Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
To miał być zwykły, pożegnalny wykład nieznanego szerzej profesora kończącego pracę na prestiżowym amerykańskim uniwersytecie Carnegie Mellon w Pittsburghu. I pewnie przemówienie zapamiętałaby jedynie grupka najwierniejszych studentów, gdyby nie to, że zostało ono umieszczone w Internecie. Ostatni wykład pod tytułem "Jak spełniłem swoje marzenia z dzieciństwa" błyskawicznie stał się jednym z najchętniej oglądanych nagrań w serwisie YouTube. Bo wykład, który uczynił ze skromnego specjalisty od programów komputerowych osobę znaną i podziwianą, nie był jednak całkiem zwykły.
"Okoliczności naszego spotkania są dość niezwykłe. Od półtora roku walczę z rakiem trzustki, ale popatrzcie: tu są najnowsze zdjęcia USG, na których widać kilkanaście guzków atakujących moją wątrobę" - zaczął swój wykład 47-letni Randy Pausch, uśmiechając się do zdumionej publiczności. A potem dodał, że przeprasza wszystkich, którzy uważają, że powinien być bardziej przygnębiony i... dziarsko wykonał kilkanaście pompek. "Ci, którzy nadal mi współczują, niech wskoczą na scenę i pokażą, czy potrafią mnie przebić" - oświadczył i zebrał lawinę oklasków. Przez kolejne 74 minuty Randy Pausch tłumaczył zasłuchanym studentom, jak należy żyć. "Okazuj ludziom wdzięczność za to, co dla ciebie zrobili. Kiedy coś spieprzysz, przeproś. Nigdy nie narzekaj, po prostu pracuj jeszcze ciężej. A przede wszystkim nie rezygnuj z dziecięcych marzeń" - mówił profesor, okraszając wykład licznymi dygresjami, wspomnieniami z młodości i dowcipami. "Większość nas miało w dzieciństwie marzenia: miejsca, które chcieliśmy zwiedzić, ludzi, których chcieliśmy spotkać, pracę, która chcieliśmy wykonywać. To wszystko to nasze marzenia, które mogą się stać potężnym źródłem motywacji. Niektórzy z czasem rezygnują z nich. Zachowanie ich to podstawowa wartość, która świadczy o naszym człowieczeństwie".
Randy Pausch w wieku 46 lat zrealizował większość ze swoich marzeń, i o tym, jak je zrealizował jest też jego wykład. Dał on wszystkim słuchaczom więcej niż jakiekolwiek podręczniki motywacji. Zachwycona publiczność wielokrotnie przerywała mu wybuchami śmiechu i owacjami. "Umieram, ale nadal dobrze się bawię i zamierzam cieszyć się życiem do końca dni, jakie mi jeszcze pozostały" - oświadczył Pausch na zakończenie, a sala wręcz eksplodowała oklaskami.
[Opis wydawnictwa]
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Żoliborz miasta stołecznego Warszawy (2)
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Barcin im. Jakuba Wojciechowskiego (2)
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu (3)
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie (2)
Biblioteka Miejsko-Powiatowa w Kwidzynie
Miejska Biblioteka Publiczna w Łomży
Biblioteka Publiczna Gminy Nadarzyn
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (3)
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Wola m.st. Warszawy
Miejska Biblioteka Publiczna im. Stefana Żeromskiego w Zakopanem (2)
Publiczna Biblioteka w Zatorze im. Pawła z Zatora
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 199
Rok wydania: 2008
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
„Kart, które dostaliśmy do ręki, nie możemy zmienić w trakcie rozgrywki” — Randy Pausch.
Wielu profesorów wyższych uczelni wygłasza mowy zatytułowane „ostatni wykład”. Prosi się ich, by wobec nieuchronnego końca rozważyli wszystko, co uważają w swym życiu za najważniejsze. W trakcie ich wystąpień słuchacze powracają nieodmiennie do tego samego pytania: „Jaką mądrością chcielibyśmy się podzielić ze światem, gdybyśmy wiedzieli, że jest to nasza ostatnia szansa? Co uznalibyśmy za swoje dziedzictwo, gdybyśmy mieli jutro zniknąć?”.
Kiedy o taki wykład poproszono także Randy’ego Pauscha, profesora informatyki w Carnegie Mellon, nie musiał sobie wyobrażać, że to jego ostatnie wystąpienie, ponieważ stosunkowo niedawno wykryto u niego nieuleczalny nowotwór. Jednakże wykład, który wygłosił — „Prawdziwe spełnienie dziecięcych marzeń” — nie dotyczył kwestii umierania. Pausch [nieczytelne] przeszkód i trudności, umożliwienie innym realizacji ich marzeń, wykorzystanie każdej chwili (ponieważ „czas jest wszystkim, co masz... i pewnego dnia może się okazać, że masz go mniej, niż sądzisz”). Było to podsumowanie wszystkiego, w co Randy wierzył. Po prostu mówił o tym, jak żyć. W swej mowie Randy Pausch połączył humor, inspirację i inteligencję, które zadecydowały o tak ogromnym powodzeniu jego wykładu, i nadał wszystkiemu niezwykle przystępną formę. Jego słowa będą [nieczytelne] leń.
