Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Prawdziwa historia o bohaterstwie i poświęceniu. Książka Toma Sileo to opowieść o dwudziestoczteroletnim nowojorczyku Michaelu Ollisie, amerykańskim żołnierzu, który wstąpił do armii, ponieważ pragnął chronić innych. Pod koniec sierpnia 2013 roku podczas ataku talibów na bazę wojskową w Ghazni zasłonił własnym ciałem rannego żołnierza, gdy jeden z zamachowców detonował założony na siebie pas szachida. Michael zginął, a uratowanym okazał się polski podporucznik Karol Cierpica. Ocalę cię Toma Sileo jest hołdem dla odwagi, bezinteresowności i oddaniu tych, którzy w imię ideałów są gotowi położyć na szali własne życie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 312
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 6 godz. 18 min
Lektor: Michał Celeda
Amerykanin
„Ten człowiek uratował mi życie”.
Tych pięć słów wypowiedział ranny podporucznik wojska polskiego Karol Cierpica podczas zmasowanego ataku terrorystycznego na wysuniętą bazę operacyjną1 Ghazni w Afganistanie dwudziestego ósmego sierpnia 2013 roku. Człowiek, o którym mówił polski żołnierz, leżał obok niego na łóżku w szpitalu polowym. Mocno krwawił.
Minęło zaledwie kilka minut, odkąd ci dwaj mężczyźni spotkali się po raz pierwszy w życiu podczas zaciekłej wymiany ognia, którą rozpoczął potężny wybuch. Efekt samobójczego zamachu, eksplozja, która posłała w powietrze coś na kształt miniatury grzyba atomowego, a wrogowie wtargnęli na teren bazy. Polski żołnierz, mimo obu nóg naszpikowanych odłamkami, myślał wyłącznie o rannym leżącym obok niego.
To był młody i silny mężczyzna, ale już ledwo oddychał. Lekarze próbowali go ratować. Gorączkowo rozcinali mundur, aby mieć dostęp do ran, podczas gdy polski żołnierz bezskutecznie próbował dostrzec nazwisko swojego wybawcy. Wokół wciąż słychać było strzały i głośne eksplozje, ale podporucznika Cierpicę coraz bardziej wypełniała cisza. Cisza z łóżka obok. Ku zdumieniu polskiego żołnierza mężczyzna, który uratował mu życie, nie był jego rodakiem. Był Amerykaninem.
Ocalony podporucznik wkrótce miał się dowiedzieć, że jego ciężko ranny amerykański kolega nazywa się Michael Harold Ollis i jest dwudziestoczteroletnim sierżantem sztabowym2, a także dowódcą drużyny w 2 Batalionie 22 Pułku Piechoty 1 Brygadowego Zespołu Bojowego legendarnej 10 Dywizji Górskiej Armii Stanów Zjednoczonych. Pochodzi z Nowego Jorku – miasta odległego o sześć i pół tysiąca kilometrów od stolicy Polski, Warszawy.
Podczas gdy podporucznik Karol Cierpica modlił się o życie rannego Amerykanina, który leżał obok niego, rodzice Michaela, Bob i Linda Ollisowie, byli z przyjaciółmi na wakacjach w Londynie. A jednak nawet podczas urlopu Bob – odznaczony weteran wojny w Wietnamie – odmawiał tę samą modlitwę, którą szeptał każdego dnia, odkąd jego syn siedem lat wcześniej zaczął pełnić służbę poza granicami Stanów Zjednoczonych. W tym okresie Michael wziął udział w trzech misjach bojowych.
Odmawiając modlitwę, Bob nie mógł wiedzieć, że w tym właśnie momencie jego ukochany syn walczy o życie w szpitalu polowym odległej bazy wojskowej we wschodnim Afganistanie.
– Panie, błagam, nie rób mu krzywdy. – Modlił się zatroskany ojciec. – Już lepiej zrób krzywdę mnie.
Wszystko o Mike’u
W 2002 roku trzynastoletni chłopiec usiadł w swojej ławce w szkole Michaela J. Petridesa na Staten Island w Nowym Jorku, aby napisać zadaną rozprawkę pod tytułem Wszystko o mnie.
Nazywam się Mike Ollis. Mieszkam na Staten Island. Urodziłem się szesnastego września 1988 roku. Mam dwie siostry i psa. Mój tata ma na imię Bob, a mama Linda. Moje siostry to Kim i Kelly. Mój pies wabi się Sydney.
Lubię grać w piłkę nożną, hokeja i futbol amerykański. Piłka nożna to mój ulubiony sport. Gram w naszej szkolnej drużynie na pozycji prawego pomocnika. Lubię też słuchać muzyki, klasycznego rocka, a czasami metalu.
Jestem w Młodzieżowym Korpusie Szkolenia Oficerów Rezerwy Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych3. Bardzo mi się to podoba i świetnie się tu bawię. Należę do drużyny musztry: maszerujemy i wykonujemy synchronicznie różne polecenia. Jeździmy też na zawody musztry do New Jersey i na północ stanu Nowy Jork, co jest naprawdę fajne. Poza tym jestem w poczcie sztandarowym i biorę udział w świętach narodowych oraz uroczystościach upamiętniających weteranów. Prezentuję broń, opiekuję się też flagą – podnoszę ją, a także opuszczam z masztu.
Mam stopień lotnika pierwszej klasy4. Moim nauczycielem w Korpusie Szkolenia Oficerów Rezerwy jest starszy sierżant5 Jackson, a moim bezpośrednim przełożonym jest kapitan Kuhn. Będzie mnie uczył w przyszłym roku.
Chcę służyć w Armii Stanów Zjednoczonych, skakać z samolotów i śmigłowców. Zamierzam zostać sierżantem.
To, że Michael Harold Ollis oświadczył, że pewnego dnia chce służyć w armii, nie było niespodzianką. Od najmłodszych lat Mikey chciał zostać żołnierzem, tak jak jego ojciec, który brał udział w ofensywie Tet, jednej z najważniejszych i najkrwawszych kampanii wojny wietnamskiej. Mike ubóstwiał swojego ojca i na poczesnym miejscu w swoim pokoju przechowywał wiersz o bohaterach z Wietnamu. Dzieło nieznanego autora nosiło tytuł Chłopcy, którzy walczyli w Wietnamie.
Przekazywane z rąk do rąk życzenia,Marzenia, nadzieje całego pokolenia.Cały naród wysłany na wojnę,Garstka starych ludzi prowadziła naszych chłopców na śmierć,A my patrzyliśmy z przerażeniem i bólem,Z żalem i niedowierzaniem, że musimy tracić tak wielu naszych chłopcówDopiero się z nami żegnali.Ich oczy tak młode, tak pełne nadziei,Walka taka długa, tak wiele cierpienia i łez.Rany głębokie, a kiedy przyszedł kresNasi młodzieńcy zasnęli w ramionach Stwórcy,A ich imiona wyryte będą w kamieniu.Nie wrócą do domu, nie będzie im daneDotknąć naszych lęków, poznać naszych obaw.A nam nie wolno zapomnieć tego, co przeżyli:Bólu i krzyku, agonii i odwagi.I tego, że bohaterowie też się czasem śmiali,Tak dawno temu, tak wiele kilometrów stąd.W krainie tak jasnej i zielonejUtknęli w pułapce z nadziei i kłamstw.Musimy pamiętać, musimy obiecać,Że zawsze będziemy dotykać ich serc,Dopóki jeszcze możemy, pamiętajcie przyjaciele…Pamiętajcie o chłopcach, którzy zginęli,którzy przeżyli, którzy płakali.Chłopcach, którzy walczyli w Wietnamie.
