Penryn i świat po. Angelfall. Tom 2 - Susan Ee - ebook + audiobook

Penryn i świat po. Angelfall. Tom 2 ebook i audiobook

Susan Ee

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

86 osób interesuje się tą książką

Opis

Drugi tom kultowej trylogii fantasy – Angelfall!

W świecie pogrążonym w chaosie po anielskiej apokalipsie ci, którym udało się przeżyć, zrobią wszystko, żeby przetrwać.

Penryn staje przed nowym wyzwaniem, gdy grupa ludzi porywa jej siostrę. Dziewczyna przemierza ulice San Francisco w poszukiwaniu Paige. Dlaczego ulice są takie puste? Gdzie się wszyscy podziali? Jej poszukiwania prowadzą ją w samo serce sekretny ch planów aniołów. Penryn odkrywa ich motywacje i dowiaduje się, do jak przerażających czynów są gotowe się posunąć i jak bezwzględne potrafią być.

Raffe, anioł rozdarty między swoją naturą a nowo odkrytymi uczuciami, staje przed trudnym wyborem: odzyskać utracone skrzydła i pozycję w anielskiej społeczności czy pozostać u boku Penryn, by ją chronić?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 351

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 45 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Produkcja: www.maxx-audio.com

Oceny
4,4 (20 ocen)
11
6
3
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
koktajlhere

Dobrze spędzony czas

Ta część podobała mi się bardziej
00
czytelniczka2222

Dobrze spędzony czas

Cudowna seria.
00
Odzinka

Nie oderwiesz się od lektury

Trzyma poziom pierwszej części. Bardzo mi się podobała i lecę po trzecią część.
00
Ckazia3

Nie oderwiesz się od lektury

:)
00
Marta12445

Nie oderwiesz się od lektury

Część tak samo świetna jak pierwsza,po prostu polecam.
00

Popularność




Karta tytułowa

Dedykuję pierwszym czytelnikom i czytelniczkom Angelfall. Dziękuję, że poczuliście się uskrzydleni.

Ostrzeżenie

W książce znajdziecie brutalne opisy walk i przemocy, a także sceny, które mogą odrzucić niektórych czytelników.

Rozdział 1

Wszyscy myślą, że umarłam.

Leżę w otwartym łożu ciężarówki, opierając głowę na kolanach matki. Słabe światło brzasku wydobywa bruzdy na jej pogrążonej w żałobie twarzy. Dudnienie silnika przeszywa wibracjami moje bezwładne ciało. Znajdujemy się w konwoju ruchu oporu. Kilka wojskowych pojazdów, furgonetek i SUV-ów jedzie powoli, lawirując między porzuconymi na drodze samochodami. Oddalamy się od San Francisco. Za naszymi plecami ostoja czy też gniazdo aniołów się dopala, zniszczone podczas ataku partyzantów.

Witryny sklepów pozaklejano gazetami, przez co ulica przypomina korytarz pamięci Wielkiego Ataku. Nie muszę czytać nagłówków, wiem, czego dotyczą. W pierwszych dniach, kiedy reporterzy wciąż nadsyłali korespondencję z różnych zakątków świata, pochłanialiśmy każde słowo podawane przez media.

PARYŻ W PŁOMIENIACH, NOWY JORK POD WODĄ, MOSKWA ZNISZCZONA

KTO ZASTRZELIŁ GABRIELA, POSŁAŃCA BOŻEGO?

KULE NIE IMAJĄ SIĘ ZWINNYCH ANIOŁÓW

LIDERZY PAŃSTW W ROZSYPCE

KONIEC ŚWIATA

Mijamy trzy łyse postacie owinięte płachtami szarego materiału. Rozklejają poplamione i pomięte ulotki jednego z kultów wieszczących nadejście apokalipsy. Ciekawe, jak szybko każdy ocalały znajdzie się w jednym z ulicznych gangów, w sekcie albo w ruchu oporu. Chyba nawet koniec świata nie stłumił naszej potrzeby łączenia się w grupy.

Członkowie kultu nieruchomieją na chodniku i odprowadzają wzrokiem naszą wyładowaną ludźmi ciężarówkę.

Jako rodzina wyglądamy pewnie skromniutko – przerażona kobieta, ciemnowłosa nastolatka i siedmioletnia dziewczynka wśród uzbrojonych mężczyzn. W innych okolicznościach kojarzyłybyśmy się pewnie z owieczkami pośrodku stada wilków, ale teraz odznaczamy się swego rodzaju „prezencją”.

Jadą z nami uzbrojeni mężczyźni w maskujących uniformach. Kilku wciąż trzyma karabiny wycelowane w niebo. Niektórzy niedawno dołączyli do ruchu oporu. Ich ciała zdobią prymitywne tatuaże, które wykonali jako członkowie gangów. Okaleczyli się, by w ten sposób upamiętnić zabitych przeciwników.

Mimo to zachowują bezpieczny dystans.

Mama kiwa się w przód i w tył. Robi to nieprzerwanie, odkąd godzinę temu opuściliśmy wstrząsane eksplozjami gniazdo aniołów. Monotonnie nuci jakąś pieśń w niezrozumiałym języku. Jej głos wznosi się i opada, jakby toczyła zażartą dyskusję z Bogiem. A może z diabłem.

Łza odrywa się od jej brody i ląduje na moim czole. Wiem, że matka umiera z żalu. Z żalu po mnie, swojej siedemnastoletniej córce, której zadaniem było zapewnienie rodzinie bezpieczeństwa.

Matka sądzi, że na jej kolanach spoczywają zwłoki przyniesione przez diabła. Prawdopodobnie nigdy nie zdoła wymazać z pamięci obrazu mojego zwiotczałego ciała spoczywającego w ramionach Raffego, zza którego pleców wyłaniały się skrzydła demona podświetlone przez płomienie.

Ciekawe, jak zareagowałaby na informację, że Raffe jest w rzeczywistości aniołem, któremu podstępem przyszyto skrzydła demona. Czy zdziwiłoby ją to bardziej niż wiadomość, że wcale nie umarłam, a jedynie pogrążyłam się w osobliwym paraliżu po tym, jak użądlił mnie skorpionowaty potwór? Prawdopodobnie uznałaby to za wymysły równie wielkiego szaleńca jak ona.

Młodsza siostra siedzi jak skamieniała u moich stóp. Patrzy przed siebie beznamiętnym wzrokiem i ma idealnie wyprostowane plecy mimo nieustannego kołysania wykonującej skręty ciężarówki. Zupełnie jakby się wyłączyła.

