jego absur­dal­nych kosz­ma­rów o Chew­bacce, Mike trak­to­wał mnie jak młod­szego brata”.

To wła­śnie w liceum Mike – jak go już wów­czas powszech­nie nazy­wano – zaczął nabie­rać roz­pędu. Cho­ciaż od lat miał kilku przy­ja­ciół z dzie­ciń­stwa na Bur­bank Ave­nue, z bie­giem czasu nieco się od nich odda­lał, odkąd zaczął cho­dzić do innej szkoły niż reszta dzieci z sąsiedz­twa. Wszystko się zmie­niło, gdy Mike wyko­nał swój pierw­szy mały, ale bar­dzo ważny krok na dro­dze śla­dami ojca. Wstą­pił do Mło­dzie­żo­wego Kor­pusu Szko­le­nia Ofi­ce­rów Rezerwy pro­wa­dzo­nego przez Siły Powietrzne Sta­nów Zjed­no­czo­nych. To tam poznał przy­ja­ciół na całe życie.

Plany i ogólne podej­ście do życia Mike’a na początku liceum naj­le­piej pod­su­mo­wuje wpis w dzien­niku kla­so­wym doko­nany pod koniec gim­na­zjum.

Moje cele do osią­gnię­cia w liceum to być dobrym uczniem, zali­czyć każdy przed­miot i uzy­skać dyplom Regents6. Zamie­rzam dać z sie­bie wszystko i ni­gdy się nie pod­da­wać, bez względu na trud­no­ści, z jakimi będę się musiał zmie­rzyć.

Poza edu­ka­cją moim celem w liceum jest dobra zabawa pod­czas zdo­by­wa­nia wie­dzy. Chcę cie­szyć się każdą minutą tych czte­rech lat w Petri­des. Myślę, że pomoże mi w tym udział w zaję­ciach poza­lek­cyj­nych. Chcę być zawod­ni­kiem jakiejś dru­żyny, na przy­kład piłki noż­nej. Chciał­bym rów­nież zapi­sać się do pro­gramu Kor­pusu Szko­le­nia Ofi­ce­rów Rezerwy i dołą­czyć do dru­żyn musz­try i pocztu sztan­da­ro­wego.

Jed­nym z moich głów­nych celów jest osią­gnię­cie dobrych wyni­ków w spo­rcie i pro­gra­mie Kor­pusu Szko­le­nia Ofi­ce­rów Rezerwy Sił Powietrz­nych. Myślę, że te dzia­ła­nia zostaną odno­to­wane w moich szkol­nych doku­men­tach, co pomoże mi przy wybo­rze col­lege’u lub w karie­rze woj­sko­wej.

Jeśli zre­ali­zuję swoje cele w szkole śred­niej, wie­rzę, że pozwoli mi to osią­gnąć suk­cesy w dal­szym życiu w ogóle.

W cza­sach gim­na­zjal­nych wyda­rzyło się coś, co wzbu­dziło w mło­dym nowo­jor­czyku jesz­cze więk­szą miłość do kraju i pra­gnie­nie uczy­nie­nia wszyst­kiego, co tylko moż­liwe, by stać na straży jego bez­pie­czeń­stwa.

„Poważny wpływ na moje życie miał atak ter­ro­ry­stów na World Trade Cen­ter i Pen­ta­gon”, napi­sał trzy­na­sto­letni Mike, gdy pło­nęły dwie wieże WTC. Działo się to bar­dzo bli­sko jego miej­sca zamiesz­ka­nia, wystar­czy­łaby krótka podróż pro­mem przez wody Upper New York Bay. „Wywarło to ogromny wpływ na moje życie, ponie­waż nikt się nie spo­dzie­wał, że coś takiego może się zda­rzyć, a na doda­tek było to naprawdę prze­ra­ża­jące”.

„To pierw­szy raz od cza­sów zim­nej wojny, kiedy Ame­ryka zna­la­zła się w sta­nie naj­wyż­szej goto­wo­ści”, kon­ty­nu­ował Mike. „Więc to ma na mnie wpływ, ponie­waż wiele osób zgi­nęło w World Trade Cen­ter i Pen­ta­go­nie, a męż­czyźni i kobiety w obcych kra­jach, któ­rzy wal­czą z ter­ro­ry­zmem, rów­nież umie­rają”.

Dla Mike’a ofiary jede­na­stego wrze­śnia nie były tylko obcymi twa­rzami z tele­wi­zji. W ataku ter­ro­ry­stycz­nym Al-Kaidy zgi­nęło mię­dzy innymi dwu­stu sie­dem­dzie­się­ciu czte­rech miesz­kań­ców Sta­ten Island, bliż­szych i dal­szych sąsia­dów chłopca. Rodzice i sio­stry Mike’a znali oso­bi­ście wiele ofiar i uczest­ni­czyli w kilku pogrze­bach, by pocie­szyć i wes­przeć rodziny zmar­łych.

Wielu spo­śród tych miesz­kań­ców Sta­ten Island, któ­rzy zgi­nęli w zama­chach, było poli­cjan­tami i stra­ża­kami. Ich goto­wość do zło­że­nia naj­wyż­szej ofiary, gdy wbie­gali do pło­ną­cych wież World Trade Cen­ter, głę­boko zain­spi­ro­wała Mike’a.

„Widzę ter­ror, który rani mia­sto”, napi­sał Mike w swoim dzien­niku. „Sły­szę krzyki z wież”.

