Pani Anka Nehrebecka w rozmowie z Katarzyną Ostrowską - Katarzyna Ostrowska,Anna Nehrebecka - ebook
NOWOŚĆ

Pani Anka Nehrebecka w rozmowie z Katarzyną Ostrowską ebook

Katarzyna Ostrowska, Anna Nehrebecka

5,0

42 osoby interesują się tą książką

Opis

Niezwykła artystka i porywające sceny jej życia 

 

Ukochana przez widzów Marynia z Rodziny Połanieckich, Anka z Ziemi obiecanej i Barbara z serialu Złotopolscy. Wybitna aktorka teatralna i odtwórczyni głównych ról w ekranizacjach najważniejszych dzieł polskiej literatury. Chyba jedyna polska uczestniczka gali oscarowej, która w Los Angeles jeździła windą z Liz Taylor. Działaczka podziemia antykomunistycznego, ambasadorowa i radna Warszawy. Ikona kobiecości, stylu i klasy. Spełniona żona i mama, której wśród wszystkich życiowych ról do pełni szczęścia zabrakło tylko jednej…
Anna Nehrebecka w szczerej i wzruszającej rozmowie z Katarzyną Ostrowską dzieli się wspomnieniami z życia prywatnego, również tymi niełatwymi, a także opowieściami i anegdotami z ponad pięćdziesięciu lat na scenie i przed kamerą. Obie rozmówczynie zapraszają czytelników w nostalgiczną i pełną humoru podróż do świata teatru, kina i telewizji. Do świata wielkiej i małej polityki, a także do… szlacheckiego dworku, kamienicy na warszawskim Powiślu i ogrodu, w którym Pani Anka jeździ na… kosiarce.

 

Och tak, dziękujmy światu za Anię Nehrebecką! Lektura tej książki to spotkanie z wybitną artystką i niezwykłą, inspirującą kobietą. Dla mnie jako aktorki to lekcja dystansu, ale też szacunku do tego dziwnego i pięknego zawodu. Dla mnie jako kobiety – opowieść o niezależności, sile i o tym, jak spełniać marzenia, a przy tym pozostać przyzwoitym człowiekiem. Jedyne w swoim rodzaju spotkanie z Anką.

Maria Dębska

 

Po przeczytaniu tej książki mam wrażenie, że z panią Anną znamy się świetnie od lat, a przecież nigdy nie spotkaliśmy się ani na scenie, ani na żadnym planie filmowym. To niesamowite uczucie. Ten wywiad czyta się z zapartym tchem, początkowo jak sensacyjną powieść dotyczącą rodzinnych historii. Następnie historie z życia zaczynają przeplatać się z niezapomnianymi rolami i zaskakującymi wydarzeniami z planów filmowych i sceny.

Ta książka wciąga, nie można się od niej oderwać. Czytając ją, człowiek cały czas ma nieodparte wrażenie, że siedzi tuż obok i rozmawia z dobrą znajomą. Opowieści pani Anny w wielu miejscach przerywane są zabawnymi puentami i inteligentnym dowcipem Katarzyny Ostrowskiej. A wszystko to łączy piękna blondynka o piwnych oczach.

Cezary Domagała

 

Katarzyna Ostrowska - urodzona w Krakowie, choć „wiecznie nierozpakowana” miłośniczka podróży, zakonów rycerskich i zaginionych cywilizacji. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego (teatrologia). W 2021 roku ukazała się jej rozmowa z Dorotą Kolak Skąd ja Panią znam?. Swoją pasję do rozmów z niebanalnymi ludźmi rozwijała w autorskim cyklu spotkań „Heroina Polskiego Kina”, choć najbardziej fascynują ją historie z pogranicza świata widzialnego i niewidzialnego (jest autorką powieści fantasy Naszyjnik z turmalinem)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 201

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
wojtek2022

Nie oderwiesz się od lektury

Ciekawa książka, ciekwy człowiek, ciekawe czasy
11



Copyright © 2025 by IWR WE sp. z o.o.

Redaktor prowadzący: Magdalena Kędzierska-Zaporowska

Korekta: Katarzyna Machowska

Redakcja techniczna: Paweł Kremer

Projekt okładki: Magdalena Byczewska

Zdjęcie na okładce: Maciej Kłoś / PAP

Wydanie I | Kraków 2025

ISBN EBOOK: 978-83-8404-028-7

Emocje Plus Minus, ul. Meissnera 20, 31-457 Kraków

Dział sprzedaży: [email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk

Michał Sadowski / archiwum rodzinne

Musimy wyjaśnić P.T. Czytelnikom, że od kiedy się znamy, a kroniki mówią, że to już prawie dwadzieścia lat, przyjęła się między nami (od czasu do czasu, rzecz jasna), zainspirowana przez Annę Nehrebecką, a jakże, forma grzecznościowa: Pani Anko, Pani Kasiu. Hołdując tradycji oraz dobremu humorowi, czasem tę formę zastosujemy. Nie dlatego, żeby zmylić, tylko, „aby było tradycji i prawdzie zadość”.