Wszyscy twardziele jadący z nami na pace zerkają ukradkiem w jej stronę jak mali chłopcy wystawiający głowy spod kołdry. Paige przypomina pozszywaną lalkę z horroru. Wolę nawet nie myśleć o tym, przez co musiała przejść. Chciałabym wiedzieć więcej, ale w pewnym sensie cieszę się, że nie wiem.

Biorę głęboki wdech. Prędzej czy później będę musiała się podnieść. Nie mam wielkiego wyboru – trzeba zmierzyć się ze światem. Paraliż całkowicie ustąpił. Wątpię, abym była zdolna do walki albo jakiegokolwiek wysiłku, ale poruszać się już chyba mogę.

Siadam.

No wiem… Okrzyki przerażenia w ogóle nie powinny zaskakiwać.

Najgłośniej krzyczy matka. Jej twarz zamiera w przerażeniu, oczy rozszerzają się do nieprawdopodobnych rozmiarów.

– Wszystko w porządku – mówię. – Wszystko w porządku.

Słowa wypowiadam niewyraźnie, ale na szczęście nie bełkoczę jak zombie.

Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie otrzeźwiająca myśl, która właśnie rodzi się w mojej głowie: żyjemy w świecie, w którym osoba zachowująca się tak jak ja teraz mogłaby zostać uznana za groźne dziwadło i zabita.

Wyciągam ręce w uspokajającym geście. Mówię coś, ale słowa giną w fali krzyków. Najwyraźniej panika na tak niewielkiej przestrzeni przenosi się jak wirus.

Podróżujący napierają na siebie, próbując przesunąć się na tył ciężarówki. Niektórzy byliby chyba nawet gotowi wyskoczyć z jadącego pojazdu.

Jakiś żołnierz o pryszczatej twarzy wymierza we mnie karabin. Trzyma go w taki sposób, jakby ogarnęło go przerażenie, że będzie musiał pierwszy raz w życiu kogoś zabić.

Całkowicie zlekceważyłam natężenie atawistycznego lęku wśród tych ludzi. Stracili przecież wszystko: rodziny, poczucie bezpieczeństwa, Boga.

A teraz ożywione ciało wyciąga ręce w ich stronę.

– Nic mi nie jest – mówię powoli, możliwie najwyraźniej. Wytrzymuję spojrzenie żołnierza, aby wiedział, że nie dzieje się ze mną nic nadprzyrodzonego. – Żyję.

Albo sytuacja się rozładuje, albo zaraz zdmuchnie mnie grad pocisków. Na plecach wciąż mam miecz Raffego, niemal całkowicie ukryty pod kurtką. Dodaje mi pewności, choć oczywiście nie powstrzymałby kul.

– Wyluzujcie – kontynuuję spokojnym tonem. Staram się nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. – Byłam po prostu nieprzytomna. To wszystko.

– Byłaś martwa – mówi pobladły żołnierz, na oko mój rówieśnik.

Ktoś uderza w dach ciężarówki.

Wszyscy podskakujemy. Na szczęście żołnierz nie pociąga przez przypadek za spust.

Okienko szoferki się otwiera i do środka wsuwa się głowa Dee. Ma surową minę, ale trudno traktować go zbyt poważnie z powodu rudych włosów i chłopięcych piegów.

– Hej! Zostawcie martwą dziewczynę w spokoju. Jest własnością ruchu oporu.

– No właśnie – dopowiada jego brat bliźniak, Dum. – Potrzebujemy jej do autopsji i innych takich. Myślicie, że tak łatwo znaleźć dziewczynę zabitą przez księżniczkę demonów?

Jak zwykle nie potrafię odróżnić bliźniaków, więc losowo przydzielam im w myślach imiona.

– Wprowadzamy zakaz zabijania martwej dziewczyny – oświadcza Dee. – Żołnierzu! Do ciebie mówię.

Wskazuje palcem chłopaka z karabinem i posyła mu surowe spojrzenie. Ktoś mógłby pomyśleć, że wygląd budzący skojarzenia z McDonaldowym klaunem i przezwiska w rodzaju Tweedledee i Tweedledum powinny pozbawić chłopaków jakiegokolwiek autorytetu, tymczasem oni dysponują niecodzienną umiejętnością przechodzenia w ułamku sekundy od żartów do pełnej powagi.

A przynajmniej mam nadzieję, że żartowali z tą autopsją.

Ciężarówka zatrzymuje się na parkingu, dzięki czemu przestaję znajdować się w centrum uwagi. Wszyscy rozglądają się po okolicy.

Budynek z czerwonej cegły wygląda znajomo. Nie chodziłam tu, ale szkołę średnią w Palo Alto, pieszczotliwie zwaną Paly High, widziałam wielokrotnie.

Nasz konwój kilku ciężarówek i SUV-ów zatrzymuje się właśnie tutaj. Żołnierz nie przestaje bacznie mnie obserwować, ale opuszcza broń.

Kiedy wszystkie pojazdy zajeżdżają na parking, zauważam, że wzbudzam zainteresowanie wielu osób z innych samochodów. Widzieli mnie w ramionach istoty ze skrzydłami demona. Sądzili, że nie żyję. Zażenowana, siadam na ławce obok siostry.

Jakiś mężczyzna wyciąga rękę, aby dotknąć mojego ramienia. Może chce sprawdzić, czy jest ciepłe, jak u żywego człowieka, czy zimne, jak u umarlaka?

Z twarzy Paige natychmiast znika beznamiętne spojrzenie – zastępuje je zwierzęcy warkot. Skacze w stronę mężczyzny. Jakby na potwierdzenie groźby błyskają zęby ostre jak brzytwy.

Mężczyzna się cofa. Twarz Paige przybiera z powrotem beznamiętny wyraz, a ciało nieruchomieje, jakby była lalką.

Mężczyzna wodzi wzrokiem między mną a nią, szukając wyjaśnienia, którego sama nie potrafiłabym udzielić. Zgromadzeni na parkingu widzieli zajście i również się w nas wpatrują.

Witamy ponownie w galerii dziwadeł.

Rozdział 2

Przyzwyczaiłyśmy się z Paige, że ludzie się na nas gapią. Ja to ignorowałam, a ona uśmiechała się do ciekawskich z poziomu wózka inwalidzkiego. Niemal zawsze odpowiadali jej uśmiechem. Mało kto potrafił się oprzeć urokowi Paige.

Tak było dawniej.

Matka znów zaczyna mówić językami. Tym razem zawodzi, jakby się do mnie modliła. Gardłowe niby-słowa słychać wyraźnie na tle szeptów innych ludzi. Matka potrafi przyprawić wszystkich o gęsią skórkę nawet w mglisty poranek.