Ośmie­lony swoim nie­zwy­kle uda­nym pro­jek­tem doty­czą­cym Wiet­namu, Mike ponow­nie usiadł przy szkol­nym kom­pu­te­rze, aby stwo­rzyć poru­sza­jący obraz cyfrowy. Przed­sta­wiał stra­ża­ków pod­no­szą­cych ame­ry­kań­ską flagę na ruinach Gro­und Zero – podobny do ponad­cza­so­wej foto­gra­fii wyko­na­nej przez Tho­masa Fran­klina, która tra­fiła na okładki nie­mal wszyst­kich gazet i maga­zy­nów na świe­cie jesie­nią 2001 roku. Cyfrowa wizu­ali­za­cja Mike’a poka­zy­wała rów­nież stra­ża­ków ratu­ją­cych mło­dego męż­czy­znę, który do złu­dze­nia go przy­po­mi­nał. Być może był to sym­bo­liczny prze­kaz. Jakby Mike czuł się ura­to­wany przez boha­ter­skich stra­ża­ków i teraz miał potrzebę zre­wan­żo­wa­nia się poprzez służbę na rzecz zapew­nie­nia bez­pie­czeń­stwa Sta­nom Zjed­no­czo­nym.

Kiedy jego rodzinne mia­sto i naj­bliż­sza oko­lica ucier­piały tak strasz­li­wie w następ­stwie naj­gor­szego ataku ter­ro­ry­stycz­nego w histo­rii Ame­ryki, nasto­la­tek ze Sta­ten Island posta­no­wił doło­żyć wszel­kich sta­rań, by nic podob­nego do zama­chów z jede­na­stego wrze­śnia ni­gdy wię­cej nie wyda­rzyło się na ame­ry­kań­skiej ziemi. Zanim jed­nak mógł zgło­sić się na ochot­nika do woj­ska, tak jak uczy­nił jego ojciec ponad trzy dekady wcze­śniej, Mike chciał wes­przeć dziel­nych ame­ry­kań­skich żoł­nie­rzy, któ­rzy toczyli walkę z ter­ro­ry­stami z Al-Kaidy i reżi­mem tali­bów w Afga­ni­sta­nie.

„Widzę, jak nasi żoł­nie­rze idą w bój i wal­czą za nas”, napi­sał Mike w swoim dzien­niku. „Widzę, jak nasi żoł­nie­rze za nas umie­rają”.

Zamiast robić kolejne zapi­ski w dzien­niku, kilka dni póź­niej Mike posta­no­wił napi­sać list, który miał zostać dostar­czony ame­ry­kań­skim żoł­nie­rzom peł­nią­cym służbę za gra­nicą.

Dro­dzy żoł­nie­rze, co sły­chać? Wy i Wasi towa­rzy­sze broni wyko­nu­je­cie kawał cho­ler­nie trud­nej i waż­nej roboty. Tak trzy­maj­cie.

Chcę tylko podzię­ko­wać Wam za to, co robi­cie. Mam nadzieję, że bez­piecz­nie wró­ci­cie do domu. Wie­rzę, że znów spo­tka­cie się ze swo­imi rodzi­nami. Sta­ten Island Was wspiera i powi­tamy Was, kiedy wró­ci­cie do domu. Więc uwa­żaj­cie na sie­bie, miej­cie chłodną głowę i wra­caj­cie do domu.

Od Mike’a Ollisa.

Rozdział 2

Witaj, nowe życie

Naj­więk­szy pro­jekt szkolny, jaki Mike zre­ali­zo­wał w liceum, doty­czył księ­dza Vin­centa Capo­danna, kape­lana Mary­narki Wojen­nej USA, który zgi­nął w akcji pod­czas wojny w Wiet­na­mie. Podob­nie jak Mike, porucz­nik Capo­danno był poboż­nym kato­li­kiem, dum­nym, że pocho­dzi ze Sta­ten Island.

„Ksiądz Capo­danno nie raz, ale kilka razy wybie­gał ze schronu, nie bacząc na trwa­jącą strze­la­ninę, by zaopie­ko­wać się ludźmi ze swo­jego bata­lionu. Walka trwała godzi­nami. Został tra­fiony odłam­kami, które urwały mu palce pra­wej dłoni i roze­rwały ramię. Mimo to nie prze­sta­wał zaj­mo­wać się swo­imi ludźmi. Namasz­czał umie­ra­ją­cych i ran­nych lewą ręką.

Następ­nie zoba­czył żoł­nie­rza pie­choty mor­skiej powa­lo­nego strza­łami z broni auto­ma­tycz­nej. Pod­biegł do niego i zasło­nił go wła­snym cia­łem przed ogniem z kara­binu maszy­no­wego. Nie miało zna­cze­nia, że był nie­uzbro­jo­nym duchow­nym, żoł­dak Wiet­kongu strze­lał dalej, zabi­ja­jąc ojca Capo­danna i żoł­nie­rza mari­nes”.

Po doda­niu kilku szcze­gó­łów bio­gra­ficz­nych Mike wró­cił do decy­zji księ­dza o wstą­pie­niu do armii w szczy­to­wym okre­sie wojny w Wiet­na­mie.

„Jego prośba o wcie­le­nie do woj­ska nie była bez­pre­ce­den­sowa. Znał innych księży z ruchu misyj­nego Maryk­noll7, któ­rzy uwa­żali służbę w armii za wyma­ga­jącą, ale jed­no­cze­śnie satys­fak­cjo­nu­jącą drogę życia dla misjo­na­rza.

