Penryn i kres dni. Angelfall. Tom 3 - Susan Ee - ebook + audiobook

Penryn i kres dni. Angelfall. Tom 3 ebook i audiobook

Susan Ee

4,8

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

59 osób interesuje się tą książką

Opis

Finałowy tom trylogii Angelfall – dystopijnej historii o walce o człowieczeństwo, w świecie, gdzie władzę przejęły bezwzględne anioły.

Po ucieczce przed aniołami, Penryn i Raffe muszą się ukrywać i zawalczyć o swoje bezpieczeństwo. Potrzebują lekarza zdolnego odwrócić to, co brutalne anioły zmieniły w ciałach Raffego i Paige. Gdy wyruszają na poszukiwanie pomocy i odpowiedzi, Penryn odkrywa sekret z przeszłości Raffe’a, co wyzwala mroczne siły, które zagrażają im wszystkim.

Kiedy anioły uwalniają apokaliptyczny koszmar, obie strony stają na drodze do wojny. Powstają nietypowe sojusze.

Kto wyjdzie z tego zwycięsko? Zmuszeni do opowiedzenia się po jednej ze stron w walce o kontrolę nad ziemskim królestwem, Raffe i Penryn muszą wybrać, co jest dla nich ważniejsze: wierność własnemu gatunkowi czy sobie nawzajem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 356

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 55 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Katarzyna Domalewska

Oceny
4,8 (14 ocen)
11
3
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Kraksa

Nie oderwiesz się od lektury

To za całość polecam czytać ❤️
10
Odzinka

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra seria. Naprawdę polecam.
00
Marta12445

Nie oderwiesz się od lektury

Genialne zakończenie serii, szkoda że się skończyło.Zna ktoś jakieś podobne książki?
00
monia22447

Nie oderwiesz się od lektury

6+
00

Popularność




Karta tytułowa

Dedykuję Czytelniczkom i Czytelnikom, którzy, jak Penryn, nie mają łatwej sytuacji w domu, musieli szybciej dorosnąć z powodu życiowych okoliczności i nie wiedzą, jaki potencjał w nich drzemie. Zostaliście ciężko doświadczeni przez los, by stawić czoła niezwykle trudnym wyzwaniom, ale – podobnie jak Penryn – możecie wyjść z tego wzmocnieni.

Ostrzeżenie

W książce znajdziecie brutalne opisy walk i przemocy, a także sceny, które mogą odrzucić niektórych czytelników.

Rozdział 1

Ludzie rozbiegają się na boki na widok wielkiego cienia rzucanego przez nasz rój.

Suniemy nad zgliszczami niemal całkowicie opustoszałego miasta. San Francisco było kiedyś jedną z najpiękniejszych metropolii świata z charakterystycznymi tramwajami i słynnymi restauracjami. Turyści przechadzali się po dzielnicy portowej, krążyli po tłocznych uliczkach Chinatown.

Dziś ocalali walczą o resztki jedzenia i napastują przerażone kobiety. Na nasz widok czmychają do kryjówek. Na ulicach pozostają tylko najbardziej zdesperowani, którzy wykorzystują kilka sekund, jakie zajmuje nam przelot, na ucieczkę przed gangami.

Pod nami jakaś dziewczyna pochyla się nad martwym mężczyzną, który leży z rozrzuconymi rękami. Może nas nie zauważyła, a może ma wszystko gdzieś. Od czasu do czasu w jakimś oknie dostrzegam refleks światła – albo ktoś śledzi nas przez lornetkę, albo celuje z karabinu.

Musimy wyglądać efektownie. Niebo zakryła chmara prawie dwumetrowych szarańczaków o skorpionich ogonach.

Pośrodku roju leci demon z olbrzymimi skrzydłami, w ramionach trzyma nastoletnią dziewczynę. Raffe wcale nie jest demonem, ale z pewnością tak wygląda, jeśli ktoś nie wie, że w istocie to archanioł, któremu przeszczepiono cudze skrzydła.

Myślą pewnie, że porwał tę biedną dziewczynę. Nie przyszłoby im do głowy, że w jego ramionach czuję się bezpiecznie. Że wtuliłam głowę w ciepły łuk szyi i że lubię dotyk jego skóry.

– Czy my, ludzie, zawsze tak wyglądamy z powietrza? – pytam.

Odpowiada. Czuję drgania jego gardła, widzę poruszające się usta, ale nie słyszę ani słowa. Wszystko zagłusza głośne buczenie roju szarańczaków.

Może to i dobrze, że nie poznałam odpowiedzi. Z perspektywy aniołów przypominamy pewnie karaluchy.

Tyle że – niezależnie od tego, co sądzą o nas anioły – nie jesteśmy karaluchami, małpami ani potworami. Pozostaliśmy tymi samymi ludźmi co dawniej. Choćby tylko w wymiarze wewnętrznym.

A przynajmniej taką mam nadzieję.

Zerkam na pokrytą bliznami siostrę, która leci obok nas. Wciąż muszę napominać się w myślach, że Paige jest tą samą dziewczynką, którą zawsze kochałam. No może nie do końca tą samą.

Leci na wysuszonym ciele Beliala, unoszonym niczym lektyka przez kilka szarańczaków. Demon jest zakrwawiony i wygląda na martwego, ale wiem, że wciąż żyje. Zapewne zasłużył sobie na taki los, choć nurtuje mnie wątpliwość, czy tego rodzaju prymitywne okrucieństwo naprawdę było zasadne.

Przed nami, pośrodku zatoki San Francisco, wyrasta szara skalista wyspa. To Alcatraz, osławione więzienie, nieczynne od lat. Nad wyspą krąży wir szarańczaków – tych nielicznych, które nie poleciały z innymi, kiedy Paige wezwała je na pomoc kilka godzin temu.

Wskazuję na wyspę leżącą za Alcatraz. Jest większa, pokryta roślinnością i na oko niezamieszkana. Powinna to być Wyspa Anioła. Nazwa nie brzmi zachęcająco, ale każde miejsce wydaje się przyjemniejsze od Alcatraz. Nie chcę, żeby Paige trafiła na tę przeklętą skałę.

Omijamy wir szarańczaków szerokim łukiem i obieramy kierunek na większą wyspę.

Daję znak Paige, aby leciała za nami. Jej szarańczaki i kilka innych, które trzymają się blisko, podążają za Raffem, ale większość stada rusza do roju nad Alcatraz. Czarny komin wirujący nad więzieniem gęstnieje. Niektóre stwory w pierwszej chwili kierują się za Paige, ale po jakimś czasie zdezorientowane zawracają, jakby jakaś siła nakazywała im dołączyć do swoich.