– No dobra, ruszamy – zarządza Abi.

Ma co najmniej sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, szerokie bary i umięśnione ciało, spośród innych przywódców ruchu oporu wyróżniają go pewność siebie i władcze spojrzenie. Wszyscy słuchają jego poleceń, kiedy przechodzi obok kolejnych ciężarówek i SUV-ów. Wygląda jak prawdziwy dowódca na froncie.

– Wysiadajcie i wchodźcie do budynku. W miarę możliwości unikajcie przebywania pod gołym niebem.

Ludzie przestają się na nas gapić i zeskakują z ciężarówek. Ci z naszej rozpychają się, aby jak najszybciej się od nas oddalić.

– Jak wszyscy wysiądą – woła Abi do kierowców – ustawcie pojazdy w pewnej odległości od siebie, ale na tyle blisko, żeby były łatwo dostępne. Ukryjcie je między unieruchomionymi wozami albo w miejscach trudno widocznych z powietrza.

Przechodzi przez rzekę uchodźców i żołnierzy, wskazując kierunek tym, którzy wyglądają na zagubionych.

– Nie chcę, aby cokolwiek sugerowało, że ktoś tu mieszka. – Abi przystaje, widząc Dee i Duma stojących obok siebie i wpatrujących się w nas. – Panowie – woła, wyrywając ich z transu. Spoglądają w jego stronę. – Pokażcie, proszę, nowym rekrutom, dokąd mają iść i co robić.

– Tak jest – odpowiada Dee i z chłopięcym uśmiechem wykonuje dziecinny salut.

– Nowi! – woła Dum. – Kto nie wie, co robić, idzie z nami.

– Tylko z życiem, ludzie, z życiem! – pogania ich Dee.

Rozumiem, że chodzi również o nas. Wstaję sztywno i odruchowo wyciągam ręce ku siostrze. Zanim zdążę jej dotknąć, nieruchomieję, jakbym instynktownie uznała ją za niebezpieczne zwierzę.

– Paige, idziemy.

Chyba nie wiedziałabym, co zrobić, gdyby się nie poruszyła, ale ona wstaje i podąża za mną. Czy kiedykolwiek przyzwyczaję się do tego, że potrafi chodzić?

Mama idzie za nami, choć nie przerywa zawodzenia. Robi to chyba nawet głośniej i żarliwiej niż wcześniej.

We trzy dołączamy do strumienia nowicjuszy podążających za bliźniakami.

Dum kroczy tyłem i przemawia:

– Wracamy do szkoły średniej, gdzie jak za młodych lat będziemy musieli wykazać się silnym instynktem przetrwania. Jeżeli poczujecie nieodpartą potrzebę napisania czegoś na ścianie albo przyłożenia dawnemu nauczycielowi, zróbcie to w miejscu, w którym nie zobaczą was żadne ptaszki.

Mijamy główny budynek z czerwonej cegły. Z ulicy szkoła wydaje się mała, ale za frontem rozciąga się kampus nowoczesnych budowli połączonych zadaszonymi przejściami.

– Jeżeli ktoś jest ranny, niech usiądzie w tej oto pięknej klasie. – Dee otwiera najbliższe drzwi i zagląda do środka. Stoi tam naturalnych rozmiarów szkielet. – W czasie oczekiwania na lekarza towarzystwa dotrzyma wam Kostek.

– A jeżeli ktoś z was jest lekarzem – dodaje Dum – pacjenci już czekają.

– Czy to wszyscy? – pytam. – Nikt poza nami nie ocalał?

Dee zerka na Duma.

– Czy dziewczynom zombie wolno się w ogóle odzywać?

– Tylko jeżeli są urocze i gotowe do toczenia pojedynków w błocie z innymi dziewczynami zombie.

– Chłopie… W dziesiątkę trafiłeś.

– Obrzydliwość – stwierdzam i spoglądam na nich z ukosa.

Tak naprawdę cieszę się, że nie przeraziło ich moje zmartwychwstanie.

– Penryn, no przecież nie wybralibyśmy naprawdę nadgniłych panienek, tylko takie jak ty, świeżo powstałe z martwych.

– No i w podartych ubraniach i w ogóle.

– Bo jesteśmy spragnieni cycuuuuuszków.

– Miał na myśli: móżdżków.

– Tak właśnie.

– Moglibyście mimo wszystko odpowiedzieć na pytanie? – wtrąca się jakiś gość w okularach. Wyraźnie nie ma ochoty na żarty.

– Jasne – mówi Dee poważnym tonem. – Szkoła pełni funkcję punktu zbornego. Dołączą do nas inni.

Ruszamy dalej w bladym słońcu. Gość w okularach przesuwa się na koniec pochodu.

Dum nachyla się do Dee i mówi mu do ucha, choć na tyle głośno, że słyszę: „Chcesz się założyć, że jako pierwszy obstawiłby wynik pojedynku dziewczyn zombie?”.

Uśmiechają się do siebie szeroko, unosząc brwi.

Październikowy wiatr wdziera się pod moją bluzkę. Odruchowo spoglądam w niebo, szukając wzrokiem pewnego anioła z nietoperzymi skrzydłami i przewidywalnym poczuciem humoru. Przesuwam butem przez nieskoszoną trawę i zmuszam się do opuszczenia głowy.

Szyby w oknach w klasie są oklejone ulotkami i informacjami na temat wymogów dla kandydatów na różne uczelnie. Na półkach ustawiono prace uczniów. Każdy wolny centymetr zajmują figurki z gliny, drewna i papier mâché w najróżniejszych kolorach i stylach. Niektóre są naprawdę dobre, co napawa mnie smutkiem – upłynie wiele czasu, zanim dzieci powrócą do twórczości plastycznej.

Przemierzamy kolejne korytarze. Bliźniaki nie opuszczają nas trzech na krok, ja z kolei trzymam się nieco z tyłu, wychodząc z założenia, że powinnam mieć Paige na widoku. Porusza się sztywno, jakby nie przyzwyczaiła się jeszcze do chodzenia na własnych nogach. Ja również czuję się nieswojo i nie przestaję myśleć o niezdarnie wykonanych szwach, które pokrywają jej ciało, upodobniając ją do laleczki voodoo.

– To naprawdę twoja siostra? – pyta Dee cicho.

– Tak.

– Ta, dla której ryzykowałaś życie?

– Tak.

Bliźniacy kiwają uprzejmie głowami jak ludzie, którzy nie chcą powiedzieć czegoś nieprzyjemnego.