Po wstą­pie­niu do Mary­narki Wojen­nej posta­no­wił zostać kape­la­nem i wyru­szyć do Wiet­namu. Jego zaciąg zbiegł się w cza­sie z naj­więk­szym zaan­ga­żo­wa­niem Sta­nów Zjed­no­czo­nych w wojnę. Zale­d­wie kilka dni po przy­by­ciu na miej­sce z entu­zja­zmem przy­jął moż­li­wość uda­nia się na linię frontu.

Żoł­nie­rze, któ­rym posłu­gi­wał ojciec Capo­danno, czuli się przy nim kom­for­towo i bez opo­rów przy­cho­dzili do niego, żeby poroz­ma­wiać i zwie­rzać się ze swo­ich pro­ble­mów. Żył z dnia na dzień, tak jak oni: jak każdy żoł­nierz pie­choty mor­skiej. Naprawdę był jed­nym z nich.

Pamięć o ojcu Vin­cen­cie Capo­dan­nie została uczczona na kilka spo­so­bów. Jego nazwi­sko wid­nieje w ośmiu kapli­cach, na kilku pomni­kach, budynku na tere­nie bazy mor­skiej w Ten­nes­see. Jego imie­niem nazwano dwie drogi, a także sty­pen­dia i ame­ry­kań­ski nisz­czy­ciel eskor­towy. Ksiądz Capo­danno otrzy­mał też pośmiert­nie Medal Honoru, naj­wyż­sze ame­ry­kań­skie odzna­cze­nie woj­skowe”.

Nie wia­domo, jaką ocenę Mike Ollis dostał za pracę o Vin­cen­cie Capo­dan­nie. Jeśli nawet nie była to szóstka, Mike spę­dził resztę swo­ich dni, sta­ra­jąc się na nią zapra­co­wać – żył, odda­jąc się służ­bie cał­ko­wi­cie, jak Vin­cent Capo­danno i jak jego drugi wzór do naśla­do­wa­nia, Bob Ollis.

Długa droga Mike’a do pój­ścia w ślady dwóch boha­te­rów wojny w Wiet­na­mie roz­po­częła się od wspo­mnia­nej decy­zji o dołą­cze­niu do pro­gramu Mło­dzie­żo­wego Kor­pusu Szko­le­nia Ofi­ce­rów Rezerwy. Jed­nak pierw­sze dwa lata nie upły­nęły Mike’owi na upra­gnio­nych mar­szach i musz­trach, o któ­rych marzył od dzie­ciń­stwa. W dużej mie­rze wypeł­niała je nudna papier­kowa robota w małym biu­rze Kor­pusu w szkole Petri­des.

Mimo że cho­dziło o nie­wiele wię­cej niż tem­pe­ro­wa­nie ołów­ków, Mike’owi udało się zaim­po­no­wać prze­ło­żo­nym i kole­gom kade­tom swoim zaan­ga­żo­wa­niem, sumien­no­ścią i jesz­cze czymś, co urze­kło jed­nego z jego dowód­ców, cho­rą­żego Petera Jack­sona. Instruk­tor obej­rzał fil­mik Mike’a o woj­nie w Wiet­na­mie, w któ­rym chło­pak skła­dał hołd swo­jemu ojcu. Jack­son z miej­sca uznał, że ktoś, kto wło­żył w tego rodzaju pro­jekt tak wiele ener­gii i czasu, musi być kimś wyjąt­ko­wym. Spo­sób, w jaki Mike zacho­wy­wał się przez te począt­kowe dwa lata, tylko potwier­dził pierw­sze wra­że­nie sier­żanta. Może chło­pak był nie­zbyt wysoki i bar­dzo szczu­pły, ale też twardy i wytrwały, nawet w przy­padku, gdy cho­dziło o dopeł­nia­nie naj­bar­dziej przy­ziem­nych obo­wiąz­ków w Mło­dzie­żo­wym Kor­pu­sie Szko­le­nia Ofi­ce­rów Rezerwy.

Inny dowódca, kapi­tan Tim Kuhn, rów­nież zauwa­żył ciężką pracę Mike’a oraz zaan­ga­żo­wa­nie w pro­gram. Już od pierw­szej roz­mowy na początku trze­ciego roku, w któ­rym Mike miał zostać bar­dziej wdro­żony w pro­gram Mło­dzie­żo­wego Kor­pusu Szko­le­nia Ofi­ce­rów Rezerwy, kapi­tan Kuhn zro­zu­miał, jak poważ­nie jego kadet trak­to­wał swoją przy­szłość w woj­sku. Mike opo­wie­dział mu o swoim tacie, który wal­czył w Wiet­na­mie, oraz zapo­wie­dział, że pra­gnie pójść w ślady ojca i zostać sze­re­gow­cem pie­choty armii ame­ry­kań­skiej. Nie był zain­te­re­so­wany stop­niami ofi­cer­skimi.

– Nie sprze­da­waj się tanio i nie ogra­ni­czaj swo­ich marzeń – powie­dział Kuhn Mike’owi. – Jeśli będziesz ciężko pra­co­wał, pew­nego dnia możesz zostać dowódcą.

– Dzię­kuję, sir – odrzekł Mike. – Chciał­bym dowo­dzić na polu bitwy.