Tylko kilka tych istot towarzyszy nam, kiedy zataczamy krąg nad Wyspą Anioła, szukając wygodnego lądowiska.

Wschodzące słońce rozświetla szmaragdową zieleń lasów porastających brzegi zatoki. Z miejsca, w którym się znajdujemy, za Alcatraz rozciąga się szeroka panorama San Francisco. Kiedyś miasto wyglądało przepięknie. Teraz przypomina rząd wyszczerbionych zębów.

Lądujemy na zachodnim brzegu. Fale tsunami zarzuciły plażę zwałami cegieł i połamały drzewa porastające pobliskie zbocze. Tylko część wyspy od strony zatoki pozostała w nienaruszonym stanie.

Ledwie stajemy na ziemi, Raffe wypuszcza mnie z objęć. Mam poczucie, jakby podróż trwała rok. Ręce zamarzły mi prawie na kość, nogi zupełnie zesztywniały. Szarańczaki po wylądowaniu zataczają się, jakby coś im dolegało.

Raffe rozprostowuje kark i potrząsa rękami. Gładkie nietoperze skrzydła składają się i znikają za jego plecami. Na twarzy wciąż ma maskę z przyjęcia w gnieździe, które zakończyło się masakrą. Ciemnoczerwona, srebrzysta maska zakrywa twarz z wyjątkiem ust.

– Nie zamierzasz jej zdjąć? – Również potrząsam rękami, próbując przywrócić w nich krążenie. – Wyglądasz jak czerwona śmierć osadzona na skrzydłach demona.

– I dobrze. Każdy anioł powinien tak wyglądać. – Raffe obraca ramionami.

Najwyraźniej lot z drugą osobą uczepioną pod brzuchem wcale nie należy do łatwych. Niezależnie od wykonywania ćwiczeń rozluźniających Raffe rozgląda się uważnie po podejrzanie spokojnej okolicy.

Poprawiam pasek na ramieniu, aby zamaskowany pluszowym misiem miecz przylegał ściśle do biodra i w razie potrzeby był łatwo dostępny. Ruszam ku Paige, aby pomóc jej zsiąść z Beliala. Kiedy zbliżam się do siostry, szarańczaki zaczynają syczeć i wymachiwać mi przed nosem skorpionimi kolcami.

Przystaję, serce wali mi jak oszalałe.

Raffe w jednej chwili staje obok mnie.

– Poczekaj, aż sama do ciebie przyjdzie – radzi cicho.

Paige schodzi ze swojego środka transportu i gładzi szarańczaki drobną dłonią.

– Ciii. Już dobrze. To jest Penryn.

Wciąż mnie zadziwia, że te potwory słuchają poleceń mojej siostrzyczki. Mierzymy się wzrokiem jeszcze przez chwilę, w końcu stwory opuszczają kolce, ulegając delikatnej melodii głosu Paige.

Siostra pochyla się i podnosi odcięte skrzydła Raffego. Leżała na nich przez całą drogę. Zaplamione krwią pióra sprawiają wrażenie połamanych, ale uniesione niemal natychmiast się stroszą. Nie winię Raffego, że odciął je Belialowi, aby szarańczaki nie wyssały z nich wszystkich soków, ale żałuję, że musiał to zrobić. Teraz trzeba szybko znaleźć lekarza, który mu je przyszyje, zanim całkowicie obumrą.

Ruszamy plażą i po chwili dostrzegamy dwie łodzie wiosłowe przywiązane do drzewa. A zatem wyspa nie jest całkowicie opustoszała.

Raffe daje znak, żebyśmy się ukryły, a sam rusza w górę zbocza.

Wygląda na to, że po tej stronie wyspy znajdowało się dawniej skupisko domów. Na niżej położonej części wzniesienia pozostały po nich jedynie betonowe fundamenty, na których leżą sterty roztrzaskanych desek pokrytych zaciekami z soli morskiej. Powyżej stoi kilka nienaruszonych budynków.

Podbiegamy chyłkiem do najbliższego. Sądząc po rozmiarach, musiał to być rodzaj koszar. Podobnie jak pozostałe został szczelnie zabity pomalowanymi na biało deskami. Mam przeczucie, że doszło do tego na długo przed Wielkim Atakiem.

Zabudowania sprawiają wrażenie upiornej osady rodem z horroru. Wyjątek stanowi wiktoriański dom na szczycie skierowany w stronę zatoki. Wygląda na nietknięty, otacza go nawet biały parkan. Jako jedyny przypomina budynek mieszkalny, wyróżnia się kolorystycznie na tle pozostałych i sprawia wrażenie miejsca, w którym mogą przebywać ludzie.

Nie dostrzegam żadnych zagrożeń, a zwłaszcza takich, z jakimi nie potrafiłyby sobie poradzić szarańczaki, mimo to trzymam się w cieniu. Patrzę, jak Raffe podrywa się w powietrze i wzlatuje, sunąc od baraku do drzewa, od drzewa do baraku, aby zbliżyć się do domu na wzgórzu.

Kiedy dociera na miejsce, ciszę przerywają odgłosy wystrzałów.

Rozdział 2

Raffe przywiera do ściany.

– Nie chcemy nikogo skrzywdzić – woła.

W odpowiedzi z okna na piętrze pada kolejny strzał. Podskakuję, moje nerwy są napięte do granic wytrzymałości.

– Słyszę, o czym rozmawiacie – woła Raffe. Pewnie uważa, że wszyscy ludzie są głusi. W porównaniu z aniołami musimy sprawiać takie wrażenie. – Odpowiedź brzmi: nie. Wątpię, aby moje skrzydła były równie wartościowe co skrzydła anioła. Przestańcie się zresztą oszukiwać, nie mielibyście ze mną żadnych szans. Interesuje mnie tylko dom. Rozegrajcie to mądrze. Odejdźcie.

Drzwi do domu otwierają się z hukiem. Na zewnątrz wychodzi trzech krępych facetów. Mierzą z karabinów w różnych kierunkach, niepewni, gdzie czają się wrogowie.

Raffe wzbija się w powietrze, a szarańczaki podążają za nim. Sunie majestatyczny i przerażający na swoich imponujących skrzydłach demona, by po chwili wylądować obok domu.

Szarańczaki podlatują między drzewami, strasząc kolcami podwiniętych ogonów.