Ojciec Mike’a został poważnie ranny podczas ofensywy Tet, ale był jednym z tych chłopców, którzy przeżyli. Widział jednak z bliska koszmar wojny, rannych i okaleczonych przyjaciół, w tym wielu z nich w workach na zwłoki. Tam, w środku dżungli i nieznośnym upale, był świadkiem niewyobrażalnego okrucieństwa i przemocy.
Bob nie dzielił się wstrząsającymi wojennymi wspomnieniami ze swoim jedynym i ukochanym synem, dopóki ten nie stał się dorosły. Mike wiedział tylko tyle, że jego tata jest weteranem armii amerykańskiej, który nie czekał na powołanie, tylko zgłosił się do wojska na ochotnika, aby służyć swojemu krajowi w Wietnamie.
„To zdjęcie przedstawia mnie i mojego tatę” – tak mały Mike zaczął pracę domową Mój Tata, którą zadano mu we wczesnej podstawówce. „Jest dla mnie wyjątkowy, ponieważ dobrze się mną opiekuje i zabiera w ładne miejsca. Trenuje moją drużynę piłkarską, a czasem też jeżdżę z nim do pracy, gdzie miło spędzam czas i dowiaduję się więcej na temat tego, czym się zajmuje. Zabiera mnie także na różne imprezy sportowe”.
Praca kończy się słowami: „Tato, wszystkiego najlepszego z okazji walentynek! Kocham Cię, Michael”.
Wiosną, gdy Mike był w siódmej klasie, nauczyciel historii Tim Kielty poprosił uczniów o napisanie pracy na temat wojny secesyjnej. Kiedy później, chcąc wystawić ocenę, nauczyciel szukał odpowiedniego pliku na komputerze Mike’a, zauważył folder zatytułowany Szczęśliwego Dnia Ojca. Okazało się, że praca domowa o wojnie secesyjnej zainspirowała Mike’a do stworzenia prezentu dla taty. Był to rozbudowany projekt wideo, który zdecydowanie wykraczał poza możliwości przeciętnego siódmoklasisty w roku 2000.
Ścieżkę dźwiękową stanowił utwór Billy’ego Joela – nawiasem mówiąc, również gościa z Nowego Jorku – z 1982 roku Goodnight Saigon. Muzyce towarzyszył montaż setek zdjęć z wietnamskich albumów ojca. Mike chciał w ten sposób oddać hołd zarówno tacie, jak i jego towarzyszom broni. Zapytany, wyjaśnił nauczycielowi, że projekt jest we wstępnej fazie, przy czym należy pamiętać, że takie przedsięwzięcie było nie lada wyzwaniem, biorąc pod uwagę ówczesne możliwości technologii komputerowej.
Pan Kielty był pod wrażeniem pomysłu Mike’a i zachęcał go do kontynuowania projektu. Chłopak posłuchał nauczyciela i pracował nad materiałem jeszcze niemal rok. Dopiero w ósmej klasie, po wycieczce szkolnej do Waszyngtonu, uznał, że projekt dobiegł końca. Finałowa scena filmu jest bardzo symboliczna. Mike stoi przed waszyngtońskim pomnikiem Weteranów Wojny Wietnamskiej w Constitution Gardens i na słynnym murze z czarnego granitu upamiętniającym poległych wskazuje nazwisko jednego z przyjaciół ojca.
I wszyscy padlibyśmy razem – śpiewa w refrenie piosenki Goodnight Saigon Billy Joel, który dla Mike’a zawsze był jedną z ulubionych gwiazd muzyki. Bijący z tego utworu duch braterstwa na polu walki tak mocno zainspirował Mike’a, że zapragnął w przyszłości poczuć tę samą więź, jaka połączyła jego ojca z towarzyszami broni – także z tymi, którzy nie wrócili do domu.
„Dedykowane wszystkim weteranom z Wietnamu, którzy zginęli za nasz kraj” – taka dedykacja pojawia się pod koniec ponadsześciominutowego filmu.
Pan Kielty rozpowszechnił dzieło Mike’a wśród innych nauczycieli, aby pokazać, jaką moc mają filmy publikowane w internecie i jak przydatne w procesie nauczania może się okazać nowe narzędzie. Niedługo potem historyk dowiedział się, że firma Apple wykorzystała projekt Mike’a w publicznej prezentacji, aby zademonstrować ogromny potencjał wpływu nowych technologii na edukację.
Tymczasem Mike dawał kolejne dowody tego, jak głębokim szacunkiem darzy postać i dokonania swojego ojca, czego przykładem może być praca napisana pod koniec szkoły średniej.
Mój ojciec jest wyjątkowy i podziwiam go z wielu powodów. Zawsze był przy mnie. Nigdy nie pozwolił, aby jego praca zaszkodziła relacjom rodzinnym. Znajdował czas na wszystkie sprawy, których oczekuje się od taty. Nauczył mnie jeździć na rowerze, zabrał na pierwszy mecz baseballowy, bawił się ze mną, był trenerem w mojej drużynie piłki nożnej, odwoził i przywoził ze szkoły, a także nauczył prowadzić samochód.
Tak, to są typowe rzeczy, które dobrzy ojcowie robią ze swoimi synami. Ale myślę, że to, co wyróżnia mojego tatę, to jego miłość do kraju i to, jak przekazał ją mnie. Rzecz w tym, że mój tata był w wojsku wtedy, gdy to wcale nie było fajne. Wtedy inni w jego wieku unikali poboru lub zapisywali się na studia, byle tylko wywinąć się ze służby, a on zgłosił się na ochotnika, zanim jeszcze dostał powołanie. Został żołnierzem i służył dzielnie swojemu krajowi. Walczył w Wietnamie i otrzymał Purpurowe Serce za odniesione rany. Mój ojciec uważał, że służenie krajowi, w którym żyje, to przywilej. Teraz ja też tak uważam.
„Kryj się!”. Te dwa słowa wielokrotnie wykrzykiwał mały Mikey Ollis nie na polu bitwy, ale podczas zabawy na Burbank Avenue na Staten Island. Chociaż uwielbiał sport – zwłaszcza piłkę nożną – nic nie sprawiało mu większej frajdy niż przebieranie się w stary mundur Gwardii Narodowej podarowany mu przez zaprzyjaźnionego sąsiada i zabawa w wojnę. Starsze siostry, Kimberly i Kelly, często robiły Mikeyowi kamuflażowy makijaż, by wszystko było jeszcze bardziej realistyczne.
To mógł być rok 1988. Mikey dał się już poznać w swojej najbliższej okolicy, czyli w New Dorp, dzielnicy w dużej mierze irlandzkiej i włoskiej. Większość osób, które widywały energicznego chłopca biegającego po ulicy, musiała dochodzić do wniosku, że oto na ich oczach rośnie przyszły amerykański żołnierz.
Za każdym razem, gdy tata Mikeya, wówczas mechanik, lub mama, która była pielęgniarką, wracali do domu z pracy, mogli się spodziewać „zasadzki” urządzonej przez ukochanego jedynaka. Inni rodzice i dzieciaki z Burbank Avenue mieli podobne doświadczenia. Bawiło ich, że Mikey zakradał się do ich domów albo wspinał na dachy garaży, by potem zaskoczyć wszystkich serią snajperskich strzałów ze swojego zabawkowego karabinu. Czasami wyskakiwał z domku na drzewie znajdującym się w ogródku, aby „zastrzelić” wracające ze szkoły siostry.