– Z waszą rodziną lepiej? – pytam.

Dee i Dum spoglądają na siebie oceniającym wzrokiem.

– Nie… – mówi Dee.

– Niespecjalnie – wtóruje mu Dum.

* * *

Naszym nowym domem jest sala historyczna. Na ścianach wiszą plakaty poświęcone różnym rozdziałom w dziejach ludzkości: Mezopotamia, piramida Cheopsa w Gizie, imperium osmańskie, dynastia Ming. I czarna śmierć.

W szkole uczono mnie, że czarna śmierć zabiła trzydzieści sześć procent populacji Europy. Wtedy nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. Wydawało się to zupełnie nierzeczywiste.

Nad plakatami zawieszono, co osobliwe, zdjęcie astronauty na Księżycu z niebieską Ziemią wyłaniającą się znad linii horyzontu za jego plecami. Ilekroć patrzę na tę naszą niebiesko-białą kulkę w przestrzeni kosmicznej, myślę sobie, że musi to być najpiękniejszy świat w kosmosie.

Tyle że teraz wydaje się jednocześnie odrealniony.

Z zewnątrz dobiega warkot kolejnych ciężarówek wtaczających się na parking. Podchodzę do okna. Mama zaczyna przesuwać ławki i krzesła na jedną stronę sali. Wyglądam i widzę bliźniaków wprowadzających do szkoły kolejną grupę oszołomionych nowicjuszy.

Gdzieś z tyłu słyszę głos Paige. Mówi: „Głodna”.

Nieruchomieję i wpycham najróżniejsze okropne myśli do sejfu głęboko w głowie.

Widzę Paige w odbiciu w szybie. W tej niewyraźnej, nieziemskiej wizji moja siostra spogląda na mamę jak każde dziecko spragnione posiłku. Ale szyba wypacza obraz, zniekształcając głowę, powiększając szwy i wydłużając zęby ostre jak brzytwy.

Mama pochyla się i głaszcze swoje dziecko po włosach. Zaczyna nucić ekspiacyjną pieśń.

Rozdział 3

Kładę się na łóżku polowym w kącie sali. Leżę na plecach, oparta o ścianę, dzięki czemu widzę całe pomieszczenie, skąpane w świetle księżyca.

Moja siostrzyczka leży na łóżku pod ścianą naprzeciwko mnie. Przykryta kocem, wygląda niepozornie pod plakatami z wielkimi postaciami historycznymi: Konfucjuszem, Florence Nightingale, Gandhim, Helen Keller i Dalajlamą XIV.

Czy gdybyśmy nie żyły w Świecie Po, zostałaby kimś równie wielkim?

Matka siedzi po turecku przy łóżku córki, nucąc swoją pieśń. Próbowałyśmy nakarmić Paige dwoma rzeczami zdobytymi w pogrążonej w chaosie stołówce, która do rana ma się zamienić w kuchnię. Wypluła zarówno zupę z puszki, jak i batonik proteinowy.

Wiercę się, szukając pozycji, w której rękojeść miecza nie będzie mnie dźgać w żebra. Trzymam go na plecach, bo chcę zapobiec sytuacji, w której ktoś spróbuje go wziąć do ręki i odkryje, że jestem jedyną osobą zdolną unieść tę broń. Naprawdę nie mam teraz głowy do wyjaśniania, w jaki sposób weszłam w posiadanie anielskiego oręża.

Bo przecież nie dlatego śpię z mieczem, że w klasie znajduje się moja siostra. W żadnym razie.

Nie ma to również nic wspólnego z Raffem. Miecz to nie jedyna pamiątka, jaka pozostała mi po wspólnych chwilach. Moje ciało pokrywa dostatecznie wiele ran i blizn, abym znakomicie pamiętała dni spędzone w towarzystwie anioła, mojego wroga.

Którego prawdopodobnie już nigdy nie zobaczę.

Na razie nikt o niego nie zapytał. Nastały takie czasy, że ludzie nie zadają pytań.

Uciszam myśli i zamykam oczy.

Siostra wydaje kolejny jęk, który rozbrzmiewa na tle mruczenia matki.

– Śpij, Paige – mówię.

Ku mojemu zaskoczeniu siostra zaczyna oddychać spokojniej i się odpręża. Sama biorę głęboki oddech i zamykam oczy.

Melodia nucona przez matkę stopniowo zanika.

* * *

We śnie powracam na miejsce masakry w lesie. Stoję pod dawnym obozem ruchu oporu, tam, gdzie zginęli żołnierze, którzy próbowali obronić się przed pomniejszymi demonami.

Krew skapuje z gałęzi i bębni po suchych liściach niczym krople deszczu. We śnie nie widzę żadnego z ciał, które powinny się tu znajdować, brakuje też przerażonych żołnierzy, którzy zbili się wtedy w gromadkę, mierząc z karabinów we wszystkie strony.

Znalazłam się po prostu na polanie ociekającej krwią.

Pośrodku stoi Paige.

Ma na sobie staromodną sukienkę w kwiaty, taką samą, jak jedna w dziewczynek wiszących na gałęzi. Włosy i sukienka przesiąkły krwią. Nie wiem, co sprawia mi większy ból – widok krwi czy pozszywanych ran pokrywających twarz.

Wyciąga ku mnie rękę w takim geście, jakby chciała mnie podnieść – choć przecież ma zaledwie siedem lat.

Jestem w zasadzie pewna, że moja siostra nie brała udziału w tamtej masakrze, mimo to stoi teraz przede mną na polanie. Z głębi lasu dobiega głos matki: „Spójrz jej w oczy. Są takie same jak dawniej”.

Nie potrafię się przemóc. Nie potrafię na nią spojrzeć. Jej oczy wcale nie są takie same. Nie mogą być.

Odwracam się i uciekam.

Łzy płyną mi ciurkiem po policzkach. Wołam w las: „Paige!”, oddalając się od dziewczynki na polanie.

Głos mi się załamuje.

„Nadchodzę. Wytrzymaj. Wkrótce będę przy tobie”.

Ale jedynym dowodem istnienia mojej siostry jest chrzęst liści. Nowa Paige podąża za mną przez zarośla niczym cień.

Rozdział 4

Po przebudzeniu widzę, że mama wygrzebuje coś z kieszeni swetra. Na parapecie okna, przez które do klasy przesącza się poranne światło, kładzie żółto-brązową masę i pokruszone skorupki jajek. Obchodzi się z tym dość ostrożnie, pilnując, aby paskudztwo trafiło, gdzie trzeba.