Kiedy mężczyźni mogą wreszcie przyjrzeć się przeciwnikom, rzucają się do ucieczki. Wpadają między drzewa, byle tylko znaleźć się dalej od szarańczaków. Okrążają ruiny budynków i zbiegają na plażę.

Z domu wybiega kobieta, skulona niczym zbity pies. Ucieka w przeciwnym kierunku niż mężczyźni, ciągle oglądając się za siebie. Wygląda, jakby bardziej obawiała się ich niż skrzydlatych stworów.

Znika między pagórkami za domem, tymczasem mężczyźni wsiadają do łodzi, chwytają wiosła i ruszają w stronę miasta.

Raffe podchodzi do drzwi opustoszałego budynku, zatrzymuje się i przez chwilę uważnie nasłuchuje. Daje nam znak ręką i wchodzi do środka.

Kiedy docieramy pod dom, woła:

– Pusto!

Kładę Paige dłoń na ramieniu i wchodzimy do ogrodu przez furtkę w białym parkanie. Paige wpatruje się w dom, trzymając kurczowo skrzydła Raffego, jakby to była jej ukochana pluszowa zabawka. Posiadłość wzniesiona w stylu wiktoriańskim ma ściany w kolorze masła, ozdobione rdzawoczerwonymi wykończeniami. Na werandzie stoją wiklinowe meble, a całość przypomina domek dla lalek.

Jeden z szarańczaków upuszcza Beliala przy parkanie. Ciało demona przypomina ochłap mięsa, do tego zepsutego, o kolorze i fakturze suszonej wołowiny. Krew wciąż cieknie z policzka i ramion, skąd Paige wygryzła kawałki. Belial wygląda żałośnie, ale akurat tej ofierze szarańczaków nie potrafię współczuć.

– Co zrobimy z Belialem? – pytam Raffego.

– Zajmę się nim – odpowiada, schodzi z werandy i idzie w naszą stronę.

Biorąc pod uwagę wszystkie straszne rzeczy, jakich dopuścił się Belial, nie bardzo rozumiem, dlaczego Raffe go nie zabił. Może sądził, że szarańczaki zrobią to za niego, albo uznał, że Belial nie wyliże się z ran, które zadała mu Paige. Tymczasem demon wciąż żyje, a Raffe wyraźnie nie kwapi się, żeby go dobić.

– Paige, chodźmy.

Siostra idzie za mną na drewnianą werandę. Wchodzimy do środka.

Myślałam, że dom będzie pokryty kurzem i pleśnią, prezentuje się jednak zaskakująco czysto. Salon wygląda tak, jakby pełnił funkcję muzealnej ekspozycji. W kącie umieszczono suknię z dziewiętnastego wieku. Obok niej postawiono mosiężne słupki z linami, którymi dawniej odgradzano zwiedzających od zabytkowych mebli.

Paige rozgląda się po pokoju, po czym podchodzi do okna. Za chropowatą szybą Raffe przeciąga ciało Beliala do bramy. Zostawia go tam i znika za domem. Belial wygląda na martwego, ale wiem, że to tylko pozory. Jad z kolców szarańczaków powoduje całkowity paraliż, ofiara zachowuje jednak świadomość. To jedna z przerażających konsekwencji użądlenia.

– Sprawdźmy resztę domu – mówię, gdy Paige niewzruszenie spogląda przez okno na wysuszone ciało Beliala.

Raffe wraca z naręczem zardzewiałych łańcuchów. Owija nimi Beliala: obwiązuje mu szyję, oplata słupek parkanu, a następnie krępuje uda demona. Wygląda to dość makabrycznie. Spina łańcuchy kłódką na klatce piersiowej.

Gdybym nie znała Raffego, budziłby teraz we mnie paniczny lęk. Sprawia wrażenie bezdusznego i nieludzkiego, gdy obchodzi się w ten sposób z bezbronnym demonem.

Co dziwne, nie mogę oderwać wzroku od Beliala. Skuta łańcuchami sylwetka z jakiegoś powodu przyciąga moje spojrzenie. Zupełnie jakby wyglądała znajomo.

Odpycham od siebie tę myśl. Najwyraźniej ze zmęczenia dostałam zwidów.

Rozdział 3

Nigdy nie byłam rannym ptaszkiem, a ponieważ mam za sobą kilka nieprzespanych nocy, poruszam się jak zombie. Marzę o tym, żeby zwalić się na kanapę i spać przez tydzień.

Najpierw jednak muszę pomóc siostrze.

Godzinę zajmuje mi obmycie jej w wannie z zakrzepłej krwi Beliala. Jeżeli bojaźliwi ludzie z ruchu oporu wzięli ją za potwora, kiedy miała na sobie czystą sukienkę w kwiaty, teraz bez wątpienia chwyciliby pochodnie i widły i zmienili się w żądny linczu motłoch.

Staram się jej zbyt mocno nie szorować ze względu na szwy i siniaki. Normalnie zajmowałaby się tym mama. Zawsze umiała obchodzić się z Paige z zaskakującą delikatnością.

– Gdzie jest mama? – pyta Paige, być może myśląc o tym samym.

– Z ruchem oporu. Powinni już być z powrotem w obozie. – Polewam ją delikatnie wodą i myję ostrożnie gąbką skórę między szwami. – Próbowałyśmy cię odnaleźć, ale zostałyśmy schwytane i trafiłyśmy do Alcatraz. Mamie na szczęście nic nie grozi. Ruch oporu uratował wszystkich uwięzionych na wyspie, a ja widziałam mamę na łodzi, którą uciekali.

Blizny pokrywające ciało Paige nadal wyglądają na rozjątrzone, więc uważam, aby niechcący nie rozerwać szwów. Nie wiem nawet, czy szwy same się wchłoną, czy też będzie je musiał usunąć lekarz.

Przypomina mi się Doktorek, który zrobił jej to wszystko. Mam gdzieś, co się z nim stało. Przyzwoity człowiek nie okaleczyłby dziecka, żeby przerobić je na potwora żywiącego się ludzkim mięsem, tylko dlatego że dostał taki rozkaz od Uriela, anioła ogarniętego manią wielkości. Kiedy widzę tak poranioną i zmaltretowaną siostrę, mam ochotę sprać Doktorka na kwaśne jabłko. A jednocześnie, choć zabrzmi to idiotycznie, wciąż tli się we mnie nadzieja, że ten gość jej pomoże.