Korepetytor matematyki jego siostry Kelly, Ed Palone, był tak pełen uznania dla zasadzek Mikeya, że któregoś dnia sprezentował mu zabawkowy pistolet. Na widok nowej broni Mike powiedział „dziękuję” z wielkim uśmiechem, ale chwilę potem bardzo spoważniał. Przez całe zajęcia nauczyciel ze zdumieniem obserwował, jak Mikey co jakiś czas chowa się za rogiem budynku, a następnie szybko zza niego wyskakuje, strzelając do wyimaginowanego wroga. Mikey był tak skupiony, gdy „strzelał” z pozycji stojącej, leżącej i kucając, że najwyraźniej zapomniał o istnieniu Kelly i jej korepetytora. Lata później Ed Palone uczył matematyki również Mikeya.
Wygłupy chłopca nie zawsze były związane z wojskiem. Niekiedy ruszał w pościg za siostrami lub przyjaciółmi po ulicy, na której mieszkał, ozdobionej amerykańskimi flagami, zasiadając za kierownicą jednej ze swoich wielkich zabawkowych ciężarówek. Jego tata serwisował prawdziwe ciężarówki, głównie te, które każdego ranka rozwoziły po największym mieście kraju „New York Daily News”. Mikey uwielbiał towarzyszyć ojcu w pracy, podczas której Bob znajdował czas na uczenie Mikeya naprawy samochodów osobowych, ciężarowych i terenowych, a nawet ciągników siodłowych. Uczył też syna prowadzenia tych wszystkich pojazdów, co pomogło rozwinąć w nim fascynację motoryzacją. Zwłaszcza pojazdami znacznych gabarytów. Spędzany wspólnie czas jeszcze umocnił ten szczególny rodzaj więzi, która może powstać tylko między ojcem a synem.
Między Mikeyem a jego dwiema siostrami była znaczna różnica wieku. Kim była trzynaście lat starsza, a Kelly urodziła się dekadę przed swoim młodszym bratem. Oznaczało to, że obie siostry odegrały ogromną rolę w wychowaniu Mikeya, zwłaszcza że mama przez wiele lat często miała nocne dyżury pielęgniarskie, a tata też miał raczej nienormowany czas pracy. Siostry zajmowały się zatem wszystkim, od zmieniania pieluch po pomoc Mikeyowi w nauce chodzenia, mówienia, czytania i pisania. Mimo że czasami walił głową w ścianę z frustracji, gdy nie dostawał tego, czego chciał, Kim i Kelly uwielbiały swojego młodszego brata. Później obie siostry Ollis uznały, że czas spędzony na wychowywaniu Mike’a sprawił, że stały się lepszymi matkami dla własnych dzieci.
Burbank Avenue na Staten Island pod koniec lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych była jak wspomnienie starej dobrej Ameryki. Flagi wisiały na niemal każdym domu, a także na słupach i drzewach. Dzieci takie jak Mikey nieustannie bawiły się na ulicy po szkole, nie tylko latem. Było to jedno z tych miejsc, w których wszyscy sąsiedzi dbali o siebie nawzajem i każdy czuł się bezpiecznie. Większość drzwi wejściowych była otwarta, a każde dziecko bawiące się na zewnątrz wiedziało, że jedyna godzina policyjna to ta, o której włączają się latarnie uliczne. To był znak, że czas iść do domu, umyć ręce i usiąść do kolacji.
W tamtych czasach nie było zabaw organizowanych pod nadzorem rodziców ani zaplanowanych zajęć pozalekcyjnych, z wyjątkiem treningów i meczów drużyn sportowych. Latem Mikey wstawał, jadł śniadanie i wychodził. Jeśli od razu nie spotykał bawiących się dzieci, po prostu szedł do domu któregoś z kolegów i dzwonił do drzwi. Zdarzało się oczywiście, że w niektórych przypadkach wchodził bez pukania, jeżeli chciał zorganizować jedną ze swoich słynnych zasadzek.
– Czy Keith już wstał? – zapytał pięcioletni Mikey pewnego sobotniego poranka, gdy otworzyły się drzwi wejściowe do domu po drugiej stronie ulicy, należącego do nowojorskiego policjanta i jego żony.
– Nie jestem pewna, idź sam i zobacz – powiedziała mama Keitha.
Mikey wbiegł po schodach na górę, czym natychmiast obudził Keitha Flannery’ego, który był o trzynaście lat starszy i miał ukończyć liceum rok po najstarszej siostrze Mikeya. Poprzedniej nocy długo balował na mieście ze znajomymi i jak większość nastolatków nie miał absolutnie żadnego problemu z przespaniem całego dnia. Chociaż Keith mógł odruchowo zirytować się nagłą pobudką, uwielbiał Mikeya i nie potrafił się na niego wściekać.
Po kilku ziewnięciach i przetarciu oczu Keith był już na nogach i grał z Mikeyem w koszykówkę na podjeździe. Rzucanie do kosza stawało się coraz częstszym rytuałem, bo Mikey robił się już nieco za duży na rozbijanie się po okolicy swoimi zabawkowymi pojazdami. Za każdym razem, gdy słyszał dźwięk kozłowania piłką do koszykówki, Mikey chciał natychmiast biec na dwór i pędzić na rowerze do Keitha. Trochę hamowali go mama, tata lub jedna z sióstr – któreś z nich pilnowało, aby bezpiecznie przejechał przez ulicę. Zwykle Mikey zabierał ze sobą zabawkowy karabin, który umieszczał na kierownicy. Po przybyciu na miejsce zasadzał się na znacznie starszego sąsiada, po czym udawał, że strzela do Keitha, który upadał i leżał nieruchomo.
Jeśli w latach dziewięćdziesiątych zdarzało się komuś spacerować po Burbank Avenue, miał sporą szansę natknąć się na przyszłego detektywa wydziału zabójstw nowojorskiej policji oraz przyszłego żołnierza piechoty US Army, którzy grali na ulicy w koszykówkę, baseball lub piłkę nożną. Za każdym razem, gdy Mikey trafiał do kosza, zaliczał homeruna lub zdobywał gola, Keith krzyczał: „Bicki!”, a Mikey napinał bicepsy niczym Arnold Schwarzenegger lub profesjonalny wrestler. Mikey, który jako dziecko miał blond włosy, zanim później znacznie mu pociemniały, zawsze robił to z szerokim uśmiechem na twarzy.
– Od teraz będę cię nazywał Mikey Muskuł, okej, dzieciaku? – powiedział Keith, głaszcząc swojego młodszego sąsiada po głowie.
Pewnego gorącego letniego dnia na Staten Island mama Keitha wyszła na zewnątrz i filmowała nową kamerą wideo swojego syna i Mikeya grających w baseball. Jak zwykle Keith i Mikey przekomarzali się, rzucając i odbijając piłkę. – Okej, to dwa strajki – powiedział Keith z mocnym nowojorskim akcentem, przygotowując się do rzutu. – Denerwujesz się? Bo ja tak.
Mikey odbił piłkę Keitha, prawie trafiając w szarego forda taurusa zaparkowanego na Burbank Avenue. Potem głośno się zaśmiał. – No i masz za swoje! – krzyknął.
Mikey, w koszulce w zielone paski w stylu lat dziewięćdziesiątych i w pasujących do niej spodenkach, kontynuował grę, a sympatyczne docinki nie miały końca.
– „Nie ma dla ciebie zupy”! – rzucił Keith, cytując słynny tekst z hitowego serialu Kroniki Seinfelda z 1995 roku, po tym jak jego znacznie młodszy przeciwnik zamachnął się i chybił. – Ach tak? – powiedział Mikey, zanim wrócił do pozycji odbijającego. Bum! Dzieciak posłał piłkę obok Keitha, tym razem o włos mijając zaparkowanego jeepa cherokee. – Widzisz? – Mikey krzyknął, gdy Keith gonił piłkę. – To dla ciebie nie ma zupy!