Mała Ania w 1952 roku

archiwum rodzinne

I tak szłam w rytmie wampa

Katarzyna Ostrowska: Pani Anko, jest takie pytanie, skądinąd banalne i bardzo irytujące niektóre koleżanki i kolegów, ale za to nurtujące widzów: „Dlaczego została pani aktorką?”. Zapytam więc i ja, skąd pomysł, żeby dziewczynka z dobrego, inteligenckiego domu, ułożona, miła, wydawałoby się dobrze wychowana…

Anna Nehrebecka: Zaraz, zaraz… Czy to znaczy, że grzeczne dziewczynki z dobrego, inteligenckiego domu nie mają prawa iść do szkoły teatralnej?

W tym czasie, kiedy pani szła, czyli mniej więcej około roku 1965, decyzja taka miała pewien rodzaj obciążenia… O aktorkach zaczynało się już mówić lepiej, ale jeszcze nie aż tak dobrze jak dziś. Historia przypominała, co prawda, Modrzejewską i, znacznie później Smosarską, jako gwiazdy budzące podziw i zazdrość, ale opinia publiczna nadal nie traktowała artystek łaskawie. Ponowię zatem pytanie: „Skąd pomysł?”.

Dojrzewał. Dość długo. Nie byłam dzieckiem, które recytowało wierszyki na rodzinnych uroczystościach.

Nie urodziła się pani aktorką?

Ano jakoś nie. Nie dostrzegano we mnie artystycznego potencjału cudownego dziecka i nie proszono, abym zabawiała gości na przyjęciu u cioci lub babci, tym bardziej że babcię ze strony mamy widziałam dwa razy w życiu. Pierwszy raz zobaczyłam ją, gdy miałam dziewięć lat. Dziadka nie znałam. Dziadków ze strony ojca nie miałam okazji spotkać, bo babcia umarła, gdy mój tato był sześciolatkiem, a jej mąż czternaście lat później. Natomiast niewątpliwie w domu dużo rozmawiało się o teatrze i o sztuce w ogóle.

Moja mama Maria Kiersnowska przez dwa lata była adeptką w Reducie Osterwy. Niestety wybuchła wojna i, jak można się spodziewać, życie potoczyło się zupełnie inaczej, niż planowała. Mama przed wojną skończyła szkołę grafiki użytkowej, a artystyczne geny odziedziczyła zapewne po swoim ojcu, człowieku niezwykłej fantazji, który zdecydowanie zasługiwał na miano wolnego ducha. Pochodził z Kresów, ale porzucił rodzinny majątek, którym nie bardzo się przejmował, na rzecz… kontraktu w La Scali. Jako śpiewak. Spędził we Włoszech kilkanaście lat. Zmarł, kiedy mama była dwunastolatką, więc ja, niestety, nie miałam szansy go poznać. Zresztą we Włoszech był ze swoją pierwszą żoną. Ta historia rodzinna jest w ogóle szalenie ciekawa, choć nieco naokoło nawiązuje do twojego pytania. Tylko czy to jest interesujące?

Oczywiście, że tak. Już samo to, że ktoś w tamtych czasach miał pierwszą żonę, jest interesujące.

Zatem dziadek przez dwanaście lat śpiewał w La Scali, ale w końcu zdecydował, że wróci do rodzinnego majątku Aleksandrowo na nowogródczyźnie, nad brzegami Świtezi. Tyle że nie bardzo już było do czego wracać. Stare przysłowie, że pańskie oko konia tuczy, znalazło i w tej historii swoje zastosowanie. Majątek podczas jego nieobecności się „rozszedł”, a ocalałe resztki odkupił od niego pan Kotłubaj, właściciel sąsiedniego dworu.

Czyli rację mają ci, którzy nazywają cię „panienką z dworku”.

Mimo że określenie bardziej dotyczy moich ról, to w pewnym sensie można tak powiedzieć też o moim prywatnym życiu. Pozostając w kręgu artystycznych przesłanek mojego wyboru szkoły, wspomnę o innych członkach rodziny Kiersnowskich. Opowieści o nich przetrwały we wspomnieniach mojej mamy. Jej brat Ryszard Kiersnowski był poetą, dziennikarzem, korespondentem w armii generała Maczka. Po zakończeniu wojny został w Anglii, pracował w BBC, wydawał tomiki poezji, napisał parę sztuk teatralnych. Ze swoją siostrą, a moją mamą (bo miał jeszcze jedną siostrę – Teresę) zobaczyli się dopiero dziewiętnaście lat po wyjeździe z Wilna, w 1956 roku, w Londynie. Ja zobaczyłam go wtedy po raz pierwszy. Zrobił na mnie niezwykłe wrażenie. Niestety, z powodu swojego pochodzenia i faktu, że był w armii generała Maczka, nie miał możliwości powrotu do Polski. Kiedy zmarł w 1975 roku, cenzura PRL zabroniła mi nawet wydrukować w prasie nekrolog.