Z westchnieniem wrzucam gąbkę do wody. Nie zniosę dłużej widoku żeber wystających spod pozszywanej skóry, zresztą Paige i tak już czystsza nie będzie. Wkładam przesiąknięte krwią ubranie do umywalki i idę do sypialni poszukać czegoś, co będzie na nią pasowało.

Bez większych oczekiwań przeszukuję zabytkowe szuflady. Dom, w którym się znajdujemy, stanowił atrakcję turystyczną, jednak ktoś tu przecież przed nami mieszkał. Może nawet planował zostać na dłużej.

Nie spodziewam się kokosów, ale wiążę nadzieje z tym, że przynajmniej przez chwilę przebywała tu jakaś kobieta. Sięgam do szuflady i wyciągam białą bluzkę oraz lnianą spódnicę. Stringi. Koronkowy biustonosz. Prześwitującą halkę. Krótką koszulkę. Parę elastycznych męskich bokserek.

W pierwszych dniach Wielkiego Ataku ludzie zachowywali się doprawdy zabawnie. Opuszczając swoje domy, zabierali telefony komórkowe, laptopy, klucze, portfele, walizki i buty świetnie nadające się na wakacje w tropikach, ale zupełne nieprzydatne do biegania po ulicach. Zupełnie jakby nie potrafili pogodzić się z myślą, że cała ta rozróba bynajmniej nie zakończy się za tydzień.

Potem porzucali to wszystko w samochodach, na ulicach, a w tym przypadku w szufladach muzeum. Natrafiam na T-shirt niemal tak duży jak Paige. Nie znajdę dla niej spodni w odpowiednim rozmiarze, dlatego na razie będzie musiała jej wystarczyć T-shirtowa sukienka.

Kładę siostrę na piętrze. Obok łóżka stawiam jej buty, na wypadek gdybyśmy musieli nagle opuścić dom.

Całuję ją w czoło i życzę dobrej nocy. Zamyka oczy, jakby była lalką, i niemal natychmiast zaczyna głęboko oddychać. Musiała być wykończona. Trudno powiedzieć, kiedy ostatni raz spała. Trudno powiedzieć, kiedy ostatni raz jadła.

Schodzę do salonu i zastaję Raffego pochylonego nad kuchennym stołem, na którym leżą skrzydła. Zdjął maskę, a ja z ulgą spoglądam ponownie na jego twarz.

Czyści pióra. Wcześniej musiał zmyć z nich krew, bo są mokre i zwiotczałe. Wyrywa te połamane i wygładza pozostałe.

– Najważniejsze, że je odzyskałeś – mówię.

Na jego czarne włosy pada snop światła, wydobywając z mroku jaśniejsze kosmyki.

Raffe bierze głęboki oddech.

– Wróciliśmy do punktu wyjścia – stwierdza. Zwala się na drewniane krzesło, jakby całkiem opadł z sił. – Muszę znaleźć lekarza.

W jego głosie trudno odnaleźć jakikolwiek optymizm.

– W Alcatraz mają trochę sprzętu, a pewnie i anielskie narzędzia chirurgiczne. Dokonywali tam najróżniejszych eksperymentów. Myślisz, że coś z tego mogłoby się przydać?

Spogląda na mnie oczami o tak głębokim odcieniu niebieskiego, że wydają się niemal czarne.

– Być może. Tak czy inaczej powinienem pewnie zrobić wypad na tę wyspę. Mamy ją dosłownie pod nosem. – Pociera skronie.

Widzę, jak narasta w nim frustracja, cały zesztywniał. Archanioł Uriel organizuje fikcyjną apokalipsę i okłamuje anioły, żeby skłonić je do wybrania go na nowego Posłańca, tymczasem Raffe zajmuje się poszukiwaniem kogoś, kto przyszyje mu skrzydła. Dopóki nie załatwi tej sprawy, nie może powrócić do swojej społeczności i podjąć próby naprawienia sytuacji.

– Powinieneś się przespać – sugeruję. – Wszyscy powinniśmy. Jestem tak wykończona, że dosłownie padam z nóg. – Z lekka się zataczam.

Mamy za sobą długą noc, a ja wciąż nie mogę uwierzyć, że dożyliśmy dzisiejszego poranka.

Spodziewałam się, że będzie oponował, ale on kiwa głową, czym potwierdza moje przypuszczenia, że wszystkim nam ogromnie potrzeba chwili odpoczynku. Raffe potrzebuje być może również czasu, aby wymyślić, gdzie znaleźć lekarza.

Ruszamy z wysiłkiem na piętro.

Przed drzwiami sypialni odwracam się do niego.

– Paige i ja…

– Jestem pewien, że wolałaby spać w pokoju sama.

Przez głowę przebiega mi myśl, że to Raffe chciałby zostać ze mną sam na sam. Wprawia mnie to w zakłopotanie pomieszane z ekscytacją, ale zaraz potem dostrzegam jego minę. Spogląda na mnie surowo, ucinając wszelkie domysły. Po prostu nie chce, żebym dzieliła pokój z siostrą. Nie wie, że w obozie ruchu oporu spałyśmy w jednej sali. Paige miała wtedy mnóstwo okazji, żeby mnie zaatakować.

– Ale…

– Idź do tamtego pokoju – wskazuje sypialnię po drugiej stronie korytarza – a ja prześpię się na kanapie.

Jego głos niejako mimochodem przybiera rozkazujący ton. Najwyraźniej jest przyzwyczajony, że wszyscy go słuchają.

– To nie jest prawdziwa kanapa, tylko zabytkowy mebel przeznaczony dla dam o połowę mniejszych od ciebie.

– Zdarzało mi się spać na kamieniach w śniegu. W porównaniu z nimi ciasna zabytkowa kanapa będzie luksusem. Nie martw się o mnie.

– Paige mnie nie skrzywdzi.

– Zgadzam się, nie skrzywdzi cię. Bo przenocujesz w bezpiecznej odległości, żeby nie miała pokus, kiedy będziesz pogrążona we śnie i bezbronna.

Nie mam siły się z nim kłócić. Zaglądam do Paige, a ponieważ nadal śpi, idę do drugiej sypialni.

Rozgrzewające promienie wschodzącego słońca wpadają przez okno i oświetlają łóżko. Na stoliku nocnym stoi flakon z uschniętymi polnymi kwiatami, które tworzą plamę fioletów i żółci. Przez otwarte okno wlewa się zapach rozmarynu.