Chłopcy z sąsiedztwa jakiś czas później stracili ze sobą kontakt ze względu na dużą różnicę wieku. Keith ukończył szkołę, poszedł na studia i ostatecznie pracował w nowojorskiej policji. Jednak gdy wpadali na siebie przez te wszystkie lata, Keith zawsze krzyczał: „Hej, Mikey Muskuł!”, na całą ulicę, tę samą, na której kiedyś grali razem w baseball. Przykład Keitha, który poszedł w ślady ojca i został policjantem, zainspirował Mike’a, który pragnął zostać żołnierzem. Starszy sąsiad zawsze był przekonany, że chłopak dopnie swego.
Mały Mikey uwielbiał czytać książki dla dzieci, takie jak te z cyklu Seria niefortunnych zdarzeń Daniela Handlera, oglądać Gwiezdne wojny i grać w gry komputerowe, zawsze popijając z olbrzymiej szklanki sok pomarańczowy. Przede wszystkim jednak był bardzo aktywny fizycznie. Wszystko wskazywało na to, że odniesie sukcesy w sporcie. Inspirację stanowiły dla niego siostry, Kim i Kelly, które w czasach szkolnych były wyróżniającymi się piłkarkami, dzięki czemu Mikey zaczął grać w football już jako trzylatek.
Kwestia postępów w nauce natomiast to już zupełnie inna historia. Pomimo licznych starań i pomocy ze strony rodziców i rodzeństwa Mikey od samego początku miał problemy ze spełnieniem wymogów edukacji wczesnoszkolnej obowiązujących w stanie Nowy Jork. Wkrótce stało się jasne, że chłopak, aby dać sobie radę w szkole, będzie musiał przezwyciężać trudności związane ze zdiagnozowaną dysleksją.
Zirytowane brakiem odpowiednich programów nauczania w lokalnej placówce, Linda i Kim – przyszła nauczycielka, która w ramach własnych studiów będzie monitorować postępy brata w nauce – udały się do Michael J. Petrides School. Zadbały o to, by Mike został przyjęty do tej cenionej szkoły publicznej, która oferowała naukę w systemie K-12, czyli od przedszkola do końca liceum. Przede wszystkim jednak program szkoły oferował niezbędną pomoc dla uczniów z trudnościami w uczeniu się, jak chociażby zajęcia z logopedą. Ku uciesze mamy i siostry Mikey został przyjęty i poszedł do drugiej klasy.
Nauka w szkole nigdy nie była dla młodego Mikeya czymś łatwym, ale Petrides oferowała szeroki wachlarz zajęć indywidualnych, sam na sam z nauczycielem, które ostatecznie pomogły chłopcu przezwyciężyć trudności i poczynić znaczne postępy w nauce. Mikey z kilku powodów zasłużył sobie na uznanie większości nauczycieli i korepetytorów. Po pierwsze nigdy się nie poddawał, nie odpuszczał. Nawet gdy piętrzyły się problemy, nie przychodziło mu do głowy, aby zrezygnować. Po drugie zawsze okazywał ogromny szacunek nauczycielom i wszystkim dorosłym. „Sir” i „madam” były prawdopodobnie najczęściej używanymi przez niego słowami, a trzeba pamiętać, że w Stanach Zjednoczonych za pomocą tych zwrotów grzecznościowych okazuje się nawet większy szacunek, niż w Polsce mówiąc „pan”, „pani”. Ponadto Mike znany był z tego, że zawsze uprzejmie przepuszczał wszystkich w drzwiach, a także odsuwał krzesła, pomagając w ten sposób starszym usiąść. Dla chłopaka o takiej kindersztubie nauczyciele i korepetytorzy chcieli zrobić coś więcej, okazać mu niestandardową pomoc. Mikey Ollis nie był postrzegany na Staten Island ani jako twardziel, ani jako mądrala, ale jako naprawdę dobry chłopak.
– Zdarzyło mi się przyłapać Michaela na gorącym uczynku podczas popełniania jakiegoś szkolnego wykroczenia. Zrobił komuś kawał, a ja postanowiłem interweniować. Takie sytuacje zdarzają się milion razy w każdej szkole i kończą się upomnieniem, przeważnie ustną reprymendą – wspomina jeden z nauczycieli z Petrides, Michael Blyth. – Pamiętam, że po tym incydencie Michael był wręcz przesadnie przejęty całą sprawą. Bardzo się martwił, że mogę zacząć postrzegać go w złym świetle. Opinia innych była dla niego bardzo ważna. Zapewniłem Michaela, że nadal będę o nim dobrze myślał, a on obiecał, że nigdy więcej mnie nie zawiedzie.
Wiele lat później Mike został korepetytorem chłopca z sąsiedztwa, który nazywał się Eric Cundari i potrzebował pomocy w nauce czytania. Mike pamiętał, jak jego nauczyciele i korepetytorzy dokładali wszelkich starań, żeby mu pomóc, więc teraz chciał się odwdzięczyć i zrobić to samo dla innych. Eric, gdy był już na studiach, napisał esej, w którym podzielił się takimi wspomnieniami: „Mike zawsze był wobec mnie cierpliwy, wspierający. Bez względu na to, co akurat robiliśmy, czy skakaliśmy na trampolinie, czy nabijaliśmy się z jego absurdalnych koszmarów o Chewbacce, Mike traktował mnie jak młodszego brata”.
To właśnie w liceum Mike – jak go już wówczas powszechnie nazywano – zaczął nabierać rozpędu. Chociaż od lat miał kilku przyjaciół z dzieciństwa na Burbank Avenue, z biegiem czasu nieco się od nich oddalał, odkąd zaczął chodzić do innej szkoły niż reszta dzieci z sąsiedztwa. Wszystko się zmieniło, gdy Mike wykonał swój pierwszy mały, ale bardzo ważny krok na drodze śladami ojca. Wstąpił do Młodzieżowego Korpusu Szkolenia Oficerów Rezerwy prowadzonego przez Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych. To tam poznał przyjaciół na całe życie.
Plany i ogólne podejście do życia Mike’a na początku liceum najlepiej podsumowuje wpis w dzienniku klasowym dokonany pod koniec gimnazjum.
Moje cele do osiągnięcia w liceum to być dobrym uczniem, zaliczyć każdy przedmiot i uzyskać dyplom Regents6. Zamierzam dać z siebie wszystko i nigdy się nie poddawać, bez względu na trudności, z jakimi będę się musiał zmierzyć.
Poza edukacją moim celem w liceum jest dobra zabawa podczas zdobywania wiedzy. Chcę cieszyć się każdą minutą tych czterech lat w Petrides. Myślę, że pomoże mi w tym udział w zajęciach pozalekcyjnych. Chcę być zawodnikiem jakiejś drużyny, na przykład piłki nożnej. Chciałbym również zapisać się do programu Korpusu Szkolenia Oficerów Rezerwy i dołączyć do drużyn musztry i pocztu sztandarowego.
Jednym z moich głównych celów jest osiągnięcie dobrych wyników w sporcie i programie Korpusu Szkolenia Oficerów Rezerwy Sił Powietrznych. Myślę, że te działania zostaną odnotowane w moich szkolnych dokumentach, co pomoże mi przy wyborze college’u lub w karierze wojskowej.
Jeśli zrealizuję swoje cele w szkole średniej, wierzę, że pozwoli mi to osiągnąć sukcesy w dalszym życiu w ogóle.
W czasach gimnazjalnych wydarzyło się coś, co wzbudziło w młodym nowojorczyku jeszcze większą miłość do kraju i pragnienie uczynienia wszystkiego, co tylko możliwe, by stać na straży jego bezpieczeństwa.