Randy Pausch
oraz Jeffrey Zaslow
OSTATNI WYKŁAD
Przełożył Jan Kabat
Warszawa 2008
Tytuł oryginału:
The Last Lecture
Copyright © 2008 by Randy Pausch Copyright for the Polisn translation © 2008 by Wydawnictwo Nowa Proza
Originally published in the United States as The Last Lecture.
This translated edition published by arrangement with Hyperion.
Redakcja:
Joanna Figlewska
Korekta:
Urszula Okrzeja
Wszystkie ilustracje pochodzą ze zbiorów autora, z wyjątkiem zdjęć na stronach 17 i 268, wykonanych przez Kristi A. Rines dla Hobb Studio, Chesapeake, Virginia
Projekt i ilustracja na obwolucie:
Phil Rose
Fotografia z tyłu obwoluty:
Laura O’Malley Duzyk
Opracowanie graficzne okładki i obwoluty:
Jarosław Musiał
Projekt typograficzny, skład i łamanie:
Tomek Laisar Fruń
ISBN 978-83-7534-052-5
Wydanie I
Wydawca:
Nowa Proza sp. z o.o.
ul. F. Znanieckiego 16a m. 03-980 Warszawa
tel (22)251 0371 www.nowaproza.eu
Wyłączny dystrybutor:
Firma Księgarska Jacek Olesiejuk Sp. z o.o.
ul. Poznanska 91, 05-850 Ożarów Maz.
tel. (22) 721-30-00 www.olesiejuk.pl
Druk i oprawa:
Z podziękowaniami dla moich rodziców, którzy pozwolili mi marzyć, i z nadzieją, że i moje dzieci będą miały marzenia.
Spis treści
Wstęp
Ostatni wykład
Prawdziwe spełnienie dziecięcych marzeń
Przygody... i lekcje, jakie z nich wyniknęły
Umożliwić innym spełnienie ich marzeń
Chodzi o jedno: jak przeżyjesz swoje życie
Uwagi końcowe
Podziękowania
Trapi mnie pewien problem natury inżynieryjnej.
Choć na ogół cieszę się doskonałą formą fizyczną, mam dziesięć guzów na wątrobie i tylko kilka miesięcy życia przed sobą.
Jestem ojcem trojga małych dzieci i mężem kobiety moich marzeń. Mógłbym się co prawda użalać nad sobą, ale nie przyniosłoby to niczego dobrego ani mnie, ani im.
Jak mam więc spędzić ten jakże ograniczony czas, który mi jeszcze pozostał?
Odpowiedź jest oczywista — być ze swoją rodziną i troszczyć się o nią. Dopóki jeszcze mogę, spędzam z najbliższymi każdą chwilę i robię wszystko, by ścieżka, która wiedzie do życia pozbawionego mojej obecności, a którą będą musieli podążyć, była jak najłatwiejsza.
Mniej oczywiste jest to, jak nauczyć swoje dzieci tego wszystkiego, czego uczyłbym je w ciągu najbliższych dwudziestu lat. Są jeszcze za małe, by można było prowadzić z nimi takie rozmowy. Wszyscy rodzice chcą nauczyć swoje dzieci odróżniać dobro od zła, przekazać to, co uważają za istotne, i powiedzieć, jak radzić sobie z wyzwaniami, które niesie życie. Chcemy też, by poznały historie z naszej własnej przeszłości, często bowiem uważamy, że dzięki temu będą wiedziały, jak pokierować swoim życiem. Moje pragnienie, by to wszystko osiągnąć, to właśnie powód, dla którego zdecydowałem się wygłosić „ostatni wykład” w Carnegie Mellon University.
Wystąpienia tego rodzaju są z reguły nagrywane na taśmę wideo. Wiedziałem doskonale, co robię tamtego dnia. Pod pozorem wykładu akademickiego próbowałem włożyć samego siebie w butelkę, którą kiedyś morze wyrzuci na piasek dla moich dzieci. Gdybym był malarzem, stworzyłbym z myślą o nich jakiś obraz. Gdybym był muzykiem, skomponowałbym jakiś utwór. Ale jestem wykładowcą. Zatem wygłosiłem wykład.
Mówiłem o radości życia, o tym, jak bardzo je cenię, nawet jeśli pozostało mi go tak niewiele. Mówiłem o uczciwości, prawości, wdzięczności i innych rzeczach, które są drogie mojemu sercu. I starałem się ze wszystkich sił nie zanudzić słuchaczy.
Książka ta jest dla mnie szansą kontynuacji tego, co zacząłem na podium w sali wykładowej. Ponieważ czas ma dla mnie ogromną wartość i chcę go spędzić w miarę możności z dziećmi, poprosiłem o pomoc Jeffreya Zaslowa. Każdego dnia objeżdżam okolicę swojego domu na rowerze, co zapewnia mi wysiłek fizyczny, tak nieodzowny dla mojego zdrowia. W trakcie pięćdziesięciu trzech wypraw rowerowych rozmawiałem z Jeffem za pomocą zestawu głośnomówiącego, a on potem, przez niezliczone godziny, zamieniał moją opowieść — myślę, że mogę ją nazwać pięćdziesięcioma trzema „wykładami” — w niniejszą książkę.