Zdejmuję buty i opieram Misia Pooky o ramę łóżka tak, żeby był łatwo dostępny. Pluszowa zabawka przytrzymuje zwiewną sukienkę, która zakrywa miecz. Odkąd Raffe do nas dołączył, wyczuwam w ostrzu delikatne emocje. Raduje je bliskość dawnego pana, a jednocześnie się smuci, bo nie może do niego wrócić. Głaszczę misia po miękkim futerku i lekko go poklepuję.

Normalnie spałabym w ubraniu, na wypadek gdybym niespodziewanie musiała uciekać, ale mam już tego dość. Spanie w ubraniu jest niewygodne, a przytulny pokój przypomina czasy, kiedy nie żyliśmy w ciągłym strachu.

Postanawiam, że dzisiejszej nocy pozwolę sobie na odrobinę wygody. Podchodzę cicho do komody i ponownie przeglądam znalezione wcześniej ubrania.

Nie mam specjalnego wyboru, więc muszę improwizować. Wybieram krótki T-shirt i męskie bokserki. T-shit jest luźny, ale od biedy ujdzie. Sięga do podstawy żeber, odsłaniając brzuch.

Elastyczne bokserki pasują idealnie, choć pewnie lepiej leżałyby na facecie. Jedna nogawka jest postrzępiona i spruta, ale materiał jest czysty, a gumka nie uciska.

Wślizguję się do łóżka, rozkoszując się aksamitnym przepychem pościeli. Przykładam głowę do poduszki i natychmiast odpływam w sen.

Od strony okien napływają delikatne podmuchy wiatru. Resztkami świadomości zauważam, że wstaje słoneczny, ciepły dzień, jaki czasami przytrafia się w październiku.

W mojej świadomości pojawia się jednocześnie wizja nawałnic. Słońce roztapia się w deszcz, a gdy pogrążam się głębiej we śnie, pokój z widokiem na ogród przeobraża się w chmury burzowe.

* * *

Powracam do chwili, gdy skuci łańcuchami Upadli są ciągnięci do Otchłani. Z kolców wbijających się w szyje, czoła, nadgarstki i kostki cieknie krew. Na każdym Upadłym siedzi czart.

Miecz zesłał na mnie identyczny sen w obozie ruchu oporu. Resztki świadomości podpowiadają mi, że tym razem nie śpię z mieczem, który co prawda stoi oparty o łóżko, ale mnie nie dotyka. Tym razem nie mam poczucia, jakbym zaglądała do wspomnień Misia Pooky.

Śnię o własnym doświadczeniu, jakim było uzyskanie wglądu we wspomnienia miecza. To sen o śnie.

Pośród szalejącej burzy Raffe leci powoli w dół, muskając dłonie kilku świeżo upieczonych Upadłych. Widzę ich spojrzenia w chwili, gdy anioł ich dotyka. Musieli być Obserwatorami – elitarną grupą anielskich wojowników, których spotkała zguba, ponieważ zakochali się w córach człowieczych.

Raffe był ich dowódcą, a oni jego wiernymi żołnierzami. Ze spojrzeń wyraźnie bije nadzieja, że ich uratuje, choć przecież świadomie łamali anielskie prawa, żeniąc się z kobietami.

Jedna z twarzy przykuwa moją uwagę. Skrępowana łańcuchami sylwetka wydaje się znajoma.

Wytężam wzrok i w końcu go rozpoznaję.

To Belial.

Wygląda młodziej, nie dostrzegam też szyderczego uśmieszku, który normalnie błąka mu się po ustach. Twarz wyraża złość, z kolei z oczu wyziera cierpienie. Przytrzymuje Raffego za rękę chwilę dłużej niż inni, niemal nią potrząsa.

Raffe kiwa głową i kontynuuje lot ku ziemi.

Scenę rozświetla błyskawica, przez niebo przetacza się grzmot, a krople deszczu zaczynają bębnić w twarz Beliala.

* * *

Kiedy się budzę, słońce znajduje się po innej stronie nieba.

Nie słyszę żadnych nietypowych odgłosów, więc Paige pewnie nadal śpi. Wstaję i podchodzę do okna. Drzewa kołyszą się lekko na wietrze. Ptaki śpiewają, a pszczoły brzęczą, jakby świat w najmniejszym stopniu się nie zmienił.

Chociaż jest ciepło, przechodzą mnie ciarki, kiedy wyglądam przez okno.

Belial wciąż leży przywiązany łańcuchem do furtki w parkanie, wysuszony i pokiereszowany. Tyle że teraz ma otwarte oczy i patrzy prosto na mnie. Podejrzewam, że paraliż zupełnie ustąpił. Nic dziwnego, że pojawił się w moim śnie.

Ale to nie był zwykły koszmar, prawda? Raczej wspomnienie, którym podzielił się ze mną miecz. Kręcę powoli głową, próbując zrozumieć sens tego, co zobaczyłam.

Czy to możliwe, że Belial był jednym z Obserwatorów Raffego?

Rozdział 4

Pokój nagrzewa się od słońca. Musi być koło południa. Jakie to cudowne, na chwilę oderwać się od tego szaleństwa.

Nie zamierzam jeszcze rezygnować z cennego snu, ale nie pogardziłabym szklanką wody. Otwieram drzwi i widzę Raffego, który siedzi na podłodze w korytarzu z zamkniętymi oczami.

Marszczę czoło.

– Co ty tu robisz?

– Nie miałem siły dojść do kanapy – wyjaśnia, nie otwierając oczu.

– Trzymasz wartę? Trzeba było powiedzieć, tobym cię zmieniła. Coś nam zagraża?

Raffe prycha.

– Grozi nam jakieś konkretne niebezpieczeństwo?

Siedzi naprzeciwko drzwi do sypialni Paige, więc powinnam się była sama domyślić.

– Ona mnie nie skrzywdzi.

– Tak samo myślał Belial.

Raffe nadal ma zamknięte oczy, a kiedy mówi, jego usta pozostają niemal całkowicie nieruchome. Gdyby milczał, pomyślałabym, że śpi.

– Belial nie jest jego starszą siostrą i jej nie wychowywał.

– Może jestem sentymentalny, ale wolałbym, żebyś pozostała w jednym kawałku. Poza tym nie ją jedną może zainteresować twoje apetyczne ciało.

Przekrzywiam głowę.

– Skąd wiesz, że jestem apetyczna?

– Nie znasz tego starego powiedzenia? Apetyczny jak głupiec?

– Wymyśliłeś je na poczekaniu.

– Hę? Może tak mówią anioły. Chodzi o to, żeby ostrzec głupców przed niebezpieczeństwami nocy.

– Mamy dzień.