„Poważny wpływ na moje życie miał atak terrorystów na World Trade Center i Pentagon”, napisał trzynastoletni Mike, gdy płonęły dwie wieże WTC. Działo się to bardzo blisko jego miejsca zamieszkania, wystarczyłaby krótka podróż promem przez wody Upper New York Bay. „Wywarło to ogromny wpływ na moje życie, ponieważ nikt się nie spodziewał, że coś takiego może się zdarzyć, a na dodatek było to naprawdę przerażające”.
„To pierwszy raz od czasów zimnej wojny, kiedy Ameryka znalazła się w stanie najwyższej gotowości”, kontynuował Mike. „Więc to ma na mnie wpływ, ponieważ wiele osób zginęło w World Trade Center i Pentagonie, a mężczyźni i kobiety w obcych krajach, którzy walczą z terroryzmem, również umierają”.
Dla Mike’a ofiary jedenastego września nie były tylko obcymi twarzami z telewizji. W ataku terrorystycznym Al-Kaidy zginęło między innymi dwustu siedemdziesięciu czterech mieszkańców Staten Island, bliższych i dalszych sąsiadów chłopca. Rodzice i siostry Mike’a znali osobiście wiele ofiar i uczestniczyli w kilku pogrzebach, by pocieszyć i wesprzeć rodziny zmarłych.
Wielu spośród tych mieszkańców Staten Island, którzy zginęli w zamachach, było policjantami i strażakami. Ich gotowość do złożenia najwyższej ofiary, gdy wbiegali do płonących wież World Trade Center, głęboko zainspirowała Mike’a.
„Widzę terror, który rani miasto”, napisał Mike w swoim dzienniku. „Słyszę krzyki z wież”.
Ośmielony swoim niezwykle udanym projektem dotyczącym Wietnamu, Mike ponownie usiadł przy szkolnym komputerze, aby stworzyć poruszający obraz cyfrowy. Przedstawiał strażaków podnoszących amerykańską flagę na ruinach Ground Zero – podobny do ponadczasowej fotografii wykonanej przez Thomasa Franklina, która trafiła na okładki niemal wszystkich gazet i magazynów na świecie jesienią 2001 roku. Cyfrowa wizualizacja Mike’a pokazywała również strażaków ratujących młodego mężczyznę, który do złudzenia go przypominał. Być może był to symboliczny przekaz. Jakby Mike czuł się uratowany przez bohaterskich strażaków i teraz miał potrzebę zrewanżowania się poprzez służbę na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa Stanom Zjednoczonym.
Kiedy jego rodzinne miasto i najbliższa okolica ucierpiały tak straszliwie w następstwie najgorszego ataku terrorystycznego w historii Ameryki, nastolatek ze Staten Island postanowił dołożyć wszelkich starań, by nic podobnego do zamachów z jedenastego września nigdy więcej nie wydarzyło się na amerykańskiej ziemi. Zanim jednak mógł zgłosić się na ochotnika do wojska, tak jak uczynił jego ojciec ponad trzy dekady wcześniej, Mike chciał wesprzeć dzielnych amerykańskich żołnierzy, którzy toczyli walkę z terrorystami z Al-Kaidy i reżimem talibów w Afganistanie.
„Widzę, jak nasi żołnierze idą w bój i walczą za nas”, napisał Mike w swoim dzienniku. „Widzę, jak nasi żołnierze za nas umierają”.
Zamiast robić kolejne zapiski w dzienniku, kilka dni później Mike postanowił napisać list, który miał zostać dostarczony amerykańskim żołnierzom pełniącym służbę za granicą.
Drodzy żołnierze, co słychać? Wy i Wasi towarzysze broni wykonujecie kawał cholernie trudnej i ważnej roboty. Tak trzymajcie.
Chcę tylko podziękować Wam za to, co robicie. Mam nadzieję, że bezpiecznie wrócicie do domu. Wierzę, że znów spotkacie się ze swoimi rodzinami. Staten Island Was wspiera i powitamy Was, kiedy wrócicie do domu. Więc uważajcie na siebie, miejcie chłodną głowę i wracajcie do domu.
Od Mike’a Ollisa.
Witaj, nowe życie
Największy projekt szkolny, jaki Mike zrealizował w liceum, dotyczył księdza Vincenta Capodanna, kapelana Marynarki Wojennej USA, który zginął w akcji podczas wojny w Wietnamie. Podobnie jak Mike, porucznik Capodanno był pobożnym katolikiem, dumnym, że pochodzi ze Staten Island.
„Ksiądz Capodanno nie raz, ale kilka razy wybiegał ze schronu, nie bacząc na trwającą strzelaninę, by zaopiekować się ludźmi ze swojego batalionu. Walka trwała godzinami. Został trafiony odłamkami, które urwały mu palce prawej dłoni i rozerwały ramię. Mimo to nie przestawał zajmować się swoimi ludźmi. Namaszczał umierających i rannych lewą ręką.
Następnie zobaczył żołnierza piechoty morskiej powalonego strzałami z broni automatycznej. Podbiegł do niego i zasłonił go własnym ciałem przed ogniem z karabinu maszynowego. Nie miało znaczenia, że był nieuzbrojonym duchownym, żołdak Wietkongu strzelał dalej, zabijając ojca Capodanna i żołnierza marines”.
Po dodaniu kilku szczegółów biograficznych Mike wrócił do decyzji księdza o wstąpieniu do armii w szczytowym okresie wojny w Wietnamie.
„Jego prośba o wcielenie do wojska nie była bezprecedensowa. Znał innych księży z ruchu misyjnego Maryknoll7, którzy uważali służbę w armii za wymagającą, ale jednocześnie satysfakcjonującą drogę życia dla misjonarza.
Po wstąpieniu do Marynarki Wojennej postanowił zostać kapelanem i wyruszyć do Wietnamu. Jego zaciąg zbiegł się w czasie z największym zaangażowaniem Stanów Zjednoczonych w wojnę. Zaledwie kilka dni po przybyciu na miejsce z entuzjazmem przyjął możliwość udania się na linię frontu.
Żołnierze, którym posługiwał ojciec Capodanno, czuli się przy nim komfortowo i bez oporów przychodzili do niego, żeby porozmawiać i zwierzać się ze swoich problemów. Żył z dnia na dzień, tak jak oni: jak każdy żołnierz piechoty morskiej. Naprawdę był jednym z nich.
Pamięć o ojcu Vincencie Capodannie została uczczona na kilka sposobów. Jego nazwisko widnieje w ośmiu kaplicach, na kilku pomnikach, budynku na terenie bazy morskiej w Tennessee. Jego imieniem nazwano dwie drogi, a także stypendia i amerykański niszczyciel eskortowy. Ksiądz Capodanno otrzymał też pośmiertnie Medal Honoru, najwyższe amerykańskie odznaczenie wojskowe”.
Nie wiadomo, jaką ocenę Mike Ollis dostał za pracę o Vincencie Capodannie. Jeśli nawet nie była to szóstka, Mike spędził resztę swoich dni, starając się na nią zapracować – żył, oddając się służbie całkowicie, jak Vincent Capodanno i jak jego drugi wzór do naśladowania, Bob Ollis.
Długa droga Mike’a do pójścia w ślady dwóch bohaterów wojny w Wietnamie rozpoczęła się od wspomnianej decyzji o dołączeniu do programu Młodzieżowego Korpusu Szkolenia Oficerów Rezerwy. Jednak pierwsze dwa lata nie upłynęły Mike’owi na upragnionych marszach i musztrach, o których marzył od dzieciństwa. W dużej mierze wypełniała je nudna papierkowa robota w małym biurze Korpusu w szkole Petrides.