Paige oddycha miarowo i chyba szybko się nie obudzi. Próbuję otrząsnąć się z resztek snu, ale kilka drobinek uparcie się mnie trzyma.

Rozlega się pukanie.

Drzwi się otwierają i do klasy wsuwa się piegowata twarz jednego z bliźniaków. Nie potrafię rozpoznać którego, więc traktuję go jako Dee-Duma. Marszczy nos, wyczuwając zapach zgniłych jajek.

– Abi chce cię widzieć. Ma kilka pytań.

– Świetnie – mówię sennym głosem.

– Chodź, chodź. Będzie fajnie. – Posyła mi przesadnie promienny uśmiech.

– A jeśli nie mam ochoty na rozmowę?

– Lubię cię, mała – mówi. – Jesteś buntowniczką. – Opiera się o futrynę i kiwa z aprobatą głową. – Ale jeśli mam być szczery, nikt nie ma obowiązku cię karmić, zapewniać ci dachu nad głową, chronić cię, być dla ciebie miłym, traktować jak człowieka…

– Okej, okej. Łapię. – Zwlekam się z łóżka, zadowolona, że spałam w T-shircie i szortach. Miecz ląduje z łoskotem na podłodze. Zapomniałam, że leżał przy mnie pod kocem.

– Ciii! Obudzisz Paige – szepcze matka.

Paige natychmiast otwiera oczy. Leży jak nieboszczyk, wpatrzona w sufit.

– Ładny miecz – rzuca Dee-Dum nieco zbyt swobodnym tonem.

W mojej głowie odzywa się alarm. Prawie tak dobry jak oścień. Niemal oczekuję, że mama dźgnie go swoim, który wisi niewinnie na ramie łóżka.

Ogarnia mnie kolejna fala poczucia winy, kiedy zdaję sobie sprawę, jak bardzo się cieszę, że mama ma oścień. Tak na wypadek, gdyby musiała bronić się przed… ludźmi.

Większość z nich nosi przy sobie jakąś mniej lub bardziej prowizoryczną broń. Miecz należy do lepszych, więc na szczęście nie muszę tłumaczyć, dlaczego w ogóle mam go przy sobie. A jednak z jakiegoś powodu przyciąga więcej uwagi, niżbym chciała. Podnoszę go i przypinam, aby zniechęcić Dee-Duma do jakichkolwiek prób zaznajamiania się z nim.

– Nazwałaś go jakoś? – pyta.

– Kogo?

– Swój miecz. – Mówi to takim tonem, jakim ja powiedziałabym: „To oczywiste”.

– Błagam. Ty też?

Przeglądam przypadkową kolekcję ubrań poznajdywanych przez mamę zeszłej nocy. Przyniosła również masę butelek po coli i innych śmieci, które wytrzasnęła nie wiadomo skąd. Tego stosu nie ruszam.

– Znałem jednego gościa, który miał katanę.

– Ka-co?

– Japoński miecz samurajski. Cudeńko. – Chwyta się za serce, jakby był zakochany. – Nazwał go Światło. Sprzedałbym babcię w niewolę, żeby dostać coś takiego.

Kiwam głową, jakbym doskonale go rozumiała.

– Mogę nazwać twój miecz?

– Nie. – Wciągam dżinsy i jedną skarpetkę.

– Dlaczego nie?

– Bo już ma imię. – Przeglądam stertę rzeczy w poszukiwaniu drugiej skarpetki.

– Jakie?

– Miś Pooky.

Przyjazny wyraz znika z twarzy Dee-Duma.

– Swój kolekcjonerski, zajefajny miecz przeznaczony do okaleczania i zabijania, zaprojektowany specjalnie do powalania ogromniastych wrogów i wzbudzania lamentów ich kobiet, nazywasz Misiem Pooky?

– Tak właśnie. Podoba ci się?

– Już same tego rodzaju żarty są zbrodnią przeciwko naturze. Rozumiesz to, prawda? Z całych sił staram się nie wygłosić teraz żadnej antydziewczyńskiej uwagi, ale naprawdę mi to utrudniasz.

– No wiem, masz rację. – Wzruszam ramionami. – Może nazwę go Myszka albo Błyskotka. Co myślisz?

Posyła mi takie spojrzenie, jakby uważał mnie za bardziej szaloną od mojej matki.

– A może coś ci się pomyliło? Chodzi nie o miecz, tylko o kotka?

– Ciekawe, czy znajdę gdzieś różową pochwę dla mojego Misia Pooky. Może wysadzaną błyszczącymi kamykami? Co? Przesadzam?

Wychodzi, kręcąc głową.

Jakże łatwo go podpuścić. Nieśpiesznie się przebieram i dopiero po dłuższej chwili wychodzę za Dee-Dumem.

Korytarz sprawia wrażenie równie zatłoczonego jak stadion w dniu najważniejszego meczu sezonu.

Dwóch mężczyzn w średnim wieku dokonuje wymiany: pióro za fiolkę lekarstw na receptę. W Świecie Po będzie to chyba odpowiednik zakupu działki narkotyków w czasach przed atakiem aniołów. Inny pokazuje na rozwartej dłoni coś przypominającego mały palec, ale cofa gwałtownie rękę, gdy drugi chce dotknąć towaru. Zaczynają się spierać szeptem.

Mija mnie para kobiet pochylonych nad kilkoma puszkami zupy, choć z ich min można by wyciągnąć wniosek, że trzymają dzbanek złota. Przedzierają się przez korytarz, zerkając nerwowo na wszystkich. Obok głównych drzwi dwoje ludzi z dopiero co ogolonymi głowami przykleja na szybie ulotki na temat apokalipsy.

Nieskoszony trawnik przed budynkiem przykrywa warstwa śmieci nanoszonych przez wiatr. Ktokolwiek spojrzałby na budynek z góry, uznałby go za opuszczony jak pozostałe.

Dee-Dum opowiada, że wszyscy już żartują, bo najwyżsi rangą liderzy ruchu oporu zajęli pokój nauczycielski, a Abi rozlokował się w gabinecie dyrektora. Idziemy przez dziedziniec ku budynkowi z czerwonej cegły, trzymając się zadaszonego przejścia, nawet jeśli oznacza to nadłożenie drogi.

Tam w holu i na korytarzach panuje jeszcze większy tłok, ale ludzie przynajmniej wydają się wykonywać konkretne zadania. Jakiś facet śpieszy korytarzem, ciągnąc za sobą kable. Kilka osób przenosi biurka i krzesła z jednej sali do drugiej.