– Aha! Więc zgadzasz się, że jesteś głupcem?

Uśmiecha się szelmowsko i w końcu otwiera oczy. Mina mu rzednie, kiedy spogląda na mnie.

– W co ty się ubrałaś?

Lustruje mnie uważnie wzrokiem.

Tak się odprężyłam, że zapomniałam o kusej koszulce i elastycznych bokserkach. Spoglądam w dół niezdecydowana, czy powinnam odczuwać wstyd. Mam zakryte mniej więcej wszystko, co trzeba, może z wyjątkiem brzucha. Normalnie nie włożyłabym pewnie aż tak krótkich szortów.

– I to mówi facet, który nieustannie paraduje bez koszulki?

W sumie lubię, gdy paraduje bez koszulki i prezentuje swój sześciopak, ale o tym akurat nie wspominam.

– Trudno nosić koszulkę, gdy ma się skrzydła. Poza tym nikt dotąd nie narzekał.

– Żeby ci się tylko nie przewróciło w głowie, Raffe. Komplementów też się nie nasłuchałeś.

Mam na końcu języka komentarz, że na Ziemi żyje masa chłopaków równie przystojnych jak on, ale byłoby to wierutne kłamstwo.

Wciąż przygląda mi się badawczo.

– Dobrze mi się zdaje, że masz na sobie męskie bokserki?

– Na to wygląda. Ale pasują.

– Do kogo należały?

– Do nikogo. Znalazłam je w szufladzie.

Nachyla się i pociąga za nitkę zwisającą z postrzępionej nogawki. Nitka się pruje, powoli sunie wokół mojego uda, skracając i tak już krótkie bokserki.

– A gdybyś tak musiała uciekać? – pyta chropawym głosem.

Jak zahipnotyzowany wpatruje się w prującą się nitkę.

– Złapałabym buty i wybiegła.

– W takim stroju? Na oczach hordy zdziczałych facetów?

Jego spojrzenie sunie w górę, ku mojemu brzuchowi.

– Jeżeli do domu włamią się jakieś zboki, nie będzie miało znaczenia, czy zastaną mnie w tym stroju, czy w workowatych dżinsach i bluzie. Albo natrafimy na porządnych ludzi, albo nie. Wyłącznie od nich zależy, co zrobią.

– Byłoby im trudno cokolwiek zrobić, gdybym masakrował im twarze. Brak szacunku nie będzie tolerowany.

Posyłam mu słaby uśmiech.

– Ponieważ dla ciebie liczy się przede wszystkim szacunek.

Wzdycha, jakby lekko zniesmaczony własną postawą.

– Ostatnio ktoś mógłby pomyśleć, że liczysz się dla mnie wyłącznie ty.

– Co dokładnie masz na myśli?

Gdybym tylko potrafiła ukryć podekscytowanie.

– Siedzę na twardej podłodze pod twoimi drzwiami, podczas gdy ty ucinasz sobie smaczną drzemkę w wygodnym łóżku.

Opieram się plecami o ścianę i przysiadam obok niego. Nasze ramiona niemal się stykają. Na chwilę zapada cisza. W końcu odzywam się pierwsza:

– Myślę, że potrzebujesz snu. Połóż się na łóżku, a ja zostanę na warcie.

– Nie ma mowy. To tobie grozi niebezpieczeństwo, nie mnie.

– Co niby miałoby mi grozić?

Ocieram się o niego ramieniem, kiedy zmieniam pozycję, aby spojrzeć mu w oczy.

– Lista zagrożeń nie ma końca.

– Od kiedy tak się przejmujesz moim losem?

– Odkąd moi wrogowie odkryli, że jesteś moją córą człowieczą.

Próbuję przełknąć ślinę. Zaschło mi w gardle.

– Naprawdę?

– Belial widział nas razem podczas balu maskowego. Twarz miałem zakrytą, ale Uriel doskonale wie, że to ja walczyłem u twojego boku na plaży.

– Czyli nią jestem? – szepczę. – Twoją córą człowieczą?

Niemal słyszę serce łomoczące mi w piersi. Zaczyna bić jeszcze szybciej, kiedy uświadamiam sobie, że on prawdopodobnie również je słyszy.

Odwraca wzrok.

– Pewne rzeczy są niemożliwe. Problem w tym, że Uri ani Belial tego nie rozumieją.

Wypuszczam powietrze z płuc – powoli, z rozmysłem. Równie dobrze mógł powiedzieć, że ja też tego nie rozumiem.

– Kto konkretnie miałby mi zatem zagrażać? – pytam.

– Poza standardową grupą podejrzanych? Zastępy aniołów, które widziały cię u mojego boku, kiedy odcinałem skrzydła Belialowi. Uważają, że podróżujesz w towarzystwie zamaskowanego „demona”, który odcina skrzydła „aniołom”. To wystarcza, żeby ruszyli za tobą w pościg. Choćby po to, by dorwać mnie. Poza tym zabiłaś na ich oczach anioła, co jest z automatu karane śmiercią. Stałaś się przedmiotem dość powszechnego zainteresowania.

Zastanawiam się przez chwilę nad jego słowami. Czyżbym naprawdę nie mogła nic zrobić?

– Ale przecież wszyscy wydajemy im się tacy sami, prawda? Nie potrafią nas odróżnić? Bo dla mnie oni wszyscy są identyczni. Tak cholernie perfekcyjni pod każdym względem: idealne olimpijskie ciała, idealnie piękne twarze, nawet idealne fryzury. Gdybym nie znała ciebie, sądziłabym, że anioły niczym się od siebie nie różnią.

– Bo jestem więcej niż idealny?

– Nie. Bo masz w sobie tak wiele pokory.

– Pokora jest przereklamowana.

– Podobnie jak umiejętność samooceny, jak widzę.

– Prawdziwy wojownik nie zawraca sobie głowy pseudopsychologią.

– Ani racjonalnym myśleniem.

Zerka na moje gołe nogi.

– Przyznaję, że aż tak racjonalny nie jestem. – Wstaje i wyciąga rękę. – Chodź. Powinnaś się przespać.

– Pod warunkiem że zrobisz to samo.

Chwytam go za rękę, pomaga mi wstać.

– Zgoda. Bylebyś tylko przestała gadać.

Wchodzimy do pokoju. Wdrapuję się na łóżko. Kładę się na kołdrze, sądząc, że Raffe przyszedł za mną wyłącznie po to, aby dopilnować, że pójdę spać. Ale on bynajmniej nie zamierza wyjść, tylko kładzie się obok mnie.