Mimo że chodziło o niewiele więcej niż temperowanie ołówków, Mike’owi udało się zaimponować przełożonym i kolegom kadetom swoim zaangażowaniem, sumiennością i jeszcze czymś, co urzekło jednego z jego dowódców, chorążego Petera Jacksona. Instruktor obejrzał filmik Mike’a o wojnie w Wietnamie, w którym chłopak składał hołd swojemu ojcu. Jackson z miejsca uznał, że ktoś, kto włożył w tego rodzaju projekt tak wiele energii i czasu, musi być kimś wyjątkowym. Sposób, w jaki Mike zachowywał się przez te początkowe dwa lata, tylko potwierdził pierwsze wrażenie sierżanta. Może chłopak był niezbyt wysoki i bardzo szczupły, ale też twardy i wytrwały, nawet w przypadku, gdy chodziło o dopełnianie najbardziej przyziemnych obowiązków w Młodzieżowym Korpusie Szkolenia Oficerów Rezerwy.
Inny dowódca, kapitan Tim Kuhn, również zauważył ciężką pracę Mike’a oraz zaangażowanie w program. Już od pierwszej rozmowy na początku trzeciego roku, w którym Mike miał zostać bardziej wdrożony w program Młodzieżowego Korpusu Szkolenia Oficerów Rezerwy, kapitan Kuhn zrozumiał, jak poważnie jego kadet traktował swoją przyszłość w wojsku. Mike opowiedział mu o swoim tacie, który walczył w Wietnamie, oraz zapowiedział, że pragnie pójść w ślady ojca i zostać szeregowcem piechoty armii amerykańskiej. Nie był zainteresowany stopniami oficerskimi.
– Nie sprzedawaj się tanio i nie ograniczaj swoich marzeń – powiedział Kuhn Mike’owi. – Jeśli będziesz ciężko pracował, pewnego dnia możesz zostać dowódcą.
– Dziękuję, sir – odrzekł Mike. – Chciałbym dowodzić na polu bitwy.
Dopiero później Mike zrozumiał, że oficerowie też walczą, ale w tamtym czasie w jego nastoletnim umyśle to szeregowi żołnierze posiadali monopol na walkę. Nigdy nawet przez chwilę nie rozważał możliwości wstąpienia do akademii wojskowej lub pójścia na studia. To po prostu nie była droga dla niego i wszyscy – z jego rodzicami włącznie – rozumieli, dlaczego Mike podjął taką decyzję.
W szkole wspinał się na wyżyny, zawsze starając się otrzymywać przyzwoite oceny, które zwykle oscylowały między dobrym a dostatecznym. Biorąc pod uwagę trudności, z którymi w nauce musiał się zmagać od dzieciństwa, była to naprawdę wysoka średnia i spore osiągnięcie. Problem nie polegał na tym, że Mike nie starał się wystarczająco. Po prostu w przypadku niektórych przedmiotów ocena dobra była najlepszą, na jaką było go stać. I nie miał się czego wstydzić, oczywiście pod warunkiem, że się nie obijał.
W szkole średniej były dwie rzeczy, które Mike Ollis stawiał ponad wszystko inne: Korpus Szkolenia Młodych Oficerów Rezerwy oraz spędzanie czasu z grupą chłopaków i dziewczyn, w której znalazł przyjaciół na całe życie. Na początku dwudziestego pierwszego wieku na całym Staten Island trudno by było znaleźć bardziej zżytą grupę licealistów niż Mike i jego najlepsi kumple: Jimmy Carter, Rob Hemsworth, Bolivar Flores i Quaseem Pipkin. Mieli też niezwykle liczną grupę przyjaciółek, w tym dwie ładne uczennice z Petrides: Alannę McGeary (obecne nazwisko Saunders) i Kristen Garofalo (obecnie Strine).
– Co tu się wyprawia? – było to pytanie chyba najczęściej zadawane przez mamę Mike’a w latach licealnych. Powtarzała je nawet kilka razy w tygodniu, a już na pewno w każdy piątkowy wieczór, kiedy wracała do domu z drugiej zmiany w szpitalu.
Linda prawie zawsze zastawała Mike’a, Jimmy’ego, Roba, Bolivara, Quaseema, Alannę, Kristen i innych przyjaciół z Petrides w jacuzzi w ogródku rodzinnego domu. Co najmniej jedno z dzieciaków – zazwyczaj Mike – wyskakiwało wtedy z wody i biegło schować skrzynkę z piwem gdzieś pod stołem lub w szafie. Narkotyki nigdy nie interesowały Mike’a – nawet marihuana – nie ciągnęło go też do mocniejszych trunków. Lubił jednak imprezować, mniej więcej w okresie od liceum do dwudziestego roku życia wypijał z przyjaciółmi przy różnych okazjach po kilka piw. Imprezy zwykle kończyły się w ulubionym barze Mike’a – lokalnym White Castle na Hylan Boulevard w New Dorp. White Castle to sieć barów z hamburgerami, która powstała na Środkowym Zachodzie, ale później stała się bardzo popularna w Nowym Jorku i New Jersey. Czynne dwadzieścia cztery godziny na dobę były idealnymi miejscówkami dla zgłodniałych imprezowiczów. Mike chodził tam tak często, podchmielony lub trzeźwy, że jego kumple zaczęli nawet nazywać najpopularniejsze jedzenie w White Castle „burgerami Mike’a”.
Nowa nazwa przyjęła się jeszcze bardziej po pewnym niebezpiecznie wyglądającym wypadku. Któregoś dnia Mike, mimo protestów kumpla pełniącego tego wieczora rolę kierowcy, otworzył tylne drzwi samochodu i próbował przechwycić torbę z burgerami od pracownika drive thru. Coś jednak poszło nie tak i Mike wypadł z samochodu, a następnie przeturlał się kilka metrów po ziemi. Leżał chwilę bez ruchu, a potem nagle skoczył na równe nogi i krzyknął: „No i w porządalu!”, naśladując Jima Carreya z filmu Ace Ventura: Psi detektyw. Humorystyczna reakcja Mike’a na jego pijacki wypadek sprawiła, że cały samochód przyjaciół wył ze śmiechu.
Inny zabawny incydent miał miejsce, gdy Mike pewnej niedzieli wybrał się z Alanną na mszę. Ich przyjaciel Quaseem, który nie był katolikiem, postanowił do nich dołączyć, zwłaszcza że po kościele mieli się spotkać całą ekipą i spędzić resztę dnia razem. W kościele usiedli z tyłu i trochę się wygłupiali, ale nie jakoś szczególnie, bo Mike zawsze starał się zachowywać w kościele stosownie. Wychował się w religijnej rodzinie i przez całe życie był praktykującym katolikiem.
Kiedy nadszedł czas komunii, Mike i Alanna szybko zorientowali się, że Quaseem idzie za nimi do ołtarza. Nie wiedzieli, co robić, bo nie chcieli zawstydzić przyjaciela ani sprawiać mu przykrości, a już tym bardziej robić zamieszania podczas mszy. Z przerażeniem patrzyli, jak Quaseem wyciąga ręce i przyjmuje od księdza komunikant. Ten sposób przyjmowania komunii jest w Stanach Zjednoczonych najczęstszy, ale chodziło w ogóle o sam fakt przystąpienia Quassema do sakramentu.
– Co ci strzeliło do głowy, stary? – zapytał z uśmiechem przyjaciela Mike, gdy msza się skończyła. – Co zrobiłeś z opłatkiem?