Nastolatek pcha przed sobą wózek ze stosem kanapek i dzbankami z wodą. Ludzie biorą je, jakby praca w budynku uprawniała ich do przywłaszczenia sobie rozwożonego jedzenia i napojów.

Dee-Dum chwyta dwie kanapki i podaje mi jedną. W ten prosty sposób staję się członkiem wewnętrznego kręgu.

Pożeram śniadanie, zanim ktoś zauważy, że jestem tu obca. O mały włos nie zadławiam się jednym z kęsów, kiedy dostrzegam pewną prawidłowość.

W tym budynku żołnierze są uzbrojeni w karabiny o wyjątkowo długich lufach. Zupełnie jakby miały tłumiki, jakie na filmach zabójcy przykręcają do swojej broni.

W czasie ataku aniołów hałas nie ma znaczenia, ponieważ starcie oznacza, że i tak zlokalizowały przeciwnika. Co innego, kiedy strzela się do ludzi…

Jedzenie, które jeszcze chwilę wcześniej miało urok rozkosznego smakołyku, nabiera nagle posmaku zimnej, oślizgłej mielonki włożonej między twarde jak skała kromki chleba.

Dee-Dum przeciska się przez drzwi.

– …zawalanka – mówi głos w pokoju.

Ludzie siedzą przed komputerami umieszczonymi na biurkach ustawionych w kilku rzędach, całkowicie pochłonięci obrazami wyświetlanymi na monitorach. Nie widziałam niczego podobnego od czasu ataku. Niektórzy wyglądają doprawdy zjawiskowo, ponieważ okularom na nosach towarzyszą gangsterskie tatuaże w kształcie diabelskich rogów.

Inni podłączają kolejne komputery, ktoś wtacza wielki telewizor i ustawia go przed tablicą. Ruch oporu najwyraźniej dysponuje stałym źródłem zasilania, przynajmniej na potrzeby tego pokoju.

W centrum tego kłębowiska krąży Abi. Podąża za nim gromadka ludzi czekających na akceptację w jakichś sprawach. Kilka osób w sali jednym okiem popatruje na niego, a drugim na coś innego.

Abiemu towarzyszy Boden. Nos ma wciąż opuchnięty i stłuczony po naszej bójce sprzed kilku dni. Może zacznie wreszcie traktować innych jak ludzi, zamiast ich zastraszać – nawet drobne dziewczynki, które wydają się łatwym celem.

– To była korekta planów, a nie zawalanka – mówi Boden. – A już na pewno nie ma mowy o żadnej „zdradzie ludzkości”. Ile razy mam to powtarzać?

Ze zdumieniem widzę przy drzwiach kosz z batonikami. Dee-Dum bierze dwa i podaje mi jeden. Trzymam w dłoni snickersa i wiem, że trafiłam do miejsca przeznaczonego dla wybrańców.

– Falstart trudno nazwać korektą planów, Boden – mówi Abi, wpatrując się w dokument, który podał mu jeden z wyprostowanych jak struna żołnierzy. – Jak mamy wcielać w życie wojskową strategię, skoro jeden z żołnierzy zmienia czas rozpoczęcia akcji tylko dlatego, że nie potrafił utrzymać języka za zębami i wszystko wygadał? Każdy tułacz z ulicy i każda hotelowa dziwka wiedzieli o naszej akcji.

– Ale to nie była…

– Twoja wina – kończy za niego Abi. – Wiem. Powtarzasz to do znudzenia.

Dowódca zerka w moją stronę.

Przez chwilę wyobrażam sobie smak batonika, po czym wsuwam go do kieszeni kurtki. Może nakłonię Paige, aby go zjadła.

– Możesz odejść, Boden. – Abi przywołuje mnie gestem dłoni.

Kiedy się mijamy, Boden obrzuca mnie paskudnym spojrzeniem.

Abi uśmiecha się szeroko. Kobieta czekająca na swoją kolej wpatruje się we mnie z czymś więcej niż tylko zawodową ciekawością.

– Cieszę się, że widzę cię żywą, Penryn – stwierdza Abi.

– Miło być wśród żywych – odpowiadam. – Organizujecie klub filmowy?

– Instalujemy zdalny system obserwacji okolic zatoki San Francisco – wyjaśnia. – Na szczęście mamy w swoich szeregach wielu geniuszy z Doliny Krzemowej, którzy potrafią uczynić ponownie możliwym to, co wydawało się niemożliwe.

– Kamera dwadzieścia pięć aktywna – woła ktoś z ostatniego rzędu. Inni programiści niewzruszenie stukają w klawiatury, ale wyczuwam ogarniający ich entuzjazm.

– Czego szukacie? – pytam.

– Czegokolwiek, co okaże się interesujące – odpowiada Abi.

– Mam coś! – woła inny programista z tylnego rzędu. – Anioły w Sunnyvale na autostradzie Lawrence.

– Dawaj je na ekran – rozkazuje Abi.

Jeden z dużych ekranów stojących z przodu klasy budzi się do życia.

Rozdział 5

Na ekranie pojawia się obraz.

Anioł z niebieskimi skrzydłami maszeruje zniszczoną drogą. Przez środek jezdni przebiega wielka zygzakowata rozpadlina; jeden z brzegów znajduje się wyżej niż drugi.

Za plecami anioła ląduje kolejny, potem jeszcze dwa. Rozglądają się i wychodzą poza ekran.

– Możesz obrócić kamerę?

– Akurat tej się nie da.

– Mam inną! – mówi programista siedzący na prawo ode mnie. – Na SFO.

Zawsze mnie ciekawiło, jak z San Francisco International Airport powstał skrót SFO.

– Wrzuć obraz na ekran – mówi Abi.

Ożywa kolejny telewizor postawiony przed tablicą.

Kulejący anioł usiłuje biec przez asfaltowe lądowisko. Ma problem z jednym z białych skrzydeł; musi je za sobą ciągnąć.

– Znaleźliśmy chorą ptaszynę – komentuje ktoś za moimi plecami. Z jego głosu bije podniecenie.

– Przed czym ucieka? – pyta Abi, niemal sam siebie.

Kamera nie działa najlepiej. Obraz jest to za jasny, to za ciemny. W końcu dostraja się do jasnego tła, przez co trudno dostrzec szczegóły sylwetki anioła.

Dopiero kiedy podchodzi bliżej kamery i odwraca się w stronę ścigającego, widzimy jego twarz.

To Belial, demon, który ukradł skrzydła Raffego. Jest w kiepskim stanie. Ciekawe, co mu się stało.