Od samego początku wiedzieliśmy jedno: nic, co zostało tu napisane, nie zastąpi żywego rodzica. Ale inżynieria nie polega na doskonałych rozwiązaniach; sprowadza się do osiągnięcia najlepszych rezultatów za pomocą ograniczonych środków. Zarówno wykład, jak i ta książka, są próbą osiągnięcia tego kompromisu.
Wielu profesorów wygłasza mowy zatytułowane „ostatni wykład”. Może uczestniczyliście w czymś takim?
Stało się to powszechnym obyczajem na wyższych uczelniach. Prosi się wykładowców, by pomyśleli o swoim nieuniknionym zejściu i zastanowili się nad tym, co ma dla nich największą wartość. Podczas ich wystąpień słuchacze siłą rzeczy rozważają jedno pytanie: jaką mądrością chcielibyśmy się podzielić ze światem, gdybyśmy wiedzieli, że jest to nasza ostatnia szansa? Jaką spuściznę pragnęlibyśmy po sobie pozostawić, gdybyśmy mieli jutro zniknąć?
Przez wiele lat Carnegie Mellon kontynuowało „Serię ostatnich wykładów”. Jednak zanim jej organizatorzy zwrócili się do mnie z propozycją wygłoszenia takiej mowy, przemianowali ten obyczaj na „Podróże”, prosząc wybranych profesorów, by ci „podzielili się refleksjami na temat osobistych i zawodowych podróży”. Nie był to szczególnie porywający opis, ale zgodziłem się. Wyznaczono mi termin we wrześniu.
W tym czasie wykryto już u mnie raka trzustki, ale nie traciłem optymizmu. Myślałem sobie, że może znajdę się wśród szczęśliwców, którym udaje się przeżyć.
Kiedy poddawałem się leczeniu, ludzie odpowiedzialni za cykl owych wykładów zasypywali mnie e-mailami: „O czym zamierzasz mówić?” — pytali. — „Prosimy o dostarczenie streszczenia”. W świecie akademickim obowiązuje pewna formalność, której nie można zignorować, nawet jeśli człowiek ma akurat na głowie coś innego, jak chociażby to, by nie umrzeć. W połowie sierpnia powiadomiono mnie, że trzeba wydrukować plakat zapowiadający wykład i że muszę się zdecydować, na jaki temat zamierzam mówić.
Jednakże w tym samym tygodniu otrzymałem wiadomość: ostatnia terapia zawiodła. Pozostało mi kilka miesięcy życia.
Wiedziałem, że mogę odwołać wykład. Wszyscy by zrozumieli. Nagle okazało się, że mam do zrobienia tyle innych rzeczy. Musiałem poradzić sobie z własną rozpaczą i smutkiem tych, którzy mnie kochają. Musiałem czym prędzej zająć się porządkowaniem spraw rodzinnych. Mimo to, wbrew wszystkiemu, nie
Logan, Chloe, Jai, ja i Dylan.
mogłem się uwolnić od myśli o wygłoszeniu tej mowy. Dodawała mi sił świadomość, że wygłoszę ostatni wykład, który będzie naprawdę ostatnim. Co mógłbym powiedzieć? Jak zostałoby to przyjęte? Czy w ogóle dam radę przez to przejść?
„Pozwoliliby mi się z tego wycofać” — oświadczyłem Jai, swojej żonie. — „Ale naprawdę chcę to zrobić”.
Jai stała zawsze po mojej stronie. Jeśli traktowałem coś z entuzjazmem, ona traktowała to tak samo. Ale cały ten pomysł ostatniego wykładu budził jej nieufność. Przeprowadziliśmy się właśnie z Pittsburgha do południowo-wschodniej Wirginii, tak aby po mojej śmierci Jai wraz z dziećmi mogła być bliżej swojej rodziny. Uważała, że powinienem spędzać cenny czas z naszymi dziećmi albo zajmować się nowym domem, zamiast poświęcać godziny na pisanie wykładu, a potem na podróż do Pittsburgha, by go wygłosić.
„Możesz zarzucić mi egoizm” — powiedziała. — „Ale chcę cię całego dla siebie. Czas, jaki spędzisz nad tym wykładem, będzie stracony, ponieważ spędzisz go z dala ode mnie i dzieci”.
Pojmowałem jej punkt widzenia. Gdy zachorowałem, przyrzekłem sobie ustępować Jai i spełniać jej życzenia. Traktowałem to jak misję — zrobić wszystko, by uczynić znośnym ciężar, jakim stała się w jej życiu moja choroba. Dlatego każdą wolną chwilę poświęcałem na urządzanie swojej rodzinie przyszłości beze mnie. Mimo wszystko jednak nie potrafiłem się uwolnić od chęci wygłoszenia ostatniego wykładu.