Tak więc, jak mówił Juliusz Osterwa, fluidy artystyczne krążyły w tej rodzinie od dawna. I takim fluidem zapewne zostałam pokryta i ja, ponieważ w pewnym momencie zakomunikowałam rodzicom, że chcę zdawać do szkoły teatralnej.

Zapanowała głucha cisza?

Otóż właśnie nie. Rodzice chcieli się tylko upewnić, czy zdaję sobie sprawę, jak to jest trudny zawód i z jaką wiąże się odpowiedzialnością. Powiedziałam, że jestem tego świadoma. Że nie idę do szkoły teatralnej, żeby być znaną osobą. Interesowało mnie od zawsze to, co dzieje się z postacią, którą się gra, i co może przekazać aktor za pomocą swoich środków. Upraszczając – interesowała mnie scena, a nie bycie znaną.

Tyle że nie udało ci się być nieznaną. Już kilka lat później znała cię cała Polska. Ten twój plan nie wyszedł.

Przepraszam…

Zdawałaś do warszawskiej szkoły teatralnej, kończyłaś liceum w Warszawie…

Tak.

…ale urodziłaś się w Bytomiu…

To kolejna niesamowita historia mojej rodziny. Rodzice przeżyli okupację w Warszawie. Kiedy upadło powstanie, jak większość ocalałej ludności cywilnej przeszli przez obóz w Pruszkowie. Mama była wtedy w dziewiątym miesiącu ciąży. Kiedy wychodzili z obozu, czekały na nich wagony mające wywieźć ludzi w nieznanych im kierunkach. Decyzję o przydziale do pociągów podejmowali esesmani za pomocą komendy links i rechts, w zależności od upodobania. Kiedy przyszła kolej selekcji moich rodziców, a ojciec trzymał mamę za rękę cały czas, Niemiec orzekł: „jedno – links, a drugie – rechts”. Tu muszę wspomnieć, że ojciec mówił bardzo dobrze po niemiecku, ponieważ urodził się w Monachium. Tak więc Niemiec mówi: „Links, rechts”, a ojciec – nic. Stoi, trzyma mamę i się nie rusza. Więc esesman jeszcze raz… Nadal nic. Niemiec zaczął ściągać karabin z pleców. I wtedy ojciec powiedział po niemiecku: „Przecież ty też masz swoją kobietę”. I ten człowiek jakimś cudem się zatrzymał i krzyknął: „Raus!”.

Rodzice nie wiedzieli, do jakiego pociągu ich wepchnęli. Grunt, że razem. Nie mieli pojęcia, dokąd jadą – zorientowali się tylko, że na południe. W tym całym chaosie i stresie mama przypomniała sobie, że ma rodzinę w Częstochowie. Po kilku godzinach pociąg stanął gdzieś w polu. Wtedy ojciec, którego zawsze cechowały nadzwyczajna przytomność umysłu i szybkość działania, wyciągnął mamę z wagonu. Przeczołgali się pod stojącym pociągiem…

Ona w dziewiątym miesiącu ciąży.

A ona w dziewiątym miesiącu ciąży. Udało im się uciec, dotarli do rodziny mamy, do Częstochowy. To tam urodził się mój brat Jacek. Ale to wcale nie jest koniec! Wojna rozrzuciła całą rodzinę po różnych miejscach. Brat mamy Ryszard, który z Wilna musiał uciekać przed NKWD, trafił przez Władywostok, Japonię, Kanadę do Szkocji i został korespondentem w armii generała Maczka. Babcia z córką Teresą i synkiem Rysia Michałkiem w chwili wybuchu powstania były na Saskiej Kępie i zostały odcięte od moich rodziców – bez wiadomości, bez możliwości kontaktu. Pewnego dnia wyszły z ukrycia i zobaczyły, że po drugiej stronie Wisły Warszawy już właściwie nie ma. Miały świadomość, że tam gdzieś została moja mama. Nie wiedziały nawet, czy żyje.

Któregoś dnia, gdy w Częstochowie mama kąpała malutkiego Jacka, nagle stanęła przed nią… Teresa. Okazało się, że udając handlarkę świecami, przedostała się z Warszawy do Częstochowy. Miała nadzieję, że rodzice trafili właśnie tam, do rodziny.

Potem rodzice przenieśli się do Radomia, do innej kuzynki, ale na krótko, ponieważ był to już styczeń 1945 roku i ruszył front sowiecki. I tutaj… mogę jeszcze dygresję?

Ależ oczywiście!