Tylko jedno z ukradzionych skrzydeł wydaje się sprawne. Rozkłada się i składa, jakby odruchowo próbowało poderwać swojego właściciela do lotu. Drugie wlecze się po ziemi. Z bólem serca oglądam scenę poniewierania cudownych skrzydeł Raffego. Staram się też nie myśleć, co przeszły w czasie, gdy znajdowały się pod moją opieką.

Coś jest nie tak z kolanem Beliala. Utyka i oszczędza je nawet podczas biegu. Ranny człowiek poruszałby się co prawda wolniej od niego, ale podejrzewam, że normalnie Belial potrafiłby iść dwa razy szybciej.

Mimo tak dużej odległości dostrzegam jaskrawoczerwoną plamę na białych spodniach, tuż ponad butami. Zabawne, że takiemu demonowi przyszło do głowy, aby się ubrać na biało. Zapewne zrobił tak z powodu nowych skrzydeł.

Zbliża się do kamery, ponownie odwraca głowę i ogląda się za siebie. Na jego ustach pojawia się dobrze mi znany szyderczy uśmieszek. Pełen arogancji, gniewu, choć tym razem doprawiony odrobiną strachu.

– Czego się tak boi? – Abi wypowiada na głos pytanie, które sama sobie zadaję w myślach.

Belial kuśtyka, wychodząc poza pole widzenia kamery, która pokazuje teraz tylko pusty fragment pasa startowego.

– Możemy zobaczyć, co jest za nim? – pyta Abi.

– Kamera nie obróci się tak bardzo.

Mija kilka sekund. Wydaje się, jakby cała sala wstrzymała oddech.

W końcu na ekranie pojawia się prześladowca Beliala. Widzimy go w pełnej krasie.

Nad głową wznoszą się rozłożone szeroko skrzydła demona. Światło połyskuje na zakrzywionych haczykach, przesuwając się w dół, w miarę jak anioł podąża za swoją ofiarą.

– O mój Boże – mówi ktoś za mną.

Prześladowcy chyba nigdzie się nie śpieszy – raczej napawa się chwilą. Idzie z pochyloną głową, z twarzą ukrytą w cieniu rzucanym przez skrzydła, przez co jeszcze trudniej go rozpoznać. W odróżnieniu od Beliala nie odwraca głowy w naszą stronę.

Tyle że ja go rozpoznaję. Rozpoznaję go nawet z nowymi skrzydłami demona.

To Raffe.

Wszystkie aspekty jego sylwetki – powolny krok, zakrzywione skrzydła, pogrążona w cieniu twarz – tworzą przerażający obraz diabła podążającego za ofiarą.

Choć jestem pewna, że widzę Raffego, moje serce zamiera ze strachu na jego widok.

To nie jest Raffe, którego poznałam.

Czy Abi rozpozna w nim mojego towarzysza, z którym trafiłam do obozu ruchu oporu?

Chyba nie. Nie jestem pewna, czy sama poznałabym Raffego, gdybym nie wiedziała, że ma nowe skrzydła – mimo że każdy detal jego twarzy wrył mi się w pamięć.

– Trafiliśmy w dziesiątkę! – woła Abi do swoich ludzi. – Kulawy anioł i demon. Wyjazd grupy pościgowej w stronę lotniska za dwie minuty!

Bliźniaki podrywają się, zanim Abi skończy wydawać rozkaz.

– Robi się – mówią jednocześnie i wybiegają z pomieszczenia.

– Ruchy! Ruchy! Ruchy!

Nigdy nie widziałam Abiego w stanie takiego podekscytowania.

Przystaje w drzwiach i mówi:

– Penryn, dołączysz do nas. Jako jedyna miałaś kontakt z demonem.

Wszyscy wciąż uważają, że to demon odniósł mnie rodzinie, kiedy wyglądałam na martwą.

Zamykam usta, zanim zdążę powiedzieć, że nie wiem nic o demonach. Ruszam biegiem, aby dopędzić grupę.

Rozdział 6

Dawniej San Francisco International Airport leżało dwadzieścia minut na północ od Palo Alto – jeżeli na ulicach nie było korków. Teraz autostrada jest oczywiście zatkana i jechanie setką nie wchodzi w rachubę ani nie jest rozsądne. Najwyraźniej nikt nie poinformował o tym Dee-Duma, bo teraz mknie naszym SUV-em pustymi bocznymi drogami, lawirując między porzuconymi samochodami i wpadając co chwilę na chodnik niczym pijany kierowca rajdowy.

– Zaraz zwymiotuję – mówię.

– Rozkazuję ci nie wymiotować – mówi Abi.

– Ojej, mogłeś tego nie mówić – wtrąca Dee-Dum. – To urodzona buntowniczka. Porzyga się tylko po to, aby postawić na swoim.

– Zabraliśmy cię w konkretnym celu, Penryn – wyjaśnia Abi. – Na pewno nie chodziło nam o wymiotowanie w moim samochodzie. Weźcie się w garść, żołnierko.

– Nie jestem twoją żołnierką.

– Jeszcze nie – stwierdza Abi z szerokim uśmiechem. – Może byś tak zdała relację z tego, co wydarzyło się w ostoi? Opowiedz o wszystkim, co widziałaś lub słyszałaś, nawet jeśli nie wydaje ci się to istotne.

– A gdybyś miała zwymiotować – dodaje Dee-Dum – celuj w Abiego, nie we mnie.

Relacjonuję wszystko, co widziałam. Pomijam część opowieści związaną z Raffem, ale opisuję niekończącą się anielską imprezę w gnieździe: z szampanem, przystawkami, ubiorami, służącymi i całą dekadencją. Opowiadam o skorpionowatych płodach w podziemnym laboratorium oraz ludziach, którymi ich karmiono.

Waham się, czy wspominać o eksperymentach na dzieciach. Czy skojarzą fakty i dojdą do wniosku, że to one są pomniejszymi demonami, które pożerały ludzi? Czy nabiorą podejrzeń, że Paige jest jedną z nich? Po krótkim wahaniu wspominam ogólnikowo o dzieciach i operacjach.

– A twoja siostra? Wszystko z nią w porządku? – pyta Abi.

– Tak, jestem pewna, że szybko dojdzie do siebie – odpowiadam bez wahania.

Oczywiście, że wszystko jest z nią w porządku. Co niby miałoby być nie w porządku? Nie mamy przecież wyboru. Choć zżera mnie niepokój, staram się, aby z mojego głosu biła pewność siebie.

– Opowiedz więcej o tych skorpionowatych aniołach – włącza się drugi pasażer. Ma falujące włosy, okulary i ciemnobrązową skórę. Otacza go aura naukowca podnieconego możliwością rozmowy o jednym z ulubionych zagadnień.