– Co ty wyprawiasz? – pytam.

Przykłada policzek do poduszki tuż obok mojej głowy i z westchnieniem ulgi zamyka oczy.

– Ucinam sobie drzemkę.

– Nie planujesz tego zrobić na dole?

– Nie.

– A co z kanapą?

– Wyjątkowo niewygodna.

– Wspominałeś, że zdarzyło ci się spać na kamieniach w śniegu.

– Bo mi się zdarzyło. Właśnie dlatego korzystam z każdej okazji, żeby wyspać się w wygodnym łóżku.

Rozdział 5

Sądziłam, że będzie równie spięty jak ja, ale chwilę później jego oddech robi się miarowy.

Musiał być wykończony. Od dawna nie miał okazji się wyspać, żył w ciągłym stresie, na domiar złego jest osłabiony po amputacji skrzydeł i późniejszym przyszyciu nowych. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, przez co przechodzi.

Leżę obok niego i próbuję zasnąć.

Aromat rozmarynu wlewa się przez okno wraz z ciepłą bryzą. Kojąco działa na mnie odległe bzyczenie pszczół krążących nad kwiatami w ogrodzie. Maślane promienie słońca przenikają przez przymknięte powieki.

Odwracam głowę od rozświetlonego okna. Moja twarz znajduje się teraz na wprost Raffego. Nie potrafię się powstrzymać i otwieram oczy. Jego ciemne rzęsy tworzą łuk wokół powiek. Są długie i wywinięte – wzbudzałyby zazdrość każdej dziewczyny. Nos ma prosty i wyrazisty. Usta są delikatne i zmysłowe.

Zmysłowe? O mały włos nie zaczynam chichotać. Ze wszystkich określeń akurat to przyszło mi do głowy? Nie wydaje mi się, abym wcześniej pomyślała o czymkolwiek, że jest zmysłowe.

Muskularna klatka piersiowa unosi się i opada w miarowym rytmie, który działa na mnie hipnotyzująco. Muszę się powstrzymać, aby go nie pogłaskać.

Przełykam ślinę i przewracam się na drugi bok.

Leży teraz za moimi plecami. Robię głęboki wdech i wypuszczam powoli powietrze, zupełnie jakbym próbowała odzyskać panowanie nad sobą w czasie walki.

Raffe wydaje cichy jęk i zmienia pozycję. Wiercąc się, musiałam go lekko rozbudzić.

Na karku czuję jego ciepły oddech. Chyba przewrócił się z pleców na bok. Leży tak blisko, że na całej długości kręgosłupa czuję przyjemne mrowienie.

Jest tak blisko…

Nadal oddycha głęboko i miarowo. Śpi jak zabity, a ja leżę obok w stanie najwyższej czujności. Jak to możliwe? Nie powinno być odwrotnie?

Próbuję wepchnąć cały ten emocjonalny mętlik do sejfu z tyłu głowy, tyle że albo sejf jest przepełniony, albo obecne kłębowisko uczuć okazuje się zbyt wielkie, natrętne i rozłożyste, żeby dało się je zmieścić w środku.

Tymczasem moje ciało powoli wygina się w łuk.

Ledwie nasze uda się dotykają, Raffe wzdycha i otacza mnie ramieniem. Przyciąga mnie do siebie.

No i co ja mam teraz zrobić?

Całą długością pleców przylegam do jego klatki piersiowej.

Twardej. Ciepłej. Umięśnionej.

No i co ja mam teraz zrobić?

Pot zrasza moje czoło. Dlaczego nagle zrobiło się tak gorąco?

Jego ramię mnie przyciąga, przygważdża do łóżka. W przypływie paniki chcę się poderwać.

Ale wtedy by się obudził. Oblewam się rumieńcem wstydu na myśl, że zobaczyłby mnie rozpaloną i zakłopotaną.

Próbuję opanować emocje. Tuli mnie do siebie jak pluszowego misia, pogrążony w spokojnym śnie. Zapewne jest tak wykończony, że nie zdaje sobie sprawy z tej bliskości.

Czuję palący dotyk dłoni na klatce piersiowej. Moją uwagę przykuwa szczególnie to, że jego kciuk przylega do podstawy mojej piersi.

W mojej głowie rodzi się pewna myśl. Nie mogę się od niej opędzić, mimo że usilnie próbuję wypchnąć ją ze świadomości.

A gdyby tak cała dłoń Raffego spoczęła na tej części mojego ciała?

Mam siedemnaście lat, prawie osiemnaście, i jeszcze żaden chłopak nie pieścił moich piersi. W obecnej sytuacji prawdopodobnie nigdy do tego nie dojdzie, a w każdym razie nie w przyjemnych, romantycznych okolicznościach. W postapokaliptycznym świecie nie sposób uciec przed przemocą, a o pozytywnych doświadczeniach można co najwyżej pomarzyć. Tym bardziej chciałabym przeżyć to w miłej wersji. Gdyby na świecie nie rozpętało się piekło, prędzej czy później mogłabym liczyć na jakieś miłe doświadczenie w tej materii.

Nie bacząc na sprzeczne myśli, kładę swoją dłoń na jego dłoni. Ostrożnie, najostrożniej na świecie. A gdyby tak dłoń Raffego pieściła mój sutek?

Serio, Penryn?

Naprawdę nad tym rozmyślasz?

Tyle że słowo „rozmyślanie” nie opisuje precyzyjnie tego, co dzieje się w moim wnętrzu. To coś bardziej na kształt… pragnienia. Nieodpartego, niezaprzeczalnego, łomoczącego, rozedrganego, zdyszanego pragnienia.

Powolutku przesuwam jego dłoń w górę, przyciskając kciuk do miękkiej krągłości piersi.

Jeszcze odrobinę wyżej.

Raffe nadal oddycha miarowo. Wciąż głęboko śpi.

Jeszcze odrobinę. Dosłownie milimetr…

Czuję ciepło jego dłoni rozlewające się po całej klatce piersiowej.

Wtedy wszystko się zmienia.

Oddech Raffego staje się nierówny. Jego dłoń sama przesuwa się w górę i ściska moją pierś. Pożądliwie. Na granicy bólu, ale tylko na granicy. Dosłownie na granicy. Moim ciałem wstrząsa cudowne doznanie, które ma źródło w piersiach, a z nich rozlewa się dalej i dalej.

Zanim zdążę się połapać, co tak naprawdę się dzieje, zaczynam dyszeć.