Tutaj na scenę wkracza brat mamy Ryszard Kiersnowski, który w tym czasie przebywał jako korespondent wojenny w Pilznie jeszcze z armią amerykańską. Wiedział, że sytuacja polityczna zmienia się radykalnie, że Polska staje się obszarem wpływów radzieckich i że on, jako żołnierz Maczka, nie ma możliwości powrotu. Chciał w związku z tym wyciągnąć z Polski mamę, syna i dwie siostry. Nie miał pojęcia, co się z nimi dzieje, nie znał nawet nazwiska mojej mamy, bo mógł podejrzewać, że wyszła za mąż. Przecież od kilku lat nie mieli kontaktu. Można było szukać przez Czerwony Krzyż, ale to wszystko trwało, a sytuacja na granicach Europy Wschodniej robiła się coraz bardziej napięta. Koniec końców znalazł jakiegoś człowieka, każącego się nazywać „Pan Mieczysław”, który obiecywał pomoc w poszukiwaniu polskich rodzin. Ryszard dał mu wszystkie namiary i codziennie chodził na dworzec.

W tym miejscu zaczyna się akcja jak z filmu szpiegowskiego. Przyjeżdżają pociągi, ale w żadnym nie ma jego krewnych. Tymczasem dostał wiadomość, że musi wyjeżdżać, bo Amerykanie się zwijają, więc straci ochronę. Nie było wyjścia. Spakował plecak i jeszcze po raz ostatni poszedł na dworzec. Niestety, kolejny pociąg przyjechał bez jego rodziny. Całą tę historię opisał w swojej książce Reportaż spod ciemnej gwiazdy. „W tym momencie pożegnałem się, jeżeli nie na zawsze, to na długie lata, z matką, siostrą i synem”. Nie miał wyboru. Musiał zrezygnować, bo tego dnia odjeżdżały ostatnie trzy jeepy, którymi mógł wyjechać.

Wrócił do hotelu, żeby zabrać swoje rzeczy, i kiedy tylko przekroczył próg, usłyszał od konsjerża:

„– Panie redaktorze, niech pan biegnie!

W moim pokoju stały trzy szkieleciki (…) Michałek, a obok matka i siostra”.

Faktycznie, jak w filmie.

Nie było czasu na radość, na żadne powitania. Dał im tylko czekoladę, którą miał w kieszeni. Wpakował ich na  jeepa, pod plandekę i ruszyli. To był ostatni amerykański samochód, który opuścił strefę.

Kiedy dojechali do granicy, zostali zatrzymani przez żołnierzy. Ryszard miał polskie nazwisko, ale mówił po angielsku i pokazał legitymację poświadczającą, że jest amerykańskim korespondentem. Sytuacja zrobiła się napięta, bo wcale nie chcieli go puścić, ale na szczęście Amerykanie, którzy jechali przed nimi, się cofnęli i potwierdzili, że to jest ich człowiek. Dopiero kilkanaście kilometrów dalej mógł się nareszcie spokojnie przywitać z matką, synem i siostrą.

Teresa i Ryszard najpierw przeszli obóz dla uchodźców w Maczkowie, potem trafili do Radia Wolna Europa, a ostatecznie osiedli w Londynie i podjęli pracę w BBC.

Po tak dramaturgicznie wysoko postawionej poprzeczce aż strach zapytać: „gdzie ten Bytom?”.

Niedaleko Częstochowy, trochę przez Radom... W Częstochowie nie było warunków dla dwojga dorosłych z maleńkim dzieckiem, więc rodzice na krótko przeprowadzili się do przyrodniej siostry mamy, do Radomia. Tymczasem ojciec dostał pracę w Bytomiu. Przeniósł się tam z całą rodziną, bo czekało na nich mieszkanie. Oczywiście poniemieckie. Pamiętam, jak mama mi opowiadała, że dla niej to było straszne przeżycie. Jak się dostawało mieszkanie z przydziału na Ziemiach Odzyskanych, to trzeba było wszystkie rzeczy z niego przekazać do czegoś, co nazwać można skupem. Rodzice jako porządni ludzie oddali wszystkie rzeczy, które były w tym domu…

Zostali z niczym?

Oczywiście. Ale pamiętam, jak opowiadała też, że w tym mieszkaniu zastali miskę z zaczynem na chleb. To było bardzo poruszające.

Początek nowego życia.

Początek nowego życia.

Jak długo mieszkali w Bytomiu?

W 1946 roku urodził się mój drugi brat, a rok i dwa miesiące po Tomku urodziłam się ja. W 1947 roku. Do Warszawy wróciliśmy dopiero w 1951 roku. Zamieszkaliśmy w Boernerowie, obecnie to jest Bemowo. Rodzice znaleźli lokum na parterze willi swoich przyjaciół. Wróciliby do stolicy wcześniej, tylko nie mieli do czego.

Trochę jak w serialu Dom… Kiedy już można było wracać, wracali.