– O, tu go mam – odpowiedział uradowany Quaseem, biorąc kęs, jakby opłatek komunijny był kabanosem z lokalnego sklepu.
– Eeeeej no! – wykrzyknęli chóralnie Mike i Alanna.
– Quaseem! No weź, człowieku! – krzyknął Mike, próbując powstrzymać śmiech. – To święta rzecz!
Alanna i Kristen zawsze podziwiały Mike’a za to, jak poważnie podchodził do takich spraw, jak religia, rodzina i traktowanie wszystkich z szacunkiem. Podczas jednego z plenerowych letnich festiwali muzycznych w pobliskim New Jersey, na który poszli całą paczką, Alanna i Kristen chciały skorzystać z ubikacji, ale poczuły obrzydzenie na widok stanu prowizorycznych toalet przygotowanych dla publiczności. Bez wahania Mike i Rob wysprzątali dokładnie dwie kabiny, a następnie porozkładali papier toaletowy na desce sedesowej i podłodze, żeby ich przyjaciółki czuły się komfortowo.
– Możesz wejść, moja pani. Dopilnujemy, by nikt ci nie przeszkadzał – powiedział Mike z akcentem angielskiego arystokraty, otwierając jednocześnie przed Alanną drzwi do toalety. Rob zachował się tak samo wobec Kristen. Chociaż nie powiedziały tego głośno, obie dziewczyny pomyślały, że ktokolwiek w życiu trafi na ich przyjaciół, będzie miał ogromne szczęście.
Chociaż Mike i jego przyjaciele uwielbiali się zabawić – w końcu byli licealistami – sprawy związane z Młodzieżowym Korpusem Szkolenia Oficerów Rezerwy zawsze powodowały, że beztroska postawa Mike’a ustępowała miejsca powadze. Niektórzy koledzy Mike’a z Korpusu rezygnowali z zajęć, które wypadały w weekendy, na przykład z pocztów sztandarowych i lokalnych parad. Woleli uprawiać sport lub imprezować ze znajomymi. Tymczasem Mike był zazwyczaj pierwszym – a nierzadko jedynym – kadetem, który zgłaszał się do wszystkich zajęć na ochotnika. Uczestniczył też jako wolontariusz w różnych przedsięwzięciach charytatywnych, takich jak praca w lokalnej jadłodajni dla ubogich na Staten Island.
Podczas jednej z parad na Manhattanie, w której uczestniczył oddział Korpusu z Petrides, Mike zauważył, że jakiś znacznie młodszy dzieciak z lokalnej podstawówki najwyraźniej zgubił się na jednej z mocno już zatłoczonych ulic Nowego Jorku. Poinformował o sprawie swojego dowódcę, po czym trzymając chłopca za rękę, zaczął przeciskać się przez tłum. Mike w końcu odnalazł właściwą grupę, przekazał pod jej opiekę dzieciaka, a cała misja została uwieńczona sukcesem. To był pierwszy raz, kiedy z pełną świadomością doświadczył, jak smakuje pomaganie innym w potrzebie. I to uczucie bardzo mu się spodobało.
– Ten dzieciak jest urodzonym przywódcą – powiedział kapitan Kuhn do innego oficera zaraz po tym, jak byli świadkami dobrego uczynku kadeta.
Dla Mike’a niezwykle doniosłym doświadczeniem było zakładanie munduru Młodzieżowego Korpusu Szkolenia Oficerów Rezerwy za każdym razem, gdy miał wziąć udział w pogrzebach lokalnych weteranów. Wieczór poprzedzający uroczystość Mike spędzał na czyszczeniu do nocy butów i każdego guzika swojego munduru. Następnego ranka zawsze wstawał wcześnie, aby w kościele pojawić się punktualnie. Ponieważ jego ojciec również był weteranem wojennym, Mike wiedział, jak ważne jest traktowanie z najwyższym szacunkiem i czcią tych, którzy służyli krajowi i przelewali za niego krew. Zawsze też dziękował każdemu członkowi rodziny poległego weterana, zanim odmaszerował z cmentarza ze swoimi kolegami kadetami.
Pod koniec trzeciej klasy liceum Mike dowiedział się, że w ostatniej, czwartej klasie pojedzie z Korpusem na Hawaje. Zareagował tak, jakby jego ulubiona drużyna futbolowa – New York Giants lub Jets (w zależności, w jakim czasie by go o to zapytać) – właśnie wygrała Super Bowl.
– To znaczy, że pojedziemy do Pearl Harbor! – Mike powiedział przez telefon swojemu najlepszemu kumplowi Jimmy’emu, który już ukończył Petrides i zaczął nową pracę w pobliskim New Jersey. – Musisz pojechać z nami!
W końcu Mike’owi udało się przekonać Jimmy’ego, żeby wziął urlop i dołączył do wycieczki Korpusu jako opiekun. Mimo że byli najlepszymi przyjaciółmi, którzy często razem imprezowali, Jimmy miał pilnować Mike’a, Roba i Bolivara podczas wakacji tysiące kilometrów od domu. To było odpowiedzialne zadanie.
Oczywiście z grupą pojechali także znacznie starsi opiekunowie, w tym dwie nauczycielki z Petrides, Lissa i Maryellen. Chociaż obie wiedziały, że Mike uwielbia się zabawić, zauważyły w nim również dojrzałość, dość niezwykłą dla kogoś w jego wieku. Podczas wycieczek autobusowych pośród pięknych hawajskich pejzaży i wspólnego oglądania zachodów słońca Mike opowiadał o swoich planach na życie po Petrides, w tym o wstąpieniu do wojska. W przeciwieństwie do większości nastolatków zdawał się dobrze rozumieć, jak ogromny wpływ będzie miał wybór kariery wojskowej zarówno dla niego, jaki dla jego rodziny i przyjaciół.
Mike okazał swoją dojrzałość także podczas grupowej wycieczki po stromym wulkanie Diamond Head. Jak podkreślono na stronie internetowej stanu Hawaje, blisko półtorakilometrowa trasa z parkingu na dno krateru „staje się nierówna i stroma, wymaga ostrożności i odpowiedniego obuwia”. Lissa i Maryellen nie tylko bały się wysokości, ale jeszcze bardziej martwiły się o bezpieczeństwo dzieciaków, które miały pod swoją opieką. Na szczęście jeden z nastolatków okazał im odpowiednie wsparcie.
„To Michael mi pomógł – napisała później Lissa w liście do Boba i Lindy. – Na każdym etapie, a zwłaszcza gdy zrobiło się stromiej i niebezpieczniej, był przy mnie, wciąż przypominając, że kontroluje sytuację i w razie czego jest gotów do pomocy”.
Na szczęście w trakcie wyjazdu nie było zbyt wiele stresujących momentów, bo przecież w końcu były to wakacje na Hawajach. Wesoło się zrobiło, gdy Mike namierzył szkółkę tańca, która prowadziła zajęcia z tradycyjnego hawajskiego tańca hula dla… kobiet w ciąży. Lekcje odbywały się opodal obozowiska YWCA8, w którym mieszkała też grupa Młodzieżowego Korpusu Szkolenia Oficerów Rezerwy. Mike, Rob i Bolivar szybko poszli do miasta, by kupić spódniczki hula i biustonosze kokosowe, zanim ich opiekun Jimmy zorientował się, na jaki wpadli pomysł. Wszystko się wydało, gdy Mike wręczył hawajski kostium Jimmy’emu, a ten postanowił, że nie zepsuje kumplom zabawy.