W trakcie swojej kariery akademickiej wygłaszałem całkiem niezłe mowy. Ale jeśli ktoś jest uważany za najlepszego mówcę na wydziale informatyki, to tak, jakby powiedzieć o nim: na bezrybiu i rak ryba. I właśnie wtedy poczułem, że stać mnie na więcej, że jeśli dam z siebie wszystko, to będę mógł zaoferować ludziom coś wyjątkowego. „Mądrość” to mocne słowo, ale może odpowiednie w tym wypadku.
Jai wciąż nie była zachwycona pomysłem wykładu. W końcu przedstawiliśmy ten problem Michele Reiss, psychoterapeutce, z którą zaczęliśmy się spotykać kilka miesięcy wcześniej. Specjalizuje się w udzielaniu pomocy rodzinom, w których ktoś cierpi na nieuleczalną chorobę.
„Znam Randy’ego” — oznajmiła Jai podczas wizyty u dr Reiss. — „Jest pracoholikiem. Wiem, jak się będzie zachowywał, kiedy zacznie pracować nad wykładem. To go pochłonie bez reszty”.
Przekonywała, że wykład oderwie nas od wielu ważnych spraw, z którymi musieliśmy się obecnie borykać.
Nie tylko to martwiło Jai; gdybym miał wygłosić mowę w wyznaczonym terminie, musiałbym polecieć do Pittsburgha dzień wcześniej, akurat wtedy, gdy przypadały jej czterdzieste pierwsze urodziny.
„To moje ostatnie urodziny, które będziemy obchodzić razem” — powiedziała mi. — „Chcesz mnie pozostawić w takim dniu?”.
Oczywiście, myśl o tym była dla mnie niezwykle bolesna. Mimo to nie mogłem wyrzec się idei wykładu. Zacząłem dostrzegać w nim ostatni moment swojej kariery zawodowej, szansę pożegnania „rodziny akademickiej”. Zacząłem się również oddawać fantazjom, w których mój wykład był czymś w rodzaju oratorskiego meczu, gdzie starzejący się baseballista po raz ostatni posyła piłkę na niebotyczną wysokość. Zawsze lubiłem finałową scenę z filmu „Urodzony sportowiec”, w której zalany krwią zawodnik Roy Hobbs w sposób graniczący z cudem zdobywa się na uderzenie, które pozwala zawodnikowi obiec wszystkie bazy.
Dr Reiss wysłuchała naszych argumentów, moich i Jai. Jak wyznała, w mojej żonie dostrzegła silną, kochającą kobietę, która pragnęła przez kolejne dziesiątki lat wieść życie z mężem i wychowywać dzieci do pełnoletności. Teraz nasze życie musiało się zmieścić w kilku miesiącach. We mnie dr Reiss dostrzegła mężczyznę, który nie jest jeszcze gotowy ograniczyć się całkowicie do życia domowego i z pewnością nie ma zamiaru kłaść się na łożu śmierci.
„Ten wykład będzie ostatnią okazją, by ludzie, których znam, zobaczyli mnie na żywo” — wyjaśniłem jej bez ogródek. — „To szansa, bym mógł naprawdę przemyśleć wszystko, co ma dla mnie największe znaczenie, skupić się na tym, jak ludzie mnie zapamiętają, i zrobić przed odejściem to, co uważam za słuszne”.
Już wcześniej, nie jeden raz, dr Reiss obserwowała mnie i Jai, jak siedzieliśmy na kanapie w jej gabinecie, trzymając się mocno za ręce, obydwoje zalani łzami. Powiedziała, że dostrzega w nas wzajemny szacunek, i była często wzruszona naszym pragnieniem, by czas, jaki nam jeszcze pozostał, spędzić razem jak najlepiej. Zastrzegła jednak, że nie może decydować, czy mam wygłosić wykład, czy też nie. To nie była jej rola.
„Musicie się z tym uporać sami” — powiedziała i zachęciła nas, byśmy wysłuchali się nawzajem i postanowili coś, co będzie z korzyścią dla nas obojga.
Biorąc pod uwagę powściągliwość Jai, wiedziałem, że muszę szczerze rozważyć swoje motywacje. Dlaczego ten wykład był dla mnie taki ważny? Czy chciałem w ten sposób przypomnieć samemu sobie i wszystkim innym, że wciąż żyję? Udowodnić, że mam w sobie dość hartu ducha, by występować publicznie? Czy była to chęć popisania się po raz ostatni, typowa dla człowieka, który uwielbia blask reflektorów? Odpowiedź w każdym przypadku brzmiała: tak.
„Ranny lew chce się przekonać, czy potrafi jeszcze ryczeć” — powiedziałem Jai. — „Tu chodzi o godność i szacunek do samego siebie, a to nie jest to samo co próżność”.
Ważne było coś jeszcze. Zacząłem postrzegać wykład jako wehikuł, dzięki któremu dotrę do przyszłości zamkniętej dla mnie na zawsze.
Przypomniałem Jai, ile lat mają nasze dzieci: pięć, dwa i rok.