Właśnie tak… Przez pierwsze miesiące 1943 roku, tuż po ślubie, mieszkali przy ulicy Markowskiej. Ten dom stoi do dziś, jest bardzo ładnie odrestaurowany. Całe powstanie spędzili jednak w podziemiach kina Palladium. Mieli dużo szczęścia. Podczas jednego z pierwszych nalotów ojca nie było, a mama akurat wyszła. To ją uratowało.

Z tym mieszkaniem na Markowskiej wiąże się pewna romantyczna historia. Nie za dużo tych historii?

Opowiadaj. Jak nie teraz, to kiedy?

Babcia mieszkała wtedy na Saskiej Kępie, a rodzice musieli opuścić mieszkanie przy Markowskiej i przenieść się na Złotą. Prawdopodobnie było to spowodowane rozlewającymi się po mieście walkami powstańczymi. Oczywiście nikt nie zastanawiał się wówczas, jak zabezpieczać mieszkanie i dobytek. Wychodziło się w tym, co miało się na sobie, zabierając najpotrzebniejsze rzeczy, a czasem i na to nie było czasu. Ludzie porzucali dorobek życia. W mieszkaniu przy Markowskiej zostało prawie wszystko, w tym fortepian. Nieduży. Półkoncertowy. Marki Kerntopf&Syn. Kiedy rodzice wrócili do Warszawy, to oczywiście niczego w mieszkaniu nie było. Nie było też fortepianu. Po długich poszukiwaniach okazało się, że wylądował gdzieś na Pradze w jakiejś świetlicy. W 1956 roku mój ojciec ten fortepian odzyskał.

Naprawdę?

W stanie strasznym, ale na szczęście sama płyta była w porządku. Nie miał jednej nogi, pokrywa była pęknięta, brakowało klapy. Pulpit też został urwany.

Weteran.

Ale miał piękny dźwięk! I ten fortepian stanął w naszym dwupokojowym mieszkaniu na Pradze, w którym mieszkaliśmy w piątkę. Rodzice i nasza trójka. Można sobie wyobrazić, że miejsca nie było dużo, więc przez część życia spałam pod fortepianem.

I teraz właśnie mamy pointę, dlaczego wylądowałaś w szkole teatralnej…

Wyobraź sobie, jak pomieścić pięć osób w dwóch pokojach. Sprawę łóżka załatwiały tak zwane amerykanki, czyli rozkładane fotele. Amerykanka na dzień była złożona, a na noc się ją rozkładało i połową wchodziła pod fortepian.

A ty razem z nią.

W rzeczy samej. Bardzo dobrze mi się tam spało.

Powinnam teraz zapytać, czy umiesz grać na fortepianie…

Trochę się uczyłam, ale ponieważ nie jestem osobą systematyczną, perspektywa regularnego siadywania za klawiaturą mnie nie pociągała. Poza tym grając, bardzo się wzruszałam. Gdy wykonywałam Czerwone maki na Monte Cassino, to nawet przesadnie.

Czyli miałaś romantyczne podejście do muzyki.

Bardzo romantyczne. Ale za to grał i ćwiczył mój brat Tomasz. Kiedy wyemigrował do Londynu, znów pojawił się problem z fortepianem. Tylko tym razem trzeba było wymyślić, co z nim zrobić. Byliśmy już dorośli i mnie trochę jednak trudno było pod tym fortepianem spać. Czy raczej – spod fortepianu wstawać. Mieszkanie się raptem cudem dla fortepianu nie powiększy. W związku z tym postanowiłam przeprowadzić akcję relokacji instrumentu. Trudna to była sprawa.

Ludzie mają mieszkania po trzydzieści sześć metrów kwadratowych, a ty chcesz im fortepian…

W dobre ręce. Za darmo. I nikt nie chce! Pytałam Xymeny Zaniewskiej, czy nie potrzebują go do telewizji.

Jako rekwizyt byłby bardzo dobry…

Otóż nie. A fortepian porządny.

Przedwojenny w końcu.

Po kilkunastu próbach się poddałam i stwierdziłam, że więcej nie możemy zrobić. Chyba że…

Przez okno?

Otóż to!

Na bruk?

Może by się historia powtórzyła, ale nie. Przez okno jednak nie wyrzucę. Zwłaszcza że szóste piętro i szeroki parapet. Cała historia miała też swój tak zwany timing, ponieważ chcieliśmy z ojcem załatwić sprawę fortepianu przed powrotem mamy z Londynu od Tomka. Woleliśmy, żeby nie widziała tego wynoszenia fortepianu, bo to byłoby dla niej przykre. I tak już byliśmy trochę załamani tymi niepowodzeniami. Na szczęście któregoś dnia…

Jak to w rodzinie Wojciechowskich w ostatniej chwili…

Właśnie tak… W ostatniej chwili zgłosił się młody człowiek, który powiedział, że jest muzykiem, ale nie stać go na kupno fortepianu.

Teraz powiedz, że to był Marek Drewnowski.