On jęczy i całuje mnie po karku. Jego usta zmierzają w kierunku moich. Wreszcie do nich przywierają, ciepłe, wilgotne, zachłanne. Wsuwa do środka język, drocząc się z moim.

Jestem bombardowana najróżniejszymi doznaniami: delikatnym muskaniem jego ust, ciepłą zwinnością języka, zdecydowanym naporem ciała.

Przewraca mnie na plecy i kładzie się na mnie. Przygniata mnie do materaca. Oplatam rękami jego szyję, moje nogi i biodra wiją się niespokojnie.

Popiskuję, jęczę, może nawet skomlę. Przestałam nad sobą panować. Tak głęboko pogrążyłam się w wirze najróżniejszych doznań, że liczy się tylko tu i teraz.

Raffe.

Moje dłonie błądzą po jego klatce piersiowej i ramionach.

Wydaję stłumiony okrzyk, kiedy niespodziewanie się ode mnie odsuwa.

Otwieram oczy i spoglądam na niego nieprzytomnym, odurzonym wzrokiem. Wyciągam ku niemu ręce.

Patrzy na mnie w napięciu. Zaniepokojony, ale przepełniony pożądaniem.

Odsuwa się.

Przewraca się na bok i siada tyłem do mnie.

– Chryste. – Przeczesuje włosy dłońmi. – Co się stało?

Otwieram usta, żeby odpowiedzieć, ale wydobywa się z nich tylko jedno słowo: „Raffe”. Nie potrafię określić, czy to pytanie, czy błaganie.

Siedzi wyprostowany jak struna, ze skrzydłami przyciśniętymi do pleców. Kładę mu dłoń na ramieniu, a on podskakuje, jakby poraził go prąd.

Bez słowa wstaje i szybko wychodzi.

Rozdział 6

Słyszę dudnienie kroków na drewnianych schodach. Drzwi do domu otwierają się i zatrzaskują. Chwilę później za oknem miga skrawek skrzydła. Raffe wzbił się w powietrze.

Zamykam oczy w poczuciu straszliwego upokorzenia.

Jak to możliwe, że człowiek wciąż odczuwa zawstydzenie, kiedy świat legł w gruzach w rezultacie gigantycznej biblijnej jatki?

Leżę w nieskończoność, próbując wymazać całe zdarzenie z pamięci. Niestety nie potrafię. W głowie mam potworny mętlik. Niby rozumiem. Nie powinien… Córa człowiecza… i tak dalej.

Czy naprawdę wszystko musi być takie skomplikowane? Wzdycham wpatrzona w biały sufit.

Przeleżałabym tak pewnie cały dzień, gdybym nie zerknęła na drzwi, których Raffe nie zamknął za sobą. Drzwi do sypialni Paige po drugiej stronie korytarza są otwarte, a jej łóżko jest puste.

Siadam.

– Paige?

Brak odpowiedzi. Biorę tenisówki i wkładam je, idąc korytarzem.

– Paige?

W domu panuje cisza. Paige nie ma w kuchni ani w jadalni, ani w salonie. Wyglądam przez okno.

Bingo! Leży zwinięta na ziemi obok Beliala, który wciąż jest przykuty do bramy.

Wybiegam na zewnątrz.

– Paige? Wszystko w porządku?

Unosi głowę i spogląda na mnie zaspanym wzrokiem, intensywnie mrugając. Serce przestaje mi łomotać; rozluźniam się, wypuszczając powietrze z płuc.

– Co tu robisz?

Pilnuję, aby trzymać się poza zasięgiem Beliala. Paige również leży w bezpiecznej odległości od demona. Może i odczuwa do niego dziwne przywiązanie, ale głupia nie jest.

Belial się nie rusza. Miejsca, gdzie Paige odgryzła mu fragmenty ciała, nie zagoiły się jeszcze i pozostają czerwone, ale już nie krwawią. Jestem w zasadzie pewna, że paraliż ustąpił, choć demon nie poruszył się od czasu, gdy uciekliśmy z gniazda.

Jego skóra jest pomarszczona. Oddycha chrapliwie, jakby miał uszkodzone płuca. Sądziłam, że szybciej się zregeneruje. Jedynie wodzi za nami spojrzeniem, czujnym i wrogim.

Chwytam siostrę pod ręce i stawiam na nogi. Jakiś czas temu dźwigałam ją z coraz większym trudem, ale po Wielkim Ataku sytuacja się zmieniła. Teraz waży tyle co wypchana lalka.

Wyślizguje się z mojego uścisku. Wydaje z siebie płaczliwe odgłosy zaspanego niemowlaka, dając wyraźnie do zrozumienia, że nie chce nigdzie iść. Wyciąga ręce w stronę Beliala. Ten uśmiecha się szyderczo. Odnoszę wrażenie, że jej niekonsekwentne nastawienie do niego ani mu nie przeszkadza, ani go nie dziwi.

– Twój głos wydaje się znajomy – mówi Belial. Nie drgnęła mu nawet powieka. Wygląda jak trup, który może poruszać oczami i ustami. – Gdzie cię już widziałem?

Przechodzą mnie ciarki na myśl, że zareagował tak samo jak ja, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam go skutego łańcuchami.

Wycofuję się, ciągnąc za sobą Paige.

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji

Rozdział 7

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 8

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 9

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 10

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 11

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 12

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 13

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 14

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 15

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 16

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 17

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 18

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 19

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 20

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 21

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 22

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 23

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 24

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 25

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 26

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 27

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 28

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 29

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 30

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 31

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 32

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 33

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 34

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 35

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 36

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 37

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 38

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 39

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 40

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 41

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 42

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 43

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 44

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 45

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 46

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 47

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 48

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 49

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 50

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 51

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 52

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 53

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 54

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 55

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 56

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 57

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 58

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 59

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 60

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 61

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 62

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 63

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 64

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 65

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 66

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 67

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 68

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 69

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 70

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Epilog

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Podziękowania

Rozdział dostępny w pełnej wersji

TYTUŁ ORYGINAŁU:

End of Days

Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska

Wydawczynie: Agnieszka Nowak, Maria Mazurowska

Redakcja: Agnieszka Trzebska-Cwalina

Korekta: Olga Gorczyca-Popławska, Ewelina Czajkowska

Projekt okładki: © Urszula Gireń

Text copyright © 2013 by Feral Dream LLC

Copyright © 2025 for the Polish edition by Young an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Jacek Konieczny, 2025

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2025

ISBN 978-83-8417-027-4

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Angelika Kuler-Duchnik