„Posłuchaj” — zwróciłem się do żony — „Dylan zachowa pewnie kilka wspomnień o mnie. Ale ile tak naprawdę zdoła zapamiętać? Ile oboje pamiętamy z czasów, kiedy byliśmy w jego wieku? Czy Dylan będzie pamiętał, jak się z nim bawiłem albo z czego się razem śmialiśmy? W najlepszym razie będzie to wszystko zamglone. A Logan i Chloe? Możliwe, że w ogóle nie będą mieli wspomnień. Nic. Zwłaszcza Chloe. I powiem ci więcej: kiedy dzieci będą starsze, czeka je ten bolesny okres, kiedy człowiek za wszelką cenę pragnie wiedzieć, kim był jego ojciec. Jaki był? Być może dzięki mojemu wykładowi znajdą odpowiedzi na te pytania”.
Powiedziałem Jai, że zrobię wszystko, by uczelnia nagrała moje wystąpienie.
„Kupię ci DVD. Kiedy dzieci będą starsze, pokażesz im to nagranie. Pomoże im zrozumieć, kim byłem i co myślałem”.
Jai wysłuchała mnie, a potem zadała nieuniknione pytanie: „Jeśli chcesz im coś powiedzieć albo przekazać jakąś radę, to dlaczego nie włączysz po prostu kamery na statywie i nie nagrasz tego tutaj, w salonie?”.
Może zapędziła mnie w kozi róg? A może nie. Tak jak naturalnym środowiskiem lwa jest dżungla, tak moim wciąż była sala wykładowa i audytorium studentów.
„Nauczyłem się jednego” — odparłem. — „Kiedy rodzice mówią coś dzieciom, to nie zawadzi, żeby miało to oparcie w faktach. Jeśli uda mi się zmusić słuchaczy, żeby się śmiali i klaskali w odpowiednim momencie, to być może to, co mówię dzieciom, zyska na znaczeniu”.
Jai uśmiechnęła się do mnie, swojego umierającego showmana, i ostatecznie ustąpiła. Wiedziała, że będę starał się za wszelką cenę pozostawić dzieciom jakieś dziedzictwo. Okej. Być może wykład stanowił szansę, by tego dokonać.
Tak więc, uzyskawszy zgodę Jai, stwierdziłem, że czeka mnie poważne wyzwanie. Jak miałem zamienić ten akademicki wykład w coś, co mogłoby przemówić do moich dzieci za lat dziesięć czy w jeszcze odleglejszej przyszłości?
Wiedziałem na pewno, że nie chcę koncentrować się na swoim nowotworze. Moja medyczna odyseja wyglądała tak, a nie inaczej, a ja miałem ją już praktycznie za sobą. Nie interesowało mnie wygłoszenie mowy na temat własnej walki z chorobą czy refleksji, do jakich mnie skłoniła. Wielu ludzi mogłoby się spodziewać, że wygłoszę mowę o umieraniu. Ale ja wiedziałem, że musi dotyczyć życia.
***
Co sprawia, że jestem wyjątkowy?
To było pytanie, które czułem się zobowiązany rozważyć. Może w tym wypadku odpowiedź pomogłaby mi ustalić, co mam powiedzieć. Siedziałem z Jai w poczekalni szpitala, oczekując na kolejne wyniki badań patologicznych, i dzieliłem się z nią myślami.
„Rak nie czyni mnie wyjątkowym” — oznajmiłem. Co do tego nie było żadnych wątpliwości. Każdego roku u ponad 37000 Amerykanów stwierdza się raka trzustki.
Zastanawiałem się intensywnie, jak mam się określić: jako nauczyciel, informatyk, mąż, ojciec, syn, przyjaciel, brat, opiekun studentów? Wszystkie te role doceniałem. Ale czy którakolwiek z nich wyróżniała mnie z tłumu?
Choć zawsze odznaczałem się zdrowym poczuciem własnego ja, wiedziałem, że wykład wymaga czegoś więcej niż brawury. Zadałem sobie pytanie: co ja, osobiście, mam naprawdę do zaoferowania?
I właśnie wtedy, w poczekalni, zrozumiałem nagle, co to takiego. Pojawiło się w przebłysku myśli, niczym objawienie: bez względu na wszelkie osiągnięcia, to co kochałem miało swoje korzenie w dziecięcych marzeniach i pragnieniach... i w pewnym sensie udało mi się zrealizować większość nich. Moja wyjątkowość, jak sobie uświadomiłem, polega na realizacji owych marzeń — od niewiarygodnie konkretnych do zdecydowanie dziwacznych — które określiły na zawsze czterdzieści sześć lat mojego życia. I spełniłem swoje marzenia w znacznym stopniu dzięki temu, czego po drodze nauczyłem się od niezwykłych ludzi. Zrozumiałem, że jeśli opowiem swoją historię z pasją, jaką odczuwałem, to być może pomogę innym znaleźć drogę, która pozwoli im zrealizować własne marzenia.