Nie, nie, nie! Młodzieniec przyszedł, obejrzał instrument i zapytał, czy może zagrać. Siadł i zaczął grać. Powiedział, że bardzo chętnie by wziął ten fortepian. Zapytał też ponownie, czy naprawdę nie chcemy za niego pieniędzy. Zapewniliśmy więc go, że absolutnie nie. Zależało nam przecież tylko na tym, żeby nie poszedł…

Na podpałkę?

Tak. Chcieliśmy go oddać w ręce kogoś, kto gra na fortepianie i kto go doceni. Nawet nie wiem, jak się ten młody pianista nazywał. Piękne zamknięcie historii starego instrumentu.

Dostał drugie życie…

Teraz, po dwóch godzinach dygresji, mogę ci odpowiedzieć, że owszem, chodziłam do liceum w Warszawie, na Pradze.

Opowieść o fortepianie była piękna.

A teraz do sedna. Ojciec dostał mieszkanie na Pradze, przy ulicy Projektowanej 5. Wtedy wszystkie ulice w trakcie budowy otrzymywały nazwy „projektowane”.

A teraz Projektowana to?

Dąbrowszczaków. Poszłam do szkoły podstawowej przy Ratuszowej. Z czasem po przeciwnej stronie boiska wybudowano drugi budynek i tam otwarto liceum. Chodziłam właśnie do niego.

Czyli stałaś się dziewczynką z Pragi?

Tak. I ta dziewczynka z Pragi postanowiła w pewnym momencie, że będzie zdawała do szkoły teatralnej.

Miałaś wtedy osiemnaście lat?

Niecałe.

I za pierwszym strzałem się dostałaś?

Za pierwszym strzałem. Ale chyba tylko dlatego, że na ostatnim etapie rozśmieszyłam komisję. Bardzo.

Kto w komisji dał się rozśmieszyć?

Chyba wszyscy. Zwykle chodziłam bardzo skromnie ubrana, w białej bluzeczce, granatowej spódniczce, nieumalowana. Nosiłam warkocz. W takiej stylizacji przeszłam jeden etap, przeszłam drugi. Przede mną był już tylko ten końcowy. Pamiętam, że dzień przed egzaminem zaczepiła mnie pani dziekan Rena Tomaszewska: „Na miłość boską, dziewczyno, umaluj się przynajmniej, ubierz jakoś inaczej!”. Zdenerwowałam się strasznie, ale nie mogłam tego okazać, bo to przecież pani dziekan… Zapytałam więc spokojnie: „No dobrze, umaluję się. Ale jak?”. Ona, trochę zbita z tropu, odparła: „Jak dziewczyna, kobieta, a nie jak…”

Pensjonarka?

Coś w tym guście. Poszłam do domu, zastanawiając się, jak z tej kabały wybrnę. Przypomniałam sobie, że moja koleżanka ma bardzo duże ambicje właśnie w tym kierunku.

Malarskie?

Malarskie. Najpierw do mnie przyszła i razem z mamą zrobiły przegląd mojej garderoby. Kazały mi włożyć sukienkę, której nie znosiłam. Obiektywnie mówiąc, to była bardzo fajna sukienka, ale ja jej wyjątkowo nie lubiłam. Do tego oczywiście obowiązkowo buty na obcasach, żeby zatrzeć pensjonarskie wrażenie, co miałoby sens, gdybym w takich butach umiała chodzić. Na koniec Jolka mnie umalowała. Brwi, oczy, karminowe usta.

W tej zmodyfikowanej wersji odstawiła mnie do szkoły na ostatni egzamin. Wstydziłam się strasznie. Czułam się jak w obcej skórze. Pamiętam, że gdy weszłam, od razu pobiegłam do łazienki i starłam pół makijażu. Czas naglił, więcej już nie zdążyłam.

Poza tym miałam te nieszczęsne buty na obcasie, w których nogi mi się kiwały. Dramatu dopełniał fakt, że buty były czarne, a nogi – białe, bo nie zdążyłam włożyć rajstop. Pamiętaj, że to są lata sześćdziesiąte, kiedy noszenie rajstop bez szwów jest oznaką wyzwolenia, a co dopiero brak rajstop. Ogólne wrażenie – ryzykowne. Pomyślałam sobie jednak, że skoro chcą wampa, będą go mieli. W moim wyobrażeniu byłam szalonym wampem.

I tak szłam w rytmie wampa, z zaciśniętymi ustami. Tego chyba członkowie komisji nie wytrzymali. I to mnie chyba uratowało.

Szkoda, że wtedy nie było komórek i nie ma żadnej dokumentacji wieńczącej dzieło.

Jesteś wybitną aktorką, ale nie ma w tobie za grosz artystowskiego odklejenia. Myślę tu o tym, o czym opowiadała mi kiedyś Dorota Kolak. Mówiła, że najbardziej żałuje tego, że nie może zabłysnąć opowieścią o wsadzaniu telefonu do lodówki albo o wyjmowaniu mleka zamiast butów. Innymi słowy, że jest taka „normalna”. Zawsze powtarza: „Boże, jak bym chciała się tak odczepić od rzeczywistości, a tymczasem nigdy mi to nie wychodziło. Zawsze byłam taka poukładana i bez skandali”.