Dopiero póź­niej Mike zro­zu­miał, że ofi­ce­ro­wie też wal­czą, ale w tam­tym cza­sie w jego nasto­let­nim umy­śle to sze­re­gowi żoł­nie­rze posia­dali mono­pol na walkę. Ni­gdy nawet przez chwilę nie roz­wa­żał moż­li­wo­ści wstą­pie­nia do aka­de­mii woj­sko­wej lub pój­ścia na stu­dia. To po pro­stu nie była droga dla niego i wszy­scy – z jego rodzi­cami włącz­nie – rozu­mieli, dla­czego Mike pod­jął taką decy­zję.

W szkole wspi­nał się na wyżyny, zawsze sta­ra­jąc się otrzy­my­wać przy­zwo­ite oceny, które zwy­kle oscy­lo­wały mię­dzy dobrym a dosta­tecz­nym. Bio­rąc pod uwagę trud­no­ści, z któ­rymi w nauce musiał się zma­gać od dzie­ciń­stwa, była to naprawdę wysoka śred­nia i spore osią­gnię­cie. Pro­blem nie pole­gał na tym, że Mike nie sta­rał się wystar­cza­jąco. Po pro­stu w przy­padku nie­któ­rych przed­mio­tów ocena dobra była naj­lep­szą, na jaką było go stać. I nie miał się czego wsty­dzić, oczy­wi­ście pod warun­kiem, że się nie obi­jał.

W szkole śred­niej były dwie rze­czy, które Mike Ollis sta­wiał ponad wszystko inne: Kor­pus Szko­le­nia Mło­dych Ofi­ce­rów Rezerwy oraz spę­dza­nie czasu z grupą chło­pa­ków i dziew­czyn, w któ­rej zna­lazł przy­ja­ciół na całe życie. Na początku dwu­dzie­stego pierw­szego wieku na całym Sta­ten Island trudno by było zna­leźć bar­dziej zżytą grupę lice­ali­stów niż Mike i jego naj­lepsi kum­ple: Jimmy Car­ter, Rob Hem­sworth, Boli­var Flo­res i Quaseem Pip­kin. Mieli też nie­zwy­kle liczną grupę przy­ja­ciółek, w tym dwie ładne uczen­nice z Petri­des: Alannę McGe­ary (obecne nazwi­sko Saun­ders) i Kri­sten Garo­falo (obec­nie Strine).

– Co tu się wypra­wia? – było to pyta­nie chyba naj­czę­ściej zada­wane przez mamę Mike’a w latach lice­al­nych. Powta­rzała je nawet kilka razy w tygo­dniu, a już na pewno w każdy piąt­kowy wie­czór, kiedy wra­cała do domu z dru­giej zmiany w szpi­talu.

Linda pra­wie zawsze zasta­wała Mike’a, Jimmy’ego, Roba, Boli­vara, Quase­ema, Alannę, Kri­sten i innych przy­ja­ciół z Petri­des w jacuzzi w ogródku rodzin­nego domu. Co naj­mniej jedno z dzie­cia­ków – zazwy­czaj Mike – wyska­ki­wało wtedy z wody i bie­gło scho­wać skrzynkę z piwem gdzieś pod sto­łem lub w sza­fie. Nar­ko­tyki ni­gdy nie inte­re­so­wały Mike’a – nawet mari­hu­ana – nie cią­gnęło go też do moc­niej­szych trun­ków. Lubił jed­nak impre­zo­wać, mniej wię­cej w okre­sie od liceum do dwu­dzie­stego roku życia wypi­jał z przy­ja­ciółmi przy róż­nych oka­zjach po kilka piw. Imprezy zwy­kle koń­czyły się w ulu­bio­nym barze Mike’a – lokal­nym White Castle na Hylan Boule­vard w New Dorp. White Castle to sieć barów z ham­bur­ge­rami, która powstała na Środ­ko­wym Zacho­dzie, ale póź­niej stała się bar­dzo popu­larna w Nowym Jorku i New Jer­sey. Czynne dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę były ide­al­nymi miej­sców­kami dla zgłod­nia­łych impre­zo­wi­czów. Mike cho­dził tam tak czę­sto, pod­chmie­lony lub trzeźwy, że jego kum­ple zaczęli nawet nazy­wać naj­po­pu­lar­niej­sze jedze­nie w White Castle „bur­ge­rami Mike’a”.

Nowa nazwa przy­jęła się jesz­cze bar­dziej po pew­nym nie­bez­piecz­nie wyglą­da­ją­cym wypadku. Któ­re­goś dnia Mike, mimo pro­te­stów kum­pla peł­nią­cego tego wie­czora rolę kie­rowcy, otwo­rzył tylne drzwi samo­chodu i pró­bo­wał prze­chwy­cić torbę z bur­ge­rami od pra­cow­nika drive thru. Coś jed­nak poszło nie tak i Mike wypadł z samo­chodu, a następ­nie prze­tur­lał się kilka metrów po ziemi. Leżał chwilę bez ruchu, a potem nagle sko­czył na równe nogi i krzyk­nął: „No i w porzą­dalu!”, naśla­du­jąc Jima Car­reya z filmu Ace Ven­tura: Psi detek­tyw. Humo­ry­styczna reak­cja Mike’a na jego pijacki wypa­dek spra­wiła, że cały samo­chód przy­ja­ciół wył ze śmie­chu.