Miałem ze sobą laptopa i podbudowany tym niespodziewanym objawieniem wysłałem czym prędzej e-maila do organizatorów wykładu. Poinformowałem ich, że wiem nareszcie, jaki będzie miał tytuł. „Przepraszam za zwłokę” — napisałem. — „Wygłoszę wykład »Prawdziwe spełnienie dziecięcych marzeń«...
Jak, mówiąc ścisłe, skatalogować własne dziecięce marzenia? Jak skłonić ludzi, by ponownie się w nich odrodziły? Jako naukowiec rzadko borykałem się z takimi zagadnieniami.
Przez cztery dni siedziałem przy komputerze w naszym nowym domu w Wirginii, skanując slajdy i zdjęcia potrzebne do prezentacji. Zawsze myślałem obrazami, wiedziałem więc, że podczas wykładu nie ma mowy o tekście — o jakimkolwiek skrypcie. Zgromadziłem jednak około 300 wizerunków swojej rodziny, studentów i kolegów z uczelni, a także innych ilustracji, które mogły dopomóc w określeniu dziecięcych marzeń. Niektóre slajdy uzupełniałem krótkim komentarzem słownym — radą czy powiedzonkiem. Miały mi przypominać, gdy będę stał na podium sali wykładowej, co zamierzałem powiedzieć.
Pracując nad wykładem, wstawałem od biurka mniej więcej co półtorej godziny, żeby spędzić trochę czasu z dziećmi. Jai widziała, jak staram się angażować w życie rodzinne, ale wciąż uważała, że poświęcam zbyt dużo czasu swojej przyszłej mowie, zwłaszcza że tak niedawno wprowadziliśmy się do nowego domu. Chciała, oczywiście, żebym zajął się pudłami, które piętrzyły się dosłownie w każdym miejscu.
Początkowo Jai nie zamierzała uczestniczyć w wykładzie. Uważała, że musi pozostać z dziećmi w Wirginii i dopilnować niezliczonych spraw, które należało załatwić po naszej przeprowadzce. Ja zaś powtarzałem bezustannie: „Chcę, żebyś tam była”. Prawda wyglądała tak, że rozpaczliwie potrzebowałem jej obecności. Ostatecznie zgodziła się przylecieć do Pittsburgha rankiem w dniu wykładu.
Ja jednak musiałem zjawić się tam dzień wcześniej, tak więc, o wpół do drugiej po południu 17 września, pocałowałem ją i dzieci na pożegnanie i pojechałem na lotnisko. Uczciliśmy poprzedniego dnia urodziny Jai małym przyjęciem w domu jej brata. Mimo wszystko mój wyjazd uświadomił jej boleśnie, że spędzi te urodziny beze mnie — a także wszystkie następne.
Wylądowałem w Pittsburghu, a tam na lotnisku oczekiwał mnie Steve Seabolt, który przyleciał z San Francisco. Poznaliśmy się wiele lat wcześniej, kiedy spędzałem urlop naukowy w Electronic Arts, firmie produkującej gry komputerowe, gdzie Steve jest jednym z kierowników. Staliśmy się sobie bliscy jak bracia.
Uściskaliśmy się serdecznie, wynajęliśmy samochód i odjechaliśmy, popisując się wisielczym humorem. Steve powiedział, że był właśnie u dentysty, a ja przechwalałem się, że nie muszę już chodzić do stomatologa.
Zatrzymaliśmy się pod lokalną restauracją, żeby coś zjeść; położyłem na stole laptopa i szybko przejrzałem slajdy, zredukowane teraz do liczby 180.
„Wciąż za dużo” — powiedział mi Steve. — „Wszyscy umrą z nudów, nim dobrniesz do końca prezentacji”.
Kelnerka, ciężarna kobieta po trzydziestce o jasnych włosach nieokreślonego koloru, podeszła do naszego stolika w chwili, gdy na ekranie ukazały się zdjęcia moich dzieci.
„Urocze dzieciaki” — zauważyła i spytała o ich imiona.
Powiedziałem jej:
„To jest Dylan, to Logan, a to Chloe...”.
Kelnerka wyznała, że jej córka ma na imię Chloe, i oboje uśmiechnęliśmy się na ten zbieg okoliczności.
Steve i ja dalej przeglądaliśmy zawartość komputera; przyjaciel pomagał mi dokonać właściwej selekcji materiału.
Kiedy kobieta przyniosła nam jedzenie, pogratulowałem jej, że spodziewa się dziecka.
„Pewnie jest pani wniebowzięta” — oznajmiłem.
„Niezupełnie” — odparła. — „To była wpadka”.
Kiedy odeszła od naszego stolika, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, jakie zrobiła na mnie jej szczerość. Ta wypowiedziana mimochodem uwaga uświadomiła mi, ile przypadkowych elementów decyduje o naszym przyjściu na świat... i o naszym odejściu. Oto miałem przed sobą kobietę, spodziewającą się za sprawą przypadku dziecka, które z pewnością pokocha. Jeśli chodzi o mnie, za sprawą przypadku, jakim był rak, miałem opuścić trójkę dzieci, które będą dorastać bez mojej miłości.