Znakomita aktorka. Ona nie potrzebuje skandali.

Powiedzmy, że różnie to bywa w świecie social mediów. Skandal, podobnie jak trup w powieści sensacyjnej, najbardziej ożywia akcję. Ty też nie jesteś bohaterką prasy plotkarskiej…

Tak się, pani Kasiu, porobiło. Teraz trzeba „się sprzedać”, zamiast pokazać to, co stanowi istotę naszego zawodu.

Czyli?

Czyli wynik obserwacji i sumę doświadczeń, które się zbiera, a nie kolekcję zdjęć na ściankach i ilość polubień. W moim rozumieniu aktorstwo to wypadkowa talentu do tak zwanego udawania i umiejętność korzystania z obserwacji. Wyobraź sobie, że siedzisz w tramwaju i patrzysz na ludzi. Ten ma ładny kapelusz, tamta torebkę, ten płaszcz mi się podoba. Kupię sobie, użyję ich dla siebie. W aktorstwie taką torebką, płaszczem, kapeluszem są emocje – własne i cudze. Jesteśmy poniekąd żercami, podpatrywaczami ludzkich zachowań, które potem wkładamy w postać, dopasowujemy do jej historii. Wyposażamy ją w emocje. Nie w siebie samego, tylko w sposób, w jaki mogłaby reagować, bo mamy to podpatrzone. Często, oczywiście, we własnym życiu. Ważne, żeby nie skleić się z postacią. Nie pomylić życia ze sceną i odwrotnie.

Zdarza się – przynajmniej mnie się tak zdarzyło – że aktorka znajduje się w sytuacji identycznej emocjonalnie i fizycznie z sytuacją granej przez nią postaci. Mnie się to zdarzyło. Po śmierci mojego ojca, który zmarł na moich rękach, musiałam zagrać Joannę z Domu kobiet. Dziewczynę w żałobie. To był moment, w którym zdobyłam się na wysiłek zatrzaśnięcia drzwi za prywatnymi emocjami i wejścia na scenę z wypracowanymi emocjami postaci.

Bo publiczności to nie obchodzi?

Mało, że nie obchodzi. Publiczność nie ma świadomości i nie ma prawa jej mieć, co się dzieje w twoim prywatnym życiu, ponieważ twoim zadaniem, twoim zawodem jest prowadzenie jej przez emocje postaci. Tu i teraz. I przez tyle wieczorów, ile spektakl będzie na afiszu. Widz premiery i widz ostatniego spektaklu mają takie same prawa.

To brzmi bardzo hardcorowo.

I takie jest. Taki jest ten zawód.

Może dlatego mówią, że nie każdego na niego stać. W tym właśnie momencie dochodzimy do odpowiedzi na pytanie, jak ważne są dobra szkoła i praca nad emocjami. Choć, jak wiadomo, nie da się wszystkiego przewidzieć. Zwracasz też tu chyba uwagę na inne bardzo ważne rozróżnienie. Aktorstwo na wynos, czyli gwiazdorstwo, czy aktorstwo sauté, czyli sama sztuka. To pierwsze, pomieszane z życiem prywatnym, było i jest domeną Hollywood. To drugie to raczej szkoła brytyjska. Ty reprezentujesz ten drugi typ. Nie przepadasz za wersją „wszystko na sprzedaż”. Tylko żebyśmy tu teraz były precyzyjne: gwiazdy Hollywood formatu Bette Davis czy Joan Crawford to były znakomite aktorki, tyle że ich życie prywatne stanowiło raczej dalszy ciąg filmu, a nie azyl. Hollywood je kreowało, ludzie to kupowali.

Tak, w Europie raczej nie tworzono aż takich mitów. W Polsce tym bardziej, szczególnie że inna była też etyka pracy i prasy. Nikt tak radykalnie nie właził nikomu z butami w prywatne życie.

To była kwestia dobrego wychowania czy braku zapotrzebowania na włażenie?

Myślę, że jedno i drugie. Rzecz jasna nieprawdą byłoby twierdzenie, że życie osób znanych z ekranu czy sceny nikogo nie interesowało. Oczywiście, że interesowało. Przedwojenne aktorki miały status gwiazd i prasa o nich chętnie się rozpisywała, ale nie przekraczając ich prawa do prywatności. Teraz wszelkie granice zostały przekroczone. Myślę, że niestety jest w tym trochę naszej winy. Pozwoliliśmy, a wręcz zachęcaliśmy media do tego. Mówiąc „my”, mam na myśli generalnie środowisko aktorskie. Co prawda, zawiniło kilkoro, a płacą wszyscy, ale to już inna historia. Podpisuję się też pod tym, co powiedział w jednym z wywiadów Janek Englert: o obecnym stosunku do aktorów decyduje liczba polubień czy obecność w social mediach.