Kilka minut po rozpoczęciu zajęć jedna z ciężarnych kobiet odwróciła się i w osłupieniu patrzyła na czterech skąpo odzianych nastolatków tańczących i wygłupiających się obok niej. Większość pań uznała sytuację za zabawną, ale instruktorka już nie. Goniła czterech głupoli aż do kempingu, a Mike i jego przyjaciele mało nie padli trupem po sprincie w upale, a przy okazji trochę i ze śmiechu.
Następnego dnia Mike był już bardzo poważny, bo w programie dnia znalazły się sprawy wojskowe. Podczas wizyty w koszarach Schofield, siedzibie 25 Dywizji Piechoty Armii USA na wyspie Oahu, Mike okazywał zarówno fascynację, jak i najwyższy szacunek. Zwłaszcza gdy przewodnik pokazał mu ślady po kulach, które utkwiły w murach bazy po japońskim ataku, po którym Stany Zjednoczone przystąpiły do drugiej wojny światowej.
– To nie jest scena z jakiegoś filmu, Jimmy – powiedział Mike. – To się naprawdę działo, to prawdziwa historia Ameryki.
Jeszcze bardziej poruszyła go wizyta w Pearl Harbor, a szczególnie pomnik USS „Arizona”, upamiętniający miejsce spoczynku tysiąca stu dwóch amerykańskich marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej. Podobnie jak pomnik ku czci weteranów wojny w Wietnamie i widok Ground Zero wkrótce po atakach terrorystycznych jedenastego września, zobaczenie Pearl Harbor na własne oczy było dla Mike’a doświadczeniem, które go zainspirowało i utwierdziło w przekonaniu, że pragnie służyć swojemu krajowi. Widok ropy wciąż wyciekającej z zatopionego okrętu i świadomość, że ponad tysiąc amerykańskich bohaterów spoczywa w tym miejscu, to wspomnienia, które zostały z Mikiem już na zawsze.
– To była najlepsza wycieczka w moim życiu – powiedział Mike, gdy z kolegami z Młodzieżowego Korpusu Szkolenia Oficerów Rezerwy zbierali się w drogę powrotną do Nowego Jorku. – Cieszę się, że to właśnie z wami trzema miałem okazję zobaczyć te wszystkie niesamowite rzeczy.
Faktem jest, że w odróżnieniu od większości przyjaciół celem Mike’a nie było uzyskanie jak najwyższej średniej ocen, zaliczenie testów SAT9 przed rekrutacją na studia i dostanie się na jak najlepszą uczelnię. Mike był jednak zwyczajnym licealistą. Uczył się, grał w piłkę nożną w drużynie szkolnej, a na bal maturalny poszedł z piękną brunetką Diane, która szybko stała się jego dziewczyną, taką na poważnie. Jak powiedział gangster Sonny, grany przez Chazza Palminteriego bohater Prawa Bronxu, jednego z ulubionych filmów Mike’a: „W życiu spotyka się tylko trzy wspaniałe kobiety”. Diane wydawała się pierwszą wspaniałą kobietą w życiu chłopaka.
Dziewczyna jasno dała Mike’owi do zrozumienia, że po ukończeniu liceum idzie na studia, on natomiast zrewanżował się jej podobną deklaracją, zdradzając swoje plany dotyczące kariery wojskowej. Podobnie jak wiele par w szkole średniej, Mike i Diane uważali, że ich miłość może pokonać wszystkie przeszkody.
W dniu siedemnastych urodzin plan, który Mike układał od czasu, gdy przebierał się w stary mundur Gwardii Narodowej lub biegał po Burbank Avenue, zasadzając się na sąsiadów, zyskał oficjalny status. Chłopak udał się do biura rekrutacyjnego armii amerykańskiej na Staten Island, niosąc oficjalną notę polecającą podpisaną przez jego instruktora z Młodzieżowego Korpusu Szkolenia Oficerów Rezerwy, chorążego Jacksona. Dokument był adresowany do rekruterów wojskowych.
Szkolę kadeta Michaela Ollisa od ponad trzech lat i jest on ważną częścią naszego programu Młodzieżowego Korpusu Szkolenia Oficerów Rezerwy. Osiągnął stopień kapitana kadetów w programie AFJROTC NY-20001.
Był dowódcą eskadry oraz pocztu sztandarowego, natomiast obecnie jest zastępcą dowódcy grupy w Korpusie.
Jest bardzo oddanym i zaangażowanym kadetem od samego początku uczestnictwa w programie Młodzieżowego Korpusu Szkolenia Oficerów Rezerwy. Jestem pewien, że będzie rozwijał swoje zdolności przywódcze podczas służby wojskowej.
Dysponując pisemną zgodą rodziców, Mike mógł zaciągnąć się do wojska w ramach programu odroczonego wstąpienia do Armii Stanów Zjednoczonych, jednak jeszcze tej zgody nie posiadał. Jeśli uda mu się ją uzyskać, rozpocznie szkolenie tuż przed swoimi osiemnastymi urodzinami, czyli we wrześniu następnego roku. A to by oznaczało, że po ukończeniu liceum Petrides czekają go ostatnie beztroskie letnie wakacje na Staten Island.
Bob i Linda nie wiedzieli, że Mike poszedł do lokalnego biura rekrutacyjnego aż do czasu, gdy syn przyniósł im do podpisania formularz zgody opiekunów na zaciąg. Pomimo pewnych obaw, wynikających z własnych doświadczeń w Wietnamie, Bob wiedział, że odmowa podpisania dokumentu tylko opóźni zaciąg o rok, ale na pewno mu nie zapobiegnie. Mike od dziecka pragnął zostać żołnierzem i Bob, mimo osobistych doświadczeń związanych z okropnościami wojny, nie zamierzał stawać synowi na drodze do realizacji marzeń. Linda, jako matka pełna troski o jedynaka, miała jeszcze większe obawy przed konsekwencjami takiej decyzji, ale przekonana argumentami męża finalnie wyraziła zgodę.
Bob, Linda, Mike i rekruter podpisali stosowne dokumenty dwudziestego siódmego września 2005 roku. Wojna w Afganistanie trwała już niemal od czterech lat, w Iraku od niespełna trzech. Mimo sporych problemów na obu frontach Bob wątpił, aby te konflikty jeszcze trwały, gdy Mike odczeka wymagany rok, ukończy obóz treningowy, a następnie dodatkowe wymagane szkolenie frontowe. Minie sporo czasu, zanim otrzyma konkretne rozkazy i przydział. Nie, to nie jest Wietnam – pomyślał Bob, próbując ostatecznie przekonać samego siebie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Forward Operating Base (FOB). [wróć]
Staff Sergeant (SSG) – w polskiej armii odpowiednik młodszego chorążego. [wróć]
United States Air Force Junior Reserve Officers’ Training Corps (US AFJROTC) – jeden z programów przygotowujących młodzież do przyszłej służby wojskowej. [wróć]
Airman First Class (A1C) – w polskiej armii odpowiednik starszego kaprala bądź plutonowego. [wróć]
Master Sergeant (MSG) – w polskiej armii odpowiednik starszego chorążego. [wróć]
Dyplom, którego uzyskanie wymaga spełnienia podwyższonych wymagań New York State Board of Regents, czyli nowojorskiego kuratorium oświaty. [wróć]
Powstałe z Catholic Foreign Mission Society of America pierwsze katolickie misyjne stowarzyszenie w Stanach Zjednoczonych. [wróć]
Young Women’s Christian Association (YWCA) – Chrześcijańskie Stowarzyszenie Młodych Kobiet (żeński odpowiednik YMCA). [wróć]
Scholastic Assessment Test (SAT) – egzamin dla uczniów szkół średnich w Stanach Zjednoczonych, badający kompetencje i wiedzę przedmiotową. [wróć]