Uszczęśliwiona zmianą tematu relacjonuję wszystkie szczegóły, które zapamiętałam. Wielkość skorpionów, ich ważkowate skrzydła, niejednorodność, przez którą zupełnie nie przypominały istot hodowanych w laboratoriach, które widzi się na filmach. Niektóre przypominały embriony, inne wydawały się w pełni rozwinięte. Opowiadam o uwięzionych w zbiornikach ludziach, z których potwory wysysały życie.

Kiedy kończę, zapada cisza. Wszyscy próbują jakoś przetrawić moją opowieść.

I kiedy dochodzę już do przekonania, że ominęło mnie najtrudniejsze, pytają o demona, który w trakcie ataku ruchu oporu na gniazdo przyniósł mnie w pobliże ciężarówek przeznaczonych do ewakuacji. Nic rozsądnego nie przychodzi mi do głowy, więc na wszystkie pytania odpowiadam: „Nie wiem, byłam nieprzytomna”.

Mimo to jestem zaskoczona liczbą pytań o „tego demona”.

Czy to był diabeł? Czy wspominał cokolwiek o swoich intencjach? Gdzie go spotkałam? Czy wiem, dokąd poszedł? Dlaczego mnie przyniósł?

– Nie wiem – odpowiadam po raz enty. – Byłam nieprzytomna.

– Możesz się z nim skontaktować?

Na dźwięk ostatniego pytania czuję małe ukłucie w sercu.

– Nie.

Dee-Dum sprawnie zawraca z zablokowanej drogi.

– Czy jest jeszcze coś, czym chciałabyś się z nami podzielić? – pyta Abi.

– Nie.

– Dziękuję – mówi. Odwraca się do drugiego pasażera. – Sanjay, twoja kolej. Podobno masz teorię na temat aniołów, którą chciałbyś się z nami podzielić.

– Zgadza się – potwierdza naukowiec, unosząc mapę świata. – W mojej ocenie większość ofiar śmiertelnych z Wielkiego Ataku była przypadkowa. Coś w rodzaju efektu ubocznego przybycia aniołów na Ziemię. Moja hipoteza brzmi następująco: kiedy dwa anioły wkraczają do naszego świata, mamy do czynienia ze zjawiskiem lokalnym. – Sanjay przebija mapę szpilką. – Powstaje dziura w naszym świecie, która pozwala przedostać się kolejnym. Prawdopodobnie dochodzi wtedy do czegoś w rodzaju lokalnego zaburzenia zjawisk atmosferycznych, niczego specjalnie dramatycznego. Ale kiedy do naszego świata wkracza cały zastęp, oto, co się dzieje.

Dziurawi płachtę papieru śrubokrętem. Rączka i dłoń przechodzą na drugą stronę, rozdzierając mapę.

– Moja teoria zakłada, że w czasie inwazji aniołów świat ulega rozdarciu. To przyczyna trzęsień ziemi, tsunami, zaburzeń pogody. Wszystkich katastrof naturalnych, które spowodowały większość zniszczeń i ofiar.

Jakby na potwierdzenie prawdziwości jego słów przez szare niebo przetacza się grzmot.

– W czasie inwazji to nie anioły sprawowały władzę nad naturą – ciągnie Sanjay. – Dlatego też w czasie ataku na gniazdo nie stworzyły na przykład wielkiego tsunami, które by nas pochłonęło. Nie potrafią. Tak samo jak my są żywymi istotami. Przewyższają nas zapewne pod wieloma względami, ale nie mają cech boskich.

– Chcesz powiedzieć, że zdołali zabić tylu ludzi, choć nawet nie mieli takiego zamiaru?

Sanjay przeczesuje palcami gęstą czuprynę.

– Zabili sporo ludzi po tym, jak zastrzeliliśmy ich przywódcę, ale niekoniecznie są tak potężni, jak nam się początkowo wydawało. Oczywiście nie mam na to żadnych dowodów. To tylko teoria, która pasuje do strzępków informacji. Gdybyście jednak zdołali przywieźć do obozu jakieś ciała, moglibyśmy je zbadać i dowiedzieć się czegoś więcej.

– Mam skonfiskować kilka części aniołów, którymi handluje się na korytarzach? – pyta Dee-Dum.

Powstrzymuję się przed żartem, że prawdopodobnie sami nimi handlują, bo kto wie, czy nie jest to prawda.

– Nie ma żadnej gwarancji, że którykolwiek z tych fragmentów jest autentyczny – stwierdza Sanjay. – Zdziwiłbym się wręcz, gdyby tak było. Poza tym znacznie więcej korzyści przyniesie zbadanie całego ciała.

Strzępki papieru przedstawiające nasz świat leżą pomięte na kolanach Sanjaya.

– Trzymaj kciuki – mówi Abi. – Jeśli nam się poszczęści, przywieziemy żywego.

Czuję, że ogarnia mnie niepokój. Napominam się jednak w myślach, że nie pochwycą Raffego. Nie zdołają. Nie stanie mu się żadna krzywda.

Z krótkofalówki na desce rozdzielczej wydobywa się głos:

– Coś się zaczyna dziać w starym gnieździe.

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji

Rozdział 7

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 8

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 9

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 10

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 11

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 12

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 13

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 14

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 15

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 16

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 17

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 18

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 19

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 20

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 21

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 22

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 23

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 24

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 25

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 26

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 27

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 28

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 29

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 30

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 31

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 32

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 33

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 34

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 35

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 36

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 37

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 38

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 39

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 40

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 41

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 42

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 43

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 44

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 45

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 46

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 47

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 48

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 49

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 50

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 51

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 52

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 53

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 54

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 55

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 56

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 57

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 58

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 59

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 60

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 61

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 62

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 63

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 64

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 65

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 66

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 67

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 68

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 69

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 70

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 71

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 72

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 73

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 74

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rozdział 75

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Podziękowania

Rozdział dostępny w pełnej wersji

TYTUŁ ORYGINAŁU:

World After

Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska

Wydawczynie: Agnieszka Nowak, Maria Mazurowska

Redakcja: Agnieszka Trzebska-Cwalina

Korekta: Olga Gorczyca-Popławska, Ewelina Czajkowska

Projekt okładki: © Urszula Gireń

Text copyright © 2013 by Feral Dream LLC

Copyright © 2025 for the Polish edition by Young an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Jacek Konieczny, 2025

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2025

ISBN 978-83-8417-027-4

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Angelika Kuler-Duchnik