Inny zabawny incy­dent miał miej­sce, gdy Mike pew­nej nie­dzieli wybrał się z Alanną na mszę. Ich przy­ja­ciel Quaseem, który nie był kato­li­kiem, posta­no­wił do nich dołą­czyć, zwłasz­cza że po kościele mieli się spo­tkać całą ekipą i spę­dzić resztę dnia razem. W kościele usie­dli z tyłu i tro­chę się wygłu­piali, ale nie jakoś szcze­gól­nie, bo Mike zawsze sta­rał się zacho­wy­wać w kościele sto­sow­nie. Wycho­wał się w reli­gij­nej rodzi­nie i przez całe życie był prak­ty­ku­ją­cym kato­li­kiem.

Kiedy nad­szedł czas komu­nii, Mike i Alanna szybko zorien­to­wali się, że Quaseem idzie za nimi do ołta­rza. Nie wie­dzieli, co robić, bo nie chcieli zawsty­dzić przy­ja­ciela ani spra­wiać mu przy­kro­ści, a już tym bar­dziej robić zamie­sza­nia pod­czas mszy. Z prze­ra­że­niem patrzyli, jak Quaseem wyciąga ręce i przyj­muje od księ­dza komu­ni­kant. Ten spo­sób przyj­mo­wa­nia komu­nii jest w Sta­nach Zjed­no­czo­nych naj­częst­szy, ale cho­dziło w ogóle o sam fakt przy­stą­pie­nia Quas­sema do sakra­mentu.

– Co ci strze­liło do głowy, stary? – zapy­tał z uśmie­chem przy­ja­ciela Mike, gdy msza się skoń­czyła. – Co zro­bi­łeś z opłat­kiem?

– O, tu go mam – odpo­wie­dział ura­do­wany Quaseem, bio­rąc kęs, jakby opła­tek komu­nijny był kaba­no­sem z lokal­nego sklepu.

– Eeeeej no! – wykrzyk­nęli chó­ral­nie Mike i Alanna.

– Quaseem! No weź, czło­wieku! – krzyk­nął Mike, pró­bu­jąc powstrzy­mać śmiech. – To święta rzecz!

Alanna i Kri­sten zawsze podzi­wiały Mike’a za to, jak poważ­nie pod­cho­dził do takich spraw, jak reli­gia, rodzina i trak­to­wa­nie wszyst­kich z sza­cun­kiem. Pod­czas jed­nego z ple­ne­ro­wych let­nich festi­wali muzycz­nych w pobli­skim New Jer­sey, na który poszli całą paczką, Alanna i Kri­sten chciały sko­rzy­stać z ubi­ka­cji, ale poczuły obrzy­dze­nie na widok stanu pro­wi­zo­rycz­nych toa­let przy­go­to­wa­nych dla publicz­no­ści. Bez waha­nia Mike i Rob wysprzą­tali dokład­nie dwie kabiny, a następ­nie poroz­kła­dali papier toa­letowy na desce sede­so­wej i pod­ło­dze, żeby ich przy­ja­ciółki czuły się kom­for­towo.

– Możesz wejść, moja pani. Dopil­nu­jemy, by nikt ci nie prze­szka­dzał – powie­dział Mike z akcen­tem angiel­skiego ary­sto­kraty, otwie­ra­jąc jed­no­cze­śnie przed Alanną drzwi do toa­lety. Rob zacho­wał się tak samo wobec Kri­sten. Cho­ciaż nie powie­działy tego gło­śno, obie dziew­czyny pomy­ślały, że kto­kol­wiek w życiu trafi na ich przy­ja­ciół, będzie miał ogromne szczę­ście.

Cho­ciaż Mike i jego przy­ja­ciele uwiel­biali się zaba­wić – w końcu byli lice­ali­stami – sprawy zwią­zane z Mło­dzie­żo­wym Kor­pu­sem Szko­le­nia Ofi­ce­rów Rezerwy zawsze powo­do­wały, że bez­tro­ska postawa Mike’a ustę­po­wała miej­sca powa­dze. Nie­któ­rzy kole­dzy Mike’a z Kor­pusu rezy­gno­wali z zajęć, które wypa­dały w week­endy, na przy­kład z pocz­tów sztan­da­ro­wych i lokal­nych parad. Woleli upra­wiać sport lub impre­zo­wać ze zna­jo­mymi. Tym­cza­sem Mike był zazwy­czaj pierw­szym – a nie­rzadko jedy­nym – kade­tem, który zgła­szał się do wszyst­kich zajęć na ochot­nika. Uczest­ni­czył też jako wolon­ta­riusz w róż­nych przed­się­wzię­ciach cha­ry­ta­tyw­nych, takich jak praca w lokal­nej jadło­dajni dla ubo­gich na Sta­ten Island.

Pod­czas jed­nej z parad na Man­hat­ta­nie, w któ­rej uczest­ni­czył oddział Kor­pusu z Petri­des, Mike zauwa­żył, że jakiś znacz­nie młod­szy dzie­ciak z lokal­nej pod­sta­wówki naj­wy­raź­niej zgu­bił się na jed­nej z mocno już zatło­czo­nych ulic Nowego Jorku. Poin­for­mo­wał o spra­wie swo­jego dowódcę, po czym trzy­ma­jąc chłopca za rękę, zaczął prze­ci­skać się przez tłum. Mike w końcu odna­lazł wła­ściwą grupę, prze­ka­zał pod jej opiekę dzie­ciaka, a cała misja została uwień­czona suk­ce­sem. To był pierw­szy raz, kiedy z pełną świa­do­mo­ścią doświad­czył, jak sma­kuje poma­ga­nie innym w potrze­bie. I to uczu­cie bar­dzo mu się spodo­bało.