Bo to się przekłada na słowo wytrych, czyli oglądalność. A oglądalność przekłada się na pieniądze. Zamiast artysty mamy produkt do sprzedania. W dużym uproszczeniu.

Są na szczęście jeszcze osoby publiczne, o których się mówi, że bardzo strzegą swojej prywatności. I, na miłość boską, mają do tego prawo! Przecież jesteśmy żywymi ludźmi. Tak samo jak i inni mamy swoje dobre dni, złe dni, swoje tragedie, swoje radości, swoje przeżycia. Tak samo odczuwamy, może nawet czasem…

…bardziej?

Bardziej, bo jesteśmy bardziej uwrażliwieni na wszystko, co się dzieje naokoło nas. Dlaczego nie miałabym mieć prawa do prywatności?

Dlatego, że po wojnie twój zawód zyskał nie tylko rodzaj szerokiej akceptacji społecznej, ale wręcz mandat państwa. Z dnia na dzień, szczególnie wraz z nastaniem ery telewizji, aktorzy stali się „własnością społeczną” i „dumą narodową”. Jak sportowcy. Mało tego, przyznano im legitymacje do wypowiadania się na każdy temat. Niektórzy z twoich kolegów bardzo dobrze wykorzystywali tę możliwość i stawali się autorytetami intelektualnymi dla społeczeństwa. I to takimi autorytetami i od Sartre’a, i od cen paliw, i od polityki, i od pietruszki. Jak kiedyś występujące w każdym dzienniku telewizyjnym łódzkie włókniarki. A skoro aktor zna się na wszystkim, codziennie widać go w telewizji, to można uznać, że…

Że jest naszą własnością.

To o jakiej prywatności mowa?

Zawsze w jakimś sensie aktor był własnością publiczności. Nie bez powodu się mówi, że aktor nie żyje bez publiczności…

Tak, ale ty tu z górnego „c”… Ja mówię o tym, że dla Kowalskiego Aleksandra Śląska mogła mówić o polityce, bo BYŁA królową Boną. A skoro ktoś jest królową, to się zna.

Potrzeba wzorców.

Sama byłaś wzorcem dobrego wychowania. Bo przecież panienka z dworku nie może mieć humorów albo przeklinać…

No właśnie! I nawet jeśli jesteś w nie wiem jak złym humorze – bo boli cię noga, boli cię głowa albo zajęli ci miejsce parkingowe – to jak cię ktoś szturchnie na ulicy, to nie możesz odburknąć, tylko musisz się uśmiechnąć, a najlepiej to powiedzieć „Przepraszam”, bo jak inaczej? Potem i tak człowiek usłyszy: „Jak ona się zachowała!”.

Oczywiście, że tak, bo czy ci się to podoba, czy nie, jako aktorka czy osoba publiczna jesteś tą lepszą wersją nas. Wy, artyści, zastąpiliście księżniczki i królów. Oraz smoki. A każde społeczeństwo potrzebuje księżniczek, królów, smoków i jednorożców.

No może, ale nie do końca jesteśmy w stanie to dźwignąć.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Pani Nehrebecka

Dostępne w wersji pełnej

Ania potrafi też być zła

Dostępne w wersji pełnej

Panna Marynia

Dostępne w wersji pełnej

Co się zdarzyło w Wenecji, zostaje w Wenecji…

Dostępne w wersji pełnej

Kręcimy, Anka jedzie!

Dostępne w wersji pełnej

A pani w tym grała?

Dostępne w wersji pełnej

W szufladzie i w dworku

Dostępne w wersji pełnej

„Piękna, zmysłowa, fatalna”

Dostępne w wersji pełnej

Ziemia jak gdyby obiecana

Dostępne w wersji pełnej

Tym razem naprawdę „obiecana”

Dostępne w wersji pełnej

Ale jeszcze o koniu nie było…

Dostępne w wersji pełnej

Pani pozwoli, że ją odwiozę

Dostępne w wersji pełnej

Co można robić w Dębkach?

Dostępne w wersji pełnej

Opowieści z krypty

Dostępne w wersji pełnej

Lubię tę grę

Dostępne w wersji pełnej

Każdy pasażer ma swoją deseczkę

Dostępne w wersji pełnej

Chce się żyć

Dostępne w wersji pełnej

Radna nie całkiem bezradna

Dostępne w wersji pełnej

Matko Boska, Nehrebecka!

Dostępne w wersji pełnej

„Ty tu siedź i ich zagaduj, a ja dzwonię i domykam”

Dostępne w wersji pełnej

Boże Narodzenie na pustyni

Dostępne w wersji pełnej

„Skolimów idzie!”

Dostępne w wersji pełnej

Atakują nas wtyki amerykańskie…

Dostępne w wersji pełnej

Stracone zachody…

Dostępne w wersji pełnej