Godzinę później, kiedy siedziałem sam w pokoju hotelowym, wciąż myślałem o swoich dzieciach, kontynuując pracę nad wykładem — przycinałem i porządkowałem zdjęcia, które chciałem wykorzystać podczas swojego wystąpienia. Internet bezprzewodowy nie działał najlepiej, co było denerwujące, ponieważ wciąż buszowałem po sieci, szukając odpowiednich ilustracji. Co gorsza, zacząłem odczuwać skutki chemioterapii, którą przeszedłem kilka dni wcześniej. Miałem skurcze, mdłości i biegunkę.
Pracowałem do północy, zasnąłem, a potem obudziłem się o 5.00 rano, ogarnięty nagłą paniką. Zacząłem żywić poważne wątpliwości, czy mój wykład w ogóle się uda. Pomyślałem sobie: tak to właśnie jest, kiedy próbuje się opowiedzieć całe życie w ciągu jednej godziny!
Bezustannie poprawiałem, zastanawiałem się, porządkowałem materiał. Około jedenastej poczułem, że cos mi zaczyna z tego wychodzić, że pojawia się jakiś narracyjny ład. Wziąłem prysznic, ubrałem się. W południe przyjechała z lotniska Jai i we trójkę ze Steve’em zjedliśmy lunch, prowadząc poważną rozmowę; Steve przyrzekł, że będzie się opiekował Jai i dziećmi.
O 13.30 nadano moje imię laboratorium komputerowemu, gdzie spędziłem większość swojego życia; patrzyłem, jak odsłaniają nad drzwiami tablicę z moim nazwiskiem. O 14.15 byłem w swoim gabinecie i znów czułem się fatalnie — wyczerpany i dręczony mdłościami po chemioterapii. Zastanawiałem się, czy będę musiał wyjść na scenę w pampersie dla dorosłych, który na wszelki wypadek wziąłem ze sobą.
Steve powiedział mi, żebym położył się na chwilę na kanapie; posłuchałem go, ale cały czas trzymałem na brzuchu laptopa, by móc dalej pracować. Odrzuciłem kolejne sześćdziesiąt slajdów.
O 15.30 zjawili się pierwsi słuchacze. O 16.00 zwlokłem się z kanapy i zacząłem zbierać swoje rekwizyty, by wyruszyć w wędrówkę przez kampus do sali wykładowej. Za niespełna godzinę miałem stanąć na podium.
Jai już była w sali — niespodziewanie zapełnionej do ostatniego z czterystu miejsc — i gdy wszedłem na podium, żeby stanąć za pulpitem i się przygotować, zauważyła, jak bardzo jestem zdenerwowany. Kiedy układałem rekwizyty, dostrzegła też, że nikomu nie patrzę w oczy. Pomyślała, że nie jestem w stanie spojrzeć na tłum; wiedziała, że obawiam się obecności któregoś z przyjaciół czy znajomych studentów i że gdybym zobaczył kogoś takiego, mógłbym ulec nadmiernemu wzruszeniu.
Kiedy się przygotowywałem, po sali przebiegał szmer. Ci, którzy zjawili się po to, by sprawdzić, jak wygląda człowiek umierający na raka trzustki, zadawali sobie z pewnością pytania: czy to jego prawdziwe włosy? (Tak, zachowałem je w trakcie chemioterapii). Czy zdołają się zorientować — kiedy będę przemawiał — jak bliski jestem śmierci? (Moja odpowiedź: no to patrzcie!).
Od rozpoczęcia wystąpienia dzieliło mnie zaledwie kilka minut, a ja wciąż coś przekładałem na podium; usuwałem niektóre slajdy, inne porządkowałem. Jeszcze nie skończyłem, gdy dostałem sygnał.
„Jesteśmy gotowi, czas zaczynać” — powiedział ktoś do mnie.
***
Nie miałem na sobie garnituru. Nie miałem krawata. Nie zamierzałem występować w profesjonalnej sztruksowej marynarce ze skórzanymi łatami na łokciach. Postanowiłem wygłosić wykład, ubrany w najbardziej zbliżony do marzeń dziecięcych strój, jaki tylko mogłem znaleźć w swojej garderobie.
Oczywiście, na pierwszy rzut oka wyglądałem jak facet, który podjeżdża pod okienko dla zmotoryzowanych w jakimś fast foodzie. W rzeczywistości jednak symbol widniejący na mojej koszulce polo z krótkim rękawem był oznaką szacunku, ponieważ taki właśnie noszą fachowcy zatrudnieni przez Walt Disney Imagineers — artyści, pisarze i inżynierowie, którzy tworzą fantazje, wcielane potem w życie w wesołych miasteczkach. W roku 1955 spędziłem półroczny urlop naukowy jako właśnie ktoś taki. Był to najwspanialszy okres mojego życia, spełnienie dziecięcego marzenia. Dlatego też przypiąłem sobie owalny znaczek z imieniem „Randy”, który dostałem, gdy pracowałem dla Disneya. Chciałem w ten sposób uczcić nie tylko tamto doświadczenie życiowe, ale także samego Walta Disneya, który wypowiedział słynne słowa: „Jeśli potrafisz o tym marzyć, to potrafisz także tego dokonać”.