– Ten dzie­ciak jest uro­dzo­nym przy­wódcą – powie­dział kapi­tan Kuhn do innego ofi­cera zaraz po tym, jak byli świad­kami dobrego uczynku kadeta.

Dla Mike’a nie­zwy­kle donio­słym doświad­cze­niem było zakła­da­nie mun­duru Mło­dzie­żo­wego Kor­pusu Szko­le­nia Ofi­ce­rów Rezerwy za każ­dym razem, gdy miał wziąć udział w pogrze­bach lokal­nych wete­ra­nów. Wie­czór poprze­dza­jący uro­czy­stość Mike spę­dzał na czysz­cze­niu do nocy butów i każ­dego guzika swo­jego mun­duru. Następ­nego ranka zawsze wsta­wał wcze­śnie, aby w kościele poja­wić się punk­tu­al­nie. Ponie­waż jego ojciec rów­nież był wete­ra­nem wojen­nym, Mike wie­dział, jak ważne jest trak­to­wa­nie z naj­wyż­szym sza­cun­kiem i czcią tych, któ­rzy słu­żyli kra­jowi i prze­le­wali za niego krew. Zawsze też dzię­ko­wał każ­demu człon­kowi rodziny pole­głego wete­rana, zanim odma­sze­ro­wał z cmen­ta­rza ze swo­imi kole­gami kade­tami.

Pod koniec trze­ciej klasy liceum Mike dowie­dział się, że w ostat­niej, czwar­tej kla­sie poje­dzie z Kor­pu­sem na Hawaje. Zare­ago­wał tak, jakby jego ulu­biona dru­żyna fut­bo­lowa – New York Giants lub Jets (w zależ­no­ści, w jakim cza­sie by go o to zapy­tać) – wła­śnie wygrała Super Bowl.

– To zna­czy, że poje­dziemy do Pearl Har­bor! – Mike powie­dział przez tele­fon swo­jemu naj­lep­szemu kum­plowi Jimmy’emu, który już ukoń­czył Petri­des i zaczął nową pracę w pobli­skim New Jer­sey. – Musisz poje­chać z nami!

W końcu Mike’owi udało się prze­ko­nać Jimmy’ego, żeby wziął urlop i dołą­czył do wycieczki Kor­pusu jako opie­kun. Mimo że byli naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi, któ­rzy czę­sto razem impre­zo­wali, Jimmy miał pil­no­wać Mike’a, Roba i Boli­vara pod­czas waka­cji tysiące kilo­me­trów od domu. To było odpo­wie­dzialne zada­nie.

Oczy­wi­ście z grupą poje­chali także znacz­nie starsi opie­ku­no­wie, w tym dwie nauczy­cielki z Petri­des, Lissa i Mary­el­len. Cho­ciaż obie wie­działy, że Mike uwiel­bia się zaba­wić, zauwa­żyły w nim rów­nież doj­rza­łość, dość nie­zwy­kłą dla kogoś w jego wieku. Pod­czas wycie­czek auto­bu­so­wych pośród pięk­nych hawaj­skich pej­zaży i wspól­nego oglą­da­nia zacho­dów słońca Mike opo­wia­dał o swo­ich pla­nach na życie po Petri­des, w tym o wstą­pie­niu do woj­ska. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści nasto­lat­ków zda­wał się dobrze rozu­mieć, jak ogromny wpływ będzie miał wybór kariery woj­sko­wej zarówno dla niego, jaki dla jego rodziny i przy­ja­ciół.

Mike oka­zał swoją doj­rza­łość także pod­czas gru­po­wej wycieczki po stro­mym wul­ka­nie Dia­mond Head. Jak pod­kre­ślono na stro­nie inter­ne­to­wej stanu Hawaje, bli­sko pół­to­ra­ki­lo­me­trowa trasa z par­kingu na dno kra­teru „staje się nie­równa i stroma, wymaga ostroż­no­ści i odpo­wied­niego obu­wia”. Lissa i Mary­el­len nie tylko bały się wyso­ko­ści, ale jesz­cze bar­dziej mar­twiły się o bez­pie­czeń­stwo dzie­cia­ków, które miały pod swoją opieką. Na szczę­ście jeden z nasto­lat­ków oka­zał im odpo­wied­nie wspar­cie.

„To Michael mi pomógł – napi­sała póź­niej Lissa w liście do Boba i Lindy. – Na każ­dym eta­pie, a zwłasz­cza gdy zro­biło się stro­miej i nie­bez­piecz­niej, był przy mnie, wciąż przy­po­mi­na­jąc, że kon­tro­luje sytu­ację i w razie czego jest gotów do pomocy”.

Na szczę­ście w trak­cie wyjazdu nie było zbyt wiele stre­su­ją­cych momen­tów, bo prze­cież w końcu były to waka­cje na Hawa­jach. Wesoło się zro­biło, gdy Mike namie­rzył szkółkę tańca, która pro­wa­dziła zaję­cia z tra­dy­cyj­nego hawaj­skiego tańca hula dla… kobiet w ciąży. Lek­cje odby­wały się opo­dal obo­zo­wi­ska YWCA8, w któ­rym miesz­kała też grupa Mło­dzie­żo­wego Kor­pusu Szko­le­nia Ofi­ce­rów Rezerwy. Mike, Rob i Boli­var szybko poszli do mia­sta, by kupić spód­niczki hula i biu­sto­no­sze koko­sowe, zanim ich opie­kun Jimmy zorien­to­wał się, na jaki wpa­dli pomysł. Wszystko się wydało, gdy Mike wrę­czył hawaj­ski kostium Jimmy’emu, a ten posta­no­wił, że nie zepsuje kum­plom zabawy.