Podziękowałem słuchaczom za przybycie, opowiedziałem kilka dowcipów i wreszcie oznajmiłem:
„Jeśli ktoś zjawił się tu prosto z ulicy i nie jest zorientowany w sytuacji, powtórzę to, czego zawsze uczył mnie ojciec — kiedy w pokoju znajduje się słoń, to go przedstaw. Gdybyście spojrzeli na wynik mojego badania tomograficznego, to przekonalibyście się, że mam na wątrobie mniej więcej dziesięć guzów; lekarze powiedzieli, że pozostało mi od trzech do sześciu miesięcy względnie normalnego życia. Od tego czasu upłynął miesiąc, więc każdy może sobie policzyć”.
Rzuciłem na ekran gigantyczne powiększenie zdjęcia z tomografu. Ten slajd był zatytułowany „Słoń w pokoju”, a ja umieściłem na nim czerwone strzałki, które wskazywały z osobna każdy guz.
Nie śpieszyłem się z tym slajdem, tak by audytorium mogło zobaczyć dokładnie te strzałki i policzyć moje guzy.
„W porządku” — powiedziałem. — „Jest, jak jest. Nie da się tego zmienić. Można się tylko zastanowić, jak na to zareagować. Nie zmienia się w trakcie rozgrywki kart, które się dostało do ręki”.
W tym momencie czułem się absolutnie zdrowy i na siłach, byłem dawnym Randym, ożywionym bez wątpienia adrenaliną i dreszczem emocji, jaki wywoływał widok pełnej sali. Wiedziałem też, że wyglądam całkiem nieźle i że niektórzy z obecnych z trudem akceptują fakt mojej bliskiej śmierci. Dlatego poruszyłem ten temat:
„Jeśli nie wydaję się wam tak przygnębiony czy przybity jak powinienem, to przykro mi, że was rozczarowałem”. Rozległ się śmiech, a ja wyjaśniłem: „Nie myślcie, że nie przyjmuję do wiadomości swojego stanu. Zapewniam, jestem świadomy tego, co się dzieje”.
Potem mówiłem dalej:
„Ja i moja rodzina — trójka dzieci i żona — właśnie się przeprowadziliśmy. Kupiliśmy uroczy dom w Wirginii — dlatego że za kilka lat będzie to odpowiednie miejsce dla moich bliskich”. Pokazałem zdjęcie naszego nowego domu na przedmieściach. Nad zdjęciem widniał napis: „Jestem świadomy”.
Moja argumentacja: Jai i ja zdecydowaliśmy się odejść stamtąd, gdzie były nasze korzenie; poprosiłem ją, żeby opuściła dom, który kochała, i przyjaciół, na których jej zależało. Dzieci musiały porzucić swoich towarzyszy zabaw. Upchnęliśmy nasze życie do walizek i rzuciliśmy się w tornado, które sami rozpętaliśmy, podczas gdy równie dobrze można było pozostać w Pittsburghu, jak w kokonie, by tam czekać na moją śmierć. Podjęliśmy tę decyzję, ponieważ zdawaliśmy sobie sprawę, że gdy mnie zabraknie, Jai z dziećmi powinna żyć w miejscu, gdzie będzie mogła liczyć na opiekę i miłość ze strony swojej rodziny.
Chciałem także, by słuchacze wiedzieli, że wyglądam dobrze i że czuję się okej; moje ciało zaczęło się już otrząsać ze skutków wycieńczającej chemioterapii i naświetlań, jakie zaaplikowali mi lekarze. Przechodziłem teraz znacznie łagodniejszą chemioterapię paliatywną.
„Odznaczam się w tej chwili fenomenalnym stanem zdrowia” — oświadczyłem. — „Choć trudno będzie wam w to uwierzyć, jestem w znakomitej formie. Prawdę powiedziawszy, w lepszej niż większość was”.
Przesunąłem się bokiem na środek sceny. Jeszcze kilka godzin wcześniej nie byłem nawet pewien, czy znajdę w sobie siłę, by zrobić to, co zamierzam, ale teraz czułem się ośmielony i pełen wewnętrznej mocy. Osunąłem się na podłogę i zacząłem robić pompki.
Kiedy rozległ się śmiech i pełen zdumienia aplauz, miałem wrażenie, że słyszę zbiorowe westchnienie ulgi. To nie był jakiś umierający człowiek. To byłem ja. Mogłem zaczynać.
Moje dziecięce marzenia:
Znaleźć się w miejscu, gdzie nie działa grawitacja
Grać w NFL
Napisać hasło do World Book Encyclopedia
Zostać kapitanem Kirkiem
Wygrywać pluszowe zwierzęta
Pracować dla Disneya
Slajd z mojego wykładu.
Wygrałem na loterii rodzicielskiej.
Urodziłem się ze zwycięskim kuponem w ręku, co stanowi główny powód, dzięki któremu mogłem spełnić swoje dziecięce marzenia.