Kilka minut po roz­po­czę­ciu zajęć jedna z cię­żar­nych kobiet odwró­ciła się i w osłu­pie­niu patrzyła na czte­rech skąpo odzia­nych nasto­lat­ków tań­czą­cych i wygłu­pia­ją­cych się obok niej. Więk­szość pań uznała sytu­ację za zabawną, ale instruk­torka już nie. Goniła czte­rech głu­poli aż do kem­pingu, a Mike i jego przy­ja­ciele mało nie padli tru­pem po sprin­cie w upale, a przy oka­zji tro­chę i ze śmie­chu.

Następ­nego dnia Mike był już bar­dzo poważny, bo w pro­gra­mie dnia zna­la­zły się sprawy woj­skowe. Pod­czas wizyty w kosza­rach Scho­field, sie­dzi­bie 25 Dywi­zji Pie­choty Armii USA na wyspie Oahu, Mike oka­zy­wał zarówno fascy­na­cję, jak i naj­wyż­szy sza­cu­nek. Zwłasz­cza gdy prze­wod­nik poka­zał mu ślady po kulach, które utkwiły w murach bazy po japoń­skim ataku, po któ­rym Stany Zjed­no­czone przy­stą­piły do dru­giej wojny świa­to­wej.

– To nie jest scena z jakie­goś filmu, Jimmy – powie­dział Mike. – To się naprawdę działo, to praw­dziwa histo­ria Ame­ryki.

Jesz­cze bar­dziej poru­szyła go wizyta w Pearl Har­bor, a szcze­gól­nie pomnik USS „Ari­zona”, upa­mięt­nia­jący miej­sce spo­czynku tysiąca stu dwóch ame­ry­kań­skich mary­na­rzy i żoł­nie­rzy pie­choty mor­skiej. Podob­nie jak pomnik ku czci wete­ra­nów wojny w Wiet­na­mie i widok Gro­und Zero wkrótce po ata­kach ter­ro­ry­stycz­nych jede­na­stego wrze­śnia, zoba­cze­nie Pearl Har­bor na wła­sne oczy było dla Mike’a doświad­cze­niem, które go zain­spi­ro­wało i utwier­dziło w prze­ko­na­niu, że pra­gnie słu­żyć swo­jemu kra­jowi. Widok ropy wciąż wycie­ka­ją­cej z zato­pio­nego okrętu i świa­do­mość, że ponad tysiąc ame­ry­kań­skich boha­te­rów spo­czywa w tym miej­scu, to wspo­mnie­nia, które zostały z Mikiem już na zawsze.

– To była naj­lep­sza wycieczka w moim życiu – powie­dział Mike, gdy z kole­gami z Mło­dzie­żo­wego Kor­pusu Szko­le­nia Ofi­ce­rów Rezerwy zbie­rali się w drogę powrotną do Nowego Jorku. – Cie­szę się, że to wła­śnie z wami trzema mia­łem oka­zję zoba­czyć te wszyst­kie nie­sa­mo­wite rze­czy.

Fak­tem jest, że w odróż­nie­niu od więk­szo­ści przy­ja­ciół celem Mike’a nie było uzy­ska­nie jak naj­wyż­szej śred­niej ocen, zali­cze­nie testów SAT9 przed rekru­ta­cją na stu­dia i dosta­nie się na jak naj­lep­szą uczel­nię. Mike był jed­nak zwy­czaj­nym lice­ali­stą. Uczył się, grał w piłkę nożną w dru­ży­nie szkol­nej, a na bal matu­ralny poszedł z piękną bru­netką Diane, która szybko stała się jego dziew­czyną, taką na poważ­nie. Jak powie­dział gang­ster Sonny, grany przez Chazza Pal­min­te­riego boha­ter Prawa Bro­nxu, jed­nego z ulu­bio­nych fil­mów Mike’a: „W życiu spo­tyka się tylko trzy wspa­niałe kobiety”. Diane wyda­wała się pierw­szą wspa­niałą kobietą w życiu chło­paka.

Dziew­czyna jasno dała Mike’owi do zro­zu­mie­nia, że po ukoń­cze­niu liceum idzie na stu­dia, on nato­miast zre­wan­żo­wał się jej podobną dekla­ra­cją, zdra­dza­jąc swoje plany doty­czące kariery woj­sko­wej. Podob­nie jak wiele par w szkole śred­niej, Mike i Diane uwa­żali, że ich miłość może poko­nać wszyst­kie prze­szkody.

W dniu sie­dem­na­stych uro­dzin plan, który Mike ukła­dał od czasu, gdy prze­bie­rał się w stary mun­dur Gwar­dii Naro­do­wej lub bie­gał po Bur­bank Ave­nue, zasa­dza­jąc się na sąsia­dów, zyskał ofi­cjalny sta­tus. Chło­pak udał się do biura rekru­ta­cyj­nego armii ame­ry­kań­skiej na Sta­ten Island, nio­sąc ofi­cjalną notę pole­ca­jącą pod­pi­saną przez jego instruk­tora z Mło­dzie­żo­wego Kor­pusu Szko­le­nia Ofi­ce­rów Rezerwy, cho­rą­żego Jack­sona. Doku­ment był adre­so­wany do rekru­te­rów woj­sko­wych.

Szkolę kadeta Micha­ela Ollisa od ponad trzech lat i jest on ważną czę­ścią naszego pro­gramu Mło­dzie­żo­wego Kor­pusu Szko­le­nia Ofi­ce­rów Rezerwy. Osią­gnął sto­pień kapi­tana kade­tów w pro­gra­mie AFJ­ROTC NY-20001.

Był dowódcą eska­dry oraz pocztu sztan­da­ro­wego, nato­miast obec­nie jest zastępcą dowódcy grupy w Kor­pu­sie.

Jest bar­dzo odda­nym i zaan­ga­żo­wa­nym kade­tem od samego początku uczest­nic­twa w pro­gra­mie Mło­dzie­żo­wego Kor­pusu Szko­le­nia Ofi­ce­rów Rezerwy. Jestem pewien, że będzie roz­wi­jał swoje zdol­no­ści przy­wód­cze pod­czas służby woj­sko­wej.

Dys­po­nu­jąc pisemną zgodą rodzi­ców, Mike mógł zacią­gnąć się do woj­ska w ramach pro­gramu odro­czo­nego wstą­pie­nia do Armii Sta­nów Zjed­no­czo­nych, jed­nak jesz­cze tej zgody nie posia­dał. Jeśli uda mu się ją uzy­skać, roz­pocz­nie szko­le­nie tuż przed swo­imi osiem­na­stymi uro­dzi­nami, czyli we wrze­śniu następ­nego roku. A to by ozna­czało, że po ukoń­cze­niu liceum Petri­des cze­kają go ostat­nie bez­tro­skie let­nie waka­cje na Sta­ten Island.

Bob i Linda nie wie­dzieli, że Mike poszedł do lokal­nego biura rekru­ta­cyj­nego aż do czasu, gdy syn przy­niósł im do pod­pi­sa­nia for­mu­larz zgody opie­ku­nów na zaciąg. Pomimo pew­nych obaw, wyni­ka­ją­cych z wła­snych doświad­czeń w Wiet­na­mie, Bob wie­dział, że odmowa pod­pi­sa­nia doku­mentu tylko opóźni zaciąg o rok, ale na pewno mu nie zapo­bie­gnie. Mike od dziecka pra­gnął zostać żoł­nie­rzem i Bob, mimo oso­bi­stych doświad­czeń zwią­za­nych z okrop­no­ściami wojny, nie zamie­rzał sta­wać synowi na dro­dze do reali­za­cji marzeń. Linda, jako matka pełna tro­ski o jedy­naka, miała jesz­cze więk­sze obawy przed kon­se­kwen­cjami takiej decy­zji, ale prze­ko­nana argu­men­tami męża final­nie wyra­ziła zgodę.

Bob, Linda, Mike i rekru­ter pod­pi­sali sto­sowne doku­menty dwu­dzie­stego siód­mego wrze­śnia 2005 roku. Wojna w Afga­ni­sta­nie trwała już nie­mal od czte­rech lat, w Iraku od nie­spełna trzech. Mimo spo­rych pro­ble­mów na obu fron­tach Bob wąt­pił, aby te kon­flikty jesz­cze trwały, gdy Mike odczeka wyma­gany rok, ukoń­czy obóz tre­nin­gowy, a następ­nie dodat­kowe wyma­gane szko­le­nie fron­towe. Minie sporo czasu, zanim otrzyma kon­kretne roz­kazy i przy­dział. Nie, to nie jest Wiet­nam – pomy­ślał Bob, pró­bu­jąc osta­tecz­nie prze­ko­nać samego sie­bie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

For­ward Ope­ra­ting Base (FOB). [wróć]

Staff Ser­ge­ant (SSG) – w pol­skiej armii odpo­wied­nik młod­szego cho­rą­żego. [wróć]

Uni­ted Sta­tes Air Force Junior Rese­rve Offi­cers’ Tra­ining Corps (US AFJ­ROTC) – jeden z pro­gra­mów przy­go­to­wu­ją­cych mło­dzież do przy­szłej służby woj­sko­wej. [wróć]

Air­man First Class (A1C) – w pol­skiej armii odpo­wied­nik star­szego kaprala bądź plu­to­no­wego. [wróć]

Master Ser­ge­ant (MSG) – w pol­skiej armii odpo­wied­nik star­szego cho­rą­żego. [wróć]

Dyplom, któ­rego uzy­ska­nie wymaga speł­nie­nia pod­wyż­szo­nych wyma­gań New York State Board of Regents, czyli nowo­jor­skiego kura­to­rium oświaty. [wróć]

Powstałe z Catho­lic Fore­ign Mis­sion Society of Ame­rica pierw­sze kato­lic­kie misyjne sto­wa­rzy­sze­nie w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. [wróć]

Young Women’s Chri­stian Asso­cia­tion (YWCA) – Chrze­ści­jań­skie Sto­wa­rzy­sze­nie Mło­dych Kobiet (żeń­ski odpo­wied­nik YMCA). [wróć]

Scho­la­stic Asses­sment Test (SAT) – egza­min dla uczniów szkół śred­nich w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, bada­jący kom­pe­ten­cje i wie­dzę przed­mio­tową. [wróć]